Roman Giertych: „dla PiS najlepszym rozwiązaniem byłoby odstrzelenie Tuska”

Roman Giertych

Roman Giertych

Tusk jest osobą tak atakowaną, że wydaje się jakby pozbawiono go praw człowieka. Sędzia TK przedstawia go na równi z Hitlerem, TVP dorabia mu czerwone rogi i pozbawia prawa do nazywania się Polakiem, ministrowie odsyłają go do Niemiec, aby tam kandydował. Jednocześnie TVP zrównuje go z Putinem i jego zbrodniami w Ukrainie. Trwa świadoma nagonka na niego, a motywem jest, że PiS uważa go za największe zagrożenie dla swej władzy.

PiS chce zabić Tuska

Redaktor „Sieci”, TVP i Gazety Polskiej pan Robert Tekieli wezwał, aby PiS „odstrzelił Tuska najlepiej 3 miesiące przed wyborami”.

Jest oczywiste, że mamy do czynienia z nawoływaniem władz PiS-u do zamordowania lidera opozycji.

Słowo ”odstrzelić” ma wprawdzie obok zabójstwa jeszcze znaczenie „usunąć z funkcji, zdymisjonować”, ale jak niby PiS miałby zdymisjonować Tuska? Poza tym przeciętny odbiorca odbiera takie słowo przede wszystkim w podstawowym znaczeniu, czyli znaczeniu wzywania do zabójstwa. Historia zabójstwa prezydenta Gdańska mogła mieć taki początek.

Redaktorowi „Sieci” już dzisiaj powinny być postawione zarzuty z art. 18 par.2 kk w związku z art. 148 par. 2 pkt 3 kk. W moim przekonaniu kwalifikacja podżegania do zabójstwa jest właściwsza w tym przypadku niż art. 255 par. 2 kk tj. nawoływanie do popełnienia zbrodni. Jest właściwsza z tego powodu, że jego słowa są skierowane do PiS, czyli do konkretnych ludzi, a nie do wszystkich. To właśnie rozróżnia nawoływanie do zbrodni od podżegania do niej. Konkretności adresatów.

Jest szokujące, że wokół całej sprawy zapadło głuche milczenie. Milczą dziennikarze, milczy PiS, milczą publicyści, symetryści, obrońcy praw człowieka, organizacje tych obrońców, milczą biskupi, milczą redakcje gdzie pracuje Tekieli, milczą politycy.

Tusk jest osobą tak atakowaną, że wydaje się jakby pozbawiono go praw człowieka. Sędzia TK przedstawia go na równi z Hitlerem, TVP dorabia mu czerwone rogi i pozbawia prawa do nazywania się Polakiem, ministrowie odsyłają go do Niemiec, aby tam kandydował. Jednocześnie TVP zrównuje go z Putinem i jego zbrodniami w Ukrainie. Trwa świadoma nagonka na niego, a motywem jest, że PiS uważa go za największe zagrożenie dla swej władzy.

Mamy znaną w każdym tworzącym się autorytaryzmie metodę dehumanizacji przeciwników. Logiczną konsekwencją jest więc, że nawiedzeni publicyści PiS będą wzywać do zamordowania tego Niemca, Hitlera, putinowca etc. Bo śmierć Tuska byłaby dla PiS-u wybawieniem.

Dzisiejszy brak potępienia dla przestępstwa pana Tekielego oznacza, że oni świadomie oczekują, aby ktoś Tuska zabił.

Prokuratura od 7 lat stała się zbrojnym ramieniem rządzących. Brak wszczęcia z urzędu śledztwa w sprawie słów redaktora „Sieci” to najwyższy poziom skundlenia się tych ludzi. A milczenie ze strony PiS oznacza, że oni oczekują na to, aby ktoś rzeczywiście podjął się zamachu na lidera opozycji.

Takiej postawy w Polsce nie było od czasu nagonki na Narutowicza. To hańba, której PiS nie zmyje z siebie nigdy.

Roman Giertych


Adam Mazguła: Wszyscy znają prawdę o systemie bezkarnego PiS-łajdactwa

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Wszyscy znają prawdę o systemie bezkarnego PiS-łajdactwa. Kaczyński i Morawiecki udowadniają, że nie istnieje dla nich żadna granica dewastacji Polski. Są tak bezczelni, że PiS-milicjant i generał wszelkiego łajdactwa Jarosław Szymczyk ogłosił nagrodę, zamiast prowadzić śledztwo, bo wszyscy wiedzą, kto za tą tragedię odpowiada, ale, po co się będzie narażał?

 

Admirał „flotylli” pływających smrodów i śniętych ryb na polskich ściekach wodnych, które niedawno były ciekami, Mateusz Morawiecki zatrudnił całą propagandę i przekonuje, że nic się nie dzieje. Wszystko to naturalne straty w przyrodzie.

Adam Mazguła

Tymczasem 17 sierpnia w wodzie, która wpływa do Nysy Kłodzkiej i Odry znaleziono jednak rtęć.

– Zostałam powiadomiona przez Zastępcę Komendanta PSP w Nysie, że na podstawie przeprowadzonych badań laboratoryjnych przez Specjalistyczną Grupę Ratownictwa Chemiczno- Ekologicznego z Kędzierzyna – Koźla w pobranych próbkach wody z potoku przy ul. Górnej w Skoroszycach wykryto związki rtęci – informuje Barbara Dybczak, wójt gminy Skoroszyce.

Niedawno atakowały nas informacje o sprowadzaniu do Polski w sposób niekontrolowany milionów ton śmieci rocznie, nie tylko z Europy, ale i z wielu innych krajów świata. Potem przychodziły newsy o protestach ludzi, że tu i tam śmierdzi, są składowane tysiące beczek z nieczystościami bez właścicieli. Następnie nasiliły się masowe pożary składów opon i śmieci na dzikich wysypiskach, za które nikt nie ponosił odpowiedzialności.

Doszliśmy do regionalnych protestów mieszkańców, że są truci i zaśmiecani.

Teraz ścieki płyną rzekami tak toksyczne, że trują i mordują ryby i zwierzęta.

Wszyscy znają prawdę o systemie bezkarnego PiS-łajdactwa. Znają miejsca składowania beczek trucizn, hałd śmieci, toksycznych odpadów w całej Polsce. Jednak zakazu wwożenia do Polski śmieci nie ma. PiS-bandyci i zamachowcy na zdrowie i życie Polaków tworzą przestępcze gangi nieprzyzwoicie bogatych morderców środowiska, które korzystają z systemowej bezkarności należnej łajdakom z PiS.

Na zatruwaniu i zaśmiecaniu Polski zbijają fortuny w bezkarności od lat, a wszystko to pod flagami „biało czerwonej drużyny” i hasłem Bóg-Honor-Ojczyzna.

Są tak bezczelni, że PiS-milicjant i generał wszelkiego łajdactwa Jarosław Szymczyk ogłosił nagrodę, zamiast prowadzić śledztwo, bo wszyscy wiedzą, kto za tą tragedię odpowiada, ale, po co się będzie narażał?

