Jak przedłużyć biologiczną młodość
Bywa tak, że w dowodzie wpisane jest 40 lat, ale biologicznie może być więcej. Bywa i odwrotnie. Od czego to zależy? W dużej mierze od różnych elementów stylu życia, które naukowcy coraz lepiej poznają. Dowiedz się więcej.

Po wdrożeniu się do specjalnego programu pięć z sześciu kobiet w ciągu zaledwie ośmiu tygodni odmłodniało o 1,2 do 11 lat – średnio o 4,6 roku! Tak przynajmniej wskazał pomiar metylacji DNA, jednego z parametrów, który może wiele powiedzieć o realnym, biologicznym wieku. To nie pierwszy tego typu wynik.
„Zmiany w modyfikowalnych elementach stylu życia zastosowane w tym eksperymencie były po raz pierwszy sprawdzane w badaniu z udziałem mężczyzn w wieku od 50 do 72 lat. Udało się wtedy zmniejszyć ich biologiczny wiek średnio o 3,23 roku w porównaniu do grupy kontrolnej. Opisane teraz badanie miało na celu sprawdzenie praktycznie takiej samej interwencji w innej populacji – w grupie kobiet” – piszą autorzy pracy opublikowanej w periodyku „Aging”.
Program objął zmiany różnych, w zasadzie podstawowych zwyczajów. Ochotniczki zadbały o lepszą dietę, sen, ćwiczenia fizyczne, relaksację oraz suplementację probiotykami.
Choć często teraz myślimy w kontekście starzenia się o urodzie, to istotne jest, jak nasze ciało funkcjonuje. A im jesteśmy starsi (metrykalnie), tym wiek biologiczny nabiera znaczenia – im jesteśmy w tym kontekście młodsi, tym lepiej na przykład zareagujemy na leczenie w razie choroby.
Różne zegary ciała
Wyniki opisanych powyżej dwóch eksperymentów mocno wspiera opublikowane w ubiegłym roku badanie przeprowadzone na University of California, San Diego. Naukowcy odkryli bowiem, że w grupie prawie 2 tys. ochotników każde dodatkowe 5-8 lat mierzone właśnie wspomnianą metylacją DNA wiązało się z 20-30 proc. zmniejszeniem szans na dożycie 90 lat.
Wspomniana metylacja DNA jest obecnie jednym z najdokładniejszych, znanych markerów biologicznego wieku. Jednak jest ich więcej i coraz lepiej można je mierzyć. Oprócz innych, złożonych pomiarów aktywności komórek, jak wskazują badania, wiele informacji na temat wieku można uzyskać analizując EKG czy aktywność mózgu.
Niedawno japońskie Towarzystwo Oftalmologiczne upubliczniło natomiast oparty na sztucznej inteligencji system, który, jak przekonują jego twórcy, podaje biologiczny wiek człowieka na podstawie zdjęć siatkówki oka. Naukowcy liczą, że dzięki ich metodzie będzie można lepiej oceniać ryzyko chorób, nie tylko oczu, ale także innych narządów, np. schorzeń układu krążenia czy zaburzeń kognitywnych.
Ile lat mają twoje kości?
Z kolei system opracowany niedawno w australijskim Garvan Institute of Medical Research pozwala na ocenę wieku kości i w związku z tym przewidywanie ryzyka ich złamań, a także wpływu złamania na dalsze zdrowie pacjenta. Metoda, która ma zostać udostępniona lekarzom, ocenia wiek metrykalny, historię wcześniejszych złamań i wiele innych parametrów opisujących stan zdrowia. W ten sposób oblicza „wiek kostny”.
„W naszym modelu analizujemy korelacje między złamaniami, ponownymi złamaniami i śmiertelnością. Definiujemy wiek kostny jako wiek szkieletu danej osoby wynikający z czynników ryzyka złamań – mówi twórca systemu, prof. Tuan Nguyen. – Korzystając z naszej definicji, szacujemy np., że typowy 70-letni mężczyzna, który doznał złamania, ma wiek kostny równy 75 lat. Jednak, jeśli pojawi się u niego drugie złamanie, wiek ten rośnie do 87 lat. Oznacza to, że osoba ta ma taki sam profil ryzyka złamań, jak 87-letni mężczyzna z profilem całkowicie zdrowym” – wyjaśnia specjalista.
Jakie mięśnie, taki wiek?
Szczególnie prosty i, jak wydaje się, skuteczny test odkryli badacze z University of Michigan. Zaobserwowali oni wyraźną korelację między wspomnianą metylacją DNA a siłą uścisku dłoni. Im słabszy uścisk – tym bardziej zaawansowany wiek biologiczny.
„Wiemy, że siła mięśni to parametr dobrze wskazujący szanse na długowieczność, a słabe mięśnie to potężny wskaźnik ryzyka chorób i śmierci. Jednak teraz, po raz pierwszy dostarczyliśmy dowód na związek między siłą mięśni i tempem biologicznego starzenia się” – mówi Mark Peterson, autor odkrycia.
Mierzona uściskiem dłoni ogólna siła mięśni może być nie tylko wskaźnikiem zdrowia i wieku. Badacze nie wykluczają, że działa też odwrotna zależność – silniejsze, zdrowsze mięśnie pomagają zachować biologiczną młodość.
„Nasze wyniki sugerują, że jeśli ktoś przez całe życie zachowa wysoką siłę mięśni, może w ten sposób chronić się przed licznymi typowymi dla starości chorobami. Wiemy, że np. palenie silnie świadczy o ryzyku różnych chorób i zgonu, ale, być może teraz dowiedzieliśmy się, że słabe mięśnie to ‘nowe palenie” – dodaje specjalista.
Sposoby na dłuższą młodość
Ważne pytanie brzmi, co robić, aby wiek biologiczny płynął wolniej niż ten metrykalny? Jak choćby wskazały wspomniane wcześniej eksperymenty, ponownie kłania się tzw. styl życia, czyli dobra dieta, ruch, sen, relaks. Jednocześnie warto pamiętać o takich badaniach, jak to przeprowadzone przez firmę Insilico Medicine. Naukowcy przeanalizowali różne parametry krwi prawie 150 tys. dorosłych osób i odkryli, że palaczki i palacze byli, pod względem sprawdzanych markerów, średnio dwa razy starsi od ich niepalących koleżanek i kolegów.
„Cieszę się, że uczestniczyłam w badaniu, które dostarczyło fascynujących naukowych dowodów na to, że palenie prawdopodobnie przyspiesza starzenie. Palenie tytoniu to prawdziwy problem, który niszczy zdrowie ludzi, powoduje przedwczesne zgony i często jest przyczyną poważnych chorób. Wykorzystaliśmy sztuczną inteligencję, aby pokazać, że palenie znacząco podnosi biologiczny wiek” – mówi Polina Mamoshina, współautorka badania opisanego na łamach magazynu „Scientific Reports”.
Ale nie tylko palenie postarza. Jak bowiem pokazali specjaliści z Uniwersytetu w Nawarze, już u osób lubujących się w silnie przetworzonym jedzeniu można wykryć zmiany w chromosomach świadczące o późniejszym biologicznym wieku. Zauważone uszkodzenia dotyczyły struktur zwanych telomerami znajdujących się na końcówkach chromosomów i zapewniających im stabilność. Z wiekiem telomery ulegają skróceniu w naturalny sposób. Tymczasem analiza komórek prawie 900 osób w wieku średnio 68 lat pokazała, że osoby jedzące najwięcej przetworzonej żywności miały ryzyko nienaturalnego skrócenia telomerów o 82 proc. wyższe od spożywających jej najmniej.
Zatem kardynalna zasada ponownie brzmi – po pierwsze nie szkodzić, a kolejna – dbać o siebie: nie palić, ruszać się, zdrowo jeść i dbać o dobry odpoczynek. Te recepty można wdrożyć od zaraz.
Źródło: PAP, Serwis Zdrowie
Miliony lat temu na Ziemi było znacznie cieple. Czy dinozaury były lepiej przystosowane do zmian klimatu niż ludzie?

Tim Schauenberg
Kryzys klimatyczny. Miliony lat temu na Ziemi było znacznie cieple. Czy dinozaury były lepiej przystosowane do zmian klimatu niż ludzie? Dlaczego więc kryzys klimatyczny stanowi dziś dla ludzi egzystencjalne zagrożenie? Czy dinozaury były lepiej przystosowane do zmian klimatu?

