Roman Giertych: Grubo! Czyli słupy Morawieckiego

Roman Giertych

Roman Giertych

Biznesmen, który wyłożył prawie 15 mln zł na odkupienie działki od żony premiera, wraz z grupą przyjaciół i wspólników, w tym znajomą Iwony Morawieckiej ze studiów, od lat przejmują nieruchomości po BZ WBK. Proceder miał się zacząć, gdy Mateusz Morawiecki był prezesem Banku Zachodniego WBK. Zgodnie z wyjaśnieniami jednego z kelnerów z afery podsłuchowej nagrał on Mateusza Morawieckiego jak ustalał z biznesmenem zmianę jednego słupa kupującego nieruchomości na drugiego (poprzedni się przestraszył)

Zgodnie z wyjaśnieniami jednego z kelnerów z afery podsłuchowej nagrał on Mateusza Morawieckiego jak ustalał z biznesmenem zmianę jednego słupa kupującego nieruchomości na drugiego (poprzedni się przestraszył).

Taśma z tą rozmową nigdy jednak nie została opublikowana. W posiadaniu tych taśm byli dziennikarze blisko związani z PiS. To oni roznosili taśmy po redakcjach. Tej jakoś nigdy nie przynieśli. W tym samym czasie Mateusz Morawiecki przeżył metamorfozę. Z doradcy Tuska przekształcił się w najwierniejszego wykonawcę woli Kaczyńskiego. Uwierzył w geniusz prezesa PiS i trwa w tym zachwycie.

Dzisiaj Gazeta Wyborcza opublikowała tekst, który podaje, że w czasie, gdy Morawiecki był prezesem WBK S.A. grupa biznesmenów z Wrocławia kupowała nieruchomości od tego banku. Nie wiadomo tylko czy nieruchomości były wcześniej kupowane przez bank, czy zabierane za niespłacone kredyty. Na dodatek bank po zakupieniu tych nieruchomości wynajmował je od nich.

Można powiedzieć: żyć nie umierać! Kupujemy nieruchomość od kogoś, który podpisuje umowę na długoletnie wynajmowanie. Wyborcza tego nie podaje, ale może jeszcze nieruchomości kupowane były na kredyt w WBK?

Najciekawsze jest jednak to, że ta grupa biznesmenów według ustaleń gazety, to znajomi pani Morawieckiej. Tym znajomym pani premierowa odsprzedała swoją działkę za 15 milionów. Co za koincydencja!

Podsumujmy:

kelner usłyszał jak Morawiecki zmienia słupy do kupowania z banku nieruchomości, a Gazeta Wyborcza ustaliła, że zarządzany przez niego bank sprzedawał nieruchomości różnym jego znajomym, którzy podpisywali z nim jako prezesem długoletnie umowy najmu na świeżo sprzedanych nieruchomościach, a później wykupili prywatną działkę jego żony. GRUBO!

Śledztwo należałoby toczyć w związku z podejrzeniem popełnienia przestępstwa z art. 296, 286, 299 i 258 kodeksu karnego. Gdyby się potwierdziły podejrzenia, to sprawcom grozi wyrok w okolicach 8-9 lat.

Właściciel taśmy jest właścicielem życia i śmierci pana Morawieckiego. To czyni z premiera niewolniczo posłusznego wykonawcę woli posiadacza taśmy. Nie jest on żadnym samodzielnym politykiem.

Ciekawe kto może mieć taśmę, prawda Jarku?

Roman Giertych

„Biznesmen, który wyłożył prawie 15 mln zł na odkupienie działki od żony premiera, wraz z grupą przyjaciół i wspólników, w tym znajomą Iwony Morawieckiej ze studiów, od lat przejmują nieruchomości po BZ WBK” – pisze w poniedziałkowym wydaniu „Gazety Wyborczej”. Proceder miał się zacząć, gdy Mateusz Morawiecki był prezesem Banku Zachodniego WBK

Gazeta sugeruje, że sprawa ta prowadzi do jednego z wątków afery taśmowej. Chodzi o zeznania jednego z kelnerów, który twierdził, że istnieje taśma dowodząca, że Morawiecki dyskutował o zakupie nieruchomości na tzw. słupy.


Jak dobrać prowadnicę do piły łańcuchowej

Piła łańcuchowa jest urządzeniem, które cechuje się sprawnym działaniem i daje wiele możliwości. Nic więc dziwnego, że korzystają z niej nie tylko specjaliści, lecz także odbiorcy prywatni. Podczas wyboru stajemy przed dylematem odnośnie tego, jak dobrać prowadnicę do piły łańcuchowej. Najważniejsze jest wysoka jakość i ceniona marka, co pozwoli korzystać z urządzenia przez długi czas. O czym warto pamiętać? Jaka prowadnica spełni nasze oczekiwania? Gdzie znajdziemy ciekawe rozwiązania? Co oferuje rynek?

Jak dobrać prowadnicę do piły łańcuchowej
Fot. pexels

Piła łańcuchowa – jak ją wybrać?

Piła łańcuchowa jest profesjonalnym urządzeniem, które posłuży również amatorsko do obróbki i ścinania drewna. Najczęściej w sprzęcie zużywa się łańcuch i prowadnica. Podczas doboru tych elementów, trzeba pamiętać o kilku kwestiach. Nie bez znaczenia jest model i marka piły łańcuchowej. Szeroką ofertę znajdziemy na stronie tooles.pl.Producent dokłada wszelkich starań, aby sprostać  wymogom klientów. 

Prowadnica do piły – do czego służy?

Do czego służy prowadnica do piły? Jest to podstawowa część piły łańcuchowej, gdyż na niej opiera się łańcuch tnący. Ten element jest wyposażony w zęby i szynę, która ma za zadanie utrzymywać narzędzie tnące na obwodzie prowadnicy. W trakcie doboru piły łańcuchowej, nie możemy pomijać długości elementu prowadzącego. Ma ona wpływ na to, jak grube pnie drzewa będzie można przecinać. Do amatorskiej pracy wystarczy prowadnica o długości do 35 cm. Skomplikowane zajęcia wymagają dłuższego narzędzia. Co ciekawe, profesjonaliści korzystają z urządzeń o długości do 100 cm. Prowadnice mają inne kształty, układy otworów mocujących i smarujących, co jest zależne od typów pilarek. Ta część musi być dopasowana do danego modelu pilarki. Długość prowadnicy zawsze podawana jest w centymetrach lub w calach. 

Jak wybrać prowadnicę do piły łańcuchowej?

