Darmowe konto bankowe – jak je znaleźć?

Bezpłatne prowadzenie konta jeszcze do niedawna było standardem. Dzisiaj niestety banki coraz częściej pobierają opłaty za obsługę karty debetowej, wypłaty gotówki z bankomatu, prowadzenie rachunku po prostu. Czy da się jednak znaleźć jeszcze bezpłatne konto bankowe?

Darmowe konto bankowe

Darmowe konto bankowe – czy to jeszcze możliwe?

Nie ma co ukrywać, że ofert całkowicie darmowego konta bankowego jest coraz mniej, co nie oznacza jednak, że nie ma ich w ogóle. Na darmowe konto osobiste nadal na przykład może liczyć student. Są także konta osobiste dedykowane osobom starszym i one także czasami objęte są promocją bezpłatnego prowadzenia. Pojawiają się także nadal oferty bezpłatnych kont dla standardowego użytkownika. Najczęściej jednak obwarowane są one pewnymi warunkami, które warto od razu sprawdzić. Przede wszystkim najczęściej chodzi o gwarantowaną wpłatę comiesięcznych dochodów na konto. Jeśli na konto wpływa co miesiąc twoja pensja, co oznacza, że traktujesz takie konto jako podstawowe do obsługi swoich finansów, możesz liczyć, że wypłata gotówki, obsługa karty debetowej i inne usługi będą bezpłatne. Zawsze trzeba to jednak sprawdzić. 

Konto za darmo: przelewy internetowe a wypłaty z bankomatów?

Konto za darmo znaleźć coraz trudniej. O ile zdarzają się nadal konta, które nie wiążą się z opłatami za samo prowadzenie rachunku, korzystanie z bankowości internetowej, a często nawet przelewy, o tyle już za możliwość płatności kartą coraz częściej ponosimy jednorazową miesięczną opłatę, podobnie w przypadku wypłat z bankomatów, które także w większości banków są teraz płatne. 

Najczęściej banki pobierają obecnie opłaty nie za przelewy internetowe (chyba że te przyspieszone), ale za płatności kartą lub wypłaty z bankomatów:

  • często, aby uniknąć opłat za kartę, trzeba dokonać określonej liczby transakcji na konkretną kwotę, czasami wymagana jest konkretna liczba transakcji BLIKIEM; zagwarantować comiesięczny wpływ gotówki w jakiejś wysokości;
  • w przypadku bankomatów banki najczęściej nie pobierają opłaty za korzystanie ze swoich urządzeń, za usługę na innym urządzeniu już tak; czasami liczba bezpłatnych wypłat z bankomatu jest ograniczona. 

Jak wybrać konto bankowe?

Banki chcą nas zawsze namówić o otwarcia konta bankowego u siebie. Mimo że najczęściej potem ściągają z nas opłaty, otwarcie konta wiąże się z jakimś bonusem. Ten może nami kierować przy wyborze, natomiast warto rzucić okiem na ranking darmowych kont bankowych i wybrać takie, za którego prowadzenie nie będziemy ponosić żadnych kosztów albo jedynie minimalne. 


Gdy życie seksualne zaczyna się nam sypać

Seksualność to bardzo delikatna sfera życia, dlatego, gdy coś zaczyna się psuć, budzi to duże emocje. Zdaniem specjalistów przejściowe problemy w życiu erotycznym zdarzają się w każdym związku i nie ma w tym nic niepokojącego. Jednak kiedy jakieś zaburzenie zaczyna utrudniać funkcjonowanie, trzeba szukać fachowej pomocy. I choć w gabinetach seksuologów jest zdecydowanie więcej kobiet niż mężczyzn, to dla pań taka konsultacja często wiąże się z dużym dyskomfortem. Mimo wszystko jednak warto przełamać barierę wstydu i zacząć odpowiednią terapię.

Fot. Dainis Graveris / Unsplash

Mężczyźni rzadziej pojawiają się u specjalisty

Mężczyźni rzadziej pojawiają się u specjalisty, bo po prostu wstydzą się mówić otwarcie o tym, że są seksualnie niesprawni. Jest to wynikiem między innymi presji społecznej i kultury silnego mężczyzny. Z kolei kobiety często, zanim jeszcze przyjdą do seksuologa, to najpierw omówią ten temat z przyjaciółkami. Mężczyźni raczej nikomu nie zwierzają się z takich problemów, a z pomocy korzystają dopiero w ostateczności.

– Kobiety są grupą, która najczęściej pojawia się w gabinetach seksuologów i seksuolożek, chociaż od niedawna widzimy też, że coraz więcej mężczyzn korzysta z różnych form wsparcia terapeutycznego – mówi agencji Newseria Lifestyle Barbara Baran, psycholożka, seksuolożka.

Kobiety dzielą się ze specjalistami różnorakimi problemami. Pierwsza wizyta często jest dla nich niezwykle stresującym doświadczeniem, bo przez długi czas nie miały odwagi, by opowiedzieć komuś o swoim dyskomforcie. Seksuolodzy tłumaczą, że najczęściej pacjentki skarżą się na obniżenie pożądania, czyli tak zwaną hipolibidemię i zaburzenia podniecenia.

– Co do spraw, które kobiety chcą poruszać w gabinetach seksuologów i seksuolożek, są takie problemy, z którymi te osoby mierzą się już bardzo długo, jednak wstydzą się czy też boją się przyjść i o tym porozmawiać. Te problemy są już często bardzo zaawansowane i bolesne – mówi Barbara Baran.

By je rozwiązać, potrzeba więc sporo czasu, zaangażowania i determinacji. Pacjentki nie powinny się zniechęcać po pierwszym spotkaniu ze specjalistą. Muszą mu całkowicie zaufać i postawić na szczerość, a każda kolejna wizyta będzie już dużo łatwiejsza.

– Niestety jest tak, że częściej to kobieta zostaje oddelegowana do takiego gabinetu jako ta osoba, która jakoś powinna się zaopiekować problemem, nawet jeśli jest to problem wspólny występujący w parze – mówi psycholożka.

Czerpać większą przyjemność z seksu

Wśród pacjentek seksuologów nie brakuje też takich kobiet, które nie szukają pomocy, ale chcą poszerzać wiedzę na temat spraw intymnych, by zwiększyć swoją atrakcyjność w łóżku i czerpać większą przyjemność z seksu.

– Jest też druga grupa kobiet, które niekoniecznie przychodzą z jakimś konkretnym problemem, tylko interesuje je rozwój seksualny. Szukają w swojej seksualności czegoś więcej, chcą przeżyć jeszcze coś więcej – mówi Barbara Baran.

Gdy życie seksualne zaczyna się nam sypać

Specjaliści zauważają, że problemy seksualne przekładają się na jakość relacji z partnerem czy partnerką, oddalają ich od siebie i są źródłem wielu nieporozumień w związku.

– Seks dla większości z nas jest bardzo ważnym elementem związku, a satysfakcja w związku jest jednym z kluczowych kryteriów ogólnej satysfakcji z naszego życia. Gdy zaczyna nam się sypać w życiu seksualnym, odczuwamy też to w innych rejonach naszego życia – mówi seksuolożka.
Praca seksuologów i seksuolożek dotyczy kilku elementów, ale najbardziej podstawowym jest psychoedukacja.

– W naszym społeczeństwie rzetelna wiedza o seksualności jest rzadkością, dlatego informowanie o naturze ludzkiej seksualności jest kluczowe. Drugi element to jest np. prowadzenie terapii seksuologicznej w momencie, gdy u osoby, która się zgłasza po pomoc, występuje jakiś trwały problem, z którym nie potrafi sobie sama poradzić. Ale jeszcze trzecim elementem pracy seksuologów jest wspieranie rozwoju seksualnego, szukania swojego seksualnego potencjału – mówi Barbara Baran.

Seksuolożka przyznaje, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni, by opisać problemy łóżkowe, często posługują się wyświechtanym określeniem „niedopasowanie seksualne”.

– Niedopasowanie seksualne jest terminem nadużywanym w języku potocznym. Po pierwsze, trzeba by ustalić, o co tak naprawdę chodzi z tym niedopasowaniem, czy jest to problem do pracy terapeutycznej, pracy edukacyjnej, czy jakiegoś rodzaju wsparcia – dodaje.