Era dinozaurów, gdy Tyrannosaurus Rex, Triceratops i inne prehistoryczne olbrzymy zamieszkiwały Ziemię, a gigantyczne dinozaury morskie przemierzały oceany, była niezwykle gorąca. W okresie mezozoicznym, który rozpoczął się 250 milionów lat temu i zakończył 65 milionów lat temu, temperatura wynosiła średnio o sześć do dziewięciu stopni więcej niż dziś. W tym czasie stężenie szkodliwego dla klimatu CO2 w atmosferze było 16 razy większe niż obecnie. Ten ekstremalnie cieplarniany klimat miał kilka przyczyn.
Naukowcy przypuszczają, że dinozaury same miały udział w wysokiej emisji metanu poprzez bekanie i puszczanie bąków, podobnie jak dziś krowy, i w ten sposób przyczyniały się do pierwotnego globalnego ocieplenia. Z drugiej strony, pierwotny kontynent – Pangea – rozdzielał się coraz bardziej, tworząc dzisiejsze kontynenty, czemu towarzyszyły gigantyczne erupcje wulkanów. W procesie tym do atmosfery wyrzucane były duże ilości gazów cieplarnianych, które znacznie podgrzewały Ziemię. Kwaśne deszcze, zakwaszenie morza i radykalna zmiana składu chemicznego lądu i wody spowodowały jedno z największych wymierań gatunków na naszej planecie, chociaż warunki dla dinozaurów w zasadzie się poprawiły.
Dlaczego dinozaury lepiej się przystosowywały?
Dzisiejsze globalne ocieplenie jest dalekie od rekordowych temperatur z czasów prehistorycznych. Jednak od połowy XIX wieku temperatury wzrosły już o 1,1 stopnia. To właśnie wtedy rozpoczęła się industrializacja i od tego czasu spalano coraz więcej węgla, ropy i gazu, napędzając zmiany klimatu spowodowane przez człowieka.
Ma to obecnie konsekwencje dla całego życia na naszej planecie. Na całym świecie milion gatunków jest zagrożonych wyginięciem. Kondycja ekosystemów wciąż się pogarsza, na wszystkich kontynentach, na obszarach wiejskich i miejskich, w lasach i oceanach.
Im bardziej wzrasta globalne ocieplenie, tym poważniejsze są jego konsekwencje, jak pokazują badania. Jeśli globalne ocieplenie wzrośnie do 1,5 stopnia, susze będą trwały średnio pięć miesięcy dłużej, przy 2 stopniach – osiem miesięcy, a przy 3 stopniach będzie to aż 19 miesięcy.
Według obliczeń Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu, jeśli emisja gazów cieplarnianych będzie kontynuowana bez kontroli, Ziemia ociepli się o co najmniej 3 stopnie do końca tego stulecia. Konsekwencje: dramatyczne powodzie, burze, wzrost poziomu mórz i ekstremalne fale upałów. Dlatego naukowcy klasyfikują kryzys klimatyczny jako egzystencjalne zagrożenie dla ludzkości.
W czasach prehistorycznych, gdy nie było ani ludzi, ani ich infrastruktury, sytuacja była zupełnie inna. Fakt, że dinozaury przez miliony lat stosunkowo dobrze radziły sobie z rosnącymi temperaturami, wynikał głównie z jednego decydującego czynnika: czasu.
Prehistoryczne zmiany klimatyczne
– Chociaż stężenie CO2 w atmosferze było ogromnie wysokie w czasach dinozaurów, wzrastało wówczas bardzo powoli, przez wiele milionów lat – mówi DW Georg Feulner z Instytutu Badań nad Wpływem Klimatu (PIK). – Przy powolnej zmianie przyroda może się dostosować. Gatunki zwierząt, które nie przepadają za ciepłem, mogą przenieść się na wyższe szerokości geograficzne, czyli w kierunku biegunów, lub po prostu dostosować się poprzez procesy ewolucyjne – wyjaśnia naukowiec.
Tak więc klimat w pobliżu równika stał się zdecydowanie zbyt ciepły dla wielu gatunków w czasie masowego wymierania 250 milionów lat temu. Ale przesunięcie stref klimatycznych prowadziło również do tego, że wiele gatunków dinozaurów było w stanie rozprzestrzeniać się coraz dalej i penetrować nowe obszary.
Dramatyczna prędkość zmian klimatu
– Dopóki ocieplenie było powolne i nie uderzało swoimi skutkami w wysoko zaawansowaną technicznie cywilizację z istniejącą infrastrukturą, w większości przypadków nie stanowiło dużego problemu – mówi Georg Feulner. Obecnie spalamy dużo paliw kopalnych w bardzo krótkim czasie, uwalniając duże ilości CO2, które były magazynowane przez miliony lat. Podczas gdy w mezozoiku planeta ociepliła się o kilka stopni Celsjusza w ciągu wielu milionów lat, teraz ludzie radykalnie zmieniają klimat w ciągu zaledwie dwóch stuleci.
– Zdolność przystosowania się do powolnego globalnego ocieplenia ma swoje granice. Jeśli w pewnych regionach zrobi się naprawdę ekstremalnie gorąco, może się okazać, że regiony te nie nadają się już do zamieszkania dla pewnych gatunków zwierząt, a nawet ludzi, ponieważ istnieją pewne fizjologiczne granice tego, co ciało może wytrzymać – dodaje naukowiec. Dla ludzi ma to takie same skutki. Każdego roku setki tysięcy osób umierają na całym świecie z powodu ekstremalnych upałów.
Obecne szybkie ocieplenie planety jest dramatyczne. Nasz sposób życia nie został jeszcze przystosowany do ekstremalnych burz, powodzi, susz i fal upałów. Dlatego do 2030 roku trzeba będzie zainwestować na całym świecie ponad 300 miliardów dolarów w samo dostosowanie do cieplejszego świata, na przykład w ochronę przeciwpowodziową i ochronę wybrzeża lub w zaopatrzenie w wodę i systemy wczesnego ostrzegania.
Ponadto potrzebne są miliardy na ograniczenie emisji gazów cieplarnianych, przejście na odnawialne źródła energii i ograniczenie globalnego ocieplenia spowodowanego przez człowieka.
Ekstrema groźne także dla dinozaurów
Nawiasem mówiąc, fakt, że problemy stają się ekstremalne, gdy zmiany klimatu są zbyt szybkie, nie dotyczy tylko ludzi, ale całego życia na Ziemi. Poprzednie pięć dużych masowych wymierań w historii Ziemi było związane z radykalnym ogrzewaniem lub ochłodzeniem planety oraz ze zmianami w cyklach chemicznych w morzu i na lądzie.
Na przykład uderzenie asteroidy około 66 milionów lat temu prawdopodobnie wzniosło ogromną globalną chmurę pyłu i spowodowało gwałtowne erupcje wulkaniczne na całym świecie, co spowodowało zaciemnienie nieba, a tym samym radykalne ochłodzenie klimatu na całym świecie. To drastyczne ochłodzenie nie pozostawiło wiele czasu na adaptację, nawet dla dinozaurów. Wyginęły one, podobnie jak około 67 procent wszystkich gatunków na naszej planecie.
Zgodnie z definicją, o masowym wymieraniu mówi się, gdy w ciągu około trzech milionów lat wymrze trzy czwarte wszystkich gatunków zwierząt i roślin.
Wielu badaczy uważa, że obecnie jesteśmy świadkami szóstego masowego wymierania. Tylko w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat co najmniej milion z ośmiu milionów znanych gatunków jest zagrożonych zniknięciem na zawsze. Niektórzy eksperci obawiają się, że liczby te mogą być znacznie wyższe.
REDAKCJA POLECA
Koronacja Karola III. Jak będzie wyglądała?

Christine Lehnen
6 maja nic nie będzie pozostawione przypadkowi. Ale skąd wzięła się akurat ta data? Kto wystąpi na koncercie koronacyjnym? Czy pojawi się książę Harry? Koronacja Karola III w pytaniach i odpowiedziach.
On Saturday, King Charles III will become the 40th Sovereign to be crowned at Westminster Abbey, with The Queen Consort crowned beside him.@WAbbey has been the setting for every Coronation since 1066, with William the Conqueror being the first monarch to be crowned there. pic.twitter.com/4daqSOVYM7
— The Royal Family (@RoyalFamily) May 3, 2023
Od około tysiąca lat angielskie królowe i angielscy królowie są koronowani w Londynie. Przez ten długi czas powstało wiele rytuałów, z którymi będzie można się zetknąć również podczas koronacji Karola III i jego żony Kamili. Niektóre z nich czy związane z nimi atrybuty są niemal tak stare, jak sama ceremonia. Na przykład królewska korona. Inne są całkiem nowoczesne jak choćby „kisz koronacyjny”. Przedstawiamy siedem najważniejszych pytań dotyczących koronacji króla Karola III:
Dlaczego 6 maja?
Rodzina królewska uzgadnia datę koronacji z brytyjskim rządem. Dlaczego wybór padł na 6 maja nie zostało oficjalnie wyjaśnione ani przez Pałac Buckingham, ani przez „Number 10”, czyli kancelarię brytyjskiego premiera, który pod tym właśnie numerem rezyduje przy Downing Street w Londynie. Na rozmaite osobiste związki króla z datą koronacji wskazuje natomiast prasa brytyjska.
Good morning !
— Barbara von Bauer🗽 (@BarbaraVonBauer) May 5, 2023
I welcome the inaguration of King Charles III and I wish him to be a good King.
He has been preparing for this all his life and I believe that he will succeed is not embarrassing the legacy of his mother Queen Elizabeth II pic.twitter.com/0z1uEGPuqr
Otóż 6 maja to także urodziny jego wnuka Archiego Harrisona Mountbattena-Windsora, najstarszego syna księcia Harry’ego i Meghan Markle, który przyszedł na świat w 2019 roku. Jest to również rocznica śmierci jego pradziadka króla Edwarda VII, który zmarł w 1910 roku. Czy przyćmiewanie urodzin własnego wnuka było dobrym pomysłem? Być może nie. W każdym razie Meghan Markle nie przyjedzie ze swoim synem na koronację.
Dlaczego Opactwo Westminsterskie?
Innej świątyni zapewne nie brano nawet pod uwagę. Brytyjskie królowe i brytyjscy królowie byli tu koronowani od 1066 roku, gdy Wilhelm Zdobywca ze swoją armią podbił Anglię. Od tego czasu w katedrze odbyło się 38 ceremonii koronacyjnych. W Opactwie Westminsterskim (Westminster Abbey) są też odprawiane inne ważne nabożeństwa, w których uczestniczy angielska rodzina królewska.
The Lord Lyon in Westminster Abbey at the Service this evening to mark the arrival of The Stone of Destiny. pic.twitter.com/eMJ97sXgBL
— Lyon Court (@LyonCourt) April 29, 2023
Przy okazji warto wspomnieć, że Wilhelm Zdobywca kazał się koronować w dzień Bożego Narodzenia – 25 grudnia 1066 roku. Wówczas królowie byli uważani za przedstawicieli Boga na ziemi. Daty o podobnie religijnym wydźwięku Karol III najwyraźniej nie chciał. Jego matka również zdecydowała się na koronację latem. Elżbieta II była koronowana 2 czerwca 1953 roku, oczywiście także w Opactwie Westminsterskim.
Jaka korona dla króla?
Rodzina królewska posiada więcej koron. Król Karol III na swoją koronację wybrał „koronę świętego Edwarda”. Jest to najstarsza z brytyjskich koron królewskich, wykonana w 1661 roku i po raz pierwszy noszona przez króla Karola II. Zastąpiła średniowieczną koronę, która została przetopiona w 1649 roku. W latach 1649-1661 Anglia na krótko stała się republiką, na której czele stanął dyktator i watażka Oliver Cromwell. Rokoszanie sprzedali wiele królewskich klejnotów, a złoto kazali przetopić.
Po restauracji monarchii Stuartów (Stuart Restoration) potrzebna była nowa korona, (ponieważ używana od XIII wieku korona świętego Edwarda została wtedy sprzedana i prawdopodobnie uległa zniszczeniu) Pod wieloma względami przypomina swoją poprzedniczkę. Według zarządcy królewskich zbiorów sztuki Royal Collection Trust waży około dwóch kilogramów, jest ozdobiona rubinami, ametystami i szafirami. Wykonana została z czystego złota. Jej wartość jest szacowana na około 40 milionów dolarów (około 165 milionów złotych).
Nowa korona świętego Edwarda zawdzięcza swą nazwę ostatniemu anglosaskiemu królowi Anglii Edwardowi Wyznawcy, który żył w XI wieku.
A jaką koronę nosi królowa?
Natomiast Kamila za błogosławieństwem zmarłej królowej Elżbiety II będzie oficjalnie nazywana królową Kamilą, a nie jedynie małżonką króla. Ona również będzie koronowana 6 maja w Opactwie Westminsterskim. Na jej głowę zostanie założona korona królowej Marii, małżonki króla Jerzego V, wykonana na ceremonię koronacji w 1911 roku. Według brytyjskiego dziennika „The Guardian” jest to pierwszy wypadek „ponownego użycia” korony od XVIII wieku.
Przed ceremonią korona zostanie pozbawiona ważnego klejnotu: diamentu Koh-i-Noor, który niedawno wywołał kontrowersje, ponieważ w posiadanie brytyjskiej rodziny królewskiej wszedł w wątpliwych okolicznościach. Zwrotu tego diamentu domagają się od Wielkiej Brytanii cztery kraje: Indie, Pakistan, Afganistan i Iran.
Zamiast Koh-i-Noorem korona dla Kamili zostanie ozdobiona niektórymi z ulubionych kamieni królowej Elżbiety II, co według oficjalnego oświadczenia ma być hołdem dla zmarłej monarchini.
A co z gadżetami?
Nie ma królewskich obchodów bez stosownej promocji: z okazji koronacji króla Karola III fani Royalsów (rodziny królewskiej) z całego świata mogą kupić kuchenne ściereczki, okolicznościowe monety i magnesy na lodówkę. Twarz nowego króla zdobi nawet brytyjskie puszki z ciastkami.
Jak na razie z brytyjskich mediów przebija przekonanie, że z okazji tej koronacji zostanie wyprodukowanych mniej pamiątek niż na przykład z okazji ślubu księcia Harry’ego i Meghan Markle.
Na bardzo szczególny suwenir z koronacji zwróciła uwagę gazeta „New York Times” w artykule na ten temat: pewien brytyjski lekarz zaprojektował opakowanie na płatki kukurydziane. Można z niego wyciąć oblicze nowo koronowanego króla i użyć jako maski na twarz.
A co na obiad?
W koronacyjny weekend ma się też odbyć „Coronation Big Lunch”, czyli „Wielki Obiad Koronacyjny”. Nie jest to bankiet państwowy, ale inicjatywa bez udziału królewskich gości. Związki, stowarzyszenia, przyjaciele, rodziny i sąsiedzi mogą zbierać się na własnych „Big Lunchach”, żeby uczcić koronację swojego króla. Tradycyjnie zbierane są przy tej okazji pieniądze na cele charytatywne.
Jednak to nie znaczy, że rodzina królewska nie ma żadnego wkładu do tych „Wielkich Obiadów”. Król Karol III i królowa Kamila zaproponowali przepis na danie, które można przygotować na wspólny posiłek. Jest nim „Coronation Quiche”, „kisz koronacyjny”, danie niedrogie w wykonaniu, które może być podawane zarówno na ciepło, jak i na zimno. Para królewska zaleca, żeby kisz z „delikatnymi aromatami szpinaku, bobu i świeżego estragonu” był spożywany na ciepło lub na zimno z zieloną sałatą i gotowanymi młodymi ziemniakami.
Jeśli zaś komuś szpinakowy kisz nie wydaje się daniem wystarczająco spektakularnym, może skorzystać z trzech innych propozycji: jagnięciny z azjatycką marynatą według przepisu sławnego amerykańsko-chińskiego szefa kuchni Kena Homa, „koronacyjnego bakłażana” zaproponowanego przez brytyjską piekarkę i felietonistkę Nadiyę Hussain oraz bardzo wyjątkowego deseru autorstwa mistrza Adama Handlinga, wybitnego szefa kuchni z Londynu.
Kto wystąpi na tradycyjnym koncercie koronacyjnym?
W niedzielę po koronacji odbędzie się koncert na zamku Windsor. Spodziewane są tak wielkie gwiazdy, jak Lionel Ritchie, Katy Perry czy śpiewak operowy Andrea Bocelli, który zaśpiewa w duecie ze swoim walijskim kolegą Sir Brynem Terflem.
Brytyjska grupa popowa Take That pojawi się w trójkę, bez Robbiego Williamsa i Jasona Orange’a. W programie przewidziani są również piosenkarka i autorka tekstów piosenek Freya Ridings oraz Alexis Ffrench, kompozytor i producent soulowy z Walii.
Zapowiedziany jest także Andrew Lloyd Webber, legendarny kompozytor musicali „Jesus Christ Superstar”, „Evita”, „Cats”, „Starlight Express” i „The Phantom of the Opera”, który występował już także przed rodziną królewską na platynowym jubileuszu królowej Elżbiety II.
Na scenie, oprócz wielkich supergwiazd, pojawi się też tak zwany Chór Koronacyjny złożony z lokalnych chórów z całego kraju, które wystąpią wspólnie. Ten „Coronation Choir” będzie również śpiewał razem z Chórem Wirtualnym, który będzie się składać ze śpiewaków z całej Wspólnoty Narodów.
Czy Harry się pojawi?
Po rozdźwięku z Pałacem Buckingham najmłodszy syn króla Karola, książę Harry, musi się raczej liczyć z chłodnym przyjęciem. W każdym razie „syn marnotrawny”, który oficjalnie opuścił rodzinę królewską, zgodził się wziąć udział w koronacji. Teraz wiadomo już też, że podczas ceremonii koronacyjnej nie usiądzie w pierwszym rzędzie, jak reszta rodziny królewskiej, ale będzie musiał zająć miejsce dalej z tyłu.
Nie wiadomo jeszcze, czy pojawi się na koncercie dzień później. Przypuszcza się, że Harry po ceremonii koronacyjnej pospieszy z powrotem do swojej rodziny w Kalifornii, by razem z Meghan i dziećmi świętować czwarte urodziny syna, Archiego.
REDAKCJA POLECA
Krzysztof Skiba: Co w Polsce piszczy