Prowadnica i łańcuch to części, które najczęściej ulegają zużyciu w pile łańcuchowej. Te elementy powinniśmy wymieniać wtedy, gdy zauważymy pierwsze oznaki zużycia. Łańcuch w takiej sytuacji często spada z prowadnicy lub rozdwaja się na główce. Niezwykle istotne jest to, że długość prowadnicy trzeba dostosować do mocy pilarki, z której korzystamy. Założenie za krótkiej prowadnicy sprawi, że nie wykorzystamy siły urządzenia. Z kolei zastosowanie zbyt długiego elementu doprowadzi do obciążenia i uszkodzenia prowadnicy.

Następna kwestia to kształt główki. W profesjonalnych prowadnicach mamy możliwość wymiany jedynie końcówki elementu prowadzącego. Końcówka spiczasta posłuży nam do prac z rzeźbieniem w drewnie. Do innego zadania najlepiej jest wybrać prowadnicę z zaokrągloną główką. Nie bez znaczenia jest sposób smarowania koła zębatego, które jest umieszczone na końcówce pilarki. Można korzystać z dozowania smaru co jakiś czas lub z systemu oliwienia łańcucha. Na rynku znajdziemy różnorodne prowadnice, które są też różnie montowane. Zazwyczaj prowadnica jednego producenta piły łańcuchowej nie będzie pasować do innej pilarki. Oczywiście niekiedy uda nam się zamontować prowadnicę, ale prawdopodobnie otwór do smarowania będzie nieodpowiednio umieszczony. Zwróćmy zatem uwagę na opis producenta. 

Prowadnica jest ważnym elementem piły łańcuchowej, który wpływa na całą pracę urządzenia. Musimy mieć na uwadze dobranie odpowiedniego modelu prowadnicy do danej pilarki, jak też idealne współgranie z zamontowanym łańcuchem. Klienci najczęściej dobierają też odpowiednią długość prowadnicy do posiadanej piły i do rodzaju pracy. Tak szeroki wybór daje wiele możliwości podczas zakupu piły łańcuchowej.


Diesel tak samo ekologiczny, jak samochód z napędem elektrycznym?

Škoda Octavia Combi 2.0 TDI zużywa w cyklu swojego „życia” 164 MWh energii – to niższy wynik niż hybrydowej Toyoty Prius (167 MWh) czy w pełni elektrycznego Fiata 500e (171 MWh) – wynika z badania Life Cycle Assessment organizacji Green NCAP. Firma, która ocenia pojazdy pod kątem ekologii, przebadała pełny cykl życia pojazdów z różnymi napędami i ich emisje, a wnioski są zaskakujące. Czy można zatem stwierdzić, że samochód z napędem diesla jest tak samo ekologiczny, jak elektryk?

samochód z napędem diesla jest tak samo ekologiczny, jak elektryk?
Fot. Michael Fousert / Unsplash

Badanie organizacji Green NCAP jest innowacyjne pod wieloma względami. Jednym z nich jest fakt, że obliczone zostały szacunkowe całkowite emisje gazów cieplarnianych w całym cyklu życia samochodu – od produkcji po eksploatację i np. ewentualną możliwość recyklingu. Do analizy porównawczej przyjęto nominalną żywotność pojazdu wynoszącą 16 lat i całkowity przebieg 240000 km.

Jeszcze długa droga do bycia eko

Wyniki przeprowadzonego badania okazały się zaskakujące – samochód z napędem diesla, w tym przypadku Škoda Octavia Combi 2.0 TDI, osiągnął lepszy wynik (164 MWh) w porównaniu z pojazdami elektrycznymi (Fiat 500e – 171 MWh) lub hybrydami (Toyota Prius – 167 MWh). Co ciekawe, to nie jednostkowy przypadek. W obrębie tej samej marki – Renault – dwa modele o napędzie spalinowym oraz elektrycznym osiągnęły bardzo podobny rezultat pod kątem generacji gazów cieplarnianych. Clio zużywa w całym cyklu 187 MWh energii, a elektryczny ZOE 188 MWh.

– Wielu ekspertów zabierało głos w sprawie faktycznej emisyjności samochodów elektrycznych, a w tym momencie mamy twarde, obiektywne dane, które potwierdzają, że przed producentami jeszcze długa droga do bycia eko. Mimo to liczba elektryków i hybryd w Polsce zdecydowanie rośnie – dane naszej firmy pokazują, że w I kwartale 2022 r. ofert samochodów używanych z napędem elektrycznym było o 53% więcej, a hybrydowych o 4% w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej – zaznacza Przemysław Gąsiorowski, ekspert autobaza.pl.

Samochody elektryczne mniej ekologiczne niż się spodziewaliśmy

Co ciekawe, autorzy badania zaznaczyli także konieczność optymalizacji danych pod kątem struktury miksu energetycznego w poszczególnym kraju. Samochód elektryczny ładowany w Szwecji, w której energia jest w większym stopniu produkowana z zielonych źródeł zostawia mniejszy ślad węglowy niż w Polsce, która ma największy w UE udział węgla w produkcji prądu. Mimo to autorzy zaznaczają, że przy średnim europejskim miksie energii elektrycznej, „przeciętny” samochód elektryczny ma niewielką przewagę pod względem emisji gazów cieplarnianych w porównaniu z konkurentami z różnymi typami układów napędowych.

– Paliwo na stacjach jest coraz droższe, co może skłaniać konsumentów do inwestycji w samochody elektryczne, które okazują się mniej ekologiczne niż się spodziewaliśmy. Energia elektryczna też drożeje, szczególnie dla takiego kraju jak Polska, gdzie jej większość pochodzi z węgla, a jak wiemy uprawnienia do emisji CO2 też coraz więcej kosztują. Ta paradoksalna sytuacja będzie kształtować rynek motoryzacji w najbliższych kilku latach, jednak moim zdaniem nie powinniśmy się spodziewać odwrotu od trendu elektromobilności – mówi Przemysław Gąsiorowski, ekspert autobaza.pl.

ABC zakupu używanego elektryka

W obliczu rosnącej liczby ofert samochodów elektrycznych na rynku wtórnym warto wiedzieć, na co zwrócić uwagę, kupując samochód z takim napędem. Wśród elementów szczególnie narażonych na zużycie znajdują się przede wszystkim bateria oraz gniazdo ładowania. Odpada wymiana oleju, co może pozwolić nam zaoszczędzić już około 1 tys. złotych rocznie, a także wymiana rozrządu i sprzęgła, mniej obciążony jest także układ hamulcowy.

Sercem samochodu elektrycznego, które wymaga bezwzględnego sprawdzenia, jest bateria, która stanowi także najdroższą część pojazdu. Jej wymiana to koszt nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. Warto jednak pamiętać, że żywotność ogniw baterii nie spada na tyle szybko, by dyskwalifikować zakup auta używanego. Producenci pojazdów elektrycznych zwykle obejmują ogniwa gwarancją do 8 lat lub 160000 kilometrów, oferując ich wymianę przy zachowaniu pojemności akumulatora mniejszej niż 70% w okresie objętym gwarancją – podsumowuje Przemysław Gąsiorowski, ekspert autobaza.pl.

