Od handlu wymiennego do własnej waluty: krótka historia pieniądza

„Money makes the world go around” – śpiewała Liza Minelli w filmie „Kabaret” i trudno o bardziej zwięzłą definicję znaczenia pieniądza dla światowej ekonomii. Dlaczego to właśnie pieniądz stał się głównym paliwem rozwoju gospodarczego naszej cywilizacji i co decyduje o jego wartości? Odpowiedzi dostarcza historia.

Od handlu wymiennego do własnej waluty: krótka historia pieniądza
Fot. Jason Leung / Unsplash

Zanim w VII wieku p.n.e. w Lidii, krainie położonej na terenach należących do dzisiejszej Turcji, pojawiły się pierwsze monety wykonane ze stopu srebra i złota o nazwie elektrum, przez kilka tysiącleci od początków pierwszej rewolucji agrarnej – czyli przejścia ludzkich społeczności od modelu egzystencji opartego na łowiectwie i zbieractwie do produkcji żywności czyli rolnictwa i hodowli zwierząt – gospodarka była oparta o handel wymienny.

Jego rozwój wiązał się w bezpośredni sposób z pojawieniem się pierwszych specjalizacji zawodowych i odpowiadał na związane z tym potrzeby. Garncarz nie uprawiał ziemi, hodowca owiec nie wytwarzał narzędzi, kowal nie hodował zboża ani warzyw i tak dalej. Wobec tego zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych każdego z nich z osobna wymagało dokonywania szeregu różnego rodzaju wymian barterowych: dziesięć kur za trzy worki pszenicy, lemiesz do pługa za jedną owcę, dzban oliwy za dzban wina itd.

Głównym ograniczeniem tego rodzaju wymiany handlowej była jednak konieczność zaistnienia tak zwanego „podwójnego zbiegu potrzeb”. Oznaczało to, że jeżeli ktoś zamierzał wymienić dwadzieścia jabłek na kurę, musiał znaleźć kogoś, kto z kolei pragnął wymienić swoją kurę na dwadzieścia jabłek (a przynajmniej zbliżoną ich ilość). Z różnych powodów przeprowadzenie takiego barteru mogło nie dojść do skutku. Mogło się na przykład okazać, że nikt nie potrzebuje jabłek. Barierą mógł się również okazać brak możliwości przetransportowania dużej ilości jabłek do oddalonego kontrahenta albo fakt, że jabłka zgniły przed znalezieniem partnera handlowego chętnego do dokonania wymiany.

Protopieniądz towarowy

Pierwszą próbą zaradzenia temu strukturalnemu problemowi ograniczającemu możliwości wymiany handlowej stało się wprowadzenie tzw. pośredników wymiany. Zwykle były nimi: zboże, sól, oliwa, skóry, ale mogły nimi być również specyficzne minerały lub kamienie, takie jak np. bursztyn, krzemień, obsydian itp. Ich wspólną cechą był fakt, że były łatwo policzalne (czyli dające się wygodnie dzielić na mniejsze jednostki lub mnożyć), trwałe, jednorodne i albo zaspokajały podstawowe potrzeby życiowe, albo były rzadko występujące. Z tego powodu niektórzy historycy uznają te produkty za pierwotną formę pieniądza.

Towary będące pośrednikami wymiany faktycznie spełniały wszystkie ekonomiczne funkcje pieniądza, a więc mogły pełnić rolę płatniczą, obrachunkową oraz tezauryzacyjną, jednak z różnych powodów części z nich nie mogły sprostać w pełni.

Bez wątpienia w największym stopniu pośredniki wymiany spełniały funkcję transakcyjną pieniądza (nazywaną również cyrkulacyjną lub płatniczą). Były powszechnie przyjmowane jako zapłata za towary i usługi, a otrzymujący je sprzedawca wiedział, że będzie mógł za nie nabyć inne niezbędne mu dobra. W ten sposób nastąpiło rozdzielenie w czasie (oraz ewentualnie przestrzeni) transakcji kupna-sprzedaży stanowiącej podstawę handlu wymiennego na dwie osobne transakcje – kupno oraz sprzedaż.

Kolejną funkcją pieniądza spełnianą przez pośredniki wymiany była ich rola obrachunkowa, czyli ustalanie aktualnej wartości różnych towarów i usług. Na starożytnym targowisku wiadomo było, ile miarek zboża kosztuje jedna owca, czy ile dzbanów oliwy trzeba zapłacić za wołu. Jednak w związku z mnogością towarów stanowiących pośredniki wymiany, których mogło być nawet kilkanaście lub kilkadziesiąt w jednym czasie i miejscu, zachodziła konieczność stałego przeliczania wszystkiego na wszystko, co w warunkach epoki starożytnej stwarzało niemało problemów.

Dodatkowym utrudnieniem był fakt, że nie wszystkie protopieniądze były w jednakowym stopniu trwałe – zboże mogło zgnić, sól rozpuścić się pod wpływem wilgoci, rozlana oliwa lub wino stawały się bezwartościowe, gdy zniszczeniu uległo naczynie, w jakim je przechowywano. Co więcej, wartość niektórych pośredników wymiany podlegała wahaniom sezonowym związanym np. z porą zbiorów oraz wynikającym z wpływu czynników zewnętrznych takich jak nieurodzaj, zerwanie szlaków handlowych, wojny, katastrofy naturalne etc.

W najmniejszym stopniu protopieniądze nadawały się do pełnienia funkcji tezauryzacyjnej, czyli przechowywania wartości w czasie. Ich trwałość była wprawdzie wystarczająca do prowadzenia bieżącej wymiany handlowej, jednak niemal każdy z tych produktów miał swego rodzaju „termin przydatności do spożycia”, przed upływem którego należało go zużyć. Niewypite w porę wino kwaśniało, zbyt długo przechowywane zboże gniło, oliwa po jakimś czasie jełczała, skóry i tkaniny parciały etc. Problematyczna mogła być również konieczność przechowywania dużych ilości któregokolwiek z tych towarów, co wymagało posiadania odpowiednich i właściwie zabezpieczonych przestrzeni magazynowych.

Monety, czyli skarby króla Krezusa

Niedogodnościom tym zaradziło dopiero wprowadzenie płacideł nieorganicznych w formie prętów, siekierek oraz innych wyrobów metalowych, w następnej zaś kolejności wprowadzenie pieniądza kruszcowego. Początkowo miał on formę różnego rodzaju metalowych bryłek i sztabek, które można było dowolnie dzielić, jednak taka forma pieniądza wymagała ważenia podczas każdej zawieranej transakcji, co było dość uciążliwe.

Problem ten rozwiązało pojawienie się pierwszych monet wykonanych z elektrum. Nastąpiło to w VII wieku p.n.e. w Lidii, królestwie położonym na terenach należących do dzisiejszej Turcji.

Monety z metali szlachetnych miały wiele zalet w porównaniu do towarowych pośredników wartości. Po pierwsze, zapewniały znacznie większą od nich stabilność wartości. Po drugie, oferowały znacznie korzystniejszy stosunek wartości do objętości, co w ogromnym stopniu ułatwiało prowadzenie wymiany handlowej na dużą skalę i dużą odległość. Były też znacznie trwalsze niż organiczne surowce oraz wygodne w przechowywaniu, transporcie i wymianie. W stosunku zaś do wcześniejszych form pieniądza kruszcowego ich przewagę stanowiła jednoznacznie określona masa i skład gwarantowane przez emitenta.

Zalety te sprawiły, że zwyczaj bicia monety oraz praktyka handlu opartego na tym rodzaju pieniądza bardzo szybko upowszechniły się w całym basenie Morza Śródziemnego. Na marginesie warto tu wspomnieć, że ostatnim królem Lidii był niejaki Krezus, którego imię stało się synonimem ogromnego bogactwa.

Dwa i pół stulecia po pojawieniu się lidyjskich monet istnienie pieniądza oraz pełniona przezeń rola smaru upłynniającego ruch trybów gospodarki doczekały się pierwszych teoretycznych opracowań za sprawą Arystotelesa, który zagadnieniom tym poświęcił istotną część pierwszej księgi „Polityki” oraz fragmenty piątej księgi swojego opus magnum czyli „Etyki Nikomachejskiej”. To właśnie najsłynniejszy spośród wychowanków Platona jako pierwszy przypisał pieniądzowi trzy zasadnicze, nierozłączne i charakterystyczne funkcje, co do których dwadzieścia cztery wieki później nadal panuje wśród ekonomistów pełna zgoda.

Po pierwsze, tak za czasów Platona jak współcześnie, pieniądze stanowią jednostkę rozliczeniową do pomiaru wartości towarów i usług. Po drugie, są środkiem płatniczym w handlu. Po trzecie zaś umożliwiają przechowywanie wartości w czasie.

Na czym opiera się wartość pieniądza

W momencie przejścia od protopieniądza towarowego do pieniądza kruszcowego dokonała się potężna rewolucja mentalna, której konsekwencje umożliwiły rozwój kolejnych, jeszcze wygodniejszych w użyciu form waluty, a zarazem przyczyniły się do znacznego wzrostu wolumenu globalnych wymian towarowych, co z kolei spowodowało dalsze przyspieszenie wzrostu gospodarczego.

