Scrum Master a Project Manager – czym różnią się te role w projekcie?

Czym cechuje się Scrum Master i co go wyróżnia od typowego Project Managera? Dowiedz się więcej o pracy nad projektami IT. Sprawdź teraz!

Fot. Headway / Unsplash

Ma szeroką wiedzę na temat projektu, zajmuje się przydzielaniem zadań, prowadzi spotkania – typowy Scrum Master wykonuje wiele obowiązków zbieżnych z rolą Project Managera. Czy to oznacza, że jedna osoba może pełnić jednocześnie obie funkcje? Dowiedz się, kto odpowiada za poszczególne obszary projektów realizowanych według metodyki Scrum.

Kto wykonuje zadania Project Managera w projektach scrumowych?

Gdy patrzy się na zespół IT z zewnątrz, zadania przypisane do roli Scrum Mastera mogą wydawać się bardzo podobne do tego, czym zajmuje się Project Manager. Tak jak w klasycznie rozumianej metodyce Agile nie stosuje się nazwy „projekt”, tak nie ma tam również typowej roli Project Managera. Obszary odpowiedzialności Project Managerów są w projektach scrumowych rozdzielone na różne osoby.

Typowy zespół IT składa się z:

  • Product Ownera, czyli osoby, która odpowiada za projekt głównie pod kątem biznesowym;
  • Scrum Mastera odpowiadającego za realizację założeń scrumowych, będącego swego rodzaju coachem zapewniającym zespołowi warunki do efektywnej pracy;
  • zespołu deweloperskiego – osób, które same sobie organizują pracę w sprincie według zasad Scrum.

Zadania, którymi w innych rodzajach projektów zajmują się Project Managerowie, w Scrumie są przypisane częściowo do product ownera, a częściowo do Scrum Mastera. O ile działania Product Ownera są skierowane bardziej na zewnątrz (komunikacja z klientem, przekazywanie wizji produktu), to Scrum Master jest skupiony na zarządzaniu zespołem deweloperskim. Zdarzają się projekty, w których jedna osoba wykonuje zadania Scrum mastera i Project Managera, jednak częściej zdarza się łączenie roli Scrum Mastera i Product Ownera.

Agile PM – rozwiązanie dla większych zespołów projektowych

Taki podział obowiązków zazwyczaj doskonale sprawdza się w mniejszych projektach. Tam, gdzie oprogramowanie tworzy kilkadziesiąt lub nawet kilkaset osób połączonych w wiele zespołów scrumowych, konieczne bywa wyznaczenie dodatkowej osoby zarządzającej, która będzie koordynowała całość prac. Wprowadza się wówczas często rolę Agile PM. Jego stanowisko jest dość zbliżone do Product Ownera: koordynuje on przebieg projektu, zarządza budżetem, komunikuje się z interesariuszami. Nie wyznacza jednak zadań (robi to sam zespół) ani nie ma wpływu na zakres projektu (tym zajmuje się Product Owner).

Zwinne metodyki nie mają przed Tobą tajemnic? W GlobalLogic wiemy, jak ważna jest współpraca z dobrymi Scrum Masterami. Sprawdź oferty pracy na stanowisku Scrum i dołącz do naszego zespołu


Rząd PiS nie chce relokacji Ukraińców. Oczekuje na pieniądze z Unii

Tomasz Bielecki

Tomasz Bielecki

Unia stawia na dobrowolną „platformę solidarności” zamiast relokacji. Bruksela na razie nie podjęła polsko-niemieckiego pomysłu na tysiąc euro pomocy na jednego uchodźcę. Ale Warszawa mocno ponagla co do pieniędzy.

Największy napływ uchodźców w Europie od czasu II wojny światowej był w poniedziałek [28.03.22] tematem nadzwyczajnego posiedzenia ministrów spraw wewnętrznych 27 krajów UE w Brukseli.

– Obecnie ruch zwolnił. Do UE przybywa około 50 tys. ludzi z Ukrainy dziennie, a w szczycie to było ponad 200 tys. Jednak musimy być przygotowani na kolejny wzrost. Nie potrafimy przecież przewidzieć, jak będzie eskalować wojna – powiedziała Ylva Johansson, komisarz UE ds. wewnętrznych.

Komisja Europejska podaje, że znalazła aż do 17 mld euro na pomoc dla krajów UE przyjmujących uchodźców, ale takie liczby budzą wielki sceptycyzm m.in. w Polsce. Zwłaszcza kontrowersje budzi pytanie, czy można sięgnąć po duże pieniądze już w perspektywie kilku czy kilkunastu tygodni.

Na ogólną kwotę podawaną przez Brukselę składa się około 7 mld euro z polityki spójności w budżecie UE na lata 2014-20, które nie zostały dotąd wydane przez kraje Unii, plus blisko 10 mld z React-EU, czyli z działki Funduszu Odbudowy (poza kasą na KPO), które mogą być wydane na potrzeby uchodźcze zamiast pierwotnych celów (m.in. wzmacniania służby zdrowia). Jednak z React-EU do szybkiego wydania na uchodźców jest tylko około 3,5 mld euro, z czego – wedle wstępnych szacunków – 600 mln euro dostępne dla Polski.

W tym wszystkim chodzi o nowe wykorzystanie „starych” pieniędzy z budżetu UE. A my musimy rozmawiać nowych pieniądzach w ramach nowych narzędzi finansowania – przekonywał po obradach polski wiceminister Bartosz Grodecki. Czy są na to szanse? – Musimy myśleć dwuetapowo. Teraz szukamy w obecnym budżecie UE gotówki na doraźne potrzeby związane z przyjmowaniem uchodźców. W kolejnym etapie będzie trzeba rozmawiać o „nowych pieniądzach” na długoterminowe potrzeby uchodźców, jeśli nie będą mogli wrócić do Ukrainy. Na zakwaterowanie czy też na edukację.. – tłumaczy dyplomata UE zaangażowany w debaty o pomocy finansowej dla Polski.

Polsko-niemiecki pomysł w poczekalni

Polska narzeka na trudności proceduralne z sięganiem po kwoty, które dotychczas zadeklarowała Komisja Europejska.

– Na razie nie wiadomo, w jaki sposób formalnie o nie wnioskować. Procedury dla funduszy z polityki spójności przecież nie pozwalają na wydatkowanie w doraźnym trybie, którego teraz potrzebujemy – tłumaczył dziś Grodecki. Dla ominięcia tych proceduralnych przeszkód ministrowie Nancy Faeser oraz Mariusz Kamiński w niemiecko-polskim piśmie do Komisji Europejskiej zaproponowali zryczałtowane finansowanie z budżetu UE w wysokości tysiąca euro na jednego uchodźcę z Ukrainy przez pierwsze pół roku. A potem Bruksela miałaby zweryfikować skuteczność tego mechanizmu. W tym niemiecko-polskim piśmie podano, że szacunkowe koszty przyjęcia uchodźców dla budżetu Polski w pierwszym, półrocznym to co najmniej 2,2 mld euro.

Jednak ten polsko-niemiecki pomysł na tysiąc euro na uchodźcę na razie nie został podjęty przez Brukselę. A Komisja Europejska ma teraz – na prośbę unijnych ministrów – pracować nad innymi ułatwieniami w sięganiu po unijne pieniądze na uchodźców. Również wiceminister Grodecki przyznał po obradach w Brukseli, że wspólny list z Niemcami nie był dziś tematem szczególnych dyskusji ministrów z przedstawicielami Komisji Europejskiej.

Ukraińcy wolą Polskę

W Brukseli panuje teraz zgoda, że na użytek Ukraińców nie należy stosować żadnej formy relokacji, której nie chce ani Polska, ani uchodźcy.

– Nie potrzebujemy systemu relokacji, ponieważ ludzie, którzy przyjeżdżają, sami mogą się przesiedlić dzięki swobodzie wyboru kraju w ramach uruchomionych przez UE przepisów o ochronie tymczasowej – tłumaczył dziś Margarits Schinas, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej.

Przedstawiciele rządu Mateusza Morawieckiego tłumaczą w Brukseli, że większość uchodźców obecnie chce pozostać w Polsce ze względu na bliskość do Ukrainy (i nadzieje na powrót do domów), podobieństwo języka, bliskość kulturową.

