Stefan Niesiołowski: Coraz dalej od Europy

Stefan Niesiołowski
Pakt klimatyczny i pisowska ustawa represyjna tworzą antyeuropejską mieszankę, której działanie jest w chwili obecnej trudne do przewidzenia, ale z pewnością obróci się przeciwko Polsce.
Odrzucenie przez Polskę jako jedyny kraj Unii Europejskiej paktu klimatycznego oznacza kolejny krok oddalający nas od Unii czyli Europy. Jest to lekceważenie globalnego zagrożenia jakim jest ocieplenie klimatu i związane z tym zagrożenie dla życia na ziemi.
Oznacza to, że kolejne pokolenia Polaków będą truły się zanieczyszczeniami, smogiem powstającym z masowo importowanego rosyjskiego węgla. Oznacza wreszcie w wymiarze politycznym i ekonomicznym dalszą utratę wiarygodności przez Polskę jako kraj lekceważący europejską solidarność i wspólną troskę o ochronę naszej planety i życia na ziemi przed nadciągającą katastrofą klimatyczną. Oznacza skrajny egoizm i głupotę trudną do wyobrażenia i zrozumienia.
Zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych przede wszystkim dwutlenku węgla (CO2) wiąże się z osiągnięcie w roku 2050 neutralności klimatycznej UE, czyli produkowania w krajach Unii czyli prawie całej Europie, takiej ilości CO2 jaka jest możliwa do pochłonięcia przez rośliny w procesie fotosyntezy. Fotosynteza jest procesem dzięki, któremu możliwe jest życie na ziemi, oznacza syntezę z wody i CO2 przy pomocy chlorofilu i przy udziale światła, cukrów, a w dalszej kolejności białek, aminokwasów i tłuszczów czyli substancji niezbędnych do życia i odżywiania się wszystkich organizmów oraz uwalniania do atmosfery tlenu.
W wymiarze politycznym jest to wielka kompromitacja polskiego rządu, w wymiarze ekonomicznym rezygnacja z korzystania z dopłat i wspólnych działań jakie proponuje Unia Europejska, w wymiarze strategicznym oznacza izolację i w najlepszym wypadku zdumienie wszystkich pozostałych państw członkowskich Unii. Być może podoba się to takim państwom jak Chiny, satrapie bliskowschodnie lub p. Trump, który zdaje się nie wierzy w ocieplenie klimatu tak jak jego sekretarz stanu nie wierzy w ewolucję.
Oczywiście na rząd p. Morawieckiego nikt czekać nie będzie i Unia pójdzie swoją droga ratowania planety przed katastrofą, której niektóre zwiastuny w postaci anomalii pogodowych, suszy, kataklizmów, zagłady wielu gatunków itp. już widzimy. Dla mnie jako biologa zagłada każdego gatunku jest katastrofą, a ludzka bezmyślność, chciwość i kretynizm doprowadziły w ciągu ostatnich kilkuset lat do wyniszczenia bardzo wielu gatunków w tym tak wspaniałych jak wielki ptak moa, dront dodo, krowa morska, wilk workowaty, gołąb różowy, tur, żółw olbrzymi, alka olbrzymia, zebra kwagga, ropucha złota.
Kolejnym i bardzo poważnym zagrożeniem dla obecności Polski w Unii są propozycje nowej sądowej ustawy represyjnej. Oznaczają one praktycznie podporządkowanie sądownictwa władzy wykonawczej czyli de facto PiS-owi z wszelkimi konsekwencjami. Trudno sobie wyobrazić, aby Unia zgodziła się na coś co jest jaskrawo sprzeczne z podstawową zasadą jej istnienia, a mianowicie, że jest organizacją zrzeszającą państwa demokratyczne. Brak wolnych sądów, represje wobec sędziów, karanie za wydawane wyroki i domaganie się od sędziów, aby byli „funkcjonariuszami” oznacza moim zdaniem prowokowanie Unii i zmierza do wyprowadzenia Polski z Unii, którą przypomnę p. Duda nazwał nie tak dawno „wyimaginowaną wspólnotą”. Czy ta wspólnota jest wyimaginowana i co oznacza opuszczenie Unii, mam nadzieję, zostanie Polsce oszczędzone.
Pakt klimatyczny i pisowska ustawa represyjna tworzą antyeuropejską mieszankę, której działanie jest w chwili obecnej trudne do przewidzenia, ale z pewnością obróci się przeciwko Polsce. Natomiast łatwe było do przewidzenia to co nazwane zostało prawyborami w PO i co w jednym z poprzednich felietonów przewidziałem, z resztą nie byłem wyjątkiem. Sens tego działania polegał na próbie p. Schetyny ocalenia swojego stanowiska poprzez zablokowanie dyskusji o odpowiedzialności za kolejną porażkę i był o tyle absurdalny, że niczego nie zmieniał, osłabiał Małgorzatę Kidawę-Błońską, ośmieszał Schetynę i niestety przy okazji opozycję. Po raz kolejny twierdzący, że „gra o wszystko” geniusz z Wrocławia zagrał o wszystko i dopomógł pisowcom w kampanii. Ciekawe co jeszcze jest potrzebne, aby pozbyć się tego szkodnika?
Szkodnictwem jest natomiast atakowanie dziś Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Ma ona bowiem poważne szanse na wejście do drugiej tury, czy tak będzie przekonamy się za kilka miesięcy, i wygrać z Dudą. Najważniejsze jest jedno, aby kandydaci opozycji demokratycznej potrafili zdobyć się na to minimum rozsądku i nie atakowali się wzajemnie, natomiast w drugiej turze głosowali zgodnie i solidarnie przeciwko Dudzie. To chyba jest możliwe i od tego zależy na kilka lat przyszłość Polski.
Stefan Niesiołowski
Kamil Durczok: Pojęcie „wolnych sądów” ma dla mnie ogromne znaczenie