Koszt zakupu samochodu elektrycznego jednak jest zdecydowanie wyższy niż pojazdu z innym napędem. Aby zrównać wysokie ceny i zachęcić kierowców do kupna, uruchomione zostały rządowe dopłaty – dla przykładu w Polsce funkcjonuje program „Mój Elektryk”. Warto zadać jednak pytanie – czy w obliczu wyników badań organizacji Green NCAP takie dopłaty będą dalej zasadne?

PAP / Źródło informacji: AutoISO Sp. z o.o.


Finlandia i Szwecja chcą do NATO. Rosja ostrzega

Priyanka Shankar

Priyanka Shankar

Finlandia ogłasza decyzję o jak najszybszym przystąpieniu do NATO, Szwecja ma wkrótce pójść w jej ślady. To dobra wiadomość dla Polski i państw bałtyckich – twierdzą eksperci.

We wspólnym czwartkowym (12.05.22) oświadczeniu prezydent Finlandii Sauli Niinistö i premier Sanna Marin stwierdzili, że członkostwo ich kraju wzmocni cały sojusz obronny. – Finlandia musi bezzwłocznie złożyć wniosek o członkostwo w NATO. Mamy nadzieję, że te kroki, które są jeszcze potrzebne do podjęcia tej decyzji, zostaną szybko podjęte w ciągu najbliższych kilku dni – oświadczyli. Natomiast Szwecja, która tradycyjnie była bardziej powściągliwa, jeśli chodzi o przystąpienie do Sojuszu, ma ogłosić swoje stanowisko w najbliższy weekend.

Dłuższa granica z Rosją

Obecnie granica lądowa Rosji z członkami NATO wynosi 1215 kilometrów. Po przystąpieniu Finlandii do Sojuszu długość tej granicy wzrośnie do 2600 kilometrów.

Robert Dalsjö, starszy analityk NATO w Szwedzkiej Agencji Badań nad Obronnością, uważa, że członkostwo Szwecji i Finlandii będzie oznaczać dla NATO, że zniknie element niepewności co do tego, jak Szwecja i Finlandia zachowają się w sytuacji kryzysowej.

– NATO będzie wiedziało na pewno, jakie jest stanowisko Szwecji i Finlandii, a to zwiększy bezpieczeństwo i odstraszanie w regionie Morza Bałtyckiego. Ułatwi to także Sojuszowi obronę krajów bałtyckich, ponieważ nie będzie już wątpliwości, czy szwedzka przestrzeń powietrzna będzie mogła zostać wykorzystana na przykład do wysłania wojsk lub zaopatrzenia do krajów bałtyckich – twierdzi ekspert. Jego zdaniem „z politycznego punktu widzenia będzie to również dodatkowy atut”.

Harry Nedelcu, ekspert NATO i dyrektor ds. polityki w Rasmussen Global, międzynarodowej firmie doradztwa politycznego, jest podobnego zdania.

– Po pierwsze, przesłanie tych państw wstępujących do NATO jest natury politycznej i skierowane jest do Rosji. Po drugie, dla NATO chodzi o rzeczywiste zdolności, jakie Finlandia i Szwecja wniosą do Sojuszu. Podczas gdy wszyscy inni w zachodniej Europie po zakończeniu zimnej wojny redukowali swój potencjał wojskowy, Finlandia i Szwecja go rozbudowywały, co może wnieść całkiem sporo do Sojuszu – uważa Nedelcu.

Ambasador Finlandii przy NATO Klaus Korhonen powiedział DW, że choć Rosja pozostaje ważnym sąsiadem Finlandii, to zaufanie polityczne do tego państwa zostało nadszarpnięte.

– Rosja zmieniła zasady gry w Europie. Myślę, że jednym z zadań fińskiej polityki zagranicznej w przyszłości będzie odbudowanie dobrze funkcjonujących relacji z Rosją, opartych na wzajemnych interesach. Ale jak to zrobić, to się dopiero okaże – komentuje dyplomata.

Odwrócone proporcje

Po rozpadzie ZSRR w 1991 r. zarówno Finlandia, jak i Szwecja zbliżyły się do Unii Europejskiej i w 1995 r. zostały członkami Wspólnoty. Oba państwa zachowały jednak neutralność militarną. Szwecja nie należała do żadnego sojuszu wojskowego od ponad 200 lat, a także zachowała neutralność podczas II wojny światowej. Z kolei Finlandia przyjęła status państwa neutralnego po II wojnie światowej, w której walczyła przeciwko Związkowi Sowieckiemu. Jednak inwazji Rosji na Ukrainę wstrząsnęła obydwoma krajami i wywołała nowe dyskusje na temat przyszłej polityki bezpieczeństwa.

– Dla Finów polityka zagraniczna zawsze polegała na zrozumieniu, że mamy długą granicę z Rosją, na połączeniu realizmu i idealizmu, a także na przekonaniu, że można wpłynąć na historię – mówi w rozmowie z DW były premier Finlandii Alexander Stubb.

Polityk podkreśla jednak, że wojna w Rosji doprowadziła do jeszcze silniejszego przebudzenia narodowego w kraju.

– Na kilka tygodni przed wybuchem wojny 50 procent Finów było przeciwnych członkostwu w NATO, a 20 procent było za. Z dnia na dzień te proporcje odwróciły się – twierdzi polityk. Teraz, gdy Finlandia ogłosiła swoje stanowisko, Stubb uważa, że poparcie dla przystąpienia do NATO wzrośnie nawet do 80 procent.

Zmiana paradygmatu w Szwecji

NATO nigdy nie miało mniej entuzjastycznego kandydata do członkostwa niż Szwecja, obecnie rządzona przez socjaldemokratów. Ale Szwedzi zawsze wiedzieli, że jeśli Finlandia złoży wniosek, to oni też będą musieli go złożyć, bo w przeciwnym razie Szwecja zostanie sama poza NATO i będzie musiała wydawać dużo więcej na obronę – tłumaczy Elisabeth Braw, stypendystka American Enterprise Institute (AEI).

Stubb podkreśla, że gdy zmieniają się realia, zarówno Finlandia, jak i Szwecja są zdolne do podejmowania szybkich decyzji.

– Finlandia robiła to w całej swojej historii. Szwecja nie musiała tego robić. Ale teraz, kiedy stoją w obliczu agresywnej rewizjonistycznej, imperialistycznej, totalitarnej i autorytarnej Rosji, dochodzą do wniosku, że członkostwo w NATO jest właściwym rozwiązaniem – wyjaśnia były premier Finlandii.

Nowe wyzwania dla NATO?