– I Polacy to akceptują. Tłumaczą, że nie można nakładać kwot na uciekinierów wojennych – relacjonuje jeden z zachodnich dyplomatów w Brukseli.

Relokacja teraz uchodzi zatem za niepotrzebny i „teoretyczny” instrument, który powinna zastąpić tworzona przez Komisję Europejską „platforma solidarności”. To będzie wspólna baza informacyjna 27 krajów Unii, na której będą deklarować ilość miejsc gotowych dla Ukraińców (oraz warunki), co ma zachęcać część Ukraińców do przesiedlenia się poza Polskę, a także Rumunię, Słowację czy Węgry.

– Przy pełnej dobrowolności. Muszą wiedzieć, gdzie i na jakich warunkach. Muszą sami zdecydować – tłumaczą urzędnicy UE. A jeśliby doszło do nasilenia ucieczek wojennych z Ukrainy do UE (niektóre szacunki sięgają 8-10 mln Ukraińców), to – jak tłumaczą nasi rozmówcy w Brukseli – obecne rozwiązania zostaną „ponownie ocenione i ewentualnie zmienione”.

Dyskutowany przez ministrów 10-punktowy plan działania obejmuje stworzenie wspólnego systemu rejestracji uchodźców (czy też wzajemnego udostępnienia obecnych krajowych baz danych), by Bruksela wiedziała, dokąd i ilu Ukraińców się przemieszcza i tam mogła kierować dodatkową pomoc. Ponadto UE zamierza koordynować dopasowywanie ofert przewozu uchodźców (w tym ofert sektora prywatnego) pomiędzy różnymi częściami Unii do możliwości ich przyjmowania przez poszczególne kraje UE.

 

REDAKCJA POLECA

 


Piekło. Wstrząsające relacje z Mariupola

Eugen Theise

Eugen Theise

Mariupol stał się symbolem oporu militarnego i katastrofy humanitarnej w rosyjskiej wojnie przeciwko Ukrainie. Uchodźcy opisują, czego doświadczyli.

Od początku wojny Rosji z Ukrainą prawie żadne inne ukraińskie miasto nie było tak często wymieniane przez media i polityków na całym świecie jak Mariupol. To portowe miasto nad Morzem Azowskim stało się symbolem oporu i katastrofy humanitarnej. Zniszczenie kliniki położniczej, w której przebywały ciężarne kobiety, oraz zbombardowanie teatru, w którym schroniła się ludność cywilna, wstrząsnęło całym światem. UE określiła działania wojsk rosyjskich jako najpoważniejszą zbrodnię wojenną.

Osoby, którym udało się uciec z miasta na terytorium kontrolowane przez Ukrainę, potwierdzają wstrząsające relacje mediów. Oto ich opowieści.

„Wszędzie trupy”

Mykoła Osyczenko, szef telewizji w Mariupolu, zdołał opuścić miasto wraz z rodziną i sąsiadami. Jego dom znajdował się w pobliżu kliniki położniczej zniszczonej 9 marca. Oto jego relacja:

„Klinika znajduje się 500 metrów od mojego domu. Kiedy samolot zrzucił bombę, myśleliśmy, że trafiła w nasz dom, tak silna była ta eksplozja. Była to jednak klinika dziecięca, z oddziałem położniczym na trzecim piętrze. Dzień przed atakiem mój ranny sąsiad, 60-letni mężczyzna, został wypisany z tej kliniki. Trafił do szpitala dziecięcego, ponieważ gdzie indziej nie było miejsca. Rosyjskie media podały, że nie było tam ani dzieci, ani kobiet, ale że była to kwatera główna batalionu. W rzeczywistości jednak było tam wiele kobiet i dzieci.

Temperatura w naszym bloku była taka sama jak na zewnątrz: minus sześć, minus siedem stopni. Wszyscy spaliśmy w piwnicy, w osobnym pokoju. Był najcieplejszy, bo można go było dobrze zamknąć. Na podłodze leżały materace i poduszki. Położyliśmy na nich dzieci. Tam spały i spędzały całe dnie. Matki kładły się z maluchami, dziadkowie spali na krzesłach pod ścianą. A my, w średnim wieku, po prostu spaliśmy na schodach.

Zanim opuściliśmy Mariupol, rozdaliśmy zapasy wody tym, którzy byli już w samochodach, oraz tym, którzy zostali w naszym bloku. Daliśmy im też żywność, którą jeszcze mieliśmy, bo tam nie ma jej gdzie zdobyć. Magazyny zostały zniszczone i splądrowane, sklepy również.

Wcześniej przygotowywaliśmy jedzenie na ognisku przed blokiem, ale brakowało suchego drewna. Ludzie robili drewno na opał z ram okiennych i materiałów budowlanych ze zbombardowanych szkół. Było to jednak niebezpieczne, ponieważ bomba mogła uderzyć w każdej chwili, co też się stało. Ludzie zostali rozerwani na strzępy.

Początkowo ludzie próbowali czerpać wodę ze studni, które w niektórych miejscach nadal istnieją. Ale nawet tam trzeba się najpierw dostać pod ostrzałem, a potem czekać w kolejce. Ludzie korzystali też z wody z kaloryferów w zniszczonych domach, mimo że nie powinno się jej pić. Ale ludzie gotowali ją i pili. Pewnej nocy spadł śnieg. Cieszyliśmy się z tego, jak dzieci. Wszyscy mieszkańcy naszego bloku zbierali śnieg do wiader, dopóki było cicho. W ten sposób zgromadziliśmy zapas wody z roztopów.

Wyjeżdżając z miasta, nie widzieliśmy ani jednego nienaruszonego budynku – wszędzie powybijane okna i zniszczone ściany między mieszkaniami. W niektórych z nich brakowało całego górnego piętra. Wszędzie leżały ciała kobiet, mężczyzn i dzieci. W samochodzie staraliśmy się odwrócić uwagę dzieci, aby tego nie oglądały. To jest po prostu straszne!”

„Moje serce jest złamane na trzy kawałki”.

Pracownik medyczny Natalia Korjagina opuściła Mariupol 14 marca.

„Z lewego brzegu rzeki Kalmius w Mariupolu przeszłam z plecakiem do domu w centrum miasta, bo tam wtedy było mniej ostrzału. Moja mama, która ma 79 lat, nie chciała jechać ze mną. Ani moje łzy, ani ostrzeżenia nie mogły zmienić jej zdania. Zaledwie godzinę po tym, jak opuściłem nasz wspólny dom, pocisk uderzył w szkołę i dwa pobliskie domy. Wszystkie okna w domach naszych sąsiadów zostały wybite, te w domu mojej mamy pozostały całe. Później jednak wyłączono prąd i wodę, a ja powiedziałem matce, że przyjdę po nią następnego dnia rano, na co ona się zgodziła.

W tym domu w centrum miasta zostali już zakwaterowani moi koledzy i ich rodziny, których mieszkania znajdowały się również w zagrożonych dzielnicach miasta. Było nas 16 osób, w tym sześcioro dzieci. W piwnicy urządziliśmy sobie miejsca do spania – maty i materace powietrzne. Często zdarzały się alarmy przeciwlotnicze i większość dnia spędzaliśmy w piwnicy. Następnego dnia nie mogłam już dotrzeć do lewobrzeżnej części miasta. Przez ponad cztery godziny próbowaliśmy dodzwonić się do taksówki. Odpowiedź brzmiała: „Nie ma benzyny, nikt nie jeździ na lewy brzeg”. Błagałam i oferowałam dużo pieniędzy, ale na próżno. Nikt z moich znajomych nie mógł też pomóc w sprowadzeniu mojej matki. Potem do niej zadzwoniłam. Mama dodała mi otuchy. Powiedziała, że ma wodę i jedzenie, a poza tym wojna nie będzie trwała wiecznie. Wytrzymała. To był ostatni raz, kiedy z nią rozmawiałam.