Kamil Durczok
Pojęcie Wolnych Sądów jest dla mnie ważne i ma ogromne znaczenie, choć wielu ludzi uważa je za nieistotne. Pewnie nigdy nie stanęli oni w obliczu takiej sytuacji, w jakiej ja się znalazłem. I oby nie stanęli.
Drodzy,
przede mną jeden z przełomowych momentów w moim życiu. W środę Sąd Okręgowy w Katowicach zdecyduje, czy pozostanę na wolności, czy też będę musiał bronić swojego dobrego imienia zza murów aresztu.
Dotąd milczałem. Nie komentowałem ani decyzji Sądu I instancji, ani informacji wyciekających z Prokuratury. Powstrzymywałem się od komentarzy, choć wielu uznawało to za słabość i brak argumentów na swoją obronę. Zdziwienie było pewnie tym większe, że przez lata aktywności dziennikarskiej przyzwyczaiłem Was do szybkiej i zdecydowanej reakcji na to, co dzieje się wokół.
Chciałbym napisać, co o tym wszystkim myślę i jaka jest prawda. Chciałbym, ale nie mogę. To, co wiem, z czym mogłem się zapoznać po zatrzymaniu przez CBŚP i przesłuchaniach w Prokuraturze, objęte jest tajemnicą śledztwa. Gospodarzem postępowania jest prokuratura i tylko ona może decydować, które spośród wszystkich dokumentów są przedstawiane opinii publicznej. Szanuję to i nie zrobię niczego, co mogłoby tę zasadę złamać.

Zapewniam jednak, że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana niż jej medialny przekaz. Przede wszystkim pokazuje, jak bardzo zawieść może bank, instytucja, w której pokłada się zaufanie, jak zawodzą procedury oraz ludzie, którzy w nim pracują. Wierzę, że na całą prawdę przyjdzie w końcu czas. Podobnie jak na pociągnięcie do odpowiedzialności banku i pracujących w nim ludzi, którzy powinny wiedzieć, do czego doprowadziła ich chciwość, zachłanność i nieetyczne działania.
Prokuratura, wnioskując o areszt, przekonywała Sąd, iż będę mataczył. Wyjaśniam więc, że wiedziałem o sprawie od 4 miesięcy, bo wtedy napisały o niej po raz pierwszy media. Gdybym zamierzał mataczyć, uciekać, czy w jakikolwiek sposób utrudniać postępowanie, uczyniłbym to w ciągu tych 4 miesięcy. Prokuratura w pełni zdaje sobie sprawę, że nie zrobiłem niczego, co mogłoby zostać uznane za próbę mataczenia. Spokojnie czekałem na szansę złożenia wyjaśnień. Szkoda, że musiało je poprzedzić zatrzymanie na ulicy i doprowadzenie w kajdankach. Zaręczam, że stawiłbym się sam, bez zwłoki i na każde wezwanie.
Dziś słyszę, że złożone przeze mnie, bez wahania, szczere i obszerne wyjaśnienia, a także odpowiedzi na wszystkie pytania Prokuratora, to tylko przyjęta „linia obrony”. Czy to znaczy, że przytaczanie faktów i mówienie prawdy to coś nagannego? Tak, moją linią obrony jest mówienie prawdy. I będę w tym konsekwentny.
Sąd, rozpatrując wniosek o tymczasowe aresztowanie, był w stanie spojrzeć na sprawę w sposób wnikliwy i rzetelny. I to nie dlatego, że stanął przed nim Kamil Durczok, tylko dlatego, że był wolny od nacisków i niezależny.
Dlatego pojęcie „wolnych sądów” jest dla mnie tak ważne i ma tak ogromne znaczenie, choć wielu ludzi uważa je za nieistotne. Pewnie nigdy nie stanęli oni w obliczu takiej sytuacji, w jakiej ja się znalazłem. I oby nie stanęli. Gdyby jednak było inaczej, życzę im, by Sąd był w ich przypadku tak dociekliwy i sumienny, jak w moim.
Po tym, jak Sąd I instancji nie zastosował wobec mnie aresztu, Prokuratura określiła to jako przyznanie mi „immunitetu celebryty”. Nie brak było głosów, że ów „immunitet celebryty”, to próba podważenia decyzji niezawisłego Sądu, który nie spełnił oczekiwań Prokuratury i nie wsadził mnie za kraty. Czy to uprawniona opinia? Wam pozostawiam odpowiedź na to pytanie.
Na razie mogę i chcę zrobić jedno: podziękować. Wszystkim moim przyjaciołom. Tym prawdziwym, będącym ze mną od lat. Dziękuję Wam za wsparcie. Nigdy dotąd nie sądziłem, że słowa „jestem z Tobą”, czy „nie poddawaj się”, mogą mieć aż takie znaczenie.
Dziękuję znajomym i nieznajomym, którzy nie stracili wiary we mnie. Dajecie mi mnóstwo siły.
Tych, którzy już mnie osądzili, proszę: nie ferujcie wyroków nie znając szczegółów. Jestem zwykłym obywatelem, takim, jak Wy. Zapewniam, że biorę odpowiedzialność za błędy, które w życiu popełniłem.
Na koniec dziękuję tym, którzy byli i są obok mnie w tych trudnych momentach, czyli moim obrońcom z Kancelarii Adwokackiej Michał Ciupa i Partnerzy. Michałowi właśnie, Karolowi Rużyło i ich zespołowi. Panowie Mecenasi, wasza wiedza, przygotowanie i wsparcie, są w tych dniach nieocenione.
Kamil Durczok
Piotr Surmaczyński: wygrał Boris Johnson, ale Brytyjczycy nie chcą twardego Brexitu