Istotą tej rewolucji było oderwanie wartości rozrachunkowej pieniądza od wartości użytkowej. Złotem ani srebrem nie da się zaspokoić głodu jak chlebem, pragnienia jak piwem, nie można się nim osłonić przed chłodem jak tkaninami lub skórą itd. Co zatem sprawiło, że pomimo bardzo niewielkiej wartości użytkowej, metale szlachetne stały się nośnikami uniwersalnej wartości rozrachunkowej?

Istotnym czynnikiem była tu rzadkość ich występowania. Jednak znacznie ważniejsza była związana z pojawieniem się monet umowa społeczna, zgodnie z którą te metalowe krążki zostały powszechnie uznane za wymienialne na każdy towar lub usługę. Aby ta umowa obowiązywała, garncarz musiał mieć pewność, że za monety otrzymane jako zapłata za wytwarzane przez siebie naczynia będzie mógł kupić chleb, oliwę czy dowolny inny potrzebny mu towar lub usługę, a zaufanie to musieli podzielać wszyscy pozostali członkowie społeczności.

Dlatego też potrzebna była jakaś instancja gwarantująca ich wartość, czyli to, że mają one określony i niezmienny skład oraz wagę. Rolę tę pełnił emitent czyli władca, a jego wizerunek tłoczony na monetach stanowił gwarancję ich wartości.

Z czasem posiadacze dużych ilości monet – by uchronić się przed kradzieżą – zaczęli oddawać je na przechowanie różnego rodzaju instytucjom (od skarbców świątynnych i wyspecjalizowanych kantorów wymiany walut po lichwiarzy i złotników), które za zdeponowane w skarbcach środki wydawały właścicielom kwity depozytowe. Tak powstała pierwotna forma pieniądza papierowego w formie weksli oraz czeków. Z upływem wieków coraz więcej transakcji zaczęto rozliczać za pomocą owych kwitów. W konsekwencji doprowadziło to do powstania wyspecjalizowanych w operacjach finansowych instytucji, czyli banków. Pierwsze z nich powstały w XIV wieku w bogatych miastach północnych Włoch takich jak Florencja, Wenecja, Genua czy Siena.

Instytucje te zapoczątkowały kolejny etap dematerializacji pieniądza i znowu kluczowym czynnikiem umożliwiającym działanie tego systemu była wiara w wypłacalność emitenta. Wiara po łacinie to „fides” – od tego słowa pochodzi określenie pieniądz fiducjarny, czyli taki, którego wartość nie jest bezpośrednio związana z dobrami materialnymi, lecz opiera się na zaufaniu do emitującej go instytucji.

Narodziny banków centralnych

Sytuacja, gdy każdy bank mógł emitować własne banknoty, powodowała jednak chaos finansowy. Aby go ukrócić, w pierwszym etapie państwa zaczęły przyznawać prawo do ich emisji na swoim terytorium jednemu bankowi, zaś w następnym banki emisyjne w większości wypadków zostały upaństwowione. Pierwszym bankiem centralnym na świecie został Szwedzki Bank Państwowy (Sveriges Riksbank) – powołany do życia w 1668 roku na bazie Stockholm Banco. Jeszcze w tym samym stuleciu powstał Bank of England (1694 r.). W 1782 utworzono Banco de Espana, trzy lata później Bank of the United States, a w 1800 roku powołano do życia Banque de France.

W Polsce o potrzebie stworzenia banku narodowego jako pierwszy napisał w 1763 r. Stanisław Konarski w swoim dziele „O skutecznym rad sposobie”, jednak kilka kolejnych projektów jego utworzenia zakończyło się fiaskiem. Idea odżyła w trakcie Sejmu Czteroletniego (1788-1792), ale również tym razem nie doczekała się realizacji. Pierwszą realną próbę powołania do życia polskiego banku centralnego podjęto w trakcie insurekcji kościuszkowskiej. Jednak utworzona przez Radę Najwyższą Narodową 8 czerwca 1794 r. Dyrekcja Biletów Skarbowych, która w sierpniu tegoż roku wyemitowała pierwsze polskie pieniądze papierowe, upadła wraz z końcem powstania. Ostatecznie pierwszym naszym bankiem centralnym stał się Bank Polski powołany w 1828 roku dekretem cara Rosji i króla Polski Mikołaja I na terenach Królestwa Polskiego.

Złoty – niezależna polska waluta

W okres dwudziestolecia międzywojennego Polska weszła z surogatem banku emisyjnego w postaci powołanej do życia w 1916 roku przez niemiecką administrację okupacyjną na terenach dawnego Królestwa Polskiego Polską Krajową Kasą Pożyczkową (PKKP) i emitowaną przezeń walutą – marką polską. 11 listopada 1918 roku PKKP przeszła pod zarząd władz polskich, jednak marka polska stała się walutą obowiązującą na terenie całego kraju dopiero na mocy „Ustawy z dnia 15 stycznia 1920 r. w przedmiocie ustanowienia marki polskiej prawnym środkiem płatniczym na całym obszarze Rzeczypospolitej”.

W latach 1919-24 wartość marki polskiej stale spadała z powodu szalejącej w kraju hiperinflacji, która z poziomu 6,8 proc. w 1918 roku wzrosła do 5601 proc. w 1923 roku.

W grudniu 1923 roku po raz drugi na czele polskiego rządu stanął Władysław Grabski, który objął również tekę ministra skarbu i rozpoczął proces uzdrawiania rozregulowanych finansów państwowych znany pod nazwą reformy walutowej Grabskiego.

W styczniu 1924 r. rząd wprowadził nową walutę w postaci złotego i powołał do życia Bank Polski Spółkę Akcyjną, który w kwietniu tegoż roku przejął od PKKP rolę wyłącznego emitenta polskiej waluty państwowej. Wymiana marek polskich na złote odbyła się po kursie 1,8 mln marek za 1 złotego.

By zabezpieczyć bank centralny przed ewentualnymi naciskami ze strony następnych rządów, nadano mu status prywatnej spółki akcyjnej, a nie banku państwowego. Skarb Państwa zachował jednak większościowy pakiet akcji w spółce oraz akcje uprzywilejowane.

Nowa polska waluta została oparta na parytecie złota, a wartość 1 złotego ustalono na 9/31 grama czystego złota (ok. 0,29 g). Emisja złotego w 30 proc. miała pokrycie w złocie, dewizach i niepodlegających istotnym wahaniom wartości walutach zagranicznych. Wartość jednego złotego była równa wartości franka szwajcarskiego, zaś kurs złotego do dolara ustalono na poziomie 5,18 zł za 1 dolara.

Narodowy Bank Polski

Obecnie w Polsce, zgodnie z Konstytucją RP, prawo emisji znaków pieniężnych przysługuje wyłącznie Narodowemu Bankowi Polskiemu.

NBP pełni trzy podstawowe funkcje: banku emisyjnego, banku banków oraz centralnego banku państwa. Jego głównym celem jest utrzymanie stabilności cen, przy jednoczesnym wspieraniu zrównoważonego wzrostu gospodarczego.

Narodowy Bank Polski odpowiada za stabilność polskiego złotego, realizując odpowiednią politykę pieniężną. NBP zapewnia także odpowiedni poziom bezpieczeństwa finansowego państwa poprzez zarządzanie rezerwami dewizowymi, zaś dzięki emisji znaków pieniężnych zabezpiecza płynność obrotu gotówkowego w kraju.

Źródło: PAP


Śmiej się na zdrowie. Śmiech obniża ciśnienie krwi, działa przeciwstarzeniowo, a nawet… lekko odchudza

Śmiech podnosi dobry cholesterol (HDL), obniża wskaźniki zapalenia we krwi i tym samym ryzyko zwapnienia naczyń. Serdeczny śmiech obniża ciśnienie krwi. I działa przeciwstarzeniowo, a nawet… lekko odchudza. Tymczasem z analizy SW Research 2020 r. wynika, że aż 30 proc. Polaków z wiekiem coraz rzadziej się uśmiecha, a 20 proc. nie robi tego tak często, jakby chciało, czy wręcz się powstrzymuje. Powód? M.in. zaniedbane zęby.

Fot. Lesly Juarez / Unsplash

Ludzkie oko dostrzega uśmiech z odległości 100 metrów. Uśmiechając się, wysyłamy światu sygnał, że jesteśmy otwarci, mamy pokojowe zamiary. Wpływa on pozytywnie na wizerunek osobisty i to, jak odbierają nas inni, a także jak się w naszym towarzystwie czują. Jest zaraźliwy, a sam widok uśmiechu uruchamia do pracy wegetatywny układ nerwowy: kiedy widzimy radosną twarz, sami zaczynamy się uśmiechać, a to wywołuje wyrzut endorfin do mózgu i poprawia nastrój. Co więcej, humor i rozbawienie sprzyjają kreatywnemu myśleniu i nastawieniu na rozwiązania. W jednym z eksperymentów psychologicznych dowiedziono, że osoby, które oglądały śmieszny skecz, nie uległy fiksacji poznawczej i znacznie lepiej poradziły sobie z zadaniem wymagającym myślenia poza schematem – przytwierdzeniem zapalonej świeczki do tablicy korkowej przy użyciu pudełka zapałek i pudełka pinezek.

