Koniec ery „miliona Polaków”. Dlaczego rodacy masowo opuszczają Wielką Brytanię?

Jeszcze dekadę temu polski był najczęściej słyszanym językiem obcym na brytyjskich ulicach, a nasza społeczność przekraczała milion. Najnowsze dane za okres czerwiec 2024 – czerwiec 2025 nie zostawiają jednak złudzeń: odpływ Polaków z Wysp nie tylko trwa, ale staje się nową normą. Chłodna ekonomiczna kalkulacja wygrywa dziś z sentymentem.

Statystyczny exodus, czyli liczby bez makijażu

W ostatnim roku statystycznym Wielką Brytanię opuściło około 25 tysięcy Polaków, a przyjechało zaledwie około 7 tysięcy. Otrzymujemy więc wyraźnie ujemne saldo rzędu minus 18 tysięcy osób. Dla porównania: w szczytowym 2017 roku populacja Polaków w UK przekraczała milion. Dziś, zależnie od metody, wahamy się w granicach 700–800 tysięcy. To nie jest dramatyczna ucieczka, raczej „odpływ na raty”, który po cichu zmienia demografię. W zestawieniach kraju urodzenia pierwsze miejsce wśród migrantów zajmują obecnie Indie, a Polska trwale spadła na drugą pozycję.

Polacy w Wielkiej Brytanii (ONS)
Parametr Szczyt (2017) Obecnie (2025) Trend
Populacja Polaków w UK > 1 000 000 ~700 000–800 000 Spadkowy
Roczne saldo migracji Dodatnie −18 000 Ujemny
Główna grupa migrantów Polacy Hindusi Zmiana lidera
Źródło: ONS, „Long-term international migration, YE June 2025”; oprac. thefad.pl

Ekonomia: gdzie podziała się „premia emigracyjna”?

Najmocniej działa proza życia. Cięcia stóp procentowych z grudnia 2025 r. teoretycznie pomagają, ale realna ulga przychodzi z opóźnieniem. Najem pozostaje drogi, media zjadły podwyżki, a pamiątka po inflacji z 2022 r. nadal ciąży w portfelach. Do tego kurs funta wobec złotego nie wrócił do poziomów sprzed referendum brexitowego, więc przelewy do kraju nie robią już takiej różnicy jak kiedyś. Dla wielu rodzin rachunek stał się brutalnie prosty: za podobne zarobki w Polsce da się mieć więcej metrów, przewidywalności i poczucia, że każda złotówka pracuje na własny majątek.

Polska przyciąga pragmatyzmem, nie nostalgią

Równanie migracyjne ma dwa końce. Gdy UK mierzy się z konsekwencjami Brexitu, Polska realnie kusi. Rynek pracy pozostaje napięty, płace realne znów rosną, a państwo oferuje konkretne zachęty dla powracających, w tym ulgę na powrót. Coraz częściej to decyzja klasy średniej: osób, które na Wyspach osiągnęły już pewien pułap, ale widzą, że w Polsce szybciej zbudują kapitał, łatwiej ogarną logistykę życia z dziećmi i unikną „tarcia” z biurokracją statusu osiedleńca.

Głos z badań: „bycie u siebie” warte więcej niż funty

Nie wszystko da się zamknąć w tabelkach. Z badań dr Kasi Narkowicz z Middlesex University wynika, że kluczowe są trzy emocje: brak stabilności, trudności z kupnem mieszkania i poczucie bycia na marginesie. Te czynniki wypychają z UK nawet osoby z uregulowanym statusem. Po latach wynajmu wizja własnego m-2 czy m-3 w Polsce przestaje być marzeniem – staje się planem na najbliższe miesiące.


Wniosek jest prosty, choć wieloczynnikowy. Polacy opuszczają Wielką Brytanię, bo jednocześnie zmieniły się dwie rzeczywistości. Wyspy przestały oferować oczywisty finansowy bonus za rozłąkę, a Polska zaczęła tę premię wypłacać u siebie. Dzisiejsze powroty rzadko są ucieczką; coraz częściej to przemyślany awans w jakości życia.

DF, thefad.pl / Źródło: ONS, Migration Observatory, Middlesex University


Giertych napisał list do Nawrockiego

Roman Giertych

Roman Giertych

Przeczytałem wywiad z Karolem Nawrockim, w którym lekceważąco wyraził się o roli korespondenta wojennego w Afganistanie, którą pełnił w czasie wojny z ZSRR, po stronie wolnych Afgańczyków, Radosław Sikorski a jednocześnie uznał, że bardziej rycerska niż jego, jest walka na pięści podczas ustawek kibiców. Funkcja, którą Karol Nawrocki pełni, nie jest kompatybilna z ustawkami, bijatykami, oszustwami staruszków, przywożeniem prostytutek Niemcom, zażywaniem środków pobudzających

Wielce Szanowny Panie!

Przeczytałem Pański wywiad, w którym lekceważąco wyraził się Pan o roli korespondenta wojennego w Afganistanie, którą w czasie wojny z ZSRR, po stronie wolnych Afgańczyków, pełnił obecny wicepremier Radosław Sikorski, a jednocześnie uznał Pan, że bardziej rycerska niż jego jest Pana walka na pięści podczas ustawek kibiców.

Szanowny Panie!

Dziwnym zbiegiem okoliczności i dziwnym kaprysem prezesa PiS pełni Pan funkcję Prezydenta RP, mimo że nie wiemy, jaki był ostateczny wynik wyborów, i mimo braku stwierdzenia ważności wyborów przez SN. Czy mógłby więc Pan w czasie pełnienia tej funkcji zachowywać się chociaż odrobinę z godnością i powagą? Funkcja, którą Pan pełni, nie jest kompatybilna z ustawkami, bijatykami, oszustwami staruszków, przywożeniem prostytutek Niemcom, zażywaniem środków pobudzających. Nie wolno Panu teraz takich działań chwalić! Pełni Pan funkcję, która polega na reprezentowaniu, w niektórych zatwierdzonych przez rząd sytuacjach, wielkiego narodu, który wydał przez wieki wielu uczonych, mężów stanu, świętych, którzy byli inspiracją dla całego świata. Weź się Pan ogarnij i przestań zachowywać jak rozkapryszone dziecko. Nikt Panu nie dał prawa do uważania, że funkcja, na którą Panu przypadła, daje Panu prawo do rządzenia krajem. Natomiast, pełniąc tę funkcję, postaraj się Pan chociaż przypominać prezydenta! Prezydent RP nie chwali bójek, bo to ciężkie przestępstwo.