Piotr Surmaczyński
W brytyjskiej polityce w dalszym ciągu nikt nic nie wie i premier kłamiący swojemu elektoratowi bardziej niż Pinokio i Morawiecki razem nie gwarantuje tak naprawdę niczego
Wynik wyborczy oznacza, że wszystko się zmieniło czyli, że nic się nie zmieniło w Brytyjskiej polityce.
W majowych wyborach do Parlamenru Europejskiego triumfowała partia „Brexit” Nigrla Farage. Nowy twór (nowotwór), który powstał zaledwie kilka miesięcy przed majowymi wyborami do Parlamentu Europejskiego. Farage żądał bezwarunkowego Brexitu i twierdził, że wynegocjowany przez lidera konserwatystów Borysa Johnsona „nowy” plan „rozwodu” jest zdradą tych wszystkich, którzy chcieli Brexitu. Dziś partia Faragea nie dostała ani jednego miejsca w Parlamencie. Brytyjczycy nie chcą twardego Brexitu.
Partia Liberalnych Demokratów, która na sztandarze miała kompletnie zerwanie jakiejkolwiek polityki prowadzącej do Brexitu i pozostanie Wielkiej Brytanii w Unii na starych zasadach dostała znacznie mniej niż oczekiwała a jej „charyzmatyczna” liderka wcale nie dostała się do parlamentu.
Stojący okrakiem pomiędzy Brexitem a nowym referendum Corbin – lider partii pracy, który obiecywał w wyborach bezpłatny internet dla wszystkich oraz 100 innych równie nie trafionych pomysłów doprowadził do największej klapy wyborczej swojej partii w historii. Jako lider opozycji jest skończony.
Wygrał Borys Johnson z hasłem „zróbmy sobie Brexit” i ogromnymi obietnicami socjalnymi. Ludzie go wczoraj poparli, ale nie ma pewności czy poparcia starczy mu na dłużej niż partii Brexit. Niestety jesteśmy teoretycznie skazani na niego na kolejne pięć lat a może i dłużej.
Na szczęście w brytyjskiej polityce w dalszym ciągu nikt nic nie wie i premier kłamiący swojemu elektoratowi bardziej niż Pinokio i Morawiecki razem nie gwarantuje tak naprawdę niczego innego niż tego, że będzie wesoło.
Ja w dalszym ciągu czuje się polskim Brytyjczykiem. Nie wyjeżdżam z Londynu i wierze, że Johnson mnie okłamał w sprawie Brexitu. On zawsze kłamie.
Piotr Surmaczyński
Jurek Owsiak: Pierwszy raz w Senacie

Jurek Owsiak
Pierwszy raz w historii działania naszej Fundacji WOŚP mogliśmy, dzięki zaproszeniu Marszałka, być w gmachu Senatu. Miejsce przestronne, dużo światła, dużo powietrza. Można powiedzieć - idealne warunki do dobrej i twórczej pracy.
Polska psychiatria dziecięca i młodzieżowa jest rozłożona na cztery łopatki. Nie od dziś, nie od wczoraj. Ponad rok temu, kiedy na temat jej tragicznego stanu mówiono w mediach, natychmiast podjęliśmy decyzję, aby Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy na ile może pomogła w wyjściu z tego ogromnego kryzysu. Jak się okazało – jest to możliwe. Zrobiliśmy to, co potrafimy zrobić najszybciej i najlepiej. Po konsultacji ze środowiskiem lekarzy zakupiliśmy 798 łóżek wraz ze specjalnymi szafkami i dwoma kompletami pościeli na każde łóżko. Do tego 500 specjalnych, przystosowanych do terapii siedzisk. Wszystko to już trafiło na 34 oddziały psychiatrii dziecięcej i młodzieżowej. Wartość tego wsparcia to ponad 3 miliony złotych, a przed nami kolejne zakupy i w pierwszej kolejności będą to specjalistyczne testy, które są niezbędne w diagnostyce.
Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że obecny kryzys to wynik przeogromnych i wieloletnich zaniedbań systemowych. Brakuje lekarzy, personelu medycznego, kilku oddziałom wręcz grozi ich zamknięcie. Zresztą placówki pękają w szwach z powodu ogromnej ilości potrzebujących pacjentów, dlatego należy zewrzeć siły, jak to mówimy, skrzyknąć „wszystkie ręce na pokład”, aby ten stan rzeczy zmienić. Dobrze, że kupując łóżka i podstawowe wyposażenie zaczęliśmy od czegoś. Takie nowe urządzenia to właśnie ten nasz wiatr w żagle. Jednak aby zmienić system, to ten system musi także brać w tym udział.

Dzisiaj na spotkaniu z Marszałkiem Senatu prof. Tomaszem Grodzkim otrzymaliśmy zapewnienie, że Senat służy swoim majestatem, a także swoją największą salą, aby na początku przyszłego roku odbyć debatę na temat naprawienia złej sytuacji w psychiatrii dziecięcej i młodzieżowej. Chcemy zaprosić na nią wszystkich zainteresowanych i ten pierwszy, społeczny ruch podtrzymać, a przede wszystkim wzmocnić ważnymi decyzjami parlamentarnymi. Pan profesor Tomasz Grodzki jako lekarz całym sercem jest przychylny dla rozwiązania tego problemu, służąc także swoją wiedzą, zapałem i zaangażowaniem.

Pierwszy raz w historii działania naszej Fundacji WOŚP mogliśmy, dzięki zaproszeniu Marszałka, być w gmachu Senatu. Miejsce przestronne, dużo światła, dużo powietrza. Można powiedzieć – idealne warunki do dobrej i twórczej pracy. Dziękujemy za spotkanie, a także dziękujemy za to, że Pan Marszałek przekazuje na nasze licytacje spotkanie ze swoją osobą oraz osobiste oprowadzenie po Senacie. No, to wszystkie ręce na pokład i łapmy wiatr w żagle!
Jurek Owsiak
Jan Hartman: Czy Marszałek Grodzki brał?

Jan Hartman
Przedstawiciele establishmentu medycznego czasami mają niełatwą i niezbyt jasną sytuację, nazwijmy to w ten sposób, moralno-ekonomiczną
Marszałek Senatu prof. Tomasz Grodzki ma nieprzyjemności z powodu pomówień o przyjmowanie nienależnych korzyści bądź nakłaniania pacjentów do wpłat na fundację medyczną. Zapowiada sądowe dochodzenie swych praw, co silnie przemawia na jego korzyść. Niestety, przedstawiciele establishmentu medycznego czasami mają niełatwą i niezbyt jasną sytuację, nazwijmy to w ten sposób, moralno-ekonomiczną. A czym więcej zarabiają (bywa to 30, 40, 50 tys. zł miesięcznie i więcej, jeśli są biznesmenami), tym trudniej to wszystko upchnąć w granicach dobrych praktyk i transparencji w wykonywaniu zawodu. Najtrudniej zaś przeliczyć poszczególne źródła dochodu na godziny pracy tak, aby to jakoś „wyglądało”.

Oczywiście lekarz powinien żyć z legalnych zarobków. Jak każdy człowiek. Jednak system ekonomiczny wbudowany w strukturę placówek ochrony zdrowia – publicznych i niepublicznych – ma już taką naturę, że naprawdę dobre zarobki umożliwia tym, którzy gotowi są poruszać się na granicy prawa i na granicy przyzwoitości bez tych granic przekraczania. Taki mamy instytucjonalny klimat. Dlatego w zasadzie każdego bardzo zamożnego lekarza od biedy można nękać trudnymi pytaniami. Jak nie od strony prawnej, to przynajmniej od strony etycznej.
Witz polega na tym, że wysokie zarobki zwykle są co do swej istoty w porządku, lecz czasami nie do końca w porządku co do ich wysokości i sposobu wykorzystania możliwości zgodnego z prawem działania. Czasami jest nieco ślisko, a granice się zacierają. W dodatku nie wszyscy lekarze wiedzą, czego nie wypada robić, nie mówiąc już o tym, że tak jak większość z nas działają „do granic sumienia”, czyli w subiektywnym poczuciu, że nie łamią zasad. Inni jednakże mogą mieć w tej sprawie inne zdanie i jeśli owa różnica zdań przekroczy pewną granicę, zaczyna się o danym medycznym VIP-ie mówić źle.
Skończyły się już czasy zwykłego łapówkarstwa i „dowodów wdzięczności”. Nikt nie mówi pacjentowi przysłowiowego „niech wyprowadzi krowę”, niemniej tu i tam dzieją się różne rzeczy, które dziać się nie powinny, a piękne domy i jeszcze piękniejsze samochody jak stały i cieszyły, tak nadal stoją i cieszą tam, gdzie trzeba. Większość stoi uczciwie i z podniesionym czołem. Jakaś część jednak nie. Nie mam pojęcia, jaka jest skala nadużyć. Chyba nikt nie ma. Tak jak nikt nie ma wątpliwości, że takie nadużycia istnieją.
Czegóż więc nie należy robić, jak się jest Bardzo Ważnym Lekarzem?
– nie należy notorycznie (bo czasami może to być uzasadnione) uprzywilejowywać swych prywatnych pacjentów w publicznej placówce, w której jest się zatrudnionym, ani notorycznie dzielić świadczeń na „opłacalne” i wykonywane prywatnie oraz „nieopłacalne”, wykonywane w publicznym ZOZ (Zakładzie Opieki Zdrowotnej).
– nie należy prywatnych pacjentów leczyć zbyt długo, nakazywać im zbyt wielu wysoko płatnych wizyt, zlecać zbyt dużo badań (zwłaszcza gdy ma się z tego dodatkowy dochód).
– nie należy skracać konsultacji lekarskich do kilku minut celem wypisania kolejnej recepty i pobieżnej kontroli przewlekle chorego, pobierając za to pełne wynagrodzenie za wizytę.
– nie należy prywatnych pacjentów przetrzymywać zbyt długo pod opieką w swoim niepublicznym ZOZ lub gabinecie, gdy potrzebny jest im dostęp do świadczeń, których nie możemy im sami zaoferować.
– nie należy propagować leków i innych środków leczniczych oraz wyrobów medycznych, tzn. przepisywać ich pacjentom, zamawiać dla oddziału czy polecać na szkoleniach z innych niż naukowe racji, a w szczególności nie wolno tego czynić z powodu odnoszenia bezpośrednich lub pośrednich korzyści ze współpracy z firmami farmaceutycznymi, które je produkują i dostarczają.
– nie należy godzić się na odpłatne uczestniczenie w wieloośrodkowych badaniach biomedycznych (np. w próbach klinicznych), jeśli nie wykonuje się osobiście pracy wymiernej w godzinach, płatnej (po przeliczeniu) za godzinę w rozsądny sposób (co to znaczy? A niechby i 300 zł za godzinę…).
– nie należy przyjmować bardzo wysokich honorariów (Jakich? No, może 2-3 tys. za wykład?) za udział w szkoleniach sponsorowanych przez firmy farmaceutyczne i popadać w ekonomiczną i psychologiczną zależność od takich firm.
– nie należy brać żadnych „dowodów wdzięczności”, które mają istotne znaczenie materialne, z wyjątkiem sytuacji, gdy pacjent oferuje owoce swej własnej pracy (przysłowiową gęś), a i wtedy wartość tego przedmiotu bądź usługi nie może być z punktu widzenia obu stron duża.
– nie należy pracować na większej liczbie „etatów”, niż faktycznie można obsłużyć.
– nie należy pracować ponad siły.
– nie należy przyjmować wysoko płatnych funkcji, z którymi nie wiąże się prawdziwa, wymierna w godzinach praca (choćby i bardzo dobrze płatna – jw.).
No i jeszcze jedna sprawa – niezwiązana z osobistymi korzyściami, lecz pojawiająca się w mediach w kontekście sprawy prof. Grodzkiego – nie należy nakłaniać pacjentów do wpłat na fundacje medyczne. Prośby tego rodzaju powinny przechodzić przez organizacje pacjentów albo być propagowane w mediach, ewentualnie nawet na tablicach informacyjnych ZOZ. Jednak nie w osobistej rozmowie lekarza z pacjentem. Wiem, że to trudne, ale przykro mi: nie.
No, dobra. To podsumujmy. Ile zarobi uczciwie medyczny VIP, taki z pierwszej setki?
– z etatu profesora uczelni medycznej: 7 tys. zł na rękę
– z prywatnej praktyki (raz w tygodniu po pięć godzin, 20 pacjentów; średnio 400 zł na rękę za godzinę): 8 tys.
– z etatu w szpitalu/klinice: 8 tys.
– z grantu/programu badawczego: 4 tys.
– z recenzji, przewodów doktorskich, ekspertyz i tantiem za teksty: 3 tys.
– z odczytów (jeden w miesiącu): 4 tys.
– za udział w komisji urzędowej: 1 tys.
Razem daje to kwotę – taram, taram! – 35 tys. zł netto miesięcznie! Naprawdę, aż tyle może uczciwe zarobić bardzo wzięty profesor medycyny, pracując ciężko 10-12 godzin dziennie przez pięć, czasem sześć dni w tygodniu. Moim zdaniem to jest w porządku. Przecież tyle właśnie zarabiają dobrzy adwokaci, architekci czy menedżerowie. Cztery-pięć razy więcej niż wysoko wykwalifikowani fachowcy budowlani i profesorowie nauk humanistycznych. 10 razy więcej niż „zwykły Polak”.
Problem zaczyna się, gdy ta kwota jest znacznie wyższa. Wtedy zapewne trudno ją wytłumaczyć. Rzecz jasna nie każdy chce i może pracować tak dużo i większość najlepszych profesorów nie osiąga takich zarobków. Mają jednak możliwości, aby zarabiać bardzo dobrze. Naprawdę nie muszą przekraczać granic ani tym bardziej łamać prawa. Paradoksalnie właśnie dlatego, że wzięci lekarze są zamożni, możemy im bardziej ufać. Dlatego uważam za nieprawdopodobne, żeby nasze czujne i moralnie pryncypialne władze śledcze odniosły sukces w akcji „Marszałek”, jeśli takową uruchomią.
Jan Hartman
Andrzej Żukowski: Dlaczego – „My mamy Tokarczuk, Wy macie Martyniuka”?

Andrzej Żukowski
Jest rolą literatury i sztuki być naszym sumieniem i głosem naszych wartości, a ci którzy usiłują wprząc literaturę i sztukę w służbę propagandy, chcą po prostu użyć jej jako megafonu dla własnej polityki
Mój mem tej treści, przy raczej powszechnej akceptacji, wywołał też pytania – kim są ci „My” a kim są ci „Oni”. Otóż – MY to wszyscy Polacy, którzy czytali i czytają lub chcą przeczytac Olgę Tokarczuk, ale także ci, którzy nie czytali i pewnie nie przeczytają, ale szanują i doceniają jej sukces. Ale przede wszystkim – wszyscy ci, którzy rozumieją jej wizję nas samych, a bardziej generalnie – jej wizję człowieczenstwa, która znaduje także wyraz w nas samych i naszej historii. Już na zawsze proza Tokarczuk będzie częścią naszej kultury narodowej (a przy tym oczywiście i światowej), czy to się Kurskiemu, Glińskiemu, Kaczyńskiemu podoba czy nie – a to są właśnie ci ‘Oni’.

I jest w tej chwili, i pozostanie na zawsze, Olga Tokarczuk obok Reymonta i Sienkiewicza, Miłosza i Szymborskiej, ale także tych naszych twórców, którzy nie dostali Nobla, znakomitą polską pisarką. I ona, i inni polscy nobliści są członkami elitarnego klubu, który w dziedzinie literatury ma pisarzy tego kalibru co Ernest Hemigway, Gűnter Grass, Gabriel Garcia Márquez, Patrick White, Pablo Neruda, Jean-Paul Sartre, Winston Churchill, i innych.
Może mi pan wierzyć, panie Kurski, że nawet jeżeli wielu Polaków, których pan raczył kiedyś nazwać ‘ciemnym ludem’ nie słyszało o Tokarczuk, to zakładając, że Polska przecież w końcu wyjdzie z tego waszego kretyńskiego klerykalno-nacjonalistycznego marazmu – ich dzieci będą się o niej uczyć w szkole, i będą ją czytać.
I są polska tradycja i kultura na tyle wielkie i żywotne by ogarnąć ponadczasową skalę twórczości Olgi Tokarczuk, i zaakceptować także jakkolwiek skromniejsze w nich miejsce kultury masowej i Zenona Martyniuka, który przecież trafia do serc i gustów milionów Polaków. Ale nie można, jak to robi Kurski i jego kolesie negować czy bagatelizować ‘pewnie’ wspaniałego sukcesu Tokarczuk, w imię matołkowato pojętego ‘patriotyzmu’, i nachalnie przy tym promować popularną kulturę masową jako przeciwwagę (po co?) tej niepokornej, ‘trudnej’ i ‘elitarnej’. I jest to kwestia nie tylko naszych indywidualnych gustów, ale także i rozumu – pojęcie skali zjawisk i właściwa ich ocena.
Jest rolą literatury i sztuki być naszym sumieniem i głosem naszych wartości, a ci którzy usiłują wprząc literaturę i sztukę w służbę propagandy, chcą po prostu użyć jej jako megafonu dla własnej polityki, a tego zrobić się nie da, bo przede wszystkim – trzeba po prostu mieć coś sensownego do powiedzenia – sam ‘patriotyczny’ bełkot z drabinki nie wystarczy. A przecież cała ta filozofia ‘My i Oni’ wyrasta z podziału jakiego dokonali Kaczyński, Duda, Pawłowicz. Jest to podział potwierdzony nie tyle przez brak poparcia, co tępienie przez nich niezależnej polskiej myśli i ekspresji twórczej, która nie pozwala się wtłoczyć w ramy szowinistycznie pojmowanej ‘miłości ojczyzny’ i polityki partyjnej.
Mało jest na świecie narodów, które potrafią tak pracowicie podważać własny dorobek i największych jego twórców, jak Polacy. Pisał o tym świetnej (sic) pamięci Jerzy Waldorf, mówiąc o ‘bezinteresownej polskiej zawiści’, chociaż tutaj chodzi także o strach nieudaczników nie tylko przed lepszym – ale przede wszystkim przed niezależnym i ‘innym’. Bowiem zagrożony czuje się władca, który nie rozumie swoich ‘poddanych’, a w skrytości ducha tak po prostu wie, że jest od nich głupszy. Obecna epoka jest tego szczytem – coś w rodzaju ‘późnego rokokoko’ pana Paradysa. Bo jest to Republika Banasiowa rządzona przez klikę ludzi małych duchem, obok honoru i najbardziej elmentarnej uczciwości, pozbawionych także wyobraźni, rozmachu, pasji, a nade wszystko – zwyczajnej wiedzy i znajomości świata. A głupców zawsze cechuje bardziej niż barokowy przerost formy nad treścią – stąd całe to patriotyczne zadęcie, miesięcznice ‘smoleńskie’ i uzbrojona w szable Straż Marszałkowska, idiotyzm ‘ławek patriotycznych’, i już setki pokracznych pomników pewnego ‘prezydęta’.
Ostentacyjna ‘ludowość’ ugrupowania Kaczyńskiego to pozory i podlizywanie się wyborcom, a nie autentyczne zainteresowanie, wiedza i szacunek.
Dlatego tak na chama uwala się wielkie polskie osiagnięcia światowej klasy – przykładem Wałęsa, Tusk, a teraz Olga Tokarczuk, osiągnięcia na które obóz władzy i jego akolici nie mają najmniejszych szans – a promuje te, które mają w najlepszym razie lokalny zasięg, wydźwięk i znaczenie. Jest to polski prowincjonalizm nobilitowany. Nazwałem kiedyś Kaczyńskiego ‘Bożkiem Niedoskonałości’, i to właśnie chyba najlepiej podsumowuje jego samego, jego partię, i epokę, którą ich władza rozciągnęła nad Polską.
Więc cieszmy się, że pomimo tej ery banalnego nieuctwa, buty i nieczułego barbarzyństwa jakie zapanowały nad Polską, mamy oto wielki sukces Olgi Tokarczuk, bo to jest także wielki sukces Polski i nas wszystkich, i to na zawsze. Dziękujemy, Pani Olgo.
Andrzej Żukowski
Roman Giertych: Dzisiejszy wyrok SN, to bomba atomowa!

Roman Giertych
Konsekwencje tego wyroku są niebywałe. I niech nikt nie sądzi, że wyrok ten jest stanowiskiem o charakterze publicystycznym. Wyrok ma bezpośrednie przełożenie praktyczne na całość wymiaru sprawiedliwości.
To bomba atomowa. Myślę oczywiście o dzisiejszym wyroku SN. W wyroku tym Izba Pracy i Ubezpieczeń Społecznych SN wykonując odesłanie skierowane do niej przez TSUE orzekła, że Izba Dyscyplinarna SN nie jest sądem, gdyż KRS został powołany w sposób sprzeczny z prawami podstawowymi UE.

Konsekwencje tego wyroku są niebywałe. I niech nikt nie sądzi, że wyrok ten jest stanowiskiem o charakterze publicystycznym. Wyrok ma bezpośrednie przełożenie praktyczne na całość wymiaru sprawiedliwości.
SN uznał, że Izba Dyscyplinarna SN nie jest sądem w rozumieniu prawa UE, a obecna KRS nie jest organem bezstronnym i niezawisłym. Wykładnia zawarta w wyroku TSUE z 19 listopada 2019 r. wiąże każdy sąd w Polsce, a także każdy organ władzy państwowej
Pierwszy przykład z mojego podwórka: adwokatura.
System odpowiedzialności dyscyplinarnej adwokatury prowadzony jest przez samorząd. System ten składa się rzeczników dyscyplinarnych i sądów dyscyplinarnych wybieranych przez samorząd. Od orzeczeń sądów II instancji przysługuje stronom kasacja do SN (od niedawna do Izby Dyscyplinarnej SN), a od zeszłego tygodnia zgodnie z uchwałą 7 sędziów Izby Dyscyplinarnej również kasacja przysługuje od orzeczeń sądów I instancji.
Po dzisiejszym orzeczeniu SN jest oczywiste, że organa adwokatury nie będą mogły respektować orzeczeń wydanych przez nieistniejący sąd. Nawet gdyby chciały (w co bardzo wątpię:)), to nie mogłyby. Każda osoba, której wpis dyscyplinarny zostałby wywołany orzeczeniem nieistniejącego sądu miałaby prawo pozwać Polskę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka i Obywatela i otrzymałaby odszkodowanie, które później zapłacić musiałaby korporacja. Tak więc korporacja adwokacka odmówi wykonywania „wyroków Izby Dyscyplinarnej”. Bez decyzji władz korporacyjnych wyroki te będą po prostu pustym świstkiem papieru.
Trochę inaczej jest w przypadku sędziów, ale w gruncie rzeczy podobnie. Sędziowie nie będą uczestniczyć w posiedzeniach tego „sądu”, co jeszcze bardziej podważy skuteczność orzeczeń i wykonalność ewentualnych kar.
Dodatkowym elementem tej sprawy jest fakt, że TSUE będzie niejako związany stanowiskiem sądu do którego odesłał odpowiedź na konkretne pytanie o zgodność z prawem UE funkcjonowania Izby Dyscyplinarnej SN. To będzie miało wyraz w kolejnych orzeczeniach.
Uważam, że rewolucja w wymiarze sprawiedliwości zakończyła się klęską PiS. I nawet kolejne próby podejmowane przez partię rządzącą tego nie zmienią.
Roman Giertych
Ks. Stanisław Walczak: Postać świętej Barbary stała się jedną wielką legendą