Krzysztof Skiba
Głośno o Zosi Klepackiej
Głośno ostatnio o Zosi Klepackiej, mistrzyni olimpijskiej w windsurfingu, ale nie z powodu wyników sportowych tylko zarzutów prokuratorskich.
Tak, tak, to ta sama Zosia, która jest wielką orędowniczką wartości katolickich, która pokazowo popiera PiS, grzmi na LGBT i widowiskowo epatuje różańcem.
Już kilkaset lat temu poeta Jan Kochanowski naśmiewał się w swoich fraszkach z dewotów. Ta historia się powtarza. Gdy ktoś głośno krzyczy o Polsce i modli się na pokaz, zwykle ukrywa jakieś świństwa i modlitwą maskuje przekręty.
Osobowość roku
Oto w Trójmieście gazetka orlenowska Dziennik Bałtycki zrobiła konkurs promujący lokalnych działaczy społecznych i lokalne osobowości. W tym roku nagrodzona w konkursie została… osoba, która nie istnieje.
Okazuje się, że cały konkurs jest lipny, a chodzi w nim (wzorem króla Orlenu Obajtka) jedynie o nabijanie kabzy. Wystarczy wysłać na siebie kilkaset płatnych SMSów, by zostać „osobowością roku”. Kapituła konkursu nie sprawdza kandydatów i pod żadnym kątem ich nie weryfikuje.
Prowokacja dziennikarki z Gdyni pysznie się udała. Stworzona przez sztuczną inteligencję osoba, bez prawdziwych osiągnięć otrzymała tytuł osobowości roku. Powiedzieć, że to kompromitacja prasy kontrolowanej przez władzę, to nic nie powiedzieć.
Dziennik Bałtycki był dawno temu cenionym pismem lokalnym. Po przejęciu przez Orlen stał się nie tylko przykrą jak opryszczka tubą władzy, ale jak widać także gazetą redagowaną przez udawanych dziennikarzy i jednocześnie kompletnych idiotów.
Coś ciężkiego spadło koło Bydgoszczy
Nieznany obiekt w lesie koło Bydgoszczy. Reakcja Ziobry https://t.co/9CZvOvk9xM
— Dziennik.pl (@DziennikPL) April 27, 2023
Coś ciężkiego spadło koło Bydgoszczy i nikt nie wie co. Władza milczy i tajemniczo informuje, że to „obiekt wojskowy”, a sprawa jest badana. Ludzie mówią, że to rakieta, ale czy nasza, czy ruska, a może ukraińska? Nikt nic nie wie, a na miejscową ludność padł blady strach.
Z nieba to miała lecieć albo manna, albo pieniądze, a nie rakiety. Jest też poważne podejrzenie, że z samolotu, który leciał na nowe lotnisko w Radomiu, pilot wyrzucił puszkę po sardynkach.
Krzysztof Skiba
30 lat temu, 30 kwietnia 1993 roku naukowcy uruchomili World Wide Web

Mischa Erhardt
12 marca 1989 brytyjski inżynier i naukowiec sir Tim Berners-Lee, opublikował projekt oparty na aplikacji i bazie danych, którą stworzył na własny użytek w 1980 rok. Przedstawił w nim rozbudowany system zarządzania informacjami, który stał się zalążkiem obecnej World Wide Web. Po jakimś czasie dołączył do niego belgijski naukowiec Robert Cailliau, z którym Berners-Lee współpracował w ośrodku CERN. 12 listopada 1990 opublikowali oficjalny projekt budowy systemu hipertekstowego zwanego „World Wide Web” (w skrócie: WWW lub jeszcze krócej: W3), obsługiwanego przy pomocy przeglądarki internetowej. 30 kwietnia 1993 CERN ogłosił, że World Wide Web będzie udostępniona dla każdego. Najpopularniejszą przeglądarką internetową wówczas była ViolaWWW.

