Krzysztof Skiba: Świrowisko

Krzysztof Skiba
Antoni Macierewicz chce sądzić Radosława Sikorskiego za nazwanie go „świrem”, ale milczy w sprawie oskarżeń o powiązania z Rosją. Podczas gdy polska polityka tonie w pyskówkach, świat stoi na krawędzi: wojna w Iranie obnaża słabość USA, a Donald Trump kreśli nowe mapy, porzucając sojuszników. Do tego dochodzi polska licytacja na biliony złotych – propaganda sukcesu w zderzeniu z rzeczywistością, której nikt nie ogarnia
Naczelny Świr Rzeczypospolitej, czyli Antonio Macierewicz, człowiek, który w ramach eksperymentów podkomisji smoleńskiej proponował, aby z wieżowca na osiedlu zrzucić fiata 126p i tym samym udowodnić zamach na Tupolewa, chce podać do sądu Radosława Sikorskiego za nazwanie go w Sejmie świrem. Minister Sikorski z pełną powagą odpowiedział, że przeprosi go za „świra”, jeśli Antoni przyzna, że jest rosyjskim szpiegiem i największym szkodnikiem w polskiej polityce.
Antek nikogo nie poda do sądu i na straszeniu się pewnie skończy. Skoro przez lata nie podał do sądu dziennikarza śledczego Tomasza Piątka, autora głośnej, ponad 100 tys. sprzedanych egzemplarzy, książki pt. „Antoni Macierewicz i jego tajemnice”, w której dokładnie prześwietla mroczne kontakty Antoniego i wprost pisze, kim jest ten podnóżek Prezesa i magik smoleński.
Wcale mnie nie bawi ta z pozoru śmieszna pyskówka polskich polityków. To już nie tylko ręce i nogi opadają. Żyjemy na wielkim świrowisku, które pędzi jak pociąg ekspresowy, w którym ktoś dawno temu zepsuł hamulce, a połowa pasażerów w wagonie pierwszej klasy jest jawnie obłąkana.
NIE SĄ W STANIE
W czwartym tygodniu wojny w Iranie wiadomo już, że Stany nie są w stanie ochronić swych sojuszników. W Arabii Saudyjskiej i Bahrajnie wielkie zdziwienie, że Iran nadal wali dronami w ich bazy i strategiczne obiekty, a Trump jednego dnia wzywa na pomoc Chiny i Europę, a drugiego dnia chce wystąpić z NATO.
Wyszło też na jaw, że Iran negocjował ograniczenie potencjału jądrowego z USA, ale Trump parł do wojny. Czyli była szansa rozwiązać problemy w sposób dyplomatyczny, ale Pomarańczowy Kowboj lubi fajerwerki. Mamy więc wojnę bez sensu i kryzys na własne życzenie.
Zimno się robi, gdy wyobrazimy sobie sytuację, w której Rosja napada na Polskę, a nasz sojusznik z Ameryki niestety, ale nie za bardzo ma czas nam pomóc, bo postanowił tydzień wcześniej zagarnąć Meksyk lub Kanadę, bo to lepiej wygląda Trumpowi na mapie, taka wielka Ameryka od Toronto po Cancún.
TUSK IDZIE W BILIONY
Miliardy już nie robią na nikim wrażenia, odkąd rezydent Nawrocki zawetował pożyczkę SAFE, z wielomiliardową sumą na wsparcie polskiego potencjału militarnego i gospodarczego. Premier Tusk jest jak wprawny wędkarz czy Ojciec Dyrektor Rydzyk, bo lubi duże sumy.
Donald ogłosił, że Polska zainwestuje bilion złotych w rozwój sektora energetycznego. I pięknie to brzmi, ale na Podlasiu czy Podkarpaciu mało kto wie, ile to jest bilion złotych. To są abstrakcyjnie duże kwoty. Bulion to wiadomo, bo każdy wie, ile kosztuje kostka rosołowa w Żabce.
Trzeba przyznać, że PiS miał lepsze taktyki propagandowe. Oni mówili o drobnych kwotach dla ludzi typu 500+, a sami zgarniali miliony. U Tuska ta propaganda jest o jeden bulion za wysoko.
Krzysztof Skiba
Olej kokosowy – naturalny tłuszcz, który warto mieć w kuchni i nie tylko
Olej kokosowy to jeden z najbardziej uniwersalnych produktów spożywczych ostatnich lat. Znajduje zastosowanie nie tylko w kuchni, ale także w pielęgnacji ciała i włosów. Dzięki swoim właściwościom i szerokiemu zastosowaniu stał się stałym elementem diety osób dbających o zdrowie i jakość spożywanych produktów.

Czym jest olej kokosowy?
Olej kokosowy powstaje z miąższu kokosa – świeżego lub suszonego. W temperaturze pokojowej ma postać stałą, a powyżej około 25°C staje się płynny. Jest produktem bogatym w tłuszcze nasycone, głównie średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe (MCT), które organizm szybko przekształca w energię
To właśnie ten skład sprawia, że olej kokosowy różni się od innych tłuszczów roślinnych i znajduje szerokie zastosowanie w diecie.
Dlaczego warto stosować olej kokosowy?
Olej kokosowy zyskał popularność nie bez powodu. Jego najważniejsze właściwości to:
1. Szybkie źródło energii
Dzięki zawartości MCT organizm wykorzystuje go jako paliwo, a nie odkłada w postaci tkanki tłuszczowej
2. Właściwości antybakteryjne i przeciwgrzybicze
Zawarty w nim kwas laurynowy wspiera walkę z bakteriami i wirusami
3. Stabilność w wysokiej temperaturze
Olej kokosowy dobrze znosi smażenie i pieczenie, co czyni go praktycznym wyborem w kuchni
4. Wsparcie dla skóry i włosów
Działa nawilżająco, regenerująco i ochronnie, dlatego często stosowany jest jako naturalny kosmetyk
Jak wykorzystać olej kokosowy w praktyce?
To produkt, który realnie upraszcza życie – jeden składnik, wiele zastosowań.
W kuchni:
- do smażenia i pieczenia,
- do kawy (np. bulletproof),
- do owsianki, deserów i smoothie.
W pielęgnacji:
- jako balsam do ciała,
- odżywka do włosów,
- naturalny demakijaż.
W codziennym użyciu:
- jako dodatek do diety low-carb i keto,
- jako alternatywa dla masła lub innych tłuszczów.
Jaki olej kokosowy wybrać?
Kluczowa różnica to jakość. Na rynku znajdziesz dwa podstawowe typy:
Nierafinowany (virgin)
- tłoczony na zimno,
- zachowuje wartości odżywcze,
- ma naturalny aromat kokosa.
Rafinowany
- neutralny smak,
- mniej wartości odżywczych,
- lepszy dla osób, które nie lubią aromatu kokosa.
Jeśli zależy Ci na jakości i właściwościach zdrowotnych – wybór jest prosty: nierafinowany olej kokosowy.
Zobacz dostępne produkty: https://www.cosdlazdrowia.pl/oleje-kokosowe
Czy olej kokosowy jest dla każdego?
Olej kokosowy to wartościowy produkt, ale jak każdy tłuszcz – powinien być stosowany z głową. Jest kaloryczny, dlatego najlepiej traktować go jako zamiennik innych tłuszczów, a nie dodatek „ponad” dietę.
Najlepiej sprawdzi się u:
- osób aktywnych,
- osób na dietach low-carb i keto,
- osób szukających naturalnych produktów do kuchni i pielęgnacji.
Podsumowanie
Olej kokosowy to produkt, który łączy funkcjonalność z naturalnym pochodzeniem. Możesz używać go w kuchni, kosmetyce i codziennym życiu – bez kombinowania i bez kompromisów jakościowych.
Jeśli szukasz sprawdzonego oleju kokosowego do swojej diety lub biznesu, warto postawić na produkty o wysokiej jakości i czystym składzie.
Czarnek kandydatem PiS. Sondaż pokazuje, na czym Kaczyński chce zbudować jedność
Decyzja Jarosława Kaczyńskiego o wystawieniu kandydatury Przemysława Czarnka to nie tylko efekt walk frakcji wewnątrz PiS. Najnowszy sondaż pokazuje jasno, jakie wartości wyznają Polacy i jak wpisuje się w nie nowa lokomotywa wyborcza prawicy. – Wybór silnie konserwatywnego Czarnka to odpowiedź na podział społeczeństwa. Jego celem będzie zjednoczenie wyborców przywiązanych do tradycji – mówi Piotr Nowocień, prezes National Polish American Foundation.
W minioną sobotę Prawo i Sprawiedliwość zorganizowało konwencję partyjną w Krakowie. W czasie przedsięwzięcia Jarosław Kaczyński ogłosił kandydata swojej formacji na urząd premiera po wyborach do Sejmu w 2027 roku. Lokomotywą PiS-u okazał się Przemysław Czarnek – były minister edukacji w rządzie Mateusza Morawieckiego.
– Wybór silnie konserwatywnego Przemysława Czarnka jako kandydata PiS na premiera to odpowiedź na podział społeczeństwa na radykalnych konserwatystów i całą resztę – mówi Piotr Nowocień, założyciel National Polish American Foundation.
I dodaje: – Jego celem będzie przede wszystkim zjednoczenie wyborców mocno przywiązanych do tradycji, którzy obecnie są podzieleni między trzy ugrupowania, a nie walka o elektorat środka.
Nowocień zwraca także uwagę na ostatnie wystąpienie Przemysława Czarnka, w czasie konwencji Prawa i Sprawiedliwości w Krakowie. – Czarnek dużo miejsca poświęcił rodzinie w jej tradycyjnym znaczeniu, a także zapowiedzi wprowadzenia obowiązkowej lekcji religii lub etyki w szkołach – zaznacza.
Polacy wciąż przywiązani do “tradycyjnych wartości”. Oto, co łączy wyborców Czarnka i Brauna
Powodów tego typu decyzji można szukać nie tylko wśród rozgrywek wewnątrz obozu Jarosława Kaczyńskiego. Najnowszy sondaż Ogólnopolskiej Grupy Badawczej zrealizowany dla National Polish American Foundation pokazuje silne przywiązanie Polaków do tradycyjnych wartości, reprezentowanych przez polityków takich jak właśnie Przemysław Czarnek, Krzysztof Bosak, czy Grzegorz Braun.
Aż 68,1% badanych odpowiedziało, że pojęcie “tradycyjnych wartości” budzą u nich pozytywne skojarzenia. Spośród tej grupy 38,5% udzieliło odpowiedzi “raczej pozytywne”, a 29,6% “zdecydowanie pozytywne”.
20,2% ankietowanych oceniło, że “tradycyjne wartości” nie budzą ani pozytywnych, ani negatywnych wartości. Z kolei 11,6% badanych przyznało, że tradycyjne wartości budzą u nich negatywne skojarzenia.
Badanie pokazuje także, że mężczyźni są bardziej “tradycyjni” – pozytywnie tradycyjne wartości kojarzy 71,69% z nich. W przypadku kobiet – 64,60% udzieliło analogicznej odpowiedzi. Co najważniejsze, najbardziej tradycyjną grupą wiekową są… najmłodsi (18-29) ankietowani, gdzie tradycyjne wartości pozytywnie odbiera 72,31% ankietowanych.
– Wyborców PiS oraz Korony łączy ponadto uznanie wiary za jedną z trzech najważniejszych wartości – zajmuje ona trzecie miejsce u sympatyków partii Jarosława Kaczyńskiego (35,3%) i drugie u zwolenników partii Grzegorza Brauna (36,31%) – zaznacza.
Na czym Polacy opierają „tradycyjne wartości”
68,1 proc. badanych ma pozytywne skojarzenia z „tradycyjnymi wartościami”. Wśród najważniejszych wartości zdecydowanie prowadzi rodzina — i to ona okazuje się wspólnym mianownikiem wszystkich głównych elektoratów.
Struktura odpowiedzi
Kto najczęściej pozytywnie ocenia „tradycyjne wartości”
Mężczyźni
Kobiety
Wiek 18–29
Najważniejsze wartości ogółem
W rankingu wartości zdecydowanie prowadzi rodzina. Dwa kolejne miejsca zajmują zdrowie i bezpieczeństwo.
Rodzina ponad podziałami elektoratów
Gdzie wiara ma największe znaczenie
Wyborcy Korony
Wyborcy PiS
Prezes NPAF podkreśla, że sytuacja polityczna w Polsce nie dzieje się w próżni. Jak ocenia, konserwatywny zwrot ma miejsce także w USA, Włoszech, a nawet Francji.
– Takie poglądy stają się popularne nie tylko w Polsce – także w USA i w krajach Europy Zachodniej w ostatnich latach widoczny jest „zwrot konserwatywny” – w roku 2024 prezydentem USA wybrano Donalda Trumpa, a w Europie środowiska prawicowe rządzą we Włoszech, a po następnych wyborach mogą rządzić też Francją – podsumowuje.
Istnieją jednak różnice co do poparcia “tradycyjnych wartości” zależne od przynależności partyjnej. Polską scenę polityczną można bowiem podzielić na trzy “grupy” pod względem stosunku do tradycyjnych wartości. Pierwszą jest obóz konserwatystów z PiS, Konfederacji i Korony Brauna.
Drugą jest obóz liberalny. W obozie Koalicji Obywatelskiej tradycyjne wartości są kojarzone pozytywnie przez 49,1% wyborców formacji Donalda Tuska. 30,3% ma jednak neutralny stosunek do tradycyjnych wartości. Krytyczny stosunek ma 20,6% badanych.
Trzecim obozem jest elektorat Nowej Lewicy. Na tradycyjne wartości przychylnie patrzy 33,57% ankietowanych z tej grupy, stosunek neutralny ma 33,19%, a krytyczny – 33,24%. Także wśród wyborców ugrupowania lewicowego osoby przychylnie patrzące na wartości tradycyjne są największą grupą.
Nie tylko rodzina, zdrowie, bezpieczeństwo – oto, co o wartościach mówią Polacy
Najnowszy sondaż Ogólnopolskiej Grupy Badawczej pokazuje nie tylko przywiązanie Polaków do tradycyjnych wartości. Uwagę przykuwa sposób, w jaki Polacy je definiują. Za najważniejsze wartości Polacy postrzegają rodzinę (67,75%), zdrowie (45,10%) i bezpieczeństwo (33,30%).
To pokazuje na jakich odcinkach programowych Przemysław Czarnek będzie musiał zawalczyć o przychylność wyborców. Warto podkreślić, że prymat rodziny jest niekwestionowany – odsetek osób wskazujących rodzinę jako jedną z wartości najważniejszych przekracza 50% wśród elektoratu każdego ugrupowania i jest to najchętniej wskazywana opcja.
Rodzina jest najważniejsza dla:
- 74,15% elektoratu Nowej Lewicy
- 72,01% elektoratu Konfederacji
- 66,5% elektoratu Korony
- 66,11% elektoratu PiS
- 58,60% elektoratu Koalicji Obywatelskiej
Dalsze miejsca podium są jednak zależne od preferowanego ugrupowania.
- Dla wyborców Koalicji Obywatelskiej oraz Konfederacji na miejscu drugim znajduje się zdrowie, a na trzecim bezpieczeństwo.
- Dla wyborców PiS kolejne miejsca zajmują zdrowie oraz wiara.
- Wyborcy Korony na miejscu drugim stawiają wiarę, a na trzecim wolność.
- Wyborcy Nowej Lewicy na drugim miejscu stawiają zdrowie, a na trzecim wolność.
O badaniu
Dane pochodzą z badania opinii mieszkańców Polski, które zostało przeprowadzone metodą CATI. Przebadano reprezentatywną próbę N=1000 pełnoletnich mieszkańców. Próba została dobrana w sposób kwotowo-losowy w oparciu o kryteria: płeć, wiek, wykształcenie oraz miejsce zamieszkania (dane wg GUS).
Źródło: National Polish American Foundation
Protest przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie po wecie Nawrockiego w sprawie SAFE
Przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie odbył się w niedzielę protest przeciwko wecie Karola Nawrockiego wobec ustawy dotyczącej programu SAFE. Demonstrację zorganizował Komitet Obrony Demokracji pod hasłem „Chcemy być SAFE”, a zgromadzenie rozpoczęło się o godz. 14 na Krakowskim Przedmieściu.
Według relacji z miejsca przed Pałacem zebrało się od kilkuset do kilku tysięcy osób. TVN24 pisał o kilku tysiącach uczestników i pokazywał transparenty z hasłami wymierzonymi w decyzję prezydenta, w tym „Śmierdzi to weto ruską skarpetą” oraz „Pięści to nie wszystko, by być w pałacu”.

Protest przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie po wecie Nawrockiego w sprawie SAFE. Fot. Adam Mazguła
Protest po decyzji prezydenta
Bezpośrednim powodem demonstracji było weto z 12 marca 2026 roku. Tego dnia Nawrocki odmówił podpisania ustawy z 27 lutego 2026 roku o Finansowym Instrumencie Zwiększenia Bezpieczeństwa SAFE. Decyzja zablokowała ustawową ścieżkę wykorzystania przez Polskę środków z unijnego instrumentu obronnego.
W relacjach organizatorów i mediów protest miał charakter politycznego sprzeciwu wobec tej decyzji. Hasło „Chcemy być SAFE” odwoływało się bezpośrednio do programu, który rząd uznaje za jedno z narzędzi finansowania inwestycji obronnych.
Czym jest SAFE
SAFE, czyli Security Action for Europe, to unijny instrument finansowy przyjęty przez Radę UE 27 maja 2025 roku. Program ma zapewnić państwom członkowskim do 150 mld euro długoterminowych pożyczek na inwestycje związane z obronnością i gotowością wojskową.
Według dostępnych informacji Polska miała uzyskać dostęp do około 43,7 mld euro w ramach tego mechanizmu.
Co zrobił rząd po wecie
Dzień po decyzji prezydenta, 13 marca, Rada Ministrów przyjęła uchwałę w sprawie programu „Polska Zbrojna”. Rząd poinformował, że to plan działania po zawetowaniu ustawy umożliwiającej wykorzystanie środków z SAFE, a ministrowie obrony oraz finansów i gospodarki zostali upoważnieni do podpisania umowy dotyczącej tego mechanizmu.
W rządowym komunikacie zapisano, że program ma służyć wzmocnieniu potencjału obronnego państwa oraz zdolności odstraszania, a także wspierać krajowy przemysł zbrojeniowy. W praktyce oznacza to próbę utrzymania dostępu do finansowania mimo prezydenckiego weta wobec ustawy.
