Koronawirus: mity na temat szczepień. Sprawdzamy!

Katja Sterzik, Uta Steinwehr, Ines Eisele
Bezpłodność, inżynieria genetyczna i nie tylko. W sieci krąży wiele mitów na temat szczepień przeciwko COVID-19. Jak jest naprawdę? DW sprawdza fakty.

Odkąd szczepionki są dostępne na całym świecie, bezustannie pojawiają się nowe informacje na ich temat. Dla osób spoza środowiska ekspertów jest to dość mylące. Ta niepewność stanowi podatny grunt dla najdziwniejszych stwierdzeń w sieci. Sprawdzamy, co kryje się za czterema najbardziej rozpowszechnionymi mitami na temat szczepień.
Czy szczepionki mRNA zmieniają ludzkie DNA?
DW: fałsz
Wiele osób jest zdezorientowanych podobieństwem słów DNA i RNA i tym, że jedno i drugie w jakiś sposób odnosi się do materiału genetycznego. Stwierdzenie to jest wprawdzie słuszne, ale DNA i RNA to nie to samo.
Szybkie spojrzenie na genetykę: plan naszego organizmu zapisany jest w DNA. W przypadku niektórych wirusów, takich jak SARS-CoV-2, materiał genetyczny składa się z RNA.
Jednak i u ludzi, występuje RNA. Jest to nie do końca identyczna kopia DNA z jądra komórkowego, która jest w komórce wykorzystywana do budowy białek. Odgrywa więc rolę w faktycznej realizacji planu budowy DNA. Wirusy wykorzystują tę maszynerię do replikacji w naszych komórkach. Nasz organizm rozpoznaje jednak „najeźdźcę” po jego białku Spike i wytwarza przeciwciała oraz limfocyty „T” jako obronę przed wirusem.
Celem szczepienia jest wywołanie owej odpowiedzi immunologicznej na patogen bez konieczności wprowadzenia do organizmu całego wirusa SARS-CoV-2. Dlatego szczepionka wprowadza do naszego organizmu tylko niewielki wycinek wirusa: część mRNA, która jest niejako instrukcją dla białka Spike. Po szczepieniu jest ono budowane w komórkach, przedstawiane organizmowi, a on odpowiada: „To jest obce! Przeciwciała, wykształcajcie się!”
Jednak żadne RNA ani nasze własne, ani wirusa, nie ma dostępu do jądra komórki. Nie może więc zbliżyć się do naszego materiału genetycznego i się z nim zmieszać. Po wykonaniu zadania komórka rozkłada RNA, którego użyła.
W grudniu 2020 r. naukowcy stwierdzili jednak podczas badań, że materiał genetyczny wirusa SARS-CoV-2 mógłby dostać się do ludzkiego genomu, gdyby doszło do właściwego zakażenia. Miałoby to być możliwe poprzez odwrotną transkryptazę. Enzym ten potrafi transkrybować RNA na DNA, a DNA z kolei ma dostęp do jądra komórki. Ta praca naukowa nie została jeszcze zweryfikowana przez niezależnych ekspertów i wywołała gorącą dyskusję wśród specjalistów.
David Baltimore, wirusolog i laureat Nagrody Nobla za odkrycie odwrotnej transkryptazy, powiedział w magazynie „Science”, że wspomniana wyżej praca „rodzi wiele ciekawych pytań”. Podkreślił jednak, że badanie wykazało jedynie, że fragmenty SARS-CoV-2 mogą być zintegrowane, ale nie tworzą one materiału zakaźnego. – To prawdopodobnie biologiczny ślepy zaułek – ocenił Baltimore.
W rozmowie z DW Waldemar Kolanus, dyrektor Instytutu Podstawowych Badań Biomedycznych LIMES Uniwersytetu w Bonn, sceptycznie odniósł się do tego, że wyniki te w ogóle mogą mieć zastosowanie dla szczepień. Jego zdaniem struktura mRNA szczepionki została celowo zmieniona, aby zapobiec natychmiastowej degradacji komórek.
– Prawdopodobnie nie podlega ona w ogóle odwrotnej transkryptazie. Pod tym względem szczepionki mRNA są znacznie bezpieczniejsze niż rzeczywisty genom wirusa, jeśli chodzi o taką reakcję, jakkolwiek znacząca by ona nie była – wyjaśnia.
Szczepionki przeciw COVID-19 a bezpłodność kobiet
DW: fałsz
Podobno następujący proces zachodzi w organizmie: przeciwciała powstałe po szczepieniu przyczepiają się nie tylko do białka Spike koronawirusa, ale także do podobnego białka Syncytiny-1. Białko to odgrywa rolę w budowie łożyska w macicy. Zgodnie z przedstawioną argumentacją, jeśli to białko zostanie zahamowane przez odpowiedź immunologiczną po szczepieniu, prowadzi to do bezpłodności.
– Zasadniczo istnieje wiele powodów, dla których ta teoria nie może być prawdziwa – powiedział w rozmowie z DW Udo Markert ze Szpitala Uniwersyteckiego w Jenie. Jak stwierdził, chociażby podobieństwo między białkami jest bardzo niewielkie. Według Markerta stanowi ono tylko 0,75 proc. – To bardzo mało – stwierdził naukowiec.
Eksperci badali już niepożądaną interakcję między przeciwciałami a Syncytiną-1 w przypadku leku stosowanego na stwardnienie rozsiane. Lek miał być skuteczny w przypadku białka, które jest w 81 procentach podobne do Syncytiny. W rezultacie nawet w tym przypadku nie zaobserwowano znaczących interakcji.
Markert dostrzega drugi kłopot w samej chorobie COVID-19. – Kobieta otrzymuje pełną dozę białka, znacznie więcej niż przy szczepionce. Oznaczałoby to, jeśli wierzyć teorii, że zakażenie koronawirusem powinno stwarzać jeszcze większe ryzyko niepłodności.
Markert przypomina także, że nie stwierdzono związku z niepłodnością u kobiet zakażonych podczas epidemii SARS w latach 2002/2003. Wówczas białko Spike było prawie identyczne z białkiem SARS-CoV-2.
Brytyjskie Towarzystwo Płodności (British Fertility Society) również stwierdza, że „nie ma żadnych dowodów ani podstaw teoretycznych do tego, by sądzić, że którakolwiek ze szczepionek przeciw COVID-19 ma jakikolwiek wpływ na płodność u kobiet lub mężczyzn”.
Czy prace nad szczepionką przebiegły zbyt szybko?
DW: wprowadzanie w błąd
Zazwyczaj opracowanie i dopuszczenie do obrotu szczepionki może trwać od 10 do 15 lat, a w wyjątkowych przypadkach nawet dłużej. Pierwsze szczepionki przeciw COVID-19 weszły do użycia po niecałym roku od wybuchu pandemii. Zrozumiałe jest zatem, że szybkie tempo prac nad szczepionką na pierwszy rzut oka wywołuje sceptycyzm. Jest jednak kilka rzeczy, które przyczyniły się w zrozumiały sposób do przyspieszenia tego procesu.
Po pierwsze: wcześniejsza wiedza. Szczepionki bazują na technologiach, które zostały już zbadane lub przetestowane wcześniej. Naukowcy wiedzieli już sporo o innych koronawirusach, które wywołują SARS lub MERS (2012). Również wtedy toczyły się badania nad szczepionkami.
Po drugie: powody finansowe. Na całym świecie na rozwój szczepionek przeznaczono ogromne sumy pieniędzy. Pozwoliło to naukowcom na pracę z zupełnie innymi zasobami, takimi jak większa liczba pracowników czy większa niż zwykle liczba równoległych testów.
Po trzecie: przyspieszone procedury. Mark Toshner, który brał udział w testowaniu szczepionki firmy AstraZeneca, powiedział BBC, że mylące jest twierdzenie, że testowanie szczepionek trwa zwykle dziesięć lat. Wiele czasu, jak powiedział, spędza się na różnorakim oczekiwaniu: na środki finansowe, na wystarczającą liczbę uczestników testów, na pozwolenia na przeprowadzenie badań. W czasie pandemii czas był jednak najważniejszy. Tak więc niektóre etapy, które zwykle odbywają się jeden po drugim, czasami były realizowane równolegle. Na przykład zatwierdzanie szczepionek często rozpoczynało się w ramach tzw. procesu „rolling review”: wstępne dane poddano analizie jeszcze w trakcie badań. Pomimo rekordowego czasu opracowywania szczepionek, przynajmniej w Europie, musiały one przejść wszystkie rygorystyczne procedury kontrolne Europejskiej Agencji Leków (EMA), aby mogły zostać dopuszczone na europejski rynek.
Przyspieszone procedury nie oznaczają zatem, że zachowano mniejszą ostrożność. W obliczu globalnej pandemii opracowanie szczepionki stało się absolutnym priorytetem.
Czy przebycie COVID-19 skuteczniej chroni przed ponownym zakażeniem niż szczepienie?
DW: wprowadzanie w błąd
Faktem jest, że większość osób zakażonych koronawirusem ma tzw. łagodny przebieg lub nawet nie ma żadnych objawów. Według Instytutu Roberta Kocha (RKI) w pierwszej fali zakażeń wiosną 2020 roku ze wszystkich osób, które w Niemczech uzyskały wynik pozytywny na obecność koronawirusa, około 80 procent miało łagodny przebieg. Pozostałe 20 procent uznano za osoby z ciężkim bądź nawet krytycznym przebiegiem choroby.
Nie ma jednak gwarancji, że osoby, u których nie występuje zwiększone ryzyko ciężkiego przebiegu COVID-19, przejdą infekcję bezproblemowo. Zdarza się bowiem, że młodzi i zdrowi ludzie poważnie chorują, a nawet umierają.
Trzeba też uwzględnić „Long COVID”, czyli późne i długotrwałe powikłania po przebytej infekcji, takie jak chroniczne zmęczenie czy problemy z naczyniami krwionośnymi. Zjawisko to występuje również po łagodnym przebiegu.
– Obecnie nie wiadomo jeszcze, jak długo takie powikłania się utrzymują – powiedział w rozmowie z DW Reinhold Foerster, wiceszef Niemieckiego Towarzystwa Immunologicznego. – Jeśli więc ktoś woli zaryzykować infekcję zamiast się zaszczepić, podejmuje „duże ryzyko” – jak twierdzi Foerster.
Drugim powodem, który przemawia za szczepieniami, jest fakt, że układ odpornościowy inaczej reaguje na szczepionkę. – To długoterminowe zabezpieczenie przed infekcją, które może być bardziej wyraźne dzięki szczepionkom – mówi wirusolog Christian Drosten w podcaście stacji NDR „The Coronavirus Update”. Jak dotąd, wygląda na to, że po szczepieniu wykształca się więcej przeciwciał i że pozostają one dłużej w organizmie.
Foerster może to potwierdzić na podstawie własnych, jeszcze nieopublikowanych badań. – Zasadniczo chodzi o ilość i jakość wytwarzanych przeciwciał. W przypadku jakości chodzi o to, jak mocno przeciwciało przylega do białka i w ten sposób zapobiega infekcji. Po dwóch dawkach szczepionki BioNTech/Pfizer obydwa wskaźniki są wyższe niż po przebytej infekcji – dodaje Foerster.
Decyzja o tym, by się nie szczepić, ma również wymiar społeczny i solidarnościowy. Jest tak dlatego, że zaszczepienie się pomaga ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa, a tym samym zmniejsza ryzyko zakażenia innych osób.
REDAKCJA POLECA
Krzysztof Skiba: Marek Edelman twierdził, że nienawiść jest łatwa. Miłość wymaga wysiłku i poświęcenia. Warto o tym pamiętać

Krzysztof Skiba
Do dziś nie wiadomo jakiego sposobu użył, aby uspokoić szalejącego studenta, ale można się tylko domyślać, że facet który zorganizował pierwsze w okupowanej Europie, zbrojne powstanie przeciwko hitlerowcom, widział śmierć i płonących ludzi, który walczył o wolność w kompletnie beznadziejnej sytuacji, ma w sobie dosyć siły i determinacji, aby uspokoić wariata. Świadek zdarzenia opowiadał, że wszyscy byli pełni podziwu dla lekarza, który bez strachu poradził sobie z trudną sytuacją. Po latach dopiero dowiedzieli się kim naprawdę jest
AWANTURA W AKADEMIKU
Lata 60. Akademik studencki w Łodzi. W jednym z pokojów straszna awantura. Pewien student wpada w furię. Został zdradzony przez kobietę i nie może sobie z tym problemem poradzić. W ataku szału demoluje pokój. Wyrzuca krzesła przez okno. Rozbija talerze. Koledzy próbują go uspokoić, ale to rozsierdza go jeszcze bardziej. Zaczyna biegać z nożem. Robi się niebezpiecznie i koledzy uciekają z pokoju. Wzywają pogotowie. Zdradzony krzyczy, że się zabije, bo nie ma już po co żyć.
Pogotowie przyjeżdża dość szybko. Lekarz zostaje poinformowany jaka jest sytuacja. Każe wszystkim pozostać na zewnątrz i sam wchodzi do pokoju. Nie słychać żadnych krzyków, ani odgłosów bójki.
Po jakimś czasie wychodzi spokojnie ze z niedoszłym samobójcą pod ramię. Chłopak zostaje odwieziony do szpitala. Po kilku dniach wraca zdrowy do akademika.
Lekarzem, który go uratował był MAREK EDELMAN. Człowiek, który „zdążył przed panem Bogiem”, jeden z przywódców powstania w gettcie warszawskim. Bohater, który uratował się z piekła i po wojnie był znanym kardiologiem w Łodzi.

Do dziś nie wiadomo jakiego sposobu użył, aby uspokoić szalejącego studenta, ale można się tylko domyślać, że facet który zorganizował pierwsze w okupowanej Europie, zbrojne powstanie przeciwko hitlerowcom, widział śmierć i płonących ludzi, który walczył o wolność w kompletnie beznadziejnej sytuacji, ma w sobie dosyć siły i determinacji, aby uspokoić wariata. Może wykonał jakiś gest, który chorego uspokoił, a może tylko spojrzał wymownie? Te oczy które widziały jak Niemcy mordują jego bezbronne siostry i braci, jak zabijają dzieci i starców mogły mieć w sobie siłę, która kazała będącemu w ataku furii się uspokoić. Te oczy nie taką furię widziały.
Świadek zdarzenia opowiadał, że wszyscy byli pełni podziwu dla lekarza, który bez strachu poradził sobie z trudną sytuacją. Po latach dopiero dowiedzieli się kim naprawdę jest. A co ze studentem, który z powodu zdrady miłosnej chciał się zabić? Skończył studia. Poznał nową dziewczynę. Podobno zrobił nawet karierę. Miał szczęśliwe życie. Historia opowiedziana mi przez świadka zdarzenia sześć lat temu podczas obchodów 70- lecia Uniwersytetu Łódzkiego.
Wczoraj minęła rocznica powstania w gettcie. Marek Edelman twierdził, że nienawiść jest łatwa. Miłość wymaga wysiłku i poświęcenia. Warto o tym pamiętać. Także dzisiaj. Zwłaszcza dzisiaj.
Krzysztof Skiba
Marcin Zegadło: 19 kwietnia 1943 r. w getcie warszawskim wybuchło powstanie

Marcin Zegadło
To, co wtedy wydarzyło się w Warszawie stanowi dowód na to, że można umierać na oczach własnych sąsiadów, można spłonąć w kamienicy we własnym mieście, można zostać zamordowanym trzymając na rękach własne dziecko, kiedy gdzieś obok ludzie chodzą do pracy, kochają się, kłócą lub tak jak tamtej wiosny, szykują się do świąt
19 kwietnia 1943 r. w getcie warszawskim wybuchło powstanie. Garstka fatalnie uzbrojonych Żydów i Żydówek, mężczyzn i kobiet, tych, którzy jeszcze w getcie zostali, których nie zmiotła Wielka Akcja (Grossaktion Warschau) i wywózki do obozów zagłady w roku 1942, ci, którzy ocaleli stawili absolutnie beznadziejny opór strzelając do nazistów, Niemców oraz tych, którzy z nimi kolaborowali.

Piszę o tym, co roku. Dzisiaj chciałbym jedynie wskazać, dlaczego w mojej opinii pamięć o tym, co wtedy wydarzyło się w Warszawie jest istotna.
Po pierwsze:
To, co wtedy wydarzyło się w Europie oraz w stolicy okupowanej Polski dowodzi faktu, że w nominalnie chrześcijańskich społeczeństwach oraz na kontynencie, który upatruje swojej tożsamości w chrześcijańskiej tradycji możliwy jest zorganizowany, systemowy mord na mężczyznach, kobietach i dzieciach, a motywy tej zbrodni stanowią ideologia, wroga propaganda, uprzedzenia, idiotyczne legendy i podania oraz religijna nagonka mająca swój początek jeszcze w średniowieczu, a miłość do bliźniego nie ma tutaj nic do rzeczy, podobnie jak Chrystus, papież i całe chrześcijańskie instrumentarium i rekwizytorium.

Po drugie:
To, co wtedy stało się z Żydami dowodzi faktu, że śmierć, zbrodnia, mord, bezprawie, niewyobrażalne barbarzyństwo mogą dziać się obok nas, nawet wtedy, kiedy nasze życie toczy się swoim rytmem. To, co wtedy wydarzyło się w Warszawie stanowi dowód na to, że można umierać na oczach własnych sąsiadów, można spłonąć w kamienicy we własnym mieście, można zostać zamordowanym trzymając na rękach własne dziecko, kiedy gdzieś obok ludzie chodzą do pracy, kochają się, kłócą lub tak jak tamtej wiosny, szykują się do świąt.

Po trzecie:
To, co wydarzyło się wtedy w Warszawie oznacza, że ludzka godność i odwaga przekracza wszelkie granice naszej wyobraźni oraz że wybór może nie dotyczyć życia lub śmierci, może natomiast odbywać się w obrębie samej śmierci. Jej formy, jej rodzaju, jej przebiegu.
To, co wydarzyło się wtedy w Warszawie oznacza także, że zbrodnia może mieć swój początek w banalnej potrzebie odwetu i w najprostszej ludzkiej niechęci.

To, co wydarzyło się wtedy oznacza również, że winni nie są wyłącznie sprawcy, ale winni są również ci, którzy pozostają obojętni, kręcąc się na karuzelach tuż obok murów płonących gett, które były i które prawdopodobnie jeszcze będą, ponieważ jeżeli osiemdziesiąt lat później ulicami stolicy Polski znów maszerują faszystowskie męty profanując to miasto i pamięć o tamtych, którzy wtedy spłonęli żywcem, umarli w bunkrach zaduszeni gazem lub zostali rozstrzelani na ulicach, to jesteśmy na dobrej drodze do tego, żeby w bliżej nieokreślonej przyszłości ponownie usłyszeć stukot kół transportów wiozących nie wiadomo kogo, nie wiadomo dokąd. A jeśli komuś wydaje się, że to jest przesadzone proroctwo proponuje uważnie rozejrzeć się dookoła. Zdarza się bowiem tak, że po jednej stronie muru jest względny spokój, podczas gdy po jego drugiej stronie umierają ludzie.
Marcin Zegadło
Jak wyglądają egzaminy do Policji? Testy i praca w Policji
Każdy policjant przed dołączeniem do jednostki musiał zaliczyć szereg testów sprawdzających ich możliwości. Nie każdy nadaje się do tej pracy, więc Policja wprowadziła takie egzaminy, które pozwalają odsiać potencjalnie najlepszych kandydatów. W dzisiejszym artykule przeczytacie o testach do Policji oraz trochę o samej pracy w jednostce.

Kto ma szansę zostać policjantem?
Zanim przystąpisz do rekrutacji to koniecznie zrób sobie rachunek sumienia. Większość osób z różnych względów nie nadaje się do pracy w Policji. Zbyt niska odporność psychiczna, niewystarczająca wytrzymałość fizyczna czy po prostu zaburzony system wartości to tylko kilka z czynników, które zmniejszają Twoją szansę na dołączenie do jednostki.
Wiele osób chce dołączyć do jednostki z uwagi na swoje poglądy i chęć niesienia pomocy. Inni z kolei patrzą pod kątem przyszłości, szybkiej emerytury czy zarobków w Policji o których możesz przeczytać pod tym linkiem – https://odpowiedzi.com.pl/news/artykuly/ile-zarabia-policjant-w-2020-roku-aktualne-zarobki-w-policji
Niezależnie od motywacji musicie zaliczyć testy do Policji, które kompleksowo sprawdzą wszystkich kandydatów pod kątem możliwości pracy w jednostce. Zapraszamy do dalszej części artykułu!
Jak wyglądają testy do Policji? Etap po etapie
Formuła testów do Policji pozostaje niezmienna od lat, gdyż doskonale sprawdza się przy weryfikacji kandydatów. Można jednak zwrócić uwagę, że każdego roku rekruterzy zmuszeni są do obniżania wymagań fizycznych, co związane jest z ciągle spadającą ogólną kondycją fizyczną społeczeństwa. Egzaminy do Policji składają się z 4 etapów, które przedstawiamy poniżej:
TSF (Test Sprawności Fizycznej)
Każdy z kandydatów musi ukończyć tor przeszkód, który składa się z 7 ćwiczeń. Czas na ukończenie to maksymalnie minuta i 41 sekund. Każdy wynik powyżej tego czasu oznacza otrzymania 0 punktów z tej części testów. Im szybszy czas, tym większą ilość punktów otrzyma kandydat.
TWO (Test Wiedzy Ogólnej)
Egzamin z wiedzy zawiera 40 pytań zamkniętych z tylko jedną, poprawną odpowiedzią. Pytania mają 4 możliwe odpowiedzi A, B, C lub D a czas na jego rozwiązanie to 40 minut. Na egzaminie możecie spodziewać się pