Romana Giertych list do Kaczyńskiego w związku z produkcją filmu TVP na jego temat

Roman Giertych
Dowiedziałem się, że wraże i zwodnicze siły zarządzające TVP pragnąc pomniejszyć Twe znaczenie tworzą o Twej postaci jedynie skromny film dokumentalny zamiast serialu. Podrzucam Ci więc tematy do kolejnych odcinków „Człowieka zbuntowanego”. Ponieważ chciałeś mi zapewnić u Ziobry wikt i opierunek, to ostatni odcinek mógłby nawiązywać do twych życzeń dla innych i możemy go nazwać „Bunt pod celą”. Ale scenariusz do tego odcinka napisze pewnie życie...
Drogi Kuzynie!
Śpieszę się przestrzec Cię przed zbytnią, tak zwykłą dla Ciebie, skromnością, która może nasz Wielki Naród pozbawić szansy na poznanie Twojej Kuzynie wielkości. Dowiedziałem się bowiem, że wraże i zwodnicze siły zarządzające TVP pragnąc pomniejszyć Twe znaczenie tworzą o Twej postaci jedynie skromny film dokumentalny zamiast serialu.
Ten przykład obrzydliwego hejtu, który dotyka Cię bez przerwy ze strony TVP (podobnie jak w każdych prawie Wiadomościach) jest oburzający! To hejt przez zaniechanie mówienia dobrych o Tobie rzeczy, czyli najgorsza i najtrudniejsza do identyfikacji kategoria hejtu, która jednak winna być zwalczana z gorliwością.
Jestem przekonany, że prawda o Tobie i Twojej przewodniej roli w obalaniu komunizmu już niedługo zagości w podręcznikach historii, religii, polskiego i biologii. Jednakże to nie umniejsza roli TVP! Za co do diaska płacimy te miliardy na tych darmozjadów, którzy nawet o swoim dobroczyńcy serialu nie chcą wyprodukować? Dlatego też musisz ich trzymać krótko.
Wystarczy abyś przesłał Jackowi Kurskiemu mój list z dopiskiem odręcznym „Wykonać”, a już on składając pocałunki na każdej literce napisanej twoją dłonią w przerwach całowania wyda stosowne polecenia i serial powstanie.
Podrzucam Ci więc tematy do kolejnych odcinków „Człowieka zbuntowanego”.
- Bunt na księżycu – przedstawi twój kuzynie bunt przeciwko ówczesnym władzom PRL-u polegający na tym, żeś przyjął jako dziecko propozycje Julii Bystigerowej i zagrał (ocierając się o Oskara) porywającego księżyc, co miało być już twoim pierwszym sygnałem do Narodu, aby dał się porwać do walki z komuną.
- Bunt na uczelni – to o twoich pochodach na 1 Maja, gdy idąc w szeregu zagubionych naukowców podstępnie sączyłeś im do ucha antykomunistyczne tezy.
- Bunt pod kołdrą. To o twoich działaniach 13 grudnia, gdy podstępnie zmyliłeś bezpiekę, która sądziła, że wstaniesz przed południem i wyjdziesz z domu (do domu się bali wchodzić, ze względu na osobę, która go wam podarowała za Stalina), gdzie Cię chcieli capnąć i aresztować. Bunt pod kołdrą ośmieszył ich okrutnie.
- Bunt kapciowego. Odcinek o Wałęsie i twojej zemście na nim za to, że się wepchnął przed Ciebie po nagrodę Nobla.
- Człowiek ze Srebrnej. To o tym, jak ukradziony przez PZPR Narodowi majątek uratowałeś, przejmując go. Odcinek zakończymy prezentacją dwóch pięknych wież na ocalonej działce, za których projekt sprytnie nie zapłaciłeś grosza, a masz.
- Bunt przeciw fizyce. Tu przedstawi się działania twego przyjaciela Macierewicza, które są największym rządowym buntem przeciw prawom fizyki od czasów Einsteina.
- Bunt przeciw Polsce. To o czasach twej władzy, gdy postanowiłeś zbuntować się przeciwko temu wszystkiemu co Polskę stanowiło, aby zamienić kraj w twoje podobieństwo.
I myślę drogi Kuzynie, że taka prawda o twoim buncie się Polakom należy.
Zawsze życzliwy,
Roman Giertych
PS.
O, byłbym zapomniał. Ponieważ chciałeś mi zapewnić u Ziobry wikt i opierunek, to ostatni odcinek mógłby nawiązywać do twych życzeń dla innych i możemy go nazwać „Bunt pod celą”. Ale scenariusz do tego odcinka napisze pewnie życie…
TVP szykuje dokument o Jarosławie Kaczyńskim „Człowiek zbuntowany”
Telewizja Polska przygotowuje film dokumentalny o działalności opozycyjnej lat 70. i 80. ukazujący postać Jarosława Kaczyńskiego i jego drogę do polityki. Do udziału w produkcji zaproszony został wicemarszałek Senatu Bogdan Borusewicz. W środę w mediach społecznościowych ujawnił treść otrzymanego w tej sprawie maila.
Bogdan Borusewicz odpisał, że nie zamierza wypowiadać się do filmu, ponieważ poznał Kaczyńskiego dopiero w 1988 roku i nic nie wie o jego działalności opozycyjnej.
Reżyserką filmu o Kaczyńskim jest Ewa Świecińska. Świecińska wyreżyserowała film dokumentalny „Pucz” o blokowaniu mównicy sejmowej przez część polityków opozycji na przełomie grudnia 2016 i stycznia 2017 roku. Jest też drugą reżyserką filmu fabularnego „Smoleńsk”. Odpowiadała za spoty emitowane w 2017 r. w TVP z okazji Dnia Flagi i Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych.
(df), thefad.pl
Rosja. Aresztowania i narastająca fala represji wobec opozycji

Roman Gonczarenko
Na kilka miesięcy przed wyborami do Dumy, rosyjski wymiar sprawiedliwości zaostrzył działania wobec polityków opozycji.
Началось судебное заседание pic.twitter.com/wU06DXDVEy
— Андрей Пивоваров (@brewerov) June 2, 2021
Sytuacja, do której doszło na płycie lotniska Pułkowo w Sankt Petersburgu w poniedziałek wieczorem, przypominała aresztowanie białoruskiego blogera Romana Protasiewicza osiem dni wcześniej. Tym razem chodziło o rosyjskiego polityka opozycyjnego Andrieja Piwowarowa. Jednak samolot pasażerski nie został zmuszony do awaryjnego lądowania pod najwyraźniej fałszywym pretekstem jak w przypadku Protasiewicza.
Piwowarow został zatrzymany z udziałem wielu funkcjonariuszy policji na kilka minut przed odlotem do Polski.
– Był już w samolocie. Nagle samolot został zatrzymany i przez okno zobaczył dużo policji – powiedziała DW bliska współpracowniczka Piwowarowa, Tatiana Usmanowa.
Rosyjski wymiar sprawiedliwości zarzuca 39-letniemu politykowi opozycji współpracę z krytyczną wobec Kremla organizacją Otwarta Rosja miliardera naftowego i krytyka Kremla Michaiła Chodorkowskiego. Piwowarowi grozi od dwóch do sześciu lat więzienia.
Андрей Пивоваров: „В Кремле знали, что я планировал выдвигаться в Госдуму. Ничем другим мотивировать такие действия нельзя, потому что дело явно сфабриковано”. pic.twitter.com/iZTCl7u2ZD
— Андрей Пивоваров (@brewerov) June 2, 2021
Niechciana w Rosji
Chodorkowski założył Otwartą Rosję w 2001 roku. Po jego aresztowaniu organizacja działała jako ruch i luźne stowarzyszenie regionalnych organizacji pozarządowych. Jego członkowie byli zaangażowani w edukację, media i rozwój społeczeństwa obywatelskiego. Organizacje o tej samej nazwie są zarejestrowane w Wielkiej Brytanii, gdzie Chodorkowski mieszka od czasu zwolnienia. W 2017 r. zostały one uznane w Rosji za „niepożądane” i faktycznie zabronione.
Od tego czasu rosyjska organizacja stara się kontynuować działalność jako niezależna struktura. Piwowarow pełni funkcję dyrektora wykonawczego i kieruje regionalnym przedstawicielstwem Otwarty Petersburg. Jeszcze kilka dni temu ogłosił rozwiązanie całej organizacji, aby zapobiec aresztowaniom. Najwyraźniej za późno.
Z Sankt Petersburga Piwowarow został przewieziony do Krasnodaru na południu Rosji, gdzie czeka go proces. Spekuluje się o przyczynach tego transferu. Według oficjalnych informacji Piwowarow jest oskarżony o reklamowanie niepożądanej organizacji w sierpniu 2020 roku. Tatiana Usmanowa mówi, że Piwowarow angażował się na Facebooku na rzecz byłej koordynatorki Otwartej Rosji w Krasnodarze, która została skazana. Podobnie jak w jej przypadku, Piwowarow został początkowo dwukrotnie ukarany grzywną za wykroczenie. Teraz grożą mu konsekwencje karne.
Ostatnio Piwowarow występował jako YouTuber i brał udział w protestach na rzecz uwolnienia opozycyjnego polityka Aleksieja Nawalnego. Po aresztowaniu przeszukano jego mieszkanie.
Rewizje przed wyborami do Dumy
We wtorek przeszukano także mieszkanie opozycyjnego polityka i byłego deputowanego Dumy Dmitrija Gudkowa oraz innego byłego szefa Otwartej Rosji Aleksandra Sołowiewa. Dmitrij Gudkow został zatrzymany we wtorek wieczorem. Dlatego niektórzy obserwatorzy w Rosji mówią o narastającej fali represji mającej na celu usunięcie z pola widzenia polityków i działaczy opozycji.