Członkowie NATO dali jasno do zrozumienia, że Finlandia i Szwecja zostaną „powitane z otwartymi ramionami”, a szef Sojuszu Jens Stoltenberg dodał, że proces ich przyjmowania do Sojuszu „przebiegnie szybko”.

Jednak największym wyzwaniem dla NATO nie będzie kandydatura Szwecji i Finlandii, ale to, jak poradzić sobie ze skutkami wojny na Ukrainie.

– NATO trzymało się przekonania, że ludzkość wyszła na prostą i że Rosja jest partnerem strategicznym. Z tego powodu Sojusz nie zbudował solidnych sił na wschodzie. To będzie musiało się zmienić – uważa Robert Dalsjö, starszy analityk NATO w Szwedzkiej Agencji Badań nad Obronnością

Pewne jest, że akcesja krajów nordyckich wzmocni obecność NATO w regionie Morza Bałtyckiego, a więc będzie miała też wpływ na bezpieczeństwo Polski. – Finlandia i Szwecja już są jednymi z najsilniejszych i najbardziej zintegrowanych partnerów NATO, a przystąpienie do Sojuszu spowoduje wzmocnienie obecności marynarki wojennej NATO na Morzu Bałtyckim – tłumaczy Dalsjö.

Odpowiedź Rosji

Tymczasem Moskwa ostrzega przed konsekwencjami. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow podkreślił, że ekspansja NATO na wschód nie przyniesie Europie stabilności. W zeszłym miesiącu były prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew ostrzegł, że Moskwa wzmocni swoją obecność w regionie bałtyckim, jeśli Finlandia i Szwecja przystąpią do NATO.

Elisabeth Braw twierdzi jednak, że rosyjska inwazja na Finlandię lub Szwecję jest bardzo mało prawdopodobna.

– Nikt nie twierdzi na poważnie, że Rosja może dokonać inwazji na Szwecję lub Finlandię, jeśli te kraje wystąpią o członkostwo w NATO, ponieważ Rosja najwyraźniej nie ma na to środków. W tej chwili jest ona nie tylko związana na Ukrainie, ale ma tam poważne problemy. Nie jest to więc dobry moment na militarny odwet Rosji na Szwecji i Finlandii – uważa ekspertka. – Obecnie Rosja przeprowadza cyberataki na Finlandię i prowadzi głupie kampanie reklamowe przeciwko Szwecji, twierdząc, że różni znani Szwedzi są nazistami. Jeśli to wszystko, na co ich stać, to myślę, że to bardzo dobry moment na przystąpienie do NATO – dodaje.

Harry Nedelcu nie wyklucza jednak, że rosyjska agresja w czasie procesu ratyfikacji NATO przez Finlandię i Szwecję jest możliwa. Dlatego jego zdaniem NATO powinno na wszelki wypadek rozmieścić dodatkowe siły na Morzu Bałtyckim, aby wysłać Kremlowi polityczny komunikat.

Wielka Brytania podpisała już umowę o wsparciu Szwecji w razie ataku. Oczekuje się, że inne kraje zachodnie pójdą w jej ślady, zawierając podobne porozumienia zarówno ze Szwecją, jak i Finlandią.

Jednak niezależnie od wsparcia ze strony Wielkiej Brytanii i USA, członkostwo w NATO będzie dawało Szwecji i Finlandii mocną pozycję wobec Rosji.

– Kiedy ta wojna się skończy, Rosja będzie lizać rany i mówić: „To był nasz Wietnam. Wypadliśmy bardzo słabo i narobiliśmy sobie wstydu. Teraz zreformujemy nasze siły zbrojne”. I tak się stanie. Może nie tak radykalnie [jak Stany Zjednoczone] po wojnie w Wietnamie, ale w dłuższej perspektywie to może ich wzmocnić – uważa Elizabeth Braw. – Wtedy Szwecja, Finlandia i inne kraje w regionie będą musiały naprawdę martwić się o potencjalną rosyjską agresję, dlatego to dobry moment na przystąpienie do NATO – dodaje ekspertka. Finlandia: prezydent i premier opowiedzieli się za przystąpieniem ich kraju do NATO.

 

REDAKCJA POLECA

 


Ukraina w UE? Przystąpienie może potrwać dziesięciolecia. Jak to naprawdę działa?

Barbara Wesel

Barbara Wesel

Ukraina wypełniła 5 tys. stron kwestionariuszy akcesyjnych i przekazała je przewodniczącej Komisji Europejskiej. Przystąpienie do UE może jednak potrwać dziesięciolecia. Jak to naprawdę działa?

Gdy w poniedziałek, 9 maja, prezydent Francji ostrzegł w Strasburgu, że proces akcesyjny Ukrainy lub innych krajów może potrwać dziesięciolecia, miał zapewne na myśli Turcję. Ten kraj kandyduje do UE od 1999 roku.

Od tego czasu w ciągu kolejnych lat otwarto kilka rozdziałów negocjacji akcesyjnych, ale potem stosunki z rządzącym w coraz bardziej autokratyczny sposób prezydentem Recepem Tayyipem Erdoganem uległy ochłodzeniu. W miarę jak łamanie praw człowieka przez rząd w Ankarze stawało się coraz bardziej rażące, a rozwój sytuacji politycznej stawał się coraz bardziej antydemokratyczny, UE zdecydowała się na wstrzymanie negocjacji. Być może Emmanuel Macron miał na myśli tę historię jako przestrogę dla innych.

Kryteria kopenhaskie

Pierwszym krokiem w procesie akcesyjnym jest uzyskanie statusu kraju kandydującego. W tym celu należy spełnić tzw. kryteria kopenhaskie, które zostały ustalone na szczycie UE w 1993 roku w stolicy Danii. Zgodnie z nimi kraj ubiegający się o przyjęcie do UE musi mieć stabilny rząd demokratyczny i uznawać rządy prawa oraz związane z nimi wolności, oraz instytucje.

W ostatecznym rachunku jest to jednak także decyzja polityczna, czy inne państwa członkowskie UE uważają, że nowe państwo pasuje do rodziny europejskiej i może być dla niej użyteczne ze względów geostrategicznych lub gospodarczych.

Jest oczywiste, że w obecnej sytuacji politycznej Turcja nie może zostać krajem kandydującym do UE. Jest jednak również jasne, że nigdy nie można wykluczyć odstępstw od zasad demokratycznych na drodze do członkostwa w UE. Są one nawet tym bardziej prawdopodobne, im dłużej trwa droga do tego celu. Z drugiej strony, nawet członkostwo w UE nie chroni przed antydemokratycznym rozwojem sytuacji, co pokazuje przykład Węgier.