Uśmiech jak lekarstwo

Uśmiech to najbardziej uniwersalny język. Poprawia krążenie krwi, stymuluje układ odpornościowy, zwiększając produkcję przeciwciał. Tym samym może przyspieszyć rekonwalescencję. Ponadto zmniejsza wydzielania hormonów stresu (adrenaliny i kortyzolu). W czasie śmiania się wyzwalamy endorfiny (tzw. hormony szczęścia), a te pozwalają zapomnieć na chwilę o bólu. Śmiejąc się, zapominamy o stresie, gniewie, poczuciu winy. Wystarczy podnieść kąciki ust do góry i już czuje się zmiany emocjonalne. Rośnie pewność siebie i dobre samopoczucie.

Ale dopiero prawdziwy napad śmiechu czyni cuda. To ogromna praca dla oskrzeli, w której bierze udział około 100 mięśni. Niemiecki psycholog i prezes „HumourCare Niemcy” dr Michael Titze zwraca uwagę, że w czasie śmiechu oddychamy głębiej i dłużej, aktywujemy mięśnie klatki piersiowej, przepony i duże mięśnie. To zaś umożliwia lepszą wymianę gazów w płucach i podnosi wydajność oddychania. Ponadto śmiech „masuje” przeponę i jelita, co dobrze wpływa na trawienie. Aktywuje też mięśnie gładkie, oskrzela poszerzają się, a to poprawia wentylację płuc. W dodatku minuta głośnego śmiechu „do rozpuku” to szybkie pozbycie się 10 -12 kalorii. Jeśli więc zdecydujemy się na oglądanie śmiesznego filmu, który trwa około 1,5 godziny, stracimy ok. 300 kalorii. Uśmiech szczery powoduje charakterystyczne zmarszczki w kącikach oczu, czyli kurze łapki.

Śmiech pomaga również walczyć z tzw. chorobami psychosomatycznymi, a więc związanymi ze stresem, takimi jak np.: migreny, astma, bezsenność czy wrzody żołądka. Poprawia koncentrację, pamięć i uwagę, a to za sprawą zwiększonego wydzielania adrenaliny. Minuta śmiechu jest równoważna 45 minutom relaksu. Dwie minuty śmiechu są tak zdrowe dla ciała i ducha jak 20 minut biegu.

Getologia – badania śmiechu – udowodniła, że śmiech jest lekarstwem. Podnosi dobry cholesterol (HDL), obniża wskaźniki zapalenia we krwi i tym samym ryzyko zwapnienia naczyń. Serdeczny śmiech obniża ciśnienie krwi. I działa przeciwstarzeniowo.

Doktor Janusz Korczak mawiał: „Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat”. Dzieci śmieją się, według badań, 400 razy dziennie – my dorośli tylko 15 razy – o wiele za rzadko, bo dziesięć minut śmiechu przynosi taki sam efekt relaksacyjny jak dwugodzinny odpoczynek.
Nic dziwnego, że terapia śmiechem stała się powszechną praktyką w oddziałach szpitalnych, gdzie leczy się choroby przewlekłe, zwłaszcza w oddziałach onkologicznych, neurologicznych, kardiologicznych i rehabilitacyjnych.

Naprawdę leczy

O tym, że śmiech naprawdę leczy, przekonuje niezwykły przypadek Normana Cousin’a, redaktora „Saturday Review”, dyplomaty, redaktora i autora „Anatomy of an Illness as Perceived by the Patient” (red. „Anatomia choroby: postrzegana przez pacjenta”) – to najlepiej sprzedający się klasyk Normana Cousinsa napisany z perspektywy pacjenta, który współpracując z lekarzem, wykorzystywał humor, by zwiększyć zdolności organizmu do leczenia. Lekarz pomógł pacjentowi wykorzystać własne moce: śmiech, odwagę i wytrwałość. Pacjenta zaś mobilizował naturalne zasoby organizmu, udowadniając, jak skutecznym narzędziem leczniczym może być umysł). Cousin w połowie lat 60 zachorował na chroniczną chorobę kręgosłupa. Powiedziano mu, że niedługo umrze. Opuścił szpital, gdy był prawie całkowicie sparaliżowany i udowodnił, że śmiech ma działanie przeciwzapalne. Przestał przyjmować leki, otoczył się tym, co go rozśmieszało, oglądał stare filmy jak „Flip i Flap”, czytał książki i komiksy z dzieciństwa i myślał pozytywnie. Żył jeszcze 26 lat, zamiast umrzeć, jak przewidywali lekarze.

Serdeczny śmiech:

• rozluźnia mięśnie,
• uwalnia emocje,
• odpręża przewód trawienny,
• uwalnia hormony szczęścia,
• podnosi pewność siebie i poprawia samopoczucie.

Śmiech w badaniach

W roku 2001 Lee Berk z Centrum Neuroimmunologii Uniwersytetu Loma Linda w Kalifornii udowodnili, że nikt nie jest w stanie się uśmiechać i dalej się złościć. Poprosił 22 osoby, aby w wymuszony sposób śmiały się albo złościły. Gdy badani „złościli się”, nie zmieniał się ich nastrój. Natomiast nawet wymuszony śmiech lub uśmiechanie się poprawiało nastrój.

Z kolei zespół badaczy-psychologów z Wisconsin i Belfastu pod przewodnictwem Jareda Martina wyróżnił trzy rodzaje uśmiechu:

  • nagradzający, jak np. pobudzenie ścieżek dopaminowych w mózgach matek obserwujących uśmiech swoich nowonarodzonych dzieci,
  • afiliacyjny, bez dużego natężenia emocjonalnego poprzez modulację głosu daje się obserwatorowi wrażenie uległości i podporządkowania; kojarzony z podejmowaniem prób manipulowania obserwatorem, lecz w rzeczywistości ten rodzaj uśmiechu otwiera na współpracę i pozytywne kontakty międzyludzkie.
  • dominacyjny z charakterystycznym odchyleniem głowy, może wskazywać na poczucie wyższości i zdystansowanie; jednocześnie może redukować prawdopodobieństwo wystąpienia zachowań agresywnych.

Zespół Jareda Martina zwrócił też uwagę na różnice kulturowe w odbiorze śmiechu. Głośny, egzaltowany, doniosły jest źle odbierany w krajach azjatyckich. W Japonii czy Indonezji, a więc w krajach homogenicznych istotną rolę odgrywa uśmiech dominacyjny, wpływający na ustalanie hierarchii społecznej. W USA czy Nowej Zelandii, a więc w krajach heterogenicznych, bardziej akceptowany jest uśmiech afiliacyjny, ważny dla tworzenia więzi społecznych.

Popularność terapii śmiechem

W świetle doniesień naukowych nie dziwi fakt, że rośnie popularność wszelkiego rodzaju seminariów śmiechu, dobrze ma się joga śmiechu i terapie śmiechu.

Twórcą jogi śmiechu jest lekarz medycyny dr Madan Kataria. To nic innego jak zestaw ćwiczeń, prostych technik oddechowych i relaksacyjnych, których celem jest wywołanie śmiechu bez konkretnego powodu. Ćwiczenia takie odbywają się w grupach, w atmosferze dziecięcej zabawy. Śmiech wywoływany jest sztucznie, ale często zamienia się w spontaniczny i zaraźliwy. Jeśli nawet do tego nie dojdzie, joga śmiechu opiera się na przekonaniu, że śmiech wywoływany zapewnia takie same psychologiczne i fizjologiczne korzyści, jak śmiech spontaniczny.

Smutny jak Polak

Pomimo wagi uśmiechu w codziennym życiu aż 20 proc. badanych przez SW Research Polaków stwierdziło, że nie uśmiecha się tak często, jakby chciało, a wręcz zdarza się, że się od uśmiechu powstrzymują.

Przyczyny braku uśmiechu u Polaków:

  • brak powodów do radości
  • wstyd wynikający z problemów z uzębieniem.

Co trzeci badany wskazał, że niechęć do szerokiego uśmiechu związana jest ze stanem zębów. Aż 13 proc. ankietowanych przyznało, że to wyzwania w tym obszarze jako główny powód. Badania Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego potwierdzają, że może być to istotna przyczyna, która sprawia, że Polacy się nie uśmiechają. Aż 98 proc. rodaków ma problemy z zębami i przyzębiem, a co drugiej osobie brakuje przynajmniej jednego zęba.
Najnowszy Narodowy Test Zdrowia Polaków z 2022 roku dowodzi, że Polacy są na bakier z profilaktyką oraz regularnymi przeglądami stanu swojego uzębienia. Zaledwie 37 proc. badanych odbyło konsultację dentystyczną w ciągu ostatniego pół roku.

kurier PAP


Prawdziwa historia o Halloween jest znacznie ciekawsza niż sądzicie

Silke Wünsch

Silke Wünsch

Czy Halloween to wynalazek amerykańskiego przemysłu cukierniczego? A może Halloween to starożytny celtycki zwyczaj? Prawdziwa historia o Halloween jest znacznie ciekawsza.