W zależności od problemu pacjent może się zgłosić do gabinetu sam lub ze swoją drugą połową. Najpierw seksuolog rozmawia z jedną osobą, później z drugą, a na koniec we trójkę. W seksuologii bowiem podczas diagnostyki najważniejszy jest wywiad.

thefad.pl / newseria


15 proc. Polaków nigdy nie korzystało z internetu – Polska jednym z najbardziej wykluczonych cyfrowo krajów UE

Polska wciąż pozostaje jednym z najbardziej wykluczonych cyfrowo krajów Unii Europejskiej. Problemem pozostaje też prędkość łączy, z jakich korzystają Polacy. 92 proc. osób uważa, że najlepsze możliwości daje łącze światłowodowe, ale tylko co trzeci z ankietowanych z takiego łącza korzysta. Barierą utrudniającą proces włączenia cyfrowego pozostają przede wszystkim koszty.

Fot. Brooke Cagle / Unsplash

3,8 mln Polaków nie korzysta z internetu

– Liczba osób, które korzystają w Polsce z szybkiego, stabilnego internetu światłowodowego, to 61 proc. To jest niewiele. Z tej grupy, która ma możliwość korzystania z szybkiego internetu, aż 43 proc. z tego nie korzysta. Natomiast patrząc jeszcze szerzej, nie tylko na internet światłowodowy, ale na całość korzystania z internetu, to musimy pamiętać, że w 37-milionowej Polsce 3,8 mln Polaków nie korzysta, nie ma dostępu bądź nie chce. To jest ogromna liczba i wiele przed nami do zrobienia – informuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Marta Wojciechowska, prezeska zarządu Fiberhost, firmy specjalizującej się w budowie i zarządzaniu otwartą infrastrukturą światłowodową typu FTTH w Polsce.

Z danych Federacji Konsumentów wynika, że dostęp do internetu ma 92 proc. gospodarstw domowych w Polsce. Z danych Urzędu Komunikacji Elektronicznej dowiadujemy się natomiast, że rośnie odsetek gospodarstw, które mają dostęp do łączy o wysokiej przepustowości. W 2020 roku dostęp do nich miało 59 proc. Polaków, rok później już 67 proc. Co czwarty ankietowany korzystał w 2021 roku z łączy mobilnych.

W gronie wykluczonych cyfrowo-społecznie największą grupę, bo liczącą aż 3,6 mln osób, stanowią ludzie w wieku 45–74 lat. 15 proc. Polaków nigdy nie korzystało z internetu. To piąty najgorszy wynik w Unii Europejskiej.

– Postawiliśmy sobie za cel, żeby doprowadzić do włączenia cyfrowego jak największej liczby Polaków, i robimy to dwojako. Po pierwsze, budując naszą szybką sieć światłowodową w miejscach, gdzie wcześniej było to niedostępne. Są jednak takie osoby, które, nawet jak zbudujemy tę sieć, nadal nie chcą korzystać z internetu. Dlatego dla tych osób prowadzimy szereg kampanii informacyjnych, edukacyjnych, które pokazują, dlaczego korzystanie ze światłowodu może polepszyć życie każdego człowieka – dodaje Marta Wojciechowska.

Seniorzy, osoby niezamożne, mieszkańcy wsi

Do grup społecznych, które są najbardziej dotknięte problemem wykluczenia, zalicza się, oprócz seniorów, osoby niezamożne (2,74 mln osób o dochodach nieprzekraczających 2,5 tys. zł), a także mieszkańców wsi (2,5 mln osób).

– Koszty walki z wykluczeniem cyfrowym są ogromne. Koszt budowy infrastruktury światłowodowej w miejscu, które było do tej pory wykluczone, versus koszt budowy w miastach jest pięciokrotnie wyższy. Istnieje ryzyko, że sytuacja, w której się znajdujemy teraz, czyli wzrost kosztów energii, materiałów, wynagrodzeń, może mocno przystopować dalszy rozwój infrastruktury, budowę szybkiej infrastruktury światłowodowej. Musimy mówić też o urealnieniu cen naszych usług, bo nie możemy sobie pozwolić na to, żeby ponosić straty, a inwestować nadal chcemy – wskazuje prezeska Fiberhost.

Z badania przeprowadzonego przez agencję Yotta na zlecenie Fiberhost, w którym respondentami było ponad tysiąc pełnoletnich Polaków, wynika, że 92 proc. osób uważa światłowód za najlepsze łącze. Dwie trzecie respondentów chciałoby mieć światłowód, a 61 proc. z nich ma taką możliwość. Tymczasem podłączonych do sieci światłowodowej jest tylko nieco ponad jedna trzecia ankietowanych. 96 proc. osób posiadających światłowód krócej niż dwa lata jest natomiast zadowolonych z poprawy prędkości internetu.

thefad.pl / newseria


Ramzan Kadyrow – kim jest ten budzący lęk, pierwszy bojownik Putina

Brutalny, radykalny, lojalny: Ramzan Kadyrow, Szef Republiki Czeczeńskiej, został mianowany przez Putina generałem pułkownikiem rosyjskich sił zbrojnych. Kim jest ten budzący lęk władca?

On sam nazywa siebie „żołnierzem Putina”: 46-letni Kadyrow znany jest jako lojalny sojusznik prezydenta Federacji Rosyjskiej.

Jednak nie zawsze tak było. Po upadku Związku Radzieckiego na początku lat 90. ubiegłego wieku jego lojalność początkowo nie była skierowana w stronę Rosji, tylko Czeczenii. Kadyrow dołączył wówczas do islamskich separatystów, którzy dążyli do uniezależnienia Czeczenii od Rosji.

Pierwsza wojna czeczeńska zakończyła się w 1996 roku po interwencji sił rosyjskich, które nie dopuściły do odłączenia się od Rosji tej republiki zamieszkanej głównie przez ludność muzułmańską. Po drugiej wojnie czeczeńskiej nowy prezydent Rosji Władimir Putin oddał Czeczenię pod bezpośrednią kontrolę Kremla i zainstalował ojca Ramzana, Achmata Kadyrowa, jako szefa cywilnej administracji tego regionu.

Najpierw przeciwko Kremlowi, potem za nim

W tamtym czasie, pod koniec lat 90-tych, Achmat Kadyrow i jego syn Ramzan porzucili czeczeński ruch separatystyczny i przeszli na stronę Rosji. W 2003 roku Achmat Kadyrow został prezydentem Czeczenii, a jego syn Ramzan – szefem służby bezpieczeństwa.

Od tej chwili Ramzan Kadyrow dowodzi milicją prorosyjskich Czeczenów, znaną jako „kadyrowcy”, która ma stłumić i wyeliminować wszelkie jeszcze pozostałe siły separatystyczne. Według Amnesty International milicja ta miała dopuścić się poważnych naruszeń praw człowieka, od uprowadzeń po tortury i zabójstwa.

Mówi się, że sam Ramzan też brał udział w takich przestępstwach. Mówi się także, że kadyrowcy porywali biznesmenów w celu wymuszenia okupu za uwolnienie.

„Bohater Federacji Rosyjskiej”

Po śmierci prezydenta Czeczenii Achmata Kadyrowa w zamachu bombowym w maju 2004 roku, jego syn został mianowany wicepremierem. Analitycy już wtedy uważali Ramzana za faktycznego przywódcę północnokaukaskiej republiki.

Ramzan Kadyrow uchodzi za ulubieńca Putina i w 2004 roku otrzymał prestiżowy tytuł „Bohatera Federacji Rosyjskiej”. Wkrótce potem awansował na premiera Czeczenii.

Gdy w 2007 roku Ramzan Kadyrow osiągnął wymagany minimalny wiek 30 lat, Putin mianował go prezydentem Czeczenii. Do dziś pozostaje jej przywódcą, nosząc oficjalny tytuł Szefa Republiki Czeczeńskiej.

Brutalne prześladowanie krytyków

Kadyrow rządził i nadal rządzi Czeczenią żelazną ręką. Według organizacji broniących praw człowieka, w tej autonomicznej republice każdy, kto wypowiada się krytycznie na temat władz i rządu, ryzykuje aresztowanie, oskarżenie, skazanie na podstawie fałszywych zarzutów, porwanie, a nawet – śmierć.

Dziennikarze, dysydenci, działacze na rzecz praw człowieka i blogerzy oraz ich rodziny żyją w poważnym niebezpieczeństwie, jak podaje organizacja Human Rights Watch. W swoim Raporcie Światowym 2022 organizacja ta pisze, że „Ramzan Kadyrow nadal bezwzględnie eliminuje wszelkie formy sprzeciwu”. Osoby LGBT też są coraz częściej przedmiotem masowych prześladowań.