Tymczasem komandor flotylli pływających smrodów i trupów Mateusz „miska ryżu” Morawiecki, zatrudnia ministra, specjalistkę od wiary katolickiej KUL, a nie ochrony środowiska. Widać wyraźnie, że nie chodzi o ochronę klimatu i środowiska, a o jego łupienie, dewastację, urządzenie branży gospodarczej i osiąganie maksymalnych zysków. Morawieckiemu chodzi też o trzymanie swojego łapska na funduszach na czyste powietrze i ochronę środowiska, które to środki bezczelnie kradnie na inne cele swojej dewastacji kraju.

To szczytowy efekt „polskiego ładu”, czyli PiS-łupienia narodu za wszelką cenę i szybko. Szczyt bałaganu, rozpiętych rozporków, lądowania we mgle na brzozę, bezprawia, złodziejstwa niekontrolowanego, zaszczanych spodni i łupieżu.

Wyciąć władzę, a nie drzewa. Eko-morderstwo. Pisaliśmy podczas protestu pod Urzędem Wojewody Dolnośląskiego. Tymczasem wielu z wychodzących PiS-urzędników z kpiącym uśmiechem kwitowało nasz protest. Wyraźnie byli za mordowaniem Odry. Nic dziwnego, bo najbardziej kompetentną grupą zawodową w PiS są marksiści, teolodzy i historycy.

Kaczyński i Morawiecki udowadniają, że nie istnieje dla nich żadna granica łajdactwa i dewastacji Polski. To ich program, konsekwentnie realizowany plan wspierany przez „durniów i zdrajców” w kieckach, którzy zgodnie z nauką biskupów – „czynią sobie ziemię poddaną”. Wspierani przez tępą agresję propagandową za 2 miliardy rocznie ogłupiają parafian i budują rasę chamów wybranych, która niedawno była owieczkami.

Tymczasem komandor flotylli pływających smrodów i trupów miał „strzelać do tratw” i karmić tych, co „mają zapier**lać za miskę ryżu”, aby on mógł gardzić nimi i się nieprzyzwoicie bogacić.

Plan wchodzi w fazę kluczową. Nie będzie energii, czystej wody, lekarzy, prawdy, demokracji i przyzwoitości. Jest on, jego banda na utrzymaniu społeczeństwa i drogi ryż.

Coś mi mówi, że jeśli im nie pomożemy, to nie przestaną nas okupować.

Do dymisji, kłamcy, złodzieje i brudasy, „durnie i zdrajcy”, bo nie tylko zatrujecie, ale i podpalicie cały kraj.

Adam Mazguła

 

Książka „Adam Mazguła – Żołnierz gorszego sortu” dostępna w systemie sprzedaży internetowej.

Książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>>


Całe życie pracujemy na to, jak będzie wyglądała nasza starość

Brzmi banalnie: na to, jaką będziemy mieć starość, w dużej mierze pracujemy sami. Niezależnie od wszystkiego nieprawdą jest, że starość musi boleć. Geriatra Agnieszka Skoczylas, starszy asystent w Klinice i Poliklinice Geriatrii, Narodowego Instytutu Geriatrii, Reumatologii i Rehabilitacji podkreśla, że ból trzeba leczyć.

Całe życie pracujemy na to, jak będzie wyglądała nasza starość
Fot. Philippe Leone / unsplash

Dlaczego po czterdziestce kończą się nam części zamienne?

W zasadzie nie mamy części zamiennych, tylko jakiś zapas sił, komórek, które zużywamy w ciągu życia. Procesy starzenia są naturalne. Każdy z nas starzeje się we własnym tempie, komórki niszczą się we własnym tempie, padają mechanizmy obronne, np. te broniące nas przed nowotworami. Ale im bardziej zaniedbany zdrowotnie człowiek, im więcej ma chorób współistniejących, tym większe ryzyko, że będzie się starzał niekorzystnie i że wcześniej umrze.

Co znaczy zaniedbany?

Całe życie pracujemy na to, jak będzie wyglądała nasza starość. Jeśli większość z nas siedzi przy komputerze, nie rusza się, nie uprawia sportu, je śmieciowe jedzenie, jasne jest, że zwiększamy sobie sami ryzyko chorób cywilizacyjnych: cukrzycy, nadciśnienia, choroby wieńcowej i innych chorób układu krążenia, które są najczęstszą przyczyną zgonów w Polsce. Ale również narażamy się na większe zmiany w układzie kostnym, na szybszy rozwój choroby zwyrodnieniowej stawów kręgosłupa i stawów obwodowych. Nie budujemy masy mięśniowej, pojawia się otyłość, więc z czasem coraz trudniej nam się poruszać. Mamy coraz większe problemy ze zwykłą codziennością. To jest właśnie to zaniedbanie. Dołączają się kolejne choroby, a te są zazwyczaj późno rozpoznawane i leczone – jak na przykład przewlekła obturacyjna choroba płuc rozpoznawana dopiero wtedy, gdy duszność przy wysiłku staje się nie do zniesienia i wymusza poszukiwanie pomocy lekarskiej.

Człowiek zaniedbany pracował przez wiele lat na swoje choroby. Wielochorobowość, którą geriatrzy nazywają współistnienie trzech lub więcej chorób z trzech różnych układów naszego ciała, jest charakterystyczna dla wieku podeszłego.

Czy starość musi boleć? Co druga osoba po 65 roku życia skarży się na ból przewlekły. Niektórzy lekarze mówią: „W tym wieku musi boleć”. Przez takie podejście ci starsi ludzie czasami wiele lat zmagają się z depresją…

Oczywiście, starość nie musi boleć. Po pierwsze, już od młodości możemy dbać o własne ciało, być aktywnym fizycznie, budować masę mięśniową. Możemy dbać o dietę, żeby były w niej odpowiednie proporcje białka, węglowodanów, tłuszczów i składników mineralnych. Musimy jeść więcej warzyw i owoców. To wstęp do tego, żeby nas na starość nie bolało.

Bez odpowiedniego aparatu mięśniowego, stabilizującego kręgosłup we właściwej pozycji, dochodzi do szybszego postępu zmian zwyrodnieniowych, a to coraz bardziej boli.

Jeśli ktoś mało rusza się przez większość swojego życia, jego mięśnie przykręgosłupowe czy mięśnie brzucha są słabe. Tak samo dzieje się z nieużywanymi mięśniami nóg czy rąk.

Najczęściej bolą nas stawy w związku z chorobą zwyrodnieniową, ich nadmiernym starzeniem się, zużywaniem i niszczeniem chrząstek stawowych oraz pojawianiem się deformacji części kostnych stawu.

Inną przyczyną są na przykład choroby zapalne, autoimmunologiczne, reumatyczne. Do tego dochodzą czynniki genetyczne, czyli skłonność do niektórych chorób, bądź inne czynniki, które nie są od nas zależne.

Ból w chorobach kręgosłupa związany z dyskopatią jest chyba bardzo częsty?

Tak. W dodatku pacjenci w wieku podeszłym, u których dyskopatia trwa długo, mają bóle neuropatyczne związane ze zniszczeniem czy uszkodzeniem włókien nerwowych przewodzących bodźce do kręgosłupa i dalej do ośrodkowego układu nerwowego, do mózgu. Ten ból jest piekący, palący. Podobne bóle występują w cukrzycy, mają charakter polineuropatyczny. Takie bóle pojawiają się również jako konsekwencja radioterapii czy chemioterapii nowotworów.