Rozpoczęcie negocjacji akcesyjnych

Formalne negocjacje można rozpocząć wtedy, gdy dany kraj jest gotowy i zdolny do uznania, stosowania i praktycznego wdrożenia prawa unijnego. Po drodze musi przeprowadzić reformy w sądownictwie, administracji, gospodarce i innych strukturach politycznych, aby ostatecznie spełnić tzw. kryteria akcesyjne, czyli standardy UE. O rozpoczęciu tych negocjacji musi jednomyślnie zadecydować Rada Unii Europejskiej.

Najpierw Komisja Europejska dokonuje przeglądu sytuacji w kraju kandydującym do UE i proponuje ramy negocjacyjne podzielone na poszczególne rozdziały. Jeśli państwa członkowskie UE zaakceptują tę część procedury, można rozpocząć negocjacje na temat jej poszczególnych części.

Od ostatniej nowelizacji tej procedury w ubiegłym roku obszary negocjacyjne podzielono na sześć grup tematycznych: podstawy, rynek wewnętrzny, konkurencja i zrównoważony rozwój, ochrona środowiska, zasoby, rolnictwo i spójność oraz stosunki zewnętrzne. Te grupy są podzielone na 35 dalszych podgrup. W ten sposób wszystkie obszary działalności danego państwa są sprawdzane pod kątem spełnienia przez nie wymagań unijnych.

W przypadku stwierdzenia jakichś niedociągnięć negocjatorzy unijni proponują państwu kandydującemu do UE przeprowadzenie określonych reform. Na przykład, jeśli nie wszystkie dzieci mają dostęp do edukacji, kraj kandydujący do UE musi zreformować swój system szkolnictwa.

Jeśli polityka danego kraju zbyt silnie ingeruje w mianowanie sędziów, narzuca się mu zreformowanie systemu sądownictwa, aby zagwarantować jego niezależność. Z kolei kraj kandydujący jest zobowiązany do wdrożenia zaleceń Brukseli, co w zależności od sytuacji może potrwać nawet kilka lat.

Jeśli kandydat uważa, że przeprowadził wystarczające reformy, UE ponownie analizuje dany obszar. Jeśli jednak kraj kandydujący odmawia przeprowadzenia zalecanych mu reform, proces akcesyjny zostaje wstrzymany. W przypadku wyraźnego regresu demokracji, jak np. w Turcji, można go zamrozić i całkowicie wstrzymać.

Wielki finał, czyli przystąpienie do UE

Wszystkie zamknięte rozdziały akcesyjne muszą zostać zaakceptowane przez rządy państw unijnych w Radzie Unii Europejskiej. Dopiero potem sporządzany jest traktat akcesyjny, który musi zostać przyjęty przez Komisję Europejską, Parlament Europejski i wreszcie jednogłośnie przez Radę Europejską. Przyjęcie uznaje się za zakończone, kiedy wszystkie przeszkody na drodze do jego ratyfikacji zostaną usunięte w samym kraju kandydującym do UE.

W latach 2004-2007, w ramach zbiorowej akcesji krajów Europy Wschodniej, od Estonii po Bułgarię, dwanaście państw stało się jednocześnie członkami UE. Były wśród nich także Malta i Cypr. Była to oczywiście decyzja polityczna, która wspaniałomyślnie pominęła liczne wady i niedociągnięcia nowych członków. Okazało się, na przykład, że odejście od struktur komunistycznych w gospodarce i administracji publicznej zajęło dużo więcej czasu niż zakładano.

Bułgaria, na przykład, jest nadal głęboko naznaczona korupcją, a Rumunia zmaga się z mało wydajnym aparatem administracyjnym. Z drugiej strony, kraje bałtyckie są „wzorowymi uczniami” wśród nowych członków UE. Chorwacja była ostatnim krajem, który przystąpił do UE w 2013 roku. Następnie ten proces wstrzymano.

Zmęczenie rozszerzaniem UE

Od tego czasu wśród wielu starych członków UE, takich jak Francja, Holandia czy niektóre kraje skandynawskie, daje się zauważyć wyraźne zmęczenie jej rozszerzaniem. Przystąpienie do UE kosztuje dużo pieniędzy. W budżecie UE zarezerwowano 9 mld euro na pomoc przedakcesyjną i stwarza ona niekończące się problemy polityczne.

Na ławce oczekujących siedzi obecnie kilka krajów Bałkanów Zachodnich, które ciągle obiecują postęp, ponieważ ich przystąpienie do UE wydaje się im ważne ze strategicznego punktu widzenia, ale w rzeczywistości nic się nie dzieje. Kosowo oraz Bośnia i Hercegowina nie są jeszcze gotowe do uzyskania statusu kandydata, ponieważ ich rządy zagrażają sąsiadom lub rażąco naruszają normy unijne.

Od kilku lat trwają bezskuteczne negocjacje akcesyjne z Serbią i Czarnogórą, gdzie Komisja Europejska jest szczególnie zaniepokojona ich praworządnością, będącą najważniejszym kryterium ich przystąpienia do UE. Ostatnio rozpoczęto negocjacje z Macedonią Północną i Albanią, przy czym Holandia ma wątpliwości co do woli rządu albańskiego zwalczania transgranicznej przestępczości zorganizowanej i dlatego blokuje postęp w tym zakresie.

W tym regionie trwają stare spory i wzajemna rywalizacja. Grecja przez długie lata blokowała proces akcesyjny z Macedonią Północną z powodu sporu o jej nazwę, a teraz Bułgaria stwarza problemy z powodu sporu o język.

W obliczu skomplikowanej sytuacji, w jakiej już znajdują się małe kraje kandydujące, nic dziwnego, że wielu członków UE z przerażeniem patrzy na dużą Ukrainę i jej chęć przystąpienia do Unii. Tym bardziej że już przed wojną rząd w Kijowie nie był w stanie spełnić nawet wymogów reformy w ramach układu stowarzyszeniowego z UE.

Poważne braki występują nadal w zakresie korupcji i praworządności. Rosyjska inwazja zmieniła sytuację polityczną Ukrainy, ale nie stan wewnętrzny tego kraju, który najpierw będzie wymagał wielkiego programu jego odbudowy. A jeśli chodzi o przyjmowanie krajów, które nie są na to politycznie gotowe, UE od czasu ostatniego dużego rozszerzenia w 2004 roku z pewnością będzie do tego podchodzić z nadzwyczajną ostrożnością.

 

REDAKCJA POLECA

 


Dla kogo jest nowy iPhone SE (2022)?

Na tegorocznej konferencji Apple zadebiutowała kolejna generacja iPhone’a SE – najtańsza wersja w ofercie Apple. Napędzany przez piekielnie wydajny czip A15 Bionic, zachwyca swoją płynnością i bezproblemowym działaniem. Dla kogo jest nowy iPhone SE (2022)?

nowy iPhone SE (2022)

iPhone SE (2022) – jaki jest?