Rok 1989 był rokiem przełomów. Jeden z nich miał miejsce w umyśle Tima Bernersa-Lee. Fizykowi z najsłynniejszego ośrodka badawczego świata, CERN w Genewie, przeszkadzał notoryczny chaos informacyjny pomiędzy poszczególnymi instytutami oraz licznymi grupami roboczymi i projektowymi. Jako rozwiązanie wpadł na pomysł cyfrowej sieci informacyjnej, poprzez którą naukowcy mogliby wymieniać informacje. 34-letni wówczas badacz w skrócie zapisał tę koncepcję. „Mętna, ale ekscytująca” – skomentował notatkę jego szef. Najwyraźniej zbyt ogólnikowo. Bo przez jakiś czas nic się nie działo.
Ale Berners-Lee myślał dalej i powstały poszczególne elementy World Wide Web: tzw. URL dla adresów internetowych, HTML do opisywania stron internetowych, czyli do możliwości ich programowania. Musiał zacząć też funkcjonować techniczny protokół HTTP do obsługi linków i wreszcie powstać przepis na przeglądarkę internetową. Dokładnie 30 lat temu światowa opinia publiczna mogła zobaczyć efekt: 30 kwietnia 1993 roku naukowcy z CERN uruchomili World Wide Web. Technologicznie niewiele zmieniony do dziś, był to początek triumfalnego postępu internetu.
Encyklopedia? Łapacz kurzu
Dzisiaj trzeba tłumaczyć trzynastoletniej córce, że w jej wieku nie znało się ani internetu, ani smartfonów. Zamiast niegdysiejszych wypraw po zakupy do centrów miast, zamówienia online są dziś codziennością. Tomy słynnej encyklopedii Brockhaus stoją wprawdzie wciąż na półce – ale w najlepszym wypadku jako zbieracze kurzu. Wikipedia, która jest dostępna w zasadzie dla wszystkich, stała się miejscem, do którego można zajrzeć, jeśli chce się szybko zdobyć informacje o rewolucji 1789 roku czy wynalezieniu internetu. Kto szuka mieszkania, nie wertuje już stosów gazet, ale znajduje ogłoszenia na portalach internetowych i to w obfitości, która przerosłaby możliwości każdego papieru.
Zdarza się, że dezorientacja, a przynajmniej przeciążenie informacyjne, to minusy cyfrowej sieci. W internecie – i to jest geneza i idea jego funkcji – w zasadzie wszyscy mogą reklamować i publikować swoje poglądy, idee, produkty i wizje. Dobrym przykładem jest Donald Trump. Między innymi zasięg jego konta na Twitterze dał mu wiernych zwolenników, mimo – albo z powodu – wielu dezinformacji, jakich się dopuszczał.
Wyszukiwarki takie jak Google czy DuckDuckGo pomagają wprawdzie oddzielić ziarno od plew w pozornie nieskończonym polu informacji. Jednak przynajmniej za wielkimi cyfrowymi korporacjami, takimi jak Google, Apple, Facebook, Amazon i Microsoft, stoją globalne koncerny, które przede wszystkim realizują swoje interesy związane z zyskiem. Zyskują one poprzez strukturyzację internetu. Myśl ta, nawiasem mówiąc, była obca Timowi Bernersowi-Lee. Mógł on opatentować swoją technologię World Wide Web, ale świadomie się na to nie zdecydował. Pogoń za zyskiem była sprzeczna z jego ideałem wolnej wymiany informacji.
Następny poziom SI
W obrębie internetu właśnie pojawił się następny poziom: sztuczna inteligencja (SI), po angielsku Artificial Intelligence (AI). ChatGPT stworzył nowy powód do dyskusji zaledwie kilka miesięcy temu. Po 30 latach istnienia internetu pojawia się pytanie, czy ChatGPT reprezentuje jego przyszłość? „Jako model językowy oparty na AI nie mogę z całą pewnością powiedzieć, czy ChatGPT jest przyszłością internetu. Przyszłość internetu zależy od wielu czynników i ciągle się zmienia. Jednak istnieją pewne cechy ChatGPT i podobnych modeli SI, które mają potencjał, aby wpłynąć i zmienić internet” – tak pisze o sobie oprogramowanie zapytane przez DW. Należy jednak zauważyć, że modele SI przynoszą również wyzwania etyczne, takie jak ochrona danych, przejrzystość i odpowiedzialność.
Pod tym względem potencjalnie nowy poziom internetu pozostawia wiele do życzenia. ChatGPT potrafi generować spójne i koherentnie brzmiące teksty, ale źródła pozostają ukryte. Zupełnie inaczej niż w przypadku Tima Bernersa-Lee 30 lat temu. Jego pierwsza strona internetowa miała nieco nieporęczny i techniczny adres: http://info.cern.ch/hypertext/WWW/TheProject.html
Sir Tim Berners-Lee
Strona ta zawiera do dziś podstawowe informacje o World Wide Web: „The WorldWideWeb (W3) jest szeroko zakrojoną inicjatywą wyszukiwania informacji w hipermediach, której celem jest zapewnienie powszechnego dostępu do ogromnego uniwersum dokumentów” – czytamy. Hipermedia pochodzi od hipertekstu i oznacza teksty, które mają linki, czyli połączenia z innymi tekstami. W ten sposób powstaje sieć danych, bez której dzisiejszy świat nie mógłby funkcjonować.
W razie pytań do tego tematu możecie wybrać się w podróż w czasie. Na pierwszej stronie internetowej, która została publicznie udostępniona na całym świecie, znajduje się link do osób zaangażowanych w projekt. Znajdziesz tam Tima Bernersa-Lee, który w międzyczasie otrzymał tytuł „sir”, czyli niearystokratyczny tytuł szlachecki. Naukowiec, który miał wtedy 34 lata, miał w CERN-ie numer telefonu 3755 i e-mail: timbl@info.cern.ch.

Teraz prawdopodobnie nie uda się tą drogą dotrzeć do sir Tima Bernersa-Lee. Obecnie jest on profesorem w Massachusetts Institute of Technology (MIT), a od 2016 roku wykłada na Uniwersytecie Oksfordzkim. Nadal kieruje World Wide Web Consortium (W3C), ciałem, które założył w celu standaryzacji technik w World Wide Web. Można to zbadać za pomocą kilku kliknięć na smartfonie – w sir Tima Bernersa-Lee internecie.
REDAKCJA POLECA
Dlaczego się starzejemy? Sposoby na długą i zdrową młodość
Badanie genetyczne, by sprawdzić podatność na choroby nie ma większego sensu. Lepiej ruszać się, czytać, jeść kiszoną kapustę. Jak jest problem zdrowotny, naprawdę współpracować z lekarzem, żeby dać mu szansę na leczenie. O prostych sposobach na długowieczność i narastającym skomplikowaniu współczesnej medycyny opowiada prof. dr hab. n. med. Marek Postuła, kardiolog prewencyjny, z wykształcenia specjalista chorób wewnętrznych i kardiologii.

Panie profesorze, zacznijmy grubo: dlaczego starzejemy się, czyli włókniejemy? Jaki wpływ na te procesy mają geny, a jaki nasz styl życia?
Bardzo „lubię”, gdy pacjent przychodzi do mnie, patrzę na jego długą listę chorób: nadciśnienie tętnicze, cukrzyca, zaburzenia lipowe, otyłość itd. I mówi, że jest obciążony genetycznie, bo rodzice i rodzeństwo mają takie same problemy. W ten sposób tłumaczy swoje złe nawyki.
Geny są tylko elementem układanki: 10-15 proc to predyspozycja genetyczna, a większość zależy od stylu życia, od tego, jakie wzorce żywieniowe i aktywności fizycznej wynieśliśmy z domu. Jeśli ktoś ma te wzorce niewłaściwe, trudniej mu podjąć wysiłek, żeby nagle 1 stycznia obudzić się rano i powiedzieć: od dziś ćwiczę codziennie i jem zdrowo. Tu musi być ewolucja, którą powinna przejść każda osoba chcąca żyć w zdrowiu.
Choroby cywilizacyjne, jak: zaburzenia metaboliczne, zaburzenia gospodarki węglowodanowej czy lipidowej czy zaburzenia metabolizmu aminokwasów czy cukrzyca, nadciśnienie tętnicze – na poziomie komórkowym mają wspólną komponentę – zawsze są zaburzone szlaki związane ze stanem zapalnym, a ten jest niemierzalny. Bo niestety, badania, które najczęściej wykonujemy, raczej zero-jedynkowo sprawdzają, czy choroba jest, czy jej nie ma, a nie sprawdzamy, jakie występuje jej ryzyko.
Na własnym przykładzie widzę, że poziom złego cholesterolu potrafi zmienić się w ciągu dosłownie kilku dni. Epizodyczne badania, które wykonujemy, tak naprawdę niewiele nam mówią. Powinniśmy badać ten cholesterol przez tydzień, uważając, co zjadamy na kolację i dopiero wtedy widzielibyśmy trend.
No tak. Generalnie kompulsywne badanie się raz w roku i potem wyrzucanie wyniku, niczemu nie służy. Bo, jak pani mówi, czasem w organizmie są zmiany na przestrzeni tygodnia. Z drugiej strony trudno sobie wyobrazić, że ktoś bada się codziennie przez tydzień. To czasochłonna i droga zabawa. Natomiast ważne jest gromadzenie wyników badań w jednym miejscu, bo wtedy widać pewne trendy, np. w perspektywie dekady życia. Ważne też byłoby zapisywanie wagi, składu masy ciała. Waga przecież może być w normie, a możemy tracić masę mięśniową.
No właśnie, jest tzw. BMI, które wprowadza w błąd. Pan, kolarz – amator, jest pewnie jednym wielkim mięśniem i wcale nie ma niskiego BMI, mimo szczupłej postury.
Nie jestem, na szczęście, jednym wielkim mięśniem, ale fakt, że zwracam uwagę na regularność badania się, żeby dobrze się czuć we własnym ciele.
A skoro przy aktywności fizycznej jesteśmy. Wiadomo od lat, że wpływa ona świetnie na nasz organizm, a mimo to ćwiczyć nam się nie chce. Ile tygodniowo powinniśmy ruszać się?
Naprawdę niewiele czasu trzeba poświęcić, żeby się lepiej czuć. 150 minut tygodniowo umiarkowanego wysiłku, tj. takiego, przy którym możemy swobodnie rozmawiać np. taniec towarzyski, chód z prędkością pozwalającą na swobodą rozmowę. Każdy ma swoje tempo, więc nie powiem: proszę chodzić z prędkością 4,5 km/h, bo dla mnie to niewielki wysiłek, a osoba otyła po przejściu 500 metrów powie, że to dla niej za szybko.
Wysiłek o wysokiej intensywności pozwala skrócić czas wysiłku o połowę, czyli do 75 minut tygodniowo: bieganie, pływanie, jazda na rowerze powyżej 15 km/h, czyli taka żwawsza.
Co można wyczytać z twarzy człowieka? Ktoś marszczy czoło – ma wyższe ryzyko miażdżycy, ktoś ma ukośne symetryczne wgięcie na płatku ucha – ryzyko jeszcze większe?
Badania na ten temat nie mają jednoznacznego wytłumaczenia naukowego. Czasem jednak mówię pacjentowi, żeby spojrzał w lustro, wtedy zobaczy, jak może wyglądać jego serce. Jak ma zmarszczki na twarzy, jego serce też może być zmęczone.
W 2020 r. zostało opublikowane badanie dotyczące poprzecznych bruzd na czole, czyli zmarszczek mimicznych. Badaną populację podzielono na cztery grupy, w zależności od zaawansowania zmarszczek: grupa O i 1 prawie ich nie miały, trzecia i czwarta miały widoczne. Pacjentów obserwowano przez 20 lat i okazało się, że śmiertelność w grupie O wynosiła – 2 procent w ciągu dwóch dekad, w grupie 3. i 4. zmarło ponad 15 procent badanych. Dlatego taki trochę żartobliwy wniosek, że potencjalnie swoje ryzyko sercowo-naczyniowe można oceniać na podstawie odbicia w lustrze. Ale pewnie za chwilę sztuczna inteligencja porówna dane z odbicia z danymi z krwi i będzie w stanie takie sprawy oceniać.
Boję się, że dzięki ogromnym majątkom garstki ludzi na Ziemi, powstanie kasta nadludzi. Już dziś Bryan Johnson, amerykański milioner z branży technologicznej, wydaje 2 miliony dolarów rocznie, żeby odzyskać młodość i odwrócić efekt starzenia. Niestety, wygląda jak elf.
Me going anywhere is kind of a circus pic.twitter.com/whFnkvvXYd
— Bryan Johnson (@bryan_johnson) December 2, 2022
To są wizje jak z literatury science fiction. Ten pan ma zaprogramowane życie. Nawet wie, ile razy powinien ruszyć wykałaczką w zębach. Nie wiem, czy chcielibyśmy żyć w takim reżimie, żeby się nie zestarzeć. Chyba nie o to nam chodzi. Pewnie wkrótce znajdziemy nie tyle miksturę młodości, ile przynajmniej będziemy w stanie spowolnić procesy starzenia.
Wydłużyć telomery? Nie wierzę w to…
Gdyby nasz organizm był tak prosty, już dawno byłby wspaniały lek. Opracowano by fontannę młodości i każdy brałby sobie tabletkę i nie starzałby się. Coraz więcej badań sugeruje obecność „zegara biologicznego”, który kontroluje starzenie. Zegar ten obejmuje akumulację zmian metabolicznych i spadek równowagi metabolicznej i sprawności biologicznej.
Obecnie w biologii molekularnej wymienia się dwanaście cech starzenia: niestabilność genomu, skracanie telomerów, zmiany epigenetyczne, upośledzenie procesu syntezy białek, niepełnosprawną makroautofagię, zaburzenia wykrywania składników odżywczych, dysfunkcje mitochondriów, starzenie się komórek, utratę puli komórek macierzystych, zmienioną komunikację międzykomórkową, przewlekłe zapalenie i dysbiozę.
Dlaczego, mimo że mamy w medycynie turbo rozwój, wciąż nie umiemy doszacować ryzyka chorób?
Już mówiłem, to proces zbyt złożony. Ciągle poszukujemy biomarkerów, na temat chorób wiemy coraz więcej. Tu świetnym przykładem jest cholesterol. Kiedyś mierzyliśmy całkowity, trójglicerydy, patrzyliśmy na te dwa parametry. Potem zaczęliśmy zastanawiać się nad frakcjami HDL, LDL – „dobry”/”zły” cholesterol. Potem stwierdziliśmy, że to za mało i zaczęliśmy zwracać uwagę na non-HDL. Ostatnio zwracamy uwagę na różnego rodzaju białka, które dodatkowo doszacowują ryzyko wysokiego cholesterolu jak: lipoproteina A lub lipoproteina B. Przykład z cholesterolem pokazuje kierunek rozwoju biomarkerów – w każdej dziedzinie medycyny będziemy w stanie rozbić na takie detale. Wtedy prewencja nie będzie na zasadzie „wszystko dla wszystkich”.
Z pomocą nam przyjdzie nauka w postaci badań genetycznych dużo bardziej precyzyjnych, badań epigenetycznych oceniających telomery, metylacje DNA czy niekodujące RNA. Potencjalnie zajrzymy głębiej w nasz organizm i będziemy w stanie zrozumieć, jaka zachodzi w nim interakcja. Zmiennych będzie tak dużo, że zwykły lekarz nie będzie w stanie ich ocenić. Będzie potrzebował świetnych narzędzi czy też algorytmów.
Będzie nas leczyć GPT 1000…
Byłbym daleki od takiego stwierdzenia, ale na pewno będzie to medycyna prewencyjna oparta o sztuczną inteligencję. Nie będziemy w stanie wykształcić człowieka, żeby to zrozumiał i zanalizował – to będzie za drogie. Na lekarzy POZ już nas nie stać. Nowoczesny system ochrony zdrowia opiera się na medycynie specjalistycznej, na leczeniu poszczególnych chorób, a do tego są potrzebni wysokiej klasy specjaliści. W kardiologii mamy szereg podspecjalizacji: wszczepianie stymulatorów, zabiegi ablacji, kardiologia interwencyjna, kardiologia obrazowa. To jest przyszłością medycyny, bo mamy coraz lepsze techniki i jeden specjalista nie jest w stanie we wszystkim być super. Jeden nurt rozwoju medycyny to będzie ta wysokospecjalistyczna medycyna, a drugi – medycyna prewencyjna, która pójdzie w kierunku wymyślania nowych biomarkerów i metod analitycznych pozwalających lekarzowi tak prowadzić pacjenta, żeby ten nie skorzystał z porad specjalisty albo skorzystał bardzo późno.
Walczymy o wydłużenie życia, a mnie niepokoi, że to życie dzięki nauce rzeczywiście bywa coraz dłuższe, ale wcale nie jest dobre, to czasem wegetacja. O co tu chodzi?
Nie mogę się zgodzić z tym twierdzeniem. Są dwa nurty w medycynie: główny nurt skupia się na leczeniu chorób przewlekłych, co powoduje niewątpliwie wydłużenie życia, choć czasem rzeczywiście rzecz sprowadza się do terapii uporczywej. Natomiast we współczesnej medycynie najtrudniejszym tematem zawsze była prewencja, sposób takiego pomyślenia o swoim życiu, żeby było jak najzdrowsze, a konsekwencją, żeby była jego długość.
A więc może błąd tkwi w zbyt późnej profilaktyce? W dodatku, jak pan zauważył, ma ona tytuł: „to samo dla wszystkich”, np. seniorzy mają głęboko wkodowane, że sól jest bardzo niezdrowa. Więc nie solą. Rozmawiam z geriatrami, a oni na to: to błąd kardiologów, ci starzy ludzie nam się odwadniają, bo nic nie trzyma wody w organizmie, w dodatku nie piją. Do tego dochodzi polipragmazja, bo nie ma współpracy między specjalistami. Wy, kardiolodzy, zalecacie leki, diabetolog zaleca leki i one wzajemnie znoszą swoje działanie, a wątroba ledwie zipie.
Tu już wchodzimy na problemy systemowe, brak współpracy specjalistów wynika ze źle skonstruowanego sytemu ochrony zdrowia. W swojej codziennej pracy z pacjentem, dzięki temu, że mam specjalizację z chorób wewnętrznych i interesuję się wieloma problemami zdrowotnymi, jestem w stanie zająć się poza sercem także innymi narządami lub zastanowić się, jak w całości organizmu zachowuje się serce, czy to tylko problem kardiologiczny. Bardzo często problemy, z którymi zgłaszają się pacjenci, nie wynikają z choroby serca, ich praprzyczyna tkwi gdzie indziej. Problem w tym, że nie każdy pacjent chce docierać do prawdy. Wielu po prostu przychodzi do lekarza po tabletki i faktycznie przychodzi do mnie z torbą leków od różnych specjalistów.
Jako farmakolog wiem, że tego leku nie można łączyć z tym albo jak ten się bierze, to kolejny trzeba brać o innej porze. Niestety, często nie zwraca się uwagi, jak dobrze dobrać leki pod kątem interakcji. W tym przypadku więcej (leków), nie znaczy lepiej. Zawsze staram się powiedzieć pacjentowi, że leki, które mu podaję, mają mu przedłużyć życie, ale też mają poprawić jakość życia.
Jestem przeciwnikiem dawania leków po nic. Albo dawania leków, żeby poprawić jakiś wynik. Bo niestety, to jest tak, że do leków przyzwyczajają się i pacjenci, i lekarze. Błędne koło: pacjent prosi o zlecanie badań, a potem ich wyniki chce czymś leczyć. Tymczasem wyniki badań poprawią się, gdy spojrzymy głębiej w siebie. A to nie jest rolą lekarza, on jest jedynie przewodnikiem. 99 procent sukcesu terapeutycznego w chorobach przewlekłych leży w rękach pacjenta. Nie mówię o skrajnych przypadkach. Zawsze zapisuję pacjentowi zalecenia, a potem sprawdzam, czy wykonał „pracę domową”, czyli czy współpracuje ze mną. Słyszę: „a, nie zapisałem” albo: „zapisałem, nie wziąłem kartki”. Nie zapisują prostych parametrów: wyników wagi, ciśnienia tętniczego, tętna, stężenia cukru – to dałoby mi pogląd. Bez żadnych danych nie jestem w stanie leczyć pacjenta. Jestem mu w stanie przepisać tabletkę, żeby poprawić wynik. Ale nie leczyć.
To jeszcze wróćmy, dlaczego w profilaktyce mamy „to samo dla wszystkich”?
Bo to jest najłatwiejsze, najtańsze z punktu widzenia populacyjnego. Sam zajmuję się personalizacją, indywidualizacją leczenia. Ale normalnie nie ma na to czasu i potrzeba narzędzi. Wszyscy teraz piszą, że leczą holistycznie i indywidualnie. Jakoś w to nie wierzę. Żeby było „indywidualnie” trzeba pacjentowi poświęcić więcej czasu, zastanowić się, jakie on ma potrzeby, jakie choroby dodatkowe. Tak jak pani mówiła, osoby starsze nie piją, są permanentnie odwodnione, a jeszcze ktoś po drodze wpadnie na pomysł i zakazuje im solić. Pewnie część z nich powinna ograniczyć solenie, ale część niekoniecznie, a część nawet powinna dosalać potrawy. Lekarz nie powinien z automatu mówić: proszę nie solić. Tak samo zalecenie: proszę więcej biegać, mniej jeść – to jest żadne zalecenie, nie zadziała nigdy. Bo co to znaczy: „weź się, pani, za siebie!”? Bardzo często np. otyłość i inne choroby cywilizacyjne to problem złożony. Mają początek w dzieciństwie, w naszych przyzwyczajeniach, a może nawet jeszcze wcześniej, w tym, jak zachowywali się nasi rodzice czy dziadkowie.
W jakim stopniu w opracowywaniu skal ryzyka (PRS), jesteśmy w stanie wykorzystać informacje genetyczne? Co dają takie skale?
Dwie dekady temu zachłysnęliśmy się badaniami genetycznymi i wydawało nam się, że jak zbadamy sobie geny, znajdziemy odpowiedź na wszystkie pytania dotyczące naszego organizmu. Zawiedliśmy się. Dziś mówimy, że geny to 10-15 procent. Pamiętam, jak w kardiologii szukaliśmy zmienności genetycznej, której obecność przybliży diagnozę choroby wieńcowej. Dziś wiemy, że choroby cywilizacyjne są związane ze stylem życia, mamy do nich predyspozycje wielogenową, czyli mamy grupę genów, najczęściej kilka, kilkadziesiąt. W każdym tym genie znów mamy kilka, kilkanaście wariantów genetycznych, które z różną mocą predysponują nas do wystąpienia lub niewystąpienia choroby. Matematycznie mamy więc setki tysięcy możliwości, że te warianty się u nas tak, a nie inaczej ułożyły. Mówimy tu o zmiennościach genetycznych częstych w populacji, czyli występujących z częstością powyżej 5 procent.
Ale mamy też zmienności rzadkie, występujące z częstością poniżej 1 procenta, czyli możemy powiedzieć, że są to indywidualne predyspozycje genetyczne powstałe w naszym życiu, w życiu naszej rodziny i dostaliśmy je od rodziców. Tu musimy użyć bardzo precyzyjnych metod genetycznych. Rzadka zmienność może mieć dużo większy efekt niż ta częsta zmienność.
Skale ryzyka polegają na kolekcjonowaniu tych zmienności i ich wspólnej ocenie. Gdybyśmy zgromadzili te wszystkie zmienności, powstałoby zero-jedynkowe narzędzie, które odpowiedziałoby, czy zachorujemy czy nie. Ale to nie jest takie proste.
Skale są narzędziem dla osób, które chciałyby myśleć o prewencji z dużym wyprzedzeniem. Precyzyjne określenie wysokiego ryzyka danej choroby sprawiłoby, że leczenie wprowadzilibyśmy odpowiednio wcześnie czy zdecydowalibyśmy o bardziej zaawansowanych metodach leczenia. Nie w każdej chorobie te skale mają taką samą wartość, ale na pewno za dekadę będziemy mieli jeszcze doskonalsze narzędzia. Do tego co dziś wiemy, dorzucimy jeszcze kilkadziesiąt parametrów i będziemy w stanie tak indywidualizować terapię, że dany zestaw leków i suplementów będzie dla konkretnego pacjenta najlepszy. Do tego dodamy odpowiednio zaplanowany wysiłek fizyczny, żeby pacjent żył w zdrowiu. Jeśli będzie żył w zdrowym środowisku, czyli bez narażenia na hałas, zanieczyszczenie powietrza… Ale niestety nie mamy wpływu na to, że sąsiad pali w piecu oponami, czy ktoś pali papierosy w naszej obecności, bo właśnie te czynniki zwiększają ryzyko choroby sercowo-naczyniowej. Myślę, że jeszcze za mojego życia taka medycyna spersonalizowana będzie możliwa.
Jest pan optymistą. I entuzjastą nowych technologii w opracowywaniu strategii zapobiegania chorobom w nadchodzących dziesięcioleciach. Jak z perspektywy lekarza widać to wykorzystanie? Czy tak, że mam 10 aplikacji, pan je przegląda i wie, co mi zmodyfikować?
Pacjenci wciąż jeszcze nie używają aplikacji. Mam takich, którzy wiedzą, że interesuję się tym i dyskutujemy sobie o nowinkach, wzajemnie uczymy się. Ale większość pacjentów nawet ciśnienia nie mierzy. Pacjent kiedyś do mnie: po co mam mierzyć to ciśnienie, skoro lekarz trzy sekundy na te pomiary spojrzy. No tak, ale lekarzowi czasami wystarczą te trzy sekundy. Wie wtedy więcej o pacjencie, niż gdyby z nim rozmawiał pół godziny.
Nowe technologie to nie tylko aplikacje, to są zegarki, które coraz więcej rzeczy czytają z naszego ciała. Ważne jest, żeby wsłuchiwać się w swój organizm, uczyć się go. A jak to robimy, czy za pomocą aplikacji czy inną metodą, to sprawa wtórna. Można sobie w czasie rzeczywistym mierzyć stężenie glukozy i dobierać odpowiednio posiłki w zależności od jej stężenia, patrzeć, jak dany posiłek ją zmienia i planować tak, żeby nie było pików glukozy.
Rety, profesorze, gdzie czas na życie w tym wszystkim? To wariactwo jak u tego milionera!
To jest dla pewnej grupy osób, które chcą żyć zdrowiej i bardziej świadomie. Nie każdy musi z tego korzystać. Każdy chce żyć po swojemu. W porównaniu z moimi kolegami ze świata i tak jestem konserwatywny. Oni biorą po kilkanaście suplementów dziennie, w różnych odstępach czasu, w zależności od tego, co dziś planują zrobić lub co zrobili. Przekraczanie granic w medycynie nie ma końca. Tworzy się cały przemysł dla grupy ludzi, którzy tego potrzebują, żeby świadomiej żyć.
Czy jednak lepiej żyją?
Dla jednych czytanie książek jest wystarczającym elementem wydłużającym ich zdolności intelektualne, bo dla nich bycie zdrowym intelektualnie jest najważniejsze. Inni inwestują swój czas w ćwiczenia fizyczne. Tyle że, żeby to miało sens i przynosiło efekty, musi być regularne, stać się elementem naszego stylu życia.
Ale przecież mamy chory system społeczny. Cóż więc z tego, że starsza pani spod domów centrum w Warszawie, której od czasu do czasu odpalam grosz na leki, bo po opłaceniu mieszkania i wykupieniu leków nie ma na życie, będzie żyła do setki, skoro to tak naprawdę będzie wegetacja?
To już inny obszar. Natomiast medycyna niewątpliwie spowodowała, że żyjemy dłużej. Czy zdrowiej i czy jakość ostatnich lat życia jest dobra – to inna kwestia.
Rozwiązania są naprawdę proste: aktywność fizyczna, jakość i ilość zjadanych posiłków. Zapytajmy tych niedołężnych dziś ludzi, czy na to zwracali uwagę. Nie.
Moją misją jest edukowanie – w PR3 opowiadam proste rzeczy w programie „Kierunek długowieczność”. Nie mówię: „Róbcie sobie badania genetyczne, mierzcie aktywność”. Mówię po prostu: „Ruszajcie się, jedzcie kiszoną kapustę”. Ale ludzie wolą pójść w razie problemów do apteki i poprosić farmaceutę o „coś na wzdęcia”. Jeśli źle czuję się po jakimś jedzeniu, więcej po nie nie sięgam. Unikam jedzenia w miejscach, gdzie po posiłku miałem wzdęcia, bo wiem, że tam kombinują przy gotowaniu. Nie kupuję bułek, bo źle się po nich czuję. Szkodzi mi i nam wszystkim nie gluten, tylko ulepszacze. To nie tak, że 80 procent społeczeństwa ma celiakię, tylko 80 procent nie toleruje chemii, która jest dodawana do pieczywa: na poprawę smaku, przyspieszenia procesu pieczenia itd.
PAP
Sondaż: O wolność mediów najbardziej martwią się Polacy i Słowacy. Wg Polaków i Węgrów mediom zagrażają rządy