Przewlekły ból sam w sobie, nieleczony albo źle leczony, może indukować depresję, zwiększa poziom stresu organizmu, przyspiesza starzenie. Jeśli człowieka boli, gorzej się go leczy, np. ma gorsze ciśnienie tętnicze, bo ból powoduje pobudzenie adrenergiczne i wyrzut innych hormonów, które podwyższają ciśnienie. Dlatego geriatra dobiera różne leki przeciwbólowe

Problem polega na tym, że pacjenci geriatryczni przyjmują bardzo wiele leków.

I suplementów, często bez wskazań. Nazywa się to polipragmazją. Leki przeciwbólowe są jednymi z najczęściej nadużywanych, zwłaszcza te dostępne bez recepty. Osobie starszej lek przeciwbólowy powinien dobrać lekarz. On wie, że przy pewnych rodzajach bólu niekoniecznie zastosuje niesteroidowe leki przeciwzapalne, ale, np. w bólach neuropatycznych, leki neurologiczne – przeciwpadaczkowe jak gabapentyna, czy pregabalina.

Czy ból u osób starszych można leczyć bez tzw. leków narkotycznych?

Można, ale jeśli ból jest bardzo silny, lepiej dać mniejszą dawkę leku „narkotycznego”, która poprawi funkcjonowanie pacjenta niż zwiększać dawki innych leków. Zazwyczaj łączymy ze sobą leki przeciwbólowe o różnym mechanizmie działania, ponieważ działają one silniej i w mniejszych dawkach, ale jeśli w ten sposób bólu nie da się opanować, jest on zbyt silny, należy zastosować lek „narkotyczny”.

Wspomniała pani o polipragmazji. Lekarze serwują mnóstwo leków, czasami one się wykluczają. Pacjent krąży między specjalistami, a oni nie patrzą na niego holistycznie. Serwują np. leki przeciwzakrzepowe i obniżające poziom kwasu żołądkowego, ketoprofen, który może powodować krwawienia z przewodu pokarmowego. Oprócz tego pacjent popija ziółka, np. dziurawiec źle działający z lekami.

Dziurawiec pobudza działanie pewnych enzymów wątrobowych, biorących udział w przemianach innych leków, a to powoduje osłabienie ich działania. Tak się dzieje np. z lekami przeciwzakrzepowymi. Z kolei na przykład wyciągi z miłorzębu, chętnie przyjmowane „na poprawę pamięci” hamują działanie kilku różnych enzymów w wątrobie, wobec czego zażywanie ich z lekami metabolizowanymi tą drogą spowoduje nasilenie ich działania.

Jeden z naszych pacjentów przyjmował 34 preparaty przepisywane przez kilku lekarzy, bez jakiejkolwiek kontroli. Wśród nich znalazł się lek przeciwnadciśnieniowy, tak zwany inhibitor konwertazy, w tej samej dawce pod dwiema różnymi nazwami handlowymi oraz inny lek przeciwnadciśnieniowy, sartan, działający w podobny sposób. Niektórych leków, na przykład inhibitorów konwertazy i sartanów, nie można łączyć, bo nie przynosi to dodatkowych efektów leczniczych, a jedynie nasila działania niepożądane.

Czyli geriatrzy ten bałagan porządkują?

Tak, staramy się, żeby pacjent miał jak najmniej leków. Należy odróżnić polipragmazję od polifarmakoterapii. Polipragmazja to wielolekowość, przyjmowanie leków i suplementów bez uzasadnienia, bez wskazań, często dlatego, że „sąsiadce pomogło”, „osłonowo na wątrobę”, czy „na pamięć” jak wspomniane chwilę temu ziółka.

Leki wpływają na siebie wzajemnie poprzez wpływ na transport, na enzymy, na przemiany w wątrobie. Jedne mają charakter hamujący, inne pobudzający, są takie, które blokują białka transportujące i takie, które pobudzają konkretne receptory, na które u starszej osoby nie chcemy akurat działać. Im więcej środków przyjmuje pacjent, tym większe ryzyko interakcji między nimi. Taka mieszanka, złożona z pięciu leków, rano popita sokiem z grejpfruta, po południu sokiem z mango, z dodatkiem żeńszenia przed kolacją, a ginko po kolacji, jest po prostu groźna. Przy przyjmowaniu siedmiu preparatów niemal pewne jest, że co najmniej dwa z nich wchodzą w niebezpieczne interakcje.

Z polifarmakoterapią mamy do czynienia, gdy pacjent przyjmuje kilka leków, ale są mu niezbędne i nie można żadnego z nich odstawić, a lekarz odpowiednio dobrał dawki i pory przyjmowania w taki sposób, by maksymalnie wykorzystać ich właściwości, a zminimalizować ryzyko działań niepożądanych i interakcji.

Geriatrzy dążą do redukcji polipragmazji, pozostawiając tylko te leki, które pacjent powinien przyjmować. Ale u źródła polipragmazji leży między innymi polipreskrypcja, czyli przepisywanie tych samych leków przez wszystkich specjalistów, do których chodzi pacjent. Kardiolog wypisze wszystkie leki, które ma wpisane w karcie pacjenta, bo ten twierdzi, że mu się skończyły. Po tygodniu diabetolog wypisze jeszcze raz ten sam zestaw recept, nie wiedząc o wypisanych lekach, i dołoży jeszcze jeden. A następne recepty doda lekarz rodzinny, bo pacjent zamówił leki w POZ. A to lekarz podstawowej opieki zdrowotnej powinien panować nad tym bałaganem.

Leki przeciwdepresyjne nawet u osób młodych zaczynają działać po upływie ok. dwóch tygodni. Jak jest u seniorów?

U seniorów też nie działają od razu, lecz po ok. 4 tygodniach. Na początku najbardziej widać działania niepożądane. Dlatego geriatrzy mają zasadę: start low, go slow – daj małą dawkę i powoli ją zwiększaj. Tej ważnej zasady geriatrycznej powinni przestrzegać wszyscy lekarze. Nie leczymy od razu dawką pełną, bo działania niepożądane będą miały duże nasilenie, a pacjent zniechęci się do leczenia. Rozmawiajmy o tym z pacjentem – wtedy uzyskuje się dobrą współpracę, a farmakoterapia prawidłowo prowadzona jest skuteczna.

Planując leczenie, trzeba wziąć pod uwagę, że rekomendacje i zalecenia towarzystw naukowych oparte są na badaniach klinicznych przeprowadzanych zazwyczaj w młodszych grupach wiekowych, do 75. roku życia. Badania angażujące seniorów są nieliczne i w mniej liczebnych grupach. Tymczasem osoba w wieku bardzo podeszłym ma zupełnie inny metabolizm, zupełnie inną dystrybucję leku w organizmie i przeważnie potrzebuje zdecydowanie mniejszych dawek niż osoba np. czterdziestoletnia.

Jaką więc grupą wiekową zajmują się geriatrzy?

Grupą 60 plus. Zgodnie z podziałem WHO wyróżnia się: wczesną starość, od 75 roku życia – starość dojrzałą lub późną, i wiek sędziwy od 90. roku życia. To jest podział umowny, ale ludzie w każdej z tej grup inaczej chorują. Na przykład zaburzenia funkcji poznawczych i otępienie dotyczą połowy osiemdziesięciolatków i starszych, a u osób we wczesnej starości jest ich stosunkowo niewiele.