Alexa / Pixabay

W nocy przed dniem Wszystkich Świętych grasują złowieszcze postacie. Zamaskowane, w upiornym świetle, robią straszne grymasy. Za chwilę zapukają do Twoich drzwi… To Halloween – wesoła noc grozy z upiorami i zabawą. Święto, podczas którego każdemu wolno się bać i jednocześnie pokazać śmierci środkowy palec. Ludzie przebierają się, przemierzają ulice, dzwonią do drzwi, krzyczą „Trick or treat!” (pol. „Cukierek albo psikus!”), a potem bawią się na niezliczonych imprezach.

Często mówi się, że ten spektakl, wyeksportowany z USA do wielu innych krajów, to czysta komercja. Tak jak Święty Mikołaj z reklamy Coca-Coli czy róże na Walentynki. A przemysł związany ze świętem Halloween nie szczędzi wysiłków, aby lansować plastikowe dynie i straszne maski na całym świecie.

Dusze w czyśćcu

Za tą komercją kryje się jednak prawdziwy zwyczaj, którego początki sięgają kilkuset lat wstecz, ale który nie wywodzi się z kultury Celtów, jak się często twierdzi. Ci bowiem mieli swój „Samhain” pod koniec października, rodzaj dożynek na początku zimy. Kościół, który panował w całej Europie w średniowieczu, umieścił święto Wszystkich Świętych dokładnie w tym czasie.

Samo słowo Halloween wywodzi się od „All Hallows Eve”, czyli wieczoru poprzedzającego dzień Wszystkich Świętych. Wówczas wspomina się zmarłych, modląc się za spokój ich duszy. Przecież zmarłym też powinno się dobrze wieść. Według wiary chrześcijańskiej zmarli czekają na Dzień Sądu Ostatecznego, który idzie w parze z ponownym pojawieniem się Chrystusa. We wczesnym chrześcijaństwie ludzie wierzyli, że ten dzień nadejdzie szybko. Tak się jednak nie stało.

– A potem – wyjaśnia Dagmar Haenel, antropolog kultury z Bonn – ludzie coraz częściej zadawali sobie pytanie: co właściwie dzieje się z duszami, co one robią? Czy możemy jakoś dobrze wykorzystać okres przejściowy, dzielący nas od Dnia Sądu Ostatecznego?

I tak powstało pojęcie czyśćca: miejsca będącego czymś w rodzaju stacji pośredniej między śmiercią a wiecznością, gdzie człowiek zaczyna się oczyszczać i odpracowywać swoje grzechy.

Utrzymywał się przy tym pewien związek między naszymi duszami i duszami przebywającymi już w zaświatach. Jak mówi Dagmar Haenel: „To przekonanie jest obecne we wszystkich religiach: możemy mieć wpływ na zaświaty i odwrotnie. Odmawiamy więc różaniec, czynimy dobro, dajemy jałmużnę i wszystko to ma bezpośredni wpływ na cierpienia biednych dusz w czyśćcu”.

W średniowieczu ludzie chodzili od domu do domu w noc poprzedzającą dzień Wszystkich Świętych, by prosić o dary. Na niektórych obszarach wiejskich w Niemczech zwyczaj ten utrzymuje się do dziś: kawalerowie paradują po wsi, modlą się, śpiewają i błogosławią, a w zamian za to otrzymują pieniądze lub jedzenie. W USA ten zwyczaj przekształcił się w zabawę dla dzieci „Trick or treat”.

Zwyczaj znika, ale tylko z Europy

Wraz z postępującym Oświeceniem w XVIII i na początku XIX wieku, Kościoły stały się sceptyczne wobec starych zwyczajów, a niektórych nawet zakazały, jak wyjaśnia Dagmar Haenel. Co więcej, w toku industrializacji, nastąpiło zagęszczenie sieci społecznej, więc już nie trzeba było zbierać tak dużo datków na biednych.

– Dawny kontekst kulturowy i społeczny związany z tym zwyczajem zniknął. Stało się tak dlatego, że zwyczaje i obrzędy nie istnieją dla zabawy, ale dlatego, że są potrzebne ludziom – wyjaśnia bońska antropolog kultury. Wraz z wprowadzonym pod koniec XIX wieku ustawodawstwem socjalnym Bismarcka ta potrzeba zniknęła. Teraz państwo było odpowiedzialne za utrzymanie ubogich. Nic więc dziwnego, że jakieś zwyczaje po prostu umarły.

„Transatlantycka migracja powrotna”

Ale nie ten. Ten jednak szczątkowo przetrwał. Irlandzcy emigranci zabrali Halloween ze sobą do Ameryki w XIX wieku. Nie mieli wiele, ale trzymali się swojej kultury. Lars Winterberg, ekspert w dziedzinie antropologii historycznej i etnologii Europy, uważa, że Halloween obchodzono głównie w imigranckich dzielnicach wielkich miast USA.

Jego zdaniem ta tradycja mogła być kultywowana także w nowej sytuacji życiowej irlandzkich emigrantów. – Integracja rzadko działa jak ulica jednokierunkowa. W rzeczywistości prawie zawsze dochodzi do mieszania się kultury migrantów z kulturą społeczeństwa, które ich przyjmuje – mówi ekspert.

W ten sposób zwyczaj Halloween rozpowszechnił się w całych Stanach Zjednoczonych. Na początku było to raczej święto dla dzieci. Później stało się ono bardziej „dorosłe”, pojawiły się pierwsze imprezy, specjalne stroje i dekoracje.

W czasie II wojny światowej i po niej święto to powróciło do Europy: żołnierze amerykańscy stacjonujący w Niemczech obchodzili Halloween. Niemcy przyjęli to wtedy po prostu do wiadomości. Halloween stało się ciekawsze, gdy rozlało się po Europie w postaci filmów wyświetlanych w kinach i seriali telewizyjnych.

Dziwna mieszanka wszystkiego

Wyznacznikiem trendów stał się horror „Halloween” w reżyserii Johna Carpentera. To przerażający klasyk tego gatunku, po którym Halloween już nigdy nie było takie samo. Teraz wszystko zostało ze sobą wymieszane: horror, zombie, śmierć, diabły, czarownice, wampiry, demony, upiory i zabawa dla dzieci. Nawet tradycyjni Irlandczycy zaczęli obchodzić Halloween na sposób amerykański.

Joerg Fuchs, etnolog z Uniwersytetu w Wuerzburgu, uważa to za absurd: „Halloween wraca do Irlandii. Irlandczycy obchodzą amerykańskie święto z irlandzkimi korzeniami u siebie w Irlandii, ale na sposób amerykański”.

Niemcy też zostały zarażone wirusem Halloween. Pomarańczowe dynie przedstawiające wykrzywione twarze stoją w witrynach sklepowych, a 31 października w wielu miejscach w całym kraju odbywają się imprezy z okazji Halloween. Ich główną grupą docelową jest młodzież.

Namiastka karnawału

Gdy w latach 90. XX wieku w Niemczech moda na Halloween nabrała rozpędu, wydawało się, że przemysł karnawałowy praktycznie chce wymusić na Niemcach obchodzenie tego święta.

Joerg Fuchs ma na ten temat ciekawą teorię: „W 1991 roku pochody karnawałowe w Poniedziałek Zapustny zostały odwołane z powodu wojny w Iraku. Była to prawdziwa katastrofa dla niemieckiego przemysłu karnawałowego, który wtedy stracił miliony. Zaczęto zatem poszukiwać innego święta, które mogłoby stać się dla niego drugą podporą biznesową. Od tego czasu Halloween w Niemczech przeżywa swój komercyjny sukces”.

Nie robi to jednak większego wrażenia na starszych osobach w Niemczech. Szczególnie w Nadrenii istnieje tradycja alternatywna wobec Halloween, która zaczyna się już za kilka dni. 11 listopada w niemieckich miastach, będących „karnawałowymi twierdzami”, jak Kolonia, Duesseldorf, Moguncja czy Bonn, rozpoczyna się „piąta pora roku”. Trwa do Środy Popielcowej, a opiera się na starym chrześcijańskim zwyczaju. Organizowane są wówczas pochody św. Marcina, gdy osoba przebrana za tego świętego jedzie na koniu, za nim zaś idą głównie dzieci, ale też i dorośli, śpiewając i trzymając latarenki, najczęściej własnoręcznie wykonane. Pochód kończy się ogniskiem i odgrywaniem scen z życia tego świętego. Ponadto, po procesji św. Marcina lub w najbliższych dniach po niej w wielu miejscach dzieci chodzą z lampionami od domu do domu, śpiewając i prosząc o słodycze, ciastka, owoce i inne dary.