Mariupol Ukraine After the First 30 Days of War

VIDEO: Today marks exactly one month from the beginning of the #Russian invasion of #Ukraine. Recent footage shows how #Mariupol looks today with video captured by a local civilian. 🎥: Anastaciia Laparina on Twitter

Opublikowany przez Mercado Media Productions Czwartek, 24 marca 2022

 

Mój mąż jest w wojsku i broni naszego kraju. Przez pierwsze kilka dni nie miałam z nim kontaktu. Mój syn jest w Charkowie. Moje serce zostało, że tak powiem, złamane na trzy kawałki. Ale życie musi toczyć się dalej. W miarę jak pierścień oblężenia wokół naszego miasta zacieśniał się coraz bardziej, odcięto również prąd, wodę i gaz. Udało nam się kupić pewien zapas żywności na targu, ponieważ wszystkie sklepy były od dawna zamknięte, bez prądu i szybko splądrowane po ostrzale. Musieliśmy gotować jedzenie na ognisku. Drewno na opał zbierano z całej dzielnicy, nawet w czasie ostrzału.

Wreszcie i nasz schron był ostrzeliwany ze wszystkich stron. Zniszczone zostały wszystkie okna i dach. Dom trząsł się tak bardzo, że myśleliśmy, że się zawali. Ale piwnica wytrzymała. Temperatura na parterze domu wynosiła od jednego do dwóch stopni, a w piwnicy od czterech do pięciu. Najgorszy jest brak wody. Ale dwa razy spadł śnieg i udało nam się napełnić śniegiem dwie wanny, to było nasze szczęście.

W naszym domu nie było zasięgu telefonii komórkowej. Telefony działały 900 metrów dalej. W ten sposób dowiedzieliśmy się wreszcie o korytarzu dla samochodów prywatnych i postanowiliśmy opuścić nasz schron. Gdy ładowaliśmy nasze samochody, rozlegały się wielokrotnie huki, a metalowe odłamki leciały wprost na nasz płot. O 12.00 opuściliśmy Mariupol, wszędzie widzieliśmy ruiny i pożary. Około godziny 21.00 dotarliśmy do Berdiańska, gdzie spędziliśmy noc w szkole. Rano wyruszyliśmy w dalszą drogę. W wielu samochodach konwoju znajdowały się dzieci. Wszyscy jechali bardzo ostrożnie, bo wszędzie były niewypały. Widzieliśmy punkty kontrolne agresora, których jest ponad 30, na wszystkich drogach prowadzących do i z miast. Przed wysadzonym mostem w pobliżu Zaporoża utworzył się ogromny korek. Objazd prowadził wąską drogą. Udało nam się przejechać, ale godzinę później ostrzelano kolejną kolumnę, były ofiary śmiertelne. O godzinie 19.00 dotarliśmy do Dniepru.

„To jest po prostu piekło!”.

Ołeksandr Skorobohatko, pracownik międzynarodowej organizacji humanitarnej, opuścił Mariupol 15 marca.

„Na początku marca stało się jasne, że całe miasto stoi w obliczu katastrofy humanitarnej. Kiedy przestały napływać żywność i lekarstwa, ludzie wpadli w panikę. Kiedyś słyszałem o katastrofach humanitarnych tylko w teorii. Nigdy nie pracowałem na misjach zagranicznych i nie spotkałem się z takimi problemami.

Ja i moja siostra zatrzymałyśmy się u krewnych. Spaliśmy na podłodze w korytarzu, tam czuliśmy się bezpieczniej. Jakoś przystosowaliśmy się do ostrzału, do braku jedzenia. Dom sąsiada był już zniszczony. Dużo czasu spędzaliśmy z sąsiadami i gotowaliśmy na kominkach.

Korytarz humanitarny powstawał długo. Ludzie nie mieli już nadziei i mówili sobie nawzajem, że bezpieczniej będzie pozostać w mieście. Kiedy usłyszeliśmy w radiu, że do Zaporoża dotarło 500 samochodów, początkowo nie chcieliśmy w to uwierzyć. Ale następnego dnia przyszedł znajomy i powiedział, że będzie jechać kolejna kolumna samochodów. Natychmiast ruszyliśmy do samochodu. Intuicyjnie wybraliśmy boczne drogi i po pięciu czy dziesięciu kilometrach od miasta wreszcie zapanowała cisza.

Wszędzie były te punkty kontrolne, kontrole, niekończące się kolejki. Dopiero gdy dotarliśmy do Zaporoża, zdaliśmy sobie sprawę, że wreszcie udało nam się opuścić Mariupol. Czułem się w pewien sposób winny, że nie udało mi się ostrzec przyjaciół i krewnych z ich dziećmi. Postanowiłem po nie pojechać.

Ponownie przeszliśmy przez wszystkie punkty kontrolne. Na ostatnim, przed Mariupolem, tak zwani żołnierze „Donieckiej Republiki Ludowej” po prostu zabrali mi samochód. Drogę powrotną musiałem pokonać pieszo. W następnej wiosce mogłem przenocować i coś zjeść. Rano dobrzy ludzie zawieźli mnie do Zaporoża. To wszystko będzie towarzyszyć mojemu życiu na zawsze, łącznie ze wszystkimi zmarłymi.

Obecnie wielu wolontariuszy jakoś udaje się dotrzeć do Mariupola. Wymieniamy się doświadczeniami. Nikt jednak nie może zagwarantować bezpieczeństwa; wręcz przeciwnie – ostrzegają – może się zdarzyć, że nie wrócisz żywy. Mimo to wciąż szukam sposobów, by przynajmniej przewieźć moich krewnych do najbliższych bezpiecznych wiosek. To jest po prostu piekło!”

 

REDAKCJA POLECA

 


Kompresor śrubowy, dlaczego warto z niego korzystać?

W wielu branżach kompresor śrubowy jest bardzo pomocny, jego głównym mechanizmem są dwie obracające się śruby, które w trakcie pracy zazębiają się, dochodzi do zmniejszenia wolnej przestrzeni między nimi, co powoduje sprężenie gazu. Urządzenia różnią się między sobą wartością kompresji. Aby wykorzystać powietrze do codziennie wykonywanej pracy i polepszyć efektywność przedsiębiorstwa trzeba wiedzieć jaki rodzaj sprężarki wybrać.

Kompresor śrubowy – charakterystyka

Aby kompresor w znacznym stopniu usprawniał pracę przedsiębiorstwa, np. warsztatu samochodowego albo firmy budowlanej należy tutaj dobrać jego parametry techniczne odpowiednio do zapotrzebowania. Warto zdecydować się na sprężarkę śrubową zamiast tłokową, ponieważ jest to urządzenie przygotowane do dużo bardziej forsownej pracy. Większość z urządzeń jest zaopatrzona w panel sterujący umożliwiający precyzyjne ustawienie właściwości urządzenia. Urządzenie ze względu na zasadę działania można podzielić na:

  •  olejowe,
  •  bezolejowe.

Urządzenie może pracować właściwie bez przerwy ze względu na zastosowanie oleju, który bierze udział w procesie oczyszczania, schładzania, zabezpieczania i ochrony urządzenia. Są to urządzenia wyjątkowo efektywne, rzadko się psują i przynoszą wiele wymiernych korzyści. Kompresor śrubowy bezolejowy wytwarza sprężone powietrze, wykorzystując do swojego działania wodę. Niektóre branże przemysłowe wolą takie działanie, ponieważ praca, jaką wykonuje sprężarka śrubowa bezolejowa, jest pozbawiona zanieczyszczeń wynikających z użycia oleistych substancji, jego praca nie może być jednak wykorzystywana bez przerwy, 24 godziny na dobę.

Kompresor śrubowy – w jakim celu jest stosowany?

Kompresor śrubowy sprawdzi się w takich miejscach, gdzie duża siła powietrza ułatwi wykonywanie prac. Urządzenia charakteryzujące się odpowiednimi właściwościami pomagają szczególnie w:

  • polepszaniu pracy przedsiębiorstwa, poprzez skrócenie czasu wykonywanych zamówień,
  • skróceniu realizacji zleceń, dzięki zastosowaniu takich technologii, które w szybszym tempie obsługują prace wymagające dużo więcej czasu z zastosowaniem innych metod,
  • unikaniu kosztów związanych z awariami, kompresor śrubowy olejowy może pracować jednym tempem bez przerwy.

Jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej na temat kompresorów wejdź na stronę https://kompresory.org

Kompresor śrubowy – zastosowanie na placach budowy

Modele kompresorów śrubowych wykorzystywanych na placach budowy są mobilne, mogą być zabierane w każde miejsce, gdzie akurat jest na nie zapotrzebowanie. Są wykorzystywane do obsługi pistoletu do malowania lub tynkowania, urządzeń do szpachlowania wewnątrz i na zewnątrz budynków lub do korzystania z kluczy udarowych.