Podobnie jest z chorobami układu ruchu, z zaburzeniami równowagi, upadkami. Z wiekiem jest więcej wielochorobowości. Geriatria jest skierowana bardzo mocno na pacjenta, na dobranie odpowiedniego leczenia do osoby, nie do choroby, nie do zaleceń. Leczenie ma zapewnić nie tylko maksymalne wydłużenie życia, ale komfort u jego schyłku, zachowanie jak najlepszego funkcjonowania w każdej dziedzinie życia, a przede wszystkim – samodzielności.

Źródło: PAP / Serwis Zdrowie


Adam Mazguła: Andrzejek znowu wrzeszczał

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Dzieje się Cud nad Wisłą, że takie oszlifowane brylanty głupoty bezkarnie okupują Polskę.

Andrzejek znowu wrzeszczał propagandą na tle generalskich mundurów.

Mordercy graniczni to bohaterowie, zdrajcy Macierewicz i Błaszczak to patrioci, a zakupy limuzyn i samolotów dla VIP-ów to inwestycja w bezpieczeństwo Polski.

Kwiaty pod pomnikiem opozycji to zdrada i obraza PiS-honoru, jeśli wiedzą, co to znaczy?

Dzieje się Cud nad Wisłą, że takie oszlifowane brylanty głupoty bezkarnie okupują Polskę.

Wiem, wiem!

Konstytucja to też tylko papier dla Dudy.

Adam Mazguła

 

Książka „Adam Mazguła – Żołnierz gorszego sortu” dostępna w systemie sprzedaży internetowej.

Książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>>


Manuela Gretkowska: Tak mi przykro, że jest pan prezydentem

Manuela Gretkowska

Manuela Gretkowska

Tak mi przykro, że jest pan prezydentem Rzeczpospolitej depcząc prawo, łamiąc Konstytucję i prawych ludzi. Nie wiem, czy uczciwie wygrał pan wybory, na pewno przegrał sumienie

Prezydencie Dudo, Dlaczego nazywa pan uczciwych ludzi „zdrajcami i durniami”?

To, co wyprawia na granicy białoruskiej państwo polskie jest niezgodne z prawem Unii Europejskiej, a więc jeszcze naszym. Chociaż od początku swojej prezydentury robi pan wszystko, żeby nas odciąć od prawa rzymskiego, zostawiając w zamian tylko we władaniu rzymsko-katolickiego Kościoła.

Prawo unijne, cywilizację zachodnioeuropejską nazywacie: kulturą zachodnioatlantycką. Pewnie w przeciwieństwie do wschodniostepowej, na której chcielibyście bezkarnie nas wypasać.

O tym, że zdradził pan literę prawa mówili pana akademiccy nauczyciele. Mówi też naród, ten gorszego sortu do oszukiwania.

Przez pana w polskich sądach panoszą się „neony”. Nie wymyśliła tej nazwy Neo nówka, żeby ośmieszyć neosędziów.

Pan, były ministrant, wybrał służenie do czarnej mszy demokracji. Na jej ołtarzu kłamstw składa się Polskę, jej nadzieję na wolność. A pan nazywa durniami, zdrajcami Polki i Polaków ratujących przed śmiercią kobiety i dzieci w przygranicznych lasach.

Wy, naród pisowski macie już paragrafy jak ciężarne kobiety w imię prawa zadręczać na śmierci w szpitalach. Nie dlatego, że wasz bóg tak chce, tylko śmiejący się z cierpienia szatan. Czasem nosi niby u Bułhakowa kaszkiecik albo opowiada poniżające żarty.

Sprawy granic nie załatwia się murem. Ale łatwiej zdewastować puszczę, postawić atrapę. Zniszczenie i ukrywające je atrapy, nic innego państwo pisowskie nie potrafi. Ani przez kilka tygodni zapobiec wymieraniu Odry – bo przecież ryby naturalnie zdychają – powiedział pisowski poseł. Ani ratować ludzi – największa w Europie liczba ofiar covidu? Ludzie umierają, naturalnie, zwłaszcza na przedmurzu chrześcijaństwa i przedmóżdżu rozumu.

Tak mi przykro, że jest pan prezydentem Rzeczpospolitej depcząc prawo, łamiąc Konstytucję i prawych ludzi. Nie wiem, czy uczciwie wygrał pan wybory, na pewno przegrał sumienie.

Manuela Gretkowska


Prasa niemiecka o katastrofie na Odrze: Trucizna kłamstwa, porażka. Cały system PiS śmierdzi na kilometr

Anna Widzyk

Anna Widzyk

Niemieckie gazety piszą we wtorek o pretensjach wobec polskich władz z powodu zbyt późnej reakcji na skażenie Odry. „Sueddeutsche Zeitung” krytykuje i PiS i polską opozycję.

„W ciągu kilku dni skandal ekologiczny na zatrutej Odrze przekształcił się w spór obozów politycznych w Polsce” – pisze dziennik „Sueddeutsche Zeitung” we wtorkowym (16.08.2022) komentarzu. Jak ocenia, „najwyższy priorytet” powinny mieć pytania o to, co spowodowało masowe wymieranie ryb w polsko-niemieckiej rzece granicznej. „Ale poszukiwanie źródła i sprawców jest zagłuszane przez polityczne okrzyki wojenne” – zauważa autorka komentarza Viktoria Grossmann.

„Nastroje pomiędzy politycznymi obozami w Polsce od dawna są tak samo zatrute, jak woda w Odrze. Premier Mateusz Morawiecki od piątku wykazuje nerwową aktywność. Najwyraźniej dostrzegł, że skandal ekologiczny może bardzo zaszkodzić partii PiS – ocenia Grossmann. „Oczywista nieprawidłowa reakcje kilku urzędów, które podlegają PiS, jest na rękę PO” – dodaje.

„Zarzuty i oskarżenia”

Jak pisze, „Morawiecki i jego PiS reagują tak, jak zawsze: zarzutami i oskarżeniami”. Polski premier obiecał wprawdzie wyjaśnienie i ściganie winnych oraz zdymisjonował szefów dwóch urzędów. „Jednak samokrytyka nie należy do programu partii rządzącej. Morawiecki nie uczynił ani kroku w kierunku strony niemieckiej, która nie otrzymała żadnej informacji z Polski o zatruciu wody. Zamiast tego Morawiecki zarzucił Niemcom, że zbyt wolno i w źle zorganizowany sposób wydobywają martwe ryby z wody” – pisze niemiecka dziennikarka.

„To nie wygląda na poprawę współpracy polsko-niemieckiej” – dodaje.

Opozycja pochłonięta krytyką

Jak pisze, także polska opozycja „pochłonięta jest stawianiem zarzutów.” Wypowiedzi opozycji „mogą budzić wątpliwości, czy przeważa tu zainteresowanie wykryciem prawdy czy też chęć zaszkodzenia przeciwnikowi”.

Można stwierdzić, że w Odrze upłynęło o wiele za dużo wody, zanim podjęto działania, aby powstrzymać wymieranie ryb. To związane jest ze strukturami, jakie stworzył PiS i jego sposobem rządzenia. PiS dąży do władzy absolutnej i nie reaguje na błędy transparentnie, ale w sposób charakterystyczny dla reżimów autorytarnych: tuszowaniem i pogarszaniem– pisze Viktoria Grossmann. I ocenia, że „dopóki rządzi PiS, trudno mieć nadzieję na wyjaśnienie” sprawy katastrofy ekologicznej.

