Lewica ratuje rząd PiS

Anna Widzyk

Anna Widzyk

W głosowaniu Sejmu nad Funduszem Odbudowy UE zarysowały się nowe fronty polityczne – pisze „Frankfurter Allgemeine Zeitung”.

Niemiecki dziennik zauważa w czwartek (06.05.2021), że jeszcze nigdy polska prawica nie wypowiadała się w tak przyjaznym tonie na temat Lewicy, jak w ostatnich dniach. Czołowi politycy narodowokonserwatywnej partii rządzącej PiS, którzy zwykle uważają Lewicę za ucieleśnienie wszelkiego zła, chwalili ją teraz za „konstruktywną i odpowiedzialną” postawę – relacjonuje dziennik. „Powód: Lewica uratowała rząd PiS w głosowaniu nad unijnym Funduszem Odbudowy po pandemii koronawirusa we wtorek wieczorem” – pisze „FAZ”.

Wyjaśnia, że właściwie Zjednoczona Prawica ma absolutną większość w Sejmie, ale ponieważ „wrogie UE prawicowe skrzydło koalicji rządzącej wokół ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry kategorycznie odrzuca Fundusz Odbudowy, PiS nie miała własnej większości dla ratyfikacji decyzji UE z grudnia ubiegłego roku”.

Plan opozycji

„Największa siła opozycyjna, proeuropejska liberalnokonserwatywna Koalicja Obywatelska chciała wykorzystać tę sytuację, aby zmusić rząd do ustępstw. A być może go obalić. Obóz rządzący od miesięcy jest w stadium rozpadu. Z powodu różnic ideologicznych i zaciekłych sporów personalnych przetrwanie Zjednoczonej Prawicy staje pod znakiem zapytania przed niemal każdym ważnym głosowaniem w parlamencie” – pisze „FAZ”.

Podkreśla, że polska opozycja wcale nie jest przeciwna Funduszowi Odbudowy UE, którego Polska jest jednym z największych beneficjentów. „Chciała jednak przeforsować to, by w Krajowym Planie Odbudowy dotyczącym wykorzystania środków, który każdy kraj musi przedłożyć Komisji Europejskiej do zatwierdzenia, zapisano jasne reguły, kto rozdaje środki i nadzoruje ich wydatkowanie” – wyjaśnia niemiecki dziennik. I cytuje prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, który mówi, że „pieniądze te nie mogą stać się funduszem wyborczym partii rządzącej”. Według „FAZ” także samorządy i organizacje przedsiębiorców mają zastrzeżenia co do planu odbudowy, który rząd przesłał na początku tygodnia do Brukseli.

„Chodzi o władzę”

„FAZ” podkreśla, że wbrew pozorom nie chodzi tu tylko o kwestie techniczne dotyczące rozdziału i kontroli wydatkowania środków unijnych. „Chodzi o władzę. Większość gmin, przede wszystkim duże miasta, są rządzone przez opozycję. Wiele z nich, jak powiedział na początku tygodnia prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski, są wskutek pandemii już teraz tak zadłużone, że nie mogą zaciągać kolejnych długów i nie mogłyby wykorzystać środków UE przyznanych w formie kredytów” – relacjonuje „Frankfurter Allgemeine Zeitung”.

Zaś duże przedsiębiorstwa państwowe, na których czele stoją ludzie PiS, są wykorzystywane przez rząd także do osiągnięcia celów politycznych. I tak państwowy koncern naftowy Orlen odgrywa kluczową rolę w dążeniach PiS do kontrolowania regionalnych mediów” – dodaje.

Relacjonuje, że w miniony weekend Lewica wyłamała się z wydającego się dotąd mocnego frontu opozycji. I po tym, jak w czasie poufnych negocjacji PiS obiecał jej, że ze środków funduszu budowane będą także mieszkania socjalne, zapewniła poparcie rządowi w parlamencie. W ten sposób, pisze „FAZ”, pozostała część opozycji znalazła się nagle w nieprzyjemnej sytuacji, sprzeciwiając się decyzji, którą większość Polaków uważa za niezbędną dla kraju.

„Podczas gdy Platforma Obywatelska wstrzymała się od głosu nad ratyfikacją unijnego funduszu, inne partie opozycyjne wyciągnęły inny wniosek z tego dylematu. Przystały na apel premiera Morawieckiego i zaciskając zęby, zagłosowały za” – podsumowuje „FAZ”.

 

REDAKCJA POLECA

 


Czy unijne miliardy zasilą autorytarny polski rząd? PiS chce z Funduszu Odbudowy finansować nowy program wyborczy

Anna Widzyk

Anna Widzyk

 

Krytycy obawiają się, że unijne miliardy zasilą przed wyborami kasy coraz bardziej autorytarnie postępującego rządu w Polsce – pisze „Sueddeutsche Zeitung”.

Niemiecki dziennik odnotowuje w środę (05.05.2021) głosowanie w polskim Sejmie w sprawie unijnego Funduszu Odbudowy gospodarczej po pandemii koronawirusa. Zauważa, że „prawicowo-narodowy PiS dostał wsparcie od opozycji”. Korespondent „Sueddeutsche Zeitung” Florian Hassel pisze, że polski parlament nie tylko wyraził zgodę na „finansowany na kredyt fundusz UE, ale dał rządowi zielone światło na podział przypadających Polsce pieniędzy: 23,9 mld euro dotacji i 12,1 mld euro nisko oprocentowanych kredytów”.

„Podział tych miliardów budzi w Polsce duże spory. Krytycy obawiają się, że unijne miliardy zasilą kasy coraz bardziej autorytarnie postępującego rządu w Polsce, by przed następnymi wyborami w 2023 roku mógł wspierać swoją własną klientelę” – ocenia Hassel.

Opozycja osłabiona, rząd wzmocniony

Dodaje, że w centrum krytyki jest polska lewica, która jest zwykle przeciwnikiem rządu, ale teraz głosowała za i umożliwiła przyjęcie spornej ustawy. „Zdaniem analityków oznacza to osłabienie opozycji oraz wzmocnienie wcześniej osłabionego rządu” – pisze Hassel.

„Narodowopopulistyczna koalicja rządząca, złożona z partii PiS Jarosława Kaczyńskiego, Solidarnej Polski ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry oraz Porozumienie Jarosława Gowina ma w sondażach już tylko 30 procent wobec 43,6 procent uzyskanych w wyborach w październiku 2019 roku” – odnotowuje niemiecki dziennikarz.