Powołujesz się Pan często na wiarę katolicką. Informuję Pana, że Katechizm Kościoła Katolickiego w punktach 2268–2275 potępia grzechy przeciwko życiu, w tym narażanie życia innych i pobicia. Publicznie pochwala Pan przestępstwo (co samo w sobie jest przestępstwem z art. 255 § 3 k.k.) i de facto zachęca Pan młodych ludzi do takich „rycerskich” postaw. Weź się Pan zastanów nad odpowiedzialnością moralną, jeśli ktoś w wyniku Pana zachęty weźmie udział w takiej „ustawce” i zginie. Przecież będziesz Pan pośrednio odpowiedzialny za taką śmierć.

Skoro już Pan pełnisz tę funkcję i skoro tylu ludzi na Pana głosowało, to zachowuj się Pan jak I obywatel RP, a nie I kibol RP.

I na koniec. Prezes Rady Ministrów prowadzi obecnie ważne rozmowy dyplomatyczne, które mogą przesądzić na wiele dekad o pozycji naszego kraju w Europie i na świecie. Mówiąc delikatnie, weź Pan skorzystaj z okazji do milczenia, pójdź sobie na siłownię lub zwiększ liczbę branych snusów i przestań przeszkadzać! Podważanie przez Pana pozycji Polski jest zwykłym psuciem bez żadnego sensu. Skoro masz Pan dobre relacje z Donaldem Trumpem, to ujmij się za polskimi więźniami na Białorusi, którzy mimo porozumienia USA z Białorusią nadal siedzą w łagrach. Zrób Pan coś pozytywnego, bo chyba tego, że nasza gospodarka osiągnęła 20. pozycję na świecie i przynależymy do G20, nie przypisujesz Pan sobie. Od lat przecież żyjesz Pan na koszt podatnika i żadnej działalności (przynajmniej tej legalnie opodatkowanej) Pan nie prowadziłeś, stąd Pańska w tym zasługa żadna.

Generalnie, Panie Nawrocki, zrób Pan coś pożytecznego, a przynajmniej przestań przeszkadzać, jak inni robią.

Z należnymi wyrazami szacunku,
Roman Giertych

 


Meloni do Europy: „pobudka”. Amerykańskie sygnały zmieniają reguły gry

Rzymski festyn Braci Włochów to co roku widowisko polityki w wersji świątecznej, ale finał tegorocznej edycji miał wyraźnie strategiczny ton. Giorgia Meloni stwierdziła, że zapowiedzi administracji USA o redukcji zaangażowania w Europie są „momentem przebudzenia” dla całego kontynentu i wezwała do rozmowy z Waszyngtonem „na równych prawach”. Z pozoru to precyzyjna reinterpretacja hasła o „autonomii strategicznej”; w praktyce — wezwanie do przyjęcia do wiadomości nowej konfiguracji sił po obu stronach Atlantyku.

Georgia Meloni Fot. European Union, 2025, CC BY 4.0

Amerykański budzik, europejski rachunek

Meloni nie mówi językiem antyamerykańskim. To raczej kalkulacja, że dotychczasowy outsourcing bezpieczeństwa do USA przez osiem dekad nie wystarczy w świecie po pandemii, po pełnoskalowej agresji Rosji i w cieniu rywalizacji z Chinami. Skoro Waszyngton wysyła sygnały o konieczności skupienia zasobów gdzie indziej, Europa musi uniezależnić kluczowe zdolności i podnieść koszty próżni strategicznej. Nie chodzi o rozwód z NATO, lecz o nowy podział obowiązków, w którym europejskie państwa przestają być konsumentem i stają się producentem bezpieczeństwa. Meloni, która przez ostatnie miesiące dbała o dobre relacje z Białym Domem, próbuje teraz ukłuć przekaz łączący lojalność sojuszniczą z asertywnością.

Od deklaracji do stali i prochu

Słowa o „przebudzeniu” łatwo pokochać, trudniej je sfinansować. Równorzędny dialog z USA wymaga stałego wzrostu wydatków obronnych, realnej koordynacji zamówień i konsolidacji europejskiego przemysłu zbrojeniowego. Dziś za dużo projektów dubluje się między stolicami, a za mało trafia na linię montażową. Włoski sygnał to w istocie zachęta, by przełożyć geopolitykę na harmonogramy dostaw: amunicji, obrony powietrznej, zdolności cyber i rozpoznania. Bez tego „europejska autonomia” pozostanie sloganem, który cieszy na scenie festynu, ale nie działa na froncie.

Polityka zamiast sentymentu

W tle pobrzmiewa spór o kształt Zachodu po wyborach w USA i przed europejską kampanią. Część stolic UE wciąż woli wiarę w status quo. Inne, jak Rzym stawiają na pragmatyzm, licząc, że partnerskie relacje z Waszyngtonem wynegocjuje się właśnie wtedy, gdy ma się własne zasoby. Meloni podnosi stawkę również wewnątrz Unii: jeśli Europa chce ważyć na decyzjach dotyczących Ukrainy, kontroli eksportu technologii czy Indo-Pacyfiku, musi mówić jednym głosem i mieć czym ten głos podeprzeć.

DF, thefad.pl / Żródło: Agenzia Nova, ANSA.it, Reuters

 


Adam Mazguła: Prawdą po oczach o stanie wojennym

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Polska była kluczowym członkiem Układu Warszawskiego, którym zarządzał Breżniew. Wojska ościenne zostały wzmocnione i postawione w stan gotowości bojowej. Plany Rosji przewidywały wkroczenie do Polski ze wszystkich stron. Jednak nastroje w Wojsku Polskim były wojownicze. Bardzo mnie boli, gdy niedouczeni manipulanci polityczni wypowiadają się o polskich żołnierzach i uczestnikach tamtych czasów w sposób pogardliwy i niesprawiedliwy. Gdyby nie Wojsko Polskie, tu od II WŚ mielibyśmy Rosję

Po porozumieniach sierpniowych i powstaniu Solidarności apetyty schowanych za robotników polityków i służb różnych interesów rosła. Zobaczyli, jak można zniszczyć dotychczasowe państwo satelickie ZSRR. Po kilku tygodniach uspokojenia rozpoczęły się następne strajki, w tym w większości solidarnościowe z innymi i trwały przez cały rok, aż do Stanu Wojennego. To wtedy nie było niczego nigdzie. Po prostu puste półki. Ludzie mieli tego dość.

Czołgi T-55 na ulicach Zbąszynia w czasie stanu wojennego

Czołgi T-55 na ulicach Zbąszynia w czasie stanu wojennego. Fot. domena publiczna

Z kolei strona rządowa chciała wygasić strajki i Jaruzelski nawet zaapelował o 100 spokojnych dni. Bez efektu. Polska była kluczowym członkiem Układu Warszawskiego, którym zarządzał Breżniew. U nas stacjonowała Północna Grupa Armii Radzieckiej ze swoimi 198 głowicami jądrowy, lotnictwem strategicznym i potęgą pięści pancernej skierowanej na zachód. Breżniew doskonale rozumiał, że Polski oddać nie może, chociażby, dlatego, że już wtedy groziło to rozpadem bloku sowieckiego.

Zresztą nigdy w historii Rosjanie niczego nie oddawali pokojowo. Tym bardziej w 1956 roku Węgier, w 1968 Czechosłowacji, później Gruzji, Osetii, Afganistanu, Ukrainy…, dlaczego w Polsce są tacy giganci intelektu, którzy twierdzą, że Polskę mieli odpuścić wyjątkowo? Dlatego już od grudnia 1980 roku wojska ościenne zostały wzmocnione i postawione w stan gotowości bojowej.

Plany Rosji przewidywały wkroczenie do Polski ze wszystkich stron, zatrzymanie Wojska Polskiego w koszarach i niedopuszczenie do ich wyjścia z uzbrojeniem, a w tym czasie rozprawienie się z Solidarnością. Czekała nas masakra ludności i polowanie na członków opozycji do „ostatecznego rozwiązania” Breżniewa. Jednak nastroje w Wojsku Polskim były wojownicze. Młodsza kadra chciała walczyć z Ruskimi w obronie narodu. Było wielu takich również wśród oficerów wyższego szczebla, generałów, a nawet polityków partii rządzącej.

To dlatego Jaruzelski zwlekał rok i próbował uspokoić sytuację w kraju. Zapewniał, że da sobie radę. Kryzys interwencji był już w grudniu 1980 roku, później wiosną 1981 i w końcu zniecierpliwiony Breżniew dał czas do świąt na rozwiązanie polskie. Potem miały być tylko rozwiązania rosyjskie. Warto zaznaczyć, że do Polski miało wtedy wkroczyć 18 dywizji wojsk Układu Warszawskiego (15 radzieckich, dwie czechosłowackie i jedna enerdowska), które po chwilowym pozorowaniu manewrów z ostrą amunicją miały ulec przegrupowaniu i otoczyć większe polskie miasta i ośrodki przemysłowe. Polskie wojska miały pozostać w koszarach.

Sama operacja wojskowa w grudniu 1981 roku została przeprowadzona wręcz książkowo i praktycznie bez ofiar. Te, które się zdarzyły, najczęściej wynikały z błędów ułomnych ludzi, którzy nie wytrzymywali napięcia lub prowokacji. Polska jednak uniknęła wielkiego nieszczęścia, może największego w historii. Zresztą, Breżniew utrzymywał wojska UW w gotowości do wejścia do Polski aż do późnej wiosny 1982 roku.

Gdyby Rosjanie opanowali Polskę, być może do dzisiaj istniałby ZSRR, a my biedni i opanowani przez Putina walczylibyśmy dzisiaj u jego boku z Ukrainą oraz Zachodem i opłakiwali zbiorowe mogiły w każdym mieście po Stanie Wojennym z Armią Czerwona w tle. Na szczęście historia potoczyła się inaczej. Kraj został uratowany i pewnie dziesiątki, może setki tysięcy ludzkich istnień.

Przez ostatnie 35 lat jesteśmy brutalnie karmieni narracją postsolidarnościową, że oto Jaruzelski dokonał zamachu na demokrację, na robotniczy zryw, który został okupiony krwawym zamachem na Polaków. Brawo Bohaterscy robotnicy, którzy na tej narracji zbudowali swoją i nieswoją władzę. To nie jest prawda. To powtarzana mantra bohaterskich robotników i krwawych zbrodniarzy żołnierzy i służb. To nie była sytuacja czarna lub biała. Miała wiele odmian szarości i to po obu stronach.

Ten obraz znakomicie odpowiada potrzebie propagandy, legitymizacji ugrupowań postsolidarnościowych. Jednak nie przybliża nas do żadnej historycznej prawdy. Przez 35 lat Stan Wojenny pokazywany jest, co roku tak samo. Z tymi samymi scenkami i z bliźniaczym komentarzem.

Tymczasem stan wojenny i kulisy jego wprowadzenia wciąż kryją tajemnice, bez ich wyjaśnienia obraz tamtych dni jest zafałszowany, sztuczny i nieprawdziwy. Rosja Breżniewa nie była państwem łagodnego kompromisu z Solidarnością, a bezwzględnej walki z każdym, kto wchodził brutalnie w ich interesy. Dziś potworzyły się jakieś IPN-y, Instytuty historyczne, które wysoko opłacane mają utrwalać kłamstwa i półprawdy, a nie dochodzić faktów.

Szczególnie młodzi ludzie są uczeni agresji do rozwiązań tamtych dni. Należy pamiętać, że Wojsko Polskie było z poboru i służyli w nim także żołnierze Solidarności lub ci, którzy wspierali 10-milionowy związek. Wprowadzenie Stanu Wojennego wspierało ok. 53% społeczeństwa, a ok 35% było przeciw.

Ludzie wspierali żołnierzy stojących na rogatkach wyjątkowo mroźniej zimy, przynosili kawę, gorącą zupę, a żołnierze przymykali oko na łamanie zasad tego stanu. Stan wojenny niestety nie przeżyło ok. 91 osób, a ok. 10 tys. było internowanych w tym również opozycjoniści wewnętrzni tacy jak Edward Gierek, aby zapewnić spokój w partii, która wówczas była bardzo podzielona. Ludzie się bali, byli świadomi przełomowych chwil naszej państwowości i dopiero zmiany w ZSRR i doprowadzenie do Okrągłego Stołu, polską pokojową drogę do wolności, a później częściowe wole wybory utrwaliły wiarę w demokrację i zachodnie wartości w Polsce.

W czasie Stanu Wojennego byłem młodym oficerem, gotowym walczyć za ideały Solidarności. Było nas wielu. Jednak nie brałem w nim udziału, bo zostałem skierowany do wykonywania zadania zabezpieczenia zwykłego działania dowództwa 2 Warszawskiej Dywizji Zmechanizowanej w rejonie stałej dyslokacji.

Jednak bardzo mnie boli, gdy niedouczeni młodzieńcy i manipulanci polityczni wypowiadają się pogardliwie o polskich żołnierzach i uczestnikach tamtych czasów w sposób pogardliwy i wyjątkowo niesprawiedliwy. Gdyby nie Wojsko Polskie, tu od II WŚ mielibyśmy Rosję. Kiedyś ta oczywista prawda zwycięży.

Adam Mazguła


Dania uznaje USA za ryzyko bezpieczeństwa

Duński wywiad wojskowy (DDIS) po raz pierwszy wskazał Stany Zjednoczone jako potencjalne ryzyko bezpieczeństwa: Waszyngton coraz częściej używa przewagi gospodarczej i technologicznej także wobec partnerów, a strategiczny priorytet przesuwa na Indo-Pacyfik. W takiej układance Europa nie może już liczyć wyłącznie na amerykański parasol sojuszniczy.

Fot. Serge Taeymans / Unsplash

DDIS w najnowszym „Intelligence Outlook 2025” opisuje przesunięcie tektoniczne: USA pozostają kluczowe dla obrony Zachodu, ale coraz częściej egzekwują wolę narzędziami gospodarczymi włącznie z groźbą ceł i stawiają priorytet na Indo-Pacyfiku oraz w Arktyce. W tle są tarcia o wpływ na Grenlandię oraz twardsza, selektywna polityka przemysłowa w Waszyngtonie. To nie antyamerykański manifest, tylko sygnał ostrzegawczy: sam parasol sojuszniczy nie wystarczy bez własnych zdolności od amunicji i obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej (OPL) po logistykę i interoperacyjność.

Europejskie „bezpieczniki” i spór o język strategii USA

Niepokojące sygnały nie płyną wyłącznie z Kopenhagi. Jesienią szefowie holenderskich służb AIVD i MIVD ogłosili, że ograniczają dzielenie się informacjami z USA i przechodzą na podejście case-by-case, wskazując na upolitycznienie pracy wywiadu i obawy o prawa człowieka. To wciąż sojusz, ale z dołożonymi bezpiecznikami. Jednocześnie nowa amerykańska strategia bezpieczeństwa narodowego używa ostrzejszego języka wobec Europy. W omówieniach prasowych powracała fraza o cywilizacyjnym wymazaniu” kontynentu w perspektywie dwóch dekad. Warto doprecyzować: to sformułowanie funkcjonuje w przestrzeni medialnej jako interpretacja i skrót, a nie jako teza przyjęta przez europejski mainstream ekspercki.

Za ostrym językiem stoi konkretna polityka. Im więcej uwagi i zasobów USA pochłania rywalizacja z Chinami, tym większe ryzyko osłabienia bezpieczeństwa w Europie. Duński raport nie podważa roli Stanów jako filaru NATO, lecz pyta o jej trwałość przy rozjeżdżających się priorytetach: dla USA ważniejszy staje się Pacyfik, dla Europy rosyjska presja na wschodniej flance.

Arktyka, Bałtyk, Tajwan: logika dwóch kryzysów naraz

DDIS szkicuje czarny scenariusz najbliższych lat: równoległe kryzysy wywołane przez Rosję i Chiny w rejonie Morza Bałtyckiego oraz w Cieśninie Tajwańskiej. Arktyka łączy te napięcia: surowce, nowe szlaki i położenie Grenlandii sprawiają, że Kopenhaga i Waszyngton będą częściej się ścierać, nawet grając do tej samej bramki. Każdy miesiąc bez wzmacniania europejskich zdolności zachęca przeciwników do testowania spójności Zachodu.

Europa musi przestać odkładać inwestycje „na jutro”. Budżety obronne powinny szybko zamieniać się w realne zdolności i to w horyzoncie miesięcy, nie lat. Priorytetem są amunicja, obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa oraz zwiększenie mocy w przemyśle obronnym, a także ciaśniejsze łańcuchy dostaw i konsekwentna interoperacyjność. Drugim filarem jest polityka przemysłowa, rozumiana nie jako reakcja na amerykańskie subsydia, lecz plan budowy trwałej sprawczości także po to, by zmniejszyć podatność na presję, nawet tę sojuszniczą.

Polska i region: mniej wygody, więcej sprawczości

Dla Polski i regionu to oznacza działanie natychmiast w skali najbliższych kwartałów: przyspieszone moce produkcji amunicji, realne domknięcie warstwowej obrony przeciwlotniczej oraz żmudna, ale kluczowa logistyka lądowa dla przerzutu sił wzdłuż osi północ–południe. Politycznie mniej deklaracji o „autonomii strategicznej”, więcej koalicji zdolnych wymusić interoperacyjność i wspólne zakupy. Jeśli USA wiążą coraz więcej sił na Pacyfiku, ciężar odstraszania na wschodniej flance rośnie po naszej stronie.

Dania nie odwraca się od Ameryki. Zdejmuje różowe okulary. To najzdrowsza lekcja dla Europy: opierać się na sojuszu z USA, ale przestać traktować go jak darmowe ubezpieczenie. Bo nawet najlepszy parasol chroni tylko tych, którzy wcześniej postawili solidny dach.

DF, thefad.pl / Źródło: DDIS „Intelligence Outlook 2025”; Reuters; Bloomberg; DutchNews / NL Times

 


Antyukraińska dezinformacja w polskim internecie niemal się podwoiła

W cztery miesiące liczba antyukraińskich wpisów w polskojęzycznym internecie skoczyła o niemal 100 proc., do blisko 186 tys. Według Instytutu Monitorowania Mediów ich łączny zasięg to 66,4 mln kontaktów z przekazem, co oznacza, że statystyczny internauta 15+ mógł zetknąć się z takimi treściami średnio dwa razy. Najmocniej wybrzmiewają na platformie X, a wśród głównych nadawców dominują konta polityków – z nazwiskami, które dobrze znamy z poprzednich odsłon tej historii.

Kiedy fala rośnie

Wynik nie zaskakuje, jeśli spojrzeć na dynamikę ostatnich miesięcy. Internet żyje emocją, a polityka dostarcza bodźców. Gdy w przestrzeni publicznej pojawia się „iskra”: spór o ustawę, incydent militarny, prowokacja to algorytmy robią resztę. Z raportu wynika, że fala antyukraińskich treści najsilniej wzbierała w ostatnim tygodniu sierpnia, kiedy prezydenckie weto wobec ustawy o pomocy obywatelom Ukrainy stało się paliwem dla sporów. Kolejne piki odnotowano po wrześniowych informacjach o rosyjskich dronach w polskiej przestrzeni powietrznej i w połowie listopada, w związku z aktem kolejowej dywersji. Nawet koncert Maxa Korzha w Warszawie z eksponowaną czerwono-czarną symboliką stał się wygodnym zapalnikiem.

Kto i co publikuje

Na listach najaktywniejszych nadawców królują profile polityczne. Wśród autorów treści nakierowanych na antagonizowanie Polaków i Ukraińców pojawiają się m.in. Martin Demirow, Grzegorz Braun i Chłop Antoni. Na Facebooku pierwsze miejsce zajmuje ponownie profil Brauna, trzecie fanpage jego partii. W pierwszej dziesiątce mieści się też Włodzimierz Skalik. To układ, który rysuje prostą zależność: narracje antyukraińskie najlepiej niosą się przez konta zbudowane na silnej tożsamości plemiennej i stałej mobilizacji.

Treści powtarzają zestaw powracających motywów. Jedne odwracają odpowiedzialność za wojnę, inne podważają sam fakt trwania konfliktu. Relatywizuje się rosyjskie zbrodnie w Buczy czy w Mariupolu, a ukraińskie przerwy w dostawach prądu przypisuje „korupcji”, zamiast konsekwencjom rosyjskich ataków. W polskim wątku oskarża się władze o „rozbrajanie kraju na rzecz Kijowa” i straszy rzekomym „wciąganiem Polski do wojny”. Celami stają się konkretne osoby: od Radosława Sikorskiego, któremu insynuuje się sprzyjanie korupcji, po Wołodymyra Zełenskiego, którego oskarża się o defraudacje czy „uzurpację” władzy. Wspólny mianownik jest stały: przerzucić ciężar winy i zasiać nieufność wobec wsparcia dla Kijowa.

Historia jako broń i wygodny pretekst

Silnym instrumentem pozostaje historia. Rosja konsekwentnie gra rzezią wołyńską i dziedzictwem UPA, aby wbić klin między Warszawę a Kijów. Sierpniowa dewastacja pomnika w Domostawie – dokonana przez Ukraińca zwerbowanego przez rosyjskie służby – została w polskich mediach społecznościowych wyjęta z kontekstu i użyta do wzniecania wrogości. Podobnie działa mikrosymbolika: niebiesko-żółte barwy stref Kiss&Ride potrafią stać się „dowodem ukrainizacji”, choć mówimy o zwykłej estetyce miejskiej. Takie przykłady pokazują, że spór bywa rozpalany nie faktami, lecz skojarzeniami.

Autorzy raportu uczciwie zaznaczają ograniczenia: to analiza obserwacyjna, która nie przesądza o intencjach poszczególnych użytkowników. Zbieżność motywów z katalogiem rosyjskiej propagandy trudno jednak uznać za przypadek. Disinfo Digest od dawna opisuje trzy główne cele: zastraszyć Zachód, zablokować wsparcie dla Ukrainy i zniechęcić sojuszników do długotrwałej pomocy. W polskich warunkach optymalnym nośnikiem są krótkie, emocjonalne komunikaty na X – platformie, której luźniejsza moderacja sprzyja obiegowi radykalnych przekazów. Tu nie liczy się niuans: liczy się skokowy wzrost zasięgu i to, że kłamstwo zdąży przebiec sieć, zanim fact-check wyjdzie z domu.

Warto też pamiętać o efekcie „nadmiaru szumu”. Gdy negujące treści zalewają feed, część odbiorców odruchowo uznaje, że „prawda leży pośrodku”. To błąd. Twarde weryfikacje z Buczy czy Mariupola istnieją i są udokumentowane; podobnie jak śledztwa dotyczące rosyjskiego sabotażu. Równocześnie to nie Ukraińcy „obciążają” polską ochronę zdrowia. Przeciążenia NFZ mają charakter strukturalny i nie zaczęły się w 2022 roku. Dezinformacja nie musi przekonać wszystkich, wystarczy, że podważy zaufanie i osłabi gotowość do solidarności.

DF, thefad.pl / Źródło: Demagog, Instytut Monitorowania Mediów


Zimny prysznic dla NATO. Nowa strategia USA a obrona Europy

Amerykańska strategia bezpieczeństwa, głośne nieobecności w NATO i ostra retoryka z Waszyngtonu działają na europejskie stolice jak zimny prysznic. Nie chodzi o rozwód transatlantycki, lecz o trzeźwe założenie, że automatyczna „gwarancja USA” przestaje być oczywista. W Paryżu, Berlinie i Londynie dojrzewa nowa układanka: więcej europejskiej odpowiedzialności w ramach Sojuszu, szybkie formaty koalicyjne oraz plan awaryjny, gdyby artykuł 5 nie zadziałał tak pewnie, jak dotąd obiecywano.

Fot. thefad.pl / AI

Waszyngton zmienia akcenty

Nowa Narodowa Strategia Bezpieczeństwa administracji Donalda Trumpa wyraźnie stawia na „regionalizację” porządku: bogate, zaawansowane państwa mają przejąć zasadniczą odpowiedzialność za swoje okolice, a NATO, w duchu „Haskiego zobowiązania” ma dążyć do znacznie wyższych wydatków obronnych. W praktyce to wezwanie do przekucia europejskich deklaracji w twarde moce: amunicję, obronę powietrzną, rozpoznanie, logistykę i stałe linie produkcyjne. Jednocześnie ton dokumentu wobec Europy bywa szorstki; amerykańscy analitycy przyznają, że w tekście mało jest pocieszenia dla sojuszników, a dużo oczekiwań co do „samodzielności” kontynentu.

Sygnały polityczne wzmacniają przekaz strategiczny. Rzadką nieobecność sekretarza stanu Marco Rubio na spotkaniu szefów dyplomacji NATO w Brukseli, którego zastąpił jego zastępca Christopher Landau, europejscy urzędnicy odczytali jako symbol nowego rozdania. Landau publicznie zrugał stolicę po stolicy za „wypychanie” amerykańskich firm z europejskiego przezbrojenia, podbijając spór o równowagę transakcyjną po obu stronach Atlantyku. W Doha ambasador USA przy NATO Matthew Whitaker zapewniał co prawda, że artykuł 5 pozostaje „żelazny”, ale w tym samym zdaniu domagał się, by Europejczycy „podnieśli z ziemi” konwencjonalną obronę kontynentu.

Europejska odpowiedź: filar, a nie alternatywa

Na plan pierwszy wysuwa się „filar europejski” w NATO: nie konkurencja wobec Sojuszu, lecz moduł zdolności i dowodzenia. To zresztą widać tam, gdzie Europa działa najszybciej: w koalicjach chętnych wokół wsparcia dla Ukrainy, dziś w praktyce koordynowanych przez Londyn i Paryż z kluczowym udziałem Berlina. Równolegle brytyjsko-nordycki format Joint Expeditionary Force zacieśnił w listopadzie partnerstwo z Kijowem, ćwicząc w wysokiej gotowości północ i Bałtyk z myślą o kompatybilności z NATO, lecz bez unijnych procedur.

Bruksela wyciąga też z szuflady art. 42.7 Traktatu o UE, czyli własną klauzulę wzajemnej obrony. Komisarz ds. obrony Andrius Kubilius mówi wprost: potrzebujemy „wielu gwarancji” i jasnej instrukcji działania dla 42.7, aby domknąć ewentualne luki, których NATO, z USA w środku z definicji nie planuje „na wszelki wypadek”. Chodzi o operacjonalizację: kto, kiedy, czym i pod czyim dowództwem reaguje w pierwszych godzinach kryzysu.

Berlin, Paryż, Londyn: nowa oś odpowiedzialności

Zmiana tonu w Berlinie ma znaczenie systemowe. Kanclerz Friedrich Merz nazwał elementy amerykańskiej strategii „nieakceptowalnymi” i wyprowadził z nich prosty wniosek: Europa, a więc i Niemcy musi stać się mniej zależna od USA w polityce bezpieczeństwa. To nie antyamerykański zwrot, tylko próba dojrzałego podziału ról. W praktyce oznacza dialog z Paryżem i Londynem o europejskim odstraszaniu jako uzupełnieniu amerykańskiego parasola oraz twarde inwestycje w moce przemysłowe, które uniosą realną, a nie deklaratywną, „strategiczną autonomię przez zdolności”.

Dla Francji to chwila, by po latach półgestów zneuropeizować elementy force de frappe bez utraty suwerenności decyzji. Dla Wielkiej Brytanii – szansa, by mimo brexitu zostać jednym z architektów kontynentalnego bezpieczeństwa. A dla Niemiec – wyjście poza wygodę „atomowego outsourcingu”, w którym przez dekady tkwiła cała Europa.

Luki, których nie da się zamieść pod dywan

Europejczycy potrafią zapewniać większość zdolności w niektórych domenach, ale trzy obszary pozostają amerykańskim kręgosłupem: rozpoznanie/ISR, transport strategiczny i tankowanie w powietrzu oraz głębokie uderzenia – od lotnictwa dalekiego zasięgu po pociski manewrujące. Do tego dochodzą zintegrowana obrona powietrzna i przeciwrakietowa oraz dowodzenie na poziomie teatru działań. Tych luk nie zasypie się w rok; wymaga to pieniędzy, czasu i – co najtrudniejsze – wspólnych zamówień w 5–7 programach flagowych, z gwarancją serwisu i długich serii, a nie „każdy sobie”.

Najbliższe dwa, trzy lata da się jednak zagospodarować bez rewolucji: domknąć łańcuchy w amunicji (prochy, ładunki, łuski), sformatować wspólne linie montażu OPL krótkiego i średniego zasięgu oraz tanich efektorów antydronowych, zbudować sieć MRO dla sprzętu przekazywanego Ukrainie i ujednolicić standardy łączności taktycznej „od Tallinna po Palermo”. Do czasu wejścia własnych dostaw można współdzielić tankowce i transportowce – leasingiem lub w ramach pooled capacity. To nie lista marzeń, tylko proste ruchy, które natychmiast podnoszą gotowość.

Polityka kosztów: jak wytłumaczyć wyborcom „więcej obrony”

Europejska „autonomia przez zdolności” zderza się z realną polityką: inflacja wyssała cierpliwość podatników, a wydatki obronne łatwo zamieniają się w plemienny spór. Dlatego decydujące będzie uczciwe powiązanie bezpieczeństwa z miejscami pracy, energią i łańcuchami dostaw. Jeżeli programy zbrojeniowe będą transgraniczne, ale realnie zakotwiczone w regionach – z montowniami, serwisem i szkoleniem – łatwiej utrzymać mandat społeczny na „więcej Europy w obronie”. To nie jest anty-NATO. To przepis na dorosłe NATO, w którym USA skupiają się na Indo-Pacyfiku i przełomowych technologiach, a Europa dowozi konwencjonalną obronę własnego terytorium i zaplecze dla Ukrainy.

Puenta jest prosta: im szybciej uzupełnimy luki w ISR, logistyce, OPL i amunicji, tym mniejsze ryzyko kryzysu zaufania po obu stronach Atlantyku. Wtedy artykuł 5 będzie nie tylko „żelazny” w słowach, ale i w praktyce – nawet w epoce, gdy Waszyngton częściej patrzy na Pacyfik niż na Ren.

DF, thefad.pl / Źródło: White House, Reuters, UK Government – JEF/Ukraine; Chatham House, CFR/Brookings

 


Adam Mazguła: Braun wzywa Boga, Moskwa zaciera ręce. Modlitwy w sądzie zamiast prawa

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Modlitwy i śpiewy wzywające Boga w sądzie stają się w Polsce tłem dla politycznego spektaklu. Na ławie oskarżonych siedzi „wojownik kołchozowy z koroną polską w myślach”, wokół niego „konfidenci antypolskiej zdrady targowickiej”, szykujący się do roli oligarchów nowego cara. Obiecują, że w imię Boga Wszechmogącego i Maryi zawsze Dziewicy „rozniosą eurokołchoz”, zwalczą obcych i banderowców, izolują Polskę dla Putina, a przerażony sędzia znów nie egzekwuje prawa wobec współczesnych „faszystów katolickich”

Modlitwy i śpiewy wzywające Boga w sądzie.

Gdzie w Polsce modlitwy publiczne, tam i geniusze lumpen-parafialni, tradycyjni górale faszyzmu i rosyjskie interesy.

Na ławie oskarżonych – on, wojownik kołchozowy z koroną polską w myślach i z nadzieją. Wokół sami przyszli magnaci, czyli konfidenci antypolskiej zdrady targowickiej, nie jacyś tam zwykli, tylko korony polskiej. A że koronę król Stasiu zawiózł do Rosji w zamian za udział w łóżkowych igraszkach carycy Katarzyny, to negocjują z Putinem jej zwrot za wierną służbę jako kandydaci na oligarchów nowego cara.

Obiecują zwalczyć obcych, LGBT, jarmułkowych, banderowców, roznieść „eurokołchoz”, izolować dla cara Putina Polskę, i to w imię Boga Wszechmogącego oraz Maryi zawsze Dziewicy. Tak wyglądają współcześni Krzyżacy, szykujący się na kolejną krwawą krucjatę chwały Bożej.

I tylko przerażony sędzia nie ukarał podsądnego, bo Braun przecież nic więcej nie robi, tylko korzysta z bezkarności w demokracji wiecznie przestraszonej.

 

Co za cyrk, co za kompromitacja religii i powagi sądu przez współczesnych rosyjskich szmalcowników Brauna.

Od lat nie ma zdecydowanych działań prawnych w stosunku do faszystów katolickich i rosyjskich szpicli. W tej sytuacji mamy wszędzie poważne problemy na arenie niepoważnych klaunów. A wystarczy bezwzględnie i konsekwentnie egzekwować prawo. Naiwny jestem, bo myślałem, że wracamy do normalności.

Adam Mazguła

 


Roman Giertych: Maski opadły. USA, Rosja i Elon Musk kontra Europa

Roman Giertych

Roman Giertych

Europa z dnia na dzień coraz wyraźniej widzi, że nie jest już dla USA „strategicznym partnerem”, lecz pionkiem w większej rozgrywce z Rosją i Chinami. Gdy Trump szuka porozumienia z Putinem, a Elon Musk otwarcie atakuje Unię Europejską, stawką staje się bezpieczeństwo Polski i całego regionu. Jeśli chcemy pokoju, musimy zacząć myśleć jak państwo frontowe i przygotować się na najgorszy scenariusz – zanim będzie za późno

Strategia USA, wyłożona w oficjalnym dokumencie rządowym, uznaje Europę za konkurenta, gdyż przeszkadza w porozumieniu z Rosją. Dopóki bowiem Europa finansuje Ukrainę, porozumienie Trumpa z Putinem nie może wejść w życie. Zaciekły opór Ukrainy przed armią rosyjską, podtrzymywany przez stały dopływ pieniędzy europejskich, powoduje, że Wielki Reset Trumpa nie może być skuteczny. To wywołuje jego i Putina wściekłość. W otwarty sposób prezentuje tę wściekłość Elon Musk, wzywający do zniszczenia Unii Europejskiej, która utrudnia USA wywieranie nacisków na poszczególne kraje. Musk ujawnił to, co myślą ludzie Trumpa. Ich maski opadły.

Waszyngton pod rosyjskim wpływem? Dlaczego USA przestają być pewnym sojusznikiem

Odrzyjcie się ze złudzeń. Rosjanie opanowali władzę w Waszyngtonie i nim to się nie zmieni, musimy uznawać USA przynajmniej za wątpliwego alianta, a może nawet za przeciwnika. Można łudzić się, że „doskonałe relacje Nawrockiego z Trumpem” nam w sytuacji zagrożenia pomogą, ale kto w nie wierzy, jest gorszym idiotą niż ten, kto wierzy w chęć pokoju ze strony Putina. Prawda jest taka, że jak mamy na kogoś liczyć, to liczmy na siebie i na tych, którzy mają interes w tym, aby nam w razie zagrożenia pomóc.

Unia Europejska jako ostatnia tama przed dealem Trump–Putin

Taki interes obecnie mają kraje UE. Kto więc chce zniszczyć UE, ten chce zniszczyć jedyny mechanizm, który może nam pomóc w razie otwartego konfliktu z Rosją. Dlatego pielęgnowanie sojuszu z krajami europejskimi i Turcją to nasza absolutna racja stanu. Nawet zresztą odejście Trumpa nie musi zmienić perspektywy USA, gdyż wygląda na to, że Amerykanie za iluzję pomocy Rosjan w konflikcie z Chinami są gotowi oddać wszystko. Nie wykluczam, że również Europę Środkową. Lepiej sobie to powiedzieć na głos i szykować się na najgorszy wariant, niż żyć złudzeniami.

Polska odpowiedź: odstraszanie przez zdolność do głębokiego uderzenia

Jaka musi być nasza odpowiedź? Droga jest tylko jedna: uzbroić się tak, aby atak na nas oznaczał straty nieakceptowalne wewnętrznie dla Rosji. Przede wszystkim musimy rozwinąć zdolność do głębokich uderzeń. Jeśli będziemy w stanie zniszczyć wszystkie elektrownie jądrowe w Rosji, to nikt nie zastraszy nas bronią jądrową. Jeżeli będziemy w stanie zniszczyć Kreml i pół Moskwy, to nikt nie uderzy w Warszawę. Jeżeli będziemy w stanie w 10 minut zrobić z Królewca pustynię, to nikt z niego nam nic nie wystrzeli itd. I o ile będziemy w stanie obronić się długo sami, to pomogą nam inni.

Armia, przemysł obronny i złoto: jak zbudować realną siłę państwa

Czy to jest możliwe? Jest. Mamy jeszcze trochę czasu, zanim Rosja może sobie pozwolić na jakiekolwiek kroki zaczepne wobec nas. Jednakże wymaga to przestawienia się na tryb zupełnie nadzwyczajny. Musimy zdobyć dodatkowe pieniądze na armię i zacząć je wydawać w kraju, bo systemy amerykańskie mogą nie mieć wsparcia w sytuacji „W”. Jeżeli kupować z zagranicy, to lepiej kupować od tych, którzy będą mieli interes, aby nam części sprzedawać, bo będziemy ich przedmurzem, czyli od krajów europejskich, a szczególnie od krajów skandynawskich.

Dzięki dobrej polityce gospodarczej polski budżet jest coraz większy, ale myślę, że czas pomyśleć również o planie częściowej sprzedaży przedsiębiorstw (nie o charakterze strategicznym), aby zainwestować mocniej w rodzimy przemysł obronny.

Przemyślałbym również sprawę ściągnięcia do Polski naszych rezerw złota. Pozostawianie ich w USA czy w Wielkiej Brytanii może nas dodatkowo uzależniać. Nie wiem, dlaczego NBP nie zbuduje jakiegoś dużego skarbca w środku Sudetów.

Trump, jego zwolennicy i widmo powtórki z 1938 roku

Idą trudne czasy, a my w Polsce mamy połowę sceny politycznej w rękach zwolenników Trumpa. Oni ufają Orbanowi i Putinowi, podobnie jak ich duchowi poprzednicy w 1938 ufali Hitlerowi i z Węgrami rozbierali Czechosłowację. Już rok później, w 1939, przerzucili się, wierząc w Anglię, jak PiS, Bosak i Braun wierzyliby pewnie, po rozpadzie UE, w zapewnienia USA o wiecznym sojuszu. Niech chociaż raz historia nas czegoś nauczy.

Si vis pacem, para bellum – lekcja, której nie możemy zignorować

Si vis pacem para bellum. Chcesz pokoju, szykuj wojnę. Gdy będziemy do wojny dobrze przygotowani, to się ona nie wydarzy.

Roman Giertych

 


Europa do „korekty”. Co nowa strategia USA znaczy dla UE i Polski

Zapomnijcie o NATO, jakie znacie. Strategia bezpieczeństwa USA, którą właśnie ogłoszono w Waszyngtonie, nie pudruje relacji z Europą, stawia je na ostrzu noża. Dokument mówi o „cywilizacyjnym osłabieniu” kontynentu i zapowiada „kultywowanie oporu” wobec obecnego kursu Unii. W praktyce oznacza to polityczne wsparcie dla sił ‘patriotycznych’, które mają ten kurs odwrócić. W Moskwie słychać brawa, w Brukseli zgrzytanie zębów.

Fot. thefad.pl / AI

USA piszą Europie nowy scenariusz

Waszyngton łączy słabości Europy z migracją, polaryzacją i „przeregulowaniem”, zjawiskami, które w tej logice podkopują konkurencyjność, zdolność do projekcji siły i spójność społeczną. Z tego wywodzi postulat „skorygowania kursu”: mniej instytucjonalnego centralizmu, więcej decyzji w stolicach narodowych, priorytet bezpieczeństwa nad agendami regulacyjnymi. W tym świetle rosnące poparcie dla sił „patriotycznych” jawi się autorom jako dźwignia zmiany, którą warto wzmacniać. To nie język dyskretnej dyplomacji, lecz zapowiedź politycznego nacisku, od narracji po instrumenty współpracy. Dla krajów Unii to test odporności: czy potrafią bronić własnych wyborów i ładu instytucjonalnego, gdy najważniejszy sojusznik zaczyna grać na rozluźnienie integracji jako takiej.j.

Rosja: mniejsza moralistyka, więcej transakcji

Strategia nie piętnuje Rosji słowem „wróg”, tylko mówi o „stabilności strategicznej” i szybkim końcu działań zbrojnych. W praktyce to preferencja dla rozejmu „tu i teraz”, zanim Kijów odzyska przewagę. Komentatorzy „Financial Times” zwracają uwagę, że takie podejście przesuwa akcent z odstraszania na wygaszenie walk, co zwykle zamraża front. Analitycy z CFR i Atlantic Council piszą o rosnącej „transakcyjności” polityki USA: jeśli „stabilność” staje się celem samym w sobie, łatwiej zaakceptować terytorialne status quo. Reuters i „The Guardian” odnotowują, że Kreml czyta to jako szansę na oddech i legitymizację zdobyczy. „Washington Post” oraz „The Times” podkreślają, że dla Ukrainy „szybki pokój” bez twardych gwarancji to pauza techniczna grożąca erozją wsparcia. Eksperci CSIS przypominają wprost: rozejm bez mechanizmów bezpieczeństwa nagradza agresję dziś i prowokuje kolejną jutro.

Dobra wiadomość dla Kremla

Rosja odczytuje strategię jako sygnał, że Zachód jest zmęczony wojną, a pęknięcie transatlantyckie realne. Publicyści „Financial Times” i analitycy CFR/Atlantic Council zwracają uwagę, że priorytet „stabilności” sprzyja rozejmowi na obecnej linii frontu, co de facto nagradza agresję i osłabia odstraszanie. Reuters i „The Guardian” notują, że taki przekaz wzmacnia w Moskwie wiarę w przeczekanie sankcji i rozgrywanie europejskich podziałów, podczas gdy w USA i UE łatwiej sprzedać wyborcom „koniec wojny” niż kosztowną czujność. „Washington Post” przypomina, że dla Kijowa „szybki pokój” bez twardych gwarancji to tylko pauza techniczna grożąca cementowaniem strat i erozją wsparcia.

Europa pod presją działania

Po publikacji strategii USA stolice UE muszą wyjść z trybu deklaracji i wejść w tryb realizacji: przyspieszyć produkcję amunicji i obrony powietrznej, zawierać wieloletnie kontrakty oraz realnie skoordynować wspólne zakupy.

Według „Financial Times” kluczowe okażą się tempo dostaw i wieloletnie kontrakty, a nie wskaźniki zapisane w budżetach. Reuters Breakingviews dodaje, że bez fabryk, kadr i długich serii zamówień nowy cel NATO: 5 proc PKB na bezpieczeństwo (co najmniej 3,5 proc. na wydatki obronne i do 1,5 proc. na inwestycje okołobezpieczne, pozostanie tylko cyframi w tabelach.

Eksperci CFR i Atlantic Council wskazują na konieczność stałego finansowania dla Ukrainy poza cyklem wyborczym oraz na rolę państw „kotwic”, zwłaszcza Polski i Niemiec w budowie europejskiego zaplecza amunicyjnego. Bruegel zwraca uwagę na koordynację popytu, by unikać kanibalizacji krajowych programów, a SIPRI i IISS przypominają o odbudowie zapasów i interoperacyjności.

„Washington Post” pisze wprost: Europa będzie rozliczana nie z oświadczeń, lecz z tego, czy utrzyma stałe dostawy dla Kijowa i zdolność produkcyjną po 2025 roku. Innymi słowy bez jasnych kryteriów rozliczania postępów „autonomizacja” pozostanie hasłem, nie polityką.

Trzy realistyczne ścieżki do 2026

  • Autonomizacja z przyspieszeniem: skok wydatków, wspólne finansowanie przemysłu, większa obecność wojskowa na wschodniej flance.
  • Układ przejściowy: Europa dokłada, USA zostają „nadzorcą” ładu mniej wojsk, więcej presji.
  • Dryf: brak decyzji i rozjazd polityk narodowych; Ukraina traci impet, Rosja zyskuje czas.

Najbardziej prawdopodobny dziś jest wariant drugi. Ale tylko do momentu, gdy zabraknie amunicji lub cierpliwości wyborców. Wtedy rachunek przyjdzie natychmiast.

DF, thefad.pl / Źródło: National Security Strategy, Reuters, The Guardian, Al Jazeera, NATO