DF, thefad.pl / Źródło informacji: Adam Mazguła
Nawrocki zaliczył zimny prysznic na stadionie Górnika. Zabrze wygwizdało prezydenta
Miał być wielki futbol i prezydencki prestiż, a skończyło się na wizerunkowym zgrzycie. Karol Nawrocki pojawił się na meczu Górnika Zabrze z Rakowem Częstochowa i już na początku spotkania usłyszał z trybun coś, czego z pewnością nie spodziewał się podczas tej wizyty: głośne gwizdy.
Do zdarzenia doszło w niedzielę 15 marca na Arenie Zabrze. Gdy spiker ogłosił obecność prezydenta na stadionie, część kibiców zareagowała natychmiast. Zamiast oklasków pojawiła się wyraźna dezaprobata, a kamery szybko wychwyciły moment, który stał się jednym z najmocniejszych obrazów całego popołudnia. Choć na boisku działo się dużo, a Górnik pokonał Raków 3:1, to właśnie reakcja trybun zaczęła żyć własnym życiem.
Nawrocki wygwizdany przez kibiców na meczu Górnik Zabrze – Raków Częstochowa! pic.twitter.com/45819XRMD5
— Marek Sowa (@SowaMarek) March 15, 2026
Górny Śląsk pokazał charakter
To kłopotliwy moment w relacjach prezydenta z częścią kibicowskiego środowiska. Do tej pory Nawrocki był z nim kojarzony raczej pozytywnie i dobrze odnajdywał się w stadionowej atmosferze. Na początku kadencji zapowiedział, że zamierza pojawić się na stadionach wszystkich klubów PKO Ekstraklasy. Kilka dni po zaprzysiężeniu zasiadł na Polsat Plus Arenie podczas meczu Lechii Gdańsk z Motorem Lublin i został tam przyjęty entuzjastycznie.
W Zabrzu obecność Nawrockiego nie wywołała atmosfery podniosłości ani szczególnego szacunku wynikającego z samego urzędu. Wręcz przeciwnie: przez chwilę to nie mecz, wynik czy boiskowe akcje były głównym tematem, lecz reakcja kibiców na pojawienie się głowy państwa. Stadion, który miał być naturalnym tłem dla polityka lubiącego futbolowy klimat, nagle zamienił się w miejsce bardzo niewygodnej ekspozycji.
Mecz zakończył się zwycięstwem Górnika 3:1, ale to nagranie z trzeciej minuty spotkania, gdy kamery Canal+ uchwyciły zmieszaną minę prezydenta przy akompaniamencie gwizdów, stało się prawdziwym hitem sieci.
DF, thefad.pl
5 manipulacji w orędziu Nawrockiego o SAFE. Rozbijamy je na czynniki pierwsze
Liczby, które robią wrażenie, analogie budzące lęk i słowo „suwerenność” odmieniane przez wszystkie przypadki. Orędzie Karola Nawrockiego po zawetowaniu ustawy o programie SAFE miało być głosem rozsądku, ale dla wielu ekspertów stało się festiwalem socjotechniki. Czy straszenie „wojskowym kredytem frankowym” to merytoryczny argument, czy czysta gra na emocjach? Sprawdzamy, gdzie w wystąpieniu głowy państwa kończą się fakty, a zaczyna polityczny PR.
Karol Nawrocki zawetował ustawę wdrażającą udział Polski w unijnym programie pożyczkowym SAFE i zrobił z tego nie tylko decyzję prawną, ale też polityczne orędzie o suwerenności, zadłużeniu i bezpieczeństwie państwa. W wystąpieniu padły liczby i argumenty, które brzmią poważnie, bo dotyczą pieniędzy liczonych w dziesiątkach miliardów i zobowiązań rozpisanych na dekady. Problem w tym, że część tych tez opisuje tylko fragment rzeczywistości, a część upraszcza ją tak mocno, że zmienia sens całego sporu.
SAFE jest instrumentem pożyczkowym Unii Europejskiej stworzonym po to, by państwa członkowskie mogły szybciej finansować wydatki obronne. Polska miała być jego największym beneficjentem. Rząd przekonywał, że dzięki temu narzędziu można pozyskać 43,7 mld euro na modernizację wojska i szerszy system bezpieczeństwa, a więc nie tylko na sam sprzęt, lecz także na zaplecze przemysłowe i wybrane inwestycje strategiczne. Nawrocki odpowiedział wetem i narracją, w której SAFE został przedstawiony jako kosztowna i politycznie ryzykowna pułapka.
Nawrocki straszy długiem, ale przemilcza najważniejszy punkt odniesienia
Najsilniej wybrzmiał argument o gigantycznym kredycie zaciąganym na 45 lat. W takim ujęciu SAFE jawi się jako zagraniczne zobowiązanie obciążające przyszłe pokolenia, a suma odsetek robi wrażenie nawet wtedy, gdy rozłoży się ją na wiele lat. I rzeczywiście, nie da się uczciwie powiedzieć, że mówienie o długu było w tym orędziu całkowicie nieprawdziwe. SAFE nie jest dotacją. To pożyczka, którą trzeba spłacić.
Tyle że ten opis sam w sobie nie odpowiada na najważniejsze pytanie: czy Polska miałaby realnie tańszą alternatywę? Właśnie tu zaczyna się zasadniczy problem z prezydencką argumentacją. Pokazanie wysokiej sumy odsetek bez porównania do kosztu innych źródeł finansowania daje mocny efekt polityczny, ale nie daje jeszcze uczciwego obrazu sytuacji. Spór nie dotyczy bowiem tego, czy SAFE oznacza dług, lecz tego, czy jest to dług relatywnie korzystniejszy od innych dostępnych metod finansowania zbrojeń.
Porównanie do frankowiczów jest efektowne, ale zwyczajnie mylące
Porównanie SAFE do kredytów frankowych należy do tych figur, które od razu uruchamiają emocję. Każdy w Polsce wie, z czym kojarzy się taki model: z niepewnością, wzrostem kosztów i poczuciem, że ryzyko wymknęło się spod kontroli. Tyle że analogia ma swoje granice. Kredyt frankowy był produktem detalicznym sprzedawanym obywatelom, często bez pełnego zrozumienia ryzyka po ich stronie. SAFE jest mechanizmem publicznym, negocjowanym przez państwo i osadzonym w jawnych ramach prawnych.