„Rządowi szkodzi zarówno pandemia koronawirusa, jak i skandale korupcyjne i sądowe oraz gniew milionów Polek po faktycznym zakazaniu aborcji przez kontrolowany politycznie Trybunał Konstytucyjny” – dodaje. I zauważa, że koalicja niemal się rozpadła, gdy minister Zbigniew Ziobro, „odgrywający główną rolę w demontażu państwa prawa, potencjalny następca Jarosława Kaczyńskiego, jak i zdeklarowany przeciwnik Niemiec i UE, odmówił poparcia dla Funduszu Odbudowy UE”, bo miał on być obwarowany przynajmniej na papierze kryteriami dotyczącymi praworządności.

Niewystarczające korekty Lewicy

„Rząd nie mógł zatem liczyć na własną większość w parlamencie. Opozycja zwietrzyła okazję. Chciała unijnych miliardów dla Polski, ale jednocześnie chciała zapobiec temu, by zostały one wydane podobnie, jak polski fundusz inwestycji lokalnych. Tam dziewięć dziesiątych pieniędzy trafiło do gmin kontrolowanych przez obóz rządzący, a tylko jedna dziesiąta do gmin pod kontrolą opozycji, jak przeanalizowali Jarosław Flis i Paweł Swianiewicz dla niezależnej Fundacji Batorego” – pisze niemiecki dziennik.

Informuje też o planie Senatu w sprawie powołania niezależnej od rządu agencji, która miałaby decydować i nadzorować dystrybucję środków z Funduszu Odbudowy. Od zgody rządu na ten plan opozycja miałaby uzależnić swe poparcie dla ratyfikacji Funduszu Odbudowy. Ale – jak dodaje – we wtorek nie było już mowy o agencji.

„Głosowanie było możliwe, bo klub parlamentarny Lewicy liczący 46 posłów w Sejmie porozumiał się z premierem Mateuszem Morawieckim, że zgodzi się na plan rządu w zamian za zaledwie kilka korekt” – dodaje Hassel.

Cytuje politologa Piotra Burasa, który ocenia, że przyjęte poprawki Lewicy są niewystarczające, by zapobiec temu, by miliardy z UE niezamierzenie wspierały „w coraz większym stopniu niedemokratyczny system rządów” w Polsce.

 

REDAKCJA POLECA

 


Romana Giertych list do Lewicy: Powiedzieć o Was debile byłoby nieładnie

Roman Giertych

Roman Giertych

Powiedzieć o Was debile byłoby nieładnie. Nawet bowiem ten, którego nazywają tak ludzie, nie jest tak naiwny, jak wy. Jedyny plus z tej waszej koalicji z PiS jest taki, że do następnego Sejmu przyjdziecie jedynie na wycieczkę.

 

Brawo, brawo, brawo! Jakim to cudem udało się wam wyłudzić od Kaczyńskiego obietnicę, że będzie pieniądze z UE wydawał uczciwie?

Wszyscy już stracili nadzieję, a wy jedni wydelegowaliście najlepszych z najlepszych: Zandberga, Biedronia i Żukowską. Oni na spotkaniu wytrzymali marsowe miny Jarka. Wił się on, próbował kluczyć, ale przyszpilony nieugiętą postawą (szczególnie Żukowska stawała hardo!) powiedział wreszcie: będzie sprawiedliwy podział. A w waszych głowach zabiły dzwony triumfu jak nie przymierzając w głowie Longinusa Podbipięty, gdy trzem pohańcom głowy uciął.

Wyściskaliście nawróconego przywódcę PiS i obiecaliście, że za tak poważne ustępstwa zawsze może na was liczyć, gdy mu większości brakuje. On dobrotliwie pogłaskał was po głowach i powiedział: jesteście odpowiedzialną opozycją. I wtedy wy, ocierając ukradkiem łzy wzruszenia, poszliście z dumą ogłosić sukces całemu światu. Skoro przecież wam obiecał wydawać pieniądze uczciwie, to ich przecież nie rozkradnie, prawda?

Roman Giertych

PS.

Powiedzieć o Was debile byłoby nieładnie. Nawet bowiem ten, którego nazywają tak ludzie, nie jest tak naiwny, jak wy. Jedyny plus z tej waszej koalicji z PiS jest taki, że do następnego Sejmu przyjdziecie jedynie na wycieczkę.


Jak skuteczna jest pierwsza dawka szczepionki przeciwko Covid-19?

Robert Mudge, Michaela Cavanagh

Robert Mudge, Michaela Cavanagh

 

Większość szczepionek przeciwko koronawirusowi musi być podana dwukrotnie. Jednak nie wszyscy zaszczepieni zgłaszają się po drugą dawkę.

Punkt szczepień. Fot. Dariusz Frach, thefad.pl

Osiem procent osób, które przyjęły w USA pierwszą dawkę szczepionek BioNTech/Pfizer bądź Moderna, nie zgłosiło się po zalecaną drugą dawkę. To jakieś pięć milionów osób – podaje „New York Times”, powołując się na dane amerykańskiej agencji ds. zdrowia CDC.

– Powody są bardzo różne – mówi wirusolożka Angela Rasmussen z Organizacji ds. Szczepień i Chorób Zakaźnych przy Uniwersytecie w kanadyjskim Saskatchewan. – Niektórym wydaje się, że jedna dawka wystarczy, inni boją się ponownych skutków ubocznych. Niewielkiej liczbie osób odradzono drugą dawkę ze względów medycznych – mówi w rozmowie z DW.

Pewną rolę odgrywać mogą także kwestie logistyczne albo ekonomiczne. Przykładowo, gdy w centrum szczepień brakuje akurat preparatu danej marki albo gdy pracodawcy niechętnie dają wolne na ponowne szczepienie, o czym donoszono w mediach.

Trzeba przy tym postawić pytanie, jak dobrze osoby te chronione są przed infekcją koronawirusem?

Czy jedna dawka wystarczy?

Ekspeci wielokrotnie podkreślali: w przypadku większości dopuszczonych szczepionek potrzebne są dwie dawki, aby uzyskać pewniejszą i długotrwałą ochronę. Badania pokazują co prawda, że już pierwsza dawka daje pewne bezpieczeństwo, nie wiadomo jednak, jak długo się ono utrzymuje.

W dwóch badaniach brytyjskiego urzędu statystycznego i Uniwersytetu Oksfordzkiego stwierdzono, że już po pierwszej dawce preparatów BioNTech/Pfizer czy AstraZeneca występowała silna produkcja przeciwciał, a objawowe zachorowania na COVID-19 spadły o 72 procent. Po drugiej dawce szczepionki BioNTech/Pfizer spadły o 90 procent. Nie ma na razie danych dotyczących spadku zachorowań po drugim szczepieniu AstraZeneką.

Jeden z autorów oksfordzkiego badania Koen Pouwels powiedział DW, że po drugiej dawce jesteśmy chronieni przed covidem dłużej i skuteczniej.

– Tak jak przy każdej innej chorobie zakaźnej początkowo (po pierwszej dawce) występuje wysoka ochrona, która jednak słabnie – mówi Pouwels.

