Nawrocki chce referendum klimatycznego. Ekspert: „Ten konstrukt jest bez sensu”
Karol Nawrocki chce, by Polacy wypowiedzieli się w referendum w sprawie unijnej polityki klimatycznej. Głosowanie miałoby odbyć się 27 września 2026 roku, ale najpierw zgodę musi wyrazić Senat. Największy spór wywołało nie samo referendum, lecz pytanie, które zdaniem ekspertów zawiera gotową ocenę i prowadzi wyborcę do jednej odpowiedzi.
Nawrocki skierował do Senatu wniosek o przeprowadzenie ogólnokrajowego referendum 7 maja. W projekcie postanowienia zapisano pytanie: „Czy jest Pani/Pan za realizacją polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?”. Dzień głosowania wyznaczono na niedzielę 27 września 2026 roku.
W wystąpieniu opublikowanym przez Kancelarię Prezydenta Nawrocki przekonywał, że sprawa dotyczy codziennego życia polskich rodzin, przedsiębiorców i rolników. Mówił o rosnących kosztach energii, cenach żywności i obciążeniach dla gospodarki. Podkreślał też, że referendum „nie jest przeciwko ochronie środowiska czy członkostwu Polski w zjednoczonej Europie”, lecz ma dotyczyć tempa zmian, ich zakresu i kosztów.
Ekspert: pytanie ma wbudowaną odpowiedź
Najostrzej krytykowany jest sposób sformułowania pytania. Jakub Wiech, ekspert zajmujący się energetyką i polityką klimatyczną, w komentarzu dla „Faktu” nazwał je „teatrem politycznym”. Porównał konstrukcję pytania do pytania „Czy popierasz zło?”, wskazując, że trudno oczekiwać od obywateli odpowiedzi twierdzącej, gdy w samym pytaniu wpisano negatywną ocenę.
W rozmowie z Money.pl Wiech ocenił też, że „ten konstrukt jest bez sensu”, bo sprowadza skomplikowaną debatę o kosztach energii do prostego hasła. Ekspert nie twierdzi, że polityka klimatyczna nie generuje kosztów. Jego argument jest inny: brak transformacji i dalsze uzależnienie od paliw kopalnych również kosztują, a ostatnie lata pokazały, jak boleśnie ceny gazu, ropy i węgla potrafią uderzyć w gospodarkę oraz domowe budżety.
Polityka klimatyczna Unii Europejskiej rzeczywiście oznacza nowe obowiązki i wydatki, zwłaszcza dla energetyki, przemysłu, transportu i budownictwa. ETS2, czyli nowy system handlu emisjami dla budynków, transportu drogowego i części małego przemysłu, ma być w pełni operacyjny w 2028 roku. Formalnie obejmie dostawców paliw, a nie bezpośrednio gospodarstwa domowe, ale jego skutki mogą być odczuwalne w cenach energii i transportu. Dlatego obok ETS2 powstał Społeczny Fundusz Klimatyczny, który ma łagodzić społeczne skutki zmian dla najbardziej narażonych gospodarstw domowych, mikrofirm i użytkowników transportu.
Koszty są po obu stronach sporu
Z drugiej strony Polska wciąż płaci ogromne kwoty za import surowców energetycznych. Według Forum Energii w 2024 roku wartość importu surowców energetycznych i paliw do Polski wyniosła około 112 mld zł. To właśnie do tego argumentu odwołuje się Wiech, gdy mówi, że prezydent „udaje, że nie widzi” kosztów uzależnienia od paliw kopalnych.
Spór nie jest więc prostym starciem „tanie kontra drogie”. Po jednej stronie są realne koszty transformacji: inwestycje, modernizacja budynków, zmiany w transporcie, presja na przemysł i rolnictwo. Po drugiej koszty importu paliw, wahania cen surowców, zależność od zewnętrznych dostawców oraz rachunki za energię w systemie nadal mocno opartym na paliwach kopalnych.
Do krytyki dołączyli eksperci od badań i referendów
Po komentarzach Wiecha głos zabrali eksperci od badań opinii publicznej i procedur wyborczych. Dr hab. Ewa Marciniak, dyrektorka CBOS, politolożka i wykładowczyni Uniwersytetu Warszawskiego, oceniła dla Zero.pl, że pytanie Nawrockiego jest „pytaniem z tezą”. Dodała krótko: „W referendum ogólnopolskim takich pytań się nie zadaje”.
Marciniak zwróciła uwagę, że konstrukcja pytania ma polityczny cel, bo sugeruje odpowiedź. Jej zdaniem obywatelom pokazuje się tylko jedną stronę polityki klimatycznej wzrost kosztów życia i cen energii bez pełnego obrazu, w tym bez skutków zanieczyszczenia powietrza dla zdrowia. Oceniła, że jeżeli referendum miałoby się odbyć, pytanie musiałoby zostać przeformułowane.
Równie krytycznie wypowiedział się dr Maciej Onasz, politolog i ekspert ds. wyborczych z Uniwersytetu Łódzkiego. W rozmowie z Zero.pl nazwał pytanie „skrajnie głupim” i „niedopuszczalnym w sytuacji referendum”. Dodał, że żadna pracownia badań opinii publicznej nie zadałaby pytania w takiej formie, bo zawiera ono jednoznaczną tezę.
Dr hab. Jarosław Flis, prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego, stwierdził z kolei, że „to nie jest pytanie, które nadaje się na referendum”. W jego ocenie Senat odrzuci je w takim kształcie, bo „szkoda wydawać na coś takiego kilkaset milionów złotych”. Flis wskazywał też, że pytanie nie precyzuje realnej decyzji, jaką mieliby podjąć obywatele.
Politycy też uderzają w formę pytania
Krytyka szybko wyszła poza środowisko ekspertów. Marszałkini Senatu Małgorzata Kidawa-Błońska powiedziała, że referenda trzeba traktować poważnie, ale obywatelom należy zadawać pytania, na które mogą odpowiedzieć w sposób obiektywny, a nie „pytania bez sensu”. W TVN24 oceniła też, że pytanie jest z tezą i nie traktuje obywateli poważnie.
Magdalena Biejat, wicemarszałkini Senatu z Lewicy, napisała, że to „susza i uzależnienie od węgla i ropy podnoszą ceny żywności i prądu”, a nie Unia Europejska. Według relacji Onetu i Radia ZET oceniła też, że wniosek „wyląduje tam, gdzie jego miejsce w koszu”. Andrzej Domański, minister finansów i gospodarki, zarzucił prezydentowi tendencyjność pytania. Według Interii napisał: „To nie demokracja, tylko tania propaganda”.
Jan Szyszko, wiceminister funduszy i polityki regionalnej, powiedział WP, że nie zamierza występować w roli obrońcy polityki klimatycznej UE, która jego zdaniem wymaga naprawy. Jednocześnie ocenił, że tak sformułowane pytanie „kompromituje ideę referendum”. Dodał, że jego zdaniem pytaniu „duchem bliżej do krymskich i donbaskich plebiscytów niż sprawiedliwych referendów”.
Krzysztof Bosak z Konfederacji nie zakwestionował samej idei referendum. Zwrócił jednak uwagę, że pytanie powinno być prawidłowo zredagowane, a wpisywanie do niego argumentów jednej strony sporu będzie działać na niekorzyść idei referendum.
Marek Sawicki z PSL, były minister rolnictwa, w rozmowie z Money.pl ocenił, że referendum jest potrzebne prezydentowi politycznie, bo przy tak postawionym pytaniu trudno oczekiwać masowego poparcia dla „polityki klimatycznej UE”. Dodał też, że za ETS odpowiadali politycy obozu, z którego wywodzi się polityczne zaplecze Nawrockiego: „To Mateusz Morawiecki jest twarzą ETS-u, a Janusz Wojciechowski Zielonego Ładu”.
O losie referendum zdecyduje teraz Senat. To on rozstrzygnie, czy prezydencka inicjatywa zamieni się w ogólnokrajowe głosowanie, czy pozostanie politycznym sygnałem w sporze o Zielony Ład, ETS i rachunki za energię. Już dziś widać jednak, że referendum o klimacie stało się czymś więcej niż pytaniem o unijne regulacje. Stało się testem tego, jak w Polsce pyta się obywateli o sprawy naprawdę ważne.
Źródło: Kancelaria Prezydenta RP, Fakt, Money.pl, PAP, Radio ZET, Onet, Interia, WP, TVN24
Marcin Wiącek nie wejdzie do Rady Nowej Konstytucji. „Odmówiłem”
Rzecznik Praw Obywatelskich prof. Marcin Wiącek nie przyjął zaproszenia do Rady Nowej Konstytucji przy Prezydencie RP. W Polsat News wyjaśnił, że kończy kadencję i nie chce podejmować zobowiązań, które mogłyby dotyczyć już jego następcy. Jednocześnie wskazał, że w ustawie zasadniczej warto byłoby jasno opisać relacje Polski z Unią Europejską.