Zastosowanie w innych branżach przemysłu

Kompresory śrubowe w znacznym stopniu ułatwiają pracę mechaników i lakierników, dzięki ich zastosowaniu można skrócić czas wykonywania usług wulkanizacyjnych. Wiele zakładów produkcyjnych wykorzystuje kompresory śrubowe jako alternatywę dla poboru energii elektrycznej, wykorzystywane są również w kolejnictwie i mechanice.

Kompresor śrubowy sprawdza się w różnych gałęziach przemysłu, jest wyjątkowo przydatny w zakładach mechanicznych i wulkanicznych. W domu również jest niezastąpiony przy wielu czynnościach, jak np. pompowanie materaców, basenów albo opon w rowerze. Pozwala na usprawnienie pracy oraz szybsze wykonanie czynności.


Jesteś lub byłeś właścicielem polisolokaty? Zawalcz o swoje pieniądze!

Jeszcze kilka lat temu polisolokaty były jednymi z najpopularniejszych produktów ubezpieczeniowych, oszczędnościowych i inwestycyjnych, jakie posiadał przeciętny konsument. Szybko jednak okazało się, że nie są tak atrakcyjne, jak mogło się wydawać.

O ile posiadacz polisolokaty sumiennie opłacał wszystkie składki ubezpieczeniowe i rozsądnie zarządzał swoimi funduszami, polisolokata mogła okazać się trafionym pomysłem na inwestycje i oszczędzanie. Dla większości posiadaczy była jednak źródłem problemów, które swój finał znalazły w sądzie cywilnym.

Co to jest polisolokata?

Polisolokata to zwyczajowe określenie polisy ubezpieczeniowej na życie i dożycie z Ubezpieczeniowym Funduszem Kapitałowym. W założeniu produkt ten pozwalał jednocześnie uzyskać ochronę ubezpieczeniową życia osoby ubezpieczonej, oszczędzanie oraz inwestowanie w UFK, a wszystko to w długoterminowej perspektywie. W rzeczywistości okazywało się, że suma ubezpieczenia jest całkowicie zależna od aktualnej wartości umowy, zrobienie sobie “wakacji” od opłacenia składki nastręcza trudności, a zarządzanie polisą lub rezygnacja generowały bardzo wysokie koszty. Dodatkowo, środki zgromadzone na polisie posiadacza nie były dostępne od ręki, a inwestycja w UFK przynosiła bardzo duże ryzyko, nieakceptowalne dla przeciętnego klienta firmy ubezpieczeniowej.

Rezygnacja z polisolokat

Kiedy minęła pierwsza fala zachwytu polisolokatami, szybko okazało się, że wady tych produktów przeważają nad ich zaletami, a największą z nich jest konieczność zapłacenia ogromnych kosztów w przypadku wcześniejszego zakończenia umowy. Rezygnacja z polisolokat była możliwa na każdym etapie, jednak im wcześniej klient rozwiązywał umowę, tym większą część zgromadzonego kapitału musiał zostawić “w kieszeni” ubezpieczyciela. W efekcie posiadacze polisolokat tracili mnóstwo pieniędzy. Można je jednak odzyskać!

Aby to było możliwe, najpierw trzeba zrezygnować z polisolokaty, czyli wypełnić wniosek o jej zamknięcie i przesłać go listem poleconym do ubezpieczyciela wraz z kopią dowodu osobistego. Na tej podstawie w ciągu 30 dni ubezpieczyciel zamyka polisę i zwraca ubezpieczonemu zgromadzoną na niej kwotę, pomniejszoną o opłaty likwidacyjne.

Jak odzyskać pieniądze z polisolokaty?

Odzyskiwanie pieniędzy z polisolokat wymaga najczęściej wejścia na drogę sądową. Towarzystwa ubezpieczeniowe niechętnie wypłacają bezprawnie potrącone opłaty likwidacyjne na wniosek swoich klientów, powołując się na umowne zapisy. Bardzo często okazują się one jednak sprzeczne z dobrymi obyczajami, a co więcej rażąco naruszają prawa konsumenta,z kolei to stanowi podstawę do walki w sądzie. Walkę tę można podjąć samodzielnie, jednak zaleca się to jedynie osobom, które mają szeroką wiedzę z zakresu prawa i potrafią ocenić konsekwencje zapisów umowy polisolokaty. W praktyce najlepiej skorzystać z pomocy profesjonalistów, którzy mają na swoim koncie liczne sukcesy w walce z ubezpieczycielami o zwrot nienależnie pobranych opłat likwidacyjnych. Prawnicy dokładnie sprawdzają całą umowę i planują kroki prawne tak, aby odzyskiwanie pieniędzy z polisolokat odbyło się szybko i jak najmniejszym kosztem.

Do specjalisty warto zgłosić się jeszcze przed rezygnacją z polisolokaty. Wówczas możliwe jest podjęcie odpowiednich kroków prawnych i proceduralnych, które mogą ustrzec ubezpieczonego od błędów uniemożliwiających na dalszym etapie postępowania wystąpienie o zwrot środków do ubezpieczyciela.


Nowy komplet zębów zamiast implantów? Naukowcy próbują wyhodować „trzecie” zęby

Naukowcy z Poznania, Warszawy i Torunia próbują wyhodować „trzecie” zęby, opierając się na możliwościach, jakie dają obecne w dziąsłach komórki macierzyste. Docelowo takie prace mogą pomóc wyeliminować potrzebę stosowania implantów – albo stworzyć tkankę nerwową, kostną czy chrzęstną – do przeszczepów.

Fot. Jonathan Borba / Unsplash

Działania te prowadzą naukowcy z Politechniki Warszawskiej, Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu oraz Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu w ramach projektu badawczego SteamScaf, finansowanego w ramach Inicjatywy Doskonałości Uczelni Badawczej PW (BioTechMed-3 Advanced).

Ogromny potencjał dziąseł

Ich zdaniem potencjał dziąsła do przekształcania się w inne struktury jest ogromny i otwiera wiele możliwości, jeśli chodzi o zastosowania w medycynie.

– Jeśli nam się uda, z pobranych z własnego dziąsła komórek będzie można wytwarzać zawiązki zębów, odbudować strukturę nerwów obwodowych dla tych, którzy potrzebują ich przeszczepu, czy chrząstkę np. dla sportowców, którzy doznali poważnych kontuzji w obrębie stawów – wymienia kierująca projektem SteamScaf dr hab. inż. Agnieszka Gadomska-Gajadhur z Wydziału Chemicznego Politechniki Warszawskiej.

Od kilku lat wiadomo, że dziąsło ma znaczny potencjał regeneracyjny. Stosunkowo niedawno potwierdzono w nim obecność mezenchymalnych komórek macierzystych.

– W obszarach po ekstrakcji zęba, nawet znacznych rozmiarów ubytki kostne oraz braki tkanek miękkich podlegają odbudowie, oczywiście z wyjątkiem zęba. Ponadto gojenie w jamie ustnej zachodzi często bez tworzenia blizny – tłumaczy dr Gadomska-Gajadhur.

– Dlatego wyszliśmy z założenia, że dziąsło, a szczególnie jedna populacja jego komórek, może stać się bazą do tworzenia innych tkanek, np. nerwowej, kostnej czy chrzęstnej – dodaje.

Inżynieria tkankowa

Badania tego typu zaliczają się do dziedziny nauki zwanej inżynierią tkankową. Łączy ona w sobie wiedzę medyczną, chemiczną oraz metody inżynierii materiałowej i służy do wytwarzania funkcjonalnych zamienników tkanek lub nawet całych narządów. Wszystko po to, by wspomóc regenerację uszkodzonych, trudnych do wyleczenia tkanek.

Ważnym aspektem inżynierii tkankowej są hodowle komórkowe. Najpowszechniejszą i do niedawna jedyną metodą ich prowadzenia były płaskie szklane naczynka zwane płytkami Petriego. Jednak w ostatnich latach coraz częściej naukowcy zwracają się w kierunku hodowli trójwymiarowych, które lepiej odzwierciedlają panujące w organizmie warunki. Aby uzyskać trójwymiarowe hodowle potrzebne są jednak specjalne rusztowania, na których komórki będą mogły wzrastać i się namnażać.