Jeśli chodzi o wytwarzanie przeciwciał, następuje to dość szybko. Druga dawka wyraźnie zwiększa poziom przeciwciał, zwłaszcza u osób starszych.

– To bardzo ważne, aby przyjąć drugą dawkę – dodaje. Zachęca do tego także wirusolożka Angela Rasmussen. Jak mówi, druga dawka pomaga w aktywacji długotrwałej pamięci immunologicznej.

Nie oznacza to jednak, że druga dawka jest mniej skuteczna, jeśli się z nią zwleka. Niektóre rządy (np. brytyjski) rozszerzyły okres między szczepieniami, aby zapewnić jak największej liczbie mieszkańców przynajmniej jedną dawkę i podstawową ochronę. Może jednal być słabsza niż się przypuszcza.

Michael Warner, lekarz z oddziału intensywnej opieki ze szpitala w Toronto, zwracał ostatnio uwagę na ten problem. „Nie jesteś zaszczepiony, dopóki nie jesteś kompletnie zaszczepiony” – pisał na Twitterze. Warner opisuje przypadki osób, które jakiś czas temu przyjęły pierwszą dawkę, czyli powinny mieć pewien poziom ochrony, ale trafiły na oddział intensywnej opieki. Warner domaga się, aby władze jaśniej informowały o tym, jak należy się zachowywać pomiędzy szczepieniami.

Jedna dawka dla ozdrowieńców?

Inaczej sytuacja wygląda w przypadku osób, które przeszły już COVID-19. Niemiecka Stała Komisja ds. Szczepień (STIKO) zaleca, aby przyjmowały szczepionkę najwcześniej sześć miesięcy po wyzdrowieniu i tylko jedną dawkę. „Z powodu istniejącej odporności nabytej po przejściu infekcji, jednorazowe wzmocnienie poprzez szczepionkę daje bardzo dobrą odpowiedź immunologiczną” – czytamy na stronach Komisji.

Badanie przeprowadzone w Cedars-Sinai Medical Center w Los Angeles, w którym brało udział ponad 260 osób, pokazuje, że jednorazowe szczepienie preparatem BioNTech/Pfizer wywołuje u ozdrowieńców podobną odpowiedź immunologiczną co podwójne szczepienie u innych. Zdaniem ekspertów oznacza to, że osobom, które przeszły infekcję, wystarczy jedna dawka.

Miałoby to jeszcze jedną zaletę – pisze jeden ze współautorów badania Jonathan Braun w korespondencji z DW. „Wiele osób miało już COVID-19, a w większości regionów dostęp do szczepionek jest ograniczony. Jeśli ozdrowieńcy byliby szczepieni tylko raz, to więcej ludzi mogłoby uzyskać ochronę i osiągnąć taki poziom odporności w społeczeństwie, który zahamowałby rozprzestrzenianie się infekcji”.

Wirusolożka Angela Rasmussen nie jest zaniepokojona tym, że osiem procent mieszkańców USA, zaszczepionych preparatem na bazie mRNA, nie dostało wymaganej drugiej dawki.

– Zdecydowana większość otrzymuje drugą dawkę, w porównaniu z wieloma innymi szczepionkami to bardzo dobrze – uważa. Jej zdaniem te liczby dodają otuchy.

 

REDAKCJA POLECA

 


Rosja. Bezprecedensowa skala represje wobec dziennikarzy

Siergiej Satanowski

Siergiej Satanowski

 

Dziennikarzom w Rosji nigdy nie było lekko. Jednak władze rosyjskie już dawno nie podejmowały tak rygorystycznych działań wobec mediów i ich przedstawicieli. Dziennikarze są poddawani bezprecedensowym represjom, uznawani za zagranicznych agentów, więzieni i zamykani w areszcie domowym.

W poniedziałek 3 maja w Rosji obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Wolności Prasy. Nie ma tam jednak zbyt wielu powodów do świętowania. Wręcz przeciwnie: media i dziennikarze są obecnie poddawani bezprecedensowym represjom. Są oni uznawani za zagranicznych agentów, więzieni i zamykani w areszcie domowym.

Masowa presja na pracowników rosyjskich mediów jest wywierana w obliczu pogarszających się stosunków z Zachodem, zakazu działalności organizacji wspierających uwięzionego w obozie karnym opozycjonistę Aleksieja Nawalnego oraz przygotowań do wyborów do Dumy Państwowej, które odbędą się 19 września.

Z czym mają do czynienia „zagraniczni agenci”

„Naprawdę nie wiemy, co robić dalej” – pisze do swoich odbiorców Iwan Kołpakow, redaktor naczelny „Meduzy”, jednego z największych niezależnych rosyjskojęzycznych portali internetowych. 23 kwietnia został on umieszczony na liście „zagranicznych agentów” przez rosyjskie Ministerstwo Sprawiedliwości.

W myśl rosyjskiego prawa, spółka medialna może zostać uznana za „zagranicznego agenta”, jeśli otrzymuje fundusze lub inne środki finansowe z zagranicy. Ministerstwo Sprawiedliwości poinformowało rosyjski kanał telewizyjny „Dożd”, że „Meduza” została umieszczona na liście „na podstawie dokumentów przedłożonych przez organy państwowe”. Władze nie precyzują jednak, o jakie zagraniczne źródła finansowania chodzi.

Teraz portal „Meduza”, który jest zarejestrowany na Łotwie, musi jednoznacznie poinformować swoich czytelników, że jest „zagranicznym agentem”. Ponadto, jak wszyscy „zagraniczni agenci”, musi rozliczać się ze swoich dochodów i wydatków przed Ministerstwem Sprawiedliwości. W międzyczasie portal traci reklamodawców, dlatego pensje pracowników musiały zostać zmniejszone o połowę. Teraz to masowe medium liczy na datki od czytelników, choć wcześniej z zasady odrzucało takie modele finansowania.

Media w Rosji pod stale rosnącą presją

Na liście „zagranicznych agentów” znajduje się obecnie 19 firm medialnych i osób prywatnych. Pod koniec 2017 roku finansowani przez Kongres USA nadawcy „Głosu Ameryki”, Radia Wolna Europa”, „Current Time” i niektóre z ich regionalnych projektów zostały uznane za „zagranicznych agentów”. Na liście są też pojedynczy dziennikarze niezależnych mediów, tacy jak Denis Kamaljagin, Siergiej Markelow i Ludmiła Sawizkaja.

Dziennikarze w Rosji są poddawani presji także innymi metodami. Na początku kwietnia moskiewski dziennikarz Roman Anin stał się ofiarą przeszukania przez rosyjski wywiad krajowy FSB. Powód? Prowadzone przez niego śledztw w sprawie szefa państwowego koncernu naftowego Rosnieft Igorowi Sieczynowi. Redaktor naczelny portalu informacyjnego „Mediazona”, Siergiej Smirnow, został uwięziony na 15 dni za żartobliwego tweeta. Podawał w nim datę niedozwolonego wiecu. W ostatnich dniach policja odwiedziła dziennikarzy, którzy 21 kwietnia wzięli udział w niezalegalizowanej przez władze akcji poparcia dla uwięzionego krytyka Kremla Aleksieja Nawalnego.