Ks. Stanisław Walczak
Dzisiaj spróbuję oczyścić jej pamięć z naiwnych legend i, posługując się źródłami prawosławnymi, opisać jej życie.
Postać świętej Barbary stała się jedną wielką legendą. Tym niemniej pamiętana jest i czczona na całym świecie. Trzy słowa mogą oddać jej charakter: piękna, znamienita i mądra.
Dzisiaj spróbuję oczyścić jej pamięć z naiwnych legend i posługując się źródłami prawosławnymi, opisać jej życie.
Jej piękno stało się dla niej przekleństwem. Ojciec, Dioscorus, zazdrosny o Barbarę, wybudował dla niej wieżę, w której jedynie jej pogańscy nauczyciele mogli ją spotykać. Z wieży rozciągał się w oddali widok na wzgórza. W dzień mogła patrzeć na zalesione zbocza, bystre potoki i łąki pokryte wielobarwnym dywanem kwiatów. W nocy harmonijne i majestatyczne sklepienie niebios było dla niej widowiskiem o niewysłowionej urodzie.
Wkrótce dziewica zaczęła zadawać sobie pytania dotyczące Pierwszej Przyczyny i Stwórcy tak harmonijnego i wspaniałego świata.
Stopniowo przekonała się, że bezduszne idole są jedynie dziełem ludzkich rąk. Chociaż jej ojciec i nauczyciele oddawali im cześć, zdała sobie sprawę, że bożki nie mogły stworzyć otaczającego świata. Pragnienie poznania prawdziwego Boga tak pochłonęło jej duszę, że Barbara postanowiła poświęcić całe swoje życie temu celowi i spędzić swoje życie w dziewictwie.
Wieść o jej pięknie rozeszła się po całym mieście i wielu starało się o jej rękę. Ale pomimo błagań ojca, odmówiła im wszystkim. Barbara ostrzegła ojca, że jego upór może zakończyć się tragicznie i rozdzielić ich na zawsze.
Dioscorus zdecydował, że na temperament jego córki wpłynęło jej życie w odosobnieniu. Dlatego pozwolił jej opuścić wieżę i dał jej pełną swobodę w wyborze przyjaciół i znajomych. W ten sposób Barbara spotkała w mieście młode chrześcijanki, które uczyły ją o Stwórcy świata, o Trójcy Świętej i o Boskim Logosie.
Za pośrednictwem Bożej Opatrzności kapłan w przebraniu kupca przybył do Heliopolis z Aleksandrii. Po pouczeniu jej o tajemnicach wiary chrześcijańskiej ochrzcił Barbarę, a następnie wrócił do swego kraju.
Jej ojciec, gdy poinformowała go o tym, że została chrześcijanką, wpadł w furię, strasznie pobił swoją córkę, a następnie umieścił ją pod strażą i starał się ugiąć ją głodem. W końcu przekazał ją prefektowi miasta, Marcjanusowi.
Zaciekle bili św. Barbarę: uderzali ją surową skórą i potarli jej rany szmatką do włosów, aby zwiększyć ból.
Nocą św. Barbara modliła się gorliwie do swego Niebiańskiego Oblubieńca, a sam Zbawiciel pojawił się i uzdrowił jej rany. Barbara zaś została poddana jeszcze bardziej przerażającym mękom.
W tłumie obserwujących torturowaną Barbarę była cnotliwa chrześcijanka Juliana, mieszkanka Heliopolis. Jej serce było pełne współczucia dla dobrowolnego męczeństwa pięknej i znakomitej dziewicy. Juliana również chciała cierpieć za Chrystusa. Zaczęła więc wyzywać oprawców donośnym głosem, aż oni ją pochwycili.
Obie męczenniczki były torturowane przez długi czas. Ich ciała zostały i poranione haczykami. Następnie, pośród szyderstw i drwin, poprowadzono je nago przez miasto.
Poprzez modlitwy św. Barbary Pan posłał anioła, który okrył nagość świętych wspaniałą szatą. Następnie niezłomne wyznawczynie Chrystusa, św. Barbara i Juliana zostały ścięte. Sam Dioscorus stracił swą córkę.
Trudno mi z całego serca odnieść się teraz do górników, których św. Barbara jest patronką. Stan górniczy zasługuje na coś więcej niż Barbórka. Przecież, jak to kiedyś w kopalni Zofiówka mówiliśmy: górnik, nawet po śmierci otrzymuje trzy dni wolnego, a potem znowu pod ziemię…
Barbarom zaś życzę, by Wasze piękno, znamienność i mądrość stały się dla Was tym, czym były dla Waszej patronki, świętej Barbary.
Ks. Stanisław Walczak
Krzysztof Skiba: Kierunek Dania!

Krzysztof Skiba
Dania to jeden z najszczęśliwszych krajów na świecie. To najmniej skorumpowane państwo świata. Mają klocki lego i pierwsi zbudowali parki rozrywki. Mają dobre piwo, czyste powietrze i najszczuplejsze kobiety w Europie. W Danii nie daje się napiwków, a średnia pensja to 14 tysięcy złotych miesięcznie.
Ostatnie cyrki z Banasiem, chaos w wymiarze sprawiedliwości, upadek służby zdrowia (zamykanie szpitali), czy wreszcie zapaść finansów publicznych i monstrualny dług, to wydarzenia, które pozwalają postawić tezę o niewydolności organizacyjnej państwa. O ile za Platformy mieliśmy „państwo z kartonu”, o tyle za PiS mamy państwo z papieru toaletowego.
Powoli dla wszystkich staje się jasne, że jako Polacy nie potrafimy urządzić sobie w miarę normalnego, szczęśliwego i uczciwego państwa. Lata zaborów i okupacji spowodowały, że mental Polaków opiera się na cwaniactwie, prywacie, złodziejstwie i kombinowaniu. Wszystkie partie od SLD po PSL i od PO po PiS były umoczone w poważne afery i kompromitujące zagrywki. PiS utrzymuje się u władzy, bo jak głosi ludowe porzekadło „kradną, ale się dzielą”. Społeczeństwu nie przeszkadza więc ani korupcja, ani mafijne układy, ani marna jakość kadr władzy, ani (wreszcie) łamanie czy naginanie konstytucji, dopóki ma z tego wymierną korzyść w postaci ochłapu finansowego.

Myślę, że w obliczu szeregu klęsk na polu budowy normalnego państwa, a także w obliczu bezradności nas Polaków w budowaniu uczciwego społeczeństwa, powinniśmy zwrócić się z PROŚBĄ o ZBIOROWĄ ADOPCJĘ Polski, przez jakiś kraj bardziej niż my rozwinięty i sensowny.
Moim zdaniem powinniśmy zwrócić się do Danii. Za takim rozwiązaniem przemawiają nie tylko argumenty historyczne. Wyspa Wolin przez lata była bazą Wikingów. Duńscy królowie mieli polskie żony. Córka księcia pomorskiego Sambora – Małgorzata zwana „Dziką Małgośką” została w 1252 roku królową Danii. Król Danii Valdemar Atterdag bawił w Krakowie na zaproszenie Kazimierza Wielkiego i czuł sie tam jak u siebie w domu. Kronikarze donoszą, że biesiadował i pił polskie piwo, a i niejedna dziewkę obrócił. Jest więc teoria, że połowa mieszkańców Krakowa, to z pochodzenia Duńczycy. Warto przypomnieć, że słynny polski odkrywca Ameryki, żeglarz Jan z Kolna był na służbie króla duńskiego Christiana I.
Poza argumentacją historyczną o wiele istotniejsze wydają się czysto praktyczne powody do zbiorowej adopcji. Dania to jeden z najszczęśliwszych krajów na świecie. To najmniej skorumpowane państwo świata. Mają klocki lego i pierwsi zbudowali parki rozrywki. Mają dobre piwo, czyste powietrze i najszczuplejsze kobiety w Europie. W Danii nie daje się napiwków, a średnia pensja to 14 tysięcy złotych miesięcznie.
No i argument najważniejszy! Duńczycy wyprodukowali słynny serial komediowy „Gang Olsena”. A my już mamy swoją obsadę!
Krzysztof Skiba
Jurek Owsiak: Ale to się rozkręciło!