Aureliusz M. Pędziwol
O wolność mediów najbardziej martwią się Polacy i Słowacy, najmniej Czesi i Węgrzy. Według Polaków i Węgrów zagrażają im rządy, według Czechów i Słowaków oligarchowie, którzy przejęli ich gazety, portale i stacje.

– Ten wzrost zaniepokojenia jest spory – podkreśla w rozmowie z DW dr Václav Sztietka, socjolog z angielskiego Loughborough University, który zaprojektował i nadzorował także drugą edycję badania opinii publicznej na temat wolności mediów w czterech państwach Grupy Wyszehradzkiej (V4). Na Słowacji liczba zatroskanych urosła o jedną czwartą, na Węgrzech o jedną szóstą, w Polsce o jedną ósmą. Najmniej, bo o jedną dwunastą, w Czechach, ale i tam tworzą już oni absolutną większość. Przynajmniej wśród uczestników badania. – Główną przyczyną wielkiego wzrostu zaniepokojenia na Słowacji i w Polsce prawdopodobnie jest fakt, że w obu tych krajach odbędą się w tym roku wybory parlamentarne – przypuszcza dr Sztietka.
Na Słowacji może to oznaczać powrót do władzy partii Smer (Kierunek) trzykrotnego premiera Roberta Ficy, który stracił władzę w 2018 roku po zabójstwie dziennikarza Jána Kuciaka. Słowaccy komentatorzy są zaś przekonani, że jeśli Fico odzyska władzę, wówczas pójdzie drogą nakreśloną przez Viktora Orbána, zwłaszcza w kwestii podporządkowania sobie mediów.
Z kolei w Polsce po wyborach do Sejmu i Senatu ewentualne przejęcie władzy przez opozycję wcale nie musi automatycznie oznaczać zmian w mediach narodowych.
„Czy – jeśli wygracie – będziecie potrafili zmienić choćby paskowych w TVP Info?”, pytał polską opozycję kilka tygodni temu dziennikarz portalu gazeta.pl Grzegorz Sroczyński i dowodził, że to wcale nie musi być proste.
Polacy najbardziej zatroskani
Badanie przedstawione w poniedziałek 24 kwietnia na konferencji prasowej w Warszawie zleciła Rada na rzecz Niezależnych Mediów, która działa przy czeskim wydawnictwie Economia. Sfinansowała je Bakala Foundation należąca do właściciela domu wydawniczego, czeskiego miliardera dolarowego Zdeńka Bakali, a wsparła pozarządowa organizacja Reporterzy bez Granic z Paryża. Podobnie jak przed rokiem, celem nie była ocena stanu wolności i niezależności mediów, ale tego, jak jest on postrzegany w społeczeństwach poszczególnych krajów. Sondaże przeprowadził renomowany instytut Median, który znów odpytał ponad cztery tysiące ludzi, po ponad tysiąc w każdym z państw Grupy Wyszehradzkiej.
I znów okazało się, że największe obawy mają ankietowani z Polski, gdzie zaniepokojonych jest już siedmiu z każdych dziesięciu z nich (71 procent wobec 63 procent przed rokiem). Natomiast mocno się rozciągnął pozostający z tyłu i wyrównany przed rokiem peleton. Wówczas pozostałe trzy kraje V4 szły łeb w łeb odnotowując niemal identyczne liczby zatroskanych: Czechy 47 procent, Węgry 48 procent i Słowacja 49 procent.
Po roku podobnie jak w Polsce, zaniepokojonych jest wyraźnie więcej. Najbardziej ich liczba wzrosła na Słowacji, do ponad sześciu na dziesięciu ankietowanych (62 procent). Na podium zmieściły się jeszcze Węgry (56 procent), co może nieco zaskakiwać, gdyż nie tak dawno temu ich obywatele zapewnili już trzeci raz z rzędu konstytucyjną większość partii Fidesz premiera Viktora Orbána.
Stawkę zamykają Czechy (51 procent), gdzie ten przyrost w półtora roku po wyborach był najmniejszy. Ale nie dotyczy to wyborców czeskich partii opozycyjnych. – W ubiegłym roku, czyli w czasie, gdy ruch ANO ex-premiera Andreja Babisza nie był już u władzy, tylko 45 procent tych, którzy nań głosowali, wyrażało niepokój o stan mediów. Teraz jest ich już 58 procent – zwraca uwagę dr Sztietka.
Do jeszcze większej zmiany doszło w Polsce, ale w wypadku partii rządzącej. – W ubiegłym roku obawy miała jedna trzecia wyborców PiS, 34 procent, w tym zaś ma je już ponad połowa, 52 procent – podkreśla socjolog.
Niepokój wyborców opozycji
We wszystkich krajach V4 o wolność mediów najbardziej niepokoją się jednak wyborcy partii opozycyjnych. Na Węgrzech niemal wszyscy, bo aż 97 procent wyborców koalicji Zjednoczeni dla Węgier (Egységben Magyarországért). W Polsce 92 procent zwolenników SLD i 90 procent popierających Koalicję Obywatelską.
W Czechach i na Słowacji najmocniej zaniepokojeni są natomiast zwolennicy ugrupowań skrajnych. Na Słowacji obawy o wolność mediów wyraziło 88 procent wyborców neonazistowskiej partii Kotlebovcy, w Czechach zaś 82 procent głosujących na ruch Wolność i Demokracja Bezpośrednia (w skrócie SPD) Tomia Okamury, który tygodnik „Respekt” nazwał „parlamentarnym ruchem faszystowskim”. Przed tygodniem sąd oddalił skargę SPD na to sformułowanie, uznając, że jest ono „zgodne z postulatem proporcjonalności”, a SPD się nie odwołał i tym samym wyrok stał się prawomocny.
– Wyborcy partii antysystemowych żyją w przekonaniu, że media w ogóle są przeciwko nim, a zwłaszcza media głównego nurtu, które według nich są opanowane przez jakieś złe siły, wrogów wolności. Zapewne wyraziliby tę troskę niezależnie od tego, czy jakieś obiektywne zagrożenie rzeczywiście istnieje – sądzi Václav Sztietka.
Najwyższa nota dla polskiego rządu
W drugiej edycji badania „Stanowiska wobec wolności i niezależności mediów w Europie Środkowej” pojawiły się nowe pytania, których przed rokiem nie było. Ankieterzy spytali przede wszystkim, kto według ankietowanych stanowi główne zagrożenie dla wolności mediów. – I tu pojawiają się ciekawe wyniki – mówi socjolog. – Okazuje się, że większość osób w Polsce i na Węgrzech za główne zagrożenie uważa rząd. Ale z kolei w wypadku Słowacji czy Czech częściej są to właściciele mediów lub inne interesy biznesowe – podkreśla.
Ankietowani mieli do wyboru trzy źródła zagrożeń dla wolności prasy. Pierwszym był rząd, drugim właściciele mediów, reklamodawcy lub inne interesy biznesowe, trzecim zaś wielkie platformy cyfrowe, jak Google, Facebook, czy Twitter. We wszystkich krajach przyznane przez badanych głosy rozłożyły się niemal równomiernie w przedziale od 3,1 do 3,7 punktu w pięciostopniowej skali. Z jednym wyjątkiem: w Polsce rząd wysforował się na prowadzenie uzyskując 4,1 punktu, co było najwyższym notowaniem w całym tym porównaniu. Pierwsze miejsce rządowi przyznali w tej kategorii także Węgrzy, ale z notą 3,7, zaledwie o jedną dziesiątą wyższą od kategorii właścicieli. Takie same notowania, czyli 3,6, oznaczały w wypadku Czech i Słowacji, że tam główne zagrożenie ludzie upatrują pośród właścicieli mediów.
Światowi giganci w żadnym z badanych państw nie zdołali się przebić na prowadzenie w tym rankingu.
Odmienne krajobrazy medialne
Różnice między krajami V4 odnotowane w badaniu są niewątpliwie skutkiem odmienności sytuacji własnościowej mediów. W Czechach i na Słowacji zagraniczni właściciele sprzedali praktycznie wszystkie swoje aktywa i znikli, a ich mienie przejęli i kontrolują rodzimi oligarchowie. Na Węgrzech większość mediów jest kontrolowana przez rząd wprost albo poprzez utworzoną w 2018 roku Środkowoeuropejską Fundację Prasową i Medialną KESMA.
W Polsce rząd ma zaś „tylko” media publiczne, a od niedawna także gazety regionalne skupione w grupie Polska Press, którą w 2020 roku od bawarskiego koncernu prasowego Mediengruppe Bayern z Pasawy odkupił kontrolowany przez skarb państwa koncern naftowy PKN Orlen. Poza tym rząd może zawsze liczyć na wsparcie mediów takich spółek jak Fratria (tygodnik „Sieci”, czy portale wPolityce.pl i wGospodarce.pl) i Niezależne Wydawnictwo Polskie (przede wszystkim tygodnik „Gazeta Polska” i portal niezależna.pl).
Niebezpieczne platformy
Novum drugiej edycji wyszehradzkiego badania są też pytania o sieci społecznościowe i internetowe platformy cyfrowe. – Myślę, że to jedna z najciekawszych części ankiety. Pokazuje bowiem, że ludzie są świadomi płynących z nich gróźb dezinformacji i że musimy szukać rozwiązań ograniczających rozprzestrzenianie się mowy nienawiści – uważa socjolog z Loughborough University.
Gorzej z pomysłami, jak temu przeciwdziałać. – Nie ma zgody co do tego, co robić. Widzimy to przede wszystkim w odpowiedzi na pytanie, czy pewne usługi lub treści powinny być blokowane ze względu na bezpieczeństwo narodowe – zwraca uwagę dr Sztietka. – Większość respondentów się na to nie zgodziła – wyjaśnia. – Co ciekawe, najwięcej zwolenników ich blokowania, 43 procent, odnotowaliśmy w Czechach. Jedynie na Węgrzech jest więcej tych, którzy uważają, że nie należy blokować niczego, 40 procent – dodaje socjolog.Miłe zaskoczenie
– Z drugiej strony wielu ankietowanych uważa, że działające online platformy cyfrowe powinny być w jakiś sposób regulowane, żeby zapobiegać rozprzestrzenianiu dezinformacji, a tym bardziej mowy nienawiści – zwraca uwagę badacz z Loughborough University. W poszczególnych krajach poparcie dla tego stanowiska jest jednak różne. Najniższe w Czechach, gdzie tak sądzi 48 procent uczestników badania, najwyższe w Polsce, gdzie tego zdania jest 71 procent zapytanych.
Zdecydowana większość, od 60 procent w Czechach do 74 procent w Polsce, zgadza się jednak z opinią, że internetowe platformy cyfrowe powinny priorytetowo traktować godne zaufania źródła informacji i powinny je eksponować bardziej niż te, które są znane z rozpowszechniania dezinformacji. – To miłe zaskoczenie – ocenia Václav Sztietka.
REDAKCJA POLECA
Iga Świątek pokrzyżowała plany Białorusinki i odjechała z kortów najnowszym modelem Porsche