Apple iPhone SE to telefon, który w ekspresowym tempie zyskał wielu zwolenników. Trudno się dziwić. Co prawda, nie jest wyposażony we wszystkie innowacyjne rozwiązania, co topowe modele, ale za to dostępny jest w przystępnej cenie. Dzięki temu mogą sobie na niego pozwolić osoby, które niekoniecznie chcą najnowszego flagowca. A trzeba przyznać, że stosunek ceny do jakości w przypadku iPhone’a SE, to niebywały atut. W kwestii designu nie odstaje od swojego poprzednika. Gigant z Cupertino przyzwyczaił nas, że jedyne, co może wprowadzić to drobne poprawki kosmetyczne. Za to w środku mamy prawdziwą rewolucję. Apple iPhone SE (2020) otrzymał potężny układ A15 Bionic. Dokładnie ten, który napędza iPhone’a 13. Tym samym wykazuje olbrzymi wzrost wydajności w stosunku do swoich poprzedników. Producent zapewnia, że w porównaniu do iPhone’a 8, SE 3 generacji jest aż o 2,2 razy szybszy! Nowy iPhone SE dostał ten sam wyświetlacz co poprzednik, czyli 4,7-calowy Retina IPS LCD rozdzielczości ekranu 750 x 1334 pikseli, który zachwyca idealnym obrazem. Tu nie ma się do czego przyczepić.

Apple iPhone SE (2022) – co nowego?

Jedną z fundamentalnych zmian w najnowszym iPhone SE (2022) jest obsługa łączności 5G, co umożliwia pobieranie danych o wiele szybciej niż w telefonach w sieci 4G LTE. Ulepszono również aparat, wykorzystując przy tym moc czipu A15 Bionic. Flagowiec otrzymał 12-megapikselowy tylny obiektyw z przysłoną f/1,8., możliwością nagrywania wideo w 4K oraz 7-megapikselowy aparat przedni. Do tego wprowadzono funkcję Smart HDR, udoskonalono fotografię obliczeniową. Nie zabrakło również opcji Deep Fusion, która zapewnia dobrą jakość fotografii przy kiepskim oświetleniu. Nowy iPhone SE (2022) otrzymał także lepszą baterię, która pozwala na pracę dłużą aż o 2 godziny. To dość dobry wynik. Smartfon obsługuje szybkie ładowanie, dzięki czemu w zaledwie 3 minut naładujemy go do poziomu 50%, używając do tego zasilacza 20 W.

iPhone Se (2022) – dla kogo?

Apple iPhone SE (2022) to bez wątpienia najbardziej przystępny telefon z logo nadgryzionego jabłuszka. Ma najlepszy stosunek ceny do jakości. Dzięki procesorowi A15 Bionic zyskujemy niezwykle wydajny sprzęt, który bez problemu obsłuży kilka aplikacji jednocześnie, a nawet najbardziej wymagające gry. Praca na nim to czysta przyjemność! Nie można nie wspomnieć o tym, że zakup urządzenia, wiąże się również ze wsparciem aktualizacji przez lata. Dzięki temu mamy pewność, że nawet za kilka lat telefon będzie na topie. To dobra opcja zarówno dla tych, którzy już są w ekosystemie Apple, jak i tych, którzy chcą do niego dołączyć. Będzie także dobrym wyborem jako pierwszy telefon dla dziecka. Smartfon można kupić w wersji 64 GB, 128 GB oraz 256 GB w zależności od swoich potrzeb.

Więcej informacji znajdziesz na stronie https://idream.pl/iphone/iphone-se.html


Adam Mazguła: Rosja rozpoczyna obchody wielkiego szczęścia Rosjan – Dzień Zwycięstwa. Urra!

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Rosja rozpoczyna obchody wielkiego szczęścia Rosjan - Dzień Zwycięstwa nad życiem tysięcy dzieci, kobiet i starców. Rosyjskie wielkie święto zwycięstwa gwałtu, ruiny, śmierci, kalectwa i kłamstwa nad pokojem i prawdą

Rosja rozpoczyna obchody wielkiego szczęścia Rosjan – Dzień Zwycięstwa nad życiem tysięcy dzieci, kobiet i starców.

Wielkiego zwycięstwa i zburzenia ich domów, miast, wsi kolejnych narodów, których wyzwalają z nadziei na wolność. Zwycięstwa nad zamienionymi w ruinę szpitalami, szkołami, żłobkami, elektrowniami, magazynami żywności i ujęciami wody. Zwycięstwa światowego terroryzmu nad pokojowo żyjącymi narodami.

Rosyjskie wielkie święto zwycięstwa gwałtu, ruiny, śmierci, kalectwa i kłamstwa nad pokojem i prawdą.

Urra!

Przed Cmentarzem AR trwa protest przeciwko agresji i ludobójstwu rosyjskich oprawców na Ukrainę.Ambasador Putina nie został dopuszczony do Cmentarza i oblano go czerwoną farbą.

Adam Mazguła

 

 

 

Książka „Adam Mazguła – Żołnierz gorszego sortu” dostępna w systemie sprzedaży internetowej.

Książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>>


8 maja 1945 zaczęła się komunistyczna dyktatura

Jacek Lepiarz

Jacek Lepiarz

8 maja 1945 roku upadła III Rzesza i zakończyła się II wojna światowa, ale dla milionów ludzi w Europie Wschodniej nastała inna – komunistyczna dyktatura. Zachód długo wypierał to doświadczenie ze świadomości.

Feldmarszałek Wilhelm Keitel podpisuje akt kapitulacji - Berlin 8 Maj 1945
Feldmarszałek Wilhelm Keitel podpisuje akt kapitulacji – Berlin 8 Maj 1945. fot. wikipedia

„Mówimy, że 8 maja 1945 roku zakończyła się druga wojna światowa, faszyzm został pokonany, a Niemcy zostały uwolnione od Hitlera. To bardzo zawężona perspektywa. Jest prawdziwa, lecz świadczy o ignorancji” – pisze Malte Lehming w komentarzu opublikowanym w niedzielę w gazecie „Tagesspiegel”.

Autor zwraca uwagę, że wojna zakończyła się dopiero kapitulacją Japonii 15 sierpnia 1945 roku. Jeszcze bardziej problematyczne jest jego zdaniem mówienie o „wyzwoleniu”. „To prawda, faszyzm został pokonany, więźniowie obozów koncentracyjnych uratowani, a okupowane przez Wehrmacht narody odzyskały wolność”.