 

REDAKCJA POLECA

 


Którą młotowiertarkę akumulatorową warto wybrać?

Która młotowiertarkę akumulatorową warto wybrać? Na co zwrócić uwagę, kupując odpowiednią młotowiertarkę akumulatorową? Jeśli szukasz odpowiedzi na powyższe pytania, znajdziesz je w poniższym artykule. 

Która młotowiertarkę akumulatorową warto wybrać?
Fot. ronix tools / Unsplash
  1. Do czego służy młotowiertarka akumulatorowa?
  2. Na co zwrócić uwagę szukając młotowiertarki akumulatorowe?

Chcesz kupić młotowiertarkę akumulatorową, ale właściwie nie wiesz, które urządzenie z dostępnych na rynku rozwiązań warto wybrać? Wszystko zależy od tego, czego właściwie potrzebujesz. Dlatego koniecznie zwróć uwagę na najważniejsze parametry młotowiertarek i dopasuj je do własnych oczekiwań. Zanim jednak wskażemy, jakie właściwości urządzeń tego rodzaju są ważne, przypomnijmy, do czego służą młotowiertarki. 

Do czego służy młotowiertarka akumulatorowa?

Do czego służy młotowiertarka akumulatorowa i jak wybrać tę najlepszą? Otóż młotowiertarka akumulatorowa jest narzędziem, które wykorzystuje się przede wszystkim do wiercenia otworów w betonie. Dzięki nim można także wykuwać otwory oraz bruzdy w stropach czy ścianach. Młotowiertarki akumulatorowe świetnie sprawdzają się również do skuwania posadzek oraz ściennych okładzin. Warto wiedzieć, że młotowiertarką akumulatorową można wywiercić otwory o dużej średnicy.

Na rynku aktualnie dostępne są młotowiertarki zasilane z sieci oraz akumulatorowe. Te drugie cieszą się sporą popularnością ze względu na swoją mobilność i brak ograniczenia w postaci przewodu. Jeśli interesuje Cię młotowiertarka akumulatorowa, polecamy wybierać te urządzenia, które wyposaża się w akumulator o dużej pojemności. Z reguły litowo-jonowy akumulator działa długo, ale warto pamiętać, że gdy jest rozładowany, odczujesz spadek mocy urządzenia, po czym młotowiertarka przestanie nagle działać. Ciekawą alternatywą zatem są młotowiertarki z akumulatorem niklowo-kadmowym. Tego rodzaju akumulator rozładowuje się w sposób stopniowy. 

Młotowiertarki dzieli się również na modele z udarem mechanicznym oraz udarem elektropneumatycznym. W pierwszym przypadku otrzymujesz tańsze rozwiązanie, w drugim droższe, ale jednocześnie wydajniejsze. Młotowiertarka z udarem elektropneumatycznym radzi sobie doskonale również z najtwardszym żelbetem w porównaniu do urządzenia z udarem mechanicznym.

Na co zwrócić uwagę szukając młotowiertarki akumulatorowe?

Na jakie parametry zwrócić uwagę, szukając odpowiedniej młotowiertarki akumulatorowej? Ważny jest przede wszystkim rodzaj udaru. Jak wspominaliśmy właściwie, udar pneumatyczny ma większą siłę w porównaniu do mechanicznego. Jeśli jednak potrzebujesz tańszego, ale wciąż lepszego rozwiązania od młotowiertarki z udarem mechanicznym, polecamy zwrócić uwagę na urządzenie z udarem pobijakowym. Jest silniejszy od udaru mechanicznego, ale nieco słabszy jednak od pneumatycznego.

Drugim parametrem jest możliwość kucia. O ile każda młotowiertarka umożliwia wiercenie, o tyle nie każda sprawdzi się przy wykuwanie otworów w materiale. Taka opcja możliwa jest jedynie w modelach z funkcją udaru bez obrotów. 

Kolejny parametr to maksymalna średnica wiercenia. Zwróć na tę właściwość szczególną uwagę, gdyż to od niej zależy, jak duże wiertła mogą zostać użyte przy danym urządzeniu i jakiej wielkości otwory będziesz mógł wykonywać. 

Wśród parametrów młotowiertarek akumulatorowych znajduje się również taka właściwość jak moment obrotowy. Wartość podaje się w niutonometrach – Nm. Im większa jest ta liczba, tym właściwie lepiej. Wysoki moment obrotowy wiertła sprawia, że młotowiertarka będzie lepiej radzić sobie z równie większymi oporami. A zatem będzie przydatna przy wierceniu w twardszych materiałach. Warto pamiętać, że im większa energia udaru, tym łatwiej będzie można przebić się nawet przez najtwardsze powierzchnie. Młotowiertarka udarowa pozwoli również wykonywać prace, w których zachodzi konieczność lekkiego podkuwania ścian. Nawet jeżeli na co dzień nie jest to potrzebne, to warto dopłacić i kupić porządny sprzęt o dużej mocy z dostępem do funkcji udaru.


Roman Giertych napisał list do Obajtka w sprawie ustawy koryto+

Roman Giertych

Roman Giertych

Jakimże wielkim smutkiem napawa fakt, że Pana wspaniały projekt ustawy nazwany zupełnie niesłusznie ustawą koryto+ został chwilowo porzucony. Mieliście ogromną szansę, aby uchronić wasze miejsca pracy przed nieuchronną likwidacją. Wycofanie tego wspaniałego projektu, który miał na kolejne 5 lat utrzymać wasz dotychczasowy poziom życia, to cios, którego się Pan pewnie nie spodziewał, a który boli bardziej, bo z bratniej pochodzi ręki.

Szanowny Panie Prezesie!

Jakimże wielkim smutkiem napawa mnie fakt, że Pana wspaniały projekt ustawy nazwany zupełnie niesłusznie ustawą koryto+ został chwilowo porzucony przez Pańskiego mentora.

Ten wspaniały przykład ustawowej troski o dobro Rzeczpospolitej zagrożone przez możliwość utraty Pańskiego władztwa nad największą spółką, był najwyższą formą patriotyzmu, na jaką stać pańskich kolegów z PiS.

Mieliście ogromną szansę, aby uchronić wasze miejsca pracy przed nieuchronną likwidacją, lecz niestety zostaliście zdradzeni o świcie.

Wycofanie tego wspaniałego projektu, który miał na kolejne 5 lat utrzymać wasz dotychczasowy poziom życia, to cios, którego się Pan pewnie nie spodziewał, a który boli bardziej, bo z bratniej pochodzi ręki.

Oj, łzy żalu i mi kapią obecnie na klawiaturę, że jeden atak opozycji, a Kaczyński jak dziecko z podkuloną nogą ucieka od projektu, który znaczył dla Pana wszystko. W jaki sposób Pan i Pańscy koledzy, przyjaciele, znajomi, ich znajomi, ich krewni i przyjaciele krewnych, ich kochanki, fryzjerzy tych przyjaciół i ich kuzyni oraz wszelkiej maści mrowie pospolitego pisowskiego ludku, który za pieniądze spółek Skarbu Państwa z godnością, dla Polski i po przeżegnaniu się przed posiłkiem, przeżera nasz majątek, będzie teraz mógł dalej budować nową elitę? No jak?

Czy czasy, gdy to Pan, były burmistrz Pcimia, Pana znajoma – księgowa z pcimskiego MOP-su, którą zrobił Pan szefem Tauronu i wielu, wielu innych podobnie wykwalifikowanych przedstawicieli elity władzy jedli kawior i pili szampana, aby lud mógł łykać te frykasy per procura ustami swych najlepszych przedstawicieli, miną bezpowrotnie? (Sprawdzi sobie Pan w Google, co „per procura” znaczy, bo nie chcę tłumaczeniem zaburzać ciągłości tekstu).

Panie Prezesie!

Nie może Pan tej zdrady tak pozostawić. Niech Pan walczy! Niech Pan zagrozi, że z Orlenu wycofa Pan parówki, a może PiS wróci do swego projektu?

I na koniec słowa wdzięczności. Dzięki Pańskiej inicjatywie dowiedziałem się, że w Sejmie jest 3 posłów Czarneckich! O jednym z nich usłyszałem ostatnio, gdy nawalony jak stodoła zasnął snem sprawiedliwego na ławce, ale o istnieniu dwóch pozostałych nie miałem pojęcia. Gdyby nie fakt, że ich podpisy widnieją pod tą ustawą, to bym się nie dowiedział o tych przesławnych reprezentantach Narodu. Z pewnością dostali się do Sejmu ze względu na merytorykę, a nie dzięki znanemu nazwisku. Muszą być oni od zadań tajnych i specjalnych, bo jako żywo przez trzy lata nic o nich nie słyszałem. Jak mogłem żyć bez tej wiedzy o ich istnieniu?

Z poważaniem
Roman Giertych

PS.

Nie kombinuj Pan próbując wyprowadzać akcje lub majątek. Wszystko się wyda, a Pan za każdą próbę uszczuplenia Orlenu surowo odpowie.