– Komórki hodowane na płytach Petriego rosną w pojedynczej warstwie, niczym naklejone na materiał cekiny; jedna obok drugiej – tłumaczy kierowniczka omawianego projektu. – W naszych hodowlach na specjalnych rusztowaniach lub w tzw. sferoidach komórki rosną przestrzennie, we wszystkich trzech wymiarach. Taki sposób dużo bardziej przypomina to, co się dzieje naturalnie w organizmie.

Materiały, z których zbudowane są wspomniane rusztowania, naukowcy z PW także stworzyli sami.

– Sami je wymyśliliśmy i opracowaliśmy. Zostały już zgłoszone do opatentowania. Postawiliśmy na kompleksowe podejście: od syntezy materiału, poprzez wytworzenie rusztowań, aż do hodowli komórkowej – mówi dr Gadomska-Gajadhur.

Pionierskie badania

Badaczka wyjaśnia, że wykorzystywane przez jej zespół rusztowania (czyli przyszłe implanty) różnią się w zależności od tego, jaka tkanka ma na nich powstać. Do każdej tkanki materiał bazowy jest trochę inny, ale wszystkie mają dwie wspólne cechy: są bioresorbowalne i naturalne dla naszego ciała. Składają się z cząsteczek, które organizm dobrze zna i potrafi metabolizować. Po pewnym czasie, kiedy implant wypełni już swoje zadanie, ulega rozkładowi, a jego resztki zostają usunięte z organizmu. Dzięki temu naukowcy eliminują problem powikłań i odrzuceń, do jakich często dochodzi przy różnego rodzaju przeszczepach tkanek.

Podstawą całego projektu SteamScaf jest różnicowanie komórek pobranych z dziąsła w kierunku innych komórek, które następnie stworzą całe tkanki.

– Na początku pobieramy fragmenty dziąseł. W tym momencie są to dziąsła świń, bo nie udało nam się uzyskać dostępu do odpowiedniej ilości materiału ludzkiego, ale w przyszłości będzie to dziąsło tej samej osoby, dla której ma być stworzony implant. Nie stanowi to jednak problemu, bo świnia jest bardzo podobna genetycznie do człowieka – opowiada badaczka z PW.

Następnie, jak wyjaśnia, z pobranej tkanki izoluje się pożądane komórki, ponieważ na początku znajduje się tam mieszanina wielu różnych typów komórek.

– Nam zależy tylko na niektórych z nich, więc za pomocą metod chemicznych rozdzielamy je od siebie. Jeśli uda nam się pozyskać wyselekcjonowane komórki macierzyste, możemy zróżnicować je w odpowiednim kierunku. Jeśli nie, to najpierw inne komórki dziąseł „cofamy” do etapu komórek macierzystych, a dopiero wtedy rozpoczynamy hodowlę i – dzięki dodawaniu odpowiednich czynników wzrostu – różnicowanie w kierunku różnych tkanek: kostnej, chrzęstnej oraz nerwowej.

– To są bardzo pionierskie badania. Nikt jeszcze nie próbował robić tego, co my. Dlatego sprawdzamy obie te metody równolegle, aby stwierdzić, która finalnie okaże się lepsza – mówi dr Gadomska-Gajadhur.

Cały ten proces odbywa się poza organizmem, czyli in vitro. Pacjentowi wszczepiałoby się dopiero gotowy „produkt”, czyli fragment wyhodowanej wcześniej tkanki.

Największe nadzieje naukowcy z PW wiążą z wykorzystaniem omawianego rozwiązania w stomatologii.

– Byłby to ratunek dla wielu osób, które straciły zęby, czy to w wyniku choroby, czy wypadku, czy próchnicy, a nie mogą mieć założonych klasycznych implantów – mówi dr Gadomska-Gajadhur.

Jak dodaje, większość ludzi myśli, że w przypadku braków uzębienia to właśnie tradycyjne implanty są najlepszym rozwiązaniem. Niestety często u pacjenta występuje dodatkowo brak odpowiedniego podparcia kostnego czy też estetyki dziąsłowej.

Fot. Lesly Juarez / Unsplash

– Opracowywane przez nas złożone materiały mogłyby zastąpić brakujące tkanki lub wspierać ich odbudowę – podkreśla naukowczyni.

Jako ciekawostkę dr Gadomska-Gajadhur przytacza coraz częstsze przypadki zapaleń wokół implantów. Obecnie nie ma skutecznych sposobów ich leczenia, a odsetek tych powikłań wzrasta i powoduje utratę implantów. Nasz pionierski materiał mógłby potencjalnie stymulować odbudowę tkanek służąc nie tylko jako rusztowanie dla komórek, ale również jako gotowe rozwiązanie w postaci aktywnego biologicznie materiału.

Jednak stomatologia to nie jedyna dziedzina, w której innowacyjne implanty mogłyby znaleźć zastosowanie.

– Potencjał regeneracyjny dziąsła jest na tyle duży, że mamy nadzieję na wyhodowanie z niego także zupełnie innych zawiązków tkanek. Nasze największe plany dotyczą tkanki nerwowej. Taką wyhodowaną w warunkach laboratoryjnych tkankę moglibyśmy wykorzystywać do przeszczepów np. nerwów obwodowych czy w przeszczepów w obrębie rdzenia kręgowego u osób sparaliżowanych – opowiada dr Gadomska-Gajadhur.

Także tkankę chrzęstną można z powodzeniem hodować w warunkach laboratoryjnych.

– To rozwiązanie idealne do przeszczepów chrzestnych w obrębie stawów, np. u sportowców, którzy często mają duże ubytki chrząstki. Pobieralibyśmy fragment dziąsła od takiego pacjenta, przez kilka tygodni hodowali w laboratorium zgodnie z opisanymi wcześniej procedurami, a następnie wszczepiali gotowy implant o 100-procentowej zgodności tkankowej – mówi badaczka.

Projekt SteamScaf ma potrwać do końca przyszłego roku.

– Jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli zakończą go badania przedkliniczne, a następnie kliniczne. Nie mamy jeszcze środków, bo to niezwykle kosztowne procedury, za to mamy już całą listę chętnych do badań klinicznych – podsumowuje autorka projektu.

PAP / Źródło: Nauka w Polsce


Ranni rosyjscy żołnierze są przywożeni na Białoruś. „Wielu bez rąk, nóg, oczu”

Olga Stefanowicz

Olga Stefanowicz

Od początku wojny w Ukrainie w białoruskich klinikach przybywa rannych żołnierzy rosyjskich. Na razie niewiele o nich wiadomo. Dlaczego, skąd i z jakimi obrażeniami trafiają do szpitali?

Od 24 lutego, kiedy wojska rosyjskie wkroczyły do Ukrainy, rosyjskie ministerstwo obrony tylko raz poinformowało o ofiarach śmiertelnych. Według resortu do 2 marca zginęło 498 żołnierzy, a 1597 zostało rannych. Z kolei Ukraina mówi obecnie o 14 200 zabitych żołnierzach rosyjskich. Przypuszczalnie żadna ze stron nie podaje prawdziwych danych.

Jak informują białoruskie media i kanały na Telegramie, wielu rannych żołnierzy rosyjskich jest przywożonych na Białoruś, gdzie otrzymują pomoc medyczną i są dalej transportowani do Rosji. Potwierdził to nawet białoruski przywódca Aleksander Łukaszenka. Jak powiedział, po pięciu dniach wojny 160 do 170 rosyjskich żołnierzy było leczonych w Homelu, Mozyrzu i jeszcze innym białoruskim mieście.

Częste amputacje

Informację o pobycie rosyjskich żołnierzy w białoruskich szpitalach potwierdziło DW czterech rozmówców. Ponadto w Narowli, niedaleko granicy z Ukrainą, utworzono szpital polowy. Według jednego z rozmówców wielu rannych przybywa do Mozyrzu „bez rąk, nóg, uszu, oczu”. Niektórzy żołnierze zostają przywiezieni za późno i niejednokrotnie z gangreną.