Za żelazną kurtyną

„Jednak za żelazną kurtyną – w Europie Wschodniej, w krajach bałtyckich, w okupowanej przez Sowietów strefie dla milionów ludzi rozpoczęła się inna, komunistyczna dyktatura. Uwolnienie od Hitlera? Tak. Uwolnienie od strachu, terroru, ucisku? Nie.” – podkreśla Lehming wskazując na problemy z upamiętnieniem Paktu Ribbentrop-Mołotow z 23. sierpnia 1939 roku.

Pakt Ribbentrop-Mołotow
Pakt Ribbentrop-Mołotow. fot wikipedia

Wojna Rosji przeciwko Ukrainie przyśpieszyła zdaniem autora proces włączania „wschodnioeuropejskich doświadczeń martyrologicznych” do europejskiej pamięci. Świadomość na Zachodzie, że obawy Polaków i Bałtów przed rosyjskimi ambicjami imperialnymi nie są przesadzone, lecz mocno uzasadnione, wzrasta.

Ukraina drażni Putina

Prezydent Rosji Władimir Putin mianował sam siebie jedynym spadkobiercą walki z faszyzmem. Irytuje go postawa Ukrainy, która po 1991 roku zbudowała własną historyczną świadomość. Kijów pokazuje, że antyfaszystowska spuścizna da się połączyć z prozachodnim, proeuropejskim kierunkiem oraz liberalnymi i demokratycznymi wartościami.

Hasło „Nigdy więcej” dotyczące wojny musi zostać rozszerzone o postulat, by nigdy więcej nie wypierać ze świadomości (niewygodnych faktów). „Historia boli. Nie istnieje wygodna pamięć” – pisze w konkluzji Lehming.

 

REDAKCJA POLECA

 


Polska jest śmietnikiem Europy. Odpady na nielegalnych wysypiskach

Jacek Lepiarz

Jacek Lepiarz

Nielegalne odpady z Niemiec i innych krajów zachodnich zalewają Polskę, zatruwając środowisko naturalne. Interes jest bardzo opłacalny, ryzyko wpadki znikome, a kary niskie – podał dziennik „Berliner Zeitung”.

Niemieckie odpady na nielegalnych wysypiskach w Polsce

„W niezliczonych miejscach w Polsce, na nielegalnych hałdach składowane są setki tysięcy ton odpadów z Niemiec, Anglii, Szwecji, Holandii, Austrii i Włoch” – piszą w weekendowym wydaniu stołecznej gazety „Berliner Zeitung” Michael Billig i Marius Muenstermann.

Polska jest śmietnikiem Europy – przytaczają autorzy opinię Piotra Barczaka, eksperta z Europejskiego Biura Środowiska, centrali zrzeszającej ponad 160 organizacji ochrony środowiska.

Trujące wysypisko w Sarbii

Wśród opisanych przez niemieckich dziennikarzy przykładów znajduje się Sarbia, wieś w województwie wielkopolskim. Z ustaleń „Berliner Zeitung” wynika, że nielegalne wysypisko odpadów, głównie z Niemiec, powstało tam w 2018 roku. W ciągu kilku tygodni w tym miejscu zrzucono z ciężarówek kilka tysięcy ton odpadów.

„Boimy się, że śmieci zanieczyszczają wodę pitną” – mówi mieszkanka wsi, Helena Jasińska-Przychodniak. Jej protesty przeciwko transportom śmieci okazały się nieskuteczne.

Niespełna 20 km od Sarbii, w szopie nieświadomego skutków rolnika, zdeponowano setki ton opakowań z Niemiec i Anglii. W tej okolicy od lat zalega 20 tys. ton odpadów przemysłowych jednej z saksońskich firm. W okolicy Lubina autorzy reportażu odkryli kilkadziesiąt ton odpadów plastikowych i trujących, składowanych nad potokiem pomiędzy dwiema wioskami.

Na południe od Krakowa w charakterze składowiska odpadów wykorzystywana jest nieczynna stacja benzynowa. Zaledwie kilka kilometrów dalej, niedaleko cmentarza piętrzą się góry śmieci pochodzące z pewnej firmy z Niemiec Południowych. Nielegalne wysypisko śmieci istniało także w Zgierzu. To miejsce stało się znane w całej Polsce po tym, jak w 2018 roku doszło tam do pożaru. Ogień szalał przez dwie doby, a trujący dym zagrażał zdrowiu okolicznych mieszkańców.

„Zgierz stał się symbolem katastrofalnej sytuacji w Polsce” – piszą autorzy zwracając uwagę, że w związku z tym wysypiskiem odnaleziono umowy i listy przewozowe 28 niemieckich firm.

Niemieckie firmy pozbywają się śmieci

Według Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska (GIOS) w Sarbii znaleziono 8700 ton odpadów, w tym 6500 ton z Niemiec. Polskim urzędnikom udało się zidentyfikować dwie firmy, z których pochodzą śmieci.

Trzecią wykryli dziennikarze „Berliner Zeitung”. Jak piszą, chodzi o ALBĘ – berlińską firmę branży gospodarki odpadami i recyklingu, a dokładniej jej sortownię w Brunszwiku. Odpady pochodzące z tego źródła są w dodatku oznaczone jako „EBS” – paliwo zastępcze, które nie nadaje się do recyklingu. ALBA zapewniła, że nie wywozi za granicę niesortowanych odpadów ani resztek po sortowaniu.

„Berliner Zeitung” podkreśla, że polskie Ministerstwo Ochrony Środowiska wezwało w lipcu 2021 roku niemiecką szefową resortu Svenję Schulze do zabrania nielegalnych odpadów, jednak władze w Berlinie nie zareagowały.

Lukratywny interes, niskie kary

Jan Op Gen Oorth z Europolu ocenia, że nielegalne interesy z odpadami są „profesjonalnie zorganizowane i bardzo opłacalne”. Uczestniczą w nich nie tylko gangi przestępcze, lecz także rzekomo czyste firmy z branży gospodarki odpadami. Dokumenty są fałszowane, celnicy korumpowani – tłumaczy. „Ryzyko wpadki jest znikome” – dodaje.

Komisja Europejska szacuje zyski z nielegalnego handlu odpadami na 15,3 mld euro. W razie wpadki osoby odpowiedzialne w Niemczech dostają zwykle karę grzywny w wysokości 200 euro.

Za nielegalnym wysypiskiem śmieci w Sarbii stoi zdaniem „Berliner Zeitung” „podejrzana sieć kilku polskich firm”. Dzierżawcą terenu, na którym powstało wysypisko, był prawdopodobnie bezdomny z Poznania. Ten sam człowiek był w tym samym czasie dyrektorem dwóch firm budowlanych i nieruchomości w Berlinie, które zostały rozwiązane. Czy polski bezdomny rzeczywiście kierował obiema firmami, czy też był tylko „słupem” nie dowiemy się; zmarł w czerwcu 2021 roku.