Magdalena Środa: Dziś tęczowy piątek, tymczasem Kaczyński klęczy przed „facetami” w purpurowo złotych sukienkach

Magdalena Środa

Magdalena Środa

Nie ma dwóch płci, każdy jest trochę kobietą, trochę mężczyzną. Dużo jest jednak ludzi, którzy wolą skrywać się w stereotypach - najgłębiej ci, którzy swojej płci nie są pewni. Na przykład księża, wielu polityków i faszyzujące chłopaki, które są tak niestabilne płciowo, że gotowi zabić, byleby uznać ich męskość. Taki Kaczyński klęczy przed facetami w purpurowo złotych sukienkach i uważa to za dowód na swoją męskość

Dziś tęczowy piątek. Nie chodzi tu tylko o ochronę osób LGBT przed dyskryminacją, ale o Prawdę.

Nie ma dwóch płci, jest ich całe kontinuum, każdy jest trochę kobietą, trochę mężczyzną, każdy – gdyby nie oparta na binarności kultura, byłby po prostu sobą. Dużo jest jednak ludzi, którzy panicznie się tego boją, wolą skrywać się w stereotypach – najgłębiej ci, którzy swojej płci nie są pewni. Na przykład księża, wielu polityków i faszyzujące chłopaki, które są tak niestabilne płciowo, że gotowi zabić, byleby uznać ich „męskość”.

Bo ci, którzy naprawdę czują się mężczyznami, agresji (w obronie swojej męskości) są pozbawieni.

Agresja broni binarności, za wszelką cenę. Bo binarność to emblemat świata gdzie rządzą prawdziwi mężczyźni (czyli ci, którzy na pewno nie są homoseksualistami, którzy panują nad kobietami i słuchają… panów w sukienkach – dziwna to konstrukcja tożsamości).

Taki Kaczyński klęczy przed „facetami” w purpurowo złotych sukienkach, którzy należą do gangu pedofilów (choć nie wszyscy) i uważa to za dowód na swoją męskość, o którą walczy jak o niepodległość. To jednak niepojęte!

Magdalena Środa


Krzysztof Skiba: Niektórym gwiazdorom odbija na starość. Najgłupszy odłam gwiazdorów kumpluje się na starość z dyktatorami

Krzysztof SKiba

Krzysztof SKiba

Niektórym gwiazdorom (i to nie tylko z Hollywood), odbija na starość. Nie wiem, czy to kwestia ciągłej potrzeby uznania, chroniczne uzależnienie od poklasku, czy wyrachowany plan przetrwania na emeryturze. Jedni rzucają się w szpony religii i będąc zerami udają świętych, inni modlą się do skalpela chirurga i Jej Wysokości Botoksu, jeszcze inni chcą zostać politykami.

POCIĄG DO POTWORA

Steven Seagal gwiazdor kina akcji, w filmach gra zawsze tego, który staje po stronie słabszych. Daje wycisk gangsterom, mafiozom, porywaczom kobiet, handlarzom narkotyków. Nie ma litości dla tych, którzy wykorzystują i gnębią starców, kobiety i dzieci.

W prawdziwym życiu był wielokrotnie oskarżony o molestowanie kobiet i kontakty z przestępcami. Od kilku lat jest też kumplem największego bandziora, czyli Władimira Putina. Ten zawodowy osiłek tak zauroczył się Rosją, że nie tylko wspierał propagandowo militaryzm rosyjski i okupację Krymu, ale w 2016 roku przyjął obywatelstwo rosyjskie, a po napadzie Rosji na Ukrainę swoje urodziny świętował hucznie w Moskwie, w towarzystwie ważnych prominentów z otoczenia samego Putlera.

Niektórym gwiazdorom (i to nie tylko z Hollywood), odbija na starość. Nie wiem, czy to kwestia ciągłej potrzeby uznania, chroniczne uzależnienie od poklasku, czy wyrachowany plan przetrwania na emeryturze. Jedni rzucają się w szpony religii i będąc zerami udają świętych, inni modlą się do skalpela chirurga i Jej Wysokości Botoksu, jeszcze inni chcą zostać politykami.

Najgłupszy odłam gwiazdorów kumpluje się na starość z dyktatorami

Jednak najgłupszy odłam gwiazdorów kumpluje się na starość z dyktatorami. Mają klinicznie stwierdzony pociąg do krwawych potworów. Najbardziej znane przykłady to m.in. gwiazda koszykówki Dennis Rodman, który przez całą swoją karierę w NBA, wydawał się na maksa sympatycznym gościem. Tymczasem na emeryturze zapałał miłością do satrapy z Korei Północnej Kim Dzong Una. Z uśmiechem wspiera kraj, w którym za oglądanie romantycznych seriali z Korei Południowej ląduje się w obozie koncentracyjnym. Jest częstym gościem Kim Dzong Una, fotografuje się z nim i wygłasza teorie, że to spoko gość.

Francuski gwiazdor o światowej sławie Gerard Deperdieu nigdy nie był grzecznym chłopcem. Już jako młodzian wdawał się w liczne bójki, był szulerem, złodziejem i alfonsem. Jego wielki talent aktorski kazał wszystkim przymykać oko na chuligańsko łobuzerską naturę gwiazdy. Wolimy pamiętać go z roli Dantona, Rasputina czy Obelixa. Z filmów takich jak Nędznicy czy Hrabia Monte Christo, niż z faktu, że jest międzynarodowym awanturnikiem, politycznym palantem i lizusem Putina, który tak się zakochał w Rosji, że przyjął jej obywatelstwo.

„Nierozumiejący niczego debil”

Kolekcję pożytecznych idiotów rosyjskiego dyktatora uzupełnia mistrz obita szczęka Steven Seagal i Roger Waters z legendarnego Pink Floyd, który jak nierozumiejący niczego debil, apeluje do bombardowanych przez rakiety Putina Ukraińców o pokój.

Dobrze się stało, że politycy z Polski, Łotwy, Litwy, Ukrainy i USA wystąpili z wnioskiem o nałożenie sankcji gospodarczych na Stevena Seagala. Nie ma litości dla wspieraczy Króla Żula z Moskwy. Seagal w swych filmach nieźle kopał przeciwników. Czas by sam się kopnął w tyłek.

Krzysztof Skiba


Wielu mężczyzn uciekło za granicę, by uniknąć mobilizacji w Rosji. Jak radzą sobie ich żony i partnerki? Trzy z nich opowiedziały swoją historię

Katerina Szmielewa

Katerina Szmielewa

Cztery tygodnie po ogłoszeniu częściowej mobilizacji, które miało miejsce 21 września br., prezydent Rosji Władimir Putin zapowiedział jej niedługie zakończenie. Konkretnej daty jednak nie podał. Obecnie w samej Moskwie rekrutacja już została zakończona, trwa natomiast w wielu innych regionach kraju. Oficjalne dane przewidują powołanie do armii 300 tysięcy obywateli, z których – jak poinformował sam Putin – zaciągniętych zostało już 222 tysiące.

Wielu mężczyzn, którzy ukrywają się przed poborem, opuściło Rosję. Jak czują się ich partnerki, które zostały w kraju? Trzy z nich opowiedziały dziennikarzom Deutsche Welle swoją historię. Z obawy przed ewentualnymi represjami nie zdradzamy ich nazwisk.

Daria, 25 lat: „Grunt płonie nam pod nogami”

Daria, copywriterka z Czelabińska na południowym Uralu, do niedawna nie interesowała się w ogóle polityką.

– Nie potrafiłam się zmusić do sprawdzania, co jest fejkiem, a co prawdą – mówi. Agresja na Ukrainę była dla niej katastrofą, ale starała się o niej nie myśleć. Wypierała ten fakt. Jednak kiedy ogłoszono częściową mobilizację, zaczęła się bać o swojego męża, Aleksieja. Zaczęła sprawdzać ustawy i razem z mężem zdecydowała, że powinien wyjechać z Rosji.

Aleksiej wyjechał do Kazachstanu, bo tam obywatele Rosji mogą przebywać bez paszportu, którego Aleksiej nie zdążył wyrobić. Przed jego wyjazdem Daria nie mogła spać wiele nocy. Zajęła się przygotowaniami, zdobyła dokumenty, znalazła mieszkanie dla męża i dowiedziała się, przez które przejście graniczne najłatwiej wyjechać.

Aleksiej posłuchał żony i przekroczył granicę bez problemu. Dziś wynajmuje mieszkanie w stolicy Kazachstanu – Astanie i pracuje jako fotograf. – Żyje mu się tam i pracuje lepiej niż w Czelabińsku, ma też lepsze szanse na przyszłość – mówi Daria.

Nadal stara się z Rosji pomagać mężowi, jak może: w sklepach internetowych zamówiła poduszki, koc, pościel i czajnik do jego nowego mieszkania. I wysłała paczkę z zimowym ubraniem. Problemem jest połączenie internetowe, które w Kazachstanie nie jest tak dobre i utrudnia Darii i Aleksiejowi regularne wideorozmowy.