Putin może liczyć na to, że Kadyrow zagwarantuje stabilność w regionie i stłumi wszelkie niepokoje. Zobowiązał się nawet do „wykonania każdego wojskowego rozkazu naczelnego dowódcy Rosji Władimira Putina”.

Operacja w Ukrainie

Za tę niezachwianą lojalność Ramzan Kadyrow cieszy się sporymi swobodami. Pozwolił sobie nawet na krytykę rosyjskiego przywództwa za ostatnie niepowodzenia militarne w Ukrainie i wezwał do użycia taktycznej broni atomowej.

Choć niektórzy Czeczeni od lat walczą u boku prorosyjskich separatystów na wschodzie Ukrainy, rzekomo jako ochotnicy, dopiero pod koniec lutego 2022 roku Kadyrow ogłosił oficjalnie, że czeczeńscy bojownicy zostali wysłani do Ukrainy.

W marcu podał, że w Ukrainie przebywa około tysiąca czeczeńskich bojowników, ale tej liczby nie można zweryfikować. Czeczeńskie siły Kadyrowa cieszą się złą sławą ze względu na swoją brutalność i obecność w mediach społecznościowych. Kadyrowcy brali udział w oblężeniu i zajęciu ukraińskiego miasta portowego Mariupol na początku tego roku.

Ramzan Kadyrow zawsze był zwolennikiem wojny z Ukrainą i nawet obiecał wysłać na front swoich synów. Niedawno poinformował, że Putin awansował go do stopnia generała pułkownika. Samozwańczy „żołnierz piechoty” Putina wydaje się wznosić coraz wyżej.

REDAKCJA POLECA

 


Jaka jest za ozonowanie pomieszczeń cena?

Ozonowanie pomieszczeń to usługa coraz częściej zamawiana do mieszkań, biur i urzędów. Z pewnością na ten trend wpływ ma pandemia. Sprawiła ona, że zdecydowanie chętniej sięgamy po środki neutralizujące szkodliwe substancje oraz bezpieczne dla człowieka. Oczywiście ozonowanie mieszkania ma również inne zalety i nie tylko pozwala pozbyć się wirusów i bakterii. To świetny sposób na neutralizację przykrych zapachów, wyeliminowanie grzybów i pleśni, a także odświeżenie przestrzeni. Skuteczność zależna jest od tego, jakie stężenie ozonu zostanie użyte oraz od wydajności urządzenia.

ozonowanie powierzchni

Czemu służy ozonowanie pomieszczeń?

Ozonowanie mieszkania czy przestrzeni biurowej to zabieg, który sprawdza się w wielu sytuacjach i na rynku przybywa firm oferujących tego typu usługi. Co istotne, są dostępne również urządzenia, które pozwalają samodzielnie oczyścić powietrze. Przede wszystkim skuteczne ozonowanie dezynfekuje, pomaga pozbyć się nieprzyjemnych zapachów z całego mieszkania, niszczy grzyby, pleśń, drobnoustroje. I dlatego warto zdecydować się na usługi profesjonalnej firmy, która wie, w jaki sposób przeprowadzić cały proces i na przykład dostosować stężenie ozonu do powierzchni pomieszczenia.

Kiedy warto zdecydować się na ozonowanie mieszkania?

Sam ozon to niestabilna cząsteczka tlenu składająca się z trzech atomów. To właśnie ten dodatkowy ma skłonność do odłączania się i wchodzenia w reakcje z innymi związkami. Z chemicznego punktu widzenia rozbija więc jedne substancje i tworzy inne. A od tym właśnie opiera się skuteczność ozonowania. To rewelacyjny sposób na dezynfekcję oraz neutralizację zapachów. Oczywiście trzeba pamiętać, że jest to środek, który może również zaszkodzić człowiekowi, więc trzeba z nim się obchodzić bardzo ostrożnie. Najczęściej ozonowanie mieszkań służy pozbyciu się nieprzyjemnych zapachów generowanych przez zwierzęta, wilgoć, papierosy czy też opary po remoncie. Bardzo często tego typu zabiegi przeprowadza się w starych kamienicach, w mieszkaniach po lokatorach, którzy nie dbali o czystość oraz po pożarze czy zalaniu. Tym samym od wielu różnych czynników zależeć będzie ustalona za ozonowanie pomieszczeń cena.

Jakie jest optymalne stężenie ozonu?

Cena ozonowania mieszkania nie jest wysoka, a warto pamiętać o tym, że to bardzo skuteczna alternatywa. Najczęściej kalkulacja bierze pod uwagę takie aspekty jak powierzchnia lokalu i czas pracy generatora. Tym samym cennik ozonowania mieści się zazwyczaj w granicach 200-400 zł. Warto przy tym pamiętać, że nie zawsze będzie to jednorazowa usługa. Może się zdarzyć, że w trudnych sytuacjach – na przykład po pożarze, będzie konieczność powtórzenia całego procesu i wówczas cena ozonowania będzie oczywiście wrastać. Szczególnie kosztowna ta usługa może być dla osób, które palą papierosy w domu, a jednak chcą zadbać o czyste powietrze. Wiele firm oferuje więc nawet abonamenty.

Popularność ozonowania z pewnością wzrosła w czasie pandemii i wiele osób decydowało się po zakończeniu kwarantanny na tego typu usługi. Tym samym w ostatnim czasie w dużych miastach i mniejszych miejscowościach pojawiło się wiele firm oferujących specjalne pakiety, a w sklepach rozchwytywane są urządzenia do samodzielnego osobowego pomieszczenia. W krótkim czasie można więc zadbać o higieniczną czystość oraz świeży zapach mieszkania, co dla wielu osób jest niezwykle istotne. Ozonowanie ma tę przewagę nad innymi sposobami dezynfekcji, że dociera wszędzie i neutralizuje wszystko, a taki efekt ciężko jest uzyskać w tradycyjnym sprzątaniu.


Jak neandertalskie geny wpływają na zdrowie człowieka? Nobel za badania nad ewolucją człowieka

Svante Pääbo, szwedzki genetyk ewolucyjny otrzymał właśnie Nagrodę Nobla za badania nad ewolucją człowieka. Udało mu się m.in. odczytać gen spokrewnionego z Homo sapiens neandertalczyka i jak się okazało, gatunek ten przekazał współczesnym ludziom niektóre swoje geny. Kolejne badania wskazują, że ma to dla wielu dzisiejszych ludzi niebagatelne znaczenie.

Porównanie czaszek ludzkiej i neandertalczyka
Porównanie czaszek ludzkiej i neandertalczyka. Muzeum Historii Naturalnej w Cleveland. Fot. wikipedia / CC BY-SA 2.0

„To są pasjonujące badania” – decyzję Komisji Noblowskiej skomentował dr hab. n. med. Wojciech Feleszko z Kliniki Pneumunologii, Alergologii Wieku Dziecięcego i Pediatrii, DSK UCK WUM w trakcie debaty odbywającej się w Centrum Współpracy i Dialogu Uniwersytetu Warszawskiego, mimo że, jak wcześniej powiedział, liczył na uznanie prac ściślej związanych z medycyną. Podkreślił przy tym znaczenie przełomowych metod, w których laureat – prof. Svante Pääbo – wydobywał DNA ze znalezionych w jaskiniach szczątków kości sprzed tysięcy lat.

„Ta Nagroda Nobla to raczej odpowiedź na to, skąd jesteśmy” – stwierdziła inna uczestniczka debaty, prof. dr hab. n. med. Marta Struga z Katedry i Zakładu Biochemii WUM.

Neandertalczyk vs Covid

Przełomowe dokonanie Noblisty otworzyło zupełnie nowe drogi do badań ewolucji ludzkiego gatunku. Okazuje się przy tym, że to, skąd pochodzimy, ma ważkie znaczenie dla kondycji zdrowotnej dzisiejszego Homo sapiens sapiens. Pokazała to, chociażby pandemia SARS-CoV2.

Badacze z zespołu prof. Pääbo w Instytucie Antropologii Ewolucyjnej im. Maxa Plancka oraz ze szwedzkiego Instytutu Karolinska pokazali, że warianty genów odziedziczone po neandertalczykach mają znaczenie dla odporności na infekcje SARS-CoV2. W 2020 roku zespół ten wykrył „neandertalski” klaster genów, który ma aż trzykrotnie podnosić zagrożenie ciężkiego przebiegu Covid-19.