Dlaczego RPO odmówił prezydentowi
Prof. Marcin Wiącek powiedział w programie „Gość Wydarzeń”, że otrzymał od prezydenta Karola Nawrockiego propozycję udziału w pracach rady zajmującej się nową konstytucją. Rzecznik nie zdecydował się jednak do niej dołączyć. Powód, który podał, nie dotyczył samego pomysłu debaty konstytucyjnej, lecz sytuacji urzędu, który obecnie sprawuje.
RPO wyjaśnił, że jako rzecznik kończący kadencję nie chciałby podejmować takich zobowiązań wobec osoby, która obejmie urząd po nim. Mówił, że w tej sytuacji „byłoby mi niezręcznie” wobec następcy. Kadencja Marcina Wiącka, który złożył ślubowanie 23 lipca 2021 roku, upływa 23 lipca 2026 roku.
Pytany, czy mógłby dołączyć do rady już po zakończeniu kadencji, Wiącek nie złożył takiej deklaracji. Odpowiedział jedynie, że przekazał prezydentowi takie stanowisko, jakie przedstawił w studiu.
Co Wiącek zmieniłby w konstytucji
Rzecznik Praw Obywatelskich odniósł się także do samej konstytucji. Jego zdaniem część dotycząca praw człowieka nie wymaga dziś zmiany. Wiącek podkreślił, że katalog praw człowieka zapisany w polskiej ustawie zasadniczej jest bardzo dobry i „nie musi być zmieniony”.
Inaczej RPO ocenił miejsce prawa europejskiego w konstytucji. Wskazał, że warto rozważyć dopisanie do ustawy zasadniczej tak zwanego „rozdziału europejskiego”. Taki rozdział miałby jednoznacznie określić pozycję Polski w Unii Europejskiej, rolę prawa europejskiego oraz znaczenie orzecznictwa europejskich trybunałów.
Wiącek tłumaczył, że brak takich przepisów sprzyja sporom. Według niego w tej chwili wokół relacji między prawem krajowym a europejskim trwają „ogromne spory”. Zdaniem rzecznika w konstytucji należałoby także bardziej precyzyjnie określić relacje między prezydentem a Radą Ministrów, aby ograniczyć konflikty kompetencyjne w czasie kohabitacji.
RPO mówił o tym również wcześniej, w rozmowie z TOK FM. Zwracał uwagę, że obecny system łączy elementy parlamentarnego i prezydenckiego modelu rządów, co w warunkach politycznego sporu może prowadzić do konfliktów o to, kto ma „ostatnie słowo”. Decyzję o ewentualnym kierunku zmian: bardziej kanclerskim albo bardziej prezydenckim, określał jako decyzję polityczną.
Rada, która ma pracować nad konstytucją 2030
Rada Nowej Konstytucji została powołana przez Karola Nawrockiego 3 maja, podczas uroczystości na Zamku Królewskim w Warszawie. Kancelaria Prezydenta informowała, że były to pierwsze powołania do tego gremium. Akty powołania odebrali między innymi Marek Jurek, prof. Ryszard Legutko, prof. Anna Łabno, prof. Ryszard Piotrowski, Barbara Piwnik, Julia Przyłębska i Józef Zych.
Nawrocki zapowiadał, że prace mają dotyczyć „konstytucji nowej generacji roku 2030”. Według informacji Kancelarii Prezydenta kolejnym etapem ma być poszerzenie prac o ekspertów, prawników, konstytucjonalistów oraz przedstawicieli ugrupowań sejmowych.
Formalnie rada działająca przy prezydencie może przygotowywać propozycje i zaplecze eksperckie, ale nie zmienia konstytucji samodzielnie. Projekt zmiany konstytucji musi przejść procedurę parlamentarną określoną w art. 235 Konstytucji RP. Prezydent jest jednym z podmiotów, które mogą taki projekt przedstawić.
Odmowa Marcina Wiącka nie kończy więc debaty o konstytucji, ale pokazuje, że RPO rozdziela dwie sprawy: udział w prezydenckim gremium i ocenę samej ustawy zasadniczej. W jego wypowiedziach najważniejszy postulat dotyczy nie zmiany katalogu praw człowieka, lecz doprecyzowania miejsca Polski w europejskim porządku prawnym oraz zasad współpracy najważniejszych organów państwa.
Źródło: Polsat News
Dlaczego klamka kopie? Tak możesz uniknąć elektryzowania
Dotykasz klamki, drzwi samochodu albo metalowego regału i nagle czujesz krótkie, ostre ukłucie. Czasem widać nawet małą iskrę. To zwykle nie jest znak, że „coś jest z tobą nie tak”, lecz efekt elektryczności statycznej — zjawiska powszechnego, irytującego i szczególnie częstego zimą.
Nie chodzi o prąd w takim sensie, w jakim płynie on w gniazdku. W ubraniu, na skórze, na butach albo na przedmiotach wokół nas może gromadzić się ładunek elektryczny. Dopóki nie znajdzie wygodnej drogi ujścia, zostaje tam, gdzie jest. Metalowa klamka, poręcz albo karoseria auta są dla niego idealnym skrótem. Gdy ich dotykamy, ładunek wyrównuje się gwałtownie, a my czujemy charakterystyczne „kopnięcie”.
Skąd bierze się ten mały zimowy strzał
Elektryczność statyczna powstaje wtedy, gdy różne materiały stykają się ze sobą, ocierają i rozdzielają. W praktyce wystarczy przejść w skarpetach po dywanie, wstać z fotela, zdjąć polarową bluzę albo przesunąć się po tapicerce samochodu. W takich sytuacjach elektrony mogą przemieszczać się między powierzchniami, a ciało lub ubranie zyskuje ładunek.
Dlatego jednego dnia klamka nie robi nic, a następnego „strzela” niemal za każdym razem. Nie oznacza to, że człowiek nagle stał się bardziej „naelektryzowany” jako organizm. Zwykle zmieniły się warunki: powietrze jest bardziej suche, ubranie ma więcej syntetycznych włókien, podeszwy lepiej izolują od podłoża, a pod stopami leży wykładzina lub dywan.
Największy winowajca? Suche powietrze. Zimą, gdy mieszkania i biura są intensywnie ogrzewane, powietrze w pomieszczeniach często staje się znacznie suchsze. Wilgoć pomaga ładunkom szybciej się rozpraszać. Gdy jej brakuje, pierwsza metalowa klamka może stać się miejscem gwałtownego wyładowania.
Znaczenie mają też materiały. Syntetyczne tkaniny, polar, nylon, poliester, sztuczne dywany, plastikowe krzesła i gumowe podeszwy tworzą zestaw, który sprzyja elektryzowaniu. Nie każdy element osobno musi być problemem, ale kilka takich czynników naraz wystarczy, by codzienne dotykanie metalu zamieniło się w serię drobnych, nieprzyjemnych ukłuć.
Dlaczego najbardziej boli w palec
Najczęściej dotykamy klamki opuszkiem palca, czyli bardzo wrażliwą częścią ciała. Gdy ładunek rozładowuje się właśnie w tym miejscu, krótkie wyładowanie może być zaskakująco nieprzyjemne. Wszystko dzieje się nagle, punktowo i na bardzo małej powierzchni skóry.
Ten sam ładunek można rozładować łagodniej. Wystarczy najpierw dotknąć metalu kluczem, monetą albo mniej wrażliwą częścią dłoni, na przykład kostkami. Iskra, jeśli się pojawi, przeskoczy przez metalowy przedmiot albo rozłoży się na większej powierzchni kontaktu. Nie jest to magiczna sztuczka, tylko prosty sposób na mniej bolesne wyrównanie ładunków.
Podobnie działa trik przy wysiadaniu z samochodu. Jeżeli często „kopią” cię drzwi auta, spróbuj najpierw chwycić metalową część drzwi, zanim całkiem oderwiesz się od fotela i postawisz obie nogi na ziemi. Ładunek będzie miał szansę rozładować się spokojniej, zamiast czekać na gwałtowny kontakt z karoserią.
Jak ograniczyć kopiące klamki w domu i pracy
Najlepszym początkiem jest powietrze. Gdy w mieszkaniu robi się bardzo sucho, problem elektrostatyki zwykle narasta. Pomaga nawilżacz, regularne wietrzenie, rośliny, rozsądne suszenie prania albo po prostu sprawdzenie wilgotności higrometrem. Nie chodzi o zamianę mieszkania w tropikalną szklarnię, lecz o uniknięcie przesuszonego powietrza, które sprzyja elektryzowaniu wszystkiego wokół.