W międzyczasie Daria złożyła wniosek o paszport i chce jak najszybciej dołączyć do męża. Obawia się, że rosyjskie władze mogą – w związku z ogłoszeniem stanu wojny w Donbasie – zamknąć granice kraju. – Nie chcę w ogóle myśleć, że Aleksiej mógłby być tam, a ja tu. To byłoby bardzo trudne i smutne. Mamy świetny związek, jesteśmy razem od 2017 roku – mówi. W tej sytuacji Daria może się tylko cieszyć, że na razie nie mają dzieci.

Teraz Daria martwi się jeszcze o rodziców, którzy mieszkają w Czelabińsku. – Są nastawieni patriotycznie, nie mogę próbować zmieniać ich nastawienia, bo muszą tu nadal żyć. W Kazachstanie wszystkie problemy, z którymi musi się borykać mój mąż, dadzą się rozwiązać. Tu, mam wrażenie, że płonie nam grunt pod nogami.

Olga, lat 32: „Nie wiem, co musiałoby się stać, żebym wszystko rzuciła i wyjechała”

Kiedy Władimir Putin ogłosił częściową mobilizację, Olga z Murmańska na dalekiej północy od razu wiedziała, że na częściowej się nie skończy i powołani będą wszyscy zdolni do walki. Dlatego jej mąż, Artiom, zdecydował się na wyjazd z Rosji. Jego rodzina nie była z tego powodu szczęśliwa, ale nie odwodziła go od decyzji. Matka Artioma ma dom w regionie donieckim i chciałaby, aby region ten należał do Rosji, ale z minimalnymi stratami. Ojciec Artioma uważa, że syn powinien walczyć na wojnie.

Olga pomogła mężowi załatwić wszystko, co z Murmańska dało się załatwić. – Musieliśmy porozmawiać z rodziną i zebrać pieniądze na podróż. Szukaliśmy biletów, ale żadnych już nie było. Artiom jest doświadczonym turystą, spakował się sam. Wziął plecak, śpiwór, ciepłą bieliznę, zestaw pierwszej pomocy i jedzenie – opowiada Olga.

Jej mąż wyjechał z Murmańska 27 września i już dwa dni później był w Kazachstanie. Przez całą podróż nie byli pewni, czy Rosja nagle nie zamknie swoich granic. – Dobrze, że udało mu się wyjechać. Przynajmniej nie muszę się już bać, że go znajdą i zaciągną – przyznaje Olga. W międzyczasie jej mąż otrzymał prawo pobytu w Kazachstanie. Razem z innymi mężczyznami, z którymi podróżował, wynajmuje mieszkanie w Ałmatach i stara się założyć w mieście własną firmę.

Olga i Artiom mają czteroletniego syna. Po raz pierwszy musieli się rozstać na tak długo. Ważne decyzje nadal podejmują wspólnie, ale teraz przez komunikatora. Przez słabe połączenia internetowe rzadko udaje się im porozmawiać przez wideo, dlatego nagrywają krótkie filmy i przesyłają sobie. – Nasz synek nie rozumie jeszcze, gdzie jest tata. Kiedy widzi filmik z nim, płacze i chce do niego mówić. Tęskni za tatą – mówi Olga.

W jej codziennym życiu niewiele się zmieniło. Pracuje jako wychowawczyni. – Mimo wszystkich złych wiadomości człowiek tkwi w szarej rzeczywistości – mówi. Z jednej strony chciałaby dołączyć do męża, ale z drugiej – trudno jej porzucić dotychczasowe życie. – Rozmawialiśmy z mężem o sprzedaży mieszkania, ale jeszcze nie jestem na to gotowa. Nie wiem, co musiałoby się stać, żebym wszystko rzuciła i wyjechała. Pewnie musiałaby tu spaść rakieta, wtedy uciekłabym natychmiast.

Elena, 41 lat: „Kobiety nie mogą zatrzymać tej wojny”

Elena jest psycholożką i mieszka w Archangielsku, na północy Rosji. Po ogłoszeniu częściowej mobilizacji jej mąż postanowił, że razem synem ucieknie do Armenii. Syn, po zakończeniu zasadniczej służby wojskowej w lecie został zwolniony z armii i zaczął studia na uniwersytecie. – Po ogłoszeniu powszechnej mobilizacji byłby pierwszy na liście. Nie chciałam ryzykować jego życia i zdrowia – mówi Elena.

Firma, w której zdalnie pracuje mąż Eleny, po agresji Rosji na Ukrainę przeniosła się do Erewania, stolicy Armenii – było więc jasne, dokąd powinni uciekać. Musieli tylko do Erewania dotrzeć. Elena bała się, że mąż i syn mogliby nie zdążyć, opuścić kraju przed ewentualnym zamknięciem granic. Dlatego już 24 września ruszyli w stronę granicy z Gruzją.

W tamtym czasie Elena była swoistego rodzaju „centrum logistycznym“ dla syna i męża. – Wcześniej miałam depresję i nie miałam na nic siły. Ale kiedy na horyzoncie pokazało się rozwiązanie, poczułam przypływ energii – wspomina Elena. Jej mężowi i synowi udało się przekroczyć granicę w ciągu jednego dnia.

Teraz obaj urządzają się w Erewaniu i przyzwyczajają do tamtejszej kuchni. Problemem jest przelew pieniędzy, nie wiadomo też, czy syn będzie mógł kontynuować studia na rosyjskim uniwersytecie. Mimo rozstania Elena czuje się lepiej. – Teraz są bezpieczni. To nie naszej rodzinie przydarzy się coś złego, tylko naszemu krajowi. Przygotowujemy się na wszystko, ale problemy nas nie złamią, tylko silniej połączą – mówi.

Elena chce pod koniec października odwiedzić syna i męża w Armenii i zawieźć im ciepłe ubranie. Nie myśli jednak o przeprowadzce do Erewania. W Archangielsku angażuje się społecznie i chce to robić, jak długo się da.

Jej zdanie o zachowaniu kobiet, które swoich mężów i synów wysyłają na wojnę, jest jasne: – Myślą, że to coś takiego jak Wielka Wojna Ojczyźniana (używana w Rosji nazwa II wojny światowej od ataku Niemiec na ZSRR w 1941 roku – red.) – mówi Elena. Jej zdaniem kobiety w Rosji są teraz bezpieczniejsze niż mężczyźni. – Możemy przejąć rolę mężczyzn, co może przełożyć się na zmianę polityki Rosji. Ale tej wojny kobiety nie mogą zatrzymać.

REDAKCJA POLECA

 


FAZ: z winy PiS stosunki między Niemcami a Polską są najgorsze od 1989 roku

Anna Widzyk

Anna Widzyk

Z winy Warszawy polityczne stosunki polsko-niemieckie są dziś najgorsze od 1989 roku. Ale problemy są głębsze – pisze „Frankfurter Allgemeine Zeitung”.

Fot. Źródło: screen shot YouTube / kprm

Polityczne stosunki między Niemcami a Polską są najgorsze od 1989 roku. „Winę za ten stan ponoszą wyłącznie rządzący w Warszawie narodowi konserwatyści” – ocenia na łamach „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (FAZ) komentator gazety Reinhard Veser.

„Rozpowszechniają oni opartą na kłamstwach, półprawdach i nienawiści karykaturę Niemiec: Berlin chce stworzyć na fundamencie UE ‚czwartą Rzeszę’ i znów ujarzmić Polskę. Niektórzy członkowie rządu utrzymują wprawdzie merytoryczny i dyplomatyczny ton wobec Niemiec jako sojusznika w UE i NATO. Ale waga umiarkowanych głosów spada, podczas gdy jednocześnie zanikają retoryczne opory dogmatyków” – ocenia autor opublikowanego w czwartek (27.10.2022) komentarza.

Jego zdaniem przyczyn należy szukać w polskiej polityce wewnętrznej. Jak pisze, partii PiS trudno będzie po raz kolejny wygrać wybory w przyszłym roku. „Polska prawica zawsze chętnie podsycała w kampaniach wyborczych antyniemieckie nastroje, bo spotyka się to z aprobatą części społeczeństwa z powodu popełnionych przez Niemców zbrodni w czasie II wojny światowej. Teraz PiS uderza w jeszcze ostrzejsze tony niż do tej pory, ponieważ w czasie obecnego kryzysu z własnej winy nie może zrealizować obiecanych programów socjalnych” – pisze Veser.

Odpowiedź na rzekome intrygi Berlina

Przypomina, że przez spór o praworządność z Komisją Europejską polski rząd ma niewielkie szanse na uzyskanie 36 mld euro z Funduszu Odbudowy UE po pandemii. Konsekwencje własnej postawy PiS próbuje „sprzedać opinii publicznej jako niemiecką intrygę”, twierdząc, że „na zlecenie Berlina niemiecka szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen odmawia Polsce wypłaty pieniędzy, aby wymusić uległość wobec Niemiec”.