Wygląda na to, że ten genetyczny wariant został odziedziczony przez dzisiejszych ludzi od neandertalczyków w czasie, gdy się krzyżowali ok. 60 tys. lat temu – powiedział wtedy jeden z autorów odkrycia Hugo Zeberg z Instytutu Karolinska.

Testy pokazały, że groźny wariant jest szczególnie częsty u mieszkańców Azji Południowej, gdzie nosi go ok. połowa populacji. W Europie ma go w komórkach mniej więcej jedna osoba na sześć. Jednak w kolejnym roku ta sama grupa naukowców odkryła, że neandertalczycy nie tylko ludziom zaszkodzili, jeśli chodzi o odporność na koronawirusa. Jak się okazało, połowa ludności mieszkającej poza Afryką, na innym chromosomie nosi genetyczny wariant, który pomaga poradzić sobie z SARS-CoV2.

– Pokazuje to, że spuścizna po neandertalczykach to obosieczny miecz, jeśli chodzi o odpowiedź na SARS-CoV2. Przekazali nam oni genetyczne warianty, za które możemy mieć do nich pretensje, jak i im dziękować – stwierdza prof. Zeberg.

To uderzające, jak bardzo genetyczny wariant neandertalczyków stał się powszechny w różnych częściach świata. Sugeruje to, że w przeszłości dawał pewną przewagę. Zadziwiać może także to, że dwa genetyczne warianty odziedziczone po neandertalczykach odwrotnie wpływają na rokowania przy COVID-19. Układ odpornościowy neandertalczyków widocznie wpływa na nas dzisiaj – pozytywnie i negatywnie – powiedział prof. Pääbo.

Depresja, skrzepy, ochrona przed pasożytami

Poza Afryką, gdzie genów neandertalczyków prawie nie ma, ludzie mają ich średnio ok. 1-2 proc. Jednak nie warto ich bagatelizować, patrząc na pozornie niewielką liczbę. Opublikowane w „Science” badanie, autorstwa prof. Pääbo, z uwzględnieniem danych na temat prawie 30 tys. Amerykanów wskazało, że niektóre „neandertalskie” geny istotnie i na różne sposoby wpływają na zdrowie.

– Te genetyczne warianty czasami chronią przed chorobą, innym razem zwiększają podatność – powiedział wtedy prof. Pääbo. – Udział genów neandertalczyków w organizmie dzisiejszego człowieka wydaje się mieć dużo większe fizjologiczne znaczenie, niż bym przypuszczał – dodał badacz.

Czasami mają one znaczenie dla ważnych parametrów. Ich działanie na dzisiejszych ludzi bywa przy tym po prostu niedopasowane. Na przykład w trudnych warunkach, podczas polowań na dziką zwierzynę krew, która szybko krzepła, dawała przewagę przy zranieniach. Dzisiaj, pochodzący od neandertalczyków, zwiększający lepkość krwi gen zwiększa zagrożenie groźnymi zakrzepami i udarami. Z kolei geny powiązane w dawnych czasach z rytmem dobowym dzisiaj przyczyniają się do rozwoju depresji. Skóra przystosowana do innych warunków, dzisiaj jest bardziej narażona na rozwój przedrakowych zmian zwanych rogowaceniem słonecznym. Geny odpowiednie dla diety bogatej w orzechy i mięso, przy dzisiejszych stylach żywienia gorzej sprawdzają się, jeśli chodzi o wchłanianie witaminy B1.

Naukowcy zauważyli też, że genetyczny spadek po neandertalczykach może zwiększać ryzyko zaburzeń pracy układu moczowego, a nawet wspierać uzależnienie od nikotyny. Istnieje też, jak wspomniał prof. Pääbo, druga strona medalu. Odkryto już neandertalskie, genetyczne warianty, które wspomagają tzw. wrodzoną odpowiedź immunologiczną, co skutkuje lepszą odpornością na bakterie, pasożyty i grzyby.

Przy cywilizacyjnych zmianach, jednak i te mutacje mogą nie oznaczać wygranej w genetycznej loterii. W nowoczesnych społeczeństwach ludzie są np. mniej narażeni na ataki ze strony pasożytów, a wspomniane geny mogą przyczyniać się do powstawania alergii.

Ryzyko chorób to nie wszystko. Niektóre geny powiązano np. ze wzrostem dorosłych osób i dzieci w wieku 10 lat, z szybkością tętna, rozkładem tłuszczu w nogach, a nawet upodobaniem do mięsa. Jak zatem widać, neandertalczyka, choć wyginął, jest w dzisiejszych ludziach całkiem sporo. Jeśli ktoś chce sprawdzić, czy jakieś jego geny pochodzą od tego dawnego gatunku, może to zrobić z pomocą dostępnych już badań.

Źródło: PAP / Serwis Zdrowie


Paweł Kowal: Moralne prawo Polski do reparacji po II wojnie światowej jest oczywiste

Wojciech Szymański

Wojciech Szymański

 

Skierowanie do Berlina noty dyplomatycznej dotyczącej reparacji nada sprawie nową dynamikę. Ale reparacje nie powinny obciążać obecnych relacji z Niemcami – mówi DW były wiceszef MSZ Paweł Kowal*.

DW: Berlin otrzyma od Polski notę dyplomatyczną w sprawie reparacji albo odszkodowań. Czy rząd postępuje słusznie, podnosząc teraz tę sprawę?

Paweł Kowal: Moralne prawo Polski do reparacji po II wojnie światowej jest oczywiste, a fakt, że reparacje nie zostały wypłacone, chociaż zostało to obiecane w Poczdamie, też nie podlega żadnej dyskusji. I nie ma też nic dziwnego w tym, że partie reprezentowane w polskim parlamencie popierają polskie interesy. W tej sprawie nie ma tak naprawdę nic nowego, niedawne głosowanie w Sejmie było w gruncie rzeczy powtórzeniem podobnego z 2004 roku.

Od upadku muru berlińskiego było wiadomo, że kwestia reparacji nie jest załatwiona. Sprawa granic została zamknięta w traktacie, a sprawa reparacji nie. Po skierowaniu noty powstanie nowa dynamika, ale nie wiemy jeszcze do czego doprowadzi.

Trudno wyobrazić sobie, że Niemcy zaczną przelewać Polsce na konto miliardy euro z tytułu reparacji. O co, Pana zdaniem, rząd powinien faktycznie zawalczyć w tym kontekście?

– Jestem w opozycji, nie chcę dyktować taktyki rządowi. Ale będziemy bardzo dokładnie przyglądali się temu co rząd robi w tej sprawie, czy te działania mają szanse odnieść skutek i czy rząd jest w stanie prowadzić je tak, by nie psuć relacji polsko-niemieckich. Bo przyjmujemy twarde założenie, że jeżeli zostanie złożona nota, to ona nie powinna wpływać negatywnie na współczesne relacje polsko-niemieckie. Powinien to być po prostu proces prawny, prawno-międzynarodowy, uruchomiony w oparciu o oczekiwania moralne społeczeństwa polskiego.

Rząd PiS od dawna uderza w antyniemieckie tony, kontrolowane przez władze media są wręcz obsesyjnie antyniemieckie. I to wszystko w połączeniu z żądaniami reparacji. Nie obawia się Pan, że to wybuchowa mieszanka?

– Jestem zwolennikiem pragmatycznego uprawiania polityki, szczególnie w relacjach polsko-niemieckich. Są to relacje bardzo bogate, jeżeli chodzi o wymianę handlową wręcz kluczowe dla funkcjonowania gospodarki Polski, ale też gospodarki Niemiec. I warto, żeby każdy polityk rozumiał społeczny i gospodarczy kontekst tych relacji. Dla mnie antyniemieckie filipiki w Polsce mają wyłącznie kontekst wewnętrzny, są używane do mobilizacji wyborczej w kraju. Robiono to już w czasach komunistycznych, gdzie figura Adenauera jako Krzyżaka służyła do mobilizacji społeczeństwa, więc nie biorę ich w stu procentach na poważnie. Jednocześnie wiem, że te słowa mogą przynieść osłabienie naszych relacji, a to byłoby niekorzystne dla Polski. Oczekuję od polskiego rządu rzeczowej dyskusji z Niemcami na tematy, co do których się zgadzamy i co do których się nie zgadzamy, a nie eskalowania emocji. Tu nie chodzi o to, żeby powiedzieć, że nie ma sporów. Chodzi o to, żeby w tym wszystkim zachować miarę i powagę.