To nie znaczy, że ryzyka walutowego nie ma. Ono istnieje i byłoby jednym z kosztów uczestnictwa w programie. Ale porównanie do frankowiczów nie służy tu precyzyjnemu wyjaśnieniu mechanizmu. Służy raczej temu, by zbudować skojarzenie z jednym z najbardziej drażliwych doświadczeń ekonomicznych ostatnich dekad. W efekcie zamiast analizy pojawia się obraz, który ma przede wszystkim działać politycznie.
Nawrocki miesza warunkowość z politycznym straszakiem z czasów KPO
Kolejnym filarem orędzia była teza, że Bruksela może arbitralnie wstrzymać finansowanie, a Polska i tak zostanie z obowiązkiem spłaty. To argument, którego nie da się sprowadzić do czystej manipulacji, bo mechanizm warunkowości w unijnych instrumentach rzeczywiście istnieje. Nie jest więc tak, że SAFE byłby całkowicie odporny na kontrolę lub warunki po stronie instytucji unijnych.
Kluczowy jest jednak kontekst. Rząd od początku przekonywał, że w tym przypadku chodzi przede wszystkim o standardowe zabezpieczenia dotyczące sposobu wydawania środków, ochrony przed nadużyciami i zgodności z celem programu, a nie o polityczny mechanizm nacisku podobny do tego, który latami obciążał debatę wokół KPO. To różnica zasadnicza. W publicznym odbiorze słowo „warunkowość” wywołuje dziś natychmiastowe skojarzenie z konfliktem o praworządność i blokowaniem pieniędzy z powodów ustrojowych. W przypadku SAFE ten obraz nie oddaje całej prawdy.
Rząd podkreśla zasadniczą różnicę w stosunku do KPO. Warunkowość w SAFE dotyczy wyłącznie ochrony przed defraudacją i korupcją. Nie jest to warunkowość takiego rodzaju jak przy KPO, gdy Komisja uzależniała wypłatę od wypełnienia przez Polskę konkretnych reform.
Kolejny argument, że Polska „i tak będzie musiała spłacać dług” przy zablokowanych transzach, jest natomiast nieścisły: środki nieotrzymane nie generują odsetek do spłaty.
Opowieść o utracie suwerenności nie wynika wprost z samej ustawy
Najmocniej brzmi zarzut, że SAFE uderza w suwerenność Polski i oddaje część kontroli nad bezpieczeństwem państwa zewnętrznym instytucjom. Właśnie taki ton nadał całemu wystąpieniu prezydent. To teza nośna, bo dotyka fundamentalnej kwestii: kto naprawdę decyduje o armii, pieniądzach i strategicznych wyborach państwa.
Tyle że z dostępnych opisów programu i ustawy nie wynika, by SAFE sam w sobie przenosił zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi na Unię Europejską. Spór dotyczy raczej warunków finansowania, zasad rozliczeń i stopnia, w jakim Polska chce korzystać z europejskich mechanizmów wzmacniania przemysłu obronnego. To ważna debata, ale nie taka sama jak pytanie o utratę realnej kontroli nad armią. W tym sensie argument o suwerenności pozostaje przede wszystkim interpretacją polityczną, a nie opisem jednoznacznego skutku prawnego.
„Polski SAFE 0 proc.” brzmi dobrze w przemówieniu, gorzej w realnej ekonomii
Nawrocki próbował pokazać, że Polska nie jest skazana na SAFE, bo może finansować bezpieczeństwo własnymi metodami. W tej logice pojawia się koncepcja „polskiego SAFE 0 proc.”, opartego na środkach z zysku Narodowego Banku Polskiego, zwłaszcza wynikającego ze wzrostu wartości rezerw złota. Taki pomysł ma oczywistą przewagę polityczną: pozwala opowiadać o bezpieczeństwie bez zagranicznego długu i bez wchodzenia w spór z Brukselą.
Problem polega na tym, że atrakcyjna politycznie historia nie jest jeszcze gotowym modelem finansowania. Zysk banku centralnego nie jest trwałym, przewidywalnym i prostym do rozdysponowania źródłem pieniędzy na wieloletni program tej skali. To raczej propozycja, która wymagałaby dopiero pełnego przełożenia na stabilny mechanizm operacyjny. W tej chwili bardziej przypomina kontrnarrację wobec SAFE niż równie dojrzałą alternatywę.
Weto miało zatrzymać SAFE, ale otworzyło nowy spór
Najważniejsze w tej historii jest to, że prezydenckie „nie” nie zakończyło polskiego udziału w SAFE. Rząd uruchomił plan B i zapowiedział dalsze działania, próbując utrzymać dostęp do środków mimo weta. To oznacza, że spór nie dotyczy już tylko samej ustawy, ale także trybu działania państwa, granic politycznej blokady i relacji między prezydentem a rządem w sprawach bezpieczeństwa.
W praktyce stawka jest większa niż sam konflikt personalny między Nawrockim a Tuskiem. Jeżeli Polska opóźni udział w programie albo ograniczy jego zakres, skutki mogą wyjść daleko poza bieżącą wymianę politycznych ciosów. Chodzi o tempo modernizacji, przewidywalność finansowania i pozycję Polski w europejskim systemie wzmacniania obronności. To już nie jest spór wyłącznie o jedną ustawę. To spór o model państwa w czasie rosnącego zagrożenia.
Najuczciwiej byłoby więc powiedzieć tak: Nawrocki trafnie pokazał, że SAFE nie jest darmowym prezentem i że wiąże się z długiem, ryzykiem oraz warunkami. Ale tam, gdzie przedstawiał ten program niemal jako prostą drogę do finansowej pułapki i politycznego podporządkowania Polski, jego argumentacja przestaje być opisem rzeczywistości, a zaczyna działać jak narzędzie kampanijnej manipulacji.
DF, thefad.pl / Źródło: TVN24/Konkret24; Kancelaria Prezydenta RP; KPRM
Banksy zdemaskowany. Reuters ujawnił tożsamość najbardziej tajemniczego artysty świata
Po 25 latach anonimowości, czterech latach śledztwa i nitce prowadzącej z ruin Ukrainy do nowojorskich akt policyjnych Reuters podał nazwisko. Według agencji człowiekiem stojącym za najsłynniejszym pseudonimem świata sztuki jest Robin Gunningham z Bristolu.
Przez ponad dwie dekady tożsamość Banksy’ego była jedną z najbardziej strzeżonych tajemnic świata kultury. Teraz agencja Reuters twierdzi, że ją rozwiązała. Człowiek kryjący się za słynnymi szablonowymi malowidłami to Robin Gunningham urodzony w 1973 roku w Bristolu, który od 2008 roku funkcjonuje pod nazwiskiem David Jones.