„To, że teraz na stole kładzie się żądania reparacji za spustoszenia II wojny światowej, jest odpowiedzią na te rzekome intrygi. Oficjalnie chodzi o historyczną sprawiedliwość, ale popłynąć ma aktualne przesłanie: ten nieugięty rząd jest w stanie uzyskać wielokrotność unijnych pieniędzy, których wypłatę się Polsce wstrzymuje” – pisze niemiecki dziennikarz.

I ocenia: „Z rządem PiS raczej nie można mieć nadziei na konstruktywne, zorientowane na przyszłość relacje. Za sukces trzeba uważać już, to gdy uda się utrzymać rzeczowe robocze stosunki między Berlinem a Warszawą”.

W ocenie „FAZ” Warszawa wzmaga spór polsko-niemiecki wbrew własnej racji stanu. W takiej sytuacji priorytetem Niemiec powinna być obrona jedności Zachodu wobec rosyjskiej agresji na Ukrainę.

Asymetryczne stosunki

Komentator dziennika podkreśla, że ważne jest też, by nie utożsamiać stosunków politycznych obu państw z całością relacji polsko-niemieckich. „Dla niemieckiej gospodarki Polska od dawna jest ważniejsza niż Rosja, liczba kontaktów międzyludzkich jest wielka. Jednak przede wszystkim zachowanie rządu w Warszawie nie może przesłonić faktu, że w stosunkach polsko-niemieckich istnieją głębsze problemy, za które strona polska nie ponosi odpowiedzialności” – podkreśla Reinhard Veser.

Jak dodaje, relacje obu państw są „asymetryczne”. Biorąc pod uwagę historię, w której niemieccy władcy w XVIII i XIX wieku chcieli wymazać Polskę najpierw jako państwo, a następnie w XX wieku z ludobójczą energią jako naród, relacje z Niemcami mają dla Polaków znaczenie egzystencjalne. Z kolei dla większości Niemców Polska jest jednym z wielu sąsiadów – i to takim, którego zna się słabiej niż tych na zachodzie. Nawet zainteresowani historią Niemcy często nie zdają sobie sprawy z tego, jak brutalni byli niemieccy okupanci w Polsce podczas II wojny światowej. To widać i jest to jeden z powodów, dla których żądania reparacji spotykają się z aprobatą większości Polaków, choć według sondaży tylko nieliczni spodziewają się, że jakiekolwiek pieniądze rzeczywiście popłyną. Chodzi o uznanie” – pisze dziennikarz „FAZ”.

Protekcjonalni Niemcy

Jego zdaniem „protekcjonalne zachowanie Niemców wobec Polaków nie jest jeszcze przeszłością”. Veser przypomina, że przez wiele lat Niemcy nie traktowali poważnie polskich ostrzeżeń przed agresywną Rosją i odmawiali merytorycznej dyskusji o Nord Stream 2.Polacy mieli rację, a mimo to znów są w Niemczech politycy i publicyści, którzy tłumaczą raptusom na wschodzie, jak ma wyglądać rozsądna reakcja na rosyjską napaść na Ukrainę” – zauważa.

„Jeśli szkody wyrządzone przez rząd PiS w stosunkach polsko-niemieckich mają zostać kiedyś naprawione, to ze strony Niemiec potrzeba więcej otwartości, szacunku i zrozumienia dla sąsiadów na wschodzie” – konkluduje dziennikarz „FAZ”.

 

REDAKCJA POLECA

 


Morawiecki dla „Bilda” mówi, dlaczego Polska nie wysłała żądań reparacji do Rosji

Jeżeli Niemcy nie podejmą odpowiedzialności za zbrodnie w przeszłości, to Rosja nie zostanie rozliczona za zbrodnie w Ukrainie – ocenił polski premier w rozmowie z dziennikiem „Bild”.

Mateusz Morawiecki – Debata Parlamentu Europejskiego po wyroku TK. 19/10/2021.

Morawiecki: Czy chcecie, by Rosja uniknęła kary za zbrodnie?

W opublikowanym w czwartek (27.10.2022) wywiadzie z niemieckim dziennikiem „Bild” premier Mateusz Morawiecki połączył sprawę polskich żądań reparacji od Niemiec za II wojnę światową z rozliczeniem Rosji za zbrodnie w Ukrainie. Na pytanie, jak wyjaśni pokoleniu Niemców urodzonych dziesiątki lat po wojnie, że mają teraz zapłacić reparacje, Morawiecki odparł: – Mówię tym młodym ludziom: Wasz dobrobyt, wasze bogactwo pochodzi – przynajmniej częściowo – z okradzionych polskich domów, fabryk, majątku. (…) Wasi dziadkowie są odpowiedzialni za te zbrodnie w przeszłości. Jeżeli wy, jako potomkowie, nie podejmiecie tej odpowiedzialności, to także Rosja nigdy nie będzie mogła zostać rozliczona za swoje zbrodnie, które żołnierze Putina popełniają w Ukrainie – powiedział premier.

– Pytam więc Niemców: Czy chcecie, aby Rosja po tej wojnie uniknęła jakiejkolwiek kary, odszkodowania za swoje zbrodnie? Myślę, że większość Niemców tego nie chce. Ale wówczas muszą też podjąć odpowiedzialność za zbrodnie i masowe mordy, których ich kraj dopuścił się w czasie II wojny światowej. Nie chcę już nawet wspominać o 50 latach komunizmu, strasznego systemu, w który wpadliśmy wskutek tej wojny – dodał.

Na uwagę, dlaczego Polska nie wysłała podobnego rachunku do Rosji, Morawiecki odpowiedział, że nie da się tego porównywać, a „badania dowodzą, że ponad 90 procent polskich ofiar wojny zostało zamordowanych przez Niemców”. – Dlatego nasz pierwszy rachunek idzie do Niemiec – dodał.

Ukraina potrzebuje pieniędzy i broni

We wtorek, 25 października, Morawiecki wziął udział w międzynarodowej konferencji ekspertów na temat odbudowy Ukrainy w Berlinie. Jak powiedział w rozmowie z „Bildem”, rozmowy o przyszłości Ukrainy są istotne, „ale dużo ważniejszy problem musimy rozwiązać teraz: jak sprawić, by Ukraina miała wystarczającą ilość broni, aby zakończyć tę wojnę”.

– Pięknie, że rozmawiamy o przyszłej pomocy, o planie Marshalla i tym wszystkim. Ale Ukraina jest pod niesamowita presją – pomimo najnowszych sukcesów przeciwko Rosji. Tylko w ciągu dwóch ostatnich tygodni na ukraińskie miasta spadło 360 rakiet i dronów. Rosjanie celowo niszczą dostawców wody i energii, ciepłownie. Chcą, by zimą Ukraińcy marzli i głodowali. Dlatego pomoc potrzebna jest teraz. Ukraina potrzebuje pieniędzy i broni zamiast planów’! – powiedział Morawiecki.

Wezwał niemiecki rząd do przekazania Ukrainie czołgów, ciężkiej artylerii i amunicji. – Niemcy jako najbogatszy kraj Europy i jeden z największych eksporterów broni na świecie mogłyby zrobić znacznie więcej, aby bronić wartości Europy – dodał premier.

Niemcy korzystają na UE i euro

Morawiecki ocenił, , że niektórzy szefowie rządów w Europie „woleliby powrócić do ‚business as usual’, uważając, iż „można też zakończyć tę wojnę poprzez porażkę Ukrainy”. – Nie chcę wymieniać nazwisk, ale ta tendencja jest odczuwalna, gdy rozmawiam z kolegami w UE. Tu działa system, który zbudowała Rosja dzięki swoim dostawom gazu. Putin, niczym diler narkotykowy rozdawał tani gaz. A wielu krajom trudno się teraz od tego uwolnić – powiedział.

Pytany, dlaczego dla Polski tak ważne jest, by Ukraina stała się członkiem UE, Morawiecki odparł: – UE oznacza dobrobyt, stabilność i bezpieczeństwo, jako rodzina państw ze wspólnymi wartościami. Ukraina skorzysta na tym tak samo, jak UE. Ukraina nie może dostać się w obszar wpływów Rosji, Turcji czy Chin, jako wasal brutalnej dyktatury albo imperialistycznych despotów. Tylko UE może dać Ukrainie perspektywę bezpiecznej, stabilnej i pokojowej przyszłości.

Przyznał, że także Polska skorzystała na wolnym rynku, ale „pomoc i programy UE były tu mniej ważne, niż niektórzy twierdzą”. Jak podkreślił, – Polska pokazała, że jest innowacyjnym i silnym konkurentem na wolnym rynku. Na uwagę, że PiS i szef tej partii Jarosław Kaczyński inaczej mówią o UE i zarzucają Niemcom próbę zdominowania i „dojenia” Polski poprzez Unię, Morawiecki odparł, że nie zna niemal nikogo, „kto nie przyzna, iż Niemcy i Francja decydują o losach UE”.

– To, czemu my Polacy się sprzeciwiamy, to centralistyczna Europa rządzona z Brukseli. UE to wspólnota 27 państw, które różnią się językiem, kulturą, charakterem. Musimy to zachować. Ale ważne jest też to, że strefa euro ma wyraźne zalety dla Niemiec! – powiedział.