Część odpadów, które trafiły do Sarbii, znalazły się tam dzięki pośrednikowi, który ma też swoje własne wysypisko w miejscu odległym o 120 km. Tam też leżą śmieci z Niemiec.

Autorzy reportażu w „Berliner Zeitung” kończą tekst wypowiedzią Heleny Jasińskiej-Przychodniak: „Niemieckie firmy, które produkują śmieci, są za to odpowiedzialne”.

 

REDAKCJA POLECA

 


Tajemnicza seria zgonów rosyjskich oligarchów

Thomas Latschan

Thomas Latschan

W ciągu ostatnich trzech miesięcy w tajemniczych okolicznościach zginęło siedmiu rosyjskich oligarchów, niektórzy z nich wraz z rodzinami. Większość z nich pochodziła z sektora naftowego i gazowego.

19 kwietnia, Lloret de Mar

Do hiszpańskiej policji dzwoni syn rosyjskiego oligarchy, Fiodora Protosenji. Jego rodzina posiada willę w tym mieście. Fiodor mówi, że od wielu godzin próbuje dodzwonić się z Francji do matki, ale ta nie odbiera.

Gdy policja dociera do willi, znajduje ciała rodziców i siostry. Początkowo policja przypuszcza, że ojciec Fiodora, milioner Siergiej Protosenja, ugodził nożem obie kobiety, a następnie powiesił się w ogrodzie. Szybko jednak pojawiają się wątpliwości co do takiej wersji zdarzeń.

Dzień wcześniej i trzy tysiące kilometrów dalej policja dokonuje innego makabrycznego odkrycia: rosyjski multimilioner Władysław Awajew, jego żona i 13-letnia córka leżą martwi w swoim luksusowym moskiewskim mieszkaniu. Rosyjska państwowa agencja informacyjna Tass podaje, że Awajew trzymał w ręku pistolet. Rzekomo zabił najpierw swoją żonę i córkę, a potem siebie. Narzędziem zbrodni była broń palna.

Bogaci potentaci

Oba przypadki dzielą tylko 24 godziny, a wykazują wiele podobieństw, nie tylko pod względem przyjętej kolejności zdarzeń. Obaj – Protosenja i Awajew – byli oligarchami, milionerami wywodzącymi się z najwyższych kręgów rosyjskiego przemysłu naftowego i gazowego. Protosenja był kiedyś wiceprezesem spółki gazowej Novatek, Awajew – wiceprezesem Gazprombanku. Ich śmierć należy do serii tajemniczych zgonów rosyjskich oligarchów, zwłaszcza z sektora energetycznego, które miały miejsce w tym roku.

Już pod koniec stycznia, przed rozpoczęciem rosyjskiej inwazji na Ukrainę, 60-letni menedżer wysokiego szczebla w Gazpromie Leonid Schulman miał popełnić samobójstwo, podobnie jak Aleksander Tjuljakow, którego ciało znaleziono w Sankt Petersburgu 25 lutego. Były menedżer rosyjskiego giganta energetycznego miał się powiesić. Trzy dni później potentat gazowy i naftowy ukraińskiego pochodzenia Michaił Watford został znaleziony powieszony w garażu swojej posiadłości w Surrey w Wielkiej Brytanii.

24 marca miliarder Wasilij Mielnikow, który kierował firmą medyczną MedStom, został znaleziony martwy wraz z żoną Galiną i dwoma małymi synami w swoim mieszkaniu w Niżnym Nowogrodzie. Również w tym przypadku istnieją duże podobieństwa do śmierci Protosenji i Awajewa.

I wreszcie przypadek Andrieja Krukowskiego. 37-latek był dyrektorem ośrodka narciarskiego Krasnaja Poljana w pobliżu Soczi. To właśnie tutaj prezydent Rosji Władimir Putin podobno lubi zapraszać swoich gości na narty. Krukowski, jak pisze rosyjska gazeta „Kommersant”, spadł z klifu podczas górskiej wędrówki 2 maja.

Rosyjscy oligarchowie żyją niebezpiecznie

Siedem tajemniczych zgonów wśród zamożnych Rosjan w ciągu zaledwie trzech miesięcy – to daje pole do wszelkiego rodzaju spekulacji. Media spekulują, że samobójstwa mogły być sfingowane. Niektórzy sugerują nawet, że Kreml lub nawet sam Władimir Putin mogą mieć coś wspólnego z tymi śmiertelnymi wypadkami. W ostatnich latach doszło już do kilku spektakularnych zamachów na krytyków Kremla.

Na przykład Aleksiej Nawalny został otruty nowiczokiem na lotnisku w Tomsku w sierpniu 2020 r., podobnie jak dwa lata wcześniej były pułkownik rosyjskiego wywiadu GRU Siergiej Skripal. Były oficer rosyjskiego wywiadu Aleksander Litwinienko został zabity w Londynie w 2006 r. za pomocą radioaktywnego polonu. W 2017 r. amerykańska gazeta „USA Today” opublikowała nawet wyniki badań, z których wynika, że w ciągu trzech lat co najmniej 38 oligarchów zmarło lub zaginęło.

Dziwne jest jednak to, że żaden z oligarchów, którzy zmarli w tym roku, nie był znany z krytycznych publicznych wypowiedzi na temat wojny w Ukrainie. Z drugiej strony żaden z nich nie znalazł się na liście międzynarodowych sankcji nałożonych w związku z wojną w Ukrainie. W niedawnym raporcie Warsaw Institute, polskiego think tanku zajmującego się Rosją i polityką bezpieczeństwa, napisano, że na miejscach zbrodni w Rosji dochodzenia prowadziła nie tylko rosyjska policja, ale i służby bezpieczeństwa Gazpromu. „Nie jest wykluczone, że wysoko postawieni ludzie w elicie władzy Rosji zacierają ślady finansowych oszustw i drenażu środków z publicznych firm” – czytamy.

Nie ma jednak żadnych dowodów na potwierdzenie tej tezy ani na przemoc ze strony osób trzecich. Hiszpańska policja nadal zakłada w sprawie Siergieja Protosenji, że doszło do tragedii rodzinnej. Jego syn Fiodor nie chce w to uwierzyć. „Mój ojciec nie jest mordercą” – powiedział kilku brytyjskim mediom. Nie wiadomo, czy kiedykolwiek uda się w pełni wyjaśnić okoliczności, w jakich zginęła jego rodzina.

Chcesz skomentować ten artykuł? Zrób to na Facebooku>>

Powściągliwie informujemy o samobójstwach, ponieważ istnieją przesłanki, że niektóre formy informowania mogą prowadzić do reakcji naśladowczych. Jeśli sam masz myśli samobójcze lub jesteś w trudnej sytuacji emocjonalnej, nie wahaj się szukać pomocy.