Śledztwo zaczęło się w ruinach
Pod koniec 2022 roku do zniszczonej przez rosyjskie bombardowanie wsi Horenka pod Kijowem zajechała karetka. Wysiadły z niej trzy osoby. Dwóch zamaskowanych mężczyzn niosło szablony i farby. Trzeci był bez maski, miał jedną rękę i dwie protezy nóg. Świadkowie rozpoznali w nim Gilesa Duleya, brytyjskiego fotografa i dokumentalistę.
Chwilę później na ścianach ruin pojawiły się murale, a Banksy potwierdził potem, że siedem prac wykonanych w Ukrainie było jego autorstwa. To właśnie tam Reuters złapał pierwszy mocny trop. W tej wersji historii anonimowy artysta przestaje wyglądać jak duch, który pojawia się i znika bez śladu. Zaczyna przypominać kogoś, kto bardzo dba o niewidzialność, ale pozostawia po sobie ślad.
Dwa nazwiska, jedna data urodzenia
Reuters opisuje, że Robin Gunningham nie figuruje w ukraińskich danych granicznych jako osoba, która wjechała wtedy do kraju. Pojawia się za to David Jones z tą samą datą urodzenia. Według agencji ten Jones przekroczył granicę 28 października 2022 roku i wyjechał 2 listopada, dokładnie tego samego dnia co Robert Del Naja muzyka Massive Attack. Del Naja od lat był głównym podejrzanym w teorii, kto naprawdę stoi za pseudonimem Banksy.
Reuters twierdzi jednak, że Del Naja towarzyszył Banksy’emu i raczej nie był nim samym. Świadkowie z Horenki w tym Tetiana Reznychenko, która podała kawę obu malarzom bez masek, zostali poproszeni o identyfikację osób z zestawu fotografii. Jej reakcja na jedno ze zdjęć była, według reporterów, wymowna, choć sama odmówiła jednoznacznego potwierdzenia.

Mural na ścianie zbombardowanego budynku w Irpieniu na Ukrainie / Fot. Rasal Hague – CC BY-SA 4.0 / commons.wikimedia
Wyznanie z Nowego Jorku
Prawdziwy ciężar tego materiału spoczywa jednak nie w Ukrainie, lecz w Nowym Jorku. Reuters podaje, że dotarł do wcześniej nieujawnionych akt policyjnych i sądowych z 2000 roku, w tym do odręcznego przyznania się do winy. Chodzi o sprawę mężczyzny zatrzymanego podczas niszczenia billboardu przy Hudson Street na Manhattanie. W dokumentach miał podpisać się jako Robin Gunningham. Sprawa zakończyła się zarzutem zakłócania porządku, grzywną, opłatami i pracami społecznymi.
To nie był jedyny ślad. W 2004 roku jamajski fotograf Peter Dean Rickards opublikował 21 zdjęć Banksy’ego przy pracy. Na 14 z nich twarz artysty była widoczna. W 2008 roku „The Mail on Sunday” ogłosił, że zidentyfikował Banksy’ego właśnie jako Gunninghama choć z zastrzeżeniami.
Banksy milczy. Jego prawnik już nie
Ani Banksy, ani Pest Control — firma uwierzytelniająca jego prace — nie zdementowali ustaleń Reutersa. Nie zdecydowali się jednak także ich potwierdzić. Głos zabrał natomiast prawnik artysty, Mark Stephens. W piśmie skierowanym do redakcji napisał, że jego klient „nie akceptuje wielu szczegółów zawartych w tym dochodzeniu”, a ujawnienie tożsamości naruszyłoby prywatność artysty, mogłoby zaszkodzić jego twórczości i narazić go na niebezpieczeństwo. Stephens przekonywał również, że anonimowość bywa tarczą chroniącą wolność wypowiedzi, zwłaszcza wtedy, gdy sztuka uderza we władzę, instytucje i polityczne tabu.
Reuters odpowiedział, że w tym przypadku interes publiczny przeważa, ponieważ Banksy nie jest już tylko ulicznym artystą, lecz postacią realnie wpływającą na kulturę, rynek sztuki oraz debatę publiczną. Zdaniem agencji jego tożsamość ma zbyt duże znaczenie społeczne, polityczne i rynkowe, by pozostawała poza zakresem dziennikarskiej weryfikacji.
Tajemnica, która stała się marką
Banksy przez lata działał jak idealny paradoks epoki: antysystemowy artysta, który sam stał się częścią wielkiego rynku, twórcą atakującym władzę, a zarazem marką o globalnym zasięgu; człowiek niewidzialny, który zbudował kulturową siłę właśnie na tym, że go nie było widać. I być może dlatego cała ta historia od początku była czymś więcej niż tylko pytaniem o nazwisko. Chodziło o to, czy w świecie totalnej ekspozycji da się jeszcze zachować tajemnicę, a zarazem wpływać na wyobraźnię milionów. Jeśli Reuters rzeczywiście odsłonił człowieka stojącego za tym pseudonimem, to nie kończy tylko jednej zagadki. Kończy także pewną epokę — epokę, w której anonimowość była częścią dzieła równie ważną jak samo dzieło.
DF, thefad.pl / Źródło: Reuters, „In search of Banksy”, 13 marca 2026.
Weto Nawrockiego. Tylko w Polsce program SAFE padł ofiarą partyjnej wojny
Weto Karola Nawrockiego nie zatrzymało tylko jednej ustawy. Pokazało, że w Polsce nawet pieniądze na obronność mogą zostać wciągnięte w partyjną wojnę. Program SAFE, który w innych państwach UE służy przede wszystkim finansowaniu zbrojeń, u nas stał się kolejnym polem starcia o Brukselę, suwerenność i przewagę przed wyborami.
Stawka jest konkretna. Polska ma do dyspozycji 43,7 mld euro z unijnego instrumentu SAFE, czyli największą krajową pulę w programie wartym do 150 mld euro. Mechanizm został pomyślany jako źródło długoterminowych, preferencyjnych pożyczek na inwestycje obronne i rozbudowę zdolności przemysłowych. Dla państwa, które już teraz wydaje na armię wyjątkowo dużo, to nie był poboczny dodatek, ale jedno z najważniejszych zewnętrznych narzędzi finansowania bezpieczeństwa.