Kilka tygodni temu siatka Nawalnego została skutecznie rozbita. Dlaczego? W połowie września będzie wybierana nowa Duma. Poparcie dla kremlowskiej partii Jedna Rosja spadło ostatnio do około 30 procent. Chodorkowski kpił na Twitterze, że postępowanie z Piwowarowem pokazuje, jak pewna zwycięstwa jest kremlowska partia.
Tatiana Usamanowa również widzi związek z wyborami. Piwowarow prowadził negocjacje z opozycyjną lewicowo-liberalną partią Jabłoko odnośnie do swojej ewentualnej kandydatury. Również Gudkow sygnalizował zainteresowanie.
– Rząd nie potrzebuje niezależnych kandydatów. Są oni wypychani z kraju lub aresztowani – mówi Usmanowa. Spodziewa się ona dalszych aresztowań.
REDAKCJA POLECA
Dobra wiadomość dla miłośników kawy. Wiemy ile filiżanek kawy dziennie można wypić
Kawa jest jednym z najpopularniejszych napojów, bez którego wiele osób nie wyobraża sobie poranka, ale przez lata narosło wokół niej wiele mitów. Z badania Fundacji „Żywność, Aktywność Fizyczna i Zdrowie” realizowanego przez Biostat w maju tego roku wynika, że prawie połowa Polaków obawia się kołatania serca i bezsenności po wypiciu więcej niż dwóch filiżanek dziennie. Ponad 71 proc. ankietowanych uznało, że nadciśnieniowcy w ogóle nie powinni pić kawy. Tymczasem napój ten może mieć na zdrowie wręcz pozytywny wpływ.

Picie trzech–pięciu filiżanek kawy może obniżać ciśnienie i zmniejszyć ryzyko zawału. Polacy jednak obawiają się pić więcej niż dwie kawy dziennie.
Kawa podnosi, czy obniża ciśnienie?
– Kawa co prawda podnosi ciśnienie, ale na chwilę. Efekt całościowy, zwłaszcza picia kilku filiżanek kawy, jest raczej diuretyczny i obniża ciśnienie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Artur Mamcarz, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych i Kardiologii na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.
Ile filiżanek kawy dziennie można wypić?
– Kilka lat temu w „Circulation”, amerykańskim czasopiśmie, które porusza różne problemy medyczne i kardiologiczne, ukazały się wyniki badania wskazującego, że rekomendowana bezpieczna ilość kawy to trzy–pięć filiżanek dziennie. Wtedy następuje optymalny wpływ kawy na zdrowie sercowo-naczyniowe. To jest ilość umiarkowanego spożycia – dodaje Artur Mamcarz.
Wiele osób nie wyobraża sobie dnia bez kawy. Dla jednych to pewien rytuał i forma przyjemności. Dla innych sposób na pobudzenie, łagodzenie zmęczenia, wyostrzenie zmysłów i koncentracji. Napój ten może zwiększać też poziom serotoniny, nazywanej hormonem szczęścia.

Wiele osób obawia się jednak wpływu picia kawy na ciśnienie tętnicze i jej obciążającego wpływu na zdrowie.
Jak wynika z badania Biostat, przeprowadzonego w ramach projektu „Kawa i zdrowie”, 47 proc. Polaków obawia się kołatania serca i bezsenności w efekcie zwiększenia ilości wypijanej kawy powyżej dwóch filiżanek dziennie. Podobny odsetek osób pytanych o powód, dla którego nie piją jej większej ilości w ciągu dnia, ocenił, że byłoby to niezdrowe.
Fakty i mity
Prof. Artur Mamcarz wyjaśnia, że wokół kawy narosło wiele mitów. Jednym z najpopularniejszych jest właśnie ten, że podnosi ona ciśnienie, podczas gdy jej długotrwały wpływ jest dokładnie odwrotny.
– W kawie i herbacie jest zawarty ten sam związek. W kawie nazywany kofeiną, a w herbacie – teiną. W yerba mate też znajduje się podobny związek. Smak i wygląd kawy, herbaty czy yerba mate zależą od dodatkowych substancji, ale związki polifenolowe zawarte w tych napojach podnoszą ciśnienie tylko na chwilę. Natomiast patrząc na wpływ sporej ilości kawy, to de facto możemy zaobserwować nawet pewien efekt obniżający ciśnienie, bo kawa ma wpływy diuretyczne, odwadniające. W związku z tym to odwodnienie – nieduże, nieistotne klinicznie – powoduje, że możemy zaobserwować spadek ciśnienia – tłumaczy.
Czy chorzy na nadciśnienie, mogą pić kawę?
W badaniu Biostat ponad 71 proc. badanych Polaków uznało, że nadciśnieniowcy nie powinni pić kawy. Wytyczne lekarskie nie wskazują jednak, aby chorzy na nadciśnienie musieli jej unikać – pod warunkiem, że schorzenie pozostaje pod kontrolą lekarza.
– Pytanie, czy chorzy na nadciśnienie, na które w Polsce choruje nawet 10–11 mln osób, mogą pić kawę, pada często w gabinetach lekarskich. Tutaj można się powołać na europejskie wytyczne opracowywane przez ekspertów kilka lat temu. Nie ma w nich słowa na temat kawy. Czyli nie dość, że nie zabraniają one picia kawy, to nawet nie odnoszą się do tego problemu – mówi kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych i Kardiologii na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. – Dla tych, którzy mają rozpoznane nadciśnienie, ale są rzetelnie, sumiennie leczeni, picie kawy jest jedną z przyjemności, którą możemy wręcz rekomendować.
Osoby pijące kawę powinny uważać na to, ile jej spożywają, a także na inne produkty zawierające kofeinę, aby nie przekroczyć jej bezpiecznej dawki. Lekarze wskazują jednak, że picie kawy w umiarkowanych ilościach, czyli od trzech do pięciu filiżanek dziennie, może mieć wręcz pozytywny wpływ na przebieg chorób sercowo-naczyniowych.
– Wiemy, że kawa może wpływać korzystnie na kontrolę ciśnienia i tak naprawdę nieco je obniżać. Są dane, które pokazują, że dzięki temu ryzyko miażdżycy i powikłań, choroby wieńcowej czy niedokrwiennych udarów mózgu jest niższe – wymienia prof. Artur Mamcarz. – Są też prace, które pokazują, że w przypadku osób z niewydolnością serca albo po zawale zwyczaj picia kawy po takim incydencie może trochę minimalizować ryzyko.

Czy kawa jest niezdrowa?
Kolejny popularny mit dotyczący kawy głosi, że picie jej może wypłukiwać z organizmu magnez, przez co konieczna jest jego suplementacja. To jednak również nie do końca jest prawdą.
– Kawa zawiera magnez, ale mając efekt diuretyczny, powoduje też, że część tego magnezu wydalamy. Natomiast bilans jest neutralny, wychodzi na zero – wyjaśnia ekspert.
Kawa może mieć więcej pozytywnego oddziaływania na nasze zdrowie. Przyjmuje się, że może zmniejszać ryzyko depresji czy choroby Alzheimera, pozwala dłużej zachować koncentrację i funkcje poznawcze, a nawet może zapobiegać niektórym chorobom nowotworowym.
– W onkologii kawa ma dobrą prasę. Wiadomo, że pita umiarkowanie zmniejsza ryzyko niektórych chorób nowotworowych, np. raka jelita grubego i raka wątroby – mówi prof. Artur Mamcarz.
Ekspert warszawskiego Uniwersytetu Medycznego wskazuje też, że publikowane corocznie przez Instytut Żywności i Żywienia wskazówki dotyczące sposobu odżywiania i zdrowego trybu życia również obejmują kawę i zalecają jej umiarkowane spożycie.
– Jesienią ubiegłego roku talerz zdrowia zastąpił dotychczasową piramidę zdrowego żywienia. W zaleceniach znalazły się zarówno różne produkty, które należy wybierać, jak i te, których należy unikać. Natomiast obok tego talerza stoi filiżanka kawy. Trzy do pięciu filiżanek kawy dziennie możemy większości osób zarekomendować – podkreśla.
(df), thefad.pl / newseria
Jak odebrać nagrodę korzystając kodu Betfan?
Jednym z legalnie działających bukmacherów na polskim rynku jest Betfan. Przygotował on dla graczy między innymi bonus, w ramach którego mogą oni powiększyć swoje saldo przy rejestracji konta w w serwisie bukmachera. Warto sprawdzić tą ofertę oraz dowiedzieć się, jak odebrać dodatkowe pieniądze na obstawianie w serwisie internetowym lub poprzez aplikację bukmachera Betfan. Jak to zrobić, by objęła nas promocja i byśmy mogli zacząć typowanie z dodatkowymi środkami na swoim saldzie?

Zacznijcie od rejestracji
Przede wszystkim musicie krok po kroku przejść przez cały proces rejestracji. Na tym etapie nie zapomnijcie o wypełnieniu rubryki kod betfan. W tym miejscu należy wpisać dedykowany kod promocyjny TYPERVIP, dzięki któremu będziecie mogli skorzystać między innymi z zakładu bez ryzyka do 600 złotych. To bardzo atrakcyjna promocja, ponieważ minimalizujemy ryzyko utracenia pieniędzy przy pierwszych zakładach. Nawet za przegrane kupony do 600 złotych dostaniemy zwrot na nasze saldo i znów będziemy mogli zacząć typowanie. Zakłady bukmacherskie to przede wszystkim pasjonujące hobby i sposób na zwiększenie emocji w trakcie oglądania wydarzeń sportowych. W przypadku skorzystania z dodatkowego bonusu od Betfan, macie szanse na potencjalny zarobek, ale przede wszystkim niewiele ryzykujecie. W końcu pierwsze przegrane wkłady w kupony zostaną Wam zwrócone.
Aby otrzymać pieniądze z cashbacku, czyli zakładu bez ryzyka, z powrotem na swoje saldo, warto zapoznać się z regulaminem usługi i postawić zakłady zgodnie z nim. W procesie rejestracji koniecznie wpiszcie kod promocyjny betfan TYPERVIP, żeby promocja Was objęła. W przypadku Betfan po skorzystaniu z cashbacku, musimy nim obrócić 1x na kuponie AKO z minimum trzema zdarzeniami i kursem całkowitym przekraczającym 3,80. W ten sposób spełnimy wszystkie wymogi regulaminu i pieniądze będziemy mogli z powrotem przelać z naszego salda na konto bankowe. To bardzo atrakcyjne warunki realizacji tego bonusu i pod tym katem, bukmacher Bestfan jest bardzo prokliencki.
Jak aktywować bonus od drugiego depozytu?
W przypadku Bestfan mamy jeszcze jeden ciekawy bonus do wykorzystania na start. Jest to bonus od drugiego depozytu na wpłatę do wysokości 1000 złotych. Aby z niego skorzystać, tu również wpiszcie podawany wcześniej kod promocyjny TYPERVIP, który na Waszym koncie aktywuje specjalne funkcje i nowe możliwości bonusowe. Grę w zakładach bukmacherskich powinniśmy traktować przede wszystkim jako hobby i sposób spędzania wolnego czasu, dlatego warto korzystać z bonusów, dzięki którym dostajemy coś ekstra. W końcu w ten sposób zwiększamy szanse, że nasze pieniądze nawet w przypadku niepowodzenia, wrócą do nas.
W przypadku bonusu od drugiego depozytu, bukmacher Bestfan wpłaci na nasze saldo równowartość naszej drugiej wpłaty, ale maksymalnie do kwoty 1000 złotych. To znaczy, że jeżeli doładujemy saldo w drugiej wpłacie o 900 złotych, to drugie tyle dostaniemy od bukmachera na typowanie zakładów w jego ofercie. Aby wypłacić środki bonusowe z salda na własne konto, w tym wypadku również musimy spełnić szereg wymogów z regulaminu. Obrót tym bonusem musi być minimum trzykrotny na kuponach AKO z minimum trzema zdarzeniami, kursem całkowitym przekraczającym 2,50 i z pojedynczymi zdarzeniami z kursem powyżej 1,30. W tym wypadku wymogów wypłaty jest więcej, ale również są one realne do spełnienia, żeby nasze obstawianie zwiększyło szanse na ewentualny zarobek. Oczywiście nie traktujmy tego jako sposobu na życie, ponieważ gra w zakładach bukmacherskich powinna być przede wszystkim rozrywką. Róbcie to z głową i sprawdźcie, co do zaproponowania w pakietach bonusowych ma Bestfan.
Jak wybrać odpowiedni smartwatch dla swojego dziecka ?
Najlepsze smartwatche dla dzieci powinny być wystarczająco trwałe, aby wytrzymać uderzenia i stukanie, a także zaoferować zabawne funkcje, które zainteresują Twoje dzieci i zapewnią również spokój ducha.

Jak znaleźć odpowiedni smartwatch dla swojego dziecka ?

Najlepsze smartwatche dla dzieci powinny być wystarczająco trwałe, aby wytrzymać uderzenia i stukanie, a także zaoferować zabawne funkcje, które zainteresują Twoje dzieci i zapewnią również spokój ducha.
Są szczególnie przydatne, jeśli chcesz dać swoim dzieciom poczucie niezależności, ale nie jesteś jeszcze gotowy, aby kupić im smartfona.
Jeśli nie wiesz, od czego zacząć, kupując najlepszy smartwatch dla dzieci, lub chcesz dowiedzieć się więcej o funkcjach, na które należy zwrócić uwagę, przedstawiliśmy najważniejsze kryteria, które należy wziąć pod uwagę.
Trwałość i design

Najlepszy smartwatch dla dzieci powinien być taki, który wygodnie mieści się na mniejszych nadgarstkach i wygląda wystarczająco dobrze, by nosić go z dumą. Wiele modeli oferuje szeroką gamę kolorów i wzorów, które pomogą Twojemu dziecku wyrazić swoją osobowość. Poza estetyką, szukaj lekkich, trwałych konstrukcji, najlepiej z elastomerowymi opaskami, które są łatwe do czyszczenia, pozwalając dzieciom bawić się beztrosko.
Funkcje
Funkcje, których należy szukać przy zakupie najlepszego smartwatcha dla dzieci, zależą od tego, czego Ty lub Twoje dziecko potrzebujecie. Chcesz, aby były aktywne? Wybierz dowolny smartwatch dla dzieci od marki specjalizującej się w monitorach aktywności dla dorosłych.
Czy Twoje dzieci są bardziej zainteresowane używaniem zegarka do rozrywki lub nauki? Szukaj modeli z preinstalowanym grami i aplikacjami, z których można korzystać samemu lub z przyjaciółmi. W takich smartwatchach funkcje Bluetooth są niezbędne do aktualizacji i ułatwiają synchronizację zegarka z aplikacjami na telefonach, a Wi-Fi jest czasami pożądane w przypadku niektórych funkcji online, ale łączność 4G nie jest koniecznością.
Bezpieczeństwo
Smartwatche mogą być pierwszą przygodą Twojego dziecka z gadżetami i sieciami społecznościowymi, a Ty chcesz mieć pewność, że będzie to dla niego pozytywne i bezpieczne doświadczenie. Najlepsze smartwatche dla dzieci oferują kontrolę rodzicielską za pośrednictwem aplikacji, które pomagają śledzić, co robią Twoje pociechy i z kim rozmawiają. Niektóre są wyposażone w czujniki GPS, które są przydatne do śledzenia aktywności i także zapewniają wiedzę o tym, gdzie się znajdują.
Jeśli najważniejsze jest dla Ciebie bezpieczeństwo, kup smartwatch z dodatkowymi zabezpieczeniami funkcji geo-fencing i powiadomień w sklepie Xiaomi. Zaalarmują Cię, gdy Twoje dziecko wejdzie lub wyjdzie z bezpiecznej przestrzeni, a niektóre mogą również ostrzec władze. Podobnie jak w przypadku wszystkich gadżetów, upewnij się, że oprogramowanie zegarka i aplikacji są aktualne, aby chronić je przed lukami w zabezpieczeniach.
Żywotność baterii
Im więcej czujników ma smartwatch, tym więcej mocy potrzebuje, a to może drastycznie skrócić żywotność baterii. Niestety, jest to tylko fakt współczesnego życia, więc musisz zastanowić się, czy chcesz ładować zegarek każdej nocy, aby uzyskać zegarek z wieloma funkcjami, czy z przyjemnością porzucisz te funkcje na rzecz ładowania co tydzień. Przynajmniej jednak smartwatch powinien wytrzymać cały dzień w szkole, a najlepiej do wieczora.
Jak leczy otyłość. Czy wystarczy dieta i regularna aktywność fizyczna?
Jeśli już rozwinie się zaawansowana choroba otyłościowa, samymi dietą i ruchem najczęściej za wiele nie zdziałamy, by się wyleczyć. Odpowiedni sposób żywienia i regularna aktywność fizyczna są nieodzowne, jednak najlepiej sprawdzają się o krok wcześniej, czyli w zapobieganiu otyłości. Co zatem może najbardziej pomóc, gdy BMI dawno przekroczyło już poziom alarmowy?

– Otyłość to choroba przewlekła, bez tendencji do samoistnego ustępowania, charakteryzująca się nawrotami. Dlatego musi być leczona przez całe życie – podkreśla prof. Lucyna Ostrowska z Zakładu Dietetyki i Żywienia Klinicznego Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.
Jednocześnie, specjaliści zwracają uwagę na fakt, że w leczeniu otyłości zwykle bardzo mało skuteczne jest stosowanie samej tylko diety odchudzającej i zwiększonej dawki ruchu.
– Efekt leczenia niefarmakologicznego u pacjentów chorujących na otyłość wynosi zwykle 3-5 proc. utraty wyjściowej masy ciała i często nie jest on utrzymany w czasie – mówi prof. Paweł Bogdański z Katedry Leczenia Otyłości, Zaburzeń Metabolicznych i Dietetyki Klinicznej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.
Tymczasem skuteczność redukcji masy ciała za pomocą farmakologicznego leczenia otyłości szacowana jest przez ekspertów na 3-10 proc., a dzięki nowym lekom, które będą wprowadzone na rynek UE w przyszłym roku, ma się ona zwiększyć nawet do 15 proc. Warto w tym kontekście jeszcze dodać, że poza samym „odchudzaniem” pacjentów, leki stosowane są w leczeniu otyłości także w celu zapobiegania jej różnym powikłaniom. Dlatego specjaliści ds. leczenia otyłości bardzo ubolewają nad tym, że w naszych realiach farmakoterapia otyłości jest wciąż mało popularna i rzadko stosowana.
Oczywiście adekwatna dieta i odpowiedni poziom aktywności fizycznej pozostają w dalszym ciągu – niezmiennie – jednym z filarów terapii otyłości. Jednak w wielu przypadkach, zwłaszcza w zaawansowanej chorobie otyłościowej, te podstawowe metody redukcji masy ciała bardzo często okazują się po prostu niewystarczające.
Jak się wyleczyć, gdy diety i leki nie działają
Lista dostępnych dziś opcji terapeutycznych nie kończy się jednak na zmianach stylu życia i zażywaniu leków.
Prof. Lucyna Ostrowska podkreśla, że najskuteczniejszą znaną obecnie metodą leczenia zaawansowanej otyłości jest tzw. chirurgia bariatryczna, dzięki której uzyskuje się średnio od 7 aż do 38 proc. utraty masy ciała (w zależności od zastosowanej metody). W ramach chirurgicznego leczenia otyłości stosowane są różnego rodzaju zabiegi operacyjne, których celem jest m.in. radykalne zmniejszenie pojemności żołądka.
Dr hab. Łukasz Kaska z Centrum Leczenia Otyłości i Chorób Metabolicznych Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego podkreśla, że innym ważnym skutkiem zabiegów bariatrycznych jest usuwanie wraz z fragmentem żołądka także gruczołów wydzielających grelinę, która jest jednym z najsilniejszych sygnalizatorów głodu. Dzięki temu zabiegi bariatryczne istotnie wpływają na metabolizm i apetyt chorego, co pomaga w skutecznym zrzucaniu zbędnych kilogramów.
Ale uwaga! Chirurgiczne leczenie otyłości nie jest procedurą medyczną przeznaczoną do powszechnego stosowania u wszystkich chętnych otyłych osób.
Kto zatem może ubiegać się o kwalifikację do takiego zabiegu w świetle aktualnych standardów medycznych?
– Zabiegi bariatryczne należy rozważyć u dorosłych z BMI powyżej 40 kg/m2, jeśli inne metody terapii nie przynoszą spodziewanego efektu. Nie rekomenduje się wykonywania zabiegów bariatrycznych u chorych z BMI poniżej 35 kg/m2 – informuje prof. Lucyna Ostrowska.
Ponadto, zgodnie z aktualnymi wytycznymi, lekarze mogą też brać pod uwagę wykonanie zabiegu bariatrycznego u osób dorosłych z BMI ≥ 35 kg/m2, u których jednocześnie występują inne poważne choroby lub powikłania (np. cukrzyca typu 2), jeśli nie da się ich skutecznie kontrolować za pomocą zmian w stylu życia i farmakoterapii. Każdy pacjent jest do operacji kwalifikowany indywidualnie.
Fakty i mity na temat zabiegów bariatrycznych
Jak wiele osób w Polsce kwalifikuje się do wykonania takiej operacji?
Dr hab. Łukasz Kaska ocenia, że jest takich osób w naszym kraju kilkaset tysięcy. Tymczasem jak dotąd, rocznie wykonywało się w Polsce takich zabiegów najwyżej 5 tysięcy.
Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele, nie tylko leżących po stronie systemu ochrony zdrowia.
– W naszym społeczeństwie funkcjonuje wiele mitów i krzywdzących stereotypów dotyczących zabiegów bariatrycznych, np. taki, że są one pójściem na łatwiznę albo taki, że zabijają, czyli że są niezwykle niebezpieczne. Tymczasem m.in. ja, po ośmiu latach od swojej operacji, mogę zapewnić wszystkich, że naprawdę było warto – mówi Katarzyna Partyka ze Stowarzyszenia Pacjentów Bariatrycznych CHLO, które w swoich działaniach stara się m.in. zwiększać świadomość społeczeństwa na temat bariatrii, czyli w praktyce często także ośmielać osoby zmagające się z otyłością do podjęcia decyzji o wykonaniu takiego zabiegu.
Dzięki operacji i wprowadzonej po niej zmianie stylu życia Katarzyna Partyka pozbyła się niemal 70 kg.
Główną aktywnością stowarzyszenia jest organizowanie grup wsparcia w różnych miastach Polski dla osób po takich zabiegach, które dzięki nim wzajemnie motywują się do dalszej, wytrwałej walki z chorobą – w celu uniknięcia nawrotu.
Choć w praktyce z każdym zabiegiem chirurgicznym wiąże się mniejsze lub większe ryzyko, to jednak lekarze zgodnie przekonują, że w przypadku operacji bariatrycznych korzyści z nich wynikające zdecydowanie przewyższają ryzyko, o czym świadczy m.in. fakt, że otyłe osoby, które przeszły takie operacje żyją dłużej i mają znacznie lepszą jakość życia od tych, które się im nie poddały. Dane statystyczne wskazują, że większe ryzyko powikłań i większą śmiertelność okołooperacyjną mają tak powszechnie akceptowane zabiegi operacyjne, jak laparoskopowe wycięcie pęcherzyka żółciowego czy endoprotezoplastyka stawu biodrowego.
Warto też w tym miejscu polecić film, który pokazuje jak operacja bariatryczna zmieniła życie pewnego młodego człowieka, a konkretnie syna znanej dziennikarki – Małgorzaty Wiśniewskiej.
Po operacji bariatrycznej rzecz jasna leczenie się nie kończy – zabieg jest tylko jego pewnym, ważnym etapem. Zresztą, do samej operacji pacjent też musi się wcześniej odpowiednio przygotować, m.in. wprowadzając pewne zmiany w życiu, a także przyjmując odpowiednie leki. Po zabiegu pacjent pozostaje w kontakcie ze specjalistami – najlepiej, by zespół terapeutyczny składał się z lekarzy różnych specjalności oraz dietetyka, fizjoterapeuty i psychologa. Konieczna jest bowiem skuteczna i trwała zmiana nawyków, które sprzyjały rozwojowi choroby. Utrzymanie wagi jest wtedy jednak nieporównywalnie łatwiejsze, a wiele osób z czasem może odstawić przyjmowane wcześniej leki. Katarzyna Partyka na przykład nie musi już łykać tabletek na nadciśnienie.
W tym roku ma w Polsce wystartować pilotażowy program kompleksowej opieki specjalistycznej nad pacjentami leczonymi z powodu otyłości olbrzymiej (nazywany w skrócie KOS-BAR). Dzięki niemu ma istotnie zwiększyć się dostęp pacjentów do zabiegów bariatrycznych refundowanych przez NFZ.
Szczegóły na temat tego programu można znaleźć w dotyczącym go projekcie rozporządzenia Ministra Zdrowia na stronie Rządowego Centrum Legislacji (RCL).
Jedno jest pewne. Program ten jest w Polsce bardzo potrzebny, o czym świadczą najnowsze dane epidemiologiczne.
– Otyłość w Polsce występuje u 15,4 proc. mężczyzn i 15,2 proc. kobiet, a otyłość olbrzymia (BMI 40 lub więcej) u 0,5 proc. mężczyzn i 0,4 proc. kobiet – mówi dr Jerzy Gryglewicz z Uczelni Łazarskiego. Jednocześnie podkreśla, że z otyłością wiąże się występowanie wielu groźnych i trudnych w leczeniu powikłań, takich jak: cukrzyca typu 2, nadciśnienie tętnicze, choroba niedokrwienna serca, bezdech senny, choroba zwyrodnieniowa stawów, depresja czy niektóre nowotwory.
Przypomnijmy, że I stopień otyłości rozpoznaje się przy wartościach wskaźnika masy ciała BMI wynoszących 30–34,9 kg/m2, otyłość II stopnia przy wartościach 35–39,9 kg/m2, a otyłość III stopnia od poziomu 40 kg/m2.
Źródło: Serwis Zdrowie
Unijny certyfikat cyfrowy Covid od kiedy i czy będzie bezpłatny?
Unijny certyfikat cyfrowy Covid ma pozwolić na bezpieczne podróżowanie po Europie podczas pandemii. Zaświadczenie będzie wskazywać, że ktoś został zaszczepiony, ma negatywny wynik testu lub wyzdrowiał po zakażeniu Covid-19 w ciągu ostatnich 6 miesięcy. Uznawane będą cztery szczepionki i niektóre testy.

Certyfikat covid. Od kiedy i czy będzie bezpłatny?
Certyfikat będzie wydawany przez władze krajowe, na przykład szpitale, centra testowe, organy opieki zdrowotnej itp.
Informacje będą zawarte w kodzie QR, który może być w przedstawiony formie cyfrowej (na przykład na smartfonie lub tablecie) lub wydrukowany i zeskanowany podczas podróży.
Certyfikat powinien być dostępny od 1 lipca i będzie bezpłatny.
Ten system będzie obowiązywał 12 miesięcy i będzie obejmował wszystkie 27 państw członkowskich UE oraz Islandię, Norwegię i Lichtenstein.
Nie trzeba mieć certyfikatu, aby podróżować, ale posiadanie go powinno ułatwić podróżowanie i np. oznaczać, że nie należy poddawać się kwarantannie.
Jeśli jednak w danym państwie członkowskim UE zajdą wyjątkowe okoliczności (np. nagłe pojawienie się i rozprzestrzenianie nowego wariantu), może być konieczne wprowadzenie nowych ograniczeń: zostaną one ogłoszone na portalu „Re-Open EU”.
Jakie szczepionki będą uznawane?
W ramach certyfikatu uznawane będą cztery szczepionki: Pfizer-BioNTech, Moderna, AstraZeneca oraz Janssen.
Testy uznawane przez certyfikat obejmują testy wykonywane metodą NAAT (z wykorzystaniem amplifikacji kwasów nukleinowych), takie jak testy RT-PCR i szybkie testy antygenowe.
Testy na obecność przeciwciał nie są uznawane, chociaż może się to zmienić po uruchomieniu systemu.
Certyfikat testu ma przedstawiać wynik, rodzaj i datę testu NAAT lub szybkiego testu antygenowego. Certyfikat wyzdrowienia będzie potwierdzał wyzdrowienie po zakażeniu SARS-CoV-2 po pozytywnym wyniku testu NAAT.
Testy mają być również bardziej przystępne cenowo. Komisja Europejska zmobilizuje co najmniej 100 mln euro w ramach instrumentu wsparcia w sytuacjach nadzwyczajnych na zakup testów na Covid potrzebnych do uzyskania certyfikatu testu.
Jakie informacje będzie zawierał certyfika?
Aplikacja unijnego certyfikatu cyfrowego Covid będzie zgodna z unijnymi przepisami RODO i ma zawierać jedynie dane „ściśle niezbędne” do zapewnienia bezpiecznej podróży. Dane osobowe zawarte w certyfikatach będą przetwarzane przez właściwe organy kraju docelowego, tranzytowego lub przewoźników osób, ale ma się to odbywać tylko w celu potwierdzenia i weryfikacji statusu szczepienia, testów lub wyzdrowienia posiadacza.
Unijne regulacje zakładają, że informacje będą zachowywane tylko na czas podróży i nie będą przechowywane, gdy system przestanie działać.
Parlament Europejski zagłosuje nad wnioskiem podczas sesji plenarnej 7-10 czerwca.
Źródło: EuroPAP News
Ozdrowieńcy z COVID-19 a szczepienia. Co warto wiedzieć
Przebycie COVID-19 w przeszłości nie stanowi przeciwwskazania do szczepień, co więcej – specjaliści namawiają ozdrowieńców do szczepienia. Przechorowanie nie daje bowiem trwałej odporności. Sprawdź, kiedy najlepiej zaszczepić się po infekcji i czego można się spodziewać.

Odporność poszczepienna lepsza niż naturalna
„Odporność poszczepienna jest lepsza i silniejsza niż naturalna. Po przebyciu COVID-19 jedni pacjenci zyskują odporność, natomiast niektórzy pozostają podatni na ponowne zachorowanie. Szczepieni są praktycznie w 100 proc. chronieni przed ponownym zachorowaniem na ciężką postać choroby” – tłumaczy prof. Ernest Kuchar, specjalista chorób zakaźnych, kierownik Kliniki Pediatrii z Oddziałem Obserwacyjnym WUM.
Niedawno Gazeta Wyborcza opublikowała odpowiedź Ministerstwa Zdrowia na pytanie jej dziennikarzy o zgony na COVID-19 osób, które się zaszczepiły. Odsetek tych, które zmarły z powodu tej choroby pomimo szczepienia wyniósł 0,011, a dla osób z chorobami współistniejącymi – 0,036. Śmiertelność z powodu COVID-19 w Polsce wyniosła blisko 2,5 proc.
Zakażenia po szczepieniu w przypadku AstraZeneki, Moderny czy Johnson&Johnson stwierdzano średnio od 9 do 18 dni od szczepienia. W przypadku Pfizera, średni czas, w którym doszło do zakażeń w Polsce, wynosił od 21 do 27 dni po przyjęciu dawki. Cytowany przez Gazetę dr Tomasz Dzieciątkowski podkreślał, że dane udostępnione przez MZ wskazują na wysoką skuteczność szczepionek. Zaznaczał, że na infekcję koronawirusem po przyjęciu szczepionki wpływ mogło mieć kilka czynników:
- Do zakażenia mogło dojść przed przyjęciem szczepionki lub wkrótce po jej przyjęciu (od zaszczepienia do wytworzenia odporności po szczepieniu mija co najmniej kilka dni)
- W populacji są osoby, które z przyczyn osobniczych nie wytwarzają odporności po szczepieniu (tzw. nonresponderzy)
- W wytworzeniu odporności istotną rolę odgrywają indywidualne czynniki, takie jak wiek, choroby współistniejące itp.
Nie ma przeciwwskazań, by szczepić ozdrowieńców
Dr Ernest Kuchar przyznaje, że szczepienie podane ozdrowieńcowi może spowodować bardziej nasilone ogólne niepożądane objawy poszczepienne takie jak gorączka, złe samopoczucie, bóle mięśni, osłabienie i senność.
„W pewnym uproszczeniu przez około 2 dni szczepiony ozdrowieniec czuje się jakby miał COVID-19. Jednak objawy niepożądane po szczepionce ustępują po dwóch dniach, natomiast nabyta odporność zostaje na długo” – podkreśla specjalista.
Potwierdzają to badania kliniczne. Np. w badaniach klinicznych szczepionki Johnson&Johnson preparat otrzymało ponad 2 tys. ozdrowieńców. Chodziło o to, by sprawdzić reakcje układu odpornościowego osób, które przebyły zakażenie koronawirusem. Okazało się, że nie ma przeciwwskazań, by szczepić ozdrowieńców, a wręcz odwrotnie – wzmacnia to poziom ich ochrony.
Również w badaniach nad szczepionką firmy Pfizer/BioNTech do trzeciej fazy, oprócz osób, które nigdy nie przeszły infekcji koronawirusem, rekrutowano ozdrowieńców. I tu także potwierdzono, że szczepienia zwiększają ich odporność na ponowne zakażenie. Jednocześnie badania kliniczne wykazały, że nie występują u nich nadmierne niepożądane reakcje.
Jaki odstęp czasu pomiędzy chorobą a szczepieniem?
17 maja rząd ogłosił zmiany w szczepieniu osób, które mają za sobą infekcję COVID-19. Zgodnie z nowymi wytycznymi ozdrowieńcy mogą zgłosić się do punktu szczepień na pierwszą (lub jedyną) dawkę już po 30 dniach od daty otrzymania pozytywnego wyniku testu na koronawirusa. Wcześniej odstęp ten wynosił obligatoryjnie 90 dni. Jak zwykle w medycynie są wyjątki.
Ile czasu pomiędzy chorobą a szczepieniem?
Zmiana w długości odstępu między chorobą a szczepieniem wywołuje dyskusję i zrozumiałe u laików obawy, że takie działanie może wpływać na obniżenie odporności uzyskanej po szczepieniu czy niepożądane skutki. Eksperci uspokajają – szczepienie po miesiącu od zakażenia jest bezpieczne i daje pozytywne rezultaty. Odpowiedź immunologiczna jest już ustabilizowana i podanie szczepionki pełni tylko rolę bustera, czyli wzmocnienia już istniejącej odpowiedzi.
– Należy zwrócić uwagę na drobny fakt. Codziennie stykamy się z o wiele większą liczbą antygenów i także ulegamy zakażeniu przez znaczną liczbę patogenów obecnych wśród osób z naszego otoczenia. Jeśli uodporniliśmy się w przeszłości to nie dzieje się nic poza wzmocnieniem odporności dla danego patogenu. Ponadto trzeba przypomnieć, że człowiek jako osobnik tylko w 40 proc. składa się z komórek ludzkich, pozostałą część stanowią inne elementy biologiczne: bakterie, wirusy, grzyby i inne „stwory”. Cały ten układ oddziałuje na elementy układu odpornościowego i dopóki panuje równowaga, pozostajemy zdrowi. Ilość antygenu podana w szczepionce u zdrowego człowieka stanowi tak małą część antygenów, z którymi codziennie się styka, że nie ma istotnego znaczenia poza pobudzeniem pamięci immunologicznej dla czynnika obecnego w szczepionce – tłumaczy prof. dr. hab. Włodzimierz Gut, wirusolog z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny.
Zmiana jest też zgodna z zaleceniami producentów szczepionek.
– Ten czas pozwala na uniknięcie >>przestymulowania<<, czyli nadmiernego pobudzenia układu immunologicznego, wskutek generowania odpowiedzi odpornościowej najpierw naturalnej, a następnie sztucznej – tłumaczy lek. Bartosz Fiałek, specjalista w dziedzinie reumatologii.
Ze strony rządu skrócenie tych odstępów ma na celu m.in. przyspieszenie procesu wyszczepiania społeczeństwa w miarę jak szczepionki są coraz bardziej dostępne.
Zdaniem specjalistów odstęp od zakażenia SARS-CoV-2 do zaszczepienia powinien zależeć od tego, jak ktoś przechorował COVID-19.
– Jeśli skąpoobjawowo, bądź bezobjawowo, to najprawdopodobniej wytworzone przeciwciała wytracą się w dość niedługim czasie. Wtedy warto zaszczepić się w terminie cztery tygodnie od zakażenia (ale nie krótszym!). Po cięższym przebiegu odporność jest wytwarzana, jednak nadal warto się szczepić, warto jednak poczekać. Istniejące rekomendacje wskazują terminy: od trzy do sześciu miesięcy – precyzuje prof. dr hab. n med. Joanna Zajkowska z Kliniki Chorób Zakaźnych i Neuroinfekcji UMB w Białymstoku.
Odroczenie szczepienia do minimum 90 dni zaleca się natomiast, jeżeli pacjent w trakcie terapii COVID-19 otrzymywał osocze ozdrowieńców lub przeciwciała monoklonalne. Chodzi o to, by uniknąć potencjalnych interferencji zastosowanego leczenia na immunogenność szczepionki (czyli po to, by zapewnić maksymalną jej skuteczność). Dlatego do punktu szczepień warto zabrać ze sobą wypis ze szpitala.
Odroczenie jest też wskazane także w przypadku osób, które przechorowały COVID-19 i w dniu szczepienia nadal czują się źle.
Jesteś ozdrowieńcem? Przed szczepienien zgłosić to lekarzowi
Pamiętajmy, że przed otrzymaniem szczepionki przechodzimy kwalifikację lekarską. Jeżeli jesteśmy ozdrowieńcem, a w terminie naszego szczepienia wciąż czujemy się źle, skarżymy się na objawy oddechowe, neurologiczne bądź sercowo-naczyniowe, to powinniśmy to zgłosić lekarzowi w punkcie szczepień bądź lekarzowi prowadzącemu. Być może w niektórych przypadkach trzeba wpierw zadbać o unormowanie stanu zdrowia, zanim przystąpi się do szczepienia. Podobnie zresztą powinni postępować pacjenci z chorobą przewlekłą, której stan jest niestabilny: trzeba się wtedy skontaktować z lekarzem prowadzącym w celu ustabilizowania stanu klinicznego przed otrzymaniem szczepionki.
Bez względu na to, czy jesteśmy ozdrowieńcem czy nie, do szczepienia warto podejść z rozsądkiem i przeczytać, w jaki sposób każdy z nas może się do niego przygotować, tak by zwiększyć poziom swojego bezpieczeństwa i zmaksymalizować immunogenność wakcynacji.
Monika Wysocka, zdrowie.pap.pl
Źródła: Serwis Zdrowie, Strona PZH , Strona Urzędu Rejestracji
Wypożycz samochód w Gdańsku i zwiedzaj komfortowo!
Gdańsk co roku odwiedzany jest przez tysiące turystów. Gdy także chcesz zobaczyć jego malownicze zabytki, a także odwiedzić okoliczne miejscowości, warto pomyśleć o wynajmie samochodu. Razem z nim zwiedzanie będzie jeszcze wygodniejsze!

Wypożyczalnie samochodowe są obecnie bardzo popularną ofertą na wakacje. Oferują one nowoczesne, w pełni wyposażone samochody w wielu wariantach, które świetnie nadają się na urlop także z całą rodziną. Sprawdź, jak wybrać najlepsze auto na wakacje w Gdańsku i gdzie warto je wynająć.
Dlaczego warto wynająć auto w Gdańsku?
Do Gdańska wiele osób dojeżdża bez własnego pojazdu. Na miejsce można dostać się między innymi kolejami czy samolotem, a także autokarami czy busami. Gdy podczas swojego pobytu zamierza się zobaczyć nie tylko Gdańsk, lecz też całe Trójmiasto i okolice, warto zaopatrzyć się w samochód.
Chociaż można korzystać z miejscowej komunikacji publicznej, to jednak nie zapewnia ona aż tak wysokiego komfortu jak auto osobowe. Samochód do dyspozycji pozwala na komfortowe dojazdy do celu, bez oglądania się na rozkłady jazdy. Dodatkowo jest to również bezpieczniejsza opcja i z pewnością sprawdzi się na rodzinne wyjazdy – w pojemnym bagażniku można wtedy umieścić wszystko, co warto mieć pod ręką.
Jaki samochód wynająć na wakacje w Gdańsku?
Wypożyczalnie samochodowe w Gdańsku wychodzą naprzeciwko osobom wyjeżdżającym do Trójmiasta na wakacje i oferują szeroką gamę samochodów, które sprawdzą się wtedy perfekcyjnie.
Rodziny najczęściej decydują się na samochody typu sedan albo kombi, które oferują najwięcej przestrzeni do dyspozycji. Z kolei pary wolą samochody mniejsze, kompaktowe, które także mniej palą, dlatego są tańsze w eksploatacji.
Gdzie wynająć samochód w Gdańsku?
Osobom chcącym skorzystać z usług firm w sektorze wypożyczalnia samochodów Gdańsk – https://super-rent.pl/ prezentuje wiele adresów, gdzie można wypożyczyć pojazd na korzystnych dla siebie warunkach.
Aby wybrać dobrą wypożyczalnię samochodową w Gdańsku, warto przede wszystkim pamiętać o tym, aby w sprawdzić różne propozycje. Teraz to żaden problem, ponieważ można zrobić to bezpośrednio na stronach internetowych wypożyczalni. Dostępne są na nich także regulaminy i cenniki, co także będzie bardzo pomocne przy doborze najlepszej oferty.
Nie można zapominać o sprawdzeniu opinii na temat wypożyczalni samochodowej. Polecana firma to mniejsze ryzyko oraz większe zadowolenie z usługi. Warto zatem poświęcić chwilę, by dobrać najlepszą wypożyczalnię i komfortowy samochód na swój urlop w Gdańsku. Życzymy udanego wypoczynku!
Kłótnie w związku nie zawsze są złe. Ale kłócić się trzeba umieć
Kłótnie nie zawsze są złe. Często oznaczają, że nam zależy, że próbujemy załatwić coś istotnego. Ale kłócić się trzeba umieć – w przeciwnym razie stają się destruktywne. Sprawdź, co o anatomii kłótni mówi psycholog Marta Wróbel-Rakowska z Centrum Terapii Dialog.

Kochamy się, jesteśmy razem, a jednak się kłócimy. Dlaczego?
Najczęściej kłócenie się jest sposobem na wyrażenie emocji takich jak gniew i złość. Czasami powodem kłótni są emocje i stres w ogóle niezwiązane z sytuacją, o którą się kłócimy, czy z naszym związkiem. Tak się dzieje, gdy w ciągu dnia zbieramy i przeżywamy różne emocje, napięcia i z całym tym bagażem docieramy do domu. On tam nie znika. Radzimy sobie z nim na różne sposoby. Zdarza się, że w sposób konstruktywny i zdrowy – na przykład bierzemy kąpiel, uprawiamy sport, ale czasem robimy też mniej pożyteczne rzeczy i jedną z nich jest kłótnia, która bywa najszybszym i dość łatwym sposobem wyładowania napięcia.
Zwykle jednak, kiedy się kłócimy, to znaczy, że coś jest dla nas ważne, na czymś, na kimś nam zależy. W relacji często kłócimy się dlatego, że chcemy, aby nasz związek był „jakiś”, np. czuły, romantyczny albo pełen przygód. Ponadto zwykle chcemy, aby był idealny i na początku nawet taki nam się wydaje. Ale z biegiem czasu okazuje się, że wcale nie jest idealnie i nasze marzenia się nie spełniają. Pojawia się więc złość, zaczynamy walczyć o nasze niezaspokojone potrzeby. Nie zawsze jednak jasno zdajemy sobie sprawę, czego nam tak naprawdę brak, czego potrzebujemy lub czego byśmy nie chcieli.
Czy kłótnie są lepsze niż ich brak?
Najczęściej tak. Jeżeli się kłócimy, to znaczy że nam zależy. Próbujemy coś z tym zrobić, więc jest to element działania. Oczywiście zdarza się, że kłótnie są destrukcyjne – jeśli jest ich za dużo, jeśli w trakcie dzieją się rzeczy, które niszczą relację, np. krytyka, poniżanie drugiej strony. To nie prowadzi do niczego dobrego. Warto zdawać sobie sprawę z tego, że kłótnia może być energią dającą szansę na to, żeby otworzyć się przed partnerem i zakomunikować coś ważnego, pokazać – nie tylko za pomocą słów, ale też emocji i zaangażowania.
Ale kłótnie nie zawsze są dobre…
Oczywiście, nie każda kłótnia przynosi coś dobrego. Te niedobre często są wynikiem tego, że nie umiemy mówić o swoich potrzebach i pragnieniach. Pokazują, że mamy kłopoty w komunikacji. Kiedy czujemy, że tak jest, warto przyjrzeć się, o co tak naprawdę nam chodzi.
Bo czasami nie bardzo zdajemy sobie sprawę z tego, co jest dla nas ważne. Często kłótnie dotyczą rzeczy, wydawałoby się, błahych, na przykład nieposprzątania po kolacji. Czasem warto się zastanawiać, z czego ta kłótnia wynika, dlaczego te wydawałoby się – proste do rozmowy tematy – wcale w tej najbliższej relacji takie nie są.
Jak możemy się tego dowiedzieć?
Kiedy nie możemy dojść do porozumienia, czy idziemy dzisiaj do knajpy z włoskim czy z hinduskim jedzeniem, albo czy pójdziemy na rower, czy popływać i zaczynamy się o to kłócić, a ta kłótnia eskaluje, to warto zatrzymać się i zastanowić się dlaczego tak jest.
Świetne efekty daje metoda porozumienia bez przemocy. To sposób komunikowania się, którego twórcą jest Marshall Rosenberg. Polega na skupieniu uwagi na uczuciach i potrzebach własnych oraz rozmówcy, a posługuje się także specyficznymi formami języka, co pozwala na ograniczenie możliwości wystąpienia przemocy w dialogu.
Taki empatyczny wobec siebie i partnera sposób komunikacji ma doprowadzić do pojednania, do rozwiązania konfliktu, przy jednoczesnym pozostaniu uważnym na własne potrzeby oraz emocje.
Jak to się odbywa?
Pierwszym szalenie ważnym etapem jest skupienie się na sobie, przyjrzenie się sytuacji, temu, co ja w danym momencie/sytuacji czuję, czego ja potrzebuję. Więc gdy kłócimy się na przykład o urlop – w górach czy nad morzem i mamy poczucie, że nigdy nie możemy dojść w tej kwestii do porozumienia, że utknęliśmy we wzajemnej złości i żalu, że druga osoba nie chce nam dać tego, na czym nam zależy, że coś na nas wymusza, to przyjrzyjmy się najpierw temu, jakie potrzeby stoją za tym, że tego chcemy. Jeśli moją propozycją był wyjazd nad morze i o to walczę i nie chcę odpuścić, to jaka potrzeba za tym stoi? Co się ze mną dzieje, kiedy myślę o wyjeździe nad morze, jakie mam skojarzenie z tym miejscem, wspomnienia, wyobrażenia o tym wyjeździe? Niewykluczone, że w rezultacie zobaczę wtedy, że oprócz złości na partnera czuję na przykład jakąś tęsknotę, może potrzebuję odpoczynku, spokoju, ciszy zwolnienia tempa i czuję, że właśnie tam to osiągnę. Kiedy to sobie nazwę, łatwiej będzie mi wyjść z takim komunikatem do partnera i pokazać mu, o co mi tak naprawdę chodzi.
Wtedy jest czas na kolejny krok – przyjrzenie się temu, czego potrzebuje partner. Może jemu zależy na aktywności, ruchu, na jakimś rodzaju zabawy, działaniu.
Jeżeli zdamy sobie sprawę z tego, jakie potrzeby związane są z tym, o co walczymy, to okazuje się, że łatwiej jest się dogadać i porozumieć. Chodzi o to, żeby się nawzajem słuchać. Warunkiem jest wrażliwość na to, co druga osoba mówi i zrozumienie. Znacznie łatwiej jest się porozumieć, kiedy rozmawia się o swoich potrzebach. Trudno zaś wtedy, gdy koncentrujemy się na obwinianiu i oskarżaniu drugiej osoby o to, że nie daje nam tego, czego chcemy.
Jednymi z najczęstszych są kłótnie o podział obowiązków domowych. Czy za nimi też kryją się jakieś potrzeby?
W każdej parze taka kłótnia może dotyczyć czegoś innego i ważnego. Warto pamiętać, że znaczenie ma też to, z jakimi doświadczeniami wchodzimy w związek, zarówno z domu rodzinnego, jak i poprzednich relacji. Wyobrażenie podziału obowiązków często wiąże się z przekonaniem co do najlepszego modelu, często tego z domu rodzinnego. Ale doświadczenia partnerów mogą się znacznie różnić: czyli na przykład u mnie w rodzinie było tak, że mama nie pracowała i zajmowała się domem, a tata pracował i w związku z tym nie brał na siebie obowiązków domowych, zaś partner pochodzi z domu, w którym to właśnie ojciec przejął na siebie obowiązki domowe, a matka zajmowała się pracą zawodową, albo dzielili się tymi obowiązkami po równo. Jeśli więc mamy różne doświadczenia i wspomnienia z domu rodzinnego, a także różne oczekiwania, to robi się kłopot.
W takiej sytuacji pomóc może uświadomienie sobie, z czego wynika moje przekonanie, którego się tak sztywno trzymam, a potem odpowiedź na pytanie, czy naprawdę tak musi być w mojej relacji. Uświadomienie sobie odpowiedzi na nie sprawi, że będę skłonna bardziej otworzyć się na to, czego chce partner. Trzeba się nawzajem posłuchać i usłyszeć, jak kto sobie wyobraża podział obowiązków, a potem uzgodnić, jak ma wyglądać to u nas.
Najlepiej oczywiście zrobić to na początku wspólnego zamieszkania, choć częściej nie uzgadniamy takich rzeczy, bo jesteśmy przekonani, że jakoś to będzie albo pewni, że partner ma dokładnie taką samą wizję relacji i podziału obowiązków jak ja. Potem okazać się może, że wcale tak nie jest. Mamy więc wizję związku idealnego, w którym wiele rzeczy układa się samo, życie jednak weryfikuje takie wyobrażenia i często jednak trzeba wiele spraw dogadać. To może pomóc uniknąć wielu trudnych sytuacji później.
Taką rozmowę można odbyć na każdym etapie związku, nie ma tak, że potem już nie wypada wracać do tego tematu. Kiedy zauważamy, że coś jest nie tak potraktujmy to jako impuls do rozmowy i uzgodnienia jak to ma wyglądać. Może taki podział obowiązków rozwiąże część naszych problemów. To, jak się poczujemy po takiej rozmowie, będzie dla nas sygnałem, czy naprawdę o to chodziło.
Co jeszcze może kryć się pod złością na przykład o rozrzucone na podłodze skarpetki?
Czasami jest to tylko złość, że znowu skarpetki leżą na ziemi, a nie w koszu na brudną bieliznę. Ale czasami ta bardzo prozaiczna sytuacja może wiązać się z dużo ważniejszymi tematami. Kiedy na przykład widzę, że mój partner nie zmywa po sobie naczyń albo ogląda wieczorem telewizję zamiast położyć się ze mną do łóżka, może to przywoływać skojarzenia z jakimiś doświadczeniami z przeszłości. I zamiast zwykłej złości na to, że tak postępuje poświęcamy tej sytuacji o wiele więcej uwagi niż to warte, np. wyobrażamy sobie, że nasz partner nie dba o nas, nie szanuje nas, nie kocha.
Jeśli miałam w przeszłości takie doświadczenie z rodziną, że czułam się tam nieważna, pomijana, to wtedy łatwo mi pomyśleć, że taki niepozmywany talerz znowu oznacza, że nikt się ze mną nie liczy, jestem nieważna dla swojego partnera. Jeżeli byłam traktowana w sposób agresywny, to mogę to odbierać wręcz jako wrogość albo złośliwość.
Jednak jeśli miałam dobre relacje z bliskimi, dom, w którym byłam słuchana, gdzie moje potrzeby były spełnione, wtedy najczęściej widzę tylko brudny talerz, a nie wyraz braku zaangażowania, pogardy czy złego traktowania.
Jak zacząć rozmowę i nie wywołać kłótni, kiedy mamy w sobie dużo złości w związku z jakąś sytuacją, gdy jesteśmy zawiedzeni zachowaniem partnera?
Kłótnie są potrzebne, ale takie, w których wyrażamy naszą złość i gniew, a nie takie, w których stajemy się agresywni, przymuszamy i dominujemy drugą osobę. Jeśli oprócz gniewu towarzyszy nam w kłótni rozczarowanie, zawód, to najczęściej okazuje się, że partner albo ten związek czegoś istotnego nam nie daje.
Zawód to uczucie większego kalibru niż sama złość czy gniew, dlatego ważne jest, żeby próbować o tym rozmawiać i wyjaśnić. Tylko to zwiększy szanse na to, że coś się zmieni.
Pierwszym punktem jest sprawdzenie, co wywołało zawód, co to za sytuacja lub zachowanie wywołuje u nas takie uczucie. Np. chcemy umówić się popołudniu na randkę, a partner mówi, że musi zostać dłużej w pracy. Jeśli oprócz zwykłego rozczarowania odczuwam wtedy złość, smutek i zawód, to dobrze jest sprawdzić, jak interpretuję to zachowanie mojego partnera i jakie moje zawiedzione potrzeby stoją za tymi emocjami. Może to potrzeba bliskości, pobycia tylko razem, a może poczucie odrzucenia? Jeśli już mam te informacje, to mogę skierować do swojego partnera prośbę w tej sprawie. I to leży po mojej stronie, a nie partnera, żeby swoje uczucia i potrzeby zakomunikować, a na dodatek poprosić o coś. Bywa to oczywiście bardzo trudne.
A co, jeśli on na to nie odpowie?
Robi się kłopot. Bo to, co jest ważne w tym momencie, to żeby bliska osoba odpowiedziała tym samym – wyrażeniem swoich uczuć i potrzeb.
Powody odwołania randki mogą być różne – może partner jest bardzo zestresowany pracą, może musi czegoś dopilnować i dlatego odmawia lub ciągle przekłada randki. Ale może powód dotyczy związku, w którym coś nie gra i partner unika konfrontacji. Warto w tym momencie zaznaczyć, że jeśli pojawia się problem, to możemy się kłócić i walczyć, ale możemy też się wycofywać. To jest inny sposób radzenia sobie z czymś, czego nie chcemy. Często nawet sobie tego nie uświadamiamy.
On nie mówi, że coś mu przeszkadza, a my tego „nie zauważamy”?
Dokładnie. To bywa trudne, bo w związku z kimś, kto jest nam bardzo bliski, chcielibyśmy najwięcej dostać, ale też jednocześnie najbardziej boimy się odrzucenia, boimy się odsłonić. Nikt nie może nas tak bardzo zranić, jak ta najbliższa nam osoba. Powiedzenie: „To zachowanie mnie zabolało, przeszkadza mi, boję się ciebie stracić albo brakuje mi czegoś, czuję się niepewny” – bywa tak trudne, że czasami potrzebna jest pomoc terapeuty. Wtedy warto się po nią udać.
Kiedy czujemy, że nie wszystko jest tak, jak sobie wymarzyliśmy, powinniśmy dążyć do idealnego związku?
Do idealnego nigdy. Warto nie tracić nadziei na bliskość, nawet kiedy czasami nie uda nam się dogadać. Dobrze jeśli zdajemy sobie sprawę z tego, co jest nie tak, bo wtedy mamy szansę coś z tym zrobić. Jeśli te „niedogadania” nie są nadmiarowe, jeśli raz traci jedna osoba, raz druga, to można zaakceptować, że nasz związek nie zawsze da nam to, czego oczekujemy i że nie jest idealny. To nic złego. Związek z założenia nie jest idealny i jeśli pogodzimy się z tym i pożegnamy z tą iluzją, będzie nam łatwiej. Można mimo to mieć poczucie szczęścia i spełnienia.
Inaczej jest, kiedy zawsze tylko jedna osoba musi z czegoś rezygnować, coś poświęcić – taka nierówność bardzo szkodzi związkowi.
Co zrobić, gdy w czasie kłótni zaczynamy obwiniać się o błędy i sytuacje, które popełniliśmy w przeszłości?
Najlepiej, aby kłótnia dotyczyła konkretnie tej jednej rzeczy, jednej sytuacji, jednego wydarzenia, jednej sprawy, a nie była kłótnią o wszystko, co się wydarzyło wcześniej. Tylko wtedy ma szansę doprowadzić do rozwiązania, a nie pozostawić nas w poczuciu złości.
Dobrze się trzymać tej zasady, choć to może być trudne. Bo kiedy się kłócimy, często nagle przypominają nam się wszystkie złe momenty z przeszłości naszej relacji. Tak działa nasz mózg, to jest takie nasze ewolucyjne przystosowanie, że trudne, bolesne momenty zapamiętujemy lepiej – ma nas to motywować do ucieczki w sytuacji zagrożenia. I wtedy łatwo o niesprawiedliwe słowa „ty nigdy…”, „ty zawsze…”.
Z pomocą może przyjść tu nasza głowa, żeby próbować namawiać siebie samego, aby tego nie robić. Ale warto też wyciągnąć wnioski, że jeżeli jakiś temat wraca do nas tak często, a z nim złe emocje, to zwykle jest to coś ważnego, co nie zostało odpowiednio rozwiązane, zadbane. Nasze rozczarowanie, żal, który mieliśmy o tę sytuację, nie zostały do końca przepracowane, przeżyte, nazwane. Być może nie dostaliśmy od naszego partnera tego, na co liczyliśmy w tej sytuacji. Może zrozumienia, przeproszenia, albo po prostu wysłuchania. Może jednak warto wrócić do tej sytuacji, bo dotyczy czegoś głębszego w naszej relacji.
Czasem po prostu nie umiemy odpuścić, wybaczyć…
Tak, i nosimy w sobie te krzywdy, które ciągle do nas wracają. To może być problem w relacji, ale może to być też jakiś nasz problem osobisty, którym warto się zająć bardziej indywidualnie.
Bo może partner nie dał nam tego, co w tej sytuacji było nam potrzebne: nie przeprosił nas za to, źle zareagował. Ale może mam złe doświadczenia z przeszłości, jakieś silne zranienia, które teraz sprawiają, że każda nowa krzywda zostaje we mnie bardzo mocno i choć dostanę to, co powinnam w takiej sytuacji, nadal nie mogę wybaczyć.
W każdym razie jeśli coś do nas często wraca, to jest to sygnał, że chodzi o coś ważnego. Powinniśmy wtedy usiąść z partnerem i porozmawiać, dlaczego to tak często wraca, o co w tym chodzi. Powinniśmy zajrzeć w swoje uczucia, we wspomnienia, przyjrzeć się skojarzeniom i powiedzieć partnerowi wprost: ja potrzebowałam wtedy od ciebie tego czy czegoś innego i tego nie dostałam, porozmawiać o tym, dlaczego tak się stało i dlaczego to w sobie noszę.
Co zrobić w sytuacji, gdy jeden z partnerów podczas kłótni zamyka się w sobie i nie chce rozmawiać?
To jest bardzo trudne i dość częste. Terapeutka Sue Johnson, która zajmuje się terapią skoncentrowaną na emocjach nazywa taki wzorzec relacji „polką protestacyjną”. Według niej jest kilka wzorców bycia w relacji. Najczęstsza jest taka, kiedy szukamy winnego i nawzajem obwiniamy się i walczymy ze sobą.
Kolejny, gdy oboje się wycofujemy, nie komunikujemy się ze sobą, nie mówimy o tym co nas boli, dotyka, złości i odsuwamy się od siebie.
I następny to właśnie polka protestacyjna, która polega na tym, że jedna osoba walczy, domaga się czegoś, chce ustaleń, a druga się wycofuje, co najczęściej wywołuje jeszcze większą złość u tej pierwszej osoby i jeszcze większe wycofywanie się jej partnera. Takie wycofanie jest bardzo często reakcją obronną na atak. Nie umiemy sobie radzić ze złością, która nas dotyka, często ma to korzenie w przeszłości i teraz powielamy taki wzorzec.
Paradoks polega na tym, że im bardziej jeden partner naciska, tym bardziej drugi się wycofuje. A im bardziej ten drugi się wycofuje, tym bardziej pierwszy naciska. I mamy błędne koło.
Co więc zrobić żeby z tego wyjść?
Często osoba atakowana myśli: „Skoro ona/on mnie rani, atakuje, ciągle jest ze mnie niezadowolona/y, jedyne co mogę zrobić to odsunąć się”. A ta druga ma przekonanie: „Muszę naciskać, wymuszać jakąś reakcję, bo on/ona ciągle nie reaguje”. Trzeba wtedy zajrzeć głębiej. Często osoba, która walczy, robi to dlatego, że kocha, że jej zależy i taki ma sposób domagania się tego czego potrzebuje, np. poczucia bezpieczeństwa czy uwagi. I równie często ta druga osoba także chce tego samego, ale tak bardzo boi się to pokazać i tego że może zostać zraniona, że woli się odsunąć, aby nie odczuwać bólu. Jeżeli udrożnimy komunikację między sobą najczęściej udaje się dogadać. W rozmowie najlepiej skupiać się jednak na sobie, a nie na partnerze.
Jak to?
Bo to, co nas pozytywnie wzmacnia, napędza, nakręca, gdy mamy dużo złości w sobie, to mechanizm szukania winnego. Dlatego, gdy złoszczę się, kiedy partner milczy, gdy znowu nie wrócił do sypialni na noc, najczęściej krzyczę na niego z tego powodu. A on właśnie wtedy się wycofuje i ucieka. Zamknięte koło.
Trzeba się zastanowić się, co ja takiego czuję, czego się boję, że unikam. A kiedy czuję złość, próbować dotrzeć do tego co jest pod tą złością. Najczęściej są to obawy o to, że ktoś nas zrani, że coś stracimy, że nie będziemy blisko, że nie będziemy ważni dla drugiej osoby. Jeśli dotrzemy do tej obawy, to mamy już drogę do tego, żeby zacząć o tym mówić. Jeśli powiemy o swojej obawie, to mamy szansę na to, że ta druga osoba nas zrozumie.
Można wyjść z narastającej kłótni?
Dobrze jest się zatrzymać. Oczywiście zależy to od naszych temperamentów i naszego wyposażenia neurologicznego. Bo możemy być „gorącymi” osobami, u których to napięcie szybko narasta i szybko je wyładowujemy. Wtedy rzeczywiście może dochodzić do eskalacji kłótni, która doprowadza do wzajemnego ranienia się i dewastacji związku.
Osoba z gorącym temperamentem może szukać metod zatrzymania się. Liczymy do 10, wychodzimy z pokoju na pięć minut albo czasami na dłużej. Ale zawsze zapowiadamy to drugiej osobie, żeby nie uznała, że uciekamy. Zresztą, jeśli zauważamy taki problem, warto ustalić zasady kłótni wcześniej. Możemy przecież powiedzieć drugiej osobie: „Jak poczuję, że już się we mnie gotuje i zaraz zrobię coś takiego, co zepsuje naszą relację, albo powiem coś, co zrobi spustoszenie, to muszę się zatrzymać, nie odbierz tego źle”. Można ustalić sobie jakieś hasło, które będzie oznaczało przerwę, ale nie dlatego, że ja się odwracam i nie chcę więcej rozmawiać, ale tylko dlatego, że nie chcę popsuć bardziej. Szukamy sposobów na wyciszenie się, skonfrontowanie z tym, co mnie aż tak wzburzyło. Kiedy to odkryję, idę krok dalej – szukam, jak to nazwać i jak zakomunikować to partnerowi, jakich słów użyć, by powiedzieć o swoich uczuciach i potrzebach. A więc studzę emocje i wracam do rozmowy, gdy poczuję, że jestem już spokojna.
Jeśli mamy dwoje takich złośników, to podczas kłótni pojawiają się burze z piorunami, które bardzo trudno jest okiełznać i zatrzymać, przy czym niektórzy to lubią. Bywa, że wyładowanie przynosi ulgę. Jeśli podstawą jest głęboka więź, takie gorące kłótnie nie muszą psuć relacji. Ale myślę, że takie wyładowania nie zastąpią prawdziwej, szczerej rozmowy, która potrzebuje lepszych warunków pogodowych. Oczywiście jest jeszcze trudniej, bo oni nawzajem mogą się nie rozumieć, choć są podobnie skonstruowani.
Znając siebie nawzajem można wiele dogadać, o ile jest szacunek dla partnera, także w czasie kłótni. Jeśli szanujemy się, chcemy poznać siebie nawzajem, jeśli chcemy się rozumieć i współpracować ze sobą, jest duża szansa, że zbudujemy dobry związek na lata.
Monika Wysocka, zdrowie.pap.pl
Marta Wróbel-Rakowska, psycholog i psychoterapeutka,
Zajmuje się psychoterapią par, psychoterapią zaburzeń osobowości i nastroju, pracą z osobami, które wychowywały się w dysfunkcyjnych rodzinach (DDA i DDD), obecnie w Centrum Terapii Dialog. Ma ponad 12 lat doświadczenia pracy z pacjentami, które zdobywała m.in. w Warszawskim Domu pod Fontanną – ośrodku wsparcia dla osób doświadczających problemów zdrowia psychicznego, w Akademickim Ośrodku Psychoterapii Uniwersytetu Warszawskiego oraz Ośrodku Psychoterapii Ogród Instytutu Psychologii Zdrowia PTP. Ukończyła czteroletnie podyplomowe szkolenie psychoterapeutyczne w Szkole Psychoterapii Instytutu Psychologii Zdrowia akredytowanej przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne.
Źródło: Serwis Zdrowie