Z powodu tego protestu czterech redaktorów studenckiego magazynu „DOXA” przebywa obecnie w areszcie domowym. Rosyjskie władze oskarżają ich o to, że w wiadomości wideo zapraszali nieletnich do niedozwolonej akcji.

− Wideo było tylko okazją do wywarcia na nas presji − mówi Nikita Kuczinskij, redaktor „DOXA”. − Najprawdopodobniej byliśmy celem ataku władz. Jesteśmy jednym z niewielu mediów, które zajmują się sprawami studenckimi: presją wywieraną na studentów, bezprawnymi wydaleniami z uczelni i zwolnieniami wykładowców.

Bezprecedensowe ograniczanie wolności słowa

Galina Arapowa, szefowa założonego w 1996 roku rosyjskiego „Centrum Ochrony Praw Mediów”, nie pamięta, by kiedykolwiek w Rosji doszło do tak masowych represji wobec wolności słowa.

− Istnieją surowe ograniczenia w dystrybucji treści online. Są blokady i odpowiedzialność karna, do której dziennikarze są teraz znacznie częściej wzywani − powiedziała Arapowa. Liczba postępowań przeciwko dziennikarzom za relacje z protestów przekroczyła wszelkie normy. W ciągu ostatnich dziesięciu lat prawo medialne się zmieniło. Teraz nawet dziennikarze, którzy nie zajmują się polityką, uważają swoją pracę za niebezpieczną.

Również rosyjski politolog Konstantin Kałaczew uważa, że w najnowszej historii Rosji nigdy nie było takiego ograniczenia wolności słowa. Jest on przekonany, że prześladowania dziennikarzy i opozycjonistów są w dużej mierze spowodowane zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi we wrześniu. Według Kałaczewa władze chcą w ten sposób zapobiec masowym wiecom opozycji, takim jak ten, który odbył się w Moskwie przeciwko wynikom wyborów prezydenckich w maju 2012 roku. Doszło wówczas do aresztowań i starć z policją. Jeśli rządząca partia Jedna Rosja zostanie ogłoszona zwycięzcą wyborów we wrześniu, powiedział Kałaczew, może dojść do ponownych protestów.

−Władze już starają się temu zapobiec − powiedział ekspert. Do tego czasu potencjalni przywódcy i organizatorzy protestów mogą być już za kratkami, a niezależne media zniszczone.

Kontynuować pracę i dalej informować

Coraz trudniej jest bronić dziennikarzy przed sądem.

− Wiele postępowań jest motywowanych politycznie. Sędziowie wydają wyroki ze spuszczonymi oczami, do czego wydają się zmuszani − mówi Galina Arapowa. Według niej jedynym rozwiązaniem jest wtedy odwołanie się do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Redaktor „DOXA” Nikita Kuczinskij jest przekonany, że niezależne media mogą najlepiej bronić się przed represjami państwa, kontynuując swoją pracę. Relacjonując wszystko, co się z nimi dzieje. − Im większy rozgłos, tym mniejsza będzie presja − uważa. Konstantin Kałaczew jest mniej optymistyczny. Uważa on, że gwałtowne zmiany w Rosji nastąpią tylko w przypadku rewolucji. Według Kałaczewa mogłoby się tak stać, gdyby kryzys gospodarczy przerodził się w kryzys społeczny. A co za tym idzie w polityczny.

Jest nadzieja, że do tego czasu w Rosji może nastąpić odwilż. Przyczynić się do tego może pozytywny wynik spotkania prezydentów Rosji i USA, które planowane jest na lato. Pozycja osób uznawanych przez władze rosyjskie za „piątą kolumnę” w wielu kwestiach zależy od stosunków Rosji ze światem zewnętrznym – wyjaśnia Kałaczew.

Być może spotkanie Putina z Bidenem zmieni coś w tym, jak Rosja pozycjonuje się wobec reszty świata − ocenia ekspert.

 

REDAKCJA POLECA

 


Konstytucja 3 maja. Adam Mazguła: Mają tupet

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Konstytucja 3 maja dla prawicowo kościelnego obozu politycznego, stała się pretekstem do walki Kościoła i magnatów o przywileje i majątki. To papież i urażone ambicje polskich i rosyjskich oligarchów były bezpośrednim powodem sprzedania naszej niepodległości. Tacy ludzie jak dzisiejszy PiS i biskupi zawiązali Targowicę, aby dać przyzwolenie na rozbiory Polski za cenę zachowania przywilejów dla magnatów i kleru. To oni wzywali państwa ościenne do zdławienia rodzącej się rewolucji (wzorem francuskiej), która zabierała majątki i życie bogaczom. Naciskali, więc na króla, żeby ten zaprzestał reform, nie rozzuchwalał plebsu i przyłączył się do Targowicy. Tak doszło do rozbiorów Polski i wieloletniej niewoli Polaków

 

Andrzej Duda, Jarosław Kaczyński i jego PiS-kaczyści mają niezwykły tupet, aby ośmielać się, wyjść ze swoich pałaców w Święto Konstytucji i udawać jej obrońców.

Kopia Konstytucji 3 maja eksponowana w Sali Senatorskiej. Fot. wikipedia

To dowód na bezideowość tych ludzi i absolutny brak honoru. Zamiast zamknąć się ze wstydu w domach, leżeć krzyżem po kościołach i pokutować za grzechy — oni idą triumfować nad demokracją, nad wolnymi mediami, sądami, prawami obywatelskimi…

Tradycyjne przemówienia w rocznicę uchwalenia konstytucji wygłaszają ci, którzy od czasu objęcia władzy niszczą, przyjętą przecież na drodze referendum, ustawę zasadniczą i zapowiadają stworzenie swojej, wyznaniowej ustawy rasy panów.

Konstytucja 3 maja dla ich prawicowo kościelnego obozu politycznego, stała się pretekstem do walki Kościoła i magnatów o przywileje i majątki. To papież i urażone ambicje polskich i rosyjskich oligarchów były bezpośrednim powodem sprzedania naszej niepodległości. Tacy ludzie jak dzisiejszy PiS i biskupi zawiązali Targowicę, aby dać przyzwolenie na rozbiory Polski za cenę zachowania przywilejów dla magnatów i kleru. To oni wzywali państwa ościenne do zdławienia rodzącej się rewolucji (wzorem francuskiej), która zabierała majątki i życie bogaczom. Naciskali, więc na króla, żeby ten zaprzestał reform, nie rozzuchwalał plebsu i przyłączył się do Targowicy. Tak doszło do rozbiorów Polski i wieloletniej niewoli Polaków.

Czy nie ma tu wyraźnej analogii do obecnej sytuacji w Polsce?

Niestety widzę tu naszą nową specjalność narodowej hipokryzji, że uroczystości Święta Konstytucji obchodzą jej niszczyciele!

PiS z hierarchami Kościoła mało katolickiego zawłaszczyli państwo i organizują dyktaturę Kaczyńskiego, żądając nowej konstytucji dla zachowania ich władzy i przywilejów. W praktyce dalszego okradania państwa w sposób bezwstydny i bezkarny. W tej sytuacji każdy głos Andrzeja Dudy i PiS-dewastatorów Konstytucji, każdy głos PiS-owskich biskupów w tej sprawie, powinien być zagłuszony.

Nie mogą oni dalej panoszyć się ze swoimi oszustwami wśród przyzwoitych Polaków.

Adam Mazguła

 

Lubisz nasze artykuły? Podoba Ci się to co publikujemy? Polub nas na Facebooku >>

Książka „Adam Mazguła – Żołnierz gorszego sortu” dostępna w systemie sprzedaży internetowej.

Na terenie Wielkiej Brytanii książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>>


Krzysztof Skiba: 07 ZZA POŁY MARYNARKI. Bronisław Cieślak zmarł 2 maja. Miał 77 lat

Krzysztof Skiba

Krzysztof Skiba

Takie spotkanie mogłoby się odbyć gdzieś głęboko w czeluściach piekielnych. Nergal, 07 zgłoś się i Skiba. Bronisław Cieślak to był przesympatyczny Człowiek, chodząca encyklopedia anegdot o polskim światku filmowym, dobry dziennikarz i przede wszystkim postać z kultowych seriali. Patriota gastronomiczny. Pił tylko polską wódeczkę.

 

07 ZZA POŁY MARYNARKI

Takie spotkanie mogłoby się odbyć gdzieś głęboko w czeluściach piekielnych. Nergal, 07 zgłoś się i Skiba. Ten łysy osobnik z prawej to pisarz Darek Rekosz. Cichym bohaterem spotkania jest polska wódeczka, którą stukają się uczestnicy tego party. Ja niestety sączę burbona i tylko Nergal nic nie pije.

Fot. amphoto.pl / Źródło: Krzysztof Skiba, Facebook

Bronisław Cieślak to był przesympatyczny Człowiek, chodząca encyklopedia anegdot o polskim światku filmowym, dobry dziennikarz i przede wszystkim postać z kultowych seriali. Patriota gastronomiczny. Pił tylko polską wódeczkę. Spotkaliśmy się na planie kilku produkcji telewizyjnych.

Mało kto pewnie pamięta, ale w 2003 roku nagrałem drugą swoją solową płytę pod tytułem „Skiba dla dorosłych”. To właśnie na niej znalazł się numer „Love story z dreszczykiem”, w którym Bronisław Cieślak wygłasza zabawne policyjne komunikaty w stylu „Przyślijcie mi rysopis Skiby”.

Gdy osiem lat temu przygotowywałem koncert dla telewizji Polsat z okazji 25 urodzin Big Cyca, był pomysł, aby to właśnie słynny porucznik Borewicz go rozpoczynał. Miał wjechać na sygnale radiowozem, czyli starym fiatem 125, z bocznym napisem MILICJA na scenę i przerwać moją zapowiedź koncertu.

– Mieliśmy sygnał, że jest potrzebna interwencja milicji. Podobno ktoś wzywał 07? A co tu się w ogóle wyprawia?
– No…Big Cyc…
– O! To mój ulubiony rozmiar.
– A co z tym 07?
– Mam oczywiście…

I w tym momencie Bronisław miał wyjąc zza poły marynarki flaszkę o rozmiarach 07 litra.

Ostatecznie koncert rozpoczął Szymon Majewski, który udawał, że szuka psa, który mu uciekł, bo chce wyć razem z Big Cycem. Ja ciągle miałem nadzieję, że Bronisław Cieślak pojawi się na jakimś wspólnym, programie z nami i wyjmie te 07 zza marynarki. Już nie wyjmie.

Bronisław Cieślak zmarł 2 maja. Miał 77 lat

W niedzielę 2 maja 2021 zmarł Bronisław Cieślak, aktor znany z serialu „07 zgłoś się”, gdzie wcielał się w porucznika Sławomira Borewicza. Miał 77 lat. Oprócz aktorstwa zajmował się też polityką. Dwukrotnie – w 1997 i 2001 roku – został wybrany do Sejmu z list Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Pełnił też rolę rzecznika prasowego klubu SLD. W kolejnych wyborach nie uzyskał reelekcji.

Bronisław Cieślak w 2019 roku w wywiadzie dla „Super Expressu” przyznał, że zdiagnozowano u niego raka prostaty. – Mam raka. Pogodziłem się z tym. Wszystko, co najważniejsze już przeżyłem, a teraz cieszę się każdą chwilą – mówił w październiku 2019 roku.


Wzmożona aktywność rosyjskich służb wywiadowczych

Christopher Nehring

Christopher Nehring

Christopher Nehring, jest dyrektorem naukowym Muzeum Szpiegostwa w Berlinie. Opublikował wiele książek na temat służb wywiadowczych


Ujawnione ostatnio tajne operacje rosyjskich specsłużb świadczą o ich wzmożonej aktywności, ale też o słabości.

Rok 2021 jest rokiem rosyjskich służb specjalnych.

W ciągu niespełna pięciu miesięcy na jaw wyszły już cztery spektakularne operacje rosyjskiego wywiadu.

W Berlinie ujawniono, że Jens F., inżynier-elektryk z przeszłością w Stasi, sprzedał plany niemieckiego Bundestagu oficerom wywiadu w ambasadzie rosyjskiej.

W Bułgarii ujawniono rosyjską siatkę szpiegowską skupioną wokół byłego oficera wywiadu wojskowego Iliji Iliewa.

We Włoszech kapitan marynarki wojennej Walter Biot został przyłapany na sprzedaży informacji wojskowych.

W Czechach Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zidentyfikowało oficerów rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU jako sprawców eksplozji w fabryce amunicji w Vrbeticach w 2014 roku. Tych samych oficerów, którzy przypuszczalnie otruli najpierw bułgarskiego handlarza bronią Emilijana Gebrewa w 2015 roku, a następnie Siergieja Skripala za pomocą nowiczoka w 2018 roku. Od tego czasu w Bułgarii trwa dochodzenie, czy GRU stało za niewyjaśnionymi eksplozjami w innych magazynach broni należących do firmy „EMKO” Emilijana Gebrewa.

Przy tym nie wolno zapomnieć ani o próbie otrucia Aleksieja Nawalnego w sierpniu 2020 roku, ani o cyberszpiegostwie przeciwko „Solar Winds” w 2019 roku czy niemieckiemu Bundestagowi w 2015 roku.

Wokół rosyjskiego wywiadu zrobiło się głośno. Oto siedem wniosków, które można wyciągnąć z ich działań:

Służby wywiadowcze Rosji są w stanie wojny

Syria, Libia, Azja Środkowa, Kaukaz, a zwłaszcza Ukraina – Rosja jest w stanie wojny. Akcje, takie jak we Vrbeticach czy atak trucizną na handlarza bronią Gebrewa, mają na celu wsparcie militarnego zaangażowania Rosji w te konflikty poprzez tajne operacje specjalne. Ich celem są poplecznicy wojskowych przeciwników Rosji. Zaobserwować można, że od 2014 roku rosyjskie służby nie mają już oporów, by dokonywać najpoważniejszych aktów przemocy na terytorium państw NATO. Chodzi o ataki na pojedyncze, wybrane cele. Służby wywiadowcze Rosji są w stanie wojny, a nie prowadzą już tylko wojny wywiadowczej.

To, czego doświadczamy, nie jest niczym nowym

Działania wywiadowcze z ostatnich lat nie są nowe, są tradycją. Jens F. w Berlinie, Ilija Iliew w Sofii, Walter Biot w Rzymie – wszyscy oni uprawiali klasyczne szpiegostwo. Jedyną nowością jest liczba przypadków, które zostały publicznie ujawnione w bardzo krótkim okresie czasu.

Inne działania rosyjskich służb specjalnych też nie są nowe. Kampanie dezinformacyjne są od co najmniej półwiecza jednym z klasycznych pól działalności. Przypomnijmy sobie kampanię KGB i Stasi w latach 80-tych, według której armia amerykańska opracowała AIDS jako broń biologiczną.

Zabójstwa dezerterów ze służb specjalnych i podwójnych agentów wpisują się w tradycję rosyjskich służb specjalnych nie tylko od czasów Aleksandra Litwinienki czy Siergieja Skripala. Już w 1925 r. GRU otruło w Moguncji swojego dezertera Władimira Niestierowicza.

I nawet najnowsza forma operacji wywiadowczych – szpiegostwo cybernetyczne – po bliższym przyjrzeniu się okazuje się starym winem w nowych beczkach. Dla Thomasa Rida, eksperta ds. cyberbezpieczeństwa z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa, wywiadowcze działania cybernetyczne to tradycyjne szpiegostwo, sabotaż i propaganda w cyfrowej formie. Atak hakerski na Bundestag, jak również wpływanie na przebieg wyborów czy cybernetyczne kampanie dezinformacyjne w koronakryzysie pasują do tego schematu. Nowa „zimna wojna”, której front znajduje się na Ukrainie, tylko ożywiła te stare tradycje.

Centrala rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU w Moskwie
Centrala rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU w Moskwie. Fot. wikipedia

Zdemaskowane metody działania rosyjskich agencji wywiadowczych

Szczegóły, które zostały upublicznione, ujawniają metody działania rosyjskich służb specjalnych. Newralgicznym punktem są tu ambasady, skąd GRU i spółka prowadzą swoich agentów w Niemczech, Bułgarii i Włoszech. Głównym motywem współpracy pozostają pieniądze. W Niemczech i Bułgarii agenci mieli również przeszłość w tajnych służbach socjalistycznych.

Jednak gdy chodziło o morderstwa i sabotaż, agenci rozwiązanej już jednostki specjalnej GRU 29155 przybywali z Moskwy do Europy przez kraje trzecie. Pośrednie trasy podróży, fałszywe tożsamości, w których imiona odpowiadają prawdziwym, a daty urodzenia są tylko minimalnie zmienione, są takimi samymi reliktami sowieckich tajnych służb, jak przywileje i nagrody czy programy urlopowe i opieka nad zdemaskowanymi agentami i ich krewnymi. To ostatnie zaobserwowano, na przykład, w przypadku żony domniemanego mordercy Zemlichana Changoszwilego – Wadima „Sokołowa” Krasikowa.

A arsenał broni używanej przez rosyjskie służby specjalne – od trucizn takich jak nowiczok czy polon, po broń palną, materiały wybuchowe i upozorowane wypadki – jest obecnie dobrze znany.

Czynnik ludzki jest najważniejszy

Rosja jest główną potęgą w globalnym szpiegostwie cybernetycznym, ale ostatnie operacje wywiadowcze pokazują, jak ważny jest czynnik ludzki. Nawet cyberszpiegostwo, jak w przypadku ataku hakerskiego na Bundestag z 2015 roku, powiodło się dzięki ludzkiemu błędowi, w tym przypadku otwarciu załączników do e-maila.

W sprawach o szpiegostwo w Niemczech, Bułgarii i Włoszech uwagę zwracają „kupieni” informatorzy. Jednocześnie dużą rolę w niepowodzeniach i przeciekach operacyjnych odegrały błędy ludzkie rosyjskich oficerów wywiadu: oficerowie Jednostki Specjalnej GRU 29155 wielokrotnie podróżowali do Czech, Bułgarii i Anglii, używając tych samych przykrywek i fałszywych paszportów.

Po ataku nowiczokiem na Skripala w 2018 roku, ci sami funkcjonariusze beztrosko wyrzucili flakon z trucizną do kosza na śmieci i tym samym stali się odpowiedzialni za późniejszą śmierć Brytyjki Dawn Sturgess. Oficer FSB Konstantin Kudriawcew, który należał do zespołu zajmującego się usuwaniem śladów zatrucia nowiczokiem opozycjonisty Aleksieja Nawalnego, został zdemaskowny przez swoją ofiarę dzięki sprytnie poprowadzonej rozmowie telefonicznej i ujawnił przez telefon niewiarygodne szczegóły operacji zabójstwa. Również inni funkcjonariusze FSB naruszyli wszelkie środki ostrożności, włączając prywatne telefony podczas operacji.

Łubianka: dawniej centrala KGB, dziś FSB
Łubianka: dawniej centrala KGB, dziś FSB. Fot. wikipedia

Tajemnica państwowa przeżywa kryzys

Ochrona danych i prywatności przeżywa poważny kryzys w dobie mediów społecznościowych, nadzoru wideo i wszechobecnej komunikacji online. Ale to samo dotyczy mrocznych tajemnic państwowych i morderczych agencji wywiadowczych. Wynika to z badań brytyjskiej platformy Bellingcat.

Kanały mediów społecznościowych, zamieszczone zdjęcia, nagrania wideo oraz dane dotyczące komunikacji i podróży, którymi handluje się w Internecie, umożliwiły dziennikarzom, takim jak Elliot Higgins czy Christo Grozew, odtworzenie tożsamości przykrywek, życiorysów, tras podróży i rozmów przez telefon komórkowy oficerów rosyjskiego wywiadu.

Jedna z najbardziej tajnych sił specjalnych została obnażona w internecie przez dziennikarzy do nagości. Jak przyznała jedna z ich „ofiar”, oficer FSB Konstantin Kudriawcew, możliwości nowego dziennikarstwa cyfrowego były dla rosyjskich służb specjalnych absolutnym novum.

„Obywatelska służba wywiadowcza”

Elliot Higgins, założyciel internetowej platformy śledczej Bellingcat, której znakiem rozpoznawczym jest demaskowanie rosyjskich operacji wywiadowczych, nadał swojej organizacji przydomek „obywatelskiej służby wywiadowczej”.

Pod wieloma względami Higgins i jego koledzy już pokazali poprzez swoje rewelacje, jak bardzo podobne są do siebie cyfrowe dziennikarstwo śledcze i praca wywiadowcza. Obie przeszukują Internet w poszukiwaniu jawnych lub półjawnych informacji, obie wykorzystują dane komunikacyjne do odtwarzania połączeń i profilowania ruchów, i obie płacą demaskatorom za zdobywanie tych danych. W erze cyfrowej zacierają się granice między informacjami jawnymi a niejawnymi, a pracownicy wywiadu nie są lepiej chronieni w Internecie niż zwykli obywatele. Agenci służb specjalnych i dziennikarze stają się coraz bardziej podobni w swoich metodach zdobywania informacji.

Demonstracja siły czy oznaka słabości?

Rosyjskie służby specjalne udowodniły, że są gotowe i zdolne do działania w dowolnym miejscu w Europie. John Sawers, były dyrektor brytyjskiej agencji wywiadu wewnętrznego MI5, szacuje, że zaledwie 10 procent ich działań jest wykrywanych. Wynika to nie tylko z wielu, bardzo wielu błędów operacyjnych i zaniedbań. Na przykład fakt, że do wykonywania zadań delegowani są ciągle ci sami funkcjonariusze również świadczy o ograniczonych zasobach personalnych służb. Próby pozyskiwania informacji o planach USA i NATO za pośrednictwem państw trzecich, przy ogromnych kosztach i ryzyku finansowym oraz ludzkim, świadczą o słabości ich działań w Waszyngtonie czy Brukseli. Co więcej, ogromna strata polityczna prestiżu i sankcje dają powód do gruntownego zakwestionowania przebiegu tych operacji wywiadowczych.

Christopher Nehring

 

REDAKCJA POLECA

 


Roman Giertych: Polska Zjednoczona Prawico-Lewica. Jakie będą skutki tego ruchu?

Roman Giertych

Roman Giertych

Polska Zjednoczona Prawico-Lewica. Takie są konsekwencje tego, że do Sejmu z pobudek ideologicznych wybrano bezmózgich idiotów lub rozkapryszonych dzieciaków. Być może już wkrótce część Lewicy dołączy do Zjednoczonej Prawicy pozwalając PiS wyrzucić Ziobrę i Gowina. W razie czego ten sojusz Polskiej Zjednoczonej Prawico-Lewicy (PZPL) z radością pobłogosławi o. Rydzyk. Za drobną dotację...

 

Jasiński, Karski, Czabański, Piotrowicz, Kryże, Magdalena Ogórek, Aleksandra Jakubowska, a ostatnio prezydent Rzeszowa Ferenc to tylko niektóre nazwiska ludzi związanych z PZPR lub jej przybudówkami albo później z SLD, którzy teraz wiernie i gorliwie służą Kaczyńskiemu. Również powiązania liderów PiS z takimi współpracownikami SB jak Kowalski, Luśnia, czy Kujda przestają kogokolwiek dziwić.

To, co się obecnie dzieje na naszych oczach, czyli poparcie funduszu wyborczego PiS zwanego Funduszem Odbudowy przez Lewicę, może być zapowiedzią formalnego zastąpienia przybudówek PiS przez klub Lewicy.

Ten sojusz Prawicy z Lewicą ma swoją przyczynę w faktycznym rozpadzie Zjednoczonej Prawicy na trzy części.

Solidarna Polska i Porozumienie mają pełną świadomość, że żaden ich poseł nie znajdzie się na nowych listach PiS do Sejmu. Dlatego też szukając dla siebie szans na przyszłość jeden pozycjonuje się pod elektorat skrajnej prawicy, a drugi pod elektorat umiarkowanej opozycji. Te tendencje są nieodwracalne, gdyż zarówno Ziobro, jak i Gowin dobrze już teraz wiedzą (tak jak kiedyś ja z Lepperem), że słowo Kaczyńskiego nic nie oznacza. Jakiekolwiek jego obietnice są zwykłym pustosłowiem. I dlatego nie wierząc w zapewnienia o wspólnym starcie, chcą sami sobie wyrąbać poparcie potrzebne do korzystnego ustawienia się w następnych wyborach. Te tendencje nieuchronnie powodują, że Zjednoczona Prawica nie może skutecznie rządzić i się rozpada. Stąd pomysł na sojusz z Lewicą.

Źródłem chęci do tego sojuszu po stronie Lewicy są trzy czynniki.

Jeden to bezbrzeżna głupota frakcji trockistowskiej tego klubu.

Pan Zandberg i jego najbliżsi posłowie to osoby o zerowym doświadczeniu życiowym i politycznym. Żyjące dyskusjami o Marksie i opowiadające sobie podczas zajadania kawioru i popijania szampana o ciężkiej doli ludu pracującego. Sami jednocześnie najczęściej nigdy nie pracowali w swoich firmach, czy na odpowiedzialnych stanowiskach.

Jeżeli ktoś lubi Marksa i Lenina po tym, jak okazało się jakich zbrodni dokonał komunizm, to jest albo zbrodniarzem, albo idiotą. Oni zbrodniarzami nie są. I wydaje im się, że sojusz z Kaczyńskim wzmocni ich wymierającą ideologię. Zapominają, że ideologię totalitaryzmu chętnie od nich Kaczyński weźmie, ale totalitaryzm nigdy nie lubi konkurencji…

Drugą motywacją jest nienawiść do PO.

Pan Biedroń, którego wynik w wyborach prezydenckich był więcej niż kompromitujący, poczuł się przez PO upokorzony i swoim sojuszem z PiS pokazuje jak głęboka jest ta nienawiść.

I wreszcie trzecią motywacją – pana Czarzastego jest zwykły oportunizm.

Wiedząc, że Zandberg i Biedroń poprą PiS wolał ułożyć do tego poparcia ideologię, w którą być może nawet już uwierzył, niż stanąć na straży zdrowego rozsądku. Jego priorytetem była chęć uniknięcia rozpadu klubu Lewicy.

Jakie będą skutki tego ruchu?

PiS się wzmocni, bo będzie mógł ogłosić start wielkiego planu odbudowy. PO i P2050 się wzmocnią kosztem wyborców Lewicy, a Lewica straci przynajmniej jedną trzecią wyborców, a być może połowę. I pewnie straci szanse na wejście do Sejmu. Trochę się wzmocni Solidarna Polska kosztem Konfederacji. W ogólnym poparciu dla partii politycznych (poza spadkiem Lewicy) nie wiele się zmieni. Rząd jednak, który prawdopodobnie upadłby, gdyby Fundusz Odbudowy został odrzucony, przetrwa następne miesiące. Z tego powodu PiS zamknie jeszcze wielu przedsiębiorców, opozycjonistów, demonstrantów. Jeszcze niejedna dziewczęca ręka zostanie złamana przez Policję. Jeszcze wiele razy zostanie brutalnie potraktowana babcia Kasia. Jeszcze wiele nakradną złodzieje ze służb specjalnych czy ze spółek skarbu państwa. Jeszcze bardziej spadnie międzynarodowa pozycja Polski. I jeszcze wielu ludzi umrze z powodu złego zarządzania epidemią.

Takie są konsekwencje tego, że do Sejmu z pobudek ideologicznych wybrano bezmózgich idiotów lub rozkapryszonych dzieciaków. Być może już wkrótce część Lewicy dołączy do Zjednoczonej Prawicy pozwalając PiS wyrzucić Ziobrę i Gowina. W razie czego ten sojusz Polskiej Zjednoczonej Prawico-Lewicy (PZPL) z radością pobłogosławi o. Rydzyk. Za drobną dotację…

Roman Giertych

PS.

Ale Panom Zandbergowi i Biedroniowi fajnie było usiąść koło premiera, co? Tacy ważni się pewnie poczuliście, prawda? Trzeba było sobie selfika strzelić, bo patrząc na was nikt wam nie uwierzy, że tak wysoko zaszliście.


Zmiany w płucach po infekcji SARS-CoV-2. Naukowcy odkrywają mechanizmy, które prowadzą do uszkodzeń bądź zgonów

Nowe badanie zaowocowało najdokładniejszym jak dotąd obrazem zmian w płucach po infekcji SARS-CoV-2. Wskazuje ono na trzy mechanizmy, prowadzące do uszkodzeń czy zgonów – i pokazuje, czym ta choroba różni się od innych.

Zdjęcie tkanki płucnej zajętej przez COVID-19. Fot. wikipedia / Mstyslav Chernov/mstyslav.com

Triada groźnych mechanizmów

Pacjenci, którzy zmarli z powodu Covid-19, padli ofiarą triady działających w płucach groźnych mechanizmów chorobowych – wynika z analiz naukowców kierowanych przez specjalistów z Columbia University i Herbert Irving Comprehensive Cancer Center. Wymieniają oni: gwałtowne zapalenie płuc, bezpośrednie uszkodzenie komórek płuc uczestniczących w wymianie gazowej (i ich osłabioną regenerację) oraz przyspieszone powstawanie blizn.

Badanie dotyczyło osób zmarłych, ale pozwala wskazać powody, dla których osoby po ciężkim przebiegu Covid-19 cierpią na długotrwałe powikłania.

To wyniszczająca choroba. Obraz płuc, jaki uzyskujemy, jest pierwszym krokiem w stronę określenia potencjalnych celów terapii, pozwalających przerwać niektóre z najbardziej szkodliwych procesów. Zwłaszcza wczesne oddziaływanie na komórki odpowiedzialne za zwłóknienie płuc potencjalnie mogłoby zapobiec lub ograniczyć długofalowe komplikacje u osób, które przeszły ciężką postać Covid-19 – mówi kierujący pracami prof. Benjamin Izar.

Naukowcy dokładnie przeanalizowali tkankę płuc 19 osób zmarłych po infekcji SARS-CoV-2.

– Normalne płuca zawierają wiele tych samych komórek, które znajdujemy w przypadku Covid-19, jednak w innych proporcjach i stanach aktywacji. Aby zrozumieć, jak płuca po Covid-19 różnią się od zdrowych oraz od tych po innych zapaleniach wywołanych zakażeniem, trzeba się przyjrzeć tysiącom komórek, jednej po drugiej – tłumaczy specjalista.

Leki już istnieją

Po pierwsze, płuca osób chorych były pełne makrofagów – komórek odpornościowych, które niszczą patogeny i regulują nasilenie stanów zapalnych.

– W Covid-19 widzimy ekspansję i niekontrolowaną aktywację makrofagów, w tym makrofagów pęcherzykowych i makrofagów wywodzących się z monocytów. Są one całkowicie wytrącone z równowagi i pozwalają na niekontrolowany rozwój zapalenia. Prowadzi to do błędnego koła, kiedy to na miejscu pojawiają się kolejne komórki odpornościowe i wywołują jeszcze silniejsze zapalenie. Ostatecznie prowadzi to do uszkodzeń płuc – wyjaśnia ekspert.

Badacze zauważyli m.in. szczególnie wysoką produkcję interleukiny-1 beta przez wspomniane makrofagi. Tymczasem istnieją już leki, oddziałujące na tę substancję. Niektóre z nich są już testowane na pacjentach z Covid-19.

Choroba w ciężkim przebiegu upośledza także regenerację płuc. Wirus nie tylko niszczy komórki pęcherzyków płucnych niezbędnych dla wymiany gazów, ale też dochodzi do stanu zapalnego, który uniemożliwia komórkom (niezbędnym do regeneracji) przejście do ostatniej fazy dojrzewania i odtworzenie nabłonka. Wydaje się, że odpowiada za to właśnie wspomniana interleukina-1.

Naukowcy wykryli też dużą liczbę tzw. patologicznych fibroblastów, które szybko tworzą blizny i prowadzą do nieodwracalnych uszkodzeń.

Badacze zidentyfikowali już kilka ważnych dla działania tych komórek cząsteczek, które także można wykorzystać jako cele dla potencjalnych leków.

– Mamy nadzieję, że kiedy podzielimy się tą wiedzą i olbrzymim zasobem informacji, inni badacze oraz firmy farmaceutyczne będą mogły rozpocząć testy i rozwijać nasze pomysły. Może to pozwolić na znalezienie leków, które nie tylko będą pomagały krytycznie chorym pacjentom, ale też zmniejszą komplikacje u ludzi, którzy przechodzą ciężką postać Covid-19 – podkreśla prof. Izar.

Naukowcy zwracają jednocześnie uwagę, że tylko dzięki współpracy wielu zespołów w ciągu kilka miesięcy przeprowadzili badania, które normalnie trwałyby parę lat.

autor: Marek Matacz (PAP) / nature.com