W Berlinie odbyła się niedawno debata z Pańskim udziałem, w której pytano, czy Polska i Niemcy mogą wspólnie przejąć europejskie przywództwo wobec rosyjskiej wojny w Ukrainie. Mogą?

– W tej chwili to nie takie proste. Trzonem czegoś, co można by nazwać koalicją antyputinowską są Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i niektóre państwa Unii Europejskiej. Dość aktywna była też Komisja Europejska z zaskakująco twardą postawą Ursuli von der Leyen. Natomiast Niemcy były bardzo zachowawcze. Rząd niemiecki nie zaangażował się w ten konflikt w sposób, który dałby mu tytuł do odgrywania jakiejś istotnej roli na tym etapie. Z kolei polski rząd, ze względu na zaangażowanie i wysoką pozycję w koalicji antyputinowskiej, ma bardzo silne karty, ale ich nie wykorzystuje, bo jest w strukturalnym konflikcie z wieloma państwami Unii Europejskiej i przede wszystkim z instytucjami europejskimi. Więc na tym etapie ani polski rząd, ani niemiecki rząd, każdy z innych powodów, nie są w stanie zbudować jakiejś mocnej synergii.

Nie ma chyba wątpliwości, że Polska jest bardzo zaangażowana w pomoc Ukrainie. Czy Pana zdaniem mogłaby robić jeszcze więcej?

– Nie, tu nie chodzi o to, że mogłaby robić więcej, tylko o to, że mogłaby więcej zyskać. Czasem jakieś nieszczęście – jakim jest wojna – daje możliwości nowego otwarcia. Kiedy ma się takie mocne karty jak Polska, trzeba widzieć całościowo europejską scenę polityczną. Z jednej strony Polska jest ważnym graczem i ważnym elementem układanki politycznej, nieformalnej koalicji antyputinowskiej, ale z drugiej strony jest w tak głębokim konflikcie z instytucjami europejskimi, że jest po prostu nieefektywna i nie wykorzystuje momentu. Nie jesteśmy w stanie w pełni wziąć udziału w tworzeniu tego, co będzie po wojnie.

Jak w takim razie ocenić postępowanie Niemiec?

– W pierwszej fazie wojny, krótko po agresji Putina 24 lutego, nie zgadzałem się z niemiecką postawą, ale jako historyk rozumiałem ją na gruncie historii Niemiec. Teraz się z nią ani nie zgadzam, ani jej nie rozumiem. Bo dzisiaj wiadomo już, że Putin tę wojnę przegra. Nawet jeżeli zmobilizuje 300 tysięcy rezerwistów, to i tak przegra, tylko to dłużej potrwa. Nawet jeżeli użyje taktycznej broni nuklearnej, to tę wojnę ostatecznie przegra. Więc to, że Niemcy chcą stawiać na jakieś rozmowy z Putinem, wydaje się w tej chwili kompletnie niezrozumiałe i bez żadnego sensu. Zresztą Niemcy chyba same nie wiedzą, czego chcą. Byłem niedawno na spotkaniu z ekspertami, którzy głęboko siedzą w niemieckiej polityce i nawet oni nie byli w stanie w jakiś prosty, przekonujący sposób wyjaśnić, jaka jest polityka rządu niemieckiego wobec Rosji.

Może nie podzielają poglądu, że Putin już przegrał?

– Przecież już fakt, że Rosjanie musieli cofnąć się spod Kijowa, przesądził o tym, że Ukraina jest już praktycznie pewnym zwycięzcą tego konfliktu, choć nie wiadomo jeszcze jak długo ten konflikt potrwa i jakie będą straty Ukrainy i Rosji. Zakładam, że Ukraina zostanie dozbrojona i koncepcja Zełenskiego, która zawiera się w krótkim zdaniu “winter is comming” (idzie zima) zostanie zrealizowana. Zakładam też, że dzięki naszym obecnym działaniom w sferze energetycznej ta zima nie zabije determinacji Zachodu do pokonania Putina. W takim wariancie decyzje Zachodu przyspieszą, a my będziemy mieli poturbowaną, ale zwycięską i zdolną do szybkiej odbudowy Ukrainę. I być może już za rok, dwa będziemy mieli taką sytuację, że Ukraina będzie jednym z najdynamiczniej rozwijających się państw Zachodu, bo Ukraina po tej wojnie faktycznie stanie się częścią Zachodu. I warto, żeby niemieckie elity sobie to już teraz uświadomiły.

Prof. Paweł Kowal – historyk, politolog, polityk Koalicji Obywatelskiej, były wiceminister spraw zagranicznych

Uświadomiły, że nadchodzi nowa rzeczywistość?

– Nie będzie miało większego znaczenia, czy Ukraina będzie formalnie przyjęta do Unii Europejskiej za pięć, czy za dziesięć lat, ale będzie jasne, że to się stanie. Ukraina będzie państwem stowarzyszonym z UE, w procesie negocjacji akcesyjnych, prawdopodobnie niedługo będzie państwem bardzo blisko współpracującym z NATO lub nawet członkiem NATO. To będzie ta nowa rzeczywistość. Z kolei Rosja będzie państwem, które będzie się mocno decentralizować, a częściowo się rozpadnie, być może Rosja wypadnie z Rady Bezpieczeństwa ONZ, straci swoją pozycję i prestiż, który tak kochała. I zarówno polskie, jak i niemieckie elity polityczne, tym więcej ugrają, im szybciej dojdzie do ich wyobraźni, że za dwa, trzy lata świat może wyglądać zupełnie inaczej. To nie znaczy, że nie będzie Rosji. Rosja będzie terytorialnie nieco mniejsza, bo pewnie się ukruszy na Kaukazie Północnym i być może jeszcze w jakichś innych miejscach. Ameryka, szczególnie jeśli do władzy dojdzie ktoś z izolacjonistycznego skrzydła Republikanów, będzie się prawdopodobnie wycofywała z Europy, bo skupi się na Chinach. Chiny względem Rosji będą mocniejsze, Rosja będzie słabnąć, Ukraina będzie bardzo mocnym graczem, z bardzo mocną legitymacją moralną.

Niemcy będą musiały wtedy przeorganizować swoje myślenie, które od dawna było mocno zorientowane na Rosję?

– Pod tym względem Niemcy mnie dziwią, a nawet śmieszą, bo zachowują się jak w kompletnej amnezji. Niemiecka polityka kręci się wokół drugiej wojny światowej i jej skutków, wokół Ostpolitik, a zapomina się, że duże epizody w historii Niemiec dotyczyły też bliskich sojuszy z Ukrainą. Że duża część ukraińskiej tradycji niepodległościowej, związanej np. z hetmanatem Skoropadskiego, wiąże się z gwarancjami Niemiec. Że na niemieckich mapach z tamtych czasów Krym został przyporządkowany do Ukrainy. Niemcy tego nie pamiętają, żyją w swej iluzji Ostpolitik i jak we mgle poruszają się tylko w oparciu o jej kryteria.

 

REDAKCJA POLECA

 


Krzysztof Skiba: Wyrokim sądu głowa państwa uzyskała sądowy status debila


Krzysztof Skiba

Krzysztof Skiba

Wyrokiem sądu pisarz Jakub Żulczyk nie musi przepraszać prezydenta Dudę za nazwanie go debilem. Sąd uznał, że debil to określenie w stosunku do pana Dudy nie tylko trafne, ale też w pełni uzasadnione. Według obserwatorów życia politycznego sądowo potwierdzone pasowanie Andrzeja Dudy na debila, biorąc pod uwagę osiągnięcia prezydenckie jest rodzajem wyjątkowego i zasłużonego awansu. Prezydentowi gratulujemy więc takiego wyróżnienia, mając nadzieję na kolejne owocne aktywności i sukcesy w rankingu osób szczycących się mianem debil

CHWILA DLA DEBILA

Wyrokiem sądu pisarz Jakub Żulczyk nie musi przepraszać prezydenta Dudę za nazwanie go debilem. Sąd uznał, że debil to określenie w stosunku do pana Dudy nie tylko trafne, ale też w pełni uzasadnione.