Zawetowana przez prezydenta ustawa nie tworzyła samego SAFE, lecz miała ułatwić Polsce korzystanie z tych pieniędzy i dać rządowi większą elastyczność w ich wydawaniu. Gabinet Donalda Tuska chciał, by środki mogły wspierać nie tylko wojsko, ale też wybrane potrzeby Straży Granicznej, policji i infrastruktury bezpieczeństwa. Po wecie ta ścieżka się zawęża. Polska nie traci automatycznie swojej alokacji, ale traci część swobody, z jaką mogłaby ją wykorzystać.
Weto Prezydenta nas nie zatrzyma. Program #PolskaZbrojna będzie realizowany. pic.twitter.com/sIhtGYOVZV
— Donald Tusk (@donaldtusk) March 13, 2026
I właśnie tu widać sedno problemu. W większości Europy pytanie o SAFE brzmi: jak szybko i skutecznie sięgnąć po pieniądze na obronność. W Polsce pytanie zostało przepisane na język politycznego konfliktu. Nawrocki, wspierany przez PiS, od tygodni przedstawia program nie jako praktyczne narzędzie wzmacniania armii, ale jako ryzykowny model zadłużania państwa i potencjalny kanał nacisku ze strony Brukseli. Taka narracja dobrze wpisuje się w szerszy spór prawicy z rządem Tuska o miejsce Polski w Unii, ale zarazem przesuwa na dalszy plan czysto obronny sens całego mechanizmu.
Prezydent argumentuje, że SAFE oznaczałby dla Polski wieloletni zagraniczny dług, ryzyko kursowe i możliwość powiązania finansowania z unijną warunkowością. Tego stanowiska nie można zbyć jako pustego hasła, bo rzeczywiście jest to spór o model finansowania państwa. Problem polega jednak na tym, że jego polityczny ciężar okazał się większy niż praktyczne pytanie, czy Polska powinna korzystać z dostępnego, relatywnie taniego instrumentu w czasie gwałtownej rozbudowy potencjału wojskowego. Rząd odpowiada właśnie w ten sposób: w warunkach wojny za wschodnią granicą i rosnących kosztów zbrojeń blokowanie prostszej drogi do finansowania jest uderzeniem w sprawność państwa, niezależnie od ideologicznej oprawy tego sporu.
Nawrocki i jego obóz próbują pokazać, że istnieje alternatywa bardziej „suwerenna”, oparta na wykorzystaniu zysków związanych ze wzrostem wartości rezerw złota NBP. Politycznie brzmi to atrakcyjnie, bo pozwala opowiedzieć sprawę jako wybór między „cudzym kredytem” a „własnym zasobem”. Na razie pozostaje jednak bardziej projektem politycznym niż gotowym, sprawdzonym mechanizmem, który mógłby natychmiast zastąpić unijne finansowanie na podobną skalę i z porównywalną przewidywalnością. To także dlatego rząd uznaje złotą alternatywę za rozwiązanie niepewne i ryzykowne.
W polskim sporze o SAFE najbardziej uderza nie sam brak zgody, lecz to, czego ten brak zgody dotyczy. Nie mówimy o pobocznym programie społecznym ani o symbolicznym geście wobec Brukseli. Mówimy o mechanizmie, który miał pomóc finansować bezpieczeństwo państwa w jednym z najgroźniejszych momentów dla Europy od dekad. Tymczasem w Polsce został on podporządkowany logice wojny między prezydentem wspieranym przez opozycję a rządem. To właśnie odróżnia polski przypadek od większości państw UE i to dlatego teza Politico wybrzmiewa tak mocno: tylko u nas SAFE wyrósł na pełnowymiarowy problem polityczny.
Nie trzeba dopisywać złej woli, by zobaczyć konsekwencje. Wystarczy zestawić fakty: ogromna pula środków, unijny instrument zaprojektowany po to, by szybciej wzmacniać obronność, rząd próbujący po niego sięgnąć i prezydent, który tę drogę blokuje w imię sporu o suwerenność i relacje z Brukselą. W takim układzie powstaje obraz polityki, w której partyjny konflikt okazuje się silniejszy niż imperatyw sprawnego dozbrajania państwa. I to jest dziś najpoważniejszy polityczny sens weta wobec SAFE.
DF, thefad.pl / Źródło: Politico, Reuters, Komisja Europejska, Rada UE
Bruksela traci cierpliwość do Nawrockiego. Groźba weta blokuje kluczowy projekt UE
W Brukseli narasta zaniepokojenie przeciągającym się sporem wokół polskiego udziału w programie SAFE. Oficjalnie Komisja Europejska utrzymuje, że polski plan jest „bardzo solidny”, ale z ustaleń RMF FM wynika, że w unijnych instytucjach rośnie niepewność związana z konfliktem między rządem Donalda Tuska a Karolem Nawrockim. Sprawa dotyczy największego narodowego pakietu finansowania obronnego w całym unijnym programie.
Największy beneficjent programu
SAFE, czyli Security Action for Europe, to unijny instrument pożyczkowy wart do 150 mld euro, przygotowany po to, by państwa członkowskie mogły finansować inwestycje obronne. Polska może otrzymać z tego mechanizmu 43,734 mld euro, czyli najwięcej spośród wszystkich uczestników programu. Rząd Donalda Tuska podkreśla, że uruchomienie tych środków wymaga przyjęcia krajowych rozwiązań ustawowych i sfinalizowania procedury wdrożeniowej. Z perspektywy Komisji Europejskiej ma to znaczenie dla harmonogramu uruchomienia programu.
Spór między rządem a prezydentem
Źródłem napięcia pozostaje stanowisko Karola Nawrockiego wobec ustawy dotyczącej wdrożenia SAFE w Polsce. Zamiast poprzeć rządowe rozwiązanie, prezydent przedstawił alternatywną koncepcję pod nazwą „Polski SAFE 0%”. Z komunikatów Pałacu Prezydenckiego wynika, że model ten miałby opierać się na krajowych zasobach i potencjalnych zyskach Narodowego Banku Polskiego, bez uruchamiania unijnej pożyczki. Rząd odpowiada, że proponowane rozwiązanie nie jest tożsame z instrumentem uzgodnionym na poziomie UE i nie daje dziś tej samej podstawy prawnej ani finansowej.