Jurek Owsiak
Podchodźcie i Wy tak do tych momentów, kiedy ktoś próbuje Wam kłody pod nogi rzucić. Niech Was to zepnie, zmobilizuje i postarajcie się przekuć to na coś bardzo dobrego.
Pierwszy Finał wszyscy pamiętamy. Torby, torebeczki, opakowania po proszkach do prania, kosze, koszyki, plecaki – co kto miał, zabierał ruszając do pierwszej zbiórki na WOŚP! Przy drugim Finale, o ile dobrze pamiętam, firma z Gdańska produkująca chyba proszki do prania, wręczyła nam puste pudełka, na których chyba nawet nic nie było, albo było serduszko.
A później pojawiła się wielka „papiernia” z Ostrołęki i podarowała nam puchy, których konstrukcja i cała istota jest po dzień dzisiejszy ta sama. Chociaż pojawiła się jedna istotna różnica – przy 13-tym Finale podjęto pewne zobowiązanie i je wykonano. Skarbonki zostały powiększone o 13% i w tym nowym wymiarze funkcjonują po dzień dzisiejszy.

Pierwsza skarbonka miała napisy w kolorze niebieskim i czerwonym, naniesione na białym tle. Skromniutko, ale ujednolicona forma wskazywała jasno, że trzyma ją w ręku wolontariusz Orkiestry. Później okazało się, że wraz z rozwojem firmy (i to bardzo potężnym!) pojawiały się nowe mega możliwości wydrukowania samej puszki. Dzisiejsza skarbonka wolontariusza WOŚP to feria kolorów, jeden do jednego z graficznymi projektami całego Finału. To bardzo precyzyjnie wykonana konstrukcja, gdzie wszystko do wszystkiego pasuje. Bardzo ważna jest informacja, że skarbonki WOŚP powstały z makulatury i w makulaturę się po akcji obrócą. Przez wiele lat produkowaliśmy rok rocznie 120 000 tysięcy skarbonek, później 150 000, a w tym roku jest to już 200 000 puszek, bo wielu ze 120 000 wolontariuszy w Polsce i na całym świecie bardzo często przynosi puchę pełną i zamienia ją na kolejną.

Po pierwsze skarbonki ludzie przyjeżdżali do nas, do Fundacji. Potem fabryka w Ostrołęce organizowała super akcję wysyłki ze wsparciem wychowanków lokalnego zakładu poprawczego. Niepokorna załoga tego miejsca z wielką ochotą poświęcała wraz z Pokojowym Patrolem cały dzień, aby spakować grubo ponad tysiąc paczek, które miały jechać do sztabów. Było w tym coś niezwykłego, a także można powiedzieć – mega edukacyjnego. W sumie dzieciaki, bo nastolatki z nie raz mega złymi historiami w ich życiu, pomagając Orkiestrze wręcz prześcigały się w noszeniu, opakowywaniu, w super zaangażowaniu do roboty.

Potem na rynku polskim pojawiły się międzynarodowe firmy kurierskie. Jedna z nich, wielka amerykańska korporacja, zaproponowała nam współpracę. Super!!! Nie dość, że wszystko będzie spakowane, to jeszcze możemy liczyć na absolutną precyzję chodzi o termin dostarczenia przesyłek nie tylko w Polsce, ale i na świecie. I nagle ta firma, po pary latach wspólnych działań, bęc – w osobie szefowej marketingu ni stąd ni zowąd stwierdza, że nie rokujemy wielkich nadziei na rozwój, w związku z czym firma dziękuje i rozwiązuje z nami współpracę. Powiedzenie tego jesienią było dla nas jak grom z jasnego nieba. Nie rokujemy nadziei na rozwój? Co jej przyszło do głowy? Myślenie z d… To zresztą pierwsza litera nazwy tej korporacji. W te pędy popędziliśmy więc do drugiej firmy z zapytaniem, czy zechce z nami rozmawiać i rozważy pomoc w akcji.

Ufff… zechciała! Stwierdzili, że spróbują, choć późno, pomóc nam w wysyłce. Wielkie dzięki i wielka ulga, bo już myśleliśmy, że naprawdę jesteśmy w kłopocie, a tu nagle ups! – wszystko doszło na czas. Okazało się, że nowy „operator” wszedł w nasz najbardziej wręcz niesamowicie rozwijający się cykl zdarzeń. Od tego czasu z Orkiestrą pracuje im się fantastycznie, a po początku w Polsce, po chwili już globalnie, na całym świecie.

W sobotę pracownicy tej firmy wraz z dzieciakami, jak co roku spakowali ponad 1750 wysyłek, w tym niemal 100 do najdalszych zakątków świata. Przede wszystkim w świat poleciało 160 tysięcy kolorowych skarbonek. Kolejna wysyłka będzie w najbliższy weekend i to będą plakaty i gadżety. Wszyscy pracowali w uśmiechu i w poczuciu super spędzonego czasu. Mega pozytywna atmosfera. Małe, żeby nie powiedzieć malutkie dzieciaki, nasza ekipa fundacyjna, robota aż furkocze.
Paczki zapakowane i wysłane. Wielkie dzięki za tę niesamowitą moc. A przy okazji – wielkie dzięki dla ekipy naszego operatora, która przyjeżdża pomóc nam także na Najpiękniejszym Festiwalu Świata, bo jest co robić. Chyba więc, w ostatecznym rozrachunku, ta pani z poprzedniej firmy nieźle nas podkręciła i dodała nam wiatru w żagle, za co po latach bardziej jej dziękujemy, niż na nią narzekamy.

Podchodźcie i Wy tak do tych momentów, kiedy ktoś próbuje Wam kłody pod nogi rzucić. Niech Was to zepnie, zmobilizuje i postarajcie się przekuć to na coś bardzo dobrego.
Niezmiennie pozdrowienia dla Marszałka Senatu prof. Tomasza Grodzkiego i sędziego Pawła Juszczyszyna z Olsztyna.
Jurek Owsiak