TAZ: Ryba psuje się od głowy

Berliński lewicowy dziennik „Die Tagezeitung” ocenia, że w sprawie katastrofy na Odrze PiS „całkowicie zawiódł”. „Ryba psuje się od głowy. To znane także w Polsce powiedzenie stale słyszą teraz rządzący w Warszawie narodowi populiści z partii PiS” – pisze korespondentka gazety Gabriele Lesser. „Złość Polaków i ich rozczarowanie ‚tymi na górze’ jest zrozumiała. Bo jak to możliwe, że politycy rządu po prostu ignorowali ostrzeżenia o katastrofie ekologicznej? Przez prawie trzy tygodnie?” – czytamy.

Jak pisze Lesser, dopiero gdy zdjęcia tysięcy martwych ryb w drugiej co do wielkości rzece Polski pojawiły się w mediach na cały świecie, „niektórzy politycy PiS wsiedli do swoich limuzyn służbowych i pojechali na zachód. Jednak zamiast na brzegu polsko-niemieckiej rzeki granicznej posypać głowy popiołem i przyznać, że rząd PiS oraz zależne od niego urzędy ochrony środowiska zawiodły, tryumfowali z tego powodu, że w rzece ‚nie ma rtęci’” – komentuje Lesser.

„System śmierdzi na kilometr”

Jak zauważa, tylko premier Morawiecki odniósł się do zarzutów z Berlina i Brandenburgii, że polscy sąsiedzi nie dotrzymali umów w sprawie wymiany informacji w sytuacji katastrofy. „Bowiem i on nie został poinformowany – ani przez swoją minister środowiska, ani przez ministra infrastruktury, ani też przez liczne państwowe urzędy ochrony środowiska, które bezpośrednio podlegają rządowi” – dodaje autorka.

„Ale co zmienią dwa kozły ofiarne, które mogą jeszcze liczyć na to, że wkrótce dostaną od partii inne lukratywne posady? Cały system PiS śmierdzi na kilometr. Pozostaje mieć nadzieję, że wyborcy to zrozumieją w obliczu setek tysięcy martwych ryb i niepojętej lekkomyślności polityków PiS wobec zagrożenia dla zdrowia i życia Polaków. I że jesienią 2023 roku pozbawią władzy PiS, aby państwo rządów jednej partii znów stało się funkcjonująca demokracją. Najpierw jednak trzeba wyjaśnić przyczynę śmierci ryb” – komentuje Gabriele Lesser.

Samoobrona polskiej minister

Dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung” zamieszcza krótką sylwetkę minister klimatu i środowiska Anny Moskwy.

Jak pisze, do ostatniego weekendu w codziennej pracy 43-letniej polityk chodziło głównie o to, by tak rozmiękczyć żądania UE w sferze polityki klimatycznej, aby nie obciążały zbyt mocno Polski, której zaopatrzenie w energię opiera się w dużej mierze na węglu.

„Teraz w obliczu wymierania ryb w polsko-niemieckiej rzece granicznej jej porządek dnia bardzo się zmienił” – dodaje „FAZ”. Ocenia, że złożona na niedzielnym spotkaniu z niemiecką minister środowiska Steffi Lemke obietnica intensywnego poszukiwania przyczyn katastrofy ekologicznej i współpracy z Niemcami „to również samoobrona – nie tylko przed krytyką z Niemiec dotyczącą dotychczas złej wymiany informacji ponadgranicznej ze strony Polski, ale też przed rosnącą wewnątrz polityczną krytyką powolnej reakcji rządu w Warszawie”.

 

EDAKCJA POLECA

 


Anne Applebaum: „Putin dąży do całkowitej dominacji”

Dagmara Jakubczak

Dagmara Jakubczak

Z Anne Applebaum rozmawiali Daniel Donath i Silvio Duwe z rozgłośni rbb

Pokój w Ukrainie jest możliwy tylko po militarnej klęsce Rosji – powiedziała Anne Applebaum w wywiadzie dla magazynu politycznego „Kontraste”, nadawanego w pierwszym programie niemieckiej telewizji publicznej ARD.

W opinii Anne Applebaum dzisiejsza Rosja to system autokratyczny, który wykazuje wiele podobieństw do faszystowskich i komunistycznych dyktatur z przeszłości. Jest to system dopasowany ściśle do jednego przywódcy, który nie ma żadnych wad i którego nie można nikim zastąpić.

„Język znany z nazistowskiej przeszłości”

– Nie ma w nim żadnej uregulowanej prawem zasady sukcesji. Nie ma w nim żadnego, legalnego sposobu krytykowania go. I nie ma możliwości okazywania sprzeciwu wobec niego. Wszelkie formy opozycji są dziś w Rosji zakazane, podobnie jak jakiekolwiek organizacje pozarządowe – podkreśliła historyk w wywiadzie dla magazynu politycznego „Kontraste”, nadawanego w pierwszym programie niemieckiej telewizji publicznej ARD.

Na pytanie, czy Rosja Putina jest krajem faszystowskim, Anne Applebaum odparła, że zawsze była ostrożna z używaniem określenia faszysta, bo wtedy każdy od razu myśli o mordowaniu Żydów i Holokauście. Ale w tym przypadku, jej zdaniem, można użyć słowa faszysta, ponieważ sposób, w jaki Rosjanie mówią teraz o Ukraińcach wykazuje znamiona ludobójstwa:

– Rosjanie twierdzą, że Ukraińcy to ludzie, którzy nie zasługują na istnienie, których trzeba wymazać z mapy, że trzeba usunąć ich ‘rasę’, a nawet samą nazwę ‘Ukraińcy’. W oczach Rosjan Ukraina nie jest prawdziwym państwem. Rosyjscy żołnierze na Ukrainie wyjaśniają Ukraińcom, że muszą ich ‘wyzwolić od brudu’, który trzeba go usunąć z powierzchni ziemi. Tego typu język znamy z nazistowskiej przeszłości – przypomniała rozmówczyni magazynu „Kontraste”.

Sprzeciw jest zdradą

Zapytana o to, czy widzi w Rosji masową mobilizację społeczeństwa, typową dla ruchów faszystowskich, Anne Applebaum odpowiedziała, że dostrzega taką próbę, mającą na celu przygotowania do wojny, która nawet nie jest nazywana wojną, tylko „operacją specjalną”, a każdy, kto odważy się ją skrytykować, trafia do więzienia. Natomiast udzielanie jej wsparcia lub przyłączenie się do tej „operacji specjalnej” są nagradzane. W rezultacie nie ma żadnej możliwości, aby się jej przeciwstawić lub zachować neutralność – uważa historyk.

Jest to, jak dodała, zmobilizowanie społeczeństwa wokół tej idei i utrzymanie go w przeświadczeniu, że Putin jest nieomylny. – Jak również wokół idei, że państwa nie można krytykować, a każda forma sprzeciwu wobec jego poczynań oznacza zdradę.

Anne Applebaum
Anne Applebaum. Fot. prv / facebook

Prowadzących wywiad interesowało, czy w Rosji mamy do czynienia z powszechną mobilizacją, czy jest to tylko show odgrywany w rosyjskiej telewizji państwowej. Zdaniem Anne Applebaum Putin nie chce na razie ani powszechnej mobilizacji, ani włączenia kilku milionów ludzi w działania wojenne w Ukrainie. Dlatego jest rodzaj pewnego show, dla rosyjskiej telewizji, dla Rosjan i międzynarodowej opinii publicznej. Mimo to, jak podkreśliła, kontrola władz nad sferą informacyjną, edukacją, kulturą i wszystkimi innymi formami komunikacji społecznej jest w Rosji realna.