Jacek Lepiarz
Aryna Sabalenka próbuje od trzech lat wygrać główną nagrodę turnieju w Stuttgarcie. Iga Świątek i tym razem pokrzyżowała plany Białorusinki. Polka odjechała z kortów najnowszym modelem Porsche.
🏆This feeling…it's something else this time…after many challenges during these last couple of weeks I’m so grateful to my team and our work. We will enjoy and cherish this one and then we will put even more work to move forward. pic.twitter.com/TEJIKBMpS0
— Iga Świątek (@iga_swiatek) April 23, 2023
Organizatorzy turnieju w Stuttgarcie od lat stosują wypróbowany trick. Zawodniczki mają przez cały czas główną nagrodę albo za sobą, albo podczas serwisu czy returnu bezpośrednio przed sobą. Sabalenka próbowała już dwukrotnie, w 2021 i 2022 zdobyć to trofeum. Tym większe było jej pragnienie zdobycia przy trzecim podejściu upragnionej nagrody. – Mogłaby sobie kupić taki samochód, ale wygranie go jest bardziej cool niż kupienie – wyznała Białorusinka.
Stawka meczu była wysoka – chodziło o rywalizację, dominację, hierarchię i ładną sumkę 104478 euro. Ale przede wszystkim chodziło o to, o co chodzi od początku turnieju w Stuttgarcie w 1978 roku – o to, kto w ostatnim dniu turnieju odjedzie z kortów w nowiutkim Porsche – pisze Barbara Klimke w relacji ze Stuttgartu.
Sabalenka zmuszona do błędów
„Iga Świątek potrafi zneutralizować impet siłowego tenisa niemal każdej przeciwniczki. Serwowała od początku na ciało Sabalenki, co zmuszało ją do zmian ustawienia do returnu, trafiała niemal każdym swoim serwisem i na oczach 4500 widzów zmuszała Sabalenkę do błędów, co zwiększało niecierpliwość pełnej temperamentu rywalki. Przy stanie 3:4 i 30:30 i własnym serwisie Sabalenka władowała bez potrzeby smecz w siatkę. To był zwrot w meczu” – czytamy w „SueddeutscheZeitung”.
Hugs from Papa Swiatek before driving home with another Porsche 🫂🥲@iga_swiatek remains undefeated at the @PorscheTennis Grand Prix! 🏆🏆 pic.twitter.com/eDlWSRWeZD
— wta (@WTA) April 23, 2023
W drugim secie zemściła się serwisowa słabość Sabalenki w tym dniu. W tym sezonie zaserwowała już 165 asów. Gdy trafia pierwszym serwisem, wygrywa zwykle trzy z czterech punktów. W niedzielę jednak celność serwisowa była mniejsza. W drugim secie po podwójnym błędzie przegrywała na początku 0:1, a Iga Świątek nie oddała już tej przewagi. Tenisistka z Warszawy obroniła 6:3, 6:4 w niespełna dwie godziny tytuł. W bezpośrednim pojedynku obu najlepszych tenisistek świata Świątek prowadzi 5:2.
Honorowa runda Świątek za kierownicą Porsche
„Praca przez ostatnie dwa tygodnie opłaciła się” – cytuje „SZ” polską tenisistkę. Niemiecka gazeta zwraca uwagę, że z powodu kontuzji żeber Świątek nie mogła przez trzy tygodnie trenować serwisu. Jej stabilność podczas turnieju była tym bardziej godna uwagi – podkreśla autorka relacji.
Funny or not? #Świątek #Sabalenka pic.twitter.com/MhGMHY02ms
— Emigrant 🇵🇱❤️🇬🇧 👑🔰 (@gruczykowski) April 23, 2023
„SZ” zwraca uwagę na gest podczas meczu półfinałowego z Ons Jabeur. Tenisistka z Tunezji musiała zejść z kortu przy stanie 0:3 z powodu kontuzji łydki. „Świątek uklękła przed krzesłem, na którym siedziała Jabeur, i pocieszała ją: – Zobaczymy się w finale turnieju w Paryżu.
A co zrobi Sabalenka? – Będę tak długo przyjeżdżać do Stuttgartu, aż wygram to auto – zapowiedziała, obserwując, jak Świątek wykonuje rundę honorową za kierownicą Porsche Taycan Turbo S Sport. – Nawet, gdyby to miało trwać 20 lat – podkreśliła.
"Can I make a deal if I make another final, I'll just get an extra car…?" 🤣@SabalenkaA will be back, Stuttgart! 🫶 pic.twitter.com/v4gLKl5R4G
— wta (@WTA) April 23, 2023
REDAKCJA POLECA
Efekt sankcji na Rosję. Aerofłot wysyła samoloty do naprawy w Iranie

Ksenia Safronova
Z powodu zachodnich sankcji Aerofłot wysyła swojego airbusa do naprawy w Iranie. Co z bezpieczeństwem lotów? Na pytania DW odpowiadają Airbus i były pilot rosyjskich linii lotniczych.

