Ks. Stanisław Walczak: Kościół nie może zamienić się w Państwo, a Państwo w Kościół

Ks. Stanisław Walczak
Chrześcijaństwo nie jest i by nie może systemem religijno-polityczno-społecznym. Kościół nie może zamienić się w Państwo, a Państwo w Kościół
Nigdy w Kościołach i Wspólnotach chrześcijańskich nie pojawiło się pojęcie chrztu jakiegoś narodu. Chrzest Święty zawsze jest aktem osobistym, wynikającym z faktu odpowiedzi człowieka na łaskę wiary i decyzji wyboru Jezusa jako Zbawiciela.
Chrzest jest zarazem przyjęciem ochrzczonego do wspólnoty Ludu Bożego. Jednocześnie wierzymy, że gładzi on odziedziczony od pierwszych ludzi grzech pierworodny a u dorosłych także wszystkie grzechy osobiste. Samo przyjęcie chrztu świętego zakłada nawrócenie człowieka i narodziny do nowego życia.
Nie istnieje jakiekolwiek świadectwo, że wraz z władcą w 966 roku nawrócili się i chrzest przyjęli wszyscy jego poddani, setki tysięcy, jeśli nie miliony ludzi zamieszkujących tereny mu podlegające. Wręcz przeciwnie a chrzest władcy umożliwił początek misji chrześcijańskiej pośród jego ludu, która trwa do dzisiaj.
Przyjęcie chrztu jest WOLNĄ osobistą decyzją przyjmującego go człowieka. W naszej tradycji chrzczenia dzieci, zakłada się, że rodzice gwarantują późniejsze dolne decyzje dziecka, które opowie się za Jezusem.
W wielu wypadkach przyjmowanie chrztu przez mieszkańców ówczesnej Polski nie było aktem wolnym. Przymuszeni lękiem przed karami, przyjmowali chrzest, który zakłada u dorosłych okres katechumenatu, instrukcji, wtajemniczenia, prób i ostatecznego nawrócenia. Brak katechezy przed-chrzcielnej był znakiem szczególnych owych czasów nie tylko w Polsce. Strach przed mieczem czy innymi karami był często jedynym motywem przyjęcia chrztu świętego.
Przez setki lat misyjne zakony Cystersów i Benedyktynów świadectwem i słowem pogłębiali wiarę powstającego narodu. I chociaż akt chrztu pierwszego władcy był jednocześnie ważny politycznie to jednak posiane ziarno wiary na przestrzeni lat zaczynało przynosić owoce.
Bezpośrednim skutkiem chrztu Mieszka I-go było oddanie go pod opiekę Papieża, który jednocześnie był pod opieką Cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Pod tą kuratelą odbywała się dalsza chrystianizacji poddanych Mieszka i jego potomków. I tak na przykład do masowych chrztów na Pomorzu Zachodnim dochodziło 100-150 lat później!
Niezłomna praca ewangelizacyjna pogłębiona kilka wieków później przez Dominikanów i Franciszkanów sprawiła, że lud coraz głębiej wierzył a pogańskie zwyczaje i przekonania zamierały.
Chrzest ludów zamieszkujących Polskę odbywał się stopniowo i na początku rzadko był owocem ewangelizacji. Łatwiej było ustanowić organizację kościelną niż posiać wiarę pośród ludu.
Piszę te słowa, by w jakiś sposób „odczynić” polityczne tendencje nieustannie zakłócające rozwój chrześcijaństwa Polsce. Jednym z nich jest niemal zabobonna pielęgnacja pojęcia „Chrzest Polski” (ostatnio Putin nakazał obchody 1000-lecia chrztu Rosji). Tego rodzaju pojęcie potrzebne jest politykom raz zaplątanemu w politykę duchowieństwu. „Chrzest Polski” – wyrażenie pełne poetyki, romantyzmu – nie może w żaden sposób zakłóceniach tego, czym Sakrament Chrztu Świętego jest w rzeczywistości.
Chrześcijaństwo nie jest i by nie może systemem religijno-polityczno-społecznym. Kościół nie może zamienić się w Państwo, a Państwo w Kościół. Tego rodzaju tendencja stanowią zdradę tego, co Jezus Chrystus, Jego Apostołowie i cały Kościół, podzielony, ale Chrystusowy, od zarania nauczają.
Obowiązkiem Państwa jest zapewnienie obywatelom wolności wyznania i światopoglądu. Ani zawłaszczenie przez Państwo Kościoła, ani też oddanie Kościoła na rzecz polityki nie jest rzeczą właściwą chrześcijaństwu – jest to wierutne kłamstwo i oszukiwanie ludu.
Ks. Stanisław Walczak
Stefan Niesiołowski: W rządzonej przez PiS Polsce, rocznice mają charakter specyficzny

Stefan Niesiołowski
Reżim pisowski usiłuje stworzyć mit wybitnego męża stanu, geniusza politycznego – Lecha Kaczyńskiego
Sierpień jest w Polsce miesiącem rocznic. W rządzonej przez PiS Polsce, rocznice mają charakter specyficzny. Tak jak w systemie komunistycznym historia nie służy prawdzie i przypominaniu prawdziwych bohaterów, ważnych rocznic, uczczeniu ludzi, którzy poświęcali się dla Polski, wreszcie oddaniem uznania politycznej i zwykłej mądrości, ale bieżącym potrzebom dyktatury.
Komuniści tworzyli fikcyjnych bohaterów jak Szela i Kostka Napierski oraz działacze KPP i PPR. Obchodzili rocznice wydarzeń, które miały marginalny wpływ na losy Polski, ale wpisywały się w obowiązujące kłamstwa, że komunistyczne podziemie zbrojne było awangardą postępu i patriotyzmu, a nie forpocztą sowieckich wpływów i stalinowskiej dyktatury.
Reżim pisowski usiłuje stworzyć mit wybitnego męża stanu, geniusza politycznego – Lecha Kaczyńskiego, który jak każdy geniusz nie mógł zginąć w zwyczajnym wypadku lotniczym tylko został podstępnie zamordowany przez wielkie mocarstwo i jego agenturę.
Ten bohater został dziwacznie połączony z legendą Powstania Warszawskiego, które staje się w ten sposób elementem mitu założycielskiego pisowskiej dyktatury. Budując Muzeum Powstania Warszawskiego z zafałszowaną narracją, że była to walka prawie wygrana, piękna wojenna przygoda, pisowcy przemilczają rzeczywisty rozmiar absurdalnej decyzji o jego wybuchu i niezwykle krwawej klęski.
W historii polskich Powstań, licząc nawet od Konfederacji Barskiej do zrywów lokalnych jak Powstania Śląskie i Wielkopolskie, żadne powstanie nie było tak krwawą i daremną ofiarą jak Warszawskie.
Na ogół uważa się, że zwycięskie było tylko Wielkopolskie, w pewnym stopniu Śląskie, inne nawet Styczniowe miało swoje zwycięskie bitwy (Żyrzyn), jakiś plan strategiczny, cień szansy. W Powstaniu Warszawskim zginęło około 1,5-10 tys. Niemców, około 12 tysięcy Powstańców, 200 tysięcy cywilów, spalona została Warszawa. To był cios, który ułatwił później zniewolenie Polski.
Krwawa klęska, której autorzy naiwnie liczyli, że Stalin pomoże inicjatywie skierowanej przeciwko niemu, że pomogą alianci, którzy takiej pomocy udzielić nie chcieli i nie mogli, rzucili bezbronną, bohaterską młodzież przeciwko doskonale uzbrojonym Niemcom. Młodzież, której tak zabrakło w powojennej odbudowie Polski. PiS kłamie, że tylko oni obchodzą rocznicę tego Powstania, że poprzednicy celowo tego nie robili, a głównym kontynuatorem idei i walki Powstańców był Lech Kaczyński. I dlatego p. Morawiecki składa 1. sierpnia kwiaty pod pomnikiem Kaczyńskiego.
Kontynuacją tej bredni jest też kult tzw. Żołnierzy Wyklętych ( nazwa tyle głupia, co bezmyślna i kto ich wyklął i dlaczego, jeśli tak było, to to wyklęcie uznajemy?).
Również PiS udaje, że nikt przed nim nie pamiętał o powojennym podziemiu, idealizuje i fałszuje historię w taki sposób jakoby walczący po wojnie z komunizmem ludzie, byli jedynymi sprawiedliwymi i bez skazy, podczas gdy w rzeczywistości byli skazani na klęskę w obliczu osamotnienia i bezsilności. Niektórzy z nich dopuszczali się zbrodni i negatywnie zapisali się w historii.
Historiografia pisowska przemilcza podziemie AK-owskie, pomniejsza rocznicę najazdu hitlerowskiego, a wyolbrzymia 17. września. Jest przykładem zakłamywania faktów w imię czarno-białej wizji i prymitywnego polonocentryzmu.
Rocznica wybuchu II wojny jest dla reżimu okazją do prezentowania antyniemieckiego heroizmu i nacjonalizmu. W dodatku PiS stara się podłączyć do każdej rocznicy brednie o poległych w Smoleńsku. Prowadzi to do konfliktów, jak rok temu paniusia od Macierewicza i żandarm uniemożliwili harcerzowi odczytanie apelu poległych na Westerplatte. Związek Westerplatte z wypadkiem lotniczym pod Smoleńskiem jest taki, jak Kaczyńskiego z bitwą pod Grunwaldem.
Obecnie po raz kolejny pisowscy politycy i propagandziści bluznęli inwektywami, obelgami i kłamstwami pod adresem prezydenta Adamowicza i wszystkich przeciwników ich kłamstw. Wniosek jest jeden: żadnych wspólnych rocznic, obchodów, ceremonii, bo wszystko zepsują. Rocznice dzieła nas różnie głęboko jak teraźniejszość.
Stefan Niesiołowski
Jan Hartman: Kościół upadnie z PiS – to historyczna zasługa Kaczyńskiego

Jan Hartman
Zbitka katolicko-narodowa staje się coraz bardziej odrażająca dla coraz większej liczby obywateli. System propagandy jest nieszczelny, a młodzież coraz bardziej impregnowana na drętwą mowę politruków
Wiele mówi się ostatnio o zachowaniu Kościoła w naszych pisowskich czasach. Dziwne rzeczy się mówi. A że to jedni biskupi zadowoleni, a inni nie bardzo. I że PiS traktuje Kościół instrumentalnie, a takoż i Rydzyk et consortes traktują PiS. I może prawdę mówią. Ale nie to przecież jest ważne. Tak naprawdę ważne jest to, co się stanie, gdy pewnej pięknej wiosny reżim PiS upadnie i skończy się „reakcyjna rewolucja”.
Otóż z rewolucjami jest już tak, że po nich przychodzą kontrrewolucje. Jest akcja, jest reakcja. A jaka może być reakcja na prostackie i skorumpowane rządy skąpane w groteskowej i załganej propagandzie pyszałkowatego nacjonalizmu oraz wulgarnego socjalizmu? Taka jak na PRL, którego reżim PiS jest recydywą – jednoznaczny zwrot ku wolności i Zachodowi.
I to tym razem zapewne znacznie bardziej świadomy i głęboki niż po 1989 r. Liberalna i postępowa część społeczeństwa jest już bowiem strukturą społeczną znacznie silniejszą niż przed laty, a rozumienie, na czym polega organizacja życia i rola państwa w nowoczesnej demokracji, jest wśród elit społecznych nieporównanie pełniejsze niż w czasach przedinternetowych.
Mimo wstecznickiego i zakłamanego systemu oświaty i propagandy każdego roku przybywają dziesiątki tysięcy młodych ludzi, dla których wolność, równość, tolerancja, pluralizm i demokracja są czymś oczywistym, tak jak oczywiste jest dla nich to, że reakcyjny i feudalny w swej mentalności Kościół oraz związane z nim symbiotycznym węzłem nacjonalistyczne państwo stanowią dla tych wartości stałe zagrożenie.
I żadne działania polityczne ani machiaweliczny spryt autorytarnej władzy nie są w stanie tej wolnościowej tendencji zmienić. Na dłuższą metę nie pomogą ani represje, ani pranie mózgu.
Zbitka katolicko-narodowa staje się coraz bardziej odrażająca dla coraz większej liczby obywateli. System propagandy jest nieszczelny, a młodzież coraz bardziej impregnowana na drętwą mowę politruków – zupełnie jak w latach 70. i 80.
Dlatego możemy być pewni, że ten system się zawali. A Kościół? A Kościół jest w sposób oczywisty jego integralną częścią i musi upaść razem z rządami PiS. To już nie jest tak jak w PRL, gdy pozycja Kościoła w stosunku do komuny była pod jednymi względami symbiotyczna, a pod innymi opozycyjna. W przypadku tego reżimu każdy wie, że jest on po prostu reżimem kościelnym, nawet jeśli niektórzy księża wypowiadają się o nim sceptycznie. I jeśli ten reżim upadnie, to pociągnie za sobą Kościół, który nie będzie już mógł stroić się w piórka wielkiego obrońcy wolności w czasach PRL, jak to z wielkim powodzeniem czynił po roku 1989. Ten numer drugi raz nie przejdzie.
Dlatego Kościół uczyni wszystko, żeby PiS rządził jak najdłużej. Będzie go bronił, broniąc samego siebie, chociaż gardzi tym rządem tak jak każdą świecką władzą. Każdy inny rząd będzie bowiem dla Kościoła gorszy, a ten który nastąpi bezpośrednio po PiS, będzie wręcz zabójczy. Biskupi wiedzą doskonale, że gdy przyjdzie czas rozliczeń z reżimem, proces ten nie ominie ich samych.
Tym razem się nie wywiną. Rewolucja demokratyczna będzie stanowcza i konsekwentna, bo inna być nie może. Po 2007 r. nie było rozliczeń z PiS, a skutkiem zaniechania tej „dekomunizacji” był powrót Kaczyńskiego do władzy w 2015 r.
Drugi raz klasa polityczna nie popełni tego błędu. I nie zostawi już w spokoju Kościoła. Zbyt oczywiste jest, że nie ma demokracji i praworządności bez równości dla Kościoła, a więc bez świeckiego państwa.
Równe traktowanie z innymi instytucjami wolnego społeczeństwa obywatelskiego oraz stosowanie prawa w relacjach państwa i osób prywatnych z Kościołem oznaczać będzie przewrót, którego historyczną treścią będzie upadek tysiącletniej władzy Kościoła nad państwem polskim. Upadek taki sam, a może i bardziej spektakularny niż w Hiszpanii, Portugalii czy Irlandii.
I tego właśnie boją się biskupi. Boją się potwora, jakim jest niezależne i suwerenne w stosunku do Watykanu, wolne polskie państwo, które zacznie rozliczać przestępstwa i nadużycia biskupów i księży, a także normalizować relacje polityczne z Watykanem oraz relacje finansowe z miejscowymi jego agendami. Miliardy złotych rocznie stopnieją do setek milionów. Skończy się oddawanie ziemi i budynków za 1 proc. wartości. Skończy się nadzór kościelny nad szkołami i pełzanie urzędników państwowych oraz służb mundurowych przez biskupami. Skończy się składanie hołdów i darów Rydzykowi i jemu podobnym.
To jednak jeszcze nic. Biskupi boją się nie tak bardzo utraty władzy i dochodów, jak lękają się o bezpieczeństwo swych tajemnic. I to właśnie z tego lęku przed ujawnieniem i ściganiem niezliczonych malwersacji oraz przestępstw, które w jakiejś części znamy z dziennikarskich, lecz nie prokuratorskich śledztw, biskupi i cały Kościół będzie do upadłego zwalczał siły postępowe. Lecz gdy już one wygrają, stanie się wobec nich pokorny i milutki, jak wobec każdej nowej władzy. Będzie już jednak za późno. Ofiary malwersacji i wyłudzeń, a zwłaszcza ofiary przestępstw seksualnych nie pozwolą, aby jeszcze raz Kościół się wywinął i umknął przed odpowiedzialnością za swoje niezliczone grzechy. Ruszą procesy, będą aresztowania, będą wyroki, będą odszkodowania. I pęknie tabu – okaże się, że ksiądz przestępca też może trafić za kratki, a biskupa uchylającego się od stawiennictwa na wezwanie prokuratora czy sędziego może zatrzymać i dowieźć policja, tak jak zwykłego obywatela. A kto wie, może i hierarchów nie ominie sprawiedliwość? A wielu z nich ma bardzo bogatą przeszłość – zarówno na niwie obyczajowej, jak i – powiedzmy sobie – zarobkowej. Nie mówiąc już o współpracy z SB, która bodajże już nikogo za kilka lat nie będzie specjalnie wzruszać.
Nie jestem naiwny. Wiem, że dla Kościoła nie będzie sprawiedliwości. Kościół nie zapłaci całego rachunku, lecz tylko jego niewielką część. Nie utraci też wszystkich przywilejów ani dostępu do publicznych pieniędzy. Będzie miał ich więcej niż jakakolwiek siła społeczna. Ale w porównaniu z tym, co jest teraz, przyszła kondycja Kościoła w Polsce – przypominająca jego obecną pozycję w innych krajach Zachodu – oznacza właśnie tyle co upadek. Oczywiście w jego własnej percepcji.
Ci biskupi i księża, którzy najbardziej zaplątani są w ciemne sprawki – od donosicielstwa, przez złodziejstwo, po libertynizm i pedofilię – stanowią awangardę reakcji. Ale to właśnie oni, dziś skazani na wspieranie pogardzanego przez siebie Kaczyńskiego, są zaczynem procesu upadku Kościoła. Upadku, dodajmy, w bagno praworządności i pokory. Wolnej Polski jeszcze tak naprawdę nie mieliśmy. Ale zanosi się na to, że za kilkanaście lat ją zobaczymy. I wielka w tym będzie zasługa Jarosława Kaczyńskiego.
Domowe lody malinowe, bez maszynki
Z malinowej nalewki, pozostało sporo owoców – aż grzech wyrzucić. Postanowiłam pomęczyć się trochę przy ich odpestkowaniu a z pozostałego puree zrobić lekko alkoholowe lody malinowe.

Do tej pory, robiłam lody na bazie żółtek i śmietany, przy użyciu maszynki do lodów, jednak przepis który ostatnio otrzymałam od angielskiej przyjaciółki, jest banalnie prosty a przygotowanie lodów zajmuje naprawdę chwilkę (plus czas mrożenia oczywiście).
Składniki na 1 litr lodów
600 ml śmietanki Crème fraîche (francuska, lekko ukwaszona śmietana, zawierająca około 35% tłuszczu). Najlepszym zamiennikiem dostępnym na polskim rynku jest śmietanka 36% zmieszana z dwiema łyżkami maślanki i pozostawiona na noc w ciepłym miejscu, aż zgęstnieje.
300 ml mleka słodzonego skondensowanego
puree malinowe
Śmietanę (jest bardzo gęsta) ubijamy przez chwilę dodając w trakcie miksowania mleko skondensowane. Dodajemy malinowe puree, jeszcze chwilę miksujemy i przekładamy do plastikowego pudełeczka. Chowamy do zamrażalki i czekamy aż nabiorą odpowiedniej konzystencji.
Dzięki wysokiej zawartości tłuszczy w śmietanie, nie musimy się obawiać że lody będą zbyt twarde lub że pojawią się w nich grudki zamarzniętej wody. Są kremowe i puszyste i z łatwością się je nakłada.
Smacznego!
Anna Frach, TheFad.pl
Anna Frach: O tym jak PiS zmienił mój profil na Facebooku

Anna Frach
Nie pozwólmy się prowokować, swoje niezadowolenie zamieńmy w konstruktywne przemyślenia. Działajmy w grupach, dzielmy się swoimi pomysłami, słuchajmy bardziej doświadczonych, budujmy pozytywną przyszłość.
Ostatnie miesiące oderwały nas od życia jakie zwykliśmy prowadzić, gdy skupialiśmy się prawie wyłącznie na pracy, domu i tak zwanym miłym spędzaniu czasu. Pojawiła się złość i frustracja.

Narzędzia takie jak media społecznościowe służyły nam prawie wyłącznie do dzielenia się z bliższymi i dalszymi znajomymi naszymi codziennymi radościami – wspomnieniami z wakacji czy ważnych dla nas uroczystości.
Zaniepokojenie i niezadowolenie
To się zmieniło. Rządy Prawa i Sprawiedliwości, wzbudziły w nas gniew i sprzeciw. Najpierw okres przedwyborczy – gorące dyskusje, kłótnie, pierwsze niesnaski między znajomymi. Później „czystki” wśród przyjaciół – niejeden z nas w tym czasie znacznie ograniczył grono znajomych na Facebooku. Ze szczególną przyjemnością zapewne, pożegnaliśmy tych najbardziej zaciekłych zwolenników PiS i Kukiz15, których zacietrzewienie i agresja były najmocniejsze.
Mijały kolejne tygodnie, niezadowolenie wciąż narastało – pojawiły się pierwsze próby nawoływania do zjednoczenia się przeciwko wybranej przecież w demokratycznych wyborach władzy. Pierwsze memy. Złość nie minęła ale pojawiło się światełko w tunelu, że jeśli będzie nas więcej, jeśli będziemy działać wspólnie może coś się zmieni.
Powstał KOD (Komitet Obrony Demokracji) i wielki zryw, manifestacje, tysiące ludzi na ulicach. Pojawiły się też trolle – radykalni, często opłacani zwolennicy władzy, wyłapujący i niszczący każdy nasz przejaw sympatii do opozycji. Niejeden z nas okrzyknięty został lewakiem czy KODowcem, a to zapewne i tak najlżejszy kaliber hejtu.
Władza zabrała się za sortowanie obywateli – tak też trafiłam do dumnej grupy „gorszego sortu”, pełnej intelektualistów, inteligentów, znanych osób o podobnych poglądach, pełnych sprzeciwu i negacji dla sprawujących władzę.
Na początku hejt bolał, po czasie jednak każdy z nas zapewne uodpornił się na kąśliwe uwagi, powstały zamknięte grupy „oporu”, które pozwalają na łatwą eliminację „kretów” i trolli.
Złość, sprzeciw, agresja
Dzisiaj mój profil na Facebooku, wygląda diametralnie różnie od tego sprzed jeszcze 2 lat. Fotki z wakacji i artykuły o „serniku na kruchym spodzie” , ugrzęzły pod dziesiątkami i setkami związanych z polityką artykułów, filmików, wywiadów. W głowie kołacze mi jedna myśl, której może powinnam się wstydzić – że życzę im jak najgorzej, bo zburzyli mój spokój, moją radość, myśl o spokojnej przyszłości, spokój moich najbliższych.
Pojawiła się złość, sprzeciw a niejednokrotnie agresja – że to co tak mozolnie budowano przez dziesiątki ostatnich lat, w tak krótkim czasie zostaje niszczone, że nie ma dla nich świętości, że opętani rządzą władzy idą po trupach, śmiejąc się nam w twarz, że usiłują budować swoją własną historię z taką łatwością wymazując wszystko i wszystkich z którymi jest im nie po drodze.
I jestem zła, że sondaże nawet jeśli ogłaszane przez prawicowe media i nieco zawyżone – wciąż dają im przewagę, że nie ma konstruktywnej opozycji, a ta która jest, wciąż nie ma pomysłu na wspólny front, że na razie nie pozostaje nam nic innego jak manifestować swoje niezadowolenie za pomocą Facebooka.
Nie pozwólmy się prowokować, swoje niezadowolenie zamieńmy w konstruktywne przemyślenia. Działajmy w grupach, dzielmy się swoimi pomysłami, słuchajmy bardziej doświadczonych, budujmy pozytywną przyszłość. Wiem że zwyciężymy!
Anna Frach, TheFad.pl
Bartek Węglarczyk: W tekturowym państwie, katastrofy są nieuniknione

Bartek Węglarczyk
My, Polacy, mamy procedury w dupie. Przepraszam za te mocne słowa, ale ta arogancja nas zabija.
W zalewie złych i bardzo złych informacji o stanie państwa te dwie z dzisiaj mogły Wam umknąć. Więc podsumuję:
Kierowca, który regularnie ministra obrony Antoniego Macierewicza, nie miał uprawnień do prowadzenia takiego specjalnego auta, z VIP-em w środku, w specjalnej rządowej kolumnie. To ten kierowca, który spowodował wypadek tej kolumny pod Toruniem.
Szef pionu technicznego CBA, jedna z najważniejszych osób w policji antykorupcyjnej, pełni to stanowisko mimo tego, że został skazany za korupcję. Po prostu szefowie mu ufają.
Obie te informacje mają jedną cechę wspólną. Najwyżsi urzędnicy w państwie, w tym również ci odpowiedzialni za pilnowanie standardów, mają w dupie procedury i te właśnie standardy. Liczy się dla nich to, czy ich podwładny jest lojalny, ale już nie to, czy spełnia wymogi na dane stanowisko.
Do czego prowadzi nieprzestrzeganie procedur, widzieliśmy już wielokrotnie. Tak było w przypadku katastrofy śmigłowca z premierem Leszkiem Millerem na pokładzie (gdzie pilot przyznał, że popełnił błąd, a załoga nie miała odpowiednich danych o pogodzie), tak było w przypadku katastrofy samolotu CASA z dowództwem sił lotniczych na pokładzie (błędy załogi przy lądowaniu i brak odpowiedniego wyposażenia lotniska), tak było w Smoleńsku, choć oczywiście w każdym z tych przypadków fajniej i lepiej z punktu widzenia polityków jest snuć mniej lub bardziej absurdalne teorie spiskowe.
Ministra obrony wozi więc znajomy. BOR nie dba odpowiednio o opony w samochodzie prezydenta. Winni albo giną, albo sprawy się rozmywają i z wypadków nikt nie wyciąga żadnych konsekwencji.
Dawno, dawno temu, byłem świadkiem rozmowy generała polskiego i amerykańskiego. Amerykanin podziwiał odwagę polskich pilotów uczących się obsługi samolotów F-16. Dumny generał polski odpowiedział znanym u nas powiedzeniem: – Bo widzi pan, panie generale, nasi piloci to polecą nawet na drzwiach od stodoły!
Amerykanin zmarszczył brwi, pomyślał chwilę, zaczął kręcić zdziwiony głową i odpowiedział: – A u nas nie ma takiej procedury…
Procedury są bowiem wszystkim. Mój przyjaciel Tomek Kozłowski uwielbia skakać na spadochronie. Nie martwię się o niego specjalnie, bo jak sam mówi, bardziej niebezpieczny od skoków jest przejazd autem na lotnisko. Dlaczego? Bo przypinając spadochron Tomek zawsze, ale to zawsze przestrzega wszystkich procedur. Wszystko jedno, że to jego tysiąćktóryśtam skok. Wszystko jedno, że zna procedury na pamięć.
Procedury ratują życie, bo procedury są zbiorem doświadczeń płynących z poprzednich katastrof, wypadków i wszelkich nieszczęść.
My, Polacy, mamy procedury w dupie. Przepraszam za te mocne słowa, ale ta arogancja nas zabija.
Nieważne, że człowiek skazany za korupcję nie może zajmować takiego stanowiska w CBA.
Nieważne, że aby prowadzić auto w kolumnie rządowej, trzeba mieć specjalne uprawnienia. Ważne, że to nasi ludzie.
Popularne dziś po prawej stronie hasło „Śmierć wrogom ojczyzny” urzędnicy państwowi powinni raczej zamienić na o ile wiele bardziej w realiach polskich prawdziwe hasło „Śmierć frajerom”.
Bo w takim tekturowym państwie następne katastrofy są nieuniknione.
Samoloty będą spadać, samochody będą wypadać z drogi, kolumny rządowe będą rozbijać auta obywateli, a obce służby będą bez problemu zdobywać informacje w kraju, w którym znajomość z ministrem jest ważniejsza od wypełnienia procedur. Czasem się uda uniknąć tragedii, czasem się nie uda. Czasem media się dowiedzą, czasem nie i wtedy już w ogóle kamień z urzędniczego serca.
Polskie „jakoś to będzie” w połączeniu z prastarym „bierny, mierny, ale wierny” to gorzej niż zbrodnia, to przepis na naszą zgubę.
Bartek Węglarczyk
Lech Wałęsa: Zobacz kto rozbijał Solidarność, kto pomagał SB…

Lech Wałęsa
Ile to już lat: zorganizowanych, wymyślnych kłamstw i pomówień a jednak przetrwałem.
Tak na poważnie, wszystko zaczęło się od grudnia 1970 r. Od tego czasu, aż do 1992 r. działalność komunistycznych władz i ich agend była nieskuteczna.
Żeby było jasne, nie chciano i nie proponowano mi agenturalnej współpracy typu TW. Natomiast od początku wokół mnie wytworzono atmosferę nieufności, tak by społeczeństwo i moi koledzy uważali, że mam okropną oraz podejrzaną przeszłość, dzięki której można wymusić współpracę.
Tego typu materiały fabrykowano i podrzucano społeczeństwu.
Od 1980 r. do dziś z różną skutecznością, na materiałach wytworzonych przez komunę, trwa kontynuacja tej działalności. Robią to byli koledzy, w tym z inspiracji braci Kaczyńskich, po wyrzuceniu ich z pracy w kancelarii prezydenckiej.
Widać coraz bardziej kto zlecał, kto nadzorował/nadzoruje, a kto wspierał zorganizowane niszczenie mnie zmyślonymi kłamstwami i pomówieniami.
Na potrzeby walki ze mną powstały książki, artykuły, wywiady, filmy, a nawet spotkania po kościołach.
Nikogo nigdy nie obrzucono więcej takimi kłamstwami w postaci takich obelg. Najbardziej aktywni i zasłużeni w tych działaniach zostali obficie nagrodzeni.
1. Wyszkowski
2. Zyzak
3. Cenckiewicz
4. Kołodziej
5. Gwiazda
6. Rydzyk
7. Macierewicz.
Tak, tym się opłacało bezsensowne nieuczciwe niszczenie, zobaczcie sami, ale nadejdzie czas prawdy i wyrównania rachunków.
LW
A oto kilka dowody wytwarzania i podrzucania materiałów m.in panu A. Gwieździe czy pani A. Walentynowicz.
Lech Wałęsa
Andrzej Żukowski: Ocenzurowane są nawet pogrzeby

Andrzej Żukowski
Wygłaszanie mowy przez osoby bliskie zmarłemu to okazja do podsumowania ich życia i przywołania spraw najbliższych ich sercu, tak jakby sami tego chcieli.
Tę oto mowę poświęconą pamięci Kory wyglosił Wojciech Mann:
„Dane jej było żyć w okresie różnych faz naszego kraju. Na początku był komunizm, potem był komunizm z ludzką twarzą, potem były różne turbulencje, potem była Solidarność, stan wojenny, demokracja, a wreszcie parodia demokracji. I przez wszystkie te okresy Kora szła z podniesioną głową i z jasnymi poglądami”
Wywołała ona falę hejtu wśród zwolenników „parodii demokracji”.
Wygłaszanie mowy przez osoby bliskie zmarłemu to okazja do podsumowania ich życia i przywołania spraw najbliższych ich sercu, tak jakby sami tego chcieli.
Jest to w pewnym sensie użyczenie głosu osobie zmarłej by wygłosić jej słowo ostatnie. Kora zresztą przecież została z nami, jej głos będzie nam towarzyszył długo potem jak „Dobra Zmiana” zmieni się w kurz historii.
Wytykanie ‘upolitycznienia’ pogrzebu czołowej polskiej artystki, która ubolewała nad maltretowaniem Polski przez PiS jest szyderstwem. Oskarżenie to rzucją ludzie, którzy z tragicznej śmierci ofiar katastrofy smoleńskiej zrobili ośmioletni festiwal, niekończący się parteitag, cyrk, jarmark, kabaret, szopkę i bezwstydną chucpę. Corroboree bezsensu.
Woltyżerka na drabince waszej imitacji Napoleona nie miała sobie równych w kategoriach hipokryzji, jadu i bezczelności, oraz niebezpiecznego świrostwa.
Wasze niekończące się ekshumacje ofiar katastrofy to hańba i totalne zaprzecznie etyki religii, którą (podobno) wyznajecie, i najzwyklejszej ludzkiej przyzwoitości.
Coraz to nowe teorie zamachów jatrzą opinię publiczną, ośmieszają Polskę w oczach świata i są ohydną manipulacją.
Polska została przez was upokorzona, skundlona, złachana, pchnięta dekady do tyłu, pod każdym względem. Jesteście kwintesencją tego co w człowieku jest najgorsze i najgłupsze.
Wszyscy żałujemy, że Kora odeszła tak wcześnie, także dlatego, że na pewno z wielką radością świętowałaby z nami wasz niesławny koniec, którego nie unikniecie.
Ks. Stanisław Walczak: Kryzys wiary?

Ks. Stanisław Walczak
Duchowieństwo w większości poparło politykę społecznej nienawiści, świadomego kłamstwa, zniesławienia, zafałszowania rzeczywistości.
Nazywanie stanu Kościoła w Polsce kryzysem wiary jest nadużyciem. Wiara jest darem Bożym i jak wiem olbrzymia liczba ochrzczonych dar ten akceptuje.
Sytuacji tej nie wolno też nazywać kryzysem wiernych.
Od lat w środowisku duchownych w Polsce, w seminariach, na uczelniach, na plebaniach i w miejscach wysokich, mnie dostępnych wybuchła epidemia niechęci od Zachodu Europy.
Rzucono hasła, które tylko w części są prawdziwe: relatywizm, liberalizm, lewicowość, rozwiązłość, rozpad małżeństwa…. No i oczywiście, nie do końca zdefiniowana, „teologia wyzwolenia” z Ameryki Południowej stała się dla nich symbolem wszelkiego zła.
Nad tymi słowami pastwią się katoliccy duchowni z nadzieją, że lud nie pozwoli sobie na tego rodzaju postawy.
Aby nawrócić ów zepsuty Zachód poparli przedstawiciele Kościoła zmianę polityczną w Polsce – zamiast poprzeć zmianę osobową w Watykanie.
Dwa tematy: krytyka „upadłego” Kościoła na świecie i samouwielbienie „nieskażonego” Kościoła w Polsce stały się ideą wiodącą pośród większości duchowieństwa w Polsce. Histeria ta opanowała w dużej mierze także duszpasterzy polonijnych.
Stworzono też rodzaj teologii, która zatruła wiarę pośród ludu. Jej praktycznym przedstawicielem są diecezjalne media oraz oczywiście media Ojców Redemptorystów, reprezentowane przez ks. Rydzyka.
Ogłoszono tezę o nieomylności polskich biskupów i kapłanów, oraz zwodniczą wiarę w szczególną misję zbawczą Polski dla reszty świata.
Aby tego wszystkiego bronić, duchowieństwo uwierzyło, idąc za głosem wpływowych biskupów, że jedynie z PiSem możliwe jest spełnienie tej mitologicznej i baśniowej misji. Duchowieństwo w większości poparło politykę społecznej nienawiści, świadomego kłamstwa, zniesławienia, zafałszowania rzeczywistości. Fakt odrzucenia wszelkich autorytetów przez polityków stał się też udziałem duchowieństwa, które żadnego, oprócz Rydzyka i Kaczyńskiego, autorytetu nie akceptuje. Nawet papieża.
Kto zaś odrzuca każdy autorytet musi liczyć się z tym, że i jego autorytet straci na znaczeniu. No i stało się.
Pod wpływem takich arcybiskupów jak M. Jędraszewski, generał Sławoj-Głódź czy warszawsko-praski Hoser, kilku pomniejszych biskupów emerytów, miało miejsce to, co stało się niezwykłym ryzykiem dla sprawy ewangelizacji: powstała nieformalna koalicja partyjno-kościelna.
Tysiące kapłanów w Polsce jest fanatycznie przekonanych o poprawności tej drogi. A biskupi oraz kapłani, którzy pozostają wierni traktowani są jako niewierni, lewicowcy, liberałowie itd. itp.
W Kościele w Polsce nie ma kryzysu wiary ani kryzysu wiernych. Kryzys wielkiej rzeszy duchownych – tak należy patrzeć na całą aferę! A taki kryzys jest już tragedią.
Ks. Stanisław Walczak
Roman Giertych: Wejście w życie tej ustawy oznacza koniec prywatnej własności w Polsce

Roman Giertych
Wejście w życie tej ustawy oznacza koniec prywatnej własności w Polsce. Cały majątek może być w każdej chwili zabrany przez państwo. I to bez udziału sądu.
PiS wprowadza regulacje umożliwiające wywłaszczenie każdego przedsiębiorcy.
Przeczytałem z uwagą projekt ustawy z dnia 25 maja br. o odpowiedzialności prawnej podmiotów zbiorowych. Tekst jest szokujący.
PiS chce wprowadzić:
– konfiskatę majątku przedsiębiorcy za każde naruszenie prawa przez podmiot zbiorowy np. spółkę.
Do wykazania naruszenia prawa nie jest wymagane skazanie kogokolwiek za przestępstwo (art.5.3 projektu).
Konfiskatę orzeka sąd na wniosek prokuratora również w tym przypadku, gdy przedsiębiorca uzyskał nieświadomie korzyść majątkową z przestępczego działania innego podmiotu (art.9).
Pracownicy przedsiębiorcy, którzy doniosą na swoją firmę np. na „niezachowanie należytej staranności” (art.12 pkt.3) podlegają ochronie przed zwolnieniem i mogą uzyskać odszkodowanie od firmy do 1 mln złotych.
Prokuratura może już w czasie postępowania wprowadzić ze skutkiem natychmiastowym zarząd przymusowy.
Po wprowadzeniu zarządu dopiero sąd zatwierdza decyzję prokuratora.
Prokurator może również bez zatwierdzenia przez sąd orzec zakaz zawierania umów, zakaz obciążania majątku, zakaz prowadzenia działalności i wstrzymać dotację lub subwencję. (Art.52)
Uwaga!!!
Ustawie podlegają partie polityczne!!!!(art.2)
Uwaga!
Ustawa dotyczy również czynów popełnionych 10 lat przed jej wejściem w życie!!!(art.30).
Wejście w życie tej ustawy oznacza koniec prywatnej własności w Polsce. Cały majątek może być w każdej chwili zabrany przez państwo. I to bez udziału sądu.
Miłej nocy.
Roman Giertych