„Z” niczym swastyka w nazistowskich Niemczech

W dalszej części rozmowy Anne Applebaum ustosunkowała się do litery „Z”, widniejącej na wielu rosyjskich pojazdach wojskowych. Jest to, jak powiedziała, dziwny symbol, który nie ma w Rosji żadnej tradycji. Na początku wojny zastanawiała się, czy nie służy on do mentalnego oddzielenia rosyjskiego państwa od wojny, na wypadek przegranej.

– Teraz jednak Rosjanie rozumieją, że istnieje ścisły związek pomiędzy tą literą, jako symbolem, a ideą państwa rosyjskiego i jego zwycięstwa w wojnie z Ukrainą. Innymi słowy, litera ‘Z’ jest używana w taki sam sposób jak swastyka w nazistowskich Niemczech. Jako symbol przypominający społeczeństwu o tym, żeby nie krytykować państwa; że jest ono zjednoczone i że nikomu nie wolno się od niego odcinać – wyjaśniła.

Na pytanie, czy po tym wszystkim można postawić Rosję Putina na równi z Niemcami Hitlera, Anne Applebaum odpowiedziała, że ważne jest rozróżnienie typów społeczeństw. Nie uważa ona, że wszystkie formy rządów autorytarnych są takie same, ale ich porównanie może być przydatne, aby lepiej je zrozumieć. Według niej ciekawe jest na przykład porównanie putinowskiej Rosji z sowieckim komunizmem. Anne Applebaum zwróciła w tym miejscu uwagę na to, że w Rosji Putina jest więcej więźniów politycznych niż było ich za czasów Breżniewa w Związku Radzieckim.

Równie ciekawe, jej zdaniem, jest porównanie Rosji Putina z Niemcami Hitlera. Są pomiędzy nimi różnice, ale także podobieństwa. Putin wyraźnie stosuje taktykę i techniki wywodzące się z hitlerowskich Niemiec, na przykład używanie litery ‘Z’ zamiast swastyki czy pokazywanie w państwowej telewizji zorganizowanych grup ludzi maszerujących razem, aby przekonać Rosjan, że całe społeczeństwo jest zjednoczone i jednomyślne. Ale Putin używa także taktyki, wywodzącej się z czasów sowieckich, do rozprawienia się z każdą formą społeczeństwa obywatelskiego.

Dążenie do całkowitej dominacji

Prowadzący wywiad zwrócili uwagę, że ważną częścią rosyjskiej propagandy jest fałszowanie i przeinaczanie historii. Anne Applebaum zgodziła się z tą opinią i wskazała, że historia alternatywna odgrywa ogromną rolę w rosyjskiej propagandzie, podobnie jak wcześniej odgrywała ją w autorytarnej propagandzie faszystowskiej i sowieckiej. Chodzi w niej oto, żeby dać ludziom fałszywe poczucie przeszłości; aby ich lepiej kontrolować: „To stary pomysł, który był już wielokrotnie praktykowany”.

Wersja Putina – tłumaczy historyk – polega na tym, że istniało „naturalne imperium rosyjskie”. Obejmuje ono większość tego, co obecnie uważamy za Europę Wschodnią, a także być może część Niemiec i niektóre obszary nierosyjskie i niesłowiańskie. Jak dalej wyjaśniła Anne Applebaum, Putin zakłada, że jest to naturalna przestrzeń, w której Rosja powinna nadal dominować: „Właśnie z powodu tej rzekomej przeszłości Rosja powinna nadal dominować w tej przestrzeni w przyszłości. Putin opowiada tę historię Rosjanom, aby wyjaśnić swoje roszczenie do całkowitej dominacji i kontroli w tej części Europy”.

A co oznacza to dla negocjacji z Rosją w sprawie wojny na Ukrainie? W odpowiedzi na to pytanie Anne Applebaum wyjaśniła, że biorąc pod uwagę naturę współczesnej Rosji, jak również fakt, że zawiera ona teraz elementy zarówno dyktatury faszystowskiej, jak i sowieckiej, jakakolwiek próba zakończenia tej wojny nie rozpocznie się, dopóki Rosja nie zostanie pokonana militarnie lub sama nie dojdzie do przekonania, że przegrała lub może przegrać tę wojnę.

– Myślę, że ta wojna nie ustanie, dopóki Rosjanie nie przekonają się, że ją przegrali, a oni sami są imperialistami i że ideologia faszystowska poniosła klęskę – stwierdziła na zakończenie wywiadu Anne Applebaum.

 

REDAKCJA POLECA

 


Adam Mazguła: on odpowiada za śnięte ryby i wszystko, co się dzieje w kraju

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Robi wszystko, by mataczyć sprawę zatrutej rzeki i masowej śmierci ryb, ptaków, owadów, bobrów... Przecież prędzej czy później będą ofiary i wśród ludzi

Polskę zawłaszczył ruski PiS-łajdak Jarosław Kaczyński. Więc Polskę zawłaszczył ruski PiS-łajdak Jarosław Kaczyński. Więc on odpowiada za jad społeczny, śnięte ryby, wykarczowane lasy, wybite zwierzęta, złodziejstwo, korupcję, propagandę kłamstwa, inflację, drożyznę i wszystko, co się dzieje w kraju. A już z pewnością nie UE, Niemcy i Tusk.

Ta kanalia zniszczenie ma wypisane na twarzy, a jego zamiary zdradzają tysiące chroniących go PiS-milicjantów.

Tymczasem PiS robi wszystko, by mataczyć sprawę zatrutej rzeki i masowej śmierci ryb, ptaków, owadów, bobrów… Przecież prędzej czy później będą ofiary i wśród ludzi.

Jarosław Kaczyński jako antypolski niszczyciel kraju natychmiast do izolacji, a wojewodowie terenów nadodrzańskich, zarząd spółki Wody Polskie, Minister Środowiska, Morawiecki na ławy oskarżonych. Natychmiast!

Adam Mazguła

 

Książka „Adam Mazguła – Żołnierz gorszego sortu” dostępna w systemie sprzedaży internetowej.

Książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>>


Rafał Sulikowski: Historia z Medjugorje. Prawda czy wielkie kłamstwo?

Rafał Sulikowski

Rafał Sulikowski

Kościół katolicki potrzebuje - w przeciwieństwie do ewangelickiego - “cudów”, zwłaszcza objawień, ale także uzdrowień, aby uzasadnić swoje długie trwanie. Istnieje dzisiaj zapotrzebowanie na cudowne, niewytłumaczone zjawiska, religijną sensację i religijnych celebrytów, a widzący z Medjugorje najwyraźniej wpisują się w ten nurt - zostali po prostu jeszcze jednymi religijnymi celebrytami, czerpiącymi dosłowne zyski (a także zyski symboliczne) z wielkiego kłamstwa, jakim jest to sanktuarium.

Ciągnąca się już od ponad 40 lat historia tak zwanych prywatnych “objawień maryjnych” w bośniackim miasteczku Medjugorie nasuwa wiele pytań i wątpliwości, zarówno natury egzystencjalnej, jak i psychospołecznej.