Warto też przyjrzeć się ubraniom. Jeśli „kopanie” powtarza się głównie w konkretnym zestawie, winna może być kombinacja syntetycznej bluzy, poliestrowej koszuli, rajstop, podszewki albo kurtki. Czasem wystarczy zamienić jedną warstwę na bawełnę, wiskozę, len lub inną mniej elektryzującą tkaninę. Pomóc mogą także płyny antystatyczne do płukania tkanin, spraye do ubrań i unikanie suszenia rzeczy „na wiór”.
Kolejny trop to buty. Gumowe podeszwy dobrze izolują, a to oznacza, że ładunek może dłużej zostawać na ciele. W domu czasem pomaga zmiana kapci, zdjęcie bardzo izolujących butów albo ograniczenie kontaktu z elektryzującymi dywanikami. W biurze, gdzie są wykładziny, suche powietrze i plastikowe krzesła, problem bywa trudniejszy do całkowitego usunięcia, ale nadal można go osłabić przez wilgotność, ubranie i sposób dotykania metalu.
Pomaga również dbanie o skórę dłoni. Bardzo sucha skóra może sprawiać, że wyładowania są bardziej odczuwalne. Krem do rąk nie rozwiąże całego problemu, ale w połączeniu z lepszą wilgotnością powietrza i zmianą materiałów może zmniejszyć dokuczliwość zimowych „strzałów”.
Kiedy to już nie jest zwykła elektrostatyka
W większości codziennych sytuacji kopiąca klamka, sweter, wózek sklepowy czy drzwi auta oznaczają elektrostatykę. To zjawisko nieprzyjemne, ale krótkie i zwykle niegroźne. Problem zaczyna się wtedy, gdy „kopie” sprzęt podłączony do prądu albo metalowe elementy połączone z instalacją.
Jeśli czujesz prąd na obudowie pralki, lodówki, zmywarki, laptopa podłączonego do zasilacza, kranu, prysznica albo metalowego elementu w łazience, nie zakładaj, że to tylko niewinna statyka. Może chodzić o uszkodzone urządzenie, problem z uziemieniem, wilgoć albo niesprawną instalację. Tego nie sprawdza się kolejnym dotknięciem. W takiej sytuacji trzeba odłączyć urządzenie, jeśli da się to zrobić bezpiecznie, i skontaktować się z elektrykiem.
Niepokojące są też objawy po kontakcie z prądem: ból w klatce piersiowej, duszność, omdlenie, zaburzenia rytmu serca, oparzenie, silny skurcz mięśni, dezorientacja albo utrata przytomności. Wtedy nie mówimy już o kopiącej klamce, tylko o możliwym porażeniu prądem, które wymaga pilnej reakcji.
Klamka, która zimą „strzela”, zwykle nie mówi nic tajemniczego o naszym organizmie. Mówi raczej sporo o powietrzu w mieszkaniu, ubraniach, podłodze, butach i materiałach, którymi się otaczamy. Wystarczy zmienić kilka warunków, by ciało przestało zbierać ładunek jak mały akumulator — a codzienne otwieranie drzwi przestało kończyć się nerwowym cofnięciem ręki.
Źródło: Encyclopaedia Britannica, Health and Safety Executive, Mayo Clinic, Northeastern University, McGill University
Wiadomość z przyszłości? Fizycy badają granice czasu
Czy informację można wysłać do przeszłości? Kaiyuan Ji, Seth Lloyd i Mark M. Wilde badają teoretyczny kanał kwantowy, w którym zwykła kolejność przyczyny i skutku przestaje być oczywista.
To nie jest opis maszyny czasu ani zapowiedź technologii, która pozwoli wysłać wiadomość do przeszłości. Badacze pracują na modelu matematycznym z fizyki kwantowej, czyli dziedziny opisującej zachowanie najmniejszych składników świata. Pytanie nie brzmi więc: czy człowiek może cofnąć się w czasie, lecz: ile informacji dałoby się przesłać w takim teoretycznym układzie i jak bardzo zostałaby zniekształcona po drodze.
Takie pytanie postawili Kaiyuan Ji, Seth Lloyd i Mark M. Wilde w pracy udostępnionej w serwisie arXiv. Badanie dotyczy komunikacji wstecznej, czyli teoretycznej sytuacji, w której wiadomość jest przekazywana od nadawcy znajdującego się w przyszłości do odbiorcy znajdującego się w przeszłości. To nadal nie jest opis działającej technologii. To sposób sprawdzania, gdzie przebiegają granice znanych pojęć: czasu, przyczyny, skutku i informacji.
Pętla czasu bez wehikułu
W fizyce istnieje pojęcie zamkniętej krzywej czasowej. Nazwa brzmi skomplikowanie, ale jej sens można wyjaśnić prosto. Chodzi o taką drogę w czasoprzestrzeni, która po pewnym czasie wraca do własnego początku. Gdyby poruszała się po niej cząstka, mogłaby teoretycznie spotkać wcześniejszą wersję samej siebie.
To nie jest jednak opis filmowej maszyny, do której można wejść i wybrać datę. To raczej graniczny przypadek, którym fizycy posługują się, aby sprawdzić, czy nasze rozumienie czasu, przyczyny i skutku pozostaje spójne w bardzo nietypowych warunkach. W codziennym życiu najpierw coś robimy, a dopiero potem widzimy skutek. W pętli czasowej ta kolejność przestaje być oczywista, bo późniejszy stan układu może wpływać na to, jak opisujemy jego wcześniejszy stan.
Autorzy badania opisują pętlę czasu jako szczególny kanał kwantowy. Nie chodzi tu o przewód, urządzenie ani realną linię komunikacyjną, lecz o model matematyczny pokazujący, co dzieje się z informacją między nadawcą a odbiorcą. Badaczy interesuje, ile informacji mogłoby przejść przez taki teoretyczny układ i ile z niej przetrwałoby mimo zakłóceń.
W pracy pojawia się także pojęcie zakłóconego kanału. Nie chodzi o hałas w potocznym sensie. Zakłócenie to wszystko, co psuje przekaz. W zwykłym świecie może to być zrywające się połączenie, trzaski w radiu albo uszkodzony plik. W świecie kwantowym problem jest jeszcze delikatniejszy, bo informacja może zmienić się pod wpływem otoczenia lub samego sposobu pomiaru.
Nadawca z przyszłości, odbiorca z przeszłości
W analizowanym przez naukowców modelu nie chodzi o osobę wysyłającą wiadomość do przeszłości, lecz o sam kierunek przekazu. W znanym nam świecie porządek jest prosty: najpierw powstaje informacja, potem trafia do odbiorcy, a dopiero później zostaje odczytana. Ji, Lloyd i Wilde opisują sytuację znacznie bardziej abstrakcyjną — taką, w której nadawca jest po stronie przyszłości, odbiorca po stronie przeszłości, a pytanie brzmi: ile informacji da się w takim modelu zachować mimo zakłóceń. To dlatego badanie dotyczy granic informacji w pętli czasu, a nie podróży w czasie znanych z kina.
Taki model nie pozwala jednak na dowolne zmienianie przeszłości. Pętla czasu musi pozostać spójna: to, co dzieje się na jej końcu, nie może przeczyć temu, od czego się zaczęła. Dlatego Ji, Lloyd i Wilde nie opisują scenariusza podróży w czasie. Badają, w jakich warunkach przekaz informacji można ująć matematycznie, jeśli zwykły porządek przyczyny i skutku zostaje zaburzony.
Badacze sprawdzają, ile informacji może przetrwać w przekazie, który nie jest idealny. Część sygnału może zostać zniekształcona, część utracona, a mimo to pozostaje pytanie, ile treści da się jeszcze odczytać. W pracy Ji, Lloyda i Wilde’a ten problem zostaje przeniesiony do bardzo nietypowego modelu: takiego, w którym zwykła kolejność przyczyny i skutku nie działa tak, jak w codziennym doświadczeniu.
Co naprawdę wynika z badania
Z pracy Ji, Lloyda i Wilde’a nie wynika, że można wysłać wiadomość do przeszłości. Naukowcy nie opisują sposobu na cofnięcie człowieka w czasie ani technologii, która pozwoliłaby nadać list do wczoraj. Badają model teoretyczny i pytają, ile informacji da się w nim zachować, jeśli zwykły porządek przyczyny i skutku zostaje zaburzony.
Kluczowe jest tu pojęcie pojemności kanału. W uproszczeniu chodzi o granicę: ile informacji da się przekazać w danym modelu tak, aby odbiorca miał jeszcze szansę ją odczytać. W pracy Ji, Lloyda i Wilde’a ta granica jest analizowana w szczególnym przypadku: w modelu pętli czasu, gdzie przekaz zachowuje się tak, jakby biegł od przyszłości ku przeszłości. To nie jest zapowiedź przełomu technologicznego, lecz praca teoretyczna, która bada granice znanych pojęć.
Po co badać coś tak abstrakcyjnego
Najciekawsze w tej pracy nie jest pytanie, czy da się wysłać wiadomość do przeszłości. Ji, Lloyd i Wilde pokazują raczej, że informację można badać także w modelach, w których zwykły porządek przyczyny i skutku przestaje być oczywisty. To nie jest zapowiedź podróży w czasie, lecz próba dokładniejszego opisania, co dzieje się z informacją na granicach znanych teorii.
Źródło: arXiv:2509.08965, „Retrocausal capacity of a quantum channel”, Kaiyuan Ji, Seth Lloyd, Mark M. Wilde
Trump grozi Niemcom. Berlin odpowiada: „Nie potrzebujemy rad”
Między Berlinem a Waszyngtonem wciąż iskrzy. Do krytyki prezydenta USA przyłączył się wicekanclerz Niemiec, a Donald Trump grozi wycofaniem amerykańskich żołnierzy z Niemiec.
– Naprawdę nie potrzebujemy teraz rad od Donalda Trumpa. Powinien dostrzec, jakiego bałaganu narobił. Niech zadba o to, by w Iranie rozpoczęły się poważne rozmowy pokojowe – powiedział w piątek (1.05.2026) wicekanclerz i minister finansów Niemiec Lars Klingbeil.
Zareagował w ten sposób na kolejne krytyczne uwagi prezydenta USA pod adresem kanclerza Friedricha Merza, który wcześniej zarzucił Trumpowi brak strategii w sprawie wojny z Iranem.
– Mówię to właśnie w kontekście ostatnich dni, kiedy wypowiadał się on na temat niemieckiego rządu i kanclerza – podkreślił Klingbeil podczas uroczystości z okazji Święta Pracy w Bergkamen w Zagłębiu Ruhry.
Wymiana ciosów na linii Berlin–Waszyngton trwa już od kilku dni. W poniedziałek (27.04.2026), podczas dyskusji z uczniami w Sauerlandzie, Merz zarzucił Trumpowi, że Stany Zjednoczone „całkowicie ewidentnie weszły w tę wojnę z Iranem bez żadnej strategii”. – Cały naród jest poniżany przez irańskie władze – mówił Merz o próbach negocjacji pokojowych z Teheranem.
W odpowiedzi Trump napisał na swojej platformie Truth Social, że Merz „nie ma pojęcia, o czym mówi”. Ponownie zasugerował też możliwość wycofania amerykańskich żołnierzy z Niemiec.
W czwartek (30.04.2026) prezydent USA ponowił krytykę. Napisał na Truth Social, że zamiast zajmować się wojną z Iranem, niemiecki kanclerz powinien raczej „poświęcić więcej czasu” na zakończenie wojny między Rosją a Ukrainą, w której — jak stwierdził — Merz „niczego nie osiągnął”. Ponadto kanclerz powinien „doprowadzić do porządku swój podupadły kraj” – dodał Trump.
Europa nie może dać się szantażować
Piątkowa wypowiedź Larsa Klingbeila to kolejna odsłona sporu. Lider niemieckiej socjaldemokracji zgodził się z opinią kanclerza Niemiec, że prezydent USA wszedł w wojnę z Iranem bez strategii. – Myślę, że naprawdę sądził, iż to sprawa dwóch, trzech dni, a potem wszystko będzie w porządku – powiedział. – Teraz ponosi odpowiedzialność za to, by wojna z Iranem szybko się zakończyła – dodał minister finansów.
– Przede wszystkim powinien zadbać o to, by obciążenia wynikające z jego wojny nie spadły na nas: na pracowników, konsumentów i gospodarkę – dodał Klingbeil.
Decydujące znaczenie ma jednak również to, aby Europa była na tyle silna gospodarczo, „byśmy nie musieli dać się nikomu szantażować” – podkreślił. – Nie chcę, abyśmy byli uzależnieni od tego, w jakim nastroju jest dziś lub jutro Donald Trump.
Źródło: DPA / widz
REDAKCJA POLECA
Wielki plan Nawrockiego na 3 maja. Nowa konstytucja czy polityczny teatr?
Karol Nawrocki zapowiada powołanie rady ds. nowej konstytucji. Data jest symboliczna, ale realna zmiana ustawy zasadniczej wymaga większości, której żadna prezydencka rada nie zastąpi.
Prezydencka rada w symbolicznym dniu
Karol Nawrocki chce rozpocząć prace nad nową konstytucją. Brzmi poważnie, państwowo i historycznie, zwłaszcza że pierwszych członków specjalnej rady prezydent ma powołać 3 maja. To data dobrana nieprzypadkowo. Trudno o lepszą scenografię dla opowieści o naprawie państwa niż rocznica Konstytucji 3 maja.
Problem w tym, że między uroczystą zapowiedzią a realną zmianą ustawy zasadniczej leży bardzo długa droga. I nie jest to droga, którą da się przejść samymi konferencjami, radami ekspertów i mocnymi hasłami o „nowym początku”.
Według zapowiedzi rzecznika prezydenta Rafała Leśkiewicza w Radzie ds. nowej Konstytucji mają znaleźć się przedstawiciele klubów i kół parlamentarnych, eksperci oraz osoby o różnych poglądach na państwo i prawo. Każdy klub miałby wskazać po dwóch reprezentantów, a każde koło po jednym. Pałac Prezydencki przekonuje, że nie będą to kurtuazyjne spotkania „przy kawie i ciasteczkach”, lecz konkretna praca nad projektem nowej ustawy zasadniczej.
Konstytucji nie zmienia się konferencją
To brzmi dobrze. Ale brzmi też jak klasyczna polityczna obietnica, której prawdziwą wartość sprawdza dopiero arytmetyka.
Prezydent może powołać radę. Może zaprosić ekspertów. Może przygotować projekt. Może nawet zbudować wokół niego podniosłą narrację o naprawie ustroju. Nie może jednak sam zmienić konstytucji. Do tego potrzebny jest parlament i większość, której w zwykłej politycznej walce nie da się zastąpić prezydenckim patronatem.
Konstytucja jest pod tym względem bezlitosna. Zmiana ustawy zasadniczej wymaga w Sejmie większości co najmniej dwóch trzecich głosów przy obecności minimum połowy posłów. W Senacie potrzebna jest większość bezwzględna, również przy obecności co najmniej połowy senatorów. Referendum nie jest magicznym skrótem omijającym parlament. W określonych przypadkach może stać się częścią procedury, ale dopiero po przejściu zmian przez Sejm i Senat.
Bez większości zostaje scenografia
Dlatego zasadnicze pytanie brzmi nie: kto zasiądzie w radzie, lecz czy Nawrocki ma realną ścieżkę do zbudowania ponadpartyjnego porozumienia. Bez niego Rada ds. nowej Konstytucji może stać się przede wszystkim polityczną sceną. Miejscem, w którym będzie się mówiło o państwie, suwerenności, naprawie instytucji i końcu chaosu, ale bez szans na uchwalenie czegokolwiek poza kolejnym raportem.
Politycznie ten ruch jest zrozumiały. Temat konstytucji pozwala prezydentowi wejść na najwyższy poziom debaty publicznej. Nie rozmawia już tylko o pojedynczych ustawach, sporach z rządem czy bieżących konfliktach. Ustawia się w roli kogoś, kto myśli o całej architekturze państwa. To daje powagę. I jednocześnie tworzy ryzyko, że powaga instytucji zostanie wykorzystana jako dekoracja dla bieżącej walki politycznej.
W tle pytanie o model państwa
Jakiej Polski chciałby Nawrocki w nowej konstytucji? Czy chodzi o uporządkowanie kompetencji między prezydentem a rządem? O wzmocnienie głowy państwa? O zmianę układu sił w wymiarze sprawiedliwości? O symboliczny reset po latach sporów? Na razie więcej tu haseł niż konkretów.
I właśnie dlatego sceptycyzm jest uzasadniony. Nie dlatego, że rozmowa o konstytucji jest niepotrzebna. Przeciwnie, po latach instytucjonalnych awantur Polska potrzebuje poważnej rozmowy o państwie. Ale poważna rozmowa zaczyna się tam, gdzie kończy się polityczna dekoracja.
Jeśli rada ma być miejscem realnej debaty, powinna szybko pokazać projektowe konkrety: zakres zmian, założenia ustrojowe, listę problemów, które chce rozwiązać, oraz odpowiedź na pytanie, jak zbudować większość konstytucyjną. Jeśli tego zabraknie, wielki plan może okazać się nie początkiem nowej konstytucji, lecz początkiem kolejnej kampanii opakowanej w państwowe symbole.
Rano czy wieczorem? Najlepsza pora na aktywność fizyczną nie dla każdego jest taka sama
Jedni nie wyobrażają sobie rozpoczęcia dnia bez porannej aktywności. Inni potrzebują kilku godzin po przebudzeniu, zanim organizm naprawdę będzie gotowy na wysiłek. Nowe badania coraz wyraźniej pokazują, że w aktywności fizycznej liczy się nie tylko liczba kroków, czas treningu czy spalone kalorie, ale także rytm organizmu.
To dobra wiadomość dla wszystkich, którym przez lata wydawało się, że dzień powinien zaczynać się od treningu. Dla części osób poranek rzeczywiście będzie najlepszym momentem na aktywność fizyczną. Dla innych rozsądniejsza okaże się pora po pracy, późne popołudnie albo wieczór. Najważniejsza jest jednak ta pora, która pasuje do codziennej rutyny i do której naprawdę da się regularnie wracać.
Nie ma jednej idealnej godziny dla wszystkich
Badanie opublikowane w czasopiśmie „Open Heart” miało sprawdzić, czy pora ćwiczeń dopasowana do chronotypu może poprawiać wskaźniki związane ze zdrowiem serca i metabolizmem. Chronotyp określa naturalny rytm organizmu, to, czy lepiej funkcjonujemy rano, po południu czy wieczorem. Ma związek ze snem, temperaturą ciała, poziomem energii i regeneracją.
W badaniu wzięło udział 150 osób w wieku od 40 do 60 lat. Każda z nich miała co najmniej jeden czynnik ryzyka chorób sercowo-naczyniowych, na przykład nadciśnienie, nadwagę, otyłość albo siedzący tryb życia. Uczestników podzielono na dwie grupy: jedni ćwiczyli w porze zgodnej ze swoim naturalnym rytmem, inni w czasie wyznaczonym niezależnie od ich chronotypu.
Program trwał 12 tygodni. Uczestnicy wykonywali pięć nadzorowanych treningów aerobowych tygodniowo, po 40 minut każdy. Jedni ćwiczyli rano, między 8.00 a 11.00, inni wieczorem, między 18.00 a 21.00. Po zakończeniu programu poprawę odnotowano w obu grupach. Co istotne, korzyści pojawiały się także wtedy, gdy pora aktywności nie była idealnie dopasowana do rytmu organizmu.
Różnica była widoczna nie tyle w tym, czy aktywność fizyczna przynosiła efekty, lecz w skali tych efektów. U osób ćwiczących zgodnie ze swoim chronotypem korzystniej zmieniały się między innymi ciśnienie krwi, jakość snu, wydolność, poziom glukozy na czczo i cholesterol LDL. To nie znaczy, że badanie udowodniło mniejszą liczbę zawałów. Sugeruje raczej, że u osób z podwyższonym ryzykiem chorób serca i zaburzeń metabolicznych pora aktywności może mieć znaczenie dla tego, jak organizm reaguje na regularne ćwiczenia.
Dlaczego to ważne po trzydziestce, czterdziestce i później
Po trzydziestce aktywność fizyczna coraz częściej przegrywa z pracą, zmęczeniem, opieką nad dziećmi i brakiem regularnego snu. Po czterdziestce i pięćdziesiątce wielu z nas zaczyna uważniej patrzeć na wyniki badań, ciśnienie, masę ciała, stres i tempo regeneracji. Po sześćdziesiątce i siedemdziesiątce ważne stają się także bezpieczeństwo, stawy, leki, równowaga, serce i spokojna regularność zamiast jednorazowych zrywów.
Dlatego pytanie „rano czy wieczorem?” jest w praktyce pytaniem o coś większego. Kiedy mam najwięcej energii? Po jakim wysiłku śpię lepiej, a po jakim gorzej? Czy po treningu czuję się rozruszany, czy rozbity? Czy wybrana pora pasuje do mojego życia, czy jest tylko kolejnym planem, który dobrze wygląda w kalendarzu?
Właśnie tu badania o chronotypie stają się użyteczne. Nie każą wszystkim ćwiczyć o jednej godzinie. Raczej podpowiadają, że warto słuchać rytmu organizmu i nie traktować własnych ograniczeń jak lenistwa. Dla jednej osoby najlepszy będzie poranny spacer przed pracą. Dla drugiej szybki marsz po obiedzie. Dla trzeciej spokojne ćwiczenia wieczorem.
Duże badania nie dają prostej recepty
Badanie o chronotypie jest ciekawe, ale obejmowało stosunkowo niewielką grupę osób. Dlatego warto zestawić je z większymi analizami, które pokazują szerszy obraz. Wynika z nich, że pora aktywności fizycznej może mieć znaczenie, ale sprawa nie jest tak prosta, jak sugerują nagłówki w rodzaju: „ćwicz tylko rano” albo „wieczór jest najlepszy dla serca”.
Jedno z większych badań, opartych na danych z UK Biobank, objęło ponad 92 tys. osób. Ich aktywność mierzono za pomocą urządzeń podobnych do opasek sportowych, co pozwoliło dokładniej sprawdzić, kiedy i jak intensywnie się ruszały. Wyniki sugerowały, że umiarkowana i intensywna aktywność fizyczna wiązała się z niższym ryzykiem zgonu niezależnie od pory dnia. Szczególnie korzystnie wypadała jednak aktywność w środku dnia i po południu, a także bardziej równomierne rozłożenie ruchu w ciągu dnia.
Inne badanie, obejmujące prawie 30 tys. dorosłych z otyłością, zwróciło uwagę na aktywność podejmowaną wieczorem. U tych osób umiarkowany lub intensywny wysiłek wykonywany głównie między 18.00 a północą wiązał się z niższym ryzykiem przedwczesnej śmierci i chorób sercowo-naczyniowych. To ważna obserwacja, zwłaszcza dla osób z problemami metabolicznymi. Nadal jednak nie oznacza, że każdy powinien przenieść ćwiczenia na wieczór.
Zebrane badania nie prowadzą do jednej prostej rady: ćwicz rano albo ćwicz wieczorem. Pokazują raczej, że pora aktywności fizycznej może mieć znaczenie, zwłaszcza u osób z nadciśnieniem, otyłością, zaburzeniami glukozy, problemami ze snem albo siedzącym trybem pracy. Nie zmienia to jednak podstawowej zasady: największą korzyść daje regularna aktywność fizyczna.
Najpierw regularność, potem idealna pora
Światowa Organizacja Zdrowia zaleca dorosłym 150–300 minut umiarkowanej aktywności tygodniowo albo 75–150 minut aktywności intensywnej. Nie oznacza to jednak, że każdy musi biegać, chodzić na siłownię albo układać plan treningowy w aplikacji. Dla wielu osób wystarczającą aktywnością będzie szybki marsz, rower, pływanie, nordic walking, taniec, a nawet praca w ogrodzie czy wchodzenie po schodach zamiast jazdy windą.
Dla trzydziestolatka aktywność fizyczna może być sposobem na stres i siedzącą pracę. Dla czterdziestolatka na kontrolę masy ciała, lepszy sen i obniżenie napięcia po całym dniu. Dla pięćdziesięciolatka na wsparcie ciśnienia krwi, metabolizmu i sprawności, która z wiekiem zaczyna mieć coraz większą wartość. Dla sześćdziesięcio- i siedemdziesięciolatka na zachowanie samodzielności, poprawę równowagi, mocniejsze mięśnie i większą pewność ruchu na co dzień.
Nie każdy powinien jednak zaczynać tak samo. Osoby z chorobami serca, dużymi skokami ciśnienia, dusznością, bólem w klatce piersiowej, zawrotami głowy albo po dłuższej przerwie od aktywności powinny zacząć spokojnie i skonsultować plan z lekarzem lub fizjoterapeutą. W zdrowym ruchu nie chodzi o jednorazowy zryw, po którym ciało przez tydzień dochodzi do siebie. Chodzi o rytm, który można utrzymać.
Najlepsza pora to ta, do której wrócisz
Jeśli po porannym treningu masz więcej energii, łatwiej się skupiasz i lepiej śpisz, poranek może być twoją porą. Jeśli rano ciało stawia opór, a siły wracają dopiero po południu, nie ma powodu udawać kogoś innego. Wieczorna aktywność też może dobrze pasować do twojego rytmu, o ile poprawia nastrój i nie pogarsza snu. Gdy jednak po późnym treningu długo nie możesz zasnąć, warto przesunąć ćwiczenia na wcześniejszą godzinę.
Najważniejszy wniosek z przeprowadzonych badań? Nie musimy ćwiczyć w ten sam sposób i o tej samej porze. Aktywność fizyczna powinna pasować do rytmu dnia, poziomu energii i tego, jak organizm reaguje następnego dnia.
Nie ma więc jednej idealnej pory na aktywność fizyczną dla wszystkich. Dla organizmu, serca i sprawności większe znaczenie ma regularny nawyk niż perfekcyjny plan. Ciało zwykle lepiej reaguje na spokojną konsekwencję niż na zrywy, które kończą się po kilku dniach.
Hybryda plug-in czy elektryk? Najpierw sprawdź, gdzie będziesz ładować
Na papierze hybryda plug-in wygląda jak idealny kompromis: po mieście jedzie na prądzie, a w trasie pozwala zapomnieć o szukaniu ładowarki. Jeśli nie masz gdzie go ładować albo nie zamierzasz robić tego regularnie, pełny elektryk lub zwykła hybryda mogą okazać się rozsądniejszym wyborem.
Wybór między autem elektrycznym a hybrydą plug-in przestał być niszową dyskusją dla fanów nowych technologii. Według Licznika Elektromobilności PZPM i PSNM pod koniec marca 2026 roku w Polsce jeździły niemal równe floty osobowych aut w pełni elektrycznych i hybryd plug-in: 131 863 BEV oraz 131 221 PHEV. To pokazuje, że polski kierowca nie stoi już przed abstrakcyjnym pytaniem o przyszłość motoryzacji, lecz przed bardzo praktyczną decyzją: co będzie tańsze, wygodniejsze i mniej kłopotliwe w codziennym życiu.
W Europie auta elektryczne szybko zyskują udział w rynku, ale hybrydy plug-in również wróciły do gry: znów interesują producentów i przyciągają klientów. W pierwszym kwartale 2026 roku samochody w pełni elektryczne odpowiadały za 19,4 proc. rynku nowych aut w UE, a hybrydy plug-in za 9,5 proc. To nie jest więc spór o technologiczną ciekawostkę, lecz o dwa różne sposoby odchodzenia od benzyny i diesla w stronę jazdy z gniazdka.
Hybryda plug-in ma sens, ale nie dla każdego
Hybryda plug-in ma sens wtedy, gdy naprawdę korzysta z obu swoich napędów. Na co dzień może jeździć jak auto elektryczne: dowozić do pracy, szkoły, sklepu i z powrotem bez uruchamiania silnika benzynowego. W dłuższej trasie daje jednak kierowcy zapas bezpieczeństwa, bo nie uzależnia go wyłącznie od ładowarek. To największa zaleta PHEV, ale tylko pod jednym warunkiem: akumulator musi być regularnie ładowany.
Dlatego taki samochód najlepiej sprawdza się u osób, które codziennie pokonują kilkanaście lub kilkadziesiąt kilometrów i mają gdzie podłączyć auto po powrocie. Może to być domowy wallbox, gniazdo w garażu, ładowarka pod firmą albo punkt na osiedlu. W takim scenariuszu większość zwykłych przejazdów do pracy, po zakupy, z dzieckiem do szkoły czy przedszkola, odbywa się na prądzie. Silnik spalinowy zostaje na dalsze wyjazdy i sytuacje, w których planowanie postoju przy ładowarce byłoby niewygodne.
Kłopot zaczyna się wtedy, gdy hybryda plug-in jest używana jak zwykłe auto benzynowe. Rozładowany PHEV nadal pojedzie, ale będzie woził dodatkową masę akumulatora, silnika elektrycznego i osprzętu, nie wykorzystując ich głównej zalety. Z obietnicy oszczędnego kompromisu zostaje wtedy cięższy samochód spalinowy. Dlatego przy wyborze PHEV najważniejsze pytanie nie brzmi: „jaki ma zasięg na prądzie?”, lecz: „czy naprawdę będziesz go regularnie ładować?”.
Pełny elektryk ma sens, jeśli masz gdzie go ładować
Samochód w pełni elektryczny daje prostszy sposób użytkowania. Nie ma silnika spalinowego, układu wydechowego, wymian oleju ani wielu elementów, które trzeba serwisować w klasycznym aucie. Jeżeli kierowca może ładować go w domu, zwłaszcza przy tańszej taryfie albo z własnej instalacji fotowoltaicznej, codzienna jazda może kosztować znacznie mniej niż w przypadku benzyny czy diesla.
Elektryk najlepiej sprawdza się tam, gdzie trasy są przewidywalne. Dojazdy do pracy, jazda po mieście, regularne kursy między domem a biurem czy częste przejazdy podmiejskie przestają być problemem, jeśli samochód wraca na noc w miejsce z dostępem do ładowania. W takim modelu kierowca nie musi jechać na stację paliw. Po prostu podłącza auto po powrocie, tak jak podłącza telefon przed snem.
Nie oznacza to jednak, że pełny elektryk pasuje każdemu. Osoba mieszkająca w bloku bez dostępu do ładowarki, często jeżdżąca w dłuższe trasy albo niechętna planowaniu postojów może szybko poczuć, że technologia narzuca zbyt wiele ograniczeń. Polska sieć ładowania rozwija się, ale komfort korzystania z niej nadal zależy od miejsca zamieszkania, trasy i dostępnych operatorów. Według PZPM i PSNM pod koniec marca 2026 roku w Polsce działało 12 543 ogólnodostępnych punktów ładowania, z czego 48 proc. stanowiły szybkie punkty DC. To już konkretna infrastruktura, lecz nie zawsze tam, gdzie kierowca najbardziej jej potrzebuje.
Domowe ładowanie zmienia rachunek
Największa różnica między PHEV a elektrykiem ujawnia się przy ładowaniu. Jeżeli możesz ładować auto w domu, oba rozwiązania zaczynają wyglądać znacznie atrakcyjniej. Jeżeli musisz korzystać głównie z drogich szybkich ładowarek publicznych, kalkulacja przestaje być tak oczywista.
W przypadku hybrydy plug-in domowe ładowanie jest wręcz warunkiem sensu. Taki samochód ma mniejszy akumulator niż pełny elektryk, więc można go uzupełniać częściej i krócej. Ale właśnie dlatego trzeba robić to regularnie. Kierowca, który nie podłącza PHEV po powrocie do domu, sam odbiera sobie najważniejszą korzyść z zakupu.
W przypadku pełnego elektryka domowa ładowarka daje jeszcze większą przewagę, bo pozwala traktować samochód jak element domowego budżetu energetycznego. Tu jednak trzeba uważać na zbyt proste porównania. Rachunek za energię składa się nie tylko z ceny samego prądu, ale też z dystrybucji, opłat i podatków. URE przy zatwierdzaniu taryf na 2026 rok przypominało, że całkowity koszt energii dla gospodarstwa domowego zależy od kilku elementów rachunku, dlatego przed zakupem auta warto policzyć koszt ładowania na podstawie własnej taryfy, a nie reklamowego hasła.
Ładowanie z domowego gniazdka jest możliwe w wielu sytuacjach, zwłaszcza przy PHEV, ale nie powinno być traktowane beztrosko. Instalacja musi być sprawna, zabezpieczona i dostosowana do długotrwałego obciążenia. W praktyce najwygodniejszym i najbezpieczniejszym rozwiązaniem pozostaje wallbox albo przynajmniej sprawdzony punkt ładowania przygotowany przez elektryka.
Hybryda hybrydzie nierówna
Warto też uporządkować nazwy, bo producenci chętnie używają słowa „hybryda”, choć pod tą etykietą kryją się różne technologie. Mild hybrid to wciąż przede wszystkim samochód spalinowy, wspomagany niewielką instalacją elektryczną. Nie pojedzie normalnie na samym prądzie, ale może ograniczyć spalanie przy ruszaniu, pracy systemu start-stop i w miejskim ruchu.
Pełna hybryda ma większy udział napędu elektrycznego, ale zwykle nie ładuje się jej z gniazdka. Sama odzyskuje energię podczas jazdy i potrafi krótkimi odcinkami poruszać się bez silnika spalinowego, szczególnie w korku lub przy niskich prędkościach. Dla kierowcy, który nie ma gdzie ładować auta, pełna hybryda bywa spokojniejszym i bardziej przewidywalnym wyborem niż PHEV.
Hybryda plug-in jest najbardziej wymagająca, ale też daje największą nagrodę, jeśli pasuje do trybu życia. To auto dla kierowcy, który umie wykorzystać prąd na co dzień, a silnik spalinowy traktuje jak zabezpieczenie na dłuższe trasy.
Zanim podejmiesz decyzję
Przed wyborem warto zadać sobie jedno pytanie: gdzie samochód będzie ładowany przez większość tygodnia? Jeśli odpowiedź brzmi: „w domu” albo „w pracy”, pełny elektryk staje się bardzo mocnym kandydatem. Jeśli większość codziennych tras mieści się w elektrycznym zasięgu PHEV, a dłuższe wyjazdy są częste i mniej przewidywalne, hybryda plug-in może być rozsądnym kompromisem.
Jeśli jednak odpowiedź brzmi: „nie wiem”, „czasem pod marketem” albo „jak się uda”, trzeba uważać. Wtedy PHEV może szybko stać się samochodem kupionym dla obietnicy oszczędności, której właściciel nigdy nie wykorzysta. A pełny elektryk bez wygodnego ładowania może frustrować bardziej, niż wynikałoby to z katalogowego zasięgu.
Nie ma więc jednej odpowiedzi. Wybór nie zależy wyłącznie od technologii, lecz od zwykłego, codziennego nawyku: czy po powrocie do domu naprawdę podłączysz samochód do prądu.
Źródło: PZPM/PSNM, ACEA, NFOŚiGW, URE. Dane o polskiej flocie BEV/PHEV i infrastrukturze ładowania pochodzą z Licznika Elektromobilności za marzec 2026 r.; dane o rynku UE z komunikatu ACEA z 23 kwietnia 2026 r.; informacje o programie NaszEauto z komunikatów NFOŚiGW i strony programu; informacje o taryfach energii z URE.
„Cud w Polsce”. Świat odkrył historię Mai. Łatwogang zebrał ponad 250 milionów złotych
26 kwietnia 2026 roku, kilka minut po godzinie 21.37, licznik zbiórki pokazywał ponad 251 milionów złotych. W niewielkim mieszkaniu w Warszawie Łatwogang kończył transmisję, podczas której przez dziewięć dni wracała jedna piosenka: „Ciągle tutaj jestem (diss na raka)”. Jej głosem była 11-letnia Maja Mecan, podopieczna Fundacji Cancer Fighters.
To od Mai i tego utworu zaczęła się historia, którą kilka dni później opisywały już zagraniczne media. Piosenka nagrana z Bedoesem 2115 miała formę dissu, ale nie przeciwko innemu artyście. Przeciwnikiem był rak. Maja, chorująca na białaczkę, mówiła w niej o kolejnej wznowie choroby i o dzieciach, które tak jak ona przechodzą leczenie onkologiczne.
Najpierw była Maja
W wielu zagranicznych relacjach w tytułach pojawiał się Łatwogang, bo to on prowadził stream i to jego kanał przez dziewięć dni śledziły setki tysięcy osób. Punktem wyjścia nie był jednak sam internetowy challenge. Była nim piosenka Bedoesa 2115 i Mai Mecan, przygotowana dla Fundacji Cancer Fighters, aby nagłośnić sytuację dzieci chorujących na nowotwory.
„The Guardian” opisał utwór jako rapowy diss wymierzony w raka. Brytyjski dziennik zwracał uwagę, że Maja przedstawia się w nim jako dziewczynka, która mierzy się z trzecią wznową choroby. Ten wątek wracał potem w relacjach o akcji: dziecko chore onkologicznie nie było tłem wielkiej zbiórki, ale osobą, od której wszystko się zaczęło.
Łatwogang zapowiedział, że za każde polubienie filmu zapowiadającego akcję będzie słuchał piosenki przez jedną sekundę. Po przeliczeniu reakcji wyszło dziewięć dni transmisji. Stream ruszył 17 kwietnia na YouTube i trwał bez przerwy do wieczora 26 kwietnia.
Reuters: ponad 250 milionów złotych
Reuters opisał akcję jako dziewięciodniowy livestream z Polski, który przyniósł ponad 250 milionów złotych, czyli około 69 milionów dolarów, na pomoc dzieciom chorującym na nowotwory. Agencja podała, że wynik był ponad trzykrotnie wyższy od poprzedniego rekordu charytatywnej zbiórki prowadzonej na żywo, odnotowanego przez Guinness World Records.
W relacji Reutersa pojawiły się podstawowe elementy tej historii: małe mieszkanie w Warszawie, streamer prowadzący transmisję, Fundacja Cancer Fighters oraz udział znanych osób. Agencja wymieniła między innymi Igę Świątek i Roberta Lewandowskiego. Odnotowała również, że w jednym z momentów stream oglądało 1,4 miliona osób jednocześnie.
Początkowy cel zbiórki wynosił 500 tysięcy złotych. Ostatecznie transmisja zakończyła się wynikiem przekraczającym 251 milionów złotych, a następnego dnia fundacja informowała już o ponad 257 milionach złotych zebranych łącznie z różnych kanałów.
Dziewięć dni z jedną piosenką
„The Guardian” skupił się na formule streamu. W jego relacji Łatwogang przez dziewięć dni siedział w kawalerce po prawej stronie Warszawy i słuchał na zapętleniu piosenki Mai Mecan i Bedoesa 2115. Wokół transmisji pojawiali się muzycy, aktorzy, sportowcy i influencerzy, ale opis brytyjskiego dziennika stale wracał do tego, po co powstał utwór: miał wesprzeć dzieci chorujące na raka.
Gazeta pisała także o Chrisie Martinie z Coldplay, który wysłał muzyczne pozdrowienie, o Robercie Lewandowskim promującym akcję w mediach społecznościowych i o Idze Świątek, która przekazała darowiznę oraz bilety na Wimbledon. W relacji pojawił się również Władimir Semirunnij, który oddał medal olimpijski na aukcję i ogolił głowę w geście solidarności.
Polskie media pokazywały najbardziej widowiskowe fragmenty streamu: wejścia gości, aukcje, wyzwania i momenty, w których licznik gwałtownie przyspieszał. W zagranicznych opisach najczęściej wracała prostsza oś: Maja, piosenka, dziewięciodniowa transmisja, fundacja i kwota, która wielokrotnie przebiła pierwotny cel.
Streamer.guide: rekord internetowej filantropii
Branżowy serwis Streamer.guide nazwał akcję Łatwoganga największą charytatywną transmisją w historii internetu. Według serwisu stream trwał 179 godzin i 25 minut, a w szczytowym momencie oglądało go ponad 1,57 miliona osób jednocześnie.
Serwis przypominał też mechanizm, od którego zaczęła się akcja: jedna sekunda słuchania za jedno polubienie. To prosta zasada, zrozumiała od razu dla internetowej publiczności. Po kilku dniach transmisja przestała jednak funkcjonować wyłącznie jako challenge, a zaczęła być opisywana jako zbiórka o międzynarodowej skali.
O akcji pisały również media poza Europą. „The Times of India” informował o pobiciu rekordu Guinnessa i dziesiątkach milionów dolarów zebranych dla Fundacji Cancer Fighters. Informacje o zbiórce pojawiały się także na dużych profilach społecznościowych, między innymi na Pubity, obserwowanym przez miliony użytkowników.
„Cud w Polsce” w niemieckich mediach
Niemieckie media opisały historię hasłem „Wunder in Polen”, czyli „cud w Polsce”. W tekście Rundschau Online zwrócono uwagę, że impulsem do akcji była piosenka 11-letniej dziewczynki chorującej na raka, nagrana wspólnie z Bedoesem 2115. W tej samej relacji przytoczono słowa Łatwoganga po zakończeniu transmisji: „Mamy cud”.
Określenie „cud w Polsce” było medialnym skrótem, ale same relacje opierały się na konkretnych danych: dziewięciu dniach streamu, ponad 60 milionach euro, wsparciu znanych osób i celu zbiórki. Niemieckie media pisały również o Mai Mecan i o tym, że w piosence mówi ona o kolejnej wznowie choroby.
Na platformie X zareagował MrBeast, czyli James Donaldson, jeden z największych twórców internetowych na świecie. Napisał krótko: „Love when people use their platform for good”. W polskim tłumaczeniu: dobrze widzieć, gdy ludzie używają swojej platformy do dobrych rzeczy.
Co dalej z pieniędzmi
Po zakończeniu streamu Fundacja Cancer Fighters uruchomiła specjalną stronę dotyczącą akcji „diss na raka”. Według informacji podanych 27 kwietnia łączna kwota zebrana z różnych platform i kanałów przekroczyła 257 milionów złotych i była nadal aktualizowana.
Fundacja zapowiedziała, że środki mają zostać przeznaczone między innymi na leczenie, rehabilitację, leki, transport do klinik, konsultacje specjalistyczne oraz wsparcie codziennego funkcjonowania podopiecznych. Strona poświęcona akcji ma pokazywać, co dzieje się z pieniędzmi po zbiórce.
W zagranicznych publikacjach najczęściej wracały te same elementy: piosenka Mai Mecan i Bedoesa 2115, stream Łatwoganga, Fundacja Cancer Fighters, udział znanych osób oraz suma przekraczająca 250 milionów złotych. To Maja i „Diss na raka” były punktem wyjścia akcji, choć w światowych nagłówkach najczęściej pojawiało się nazwisko streamera.
Czarnobyl po 40 latach. Powrót do miasta widma

Aleksandra Induchowa
Po wybuchu w elektrowni jądrowej w Czarnobylu prawie 50 tys. mieszkańców Prypeci na zawsze opuściło swoje domy. Czterdzieści lat później jeden z nich powrócił tam z reporterką DW.
Porzucone samochody rdzewieją na poboczach dróg. Obok opustoszałych budynków porozrzucane są zabawki, pozostałości sprzętu AGD, potłuczone naczynia oraz wyblakłe tabliczki informujące w języku rosyjskim o poziomie radioaktywności. Domy mają powybijane szyby i wyłamane drzwi.
Prypeć, zwana również „Atomgradem”, była 40 lat temu dumą radzieckiej energetyki jądrowej i modelowym miastem dla pracowników elektrowni w Czarnobylu. Radzieckie władze chciały rozbudować ją do największej elektrowni tego typu na świecie. Planowano budowę dwunastu bloków reaktorów, a w Prypeci mieli mieszkać pracownicy z rodzinami.
Gdy 26 kwietnia 1986 roku eksplodował blok reaktora nr 4 w Czarnobylu, Prypeć składała się ze 160 budynków z 13 500 mieszkaniami, a także 15 przedszkoli i pięciu szkół.
„Nie wiedzieliśmy, że już nie wrócimy do domu”
Czterdzieści lat później budynki są zrujnowane. Wszystko porosła bujna roślinność. Po dawnym mieście reporterkę DW oprowadza Wołodymyr Worobej.
– To jest ulica Łesi Ukrainki, a to nasz dom nr 18-A, gdzie mieszkałem z rodzicami i starszym bratem na parterze – opowiada 58-latek. Klatka schodowa jest dość przestronna, z dużymi drzwiami, wygodnymi schodami i szerokimi korytarzami.
Drzwi do dawnego mieszkania są otwarte. Mężczyzna wchodzi prosto do swojego pokoju i wyciąga z leżących wokół śmieci płytę gramofonową. Przypomina mu ona, jak dużo muzyki słuchała wówczas jego rodzina. Pamięta jednak również, jak bardzo tęsknił za nowymi, modnymi tenisówkami, które podczas ewakuacji zostawił w szafie.
Wychodzimy na balkon. – To było moje krzesło z siedziskiem z pianki. Tutaj stała lampa, przeczytałem tu mnóstwo książek! Pod tą pokrywą przechowywaliśmy przetwory – wspomina.
W ciemnym korytarzu mieszkania włączamy w telefonach latarki. Wołodymyr Worobej zauważa buty i mówi: – To moje. Dostaliśmy je w szkole zawodowej.
Przy wejściu do budynku nadal wisi tabliczka z nazwiskami sąsiadów. Worobej nie wie, co się z nimi stało po ewakuacji. Od czasu katastrofy nie widział nikogo z nich.
W kwietniu 1986 roku miał 18 lat. Pracował jako elektryk w przedsiębiorstwie państwowym, które dzień przed awarią jądrową kładło linie energetyczne prowadzące do bloku nr 4. Był to blok reaktora, który eksplodował.
Sam nie słyszał wybuchu i rano chciał jak zwykle pojechać do pracy. Autobusy jednak nie przyjechały, a gdy wraz z przyjacielem dotarł pieszo do elektrowni, zobaczyli zniszczony budynek.
– Wtedy nie wiedzieliśmy ani co się stało, ani gdzie dokładnie. Nie widzieliśmy dymu, lecz fale gorąca, które unosiły się do nieba – opowiada Wołodymyr Worobej. – Obok przejeżdżał mężczyzna na rowerze i powiedział, że tutaj jest niebezpiecznie. Poszliśmy więc do domu.
Dopiero wieczorem dowiedział się od starszego brata, który pracował w elektrowni jądrowej, o wypadku i zbliżającej się ewakuacji. – Początkowo myśleliśmy, że potrwa to tylko kilka dni – wspomina mężczyzna. Jego rodzina opuściła Prypeć wieczorem 26 kwietnia, w przepełnionym pociągu. – Z okna pociągu widzieliśmy zniszczony blok reaktora nr 4. Nie zastanawialiśmy się wtedy nad tym i nie wiedzieliśmy, jakie konsekwencje będzie miał ten wypadek oraz że nigdy więcej nie wrócimy do domu.
„Wmawiano nam, że awaria jest niemożliwa”
Idziemy przez centrum Prypeci do kina „Prometeusz”. Wołodymyr Worobej spędzał tam czas z przyjaciółmi. Wejście do sali kinowej blokują zawalone belki. W pomieszczeniu przed sceną wiszą wyblakłe portrety dawno zapomnianych przywódców partii komunistycznej.
W centrum Prypeci wszechobecne są symbole radzieckie. Dachy dwóch wieżowców nadal zdobią emblematy radzieckiej Ukrainy, a na kolejnym wieżowcu widnieje napis wykonany ogromnymi metalowymi literami: „Energia atomowa powinna służyć robotnikom, a nie żołnierzom”.
Wołodymyr Worobej twierdzi, że na tej idei opierała się cała radziecka energetyka jądrowa. Na uniwersytetach i w instytutach, podczas szkoleń dla pracowników elektrowni – wszędzie wmawiano, że energetyka jądrowa ZSRR jest najbezpieczniejsza na świecie. Nikt nie był w stanie wyobrazić sobie eksplozji reaktora. – Powiedziano nam, że awaria radiacyjna jest niemożliwa. Nawet nie przyszło nam do głowy, że może dojść do awarii – mówi.
Również z tego powodu większość mieszkańców Prypeci i Czarnobyla, w tym pracownicy elektrowni, nic nie wiedziała o rzeczywistych zagrożeniach dla zdrowia i środowiska. – Tym bardziej nie mieli pojęcia o skali skażenia radioaktywnego – wyjaśnia Wołodymyr Worobej. – Kto coś wiedział, ten dzielił się informacjami w ograniczonym zakresie. Były to jeszcze czasy radzieckie. Jedno nieostrożne słowo mogło kosztować karierę.
Radziecki autorytaryzm
Być może, zastanawia się rozmówca DW, do katastrofy w Czarnobylu w ogóle by nie doszło, gdyby ten autorytarny, radziecki styl zarządzania nie panował również w przemyśle jądrowym. Ponadto podobny wypadek w 1975 roku w elektrowni jądrowej w Leningradzie został zatajony.
Wołodymyr Worobej został powołany do służby wojskowej rok po katastrofie, później studiował inżynierię i przeniósł się do Sławutycza. Miasto to zostało odbudowane jako zamiennik Prypeci. Stamtąd każdego dnia roboczego dojeżdżał do elektrowni jądrowej w Czarnobylu i awansował ze zwykłego mechanika na brygadzistę. Od jedenastu lat kieruje działem automatyki termicznej i techniki pomiarowej.
W Czarnobylu od 2000 roku nie produkuje się już energii elektrycznej, ale prace związane z likwidacją elektrowni trwają do dziś. Na terenie dawnej elektrowni znajdują się instalacje służące do bezpiecznego usuwania paliwa radioaktywnego i przetwarzania odpadów promieniotwórczych. Nad blokiem nr 4, który wówczas eksplodował, oraz zbudowanym w 1986 roku w pośpiechu tzw. sarkofagiem zainstalowano nową osłonę ochronną – New Safe Confinement. W 2025 roku osłona ta została przebita przez rosyjski dron bojowy.
„Być może historia potoczyłaby się inaczej”
Diabelski młyn w Prypeci, znany na całym świecie symbol opuszczonego miasta, był pokazywany turystom jeszcze przed rosyjską inwazją na Ukrainę. Oficjalnie nigdy nie był w użyciu, ponieważ miał zostać uroczyście otwarty 1 maja 1986 roku, w Dzień Pracy. – Nie wierzcie w bajki, że nikt nigdy nim nie jeździł. Uczniowie mojej szkoły zawodowej, w tym ja, zostaliśmy wykorzystani jako testerzy. Więc nim jeździłem – mówi z uśmiechem do reporterki DW.
Wołodymyr Worobej przyznaje, że nadal nie wie, jaką dawkę promieniowania otrzymał od 1986 roku. – Można wystąpić o odpowiednie zaświadczenie, ale tego nie chcę. Na pytanie, jak bardzo katastrofa zmieniła jego życie, odpowiada, że w wieku 18 lat nie miał jeszcze konkretnych planów. Jednak teraz, 40 lat później, patrząc wstecz na wydarzenia, wydaje mu się, „jakby wszyscy wtedy zmierzali w jednym kierunku, by nagle zawrócić i obrać inną drogę”. I dlatego, jak mówi, „historia świata i Ukrainy potoczyłaby się być może inaczej, gdyby nie doszło do katastrofy w Czarnobylu”
REDAKCJA POLECA