– Gdyby żołnierze zostali sprowadzeni na czas, można by jeszcze uratować im kończyny – mówi nasz informator. Według niego niektórzy z rannych nie byli karmieni nawet pięć dni, przybyli zdezorientowani, nie wiedzieli, gdzie się znajdują i prosili jedynie o telefon do rodziców. – Są to pacjenci urodzeni w 2003 roku, pochodzący z ubogich regionów Rosji. Właściwie to jeszcze dzieci – mówi w rozmowie z DW.

Inna osoba, dobrze poinformowana osoba, która nie jest bezpośrednio związana z sektorem opieki zdrowotnej, potwierdza, że w jednym ze szpitali w obwodzie homelskim przeprowadzane są „non stop operacje”, nawet 50 w ciągu jednej nocy. Wśród pacjentów są także cywile, których operacje były wcześniej zaplanowane. W przypadku rosyjskich żołnierzy najczęściej chirurdzy muszą amputować kończyny. – Szpital jest pełny – mówi informator, prosząc o niepodawanie do publicznej wiadomości informacji o lokalizacji kliniki.

Z kolei z kilku innych źródeł DW wynika, że na Białoruś przywożeni są nie tylko ranni, ale także polegli rosyjscy żołnierze. Żaden z rozmówców nie potrafił jednak podać dokładnych informacji o liczbie zabitych.

Lekarze muszą milczeć

Wielu lekarzy, z którymi skontaktowała się DW, odmówiło rozmowy na temat opieki medycznej nad rosyjskim wojskiem. Według dwóch rozmówców lekarze musieli podpisać umowę o zachowaniu klauzuli poufności.

Organizacja pozarządowa Białoruska Fundacja Solidarności Medycznej zauważa, że wszystkie szpitale są bardzo ściśle kontrolowane. Pracownicy służb specjalnych KGB i FSB nadzorują szpitale, wszystkie budynki są strzeżone.

Według organizacji wielu lekarzy, którzy teoretycznie mogliby coś powiedzieć, zostało usuniętych ze szpitali. Zamiast nich zatrudnia się Rosjan. Lekarze i pracownicy boją się i nie chcą z nikim rozmawiać. Także fundacja potwierdza, że kliniki na Białorusi są przepełnione. – Wszyscy ranni, o ile jest to jeszcze możliwe, są przewożeni do Rosji pociągiem – powiedział rzecznik fundacji.

Czy można mówić o współudziale Białorusi?

Białoruskie ministerstwo zdrowia nie skomentowało kwestii opieki medycznej nad rosyjskimi żołnierzami. – Z punktu widzenia międzynarodowego prawa humanitarnego pomoc rosyjskim żołnierzom rannym w walce nie jest równoznaczna ze współudziałem – wyjaśnia politolog Siarhei Bohdan, pracownik naukowy Instytutu Historii na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie. – Trzeba pomagać wszystkim rannym, niezależnie od tego, do jakiej armii należą. Zarówno w strefie walk, jak i w jej pobliżu.

Są też pewne niuanse: Rosja oficjalnie nie postrzega tego, co się dzieje, jako wojnę – mówi ekspert. Oznacza to, że w tym przypadku nie mają zastosowania normy konwencji międzynarodowych. Dlatego też niejasny jest obecnie status rannych żołnierzy rosyjskich, którzy przebywają na Białorusi.

Dlaczego zatem informacje o rannych żołnierzach są utrzymywane w ścisłej tajemnicy? Siarhei Bohdan uważa, że białoruskie urzędy nie chciały jednoznacznie ukryć tych danych. Ich działanie, jak twierdzi, wynika z dyscypliny w służbie i z kultury biurokratycznej, która przez lata rozwijała się na Białorusi.

Łagodna forma poparcie Rosji?

Bohdan uważa, że Łukaszenka nie chce brać udziału w inwazji na Ukrainę i że sprzeciwia się jej „z całych sił”. – Ważne jest, aby Białoruś pokazała, że nie robi nic groźnego przeciwko samej Ukrainie, a jedynie jest zmuszona przez Rosję do współpracy. Fakt, że białoruskie szpitale przyjmują rannych, jest łagodną formą zaangażowania po stronie Rosji. Z humanitarnego punktu widzenia nie jest to jednak udział w wojnie – wskazuje ekspert.

Jednak fakt, że rosyjski sprzęt wojskowy jest przerzucany przez terytorium Białorusi w kierunku Ukrainy, jest już formą współudziału. Trzeba to jednak jeszcze udowodnić. W szczególności nie jest jasne, czy władze białoruskie miały jakikolwiek wybór przy podejmowaniu decyzji o przepuszczeniu sprzętu, czy też nie. – Są tu poważne wątpliwości – podkreśla Bohdan. Uważa on, że Łukaszenka został po prostu postawiony przed faktem dokonanym przez rosyjskie wojsko, które przyjechało na Białoruś na manewry i bierze teraz udział w ataku na Ukrainę.

Potwierdzałby to fakt, że Ukraina i Rosja przygotowały się do wojny i podjęły odpowiednie działania na przypuszczalnej linii frontu, a Białoruś nie. Dlatego, zdaniem eksperta, ranni żołnierze są obecnie leczeni także w cywilnych szpitalach białoruskich.

 

REDAKCJA POLECA

 


Putin w rozmowie telefonicznej z Olafem Scholzem skarżył się na „zbrodnie wojenne” popełnione przez armię ukraińską

W wyniku ostrzału dzielnic mieszkaniowych w miastach Donieck i Makiejewka zginęło wiele osób. „Te zbrodnie wojenne zostały przez Zachód zignorowane” – podał Kreml w oświadczeniu po rozmowie kanclerza Niemiec Olafa Scholza z prezydentem Rosji Władimrem Putinem w piątek 18 marca.

Symboliczne zdjęcie z rozmów Putin-Scholz na Kremlu (15.02.22). Fot. źródło: http://en.kremlin.ru/events/president/news/67772

Rozmowa trwała niespełna godzinę i była poświęcona wojnie i wysiłkom na rzecz jej zakończenia – ogłosił w Berlinie rząd federalny. W rozmowie kanclerz Scholz „zaapelował o jak najszybsze zawieszenie broni, poprawę sytuacji humanitarnej oraz postęp w poszukiwaniu dyplomatycznego rozwiązania konfliktu wojennego”.

Jak podaje Kreml, podczas rozmowy, przeprowadzonej z inicjatywy Scholza, Putin wyjaśnił, że po stronie rosyjskiej podejmowane są wszelkie działania, aby uniknąć ofiar wśród ludności cywilnej. A ludzie mieli być wyprowadzani ze stref objętych konfliktem korytarzami humanitarnymi. Jak zapewnił Kreml, tylko w czwartek 43 000 osób mogło opuścić ukraińskie miasto portowe Mariupol.

„Nierealistyczne propozycje Ukrainy”

Putin poinformował również o stanie negocjacji między stroną ukraińską i rosyjską w kwestii rozwiązania konfliktu wojennego. Przywódca Kremla uskarżał się, że „strona ukraińska opóźnia ten proces, wysuwając coraz to nowe nierealistyczne propozycje”.

Putin podkreślił, że Rosja jest zainteresowana rozwiązaniem na warunkach, o których była mowa do tej pory. Między innymi Ukraina powinna ogłosić swoją neutralność jako państwo i uznać separatystyczne regiony Ługańska i Doniecka we wschodniej Ukrainie za niepodległe, a półwysep Krym, zaanektowany przez Moskwę w 2014 r., uznać za część Rosji. Nie jest to jednak uznawane również na arenie międzynarodowej.

Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow określił rozmowy telefoniczne między Putinem a Scholzem jako „trudne”, ale dodał, że takie kontakty są nadal konieczne. Powiedział jednak, że jest zbyt wcześnie, by mówić o porozumieniu, które mogliby podpisać negocjatorzy.

– Mogę tylko powiedzieć, że delegacja rosyjska wykazuje gotowość do zwiększenia tempa prac – zapewnił dziennikarzy rzecznik Kremla dodają,  że delegacja ukraińska nie była jednak gotowa na „przyspieszenie tempa rozmów”.

Pieskow poinformował również że w piątek około godz. 17-tej Putin będzie rozmawiał telefonicznie z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem.

(DPA, AFP/jar)


Roman Giertych wyjaśnia, czy plan tej wojny Orban mógł omawiać z Putinem i Kaczyńskim?

Roman Giertych

Roman Giertych

Przypominam, że plan Putina zakładał: szybkie opanowanie Kijowa, bardzo niewielkie straty ludności cywilnej i podzielony zachód z rachitycznym sankcjami. Nic z tego się nie sprawdziło. Gdyby operacja wojskowa się udała, to plan Orbana mógłby absolutnie zostać zrealizowany. A Kaczyński z triumfem objąłby Lwów i jako zbawca Ukraińców oraz wskrzesiciel potęgi Polski mógłby liczyć na rządy absolutne.

 

Plan Orbana

11 lat temu na jednej z konferencji pod Rzymem organizowanej przez kardynała Schonborna długo rozmawiałem z premierem Viktorem Orbanem. Uważał mnie za takiego Jobbika i zaczął mi tłumaczyć jak to trzeba w oparciu o finansowe wsparcie Chin i wojskowe Rosji przebudować Europę. To człowiek inteligentny, wykształcony i trochę duszący się jako premier małego kraju. Już wówczas wyrażał się bardzo niepochlebnie o Ukrainie.

To Orban namówił Kaczyńskiego do prób rozmontowywania UE. Cała gra Orbana, a później Kaczyńskiego zakładała szykowaną od lat przez Putina wojnę o odbudowę ZSRR. Plan tej wojny wyłożył jasno tuż przed jej wybuchem Putin i zakładał on odzyskanie przez Rosję ziem b. ZSRR i stworzenie buforów wokół Rosji z krajów z nią powiązanych albo z krajów neutralnych lub półneutralnych.

Za czasów Tuska plan wciągnięcia kogokolwiek z UE do tej gry był niemożliwy do realizacji. Raz Putin spróbował podjąć negocjacje w tej sprawie oferując niby żartobliwie zachodnią Ukrainę Polsce. Tusk i Sikorski odmówili nawet żartów na ten temat. Tymczasem problem zachodniej Ukrainy był w (błędnym zresztą) założeniu Putina najważniejszy.

Rosja nie miała setek tysięcy żołnierzy do pełnej okupacji Ukrainy. Putin spodziewał się szybkiego podbicia militarnego Kijowa i południa kraju, ale okupacja zachodniej Ukrainy, która nie posiada żadnej ludności rosyjskojęzycznej nigdy nie była możliwa. Stąd w planach zniszczenia państwa ukraińskiego Putin zakładał, że najlepiej zachodnią Ukrainę oddać pod patronat Polski, który miał być realizowany w ramach np. misji pokojowej NATO. Stąd zresztą w ramach operacji ukrywania udziału w planie Orbana Jarosław Kaczyński użył tego terminu do przedstawienia swojej niedorzecznej propozycji.

Dla Putina Polska była ważna jeszcze z jednego względu. Przy wojnie na Ukrainie i zakładanej długotrwałej partyzantce, Polska była niezbędna jako kraj tranzytowy do Niemiec.

Pamiętajmy, że mówimy o planach, które zupełnie nie zakładały długotrwałego oporu Ukrainy, zjednoczenia Zachodu, a już zupełnie nie zakładały, że Ukraińcy mogą wojnę wygrać.

Polska zresztą, jeżeli chodzi o korytarz towarowy z Europy do Rosji, to zachowuje się nadal zgodnie z planem Orbana. Ok. 55% całego eksportu i importu z Rosją idzie przez Polskę. Rząd propagandowo opowiada jak bardzo chce sankcji, ale nie wprowadził nawet najprostszych.

Realizacja planu Orbana trwała dobrych kilka lat. Miała ona w zamiarze przywódców Wegier i Polski przynieść faktyczne objęcie protektoratem części Ukrainy (Polska zachodnią Ukrainę, a Węgry Ruś Zakarpacką zamieszkałą przez liczną ludność węgierską). I poprzez ten wzrost obszaru faktycznej kontroli przez państwo zapewnić Kaczyńskiemu i Orbanowi i ich partiom popularność i rządy na wiele dziesięcioleci.

Wszystkie działania Kaczyńskiego i Orbana związane z: rozprawą z sądami, podporządkowaniem prokuratury, mediów, szkół, wojska, konflikt z UE, wywalanie kapitału amerykańskiego itd. itp. są racjonalne tylko wtedy, gdy się zakłada, że dojdzie do całkowitej przebudowy geopolitycznej na świecie. Przecież inaczej nie da się na zdrowy rozum wytłumaczyć, dlaczego rząd nie wykonywał wyroków TSUE tracąc potencjalnie setki milionów, albo chciał znacjonalizować jeszcze miesiąc temu największą inwestycję USA w Polsce. Jeśli plan Orbana udałby się, to sekwencja zdarzeń byłaby następująca:

Rosja wkracza na Ukrainę i zajmuje Kijów. Wojska rosyjskie nie wkraczają jednak ani na zachodnią Ukrainę, ani na Ruś Kijowską. Władze lokalne Ukrainy zachodniej i Rusi Zakarpackiej błagają NATO o pomoc przed okupacją i wówczas Polska i Węgry wkraczają do określonych z Putinem granic i obejmują ”opiekę” nad tą częścią Ukrainy spotykając się z wdzięcznością miejscowej ludności. Rosja tworzy marionetkowy rząd w Kijowie, przyłącza wschodnie części do Rosji, a zachód Ukrainy i Ruś Zakarpacka tworzą odrębny, prozachodni twór pod opieką Węgier i Polski. Być może coś dostałaby też Białoruś.

Operacyjnie wojska polskie już znajdowały się na wschodzie, gdyż zostały tam „przypadkowo” ściągnięte w ramach kryzysu migracyjnego, który wywołał nieoczekiwanie kilka miesięcy temu Łukaszenko.

Wojska węgierskie przesunęły się na wschód w pierwszym dniu wojny.

Oczywiście warunkiem powodzenia operacji było utrzymanie jej w tajemnicy, no i oczywiście powodzenie operacji militarnej Putina.

Mało już kto pamięta, ale do momentu przegranej przez Rosjan próby opanowania Kijowa i do momentu zjednoczenia Zachodu dokonanej przez Bidena, Polska nie udzielała żadnej pomocy Ukrainie, a nawet zamknięcie nieba zostało wymuszone przez oburzenie opinii publicznej. Na Węgrzech w pierwszych dniach wojny już mówiono o potrzebie opieki nad Węgrami żyjącymi na Ukrainie.

Kiedy domknięto ostateczne ustalenia?

4.12. 2021 roku w Warszawie odbyło się spotkania proputinowskiej międzynarodówki. To wówczas Le Pen była wożona jak głowa państwa. Tego dnia Orban spotkał się z Kaczyńskim. Obaj przynajmniej od Amerykanów wiedzieli już o planach inwazji (Biden przekazał to sojusznikom w listopadzie). I zaraz po tym poszło uderzenie w TVN, co moim zdaniem było sygnałem dla Putina o gotowości konfrontacji Polski z USA.

Jednak już takie ostateczne potwierdzenie planu Orbana musiało nastąpić w Madrycie 29.01.2022 roku. Zaraz po tym spotkaniu z Morawieckim, 5.02.2022 roku Orban poleciał osobiście do Putina. Kilka dni później wyszły rozkazy Putina do jednostek o rozpoczęciu wojny. Rozkazy wyraźnie omijały w działaniach wojennych zachodnią część Ukrainy.

Czy wojna mogła się odbyć bez tego planu?

Pewnie tak, lecz cichy współudział PiS bardzo plany Rosji ułatwiał. Wszystko wzięło w łeb w momencie, gdy Ukraina zaczęła wygrywać, a Zachód się zjednoczył. Wówczas PiS nagle porzucił Orbana, Le Pen i Salviniego i zaczął grać rolę głównego obrońcy Ukrainy. Wyjazd Morawieckiego i Kaczyńskiego, a także kolaborującego z Putinem premiera Słowenii do Kijowa miał przykryć współudział w tym planie. Tak samo zresztą ukrywać swój udział we współpracy z Putinem próbował przykryć Salvini przyjeżdżając nagle do Przemyśla. Wszyscy nagle zostali przyjaciółmi Ukrainy.

Skąd to wszystko wiem?

Bo jaki jest sens uderzać w inwestycję USA w chwili, gdy już się wie o inwazji Rosji na Ukrainę, jeśli nie ma się porozumienia z Putinem?

Jaki jest sens lekceważyć całkowicie UE i śmiać się z wyroków TSUE, jeśli nie taki, że się wie o całkowitej zmianie geopolitycznej, która nastąpi za moment?

Jaki jest sens spotykać się z Le Pen, którą finansuje Rosja, w czasie, w którym już się wie, że będzie inwazja na Ukrainę?

Po co zapraszać Salviniego, który nosił koszulkę z Putinem, jeśli się chce z Putinem walczyć.

Po co spotykać się z Orbanem, który co miesiąc jest w Moskwie, jeśli nie po to, aby uzgodnić plany? Jeśli się wie o inwazji i chce się być po stronie Zachodu, to należałoby unikać Orbana – przyjaciela Putina, jak ognia.

Po co spotykać się w Madrycie ze wszystkimi sojusznikami Putina, jeśli chce się w wojnie, o której się wie, że za chwilę wybuchnie, stać po przeciwnej stronie?

To są rzeczy oczywiste! A to, że nie mamy stenogramów rozmów Kaczyńskiego i Morawieckiego z Orbanem też jest oczywiste. Nie było bardziej poufnych spraw.

Wniosek jest jeden:

szykowano nam zdradę stulecia.

I tylko zwycięstwo Ukrainy, oburzenie zachodniej opinii publicznej oraz skala tego oburzenia związana z bohaterskim oporem, oraz zjednoczenie całego Zachodu zapobiegło tej zdradzie.

Przypominam, że plan Putina zakładał: szybkie opanowanie Kijowa, bardzo niewielkie straty ludności cywilnej i podzielony zachód z rachitycznym sankcjami. Nic z tego się nie sprawdziło. Gdyby operacja wojskowa się udała, to plan Orbana mógłby absolutnie zostać zrealizowany. A Kaczyński z triumfem objąłby Lwów i jako zbawca Ukraińców oraz wskrzesiciel potęgi Polski mógłby liczyć na rządy absolutne.

Nie udało się im. Dzięki Bogu i sława Ukrainie!

Roman Giertych


Nowa linia Gold i praktyczna linia 45 cm – AGD od Kernau. Poznaj nowości kuchenne!

Nowości w kuchni śledzą nie tylko ci, którzy urządzają dom czy mieszkanie, ale każdy kto chce być na bieżąco z obowiązującymi trendami. Sprzęt AGD Kernau cechuje wyjątkowy design i maksymalna funkcjonalność. Odkryj wchodzące na rynek sprzęty polskiej marki z dwóch linii: Gold i 45 cm.

Nowe produkty w Kernau

W ofercie Kernau regularnie pojawiają nowości AGD. To produkty zgodne z trendami obecnymi na rynku, które zachwycają nas swoim oryginalnym designem i pozwalają tworzyć nowoczesne kuchnie: piękne, a jednocześnie maksymalnie funkcjonalne. Co więcej, lista produktów polskiej marki w 60% objęta jest minimum 5-letnią gwarancją, a ich wysoką jakość potwierdzają pozytywne opinie konsumentów.

Linia Gold – nowa linia asortymentu

Złote urządzenia kuchenne stają się coraz bardziej popularne i podbijają nasze serca. Mogą stanowić bazę do kuchni urządzonej w stylu glamour, klasycznym, nowoczesnym czy botanicznym, ale nie tylko. Nowości do kuchni z linii Gold to inspirujące urządzenia, które z całą pewnością pobudzą niejedną wyobraźnię i pomogą wykreować stylowe wnętrze. Poznajcie wszystkie sprzęty marki Kernau o złotym wykończeniu.

Nowości w wyposażeniu kuchni: złote okapy od Kernau

Wszystkie trzy okapy z serii Gold cechuje bardzo wysoka wydajność, dzięki której urządzenia te swobodnie można instalować również w przestronnych i otwartych kuchniach. Modele wyspowe: KCH 0440 Gold Island i KCH 0890 B Gold Island oraz przyścienny: KCH 0440 Gold to wciągi o prostej, klasycznej formie i eleganckim wzornictwie. Ich skuteczność została podwyższona poprzez zastosowanie szczelinowego systemu zasysania, dzięki któremu okapy te wyróżniają się nie tylko efektywnością, lecz także eleganckim wyglądem. Każdy ze złotych okapów Kernau może pracować jako wyciąg lub jako pochłaniacz.

Złoty zlew do kuchni

Kolejny nowy produkt z oferty Kernau to jednokomorowy zlewozmywak KSS U 61.1 1B SS Gold, który jesteśmy w stanie zainstalować na równi z blatem, tak by tworzył z nim zlicowaną powierzchnię. Głęboki odcień złota uzyskano tu poprzez zastosowanie zaawansowanej technologii powlekania PVD. Tego rodzaju powłoka tworzy warstwę ochronną dla zlewozmywaka – jest bowiem odporna na zarysowania czy uszkodzenia mechaniczne. Zakup złotego zlewu Kernau to inwestycja na lata. Potwierdza to zresztą aż 10-letnia ochrona polskiego producenta.

Strefa zmywania w złocie

Inną ciekawą propozycją, która niedawno dołączyła do asortymentu Kernau, są złote baterie. Tu do wyboru mamy trzy opcje: w pełni złota baterię KWT 34 Gold oraz złoto-czarne modele KWT 35 Gold Nano i KWT 39 Elastic Gold Nano. Te ostatnie doskonale sprawdzą się również w zestawieniu z granitowymi zlewami Kernau, a ich doskonałe uzupełnienie stanowić będzie dozownik KSD 03 Gold ze złotą pompką.

AGD do małej kuchni – linia 45 cm

Ostatnio w sprzedaży pojawiły się także nowości od Kernau z linii 45 cm – dedykowane do niewielkich pomieszczeń kuchennych. Wprowadzenie ich na rynek wywołało niemałą rewolucję. W końcu w małej kuchni możemy pomieścić wszystkie niezbędne sprzęty, jednocześnie ciesząc się jej estetycznym wyglądem. Urządzenia o szerokości 45 cm są w pełni funkcjonalne, dzięki czemu gotowanie może odbywać się w komfortowych warunkach.

Piekarnik 45 cm

Kompaktowy piekarnik w zabudowie KBO 0945 PT B oferuje 9 funkcji grzania, w tym także Termoobieg 3D, który daje nam możliwość równoczesnego pieczenia z wykorzystaniem nawet 3 poziomów. Oszczędność w poborze energii zapewnia wysoka klasa efektywności energetycznej, oznaczona jako A, a bezpieczeństwo użytkowania zostało podniesione poprzez zastosowanie potrójnego szkła w drzwiach oraz prowadnic teleskopowych.

Płyty grzewcze 45 cm

Kuchenka gazowa dla tradycjonalistów czy płyta indukcyjna do nowoczesnej kuchni? Niezależnie po której stronie się opowiadasz, możesz cieszyć się ulubionym rozwiązaniem także w niewielkim pomieszczeniu. Płyty Kernau: gazowa KGH 4345 T CI B oraz indukcyjna KIH 43-3B dysponują trzema polami grzewczymi i wyposażone zostały w przydatne funkcje i technologie gwarantujące podwyższony stopień bezpieczeństwa w trakcie gotowania.

Okapy 45 cm

Gdy do zagospodarowania mamy niedużą kuchnię, czasem wpada nam do głowy nie najlepszy pomysł, by zrezygnować w niej z okapu, chociażby na rzecz dodatkowych szafek. Nie ma takiej potrzeby! W małej kuchni również możemy przygotowywać posiłki w komfortowych warunkach, które zapewni nam okap skośny KCH 0250 B lub okap do zabudowy KBH 0145 B GLASS – oba o szerokości 45 cm, czyli idealnie dopasowane do rozmiarów kompaktowej płyty.

Linia Gold i linia 45 cm – AGD od Kernau – gdzie kupić?

Gdzie szukać produktów Kernau z linii Gold i linii 45 cm? Wszystkie możemy zamówić online w oficjalnym sklepie Kernau, ale znajdziemy je także stacjonarnie – w sklepach z asortymentem AGD.