Medjugorje. Fot. elisabetta2005 / flickr

Niemal od początku wspomniane objawienia budziły kontrowersje, początkowo wyłącznie związane z faktem, że miały mieć miejsce w kraju głęboko komunistycznym, w którym panował światopogląd naukowy, oparty na dialektycznym i historycznym materializmie. Wydawało się, że właśnie w takim kraju powinien – dla przeciwwagi – wydarzyć się jakiś “cud” albo “znak” i tak też się “stało”.

Kościół lokalny na początku odczuł, że istnieje szansa na odzyskanie utraconej w wyniku ekspansji komunizmu mocnej dawniej pozycji w społeczeństwie. Jednak objawienia już na drugi dzień stały się mocno wątpliwe i podzieliły obserwatorów na gorących zwolenników oraz równie zaciekłych przeciwników. Ci ostatni wyłonili się nie tylko spośród ateistów czy agnostyków, wyznających światopogląd racjonalistyczny, ale również spośród przedstawicieli innych religii, szczególnie protestanckich odłamów chrześcijaństwa.

Ci ostatni – zaznaczymy tylko – krytykowali objawienia z pozycji radykalnego chrystocentryzmu, zarzucając tym, jak i innym objawieniom maryjnym nieuprawnione zajmowanie pozycji należnej Chrystusowi, bałwochwalstwo, a w skrajnych przypadkach tak zwane “szatańskie zwiedzenia”. Już sama ta nomenklatura wskazuje na głębokie podziały, jeśli chodzi o głęboką prawdę o Medjugoriu. Dziś Kościół, chociaż oficjalnie nie zajął stanowiska w tej sprawie, to ustami papieża nieoficjalnie stwierdził, że objawienia medjugorskie, o ile w ogóle są autentyczne, niewiele wnoszą do chrześcijaństwa, a tym samym – nie są wiele warte.

Powstaje jednak pytanie, czy Kościół nie popełnia błędu, z góry zakładając, że w Medjugorie może dochodzić do “fałszywych objawień”, przepisywanych na przykład istotom ze złego świata. Kwestią fundamentalną nie jest to, kto czy co objawia się w Medjugorie, ale pytanie, czy ktoś lub coś w ogóle się tam objawia.

Zanim będziemy zastanawiać się nad naturą fenomenów z Medjugorie, trzeba postawić pytanie, czy w ogóle dochodzi tam do jakichkolwiek zjawisk przepisywanych najszerzej rozumianej Transcendencji, innemu wymiarowi, zjawiskom ufologicznym czy jakiejkolwiek innej aktywności paranormalnej.

Jeżeli – jak twierdzi Kościół – objawienia te nie są prawdziwe, to trzeba postawić pytanie, gdzie w czasie fałszywych objawień znajduje się rzekomy nadawca tychże, czyli postać Matki Bożej. Pytanie, jakie otwiera sprawa Medjugorie, jest zupełnie fundamentalne: jeżeli w Medjugorie nic się nie dzieje, to co się tam właściwie dzieje?

Jeżeli w Medjugorie nie pojawia się Maryja, to zachodzi wątpliwość, czy gdziekolwiek indziej się pojawia albo pojawiała w przeszłości.

Medjugorie jest takim eksperimentum crucis, które stawia na ostrzu noża podstawowe pytanie o samą możliwość objawień maryjnych. Innymi słowy, pytamy, czy w XXI wieku w ogóle możliwe są nie tylko objawienia, czy uzdrowienia, ale także jakiekolwiek fenomeny niewytłumaczalne jeszcze na drodze naukowej.

Pytać też należy o pozostałe objawienia maryjne, o jakich donoszą parafie z różnych części świata, a wreszcie zapytać o najsłynniejsze objawienia wcześniejsze – z La Salett z Lourdes czy z Fatimy, by wymienić pierwsze z brzegu.

Pytanie więc ostatecznie jest nie, czy Maryja pojawia się w Medjugorie, ale czy gdziekolwiek w ogóle może się pojawić, a tym samym, czy gdziekolwiek w ogóle przebywa, istnieje, więc żyje…

***

Na potrzeby tego artykułu przeanalizowano dokładnie jeden z zapisów wideo z domniemanego objawienia maryjnego w Medjugorje, jakie miało miejsce w poprzedniej dekadzie na terenie bardzo dziś rozbudowanego sanktuarium, do którego zmierzają tysiące, a może nawet miliony pielgrzymów każdego roku.

Zachodzi więc pytanie, czy i komu może dzisiaj zależeć na tym, aby fenomen Medjugorie – niezależnie od jego natury – utrzymywał się jak najdłużej?

Jest oczywistym fakt, że wokół Medjugorie krążą olbrzymie środki finansowe, jest to miejsce numer jeden, jeśli chodzi o pojęcie sacro-biznesu – po prostu im więcej pielgrzymów, czyli klientów, tym większe dochody, nie tylko tego sanktuarium, ale całej parafii, diecezji czy archidiecezji, a ostatecznie i większe dochody Watykanu. Nie jest już tajemnicą, że każda parafia odprowadza część pieniędzy w postaci tak zwanej “daniny diecezjalnej”, a każdy kraj wpłaca jakąś sumę do kasy watykańskiego banku.

Na wspomnianym zapisie wideo widać grupę osób, a kamera obserwuje jedną z nadal widzących, czyli Mirjanę, która klęcząc modli się razem z prowadzącym modlitwy przez megafon oraz z ludźmi zgromadzonymi bezpośrednio wokół (dość ciasno) i nieco dalej. Nie wyczuwa się w ogóle nastroju oczekiwania na coś niezwykłego; przeciwnie, najwyraźniej niektórzy ludzie są tam jakby z przymusu, wyraźnie się nudzą, przenoszą wzrok i punkt obserwacyjny na coraz to inne rzeczy w otoczeniu; charakterystyczne jest też, że unikają patrzenia na samą widzącą.

Mirjana, podobnie jak w czasie innych objawień, jest wyraźnie poddana wpływowi silnego stresu społecznego, co przejawia się charakterystycznymi głębszymi zaczerpnięciami powietrza, tak jakby widząca wzdychała w sposób niezauważalny dla mniej sprawnych obserwatorów. Wyraźnie też jest jakby trochę nieobecna myślami – modli się podobnie jak pozostali uczestnicy raczej mechanicznie. Podobnie, jak dzieje się to zazwyczaj, przez kilka sekund przed nastąpieniem rzekomego kontaktu wzrokowego z nadprzyrodzoną istotą, widząca najwyraźniej zbiera się w sobie tak, jakby się przygotowywała do odegrania sceny aktorskiej. Widząca jakby wybiera sobie moment, kiedy będzie mogła zacząć udawać, że widzi “Maryję”.

Poza wspomnianymi objawami stresu społecznego, który może wiązać się zarówno z powagą sytuacji, jak i – co jest bardziej prawdopodobne – ze świadomością uczestniczenia w kłamstwie, Mirjana nie przejawianżadnych poważniejszych oznak zaburzeń zdrowia neurologicznego czy psychicznego.

Charakterystyczne, że zawsze Maryja pojawia się w górze – widząca zwraca oczy pod kątem około 45 stopni i niemal od początku udaje, że rozmawia z domniemaną Maryją, bezgłośnie poruszając ustami. Wykonuje też ruchy głową, raz potakujące, raz przeczące, a na zbliżeniu wideo w pewnym momencie widać pewną asymetrię widoczną w wielkości źrenic – prawa jest minimalnie szersza od lewej. Może to sugerować zarówno dyskretne problemy neurologiczne, jak i pozostawać bez
znaczenia.

