Czego mogą się spodziewać kobiety w Afganistanie rządzonym przez talibów?

Jan Walter, Adeli Ghazanfar, Wesley Dockery
Państwo rządzone przez talibów może oznaczać wielki krok w tył zwłaszcza dla kobiet w Afganistanie. Te, które w przeszłości angażowały się na rzecz praw kobiet boją się teraz o własne życie.

Talibowie, po wejściu do stolicy Afganistanu, starają się sprawiać wrażenie umiarkowanych. Jednak wielu obserwatorów ostrzega, że to pozory. Gdy uwaga świata odwróci się od Afganistanu, islamiści znowu zaczną w radykalny sposób wprowadzać w życie swoje reakcyjne wyobrażenia na temat muzułmańskiego społeczeństwa.
Powrót do lat dziewięćdziesiątych?
– Taliban 2.0 to dokładnie to samo co wcześniej, w ogóle się nie zmienili – mówi Saad Mohseni, szef największej afgańskiej grupy medialnej Moby Group w rozmowie z DW. – Kobiety i dziewczynki znowu będą musiały żyć tak jak w latach dziewięćdziesiątych.
Talibowie kontrolowali Afganistan od 1996 roku. W 2001 zostali obaleni w wyniku dowodzonej przez USA międzynarodowej operacji „Enduring Freedom”. Pod rządami talibów kobietom nie wolno było wychodzić na ulicę bez burki, czyli stroju całkowicie zasłaniającego ciało i twarz, i tylko w towarzystwie mężczyzny. Dziewczynkom nie wolno było chodzić do szkoły.
Zdaniem Mohseniego właśnie to czeka teraz cały kraj. – Nie będą mogły pracować, nie będą mogły nawet pójść do szpitala, jeśli nie będą w towarzystwie krewnego mężczyzny – dodaje.
Pojawiają się informacje, że taka sytuacja panuje już w prowincjach, nad którymi talibowie przejęli kontrolę. – Chcę studiować, ale nie pozwolili nam iść do szkoły – powiedziała DW młoda kobieta spotkana w Kabulu. Wcześniej uciekła z prowincji Tachar, gdzie talibowie wkroczyli już na początku sierpnia.
I am deeply concerned by accounts of human rights violations against the women and girls of Afghanistan who fear a return to the darkest days.
— António Guterres (@antonioguterres) August 17, 2021
They are looking to the international community for support.
We must not let them down.
W prowincji Kandahar talibscy bojownicy mieli wysłać do domów dziewięć pracownic lokalnego banku i kazać im tam zostać. Ich miejsce w pracy ma zająć członek rodziny – mężczyzna.
– Talibowie weszli do meczetów i mówili, że będą żenić się z wdowami i młodymi kobietami – mówi DW w Kabulu kobieta w burce. Dlatego uciekła wraz z innymi do stolicy.
Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres napisał na Twitterze, że to „szczególnie okrutne i rozrywające serce”, gdy kobietom i dziewczynkom znowu odbiera się im z trudem wywalczone prawa.
I am extremely disturbed by reports from areas captured by the Taliban in Afghanistan.
— António Guterres (@antonioguterres) August 14, 2021
It is horrifying that hard-won rights are being ripped away from Afghan girls & women.
The @UN is determined to promote the rights of all Afghans & provide life-saving humanitarian support.
Kary za wykroczenia
Talibowie surowo karzą za nieprzestrzeganie narzuconych przez nich porządków. W latach dziewięćdziesiątych kobiety były zamykane, torturowane, a nawet zabijane. Dochodziło do publicznego wymierzania kary chłosty i publicznych egzekucji. Obrończynie praw kobiet obawiają się, że teraz taka sytuacja wróci, a karane będą głównie osoby działające na rzecz większej wolności kobiet albo z tej wolności korzystające.
Dziennikarka i działaczka na rzecz praw człowieka Mariam Atahi w ostatni piątek mówiła w rozmowie z DW, że będzie obawiać się o swoje życie, jeśli talibowie zdobędą Kabul.
Victoria Fontan, profesorka z Uniwersytetu Amerykańskiego w Kabulu relacjonowała nam w ubiegłym tygodniu, że jej studentki bardzo martwią się o przyszłość. „O to, czy będą mogły dalej studiować, czy będą mogły pozostać częścią tego społeczeństwa”.
Coraz bardziej napięta sytuacja w Kabulu
Teraz talibowie przejęli już kontrolę nad stolicą. Od tego czasu nie mamy kontaktu z Mariam Atahi. Francuzka Victoria Fontan wczoraj kontaktowała się jednak z francuskimi mediami. Relacjonowała, że znajduje się w siedzibie kanadyjskiej firmy GardaWorld. Nie odważyła się jednak udać w drogę na lotnisko, skąd Francja ewakuuje swoich obywateli, bo nie miała eskorty, mówiła rozgłośni RTL. Chciała jednak jak najdłużej zostać w Kabulu, aby, jak mówiła, chronić swoje studentki i w miarę możliwości, negocjować z talibami kwestie ich bezpieczeństwa.
REDAKCJA POLECA
Amerykańska porażka w Afganistanie? Joe Bien: Amerykańscy żołnierze nie powinni walczyć i ginąć w wojnie, w której nie chcą brać udziału żołnierze afgańscy

Ines Pohl
Po wycofaniu żołnierzy USA i przejęciu władzy przez talibów Afganistan pogrąża się w chaosie. Waszyngton kompletnie pomylił się w ocenie sytuacji i roztrwonił swoją wiarygodność – ocenia Ines Pohl.

Nie ma dobrego rozwiązania afgańskiego dylematu, który prezydent USA Joe Biden odziedziczył po swoich poprzednikach.
Wycofanie z Afganistanu wszystkich amerykańskich oddziałów było jedną z ostatnich decyzji Donalda Trumpa. Jeszcze wcześniej Barack Obama nie skorzystał z okazji, aby przygotować wycofanie sięgając po dobry argument, że po śmierci Osamy bin Ladena inwazja straciła uzasadnienie.
Joe Biden jest pod wielką polityczną presją, aby nareszcie zakończyć tę wojnę. Większość Amerykanów nie chce już ryzykować ludzkiego życia ani wydawać kolejnych miliardów dolarów na kraj, którego większość mieszkańców nie uważa Amerykanów i ich sojuszników za wyzwolicieli, tylko za okupantów.
Biden pilnie potrzebuje sukcesu. O ile wcześniejsi prezydenci USA wywoływali wojny, aby wygrać wybory, to teraz Biden musi zakończyć wojnę, aby już w przyszłym roku nie stracić delikatnej większość w obu izbach Kongresu.
Zachodni cywile w wielkim niebezpieczeństwie
Wszystko to musi być brane pod uwagę przy ocenie aktualnej sytuacji. Ale złożoność sprawy nie może być usprawiedliwieniem dla dramatu i humanitarnej katastrofy, która rozgrywa się właśnie w Afganistanie. Chodzi nie tylko o tysiące Afgańczyków, którzy w ostatnich dwóch dekadach pomagali zachodnim żołnierzom, a teraz są wraz z całymi rodzinami pozostawieni bez ochrony.
'We could have done more' – frustration grows in Washington over Biden's Kabul evacuation https://t.co/hAdz7F8l6s pic.twitter.com/0Pz8KSEkDW
— Reuters (@Reuters) August 16, 2021
Zachodni sojusznicy nie są nawet w stanie zapewnić bezpieczeństwa swoim własnym cywilom. Jak to możliwe, że zanim z kraju wycofano wojska, otwierając drogę do sukcesów talibów, nie ewakuowano stamtąd dyplomatów, współpracowników organizacji pozarządowych i innych?
Polska dziennikarka @jagodagrondecka relacjonuje z Kabulu, że naszym afgańskim współpracownikom zaproponowano wizy humanitarne do odebrania w ambasadzie w NEW DELHI. Bezradność czy cynizm? #panstwoPiS #Afganistan @TomaszSiemoniak @sikorskiradek @JaninaOchojska
— Bogdan Klich (@BogdanKlich) August 16, 2021
Jak to możliwe, że jeszcze przed kilkoma dniami tak zwani eksperci w Białym Domu twierdzili, że Kabul tak szybko nie upadnie? W mieście panuje obecnie panika. Afgańska armia od razu przeszła na drugą stronę. Ze strachu przed potęgą talibów, ale także dlatego, że nie warto jest walczyć dla rządu kierowanego przez skorumpowanego do cna prezydenta Aszrafa Ghaniego. Ile warte są wobec tego słowa Joe Bidena, który zapewniał ostatnio, że Afganistan nie stanowi już zagrożenia terrorystycznego, dlatego kraj ten można pozostawić samemu sobie?
Pomocnicy zostawieni na lodzie
This is, perhaps, one of the saddest images I've seen from #Afghanistan. A people who are desperate and abandoned. No aid agencies, no UN, no government. Nothing. pic.twitter.com/LCeDEOR3lR
— Nicola Careem (@NicolaCareem) August 16, 2021
Wojna w Afganistanie była reakcją na zamachy z 11 września 2001 roku. Mało przekonująca jest logika kryjąca się za słowami Joe Bidena, że 20 lat później operacja została zakończona. Zakończona w nadziei na zamknięcie kolejnego niechlubnego rozdziału w historii amerykańskich operacji militarnych i na ogłoszenie zwycięstwa w walce z międzynarodowym terroryzmem.
Ale w ciągu tych 20 lat niczego nie wygrano. Przegrano za to bardzo dużo wiarygodności. I to zwłaszcza u tych, którzy pomagając zachodnim partnerom narażali nie tylko własne życie, ale też bezpieczeństwo własnych rodzin. Teraz w haniebny sposób są zostawiani na lodzie. To dotyczy nas wszystkich. I musi nas wszystkich zawstydzać.
Amerykańscy żołnierze nie powinni walczyć i ginąć w wojnie, w której nie chcą brać udziału żołnierze afgańscy
W poniedziałek wieczorem prezydent USA Joe Biden wydał oświadczenie, w którym wytłumaczył powody wycofania się Ameryki z wojny w Afganistanie. – Nasi żołnierze nie mogą ginąć w wojnie, w której nie chcą walczyć sami Afgańczycy – powiedział. Zaznaczył, że misją Stanów Zjednoczonych w Afganistanie było zwalczanie terroryzmu, a nie budowanie demokracji, czy nowego państwa.
Przypomniał, że w chwili gdy objął urząd prezydencki, decyzja o wyjściu USA z Afganistanu była już podjęta. Ameryka mogła więc trzymać się umowy o wycofaniu sił z tego kraju lub dalej eskalować konflikt.
"American troops cannot and should not be fighting in a war and dying in a war, that Afghan forces are not willing to fight for themselves"
— BBC News (World) (@BBCWorld) August 16, 2021
US President Joe Biden says Afghanistan's leader were given "every tool they could need" to face the Talibanhttps://t.co/b5Pi73sB8M pic.twitter.com/1uJim1D8Hb
– Weszliśmy do Afganistanu z jasnym celem: po to, żeby już nigdy siły obecne w Afganistanie, nie były nas w stanie zaatakować tak jak w 2001 roku. Naszym celem nigdy nie było budowanie nowego państwa – powiedział.
Joe Biden zwrócił uwagę, że afgańscy liderzy uciekli, a armia poddała się – czasem bez walki. Przyznał, że talibowie przejęli kontrolę nad krajem szybciej, niż się spodziewano. – Po 20 latach konfliktu nie było sensu dalej trzymać naszego wojska w Afganistanie. Dlatego cały czas podtrzymuję swoją decyzję o wyjściu z tego kraju. Liderzy polityczni Afganistanu poddali się i uciekli – mówił – Wojsko afgańskie poddało się, w wielu wypadkach bez walki, i uciekło lub przeszło na stronę talibów. Nie mogliśmy walczyć za ten kraj, skoro oni sami nie potrafili tego robić. – dodał. Ocenił, że jeśli siły afgańskie nie potrafiły oprzeć się Talibanowi teraz, to dodatkowy rok, pięć czy 20 lat amerykańskiej obecności wojskowej nie sprawiłby różnicy.
Biden oświadczył, iż talibowie zostali ostrzeżeni, że jeśli zaatakują amerykańskich żołnierzy lub przeszkodzą w ewakuacji, odpowiedź USA będzie „szybka i zdecydowana” i – jeśli to konieczne – z „niszczycielską siłą”.
(df), thefad.pl
Polska najpóźniej dzisiaj powinna się odnieść do wyroku TSUE. Grozi nam milion euro dziennie kary finansowej
Dziś mija termin, w którym Polska musi się ustosunkować do postanowienia TSUE z połowy lipca, nakazującego całkowicie zawieszenie działania Izby Dyscyplinarnej SN. W przeciwnym razie Komisja Europejska zapowiedziała już, że będzie wnioskować o karę finansową. – Ta kara może wynosić nawet ponad 1 mln euro dziennie – podkreśla konstytucjonalista, prof. Marek Chmaj. Jak wskazuje, jeżeli postanowienie TSUE nie zostanie wykonane, Polska musi się też liczyć z utratą głosu w unijnych instytucjach i problemami z wypłatą środków z Funduszu Odbudowy. Tymczasem Izba Dyscyplinarna SN wciąż rozpoznaje sprawy.

– Polski rząd powinien kierować się traktatami Unii Europejskiej i polską Konstytucją. Nie może mieć miejsca sytuacja, w której premier – komentując orzeczenie TSUE, Rady Europy czy trybunału w Strasburgu – mówi: „Będziemy realizować nasz program niezależnie od kłopotów po drodze, bo uważamy, że mamy słuszność”. To jest złe myślenie. Partia rządząca może realizować swój program, ale zgodnie z tymi regułami, które są zawarte w obowiązujących aktach prawnych. To jest jak z grą w piłkę nożną: możemy grać, jeżeli obie drużyny respektują te same zasady i gra opiera się na równości szans. Jeżeli jedna z drużyn wprowadzi 10 dodatkowych zawodników i jeszcze wymieni sędziów na tych, którzy im sprzyjają, to już nie ma mowy o grze w piłkę – mówi agencji Newseria Biznes prawnik i konstytucjonalista, prof. dr hab. Marek Chmaj.
System odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów w Polsce nie jest zgodny z prawem UE
W połowie lipca Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej orzekł, że system odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów w Polsce nie jest zgodny z prawem UE. Zanegował niezależność Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego i możliwość pociągania sędziów do odpowiedzialności dyscyplinarnej, a także kompetencje prezesa Izby Dyscyplinarnej do wyznaczania składu właściwego do rozpoznania takich spraw. W ocenie TSUE Izba Dyscyplinarna SN nie może być uznana za niezależny i bezstronny sąd. TSUE uwzględnił tym samym wszystkie zarzuty Komisji Europejskiej, która w 2019 roku skierowała skargę do Luksemburga, uznając, że Polska naruszyła unijne prawo.
W orzeczeniu TSUE z 14 lipca br. Polska została też ponownie zobowiązana do natychmiastowego zawieszenia stosowania przepisów krajowych dotyczących uprawnień Izby Dyscyplinarnej SN. Pierwszy raz miało to miejsce w marcu ubiegłego roku, kiedy trybunał uwzględnił wniosek KE o zastosowanie środków tymczasowych i nakazał zawieszenie działalności tej izby. Jednak postanowienie zostało wykonane tylko częściowo, ponieważ Izba Dyscyplinarna nie podejmowała spraw dyscyplinarnych, ale nadal wydawała uchwały o zawieszeniu immunitetu sędziów.
Orzeczenie TSUE pozbawia sędziów zasiadających w Izbie Dyscyplinarnej kompetencji do rozpoznawania spraw
Lipcowe orzeczenie TSUE de facto pozbawia sędziów zasiadających w Izbie Dyscyplinarnej kompetencji do rozpoznawania takich spraw. Tym samym powinni oni powstrzymać się od orzekania, a sędziowie sądów powszechnych – zawieszeni w czynnościach na mocy jej decyzji – powinni zostać przywróceni do wykonywania swoich obowiązków. Rozstrzyganie postępowań dyscyplinarnych wobec sędziów powinno zaś ponownie trafić do Izby Karnej Sądu Najwyższego.
W praktyce – pomimo orzeczenia TSUE – Izba Dyscyplinarna SN jeszcze w czwartek rozpoznawała sprawę dotyczącą odebrania immunitetu sędziemu, a z wokandy wynika, że kolejne posiedzenia w podobnej sprawie są zaplanowane na 26 sierpnia i 6 września br.
– Mamy miesiąc na wprowadzenie orzeczenia TSUE w życie. Jeżeli to się nie zdarzy, wtedy trybunał może wydawać środki zabezpieczające, m.in. może nałożyć karę finansową, płaconą z budżetu państwa, określoną w stawkach dziennych. Ta kara może wynosić nawet ponad 1 mln euro dziennie. To będzie milion euro płaconych z naszego budżetu, a nie z budżetu UE – wskazuje prof. Marek Chmaj.
Polska ma czas na ustosunkowanie się do orzeczenia TSUE do poniedziałku, 16 sierpnia. Rząd, premier Mateusz Morawiecki oraz minister sprawiedliwości i prokurator generalny Zbigniew Ziobro już wcześniej wskazali, że nie zgadzają się z postanowieniem, które raczej nie zostanie wykonane. W takim scenariuszu Komisja Europejska będzie wnioskować do TSUE o kary finansowe, o czym już pod koniec lipca ostrzegła wiceszefowa KE Vera Jourova.
Konstytucjonalista podkreśla jednak, że kary finansowe to niejedyne sankcje, z którymi Polska musi się liczyć, jeżeli nie zawiesi całkowicie działania Izby Dyscyplinarnej SN.
– TSUE może też nakazać podjęcie określonych kroków i nałożyć środek zapobiegawczy, również finansowy. Czyli z jednego zdarzenia może pączkować kilka kar finansowych bądź też kar zawieszających. Pamiętajmy, że jeżeli zostanie wdrożona procedura ochrony praworządności, możemy też stracić nasze prawo głosu w instytucjach europejskich, co będzie dla nas karą daleko idącą – podkreśla.
Jak zauważa prof. Marek Chmaj, w przypadku dalszego konfliktu z UE Polska długofalowo może mieć też problemy z wypłatą środków z Funduszu Odbudowy, przeznaczonych na odbudowę europejskich gospodarek po pandemii COVID-19. Zgodnie z założeniami mamy być jednym z największych beneficjentów tego instrumentu.
– Unijny Fundusz Odbudowy jest jednym z mechanizmów, który może być wstrzymany, jeżeli unijne wartości i zasady będą naruszane przez dane państwo. Jak na razie nie jest wstrzymany, natomiast jest wydłużona procedura jego przyznawania. To wydłużenie ma charakter dość spory, więc widać, że organy Unii będą bacznie przyglądać się temu, co się dzieje w Polsce. Oczywiście zobaczymy, czy zasada ochrony praworządności będzie powiązana z przyznaniem funduszu. Być może tak się stanie i wtedy w wyniku działań naszego rządu i Sejmu będziemy pozbawieni ogromnych środków, które mogły być przeznaczone na rozwój infrastruktury w naszym kraju. Środków, które mogą stanowić nawet połowę budżetu naszego państwa – zaznacza konstytucjonalista.
Izba Dyscyplinarna SN musi byź zlikwidowana
Izba Dyscyplinarna SN rozpoczęła działalność w 2018 roku na mocy nowej ustawy o Sądzie Najwyższym. To jedna z najważniejszych zmian w wymiarze sądownictwa, które od kilku lat wdraża Zjednoczona Prawica. Sędziowie izby zostali w całości powołani z udziałem nowej Krajowej Rady Sądownictwa, której niezależność już wcześniej budziła wątpliwości TSUE.
– Reforma Izby Dyscyplinarnej SN jest w tej chwili niemożliwa. Izba została uznana za niemającą przymiotu niezależności, jej sędziowie wybrani przez neo-KRS zostali uznani za osoby, które nie są niezawisłe. A zatem reforma czegoś, co od początku było wadliwe, niczego nie zmieni. Izba Dyscyplinarna musi być zlikwidowana, a nowy model odpowiedzialności dyscyplinarnej dostosowany do standardów wynikających z wartości unijnych, takich jak praworządność, sprawiedliwość, niezależność sądów i niezawisłość sędziów – podkreśla prof. Marek Chmaj.
Trybunał Konstytucyjny: unijne przepisy niezgodne z Konstytucją
15 lipca br. – czyli równolegle z orzeczeniem TSUE – krajowy Trybunał Konstytucyjny orzekł, że unijne przepisy, na podstawie których TSUE zobowiązuje Polskę do stosowania środków tymczasowych w sprawie sądownictwa, są niezgodne z Konstytucją RP. W uzasadnieniu wskazano, że UE nie może zastępować państw członkowskich w tworzeniu regulacji dotyczących ustroju sądów i gwarancji niezawisłości sędziów. Po tym wyroku m.in. Helsińska Fundacja Praw Człowieka zaapelowała do rządu i premiera o wycofanie się z prób poszukiwania sztucznego konfliktu pomiędzy Konstytucją RP a prawem Unii Europejskiej.
– TSUE ma szereg środków, które mogą wymusić respektowanie jego postanowień i żaden krajowy trybunał, nawet Trybunał Konstytucyjny, nie może podważyć jego uprawnień – podkreśla konstytucjonalista.
(df), thefad.pl / newseria
Brytyjski rząd obniża ceny testów PCR dla podróżnych
Brytyjski rząd obniżył w sobotę cenę testów PCR dla podróżnych, które są oferowane przez publiczną służbę zdrowia, oraz zapowiedział kary dla tych firm prywatnych, które wprowadzają klientów w błąd.

Dla osób wracających z krajów z tzw. zielonej listy oraz dla osób, które są w pełni zaszczepione i wracają z krajów z żółtej listy, cena obowiązkowego jednego testu spadła z 88 do 68 funtów. Natomiast w przypadku osób, które przyjeżdżają z krajów z żółtej listy, ale nie są w pełni zaszczepione, cena wymaganego zestawu dwóch testów została zmniejszona z 170 do 136 funtów. To już druga obniżka cen testów oferowanych przez publiczną służbę zdrowia, bo na początku taki zestaw testów kosztował 210 funtów.
Obniżka nie dotyczy testów oferowanych przez ponad 400 prywatnych firm. Minister zdrowia Sajid Javid zapowiedział, że niezależnie od złożonego przez niego w poprzedni weekend wniosku do Urzędu Konkurencji i Rynków (CMA), rząd sam sprawdzi ceny testów w tych firmach i jeśli wprowadzają one w błąd klientów, zostaną usunięte z listy akredytowanych usługodawców. Ceny oferowanych przez te firmy testów wahają się od 20 do ponad 500 funtów, ale klienci skarżą się, że w wielu przypadkach faktyczna cena jest wyższa niż ta, która jest początkowo podawana. Ponadto składane są skargi na standard usług niektórych firm, np. długie oczekiwanie na wynik testu lub otrzymanie uszkodzonych przesyłek z zestawami do testów.
– Jestem zdeterminowany, aby chronić konsumentów i ciężko pracujące rodziny przed nieuczciwymi praktykami i zapewnić, że wysokiej jakości testy są dostępne w rozsądnej cenie. Zbyt wielu dostawców zachowuje się jak kowboje i to musi się skończyć. Społeczeństwo powinno mieć możliwość cieszenia się letnimi wakacjami bez konieczności narażania się na nadmierne koszty lub niepokój. Każdy dostawca, który zostanie uznany za wprowadzającego w błąd, zostanie wyrzucona (z listy) – powiedział Javid.
Tymczasem w sobotę podano, że w ciągu ostatniej doby wykryto 29,5 tys. nowych zakażeń koronawirusem i zarejestrowano 93 zgony z powodu Covid-19. W obu przypadkach jest to niewielki spadek w stosunku do bilansów z piątku.
Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)
Zapobiec dalszemu dryfowaniu Polski w kierunku autorytaryzmu

Monika Sieradzka
Jarosław Kaczyński podąża w kierunku zamiany Polski w autokrację. Spór z Polską jest dla Unii Europejskiej groźniejszy niż brexit – ocenia tygodnik „Der Spiegel”.

Tygodnik „Der Spiegel” uważa, że „władca Kaczyński jest już niedaleko od zamiany Polski w autokrację”, a na drodze stoją mu przede wszystkim „odważni sędziowie”, którzy są regularnie zastraszani i „w swoim zwątpieniu” czekają na pomoc z Brukseli.
Autorzy artykułu przytaczają przykład sędziego Tulei, który w ciągu 25 lat sprawowania urzędu skazywał morderców, ojców mafii, przemytników narkotyków, a teraz, gdy stał się dla PiS-u „wrogiem państwowym”, zajmuje się głównie „obroną siebie samego”.
Tygodnik przypomina, że prokuratura wszczęła przeciw niemu siedem postępowań dyscyplinarnych, podczas gdy przeciw krakowskiemu sędziemu Waldemarowi Żurkowi, który otwarcie krytykował reformę systemu sądownictwa, toczy się ich jedenaście.

Skutki dla całej UE
Niemiecki tygodnik pisze, że w tej chwili toczą się w Polsce dziesiątki postępowań dyscyplinarnych przeciw pracownikom systemu sądowniczego.
„Jest to kryzys, jakiego nigdy wcześniej nie widziano w UE, ani w Bułgarii, ani na Węgrzech, gdzie sądy również znajdują się pod presją” – uważa „Der Spiegel”. I komentuje: „Dla UE spór z polskim rządem jest znacznie groźniejszy niż brexit. Kaczyński stoi na skraju ustanowienia autokracji w środku Europy.”
Jeśli szefowi PiS-u się powiedzie, „UE jako unia prawa przejdzie do historii. Mogłaby wówczas stać się klubem demokracji, półdemokracji i dyktatur.”
Kary za łamanie praworządności
„Prezes TSUE Koen Lenaerts w lipcowym orzeczeniu w sprawie polskiej reformy sądownictwa sprzeciwił się ‘strukturalnemu pęknięciu’ w państwie prawa. Komisja Rady Europy już w 2017 roku porównała polskie sądownictwo do sądownictwa byłego Związku Radzieckiego.
Dlatego eksperci, tacy jak Niemiec Gerald Knaus, przewodniczący think tanku Europejska Inicjatywa Stabilności (ESI), ostrzegają Komisję Europejską przed zawieraniem pospiesznych kompromisów z Warszawą.
Radzi on, by w przypadku ignorowania przez państwa członkowskie orzeczeń TSUE dotyczących praworządności nakładać na nie roczne sankcje w wysokości jednego procenta produktu krajowego brutto, co w przypadku Polski wynosiłoby około pięciu miliardów euro. Tylko w ten sposób można zapobiec dalszemu dryfowaniu Polski w kierunku autorytaryzmu” – czytamy w tygodniku „Der Spiegel”.
REDAKCJA POLECA
Nieoficjalnie. USA rozważają nałożenie sankcji na Polskę za przyjęcie ustawy „lex TVN”
Jak nieoficjalnie podaje RMF, Stany Zjednoczone rozważają nałożenie na Warszawę szeregu sankcji za przyjęcie nowelizacji ustawy medialnej. Polscy politycy, w tym Andrzej Duda, Mateusz Morawiecki i Jarosław Kaczyński z zakazem wjazdu na teren Stanów Zjednoczonych.

USA nałożą na Polskę sankcje? Możliwe trzy scenariusze
Stany Zjednoczone nie kryją poirytowania w związku z działaniami związanymi z przepisami zwanymi „lex TVN”. Jak wynika z nieoficjalnych doniesień RMF, amerykańska administracja rozważa nałożenie na Warszawę szeregu sankcji.
W pierwszej kolejności rząd PiS ma je odczuć głównie symbolicznie. Polska może nie zostać zaproszona na grudniowy światowy szczyt demokracji organizowany przez prezydenta Bidena. Co oznacza, że dla Amerykanów nasz kraj nie spełnia już części kryteriów demokratycznych.
Kolejną rozważaną przez Waszyngton sankcją jest zablokowanie sprzedaży czołgów Abrams. Polska chciała kupić 250 takich pojazdów za łączną sumę 23 mld złotych. Miał być to największy zakup w historii polskiej armii, hucznie zapowiadany przez Jarosława Kaczyńskiego i Mariusza Błaszczaka. Zakup krytykuje opozycja, a PiS chwali się, że byłby to najpoważniejszy zakup w historii polskiej armi. Strona amerykańska nie potwierdziła oficjalnie prowadzonych w tej sprawie negocjacji. Teraz mają zostać zupełnie zamrożone.
Trzecią opcją są sankcje personalne. Według nieoficjalnych informacji przekazanych przez RMF Amerykanie biorą pod uwagę nałożenie na polityków PiS zakazu wjazdu na teren Stanów Zjednoczonych. Do USA nie mógłby się już wybrać Andrzej Duda, Mateusz Morawiecki i Jarosław Kaczyński.
(df), thefad.pl / Źródło: RMF
Białoruś. Tortury i przemoc reżimu Łukaszenki. „Mieliśmy umrzeć”

Tatiana Nevedomskaja
Białorusini, którzy po protestach w sierpniu 2020 roku znaleźli się w więzieniu Okrestino w Mińsku, do dziś odczuwają skutki tortur. DW udało się dotrzeć do kilku ofiar.

Białoruski władca Aleksander Łukaszenka odrzuca wszelkie oskarżenia. Jak zaznaczył, ci, którzy brali udział w protestach przeciwko wynikom wyborów prezydenckich w sierpniu 2020 roku i zostali aresztowani, nie byli torturowani. Według Łukaszenki, w mińskim więzieniu Okrestino pracowało tylko 47 osób. „I to niby oni torturowali 2 tysiące ludzi, a wy słyszeliście ich krzyki kilometr dalej? To wszystko jest nieprawdą” – powiedział Łukaszenka w rozmowie z dziennikarzami i starannie wybranymi obywatelami, transmitowanym przez państwową telewizję.
This day one year ago became a turning point in the history of modern #Belarus. I woke up today thinking about millions of people whose life has been divided – those amazing friends who are in jail and thousands of those who had to flee. We all want to come back home soon. pic.twitter.com/4gicWbz3Ty
— Hanna Liubakova (@HannaLiubakova) August 9, 2021
DW rozmawiała z niektórymi z poszkodowanych, którzy rok temu odbywali karę w więzieniu Okrestino.
Iwan: „Strzelali w powietrze, żeby zmusić ludzi do uległości”
Ivan, którego imię zostało zmienione, został aresztowany w pobliżu lokalu wyborczego w dniu 9 sierpnia 2020 roku.
− Zabrali nas na posterunek policji. Tam musieliśmy stać z podniesionymi rękami przez dwie i pół godziny. Następnie związali nam ręce za plecami opaskami zaciskowymi i w asyście oddziałów specjalnych wysłali do więzienia Okrestino. Przy najmniejszym ruchu byliśmy bici − wspomina Iwan z Mińska. Ponadto więźniowie byli upokarzani w inny sposób.
Ivan trafił w końcu do celi ośmioosobowej. Było w niej już 37 mężczyzn. Było duszno, a ściany były wilgotne od potu. Pewnej nocy Iwan poczuł się źle, więc podano mu tabletki na problemy z sercem. Pozwolono mu spędzić pół godziny w świeżo przewietrzonym pomieszczeniu:
− Przez dwa i pół dnia nie dostawaliśmy jedzenia, piliśmy z kranu i spaliśmy na brudnej podłodze. Kiedy jeden z więźniów zapytał strażnika, co ma zrobić, żeby przestano go bić, wylano na niego wiadro wody. Ciągle nam grożono − wspomina. Iwan dodaje, że więźniom powiedziano, że wszystkie głosy oddane na kandydatkę opozycji Swiatłanę Cichanauską policzone będą na korzyść Łukaszenki.
W celi, jak mówi Iwan, wyraźnie było słychać bicie nowo przybyłych więźniów. − Przyjechały radiowozy, drzwi się otworzyły, strażnicy bili wszystkich, a ludzie krzyczeli. W pewnym momencie strażnicy strzelali z karabinu maszynowego w powietrze, aby zmusić ludzi do posłuszeństwa, żeby zrozumieli, gdzie się znajdują – wspomina Białorusin.
W nocy z 12 na 13 sierpnia 2020 r. ci, którzy zostali zwolnieni po 72 godzinach aresztu, zostali przedtem ponownie pobici.
Po trzech dniach, kiedy ledwo mógł się ruszać, Iwan trafił do polikliniki. Tego samego dnia pojawili się u niego śledczy. Ivan wniósł oskarżenie przeciwko pracownikom więzienia. Ale nic więcej się nie wydarzyło, poza tym, że Iwan został dwukrotnie poinformowany na piśmie, że śledztwo zostanie przedłużone. Ivan utrzymuje, że nadal nie odzyskał dawnej sprawności fizycznej.
Photos (RFERL) of Minsk, #Belarus. OTD one year ago. pic.twitter.com/qCwSLT2npv
— Denis Kazakiewicz (@Den_2042) August 9, 2021
Jewgienij: „Bili nas za każdą prośbę”
Wieczorem 11 sierpnia 2020 roku Jewgienij został zatrzymany w Mińsku. Następnego dnia przewieziono go do więzienia.
– W celach transportera więziennego zamiast jednej osoby było od trzech do czterech. Niektórzy musieli leżeć na podłodze. Jedna osoba leżała na mnie, a potem stali na nas policjanci – wspomina.
Po przybyciu do więzienia, wspomina Jewgienij, byli związani i klęczeli twarzą do ściany.
− Od czasu do czasu trzeba było przejść około 200 metrów w prawo, a potem znowu w lewo. Przy tym nas pobili − opowiada Jewgienij. Potem przeszedł na wybieg o powierzchni około 25 metrów kwadratowych, gdzie było już grubo ponad 100 osób. Ludzie przytulali się do siebie w nocy, żeby się ogrzać. − Nie było tam ani toalety, ani wody. Ludzie byli w bardzo złym stanie, niektórzy mieli rany na oczach, złamania, wybite zęby. Pewien młody diabetyk nie dostał swojej insuliny. Bili nas za każdą prośbę – mówi Jewgienij.
Jewgienij został zwolniony wieczorem 13 sierpnia. Jego matka jest lekarzem i była zszokowana raportem medycznym o stanie zdrowia swojego syna.
Nie było procesu przeciwko Jewgienijowi. We wrześniu wyjechał do Czech na rehabilitację w ramach czeskiego programu medycznego i humanitarnego MEDEVAC. Tam uzyskał uprawnienia do pracy jako masażysta. W międzyczasie dołączyła do niego rodzina.
Marina: „Powiedziano nam, że mamy umrzeć”
Marina, której nazwisko również zostało zmienione, została aresztowana późnym wieczorem 11 sierpnia 2020 roku. Mówi, że był to prawdziwy „atak sił bezpieczeństwa na ludzi”, którzy znajdowali się w pobliżu mińskiego domu towarowego „Ryga”.
− Nie było tam żadnego wiecu ani innego wydarzenia, nie było tam ani symboli ruchu protestacyjnego, ani plakatów z hasłami – opowiada Marina. Nagle, jak mówi, ludzie zostali otoczeni przez autobusy, z których wyskoczyli funkcjonariusze służb bezpieczeństwa w ciemnozielonych mundurach. Wszyscy musieli położyć się na ziemi. Niektórzy mogli uciec, ale tych, którzy zostali, zabrano. Ona sama dostała cios w głowę i udo. Przez prawie dwa miesiące miała krwiaka na nodze.
Także ona trafiła do więzienia śledczego Okrestino. Według niej, w najgorszej sytuacji byli ci, których policjanci podczas zatrzymania oznaczyli farbą. – Jak się później okazało, na podstawie tych oznaczeń ustalano, kto i jak bardzo powinien być bity. Wśród nas były osoby z poważnymi obrażeniami, ale mimo naszych próśb i żądań, żeby szybko wezwać karetkę, powiedziano nam po prostu, że mamy umrzeć − opowiada Marina.
30 osób w czteroosobowej celi
Marina spędziła 17 godzin na dziedzińcu więzienia i słyszała, jak bito mężczyzn. Rozlegały się głośne i przeraźliwe krzyki. Jeszcze następnego dnia Marina została skazana na dziesięć dni więzienia. Umieszczono ją w celi czteroosobowej, w której było już ponad 30 osób. Po złożeniu apelacji Marinę zwolniono po dwóch dniach. Ale przez pierwsze 17 godzin musiała wytrzymać bez jedzenia, wody i toalety i nie zmrużyła oka. Później podano jej chlorowaną wodę z kranu, kaszę i herbatę.
Po pobycie w więzieniu Marina podupadła na zdrowiu. – Jeszcze w sierpniu ubiegłego roku wyglądało na to, że większość Białorusinów chce zmian − mówi Marina. Obecnie wyzbyła się złudzeń. − W rzeczywistości wielu, którzy nie zgadzają się z represyjną polityką – nawet ci, którzy brali udział w protestach – nadal pracowali dla systemu propagandy lub udawali, że to, co się dzieje, nie jest ich sprawą – tłumaczy kobieta. Nie mogąc tego dłużej znieść i obawiając się o swoje bezpieczeństwo, opuściła Białoruś.
Today marks one year since the fraudulent presidential election in #Belarus.
— EPP Group (@EPPGroup) August 9, 2021
The people of Belarus had simple demands: democracy, freedom and dignity. Their dreams where shattered by an unprecedented and ongoing crackdown and systemic repressions of the regime.
Read thread🧵👇 pic.twitter.com/NbSOmPuo44
REDAKCJA POLECA
Niepokojące zmiany na Atlantyku. Prąd Zatokowy słabnie. Czy Europę czeka nowa epoka lodowcowa?

Fabian Schmidt
Nowe badania dowodzą, że Prąd Zatokowy jest coraz słabszy. Może to zachwiać równowagą klimatyczną w naszej części świata.

Z różnych oceanograficznych projektów badawczych wynika, że w ostatnich dekadach Prąd Zatokowy dramatycznie stracił na sile. Najnowsze badania na ten temat opublikowano 5 sierpnia w fachowym magazynie Nature Climate Change.
Prąd Zatokowy
Prąd Zatokowy, znany także jako Golfsztrom, to prąd morski transportujący w swoich powierzchniowych warstwach wodę o łagodnej temperaturze w obręb Wysp Normandzkich, Irlandii, Wielkiej Brytanii, dalej Holandii aż do zachodnich Niemiec i Skandynawii.
– Cały system golfsztromowy przemieszcza 20 milionów metrów sześciennych wody na sekundę, to mniej więcej sto razy tyle, co Amazonka – mówi Stefan Rahmstorf z Poczdamskiego Instytutu Badań nad Klimatem. Rahmstorf jest inicjatorem i współautorem raportu, który ukazał się 25 lutego tego roku w czasopiśmie Nature Geoscience.
Gdyby Golfsztrom wygasł, zmieniłby się zapewne charakter innego fenomenu klimatycznego, a mianowicie północnoatlantyckiego prądu głębokiego. Zaczyna się on mniej więcej tam, gdzie ciepły Prąd Zatokowy kończy, czyli w okolicach Islandii. Wzmocniony dopływami z Oceanu Arktycznego u wybrzeży Grenlandii i zachodniej Kanady transportuje w głębinach zimną i mniej słoną wodę wzdłuż obu kontynentów amerykańskich aż do Oceanu Antarktycznego.
Co się stanie, jeśli prądy się zmienią?
Poczdamski Instytut Badań nad Klimatem ostrzega już od dawna, że zachwianie tego systemu, wywołane przez zmiany klimatyczne, miałoby trudny do przewidzenia wpływ na naturę i człowieka.
Z powodu topienia się grenlandzkich lodowców i wzmożone opady, do Oceanu Arktycznego trafia więcej słodkiej wody. Tym samym mniejsza ilość zimnej wody opada na głębiny, a amerykańskie prądy głębinowe tracą na sile.
Jaki system klimatyczny zastąpi wówczas ten obecny? Jak zmiana systemu prądów morskich, które dostarczają też pożywienie i tlen, wpłynęłaby na faunę i florę oceanów? Jak zmieniłby się strefy klimatyczne? Gdzie będzie goręcej, a gdzie zimniej? Gdzie bardziej wilgotno, a gdzie bardziej sucho? Czy człowiek i natura będą w stanie przystosować się do nowej rzeczywistości?
Badacze zadają sobie wszystkie te pytania. Podejrzewają, że w najbliższej przyszłości coraz częściej dochodzić będzie do podtopień na obszarze wzdłuż północnej części wybrzeża USA. Z kolei w Europie będą występować jeszcze bardziej ekstremalne zjawiska pogodowe.
Już teraz meteorolodzy widzą oznaki zmian w różnych porach roku. Badacze z Poczdamu podejrzewają, że obszar zimna, jaki w ostatnich latach zaobserwowano na północnym Atlantyku, może mieć związek ze słabnącym Golfsztromem.
Dane z osadów i lodu
Najnowsze badania bazują na tak zwanych danych proxy. Chodzi o dane, których naukowcy nie wypracowali sami, ale zaczerpnęli z licznych innych projektów badawczych, choćby dotyczących odwiertów w lodzie i osadach. Skorzystali także z badań na temat słojów drewna, tak zwanej dendrochronologii, czy starych wpisów z dzienników pokładowych statków. W ten sposób powstało coś na kształt archiwum klimatycznego, obejmującego setki lat.
Już wcześniejsze raporty badaczy z Poczdamu wskazywały na spowolnienie ruchu prądów morskich, o jakieś 15 procent od połowy XX wieku. Obecne badanie podkreśla prawdopodobny związek ze spowodowanym przez człowieka globalnym ociepleniem.
– Po raz pierwszy połączyliśmy całą serię wcześniejszych badań i doszliśmy do wniosku, że dają spójny obraz zmian Golfsztromu w ciągu ostatnich 1600 lat – mówi Rahmstorf. – Wyniki badań pokazują, że Prąd Zatokowy był dość stabilny do późnych lat XIX wieku. Wraz z końcem małej epoki lodowej w okolicy 1850 roku, prąd morski zaczął słabnąć, choć w połowie XX wieku doszło do drugiego, jeszcze bardziej drastycznego osłabienia.
Niewielka niepewność danych
Niektóre dane proxy wykorzystane do ilustracji zmian Golfsztromu są wprawdzie niepełne – mówi Levke Caesar z Irlandzkiego Centrum Badań i Analizy Klimatu przy Maynooth University – to jednak kompilacja danych o zmianach temperatur w Atlantyku, rozmieszczeniu mas wodnych i rozmiarach ziarn osadów dają solidny obraz cyrkulacji – dodaje.
Z tą opinią zgadza się ekspertka ds. statystyki Niamh Cahil z Maynooth University. Po wyliczeniu możliwych niepewności w danych proxy doszła ona do wniosku, że mamy do czynienia ze spójnym obrazem. „Osłabienie prądu jest czymś niepowtarzalnym od ponad tysiąca lat”.
REDAKCJA POLECA
Romana Giertych list do osób z Izby Dyscyplinarnej: Waszą rolą jest ochrona dyktatury nawet wtedy, gdy ona zdycha

Roman Giertych
To żeście się dranie przyrównali do żołnierzy Westerplatte powinno być symbolem waszego upadku. Wasze oświadczenie z przywołaniem Westerplatte urąga pamięci tych bohaterów.
List do osób z Izby Dyscyplinarnej.
Szanowni Państwo!
Z trwogą i oburzeniem przeczytałem, że niejaki Jarosław Kaczyński postanowił się zamachnąć na (jak sami się określiliście) współczesne Westerplatte, czyli WAS.
Jeżeli Izba Dyscyplinarna to nowe Westerplatte to kim jest jej likwidator?
— Roman Giertych (@GiertychRoman) August 7, 2021
Czyżby Jarek był zdrajcą sprzedającym Niemcom tę bohaterską placówkę polskości?
Wiedziony wzmożeniem patriotycznym postanowiłem na Waszą cześć przerobić wiersz Gałczyńskiego.
Pieśń o „sędziach” Westerplatte
Kiedy się wypełniły dni,
I zamrożono Was latem
W niebyt Temidy ponuro szli
„Sędziowie” z Westerplatte.
(A lato było piękne tego roku.)
I tak śpiewali: Ach, to nic,
Choć nas tak boli zdrada,
Bo PIS nam kazał sobie iść
Na razie do listopada,
(A tak miło nosiło się togi sędziowskie tego roku!)
W sądzie staliśmy tak jak mur
Niezawisłych skazując czeredę
Gdy kopnął nas dziś stary knur
Wpadliśmy w wielką biedę
I ci co proroczy mają wzrok
To znają los nasz ponury
Kłócą się tylko: który rok
Pójdziemy w więzienne mury
I gdy wiatr zimny będzie dął,
I smutek krążył światem,
Wy w Białołękę spłyniecie w rząd
„Sędziowie” z Westerplatte.
Tym wierszem chciałem Was zachęcić do tego, abyście trwali do końca. Nawet jak was zlikwidują, to okupujcie swoje sale w SN. Nawet jak Was będzie popierać tylko Ziobro nie poddawajcie się. Waszą rolą jest ochrona dyktatury nawet wtedy, gdy już widać, że ona zdycha.
Trwajcie więc!
Wasz zawsze wierny,
Roman Giertych
Tak się zastanawiam, ale bez specjalnej czułości, jak teraz czują się przebierańcy z tzw Izby Dyscyplinarnej, ci pazerni obrońcy Westerplatte. Ich mocodawcy wyrzucili ich jak kłopotliwy balast. Jedno wiem: honor będzie im nakazywał zwrócić tę olbrzymią a nienależną kasę. https://t.co/syD1IiTXUn
— Wojciech Sadurski (@WojSadurski) August 7, 2021
PS.
To żeście się dranie przyrównali do żołnierzy Westerplatte powinno być symbolem waszego upadku. Mój dziadek był w 1939 roku oficerem obrony wybrzeża. Jego koledzy i przyjaciele tam zginęli. Wasze oświadczenie z przywołaniem Westerplatte urąga pamięci tych bohaterów.
Katowice. Kierowca autobusu który celowo przejecha 19-latkę, odpowie za zabójstwo. Grozi mu dożywocie
Katowiccy policjanci zatrzymali kierowcę autobusu komunikacji miejskiej, który celowo wjechał w grupę osób znajdujących się na jezdni i doprowadził do śmierci 19-letniej kobiety. Mężczyźnie przedstawiono zarzut zabójstwa i usiłowania zabójstwa dwóch kolejnych osób. Prokuratura Rejonowa Katowice Północ wystąpiła z wnioskiem o tymczasowe aresztowanie zatrzymanego. Mężczyzna został aresztowany na okres 3 miesięcy. Podejrzanemu grozi kara dożywotniego pozbawienia wolności.

Katowiccy policjanci zatrzymali 31-letniego kierującego autobusem komunikacji miejskiej, który celowo wjechał w grupę osób znajdujących się na jezdni i doprowadził do śmierci 19-letniej kobiety.
Do zdarzenia doszło w sobotę kilkanaście minut przed godziną 6.00 w rejonie ul. Mickiewicza i Stawowej. Na miejscu natychmiast pojawili się katowiccy policjanci, którzy podjęli pościg za kierującym autobusem odjeżdżającym z miejsca zdarzenia.
Mężczyzna został zatrzymany i osadzony w policyjnym areszcie. Badanie na zawartość alkoholu w organizmie wskazała, że mężczyzna był trzeźwy. Zgodnie z obowiązującą procedurą pobrano jego krew do badań laboratoryjnych.
Na miejscu zdarzenia pod nadzorem prokuratora pracowali policjanci wydziału ruchu drogowego, a także grupa dochodzeniowo-śledcza z technikiem kryminalistyki.
Policjanci zabezpieczyli zapisy z licznych kamer monitoringu, a także przesłuchali świadków zdarzenia.
Podejrzanemu grozi kara dożywotniego pozbawienia wolności

31-latkowi przedstawiono zarzut zabójstwa i usiłowania zabójstwa dwóch kolejnych osób. Prokuratura Rejonowej Katowice – Północ skierowała wniosek do sądu o tymczasowe aresztowanie mężczyzny. Decyzją sądu został aresztowany na okres 3 miesięcy. Podejrzanemu grozi kara dożywotniego pozbawienia wolności.
Mężczyzna częściowo przyznał się do przedstawionego zarzutu i stwierdził, że obawiał się o swoje życie i zdrowie.
– Bał się, że zostanie zaatakowany przez grupę ludzi, zarówno z prawej, jak i z lewej strony, dlatego ruszył autobusem – poinformowała prokurator Monika Łata z zespołu prasowego Prokuratury Okręgowej w Katowicach
Kierowca autobusu był pod wpływem leków
31-letni kierowca Łukasz T. był trzeźwy. Pobrano mu krew do badań na obecność środków odurzających.
Śledczy potwierdzili, że we krwi kierowcy autobusu wykryto substancje przeciwdepresyjne i przeciwbólowe. Prokuratura zleci szczegółowe badania dotyczące wpływu leków na zachowanie kierowcy autobusu.
Łukasz T. uczestniczył wcześniej w ośmiu kolizjach drogowych – do części z nich doszło, gdy kierował autobusem. Jako kierowca pracował od 10 lat.
(df), thefad.pl / Źródło: policja.pl