To pierwszy taki przypadek w historii Polski, gdy osoba pełniącą funkcję głowy państwa uzyskała sądowy status debila. Trafiali się nam prezydenci alkoholicy, bufoni, zarozumialcy czy sztywniacy. Teraz mamy okaz niezwykle rzadko występujący w przyrodzie, osobowość wyjątkową, czyli debila z doktoratem.

Według obserwatorów życia politycznego sądowo potwierdzone pasowanie Andrzeja Dudy na debila, biorąc pod uwagę osiągnięcia prezydenckie jest rodzajem wyjątkowego i zasłużonego awansu.

Prezydentowi gratulujemy więc takiego wyróżnienia, mając nadzieję na kolejne owocne aktywności i sukcesy w rankingu osób szczycących się mianem debili. Uśmiechy prezydenckie, miny, powiedzonka, grymasy, rapowanie o cieniu mgły, totalny brak samodzielności i ogólna postawa, katapultują rezydenta pałacu prezydenckiego do grona radosnych wybrańców, szczęśliwych z beztroskiego życia pod żyrandolem. Naród jest z Panem panie prezydencie i cieszy się z pańskiego sądowego wyróżnienia.

Krzysztof Skiba


Syn Hansa Franka „rzeźnika Polski”: mój ojciec kochał Hitlera bardziej niż rodzinę

Katarzyna Domagała-Pereira

Katarzyna Domagała-Pereira

„Co rusz spoglądam na niego, by przekonać się, że nie żyje” – mówi w wywiadzie dla DW Niklas Frank, syn zbrodniarza hitlerowskiego Hansa Franka, generalnego gubernatora okupowanych ziem polskich.

Niklas Frank z ojcem Hansem Frankiem i matką Brigitte (1941 r.)

DW: Pana ostatnią książkę o ojcu, byłym generalnym gubernatorze Hansie Franku, który w okupowanej Polsce kazał wieszać ludzi i sam został skazany na śmierć, zatytułował pan „Moja rodzina i jej kat”. To wieloznaczny tytuł.

Niklas Frank: Mój ojciec sam został powieszony, a jednocześnie jakby powiesił swoją rodzinę. My, cała piątka jego dzieci, bardzo ucierpieliśmy. Nie było nam łatwo żyć. Zaraz po wojnie, w 1945 roku, kiedy został aresztowany, nie było rodziny, w której ktoś nie zginąłby na wojnie. Wszędzie widać było okaleczonych – bez nogi, ręki, oka. Każde dziecko znało kogoś, kto zginął. Ale kiedy jest się rodziną, w której ojciec przeżył, lecz został aresztowany i codziennie rozpisują się o nim gazety, a potem zostaje skazany jako zbrodniarz wojenny i powieszony – to jest to coś zupełnie innego. Dla większości z nas było to trudne.

W książce pokazał pan, jak rodzina Frank wypierała się zbrodni.

–To jeden z powodów, dla których napisałem tę książkę. Jak rodzina Frank, do której należał masowy morderca, jeden z największych zbrodniarzy wojennych, że nawet ona – jak miliony innych niemieckich rodzin – nie chce przyjąć do wiadomości, kim naprawdę byli ich ojcowie i matki.

Pan jest najmłodszy z pięciorga dzieci. Kiedy skończyła się wojna, miał pan sześć lat. Sigrid i Norman osiemnaście i siedemnaście, Gitti dziesięć, a Michael osiem. Czy to nie jest naturalna postawa, że dzieci kochają swojego ojca i nie uznają jego winy?

– W wielu społeczeństwach na całym świecie atakowanie własnych rodziców było tabu. I na pewno zaraz po wojnie nie wszystko jeszcze było o ojcu wiadomo. Ale potem, w czasie procesu, Sigrid i Norman mogli zobaczyć, do czego przyczynił się nasz ojciec. I to jest dość zaskakujące, że z ich strony było tylko uwielbienie.

Co pana rodzeństwo opowiadało o życiu w Generalnym Gubernatorstwie?

– Mój brat Norman powiedział kiedyś: „Wiesz, dlaczego mieliśmy tak wysokie poczucie własnej wartości? Bo wcześniej mieliśmy służbę”. Wtedy, gdy ojciec był generalnym gubernatorem okupowanych ziem polskich, żyło nam się znakomicie. Nie byłem świadkiem ani jednego aktu wojny, ani jednego bombardowania czy ucieczki. Byłem księciem Polski i było mi dobrze. Mój brat Michael, o czym dowiedziałem się po jego śmierci, opowiadał swoim dzieciom, jacy to Frankowie byli kiedyś wielcy i jak to w Polsce było wspaniale. Norman i Sigrid nie zachwycali się życiem w Polsce w taki sposób. Oni bardziej cierpieli z powodu śmierci – jak mówili – swojego „niewinnego ojca”.

A matka, Brigitte Frank, opowiadała o życiu na Wawelu? Sama siebie nazwała w czasie wojny „królową Polski”.

– W czasach Trzeciej Rzeszy moja matka była bezwzględna. Człowiekiem stała się dopiero wtedy, gdy straciła cały majątek i męża, i kiedy byliśmy naprawdę biedni. Doceniam, że nigdy nie gloryfikowała ani mojego ojca, ani tego wspaniałego czasu, który naprawdę przeżyła, jeśli pominiemy moralność.

Po wojnie mieszkaliśmy w Górnej Bawarii i gdy miałem dwanaście lat poszedłem do szkoły z internatem nad Morzem Północnym, oddalonej od domu o tysiąc kilometrów. Więc rzadko bywałem w domu, właściwie tylko na święta i długie ferie. Ale i tak myślę, że moja matka nie gloryfikowała tamtych czasów w obecności innych, bo na co dzień miała z nami dużo pracy. Ze wszystkich sił starała się utrzymać przy życiu piątkę dzieci i poprowadzić je dalej. Zmarła w wieku zaledwie 63 lat.

Po wojnie nikt pewnie nie chciał mieć do czynienia z rodziną Frank?

– Na początku nie, ale potem dobry Kościół katolicki, który zawsze przymyka oczy na zbrodnie, a konkretnie kardynał von Faulhaber, wysłał do nas mercedesa z jedzeniem. A że w Neuhausen, gdzie mieszkaliśmy, wszyscy byli katolikami, to pomyśleli: „No proszę! Jeśli nasz kardynał przysyła im jedzenie, to ta rodzina nie może być tak zbrodnicza”. To nas uratowało.

Hans Frank stał się w więzieniu bardzo pobożny, twierdził nawet, że objawił mu się Jezus. Jak trwoga, to do Boga?

– Mój ojciec kochał Hitlera bardziej niż rodzinę. Po śmierci Führera potrzebował nowego Boga i wziął tego katolickiego. W więzieniu przyjął chrzest. Wcześniej był starokatolikiem, ale wystąpił z Kościoła z powodu kariery nazistowskiej.

Hitler i Hans Frank
Hitler i Hans Frank

W najnowszej książce ujawnia pan korespondencję Hansa Franka z rodziną.

– To tylko niewielka część korespondencji, bo Amerykanie przekazali wiele listów do Archiwum Federalnego. Kiedy w 1959 roku zmarła nasza matka, ja w spadku chciałem tylko zdjęcia i to, co było na papierze. Mam setki listów. Moja matka uwielbiała pisać i jako była sekretarka każdy list pisała przez kalkę, żeby mieć kopię.

Spodziewał się pan, że w listach Hans Frank okaże skruchę?

– Kiedy 18 kwietnia 1946 roku obrońca pyta go, czy miał coś wspólnego z eksterminacją Żydów, to najpierw Hans Frank mówi, że tak, i pada jeszcze kilka zdań. Można pomyśleć, że skoro robi takie wyznanie, to łączy się to ze skruchą. Ale co on robi? Na koniec przyznania się do winy, mówi: „Tysiąc lat przeminie, zanim zatarta zostanie ta wina Niemiec”. A przecież pytano go o jego osobistą winę!

Potem, kiedy sprytny sowiecki prokurator bierze go w ogień krzyżowy, znowu zaczyna kłamać, jakby nie było tego wyznania kilka minut wcześniej. Nigdy nie darzył swoich ofiar empatią, nigdy nie żałował. W swoim ostatnim liście do matki napisał: „Nigdy nie byłem przestępcą (…) i kiedyś będę skutecznym oskarżycielem”. Co za bzdury!

Prowadził pan nawet pewną statystykę, licząc, ile razy pojawia się w listach Hansa Franka słowo „los” i „Bóg”. To pierwsze 148 razy, a drugie 550. Nagle wszystkiemu byli winni Hitler i Himmler.

– Takie wypieranie się winy, spychanie wszystkiego na los, na który nie ma się wpływu, jest odrażające!

Ale w listach matki odkrył pan fragmenty, w których pisała o winie wobec Żydów.

– Tak, jest takie jedno zdanie, w którym pisze do przyjaciółki: „Kiedy myślę o przeszłości, byliśmy okrutni”.

Pisze pan też o wojnie, jaka toczyła się między Hansem Frankiem a jego żoną Brigitte już od 1942 roku. Interweniował nawet sam Hitler.

– Chodziło o romans z Lilly, wielką miłością z dzieciństwa. Kiedy Hans Frank pierwszy raz ją zobaczył, w powozie, ubraną na biało, zakochał się do szaleństwa. Miał wtedy dwanaście lat. To była prawdziwa dziecięca przyjaźń, miłość, ale ojciec Lilly zabronił im się spotykać. Lilly wyszła za mąż za innego mężczyznę i miała z nim syna, który zaginął na froncie wschodnim. I wtedy, w 1942 roku, przyszło Lilly do głowy, że jest jeszcze jej przyjaciel z dzieciństwa, który ma władzę i mógłby pomóc. Poprosiła o spotkanie i znów się w sobie zakochali. Jej mąż na wszystko się zgadzał, a mój ojciec wysyłał mu znaczki z Generalnego Gubernatorstwa.

Potem ojciec chciał rozwodu. Moja matka walczyła o niego, poszła do pani Himmler i nie tylko. Powiedziała, że woli być wdową niż rozwódką – byłą żoną ministra Rzeszy. A potem napisała list do Hitlera. Wychowałem się w przeświadczeniu, że Hitler zabronił mojemu ojcu rozwodu aż do czasu zakończenia wojny. I dopiero kilka lat temu dowiedziałem się prawdy, a mianowicie, że Hitler zastosował tu pewną sztuczkę. Napisał telegram, że zabrania mu rozwodu, chyba że zrezygnuje z funkcji ministra Rzeszy i generalnego gubernatora. Hans Frank mógł prawdopodobnie uratować swoje życie, ale Generalne Gubernatorstwo było dla niego ważniejsze.

Gdy tylko ojciec został aresztowany, jego Lilly już nie chciała nic o nim wiedzieć.

Ze strachu.

– Być może, bo nie wiadomo było, jak alianci postąpią z rodzinami i kochankami masowych morderców. Mogła przynajmniej do niego napisać w więzieniu, ale wysłała mu tylko wiersz Goethego.

Pana matka mogła być szczęśliwa, że ma swojego Hansa z powrotem i tylko dla siebie. Nawet jeśli był w więzieniu.

– Gdybym był Szekspirem, można by z tego zrobić wielką tragedię, bliską komedii. Bo trzeba sobie wyobrazić, że oboje nieustannie zapewniają się w listach, że darzą się wielkim uczuciem. A prawda była zupełnie inna. Psychologowi sądowemu Hans Frank mówił, że z żoną Brigitte, matką jego pięciorga dzieci, nic go nie łączy. Jaka obłuda!

Pana matka też nie była wierna, dlatego Hans Frank podejrzewał, że nie jest pan jego dzieckiem, tylko jakiegoś kochanka.

– Moja matka łatwo zachodziła w ciążę. Najstarsze dzieci urodziły się w 1927 i 1928 roku, a potem dopiero w 1935 roku. Odkryłem, że w tym czasie dokonała aborcji w Austrii, a nie sądzę, żeby przerwała ciążę, jeśli byłoby to dziecko Hansa. Prowadziła wolne życie seksualne.

W listach, które pisała, nie brakuje humoru i sarkazmu. Pisze nawet, że kto był wysoko, musi nisko upaść. Po wojnie ciężko pracowała. Ceni ją pan za to?

– Trzeba przyznać, że harowała dla nas i cenię to. Mogła przecież być taką fanatyczką jak żona Goebbelsa i nas zamordować. Później uświadomiłem sobie, że moja matka była jedną z bardzo niewielu, a może jedyną znaną mi osobą, która żyła tylko tu i teraz: bogactwo się skończyło, jest bieda i co z tym teraz zrobię? Dlatego nie pamiętam żadnych jej westchnień za przeszłością.

Z tamtych czasów posiadała jednak coś, co jej pomogło, ale wykorzystała to dopiero po śmierci Hansa Franka. Miała dużą torebkę pełną biżuterii, ukradzionej Żydom i Polakom. Sięgnęła po nią nie od razu po wojnie, kiedy musieliśmy żebrać, świadoma, że gdyby ją złapano, zabrano by jej te skarby. Korzystała z nich dopiero od 1947 roku, gdy wszystko się trochę uspokoiło. Jeździła na rowerze do obozu, gdzie przebywali dipisi, i sprzedawała tam biżuterię. Te zrabowane klejnoty utrzymały nas przy życiu.

A potem własnym nakładem wydała książkę Hansa Franka.

– Mój ojciec napisał ją w więzieniu w Norymberdze. Nosiła tytuł „W obliczu szubienicy”. Wielkie tomisko. Moja matka wydała ją w 1953 roku we własnym wydawnictwie. Wie pani, kto był pierwszym nabywcą? Katoliccy księża w Bawarii i gdzie indziej. Po nich ewangeliccy pastorzy, a potem niemieccy przedsiębiorcy. I nagle matka miała dużo pieniędzy. Szef Volkswagena podarował jej nawet samochód.

Pamięta pan procesy norymberskie i dzień, w którym dowiedział się pan o wykonanej na ojcu karze śmierci?

– Trzy, a może nawet cztery tygodnie, zanim zapadł wyrok, matka zawiozła naszą najmłodszą trójkę do ośrodka 80 kilometrów dalej. Chciała nam zaoszczędzić wytykania palcami. I zostaliśmy tam aż do wykonania wyroku śmierci. Przyjechała po nas trzy, cztery dni po powieszeniu ojca. Był chłodny, słoneczny dzień, druga połowa października 1946 roku, a ona była ubrana w kwiecistą wiosenną sukienkę. Zabrała nas na spacer. Szedłem obok niej po prawej stronie, a Michael i Gitti po drugiej. Powiedziała wesołym głosem, że tata nie żyje, jest w niebie i jest bardzo szczęśliwy. „Spójrzcie! Ja mam się dobrze. Jestem w wiosennej sukience”. Moje rodzeństwo zaczęło strasznie płakać, a ja nie. „Popatrzcie na Niklasa. On też nie płacze” – powiedziała do Michaela i Gitti, ale jednocześnie bardzo mocno ścisnęła mi rękę, pytając dlaczego nie płaczę. A ja wiedziałem, podobnie jak moi bracia i siostry, że nasz ojciec musi spodziewać się wyroku śmierci. Obrońca ojca mówił o tym już latem. Z tą świadomością jechałem też na swoją jedyną wizytę w Norymberdze. Wiedziałem, że on zawiśnie na szubienicy.

Jak później żyło się waszej piątce z tym ciężkim bagażem ojca – zbrodniarza hitlerowskiego?

–Sigrid przeprowadziła się ze swoim drugim mężem do RPA, bo ceniła apartheid – segregację rasową. Norman był z mojego rodzeństwa jedynym, który uznał winę ojca, jednak zawsze powtarzał: „Wiem, że nasz ojciec był zbrodniarzem, ale kocham go”. Gitti, urodzona w 1935 roku, już w młodości napisała w pamiętniku, że nie chce być starsza od taty. Kiedy został powieszony, miał 46 lat, a ona w tym samym wieku popełniła samobójstwo. Miała raka, ale według lekarzy mogła jeszcze żyć pięć lat. Nie chciała. Co niedzielę stawiała w salonie duże zdjęcie ojca i świeczki, całe życie strasznie za nim rozpaczała. Michael z kolei był bardzo prawicowy, należał nawet do NPD (neonazistowska i skrajnie prawicowa Narodowodemokratyczna Partia Niemiec – red.), a kiedy ukazała się moja pierwsza książka o ojcu, publicznie mnie atakował, mówiąc, że to kłamstwa i ojciec był niewinny.

Jedynym, który zrobił to trochę inaczej, byłem ja. I zawsze powtarzam, że gdy żyjesz wbrew prawdzie, to ulatuje z ciebie życie. Sigrid zmarła w wieku 63 lat, Michael w wieku 53 lat, a Gitti – 46. Norman dotarł najdalej, bo też uznał zbrodnie ojca. A ja, mając teraz 83 lata, jestem najstarszy z całej piątki.

zbrodniarz hitlerowski Hans Frank, generalny gubernator okupowanych ziem polskich
Hans Frank (z przodu) w piątą rocznicę powstania Generalnego Gubernatorstwa (październik 1944)

Jako nastolatek malował pan szkielety na szubienicy, które teraz znalazły się na okładce pana książki. To było jak terapia?

– Znalazłem te obrazki jakieś osiem, dziewięć lat temu. Nie wiedziałem, że malowałem coś takiego. Zawsze uważałem, że śmierć ojca odbiła się ma moim rodzeństwie, ale nie na mnie, bo nie przepadałem za nim. I potem nagle zobaczyłem te obrazki z szubienicami, krwią, trupami. To mnie zwaliło z nóg.

Kilka lat temu w wywiadzie dla Deutsche Welle powiedział pan, że nosi przy sobie zdjęcie zmarłego ojca. Nadal pan to robi?

– Tylko wtedy, gdy noszę tę marynarkę. Mam ją na sobie, kiedy podróżuję. Co rusz spoglądam na niego, by przekonać się, że nie żyje. Z drugiej strony mam wrażenie, że uśmiecha się do mnie przez znowu niesamowicie głośny antysemityzm w Niemczech. On po wojnie nigdy nie zniknął, tylko był przemilczany. A teraz staje się znowu coraz głośniejszy. I to, że skrajnie prawicowe idee, które wyrażała banda zbrodniarzy i realizowała w nieludzkich czynach, że to jest dziś w Niemczech znowu możliwe, jest niewiarygodne.

Jak pan to sobie tłumaczy?

– Nigdy nie pozwoliliśmy, aby horror, który spowodowaliśmy, dotarł do nas. To wszystko puste gadanie. Nie ma Niemca, nawet najbardziej radykalnego skrajnego prawicowca, który nie nosiłby w sobie tych zdjęć gór trupów w obozach koncentracyjnych albo pojedynczych niewinnych zamordowanych ludzi. Ale nie pozwalamy, by to do nas dotarło. Zamiast tego staramy się ze wszystkich sił stłumić, zminimalizować, zrelatywizować. A za tym wszystkim stoi nigdy nie zlikwidowany antysemityzm. Jeśli z powodu wojny w Ukrainie naprawdę wpadniemy w poważny kryzys gospodarczy, w którym stawką będzie głód i przetrwanie, założę się, że „winni” będą Żydzi. Nadal jesteśmy rasą panów. Wśród 82 milionów Niemców tylko jeden milion to prawdziwi demokraci. Niemniej jednak mamy najlepszą z możliwych demokracji, ale ona nie pochodzi z serca, została nam narzucona przez zwycięzców. Jestem za to bardzo wdzięczny. Nasza demokracja ma się jeszcze dobrze, ale ja nie ufam naszym Niemcom.

Niklas Frank

Niklas Frank (urodzony w 1939 r.) jest najmłodszym dzieckiem Hansa Franka, zbrodniarza hitlerowskiego, generalnego gubernatora okupowanych ziem polskich. Niklas Frank był reporterem magazynu „Stern”. W swoich książkach rozlicza się z nazistowską przeszłością rodziców (m.in. „Mój ojciec Hans Frank”, „Moja niemiecka matka”, „Brat Norman!”). W 2021 roku ukazała się jego książka „Moja rodzina i jej kat” („Meine Familie und ihr Henker”).


Adam Mazguła: Nie chodzi o hidżab czy burkę, ale o wolność wyboru

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Religia to czyste zło. Jest wsteczna w stosunku do nauki i stanowi system kontroli nad człowiekiem. Przy pomocy ogłupionych fanatyzmem miłośników przemocy powołujących się na wolę Boga do sprawowania nadludzkiej władzy, tworzą prawo nie tylko dla swoich wiernych, ale dla całego społeczeństwa. Wszystko po to, by mogli panować nad wszystkim i wszystkimi. Nad tym, gdzie są, co robią i tworzą.

W Koranie nigdzie nie ma informacji na temat tego, czy kobiety mają obowiązek zakrywania twarzy lub całego ciała. Kobiety powinny chować jednak to, co je zdobi. W świecie arabskim takim elementem są włosy. Jednak w miarę rozwoju państwowej religii, hierarchowie muzułmańscy wprowadzają kolejne ograniczenia i zaostrzają postępowanie w stosunku do kobiet. W praktyce powołana policja moralności religijnej jest bezkarna i stanowi wyrocznię warunków przebywania kobiet poza swoim domem. Kobieta na ulicy, szczególnie młoda i urodziwa nie może ukazywać się ludziom, bo według zmanipulowanych wiarą mężczyzn w mundurach obraża Boga. To droga do nieograniczonej przemocy i nadużyć.

Kilka dni temu Irańska policja moralności brutalnie zamordowała 22-letnią Mahsa Amini, która posiadała „niewłaściwy hidżab” (hidżab — okrycie włosów muzułmanek).

W całym Iranie wybuchły zamieszki przeciwko państwowej religii, która opanowała kraj swoim terrorem w stosunku do kobiet.

W całym kraju dochodzi do zamieszek, a poza granicami, Iranki organizują wiece informacyjne i proszą o wsparcie.

Uczestniczyłem i ja w zgromadzeniu na wrocławskim Rynku, w obronie prawa Irańskich Kobiet do godności. Kilkanaście młodych kobiet i mężczyzn, najczęściej studentów z Iranu, przy pomocy wrocławskiego KOD-u zorganizowało wiec poparcia dla wolności kobiet w ich kraju. Wspierali ich Kurdowie, Pakistańczycy, wolni Białorusini, Ukraińcy i przede wszystkim Polacy związani z Komitetem Obrony Demokracji, Strajkiem Kobiet i Obywatelami RP.

Kobiety muzułmańskie nie chcą dalej poddawać się kolejnym ograniczeniom ich wolności i traktowania jak ludzi podrzędnych, drugiej kategorii. Jak podkreślają, od 40 lat ich prawa są stale ograniczane, a każde nieposłuszeństwo wobec upokorzeń religijnych jest karane brutalnym pobiciem na ulicach lub nawet śmiercią dla przykładu dla innych.

Na wrocławskim Rynku wybrzmiało wiele pięknych słów o tęsknocie do wolności, godności ludzkiej i prawa do wyboru.

Jak podkreślały Muzułmanki we Wrocławiu: Nie chodzi o hidżab czy burkę (burka — całkowite zasłonięcie całego ciała), ale wolność wyboru, prawo do swoich decyzji i poszanowanie ich godności osobistej.

Było wiele opowiadań o terrorze i wspomnień tłumaczonych na język angielski i polski oraz muzyka, wzniosła i przejmująca, wyciskająca łzy.

Przejmującym symbolem tego wiecu dla Polek był termin 1 października, od którego nasza rodzima PiS-policja religijnego terroru katolickiego wprowadziła rejestrację ciąż. Iranki mogą dokonywać aborcji, Polki są już pod kontrolą PiS-prokuratury i sygnalistów katolickich.

Te fakty pokazują, że religia to czyste zło. Jest wsteczna w stosunku do nauki i stanowi system kontroli nad człowiekiem. Przy pomocy ogłupionych fanatyzmem miłośników przemocy powołujących się na wolę Boga do sprawowania nadludzkiej władzy, tworzą prawo nie tylko dla swoich wiernych, ale dla całego społeczeństwa. Wszystko po to, by mogli panować nad wszystkim i wszystkimi. Nad tym, gdzie są, co robią i tworzą.

Wykonałem kilka zdjęć, których nie pokażę. Irańczycy prosili o anonimowość, aby chronić się przed zemstą i odwetem swoich władz po ich przyjeździe do kraju lub na ich rodzinach. Oczywiście, że uszanuję ich wolę.

Wobec rosnącego terroru religijnego w Polsce obyśmy nigdy nie doczekali takiego strachu, który widziałem w irańskich oczach, kiedy widziały aparat fotograficzny.

Adam Mazguła