Ścieżka ustawowa wciąż trwa
Choć w kuluarach coraz częściej mówi się o możliwym sprzeciwie prezydenta, formalnie procedura wciąż trwa. Zgodnie z informacjami przekazanymi przez szefa Kancelarii Prezydenta, Karol Nawrocki ma czas do 20 marca na decyzję w sprawie ustawy dotyczącej wdrożenia SAFE w Polsce. Dla Komisji Europejskiej ma to znaczenie, ponieważ chodzi o mechanizm niezbędny do uruchomienia polskiej części unijnego programu finansowania obronności, z którego Polska może otrzymać 43,734 mld euro. Każdy kolejny dzień zwłoki wydłuża stan niepewności wokół największego narodowego pakietu w całym instrumencie i wzmacnia pytania o to, czy Warszawa zdoła przejść od politycznego sporu do formalnego wdrożenia programu.
Oficjalne stanowisko i nieoficjalne sygnały z Brukseli
Komisja Europejska nie ogłosiła publicznie, że zmienia ocenę polskiego planu. Oficjalny przekaz pozostaje ostrożny i sprowadza się do podkreślania, że Polska jest największym beneficjentem programu SAFE. Równocześnie RMF FM i Onet, powołując się na nieoficjalne źródła w Brukseli, informują o „poważnym zaniepokojeniu” sytuacją i o obawach dotyczących przewidywalności polskiego wdrożenia.
Stawka sporu
Spór dotyczy nie tylko trybu uruchomienia środków, ale też skali planowanych inwestycji. SAFE ma finansować zakupy wojskowe, infrastrukturę, mobilność wojskową oraz część przedsięwzięć związanych ze wzmacnianiem odporności państwa. Rząd podkreśla, że duża część środków mogłaby pozostać w kraju i wesprzeć polski przemysł obronny oraz zaplecze logistyczne. Z punktu widzenia instytucji unijnych znaczenie ma to, że chodzi o program, w którym Polska odgrywa rolę centralną ze względu na skalę przyznanego finansowania.
DF, thefad.pl / Źródło: RMF FM
Słoneczna hipokryzja 2.0. Przemysław Czarnek: „bezdomny” premier od „OZE-sroze”
Przemysław Czarnek, oficjalny kandydat PiS na premiera (namaszczony w krakowskim blasku fleszy 7 marca 2026 r.), to polityk, który nie boi się mocnych słów. Problem w tym, że tym razem polityczny ogień zbliżył zbyt blisko własnego dachu. Choć polityk właśnie wypowiedział wojnę unijnej polityce klimatycznej, na własnej posesji gości panele fotowoltaiczne, za które zapłaciliśmy my wszyscy. Teraz obiecuje ich demontaż, ale… jest pewien haczyk. Albo trzy.
Panie premierze, co tam lśni na dachu?
Wszystko zaczęło się od płomiennego wystąpienia w Krakowie, gdzie Czarnek w swoim stylu rzucił wyzwanie Brukseli. Padły legendarne już słowa o „OZE-sroze” i zapowiedź, że Polska pod jego wodzą po prostu wypowie system ETS. Europa wstrzymała oddech, a internauci… wyjęli telefony i sprawdzili mapy satelitarne.
Okazało się, że na dachu posiadłości polityka pod Lublinem dumnie błyszczy fotowoltaika. Ta sama „tęczowa technologia”, którą kandydat na premiera właśnie zmieszał z błotem, twierdząc, że to „bez sensu”.
Rachunek zysków i strat (ideologicznych)
W Radiu ZET Przemysław Czarnek przyznał się bez bicia: panele ma od około pięciu lat. Co ciekawe, ta „bezużyteczna” technologia w jego przypadku okazała się wyjątkowo łaskawa dla portfela.
- Koszt instalacji: 8,1 tys. zł (dzięki unijnemu wsparciu).
- Zysk: Spadek rachunków z 2,5 tys. zł do zaledwie 1–1,2 tys. zł rocznie.
Innymi słowy: system, który Czarnek dziś politycznie okłada kijem, przez lata działał u niego bez zarzutu, generując realne oszczędności. To gotowa metafora dzisiejszej polityki: ideologia ma przykryć to, co wyraźnie pokazuje własny licznik prądu.
Gmina Jastków i „eko-grzeszek”
Czarnek broni się, że nie „wziął dotacji” wprost do ręki. Prawda jest taka, że skorzystał z programu „Jesteśmy EKOlogiczni” realizowanego przez gminę Jastków, współfinansowanego z funduszy UE. I choć formalnie beneficjentem była gmina, to ostateczny profit w postaci tańszego prądu wylądował prosto w gniazdkach państwa Czarnków.
Dla opinii publicznej ten niuans nie ma znaczenia. Polityk, który buduje przekaz na wojnie z klimatyczną modernizacją, sam jest beneficjentem jej najbardziej praktycznego symbolu.
Wielki demontaż „bezdomnego” kandydata
W odpowiedzi na zarzuty o hipokryzję, Czarnek zapowiedział radykalny krok: zdemontuje panele! Jednak nie zrobi tego od razu. Zrobi to „w pewnej perspektywie”, gdy wróci „węglowa normalność”.
Pojawił się jednak problem wizerunkowy. Jak zauważył Bartosz Arłukowicz w RMF24, Przemysław Czarnek w swoim ostatnim oświadczeniu majątkowym… nie wykazał żadnego domu. Wartą milion złotych posiadłość wraz z panelami przepisał na żonę.
– Chciałbym zapytać, z czyjego domu chce zdejmować te panele, skoro na dzisiaj jest człowiekiem bezdomnym? – kpił Arłukowicz.
Podsumowując…
Ta historia zostanie z Czarnkiem na dłużej niż hasło „OZE-sroze”. Nie dlatego, że ktoś przyłapał go na posiadaniu paneli, z unijnych programów skorzystały tysiące Polaków. Przyłapano go na czymś gorszym: na próbie przekonania wyborców, że to, co u niego działa i oszczędza pieniądze, dla reszty kraju jest nagle ideologicznym zagrożeniem.
Czy doczekamy się transmisji live z odkręcania śrub pod Lublinem? Znając życie, panele zostaną na dachu tak długo, jak długo będą obniżać rachunki. Bo polityczna poza bywa kosztowna, a darmowy prąd ze słońca wyjątkowo nęcący. Nawet jeśli nazywa się go „sroze”.
DF, thefad.pl