Mimika twarzy podczas objawienia przechodzi przez wiele metamorfoz – od uśmiechu i radości dosyć stonowanej jak na kontakt z istotą, bądź co bądź, nadprzyrodzoną, co musi być dosyć szokującym przeżyciem, przez udawanie, że się uważnie słucha czegoś ważnego z poważną, surową mimiką aż po wyraźnie odgrywane przerażenie, które
zwykle pozostaje aż do końca objawienia i ma prawdopodobnie na celu uzasadnienie późniejszych reakcji po objawieniu; pojawiają się więc później płacz, ocieranie z łez, ciężkie wyschnięcia i wszelkie objawy zbiorowej histerii.

Uważny obserwator może być przekonany, że scena objawienia jest od początku do końca zmistyfikowana, a widząca jest tego świadoma i świadomie – choć nie dobrowolnie – uczestniczy w całym spektaklu, który nosi charakter sakralnego teatru, gdzie każdy spełnia swoją rolę. Podstawowe pytanie, jakie tutaj musimy zadać, brzmi, dlaczego mimo ewidentnej niewiary osób uczestniczących w widowisku, fenomen Medjugoria nadal się utrzymuje i nic nie zapowiada tego, aby miał mieć miejsce jego finał?

Watykan ze zrozumiałych względów zachowuje ostrożność. Z jednej strony nie chce wziąć odpowiedzialności za ewentualne odkrycie i zdemaskowanie prawdy o Medjugorie, a z drugiej strony wie, że jest to sprawa ustawiająca kwestie eschatologiczne na ostrzu noża i że ewentualne zdemaskowanie oszustwa lub choroby umysłowej czy ujawnienie z drugiej strony zjawisk “ufologicznych” może mieć dalko idące psychospołeczne konsekwencje.

Kościół katolicki potrzebuje – w przeciwieństwie do ewangelickiego – “cudów”, zwłaszcza objawień, ale także uzdrowień, aby uzasadnić swoje długie trwanie. Istnieje dzisiaj zapotrzebowanie na cudowne, niewytłumaczone zjawiska, religijną sensację i religijnych celebrytów, a widzący z Medjugorje najwyraźniej wpisują się w ten nurt – zostali po prostu jeszcze jednymi religijnymi celebrytami, czerpiącymi dosłowne zyski (a także zyski symboliczne) z wielkiego kłamstwa, jakim jest to sanktuarium.

Niestety, pytanie o Medjugorie jest też pośrednio pytaniem o historyczność zarówno “wniebowzięcia” Maryi przed dwudziestoma wiekami, jak i historyczności “wniebowstąpienia” Jezusa, a wcześniej jego postulowanego przez wielu świadków wskrzeszenia z martwych.

Podchodząc do sprawy od strony czysto historycznej musimy stwierdzić, że w Medjugorie nie dzieje się nic, co wykraczałoby poza czysto psychologiczne i socjologiczne zjawiska grupowe, zwłaszcza zbiorową histerię, nasilone przeniesienia i przeciwprzeniesienia, a także zbiorowe mechanizmy obronne, szczególnie projekcje, racjonalizacje, wyparcie, zaprzeczenie oraz elementy myślenia urojeniowo-spiskowego i typu paranoidalnego (kto do nas nie należy, jest przeciw nam; kto nas atakuje, atakuje Boga, etc.).

Dotychczasowa krytyka Medjugorje zakłada z góry, że tam coś się dzieje, chociaż nikt nie wie, jakiej jest to natury. Proponowane tutaj stanowisko podchodzi do kwestii Medjugorja nie z pozycji innowierczych czy ufologicznych, lecz racjonalno-naukowych.

Żaden poważny historyk nie będzie z jednej strony negował historyczności postaci Jezusa z Nazaretu oraz jego matki, nazywanej Matką Bożą albo Maryją, a z drugiej nie będzie uznawał historyczności całej sfery nadprzyrodzonej, jaka narosła przez wieki wokół tych postaci, niczym legenda wokół mitycznych herosów albo starożytnych bohaterów. Rzetelny historyk uzna dosłownie traktowaną przez wiernych nadprzyrodzoną sferę jako mitologiczną i symboliczną, a psychologia religii uzupełni ten fakt o elementy psychologii głębi, psychoanalizy, ewentualnie – archetypicznej krytyki jungowskiej.

Tak więc Medjugorje jest ciągle nieuświadomione i nieprzepracowane zarówno przez Kościół, jak i całe społeczeństwo katolickie. Jest fenomenem zbiorowej psyche, a dopóki takim pozostaje, trudno jest tutaj cokolwiek ostatecznie ustalić. Jeżeli prawdą o Medjugorje jest jednak wielkie oszustwo, to przypuszczalnie poznamy je dopiero pod koniec życia ostatnich “widzących” albo nie poznamy nigdy, jeżeli domniemani wizjonerzy postanowią zabrać swoje tajemnice do grobu.

Rafał Sulikowski


W Odrze umierają ryby. W niemieckich próbkach wykryto rtęć

DW

Od tygodni w Odrze umierają ryby. W niemieckich próbkach odkryto rtęć. „Wiemy z różnych pomiarów, które mogliśmy od razu poczynić, że przez Odrę przeszła 30-centymetrowa fala wody”. Być może zawierała toksyny.

W próbkach wody pobranych na odcinku Odry w niemiecki landzie Brandenburgia ujawniono zanieczyszczenie rtęcią.

– Pierwsze wyniki są dostępne od wczorajszego wieczora. Nie mamy ich jeszcze oficjalnie, ale wskazują one na masowe skażenie rtęcią – powiedział szef administracji środowiskowej w powiecie Maerkisch-Oderland, Gregor Beyer, w piątek rano (12.8.2022) w radiu RBB.

– Czy to jedyny (czynnik), nie wiemy – dodał.

Niemcy nie wierzą w przyduchę

Lokalne władze od początku nie wierzyły w tezę, że przyczyną śmierci ryb może być zbyt mała ilość tlenu w wodzie (tzw. przyducha).

– Teraz już to wiemy – powiedział Beyer. – Mamy nawet więcej tlenu w Odrze, co jest niezwykłe.

Dodał, że obecnie spekuluje się na temat pochodzenia rtęci lub innych toksyn.

– Najbardziej denerwujące” w całej sprawie zatrucia Odry – jak stwierdził urzędnik – jest to, że uwagi, które najwyraźniej pochodziły z Polski, nie zostały zgłoszone przez odpowiednie systemy ostrzegawcze, więc mogliśmy zareagować dopiero wtedy, kiedy widoczna już była śmierć ryb.

Fala z toksynami?

Według polskich urzędów nadzoru śnięte ryby w Odrze to prawdopodobnie efekt zanieczyszczenia wody przez przemysł.

– Wiemy z różnych pomiarów, które mogliśmy od razu poczynić, że przez Odrę przeszła 30-centymetrowa fala wody – poinformował Gregor Beyer. – Czy była to ta fala, która zawierała toksyny? Tego jeszcze w stu procentach nie wiemy – zaznaczył.

 

REDAKCJA POLECA