Sankcje nałożone na Rosję po inwazji na Ukrainę sprawiły, że rosyjskie linie lotnicze zostały pozbawione dostaw samolotów, części zamiennych i obsługi technicznej od europejskich i amerykańskich producentów.
Na początku kwietnia 2023 roku rosyjski portal gospodarczo-finansowy RBC poinformował, że pierwszy Airbus A330 poleci do Iranu w celu remontu podwozia. DW zbadała, dlaczego zdecydowano się naprawiać samolot właśnie tam i jak wpłynie to na bezpieczeństwo lotów.
Dlaczego Iran?
Fakt, że Aerofłot wybrał Iran, nie jest zaskoczeniem. Rosyjskie linie lotnicze nie muszą obawiać się tam zajęcia ich samolotu podczas jego serwisowania, a Iran nie musi obawiać się nałożenia sankcji wtórnych. Ponieważ należące do Aerofłotu samoloty A330 mają podwójną rejestrację, kraje Unii Europejskiej i USA są zobowiązane nie tylko do odmowy naprawiania i tankowania takich samolotów, ale także do ich aresztowania.
Iran ma samoloty tego typu i wieloletnie doświadczenie latania i utrzymywania swojej floty powietrznej w warunkach sankcji. Prawdopodobnie posiada też części potrzebne Aerofłotowi, o których pochodzeniu eksperci spekulują już od kilku lat.
Przedstawiciel Airbusa podkreśla w rozmowie z DW, że nie ma legalnych sposobów, żeby oryginalne części lub dokumentacja dotarły do Iranu. Eksperci nie wykluczają jednak, że Iran kupuje części bądź poprzez tak zwany import równoległy (nie od producenta), czy też na czarnym rynku. Mogą też być produkowane w Chinach lub Indiach.
Istnieje również prawdopodobieństwo, że Iran sam produkuje niektóre części, twierdzą dziennikarze niemieckiego portalu lotniczego aeroTELEGRAPH. Podkreślają jednak, że Iran ma Rosji niewiele do zaoferowania, ponieważ sama irańska flota lotnicza nie jest w najlepszym stanie technicznym. Pod koniec 2021 roku irańskie stowarzyszenie linii lotniczych podało, że około połowa samolotów w tym kraju nie lata z powodu braku istotnych części zamiennych, w tym silników.
Jak sankcje wpływają na bezpieczeństwo lotów?
– Z punktu widzenia pilota sprawa jest prosta. Jeśli samolot jest zdatny do lotu, to co za różnica, gdzie był naprawiany? Wątpię, żeby w irańskich naprawach mogło być coś szczególnego. Myślę, że ich personel techniczny jest wystarczająco profesjonalny – mówi DW były pilot jednej z rosyjskich linii lotniczych pod warunkiem zachowania anonimowości. Swój kraj opuścił zaraz po 24 lutego 2022 roku, po rozpoczęciu wojny przeciw Ukrainie i dziś pracuje za granicą.
– Stan techniczny samolotu jest ostatnią rzeczą, o którą martwią się rosyjscy piloci – uważa rozmówca DW. Nie zauważył masowych zwolnień spowodowanych zagrożeniami technicznymi. Jego koledzy stracili pracę jeszcze w czasie pandemii koronawirusa i dlatego teraz ci piloci, którzy jeszcze pozostali w rosyjskich liniach lotniczych, „zwarli szeregi, zamknęli się w sobie i latają nadal w takich warunkach, jakie mają, byle tylko nie stracić roboty”.
Jeszcze inne źródło w kierownictwie innej linii lotniczej mówi DW, że bezpieczne latanie w Rosji było możliwe tylko „w pierwszym roku po sankcjach wobec Federacji Rosyjskiej”.
Sam producent samolotów Airbus odmawia oceny ryzyka związanego z usługami serwisowymi dla Aerofłotu w Iranie. – Każda oryginalna część ma przypisany numer seryjny, dzięki czemu firma może je śledzić. Ale nie ma możliwości weryfikacji nieoryginalnych części i usług wykonywanych w niecertyfikowanych ośrodkach – mówi DW rzecznik Airbusa Justin Dubon. Ponadto, jak wyjaśnia przedstawiciel firmy, sankcje nie pozwalają jej na zapewnienie wsparcia technicznego dla samolotów linii lotniczych z innych krajów, które mogą być używane w Rosji.
„Te samoloty są martwe”
Czy Rosja ma jeszcze inne możliwości, poza remontami w Iranie?
– Alternatywą jest rozbieranie samolotów i stosowanie części używanych albo wycofanych z eksploatacji. Oczywiście wtedy będzie więcej usterek technicznych. Ale żaden pilot nie poleci, gdy będzie miał krytyczną awarię. Nie pojedziesz przecież autem bez kół. Tak samo nie wolno latać bez niektórych systemów. Można oczywiście ignorować wszelkie reguły, ale wtedy nie wiadomo, czym się to może skończyć – uważa były pilot rosyjskich linii lotniczych.
Naprawę Airbusa w Iranie porównuje on do naprawy samochodu: – Możesz kupić oryginalną część do mercedesa i oddać auto do serwisu, który udziela gwarancji. Ale możesz też pójść do garażu i wziąć część turecką albo chińską. Oczywiście żadnej gwarancji wtedy nie będzie, ale być może da się jeździć, dopóki ta część się nie złamie. Ale wtedy nie będziesz mógł zlecić naprawy w Mercedesie i nikt nie kupi twojego auta, bo wszyscy wiedzą, że wstawiłeś tureckie lub chińskie części w obskurnym serwisie.
To samo zdaniem rozmówcy DW czeka rosyjskie linie lotnicze. Należące do Aerofłotu A330 nazywa „martwymi”. Rosja nie dba bowiem już o certyfikację i miejsce przeprowadzania napraw, bo takich samolotów nie da się odprzedać. – Będą używane tylko na rynku krajowym, dopóki nie umrą lub nie trafią do tegoż Iranu – sądzi pilot.
Ograniczone możliwości Iranu
Kolejny problem, który szybko może stać się naprawdę krytyczny dla rosyjskich linii lotniczych, to brak aktualizacji oprogramowania samolotów.
– Jeśli baza danych nawigacji jest przeterminowana o dwa lub trzy miesiące, to nie jest takie straszne. Ale potem mogą zmienić się trasy i schematy. A wtedy na pewno nikt nie wpuści tych samolotów do cywilizowanych krajów. Wątpię, żeby nawet Chiny wpuszczały do swojej przestrzeni powietrznej samoloty bez zaktualizowanej bazy danych – uważa pilot. A przy tym Aerofłot otrzymał pod koniec 2022 roku nagrodę „za przeciwdziałanie sankcjom i substytucję importu”.
Tak samo widzą przyszłość przewozów lotniczych w Rosji również inni eksperci. Kraje, nad którymi do tej pory latają rosyjskie linie lotnicze, będą stopniowo zamykać dla nich swoją przestrzeń powietrzną ze względów bezpieczeństwa.
Jest jeszcze za wcześnie, by móc powiedzieć, czy rosyjskie samoloty będą teraz regularnie serwisowane w Iranie. Źródło w Aerofłocie powiedziało portalowi RBC, że trzeba odczekać na powrót remontowanego tam A330. Dopiero na podstawie tego pierwszego remontu zapadnie decyzja o serwisowaniu innych samolotów w tym kraju. Pewne jest to, że Iran raczej nie będzie w stanie pomóc w awariach bardziej nowoczesnych samolotów. We flocie powietrznej tego kraju nie ma bowiem wielu modeli, które posiadają przewoźnicy rosyjscy.
Sankcje dotknęły również samoloty, które dziś są formalnie produkowane w Rosji. Ponad 75 procent części rosyjskiego Superjeta 100 jest wytwarzanych przez zagraniczne firmy. W marcu 2023 roku szereg linii lotniczych zgłosiło brak świec z USA do tego typu samolotu, a bez nich nie da się kontynuować lotów. Inny rosyjski samolot MS-21, którego rozpoczęcie eksploatacji odłożono do 2025 roku, będzie borykał się z tym samym problemem, czyli brakiem zagranicznych części, które nie są produkowane w Rosji.
– W tej sytuacji, która panuje dzisiaj, nie widzę żadnej przyszłości dla Rosji. Przyszłości dla rosyjskiego przemysłu lotniczego też nie widzę. Już wkrótce powrócimy do lat 90., kiedy to liczba katastrof była ogromna – podsumowuje były pilot w rozmowie z DW.
Roman Giertych: Już wiedzą, że normalnych wyborów nie zdołają wygrać

Roman Gietych
Ponieważ nie zakładają w ogóle możliwości przegrania, to organizują już zamach stanu na demokratyczne wybory. Pierwszym krokiem jest Komisja Morawieckiego (to on mianuje szefa), która ma za zadanie wykluczać przeciwników PiS z życia publicznego. Będą jednak kolejne kroki. Wszystkie będą zmierzać do tego, aby wybory na jesieni miały tylko formalny charakter, a przeciwnicy PiS nie mogli stanowić w nich żadnej alternatywy
Zamach stanu
PiS szykuje zamach stanu. Już wiedzą, że normalnych wyborów nie zdołają wygrać, gdyż wszystkie sondaże pokazują, że je przegrają (opozycja zdobędzie większość mandatów).
Ponieważ nie zakładają w ogóle możliwości przegrania, to organizują już zamach stanu na demokratyczne wybory. Pierwszym krokiem jest Komisja Morawieckiego (to on mianuje szefa), która ma za zadanie wykluczać przeciwników PiS z życia publicznego. Będą jednak kolejne kroki. Wszystkie będą zmierzać do tego, aby wybory na jesieni miały tylko formalny charakter, a przeciwnicy PiS nie mogli stanowić w nich żadnej alternatywy.
Krótko mówiąc, PiS szykuje nam takie wybory jak za PRL
Ktoś powie, że przesadzam? Zobaczycie.
W PiS zapadła już decyzja, że tych wyborów nie można przeprowadzić tak jak w 2019. One muszą być fikcyjne. Stąd komisja, stąd oskarżenia o zamordowanie Lecha Kaczyńskiego, stąd przygotowania do zatrzymania kierownictwa ratusza warszawskiego.
Jedyną odpowiedzią na te próby zablokowania wyborów jest społeczny sprzeciw. Demonstracje, blokady, strajki, protesty itp. Bez nich oni nie ustąpią.
4 czerwca jawi się tutaj jako swoisty sprawdzian siły opozycji do zablokowania tych planów. Dlatego apeluję do wszystkich partii opozycyjnych o udział w tej demonstracji. I apeluję do PO o stworzenie przestrzeni do tego udziału wszystkich partii. Tu nie chodzi o to, która partia opozycji wygra wybory. Tutaj chodzi o to, czy wybory w ogóle się odbędą z ich udziałem. Zagrożona jest sama istota demokracji w Polsce.
PiS chce nam zabrać możliwość wolnych wyborów i coraz bardziej odgradza nas od demokratycznego świata. Dąży w kierunku autorytaryzmu! Stańmy im naprzeciw 4 czerwca w Warszawie w samo południe.
— PlatformaObywatelska (@Platforma_org) April 15, 2023
W imię wolnej Polski i sprawiedliwości.✌️🇵🇱#Marsz4Czerwca pic.twitter.com/peSBHaGUvz
Jeżeli teraz nie położymy temu wspólnie tamy, to wprowadzą realną dyktaturę z fikcyjnymi wyborami. Oczywistą konsekwencją tego działania będzie uwięzienie albo banicja wszystkich tych z opozycji, którzy nie będą kolaborować z PiS.
Oglądając polskie media niezależne, mam wrażenie jakby ich właściciele i redaktorzy naczelni nie mieli świadomości, że za moment, o ile Pis-owi uda się zablokować demokratyczne wybory, to ich redakcje staną się takie jak redakcje gazet Polska Press. Nie będzie miejsca na jakąkolwiek niezależność. A ci, którzy się sprzeciwią, wylądują w więzieniach. Stąd w tych mediach ciągle pojawiają się symetryści, którzy za płacone po cichu pieniądze przez PiS, demobilizują i rozbijają jedność wyborców opozycji. Tym samym ci naczelni i właściciele tną gałąź, na której siedzą i przyczyniają się do zniszczenia polskiej demokracji.
Jesteśmy w najgroźniejszym miejscu naszej współczesnej historii. Brak demokratyczny wyborów oznaczałby wyjście z UE, powrót partiokracji, potworne zubożenie kraju i biedę dla milionów. Trzeba zrobić wszystko, aby wybory się normalnie i spokojnie odbyły. Ale aby do tego doszło, obywatele muszą zagłosować nogami na ulicach polskich miast. Pierwszy sprawdzian 4 czerwca 2023 roku, w samo południe, w Warszawie.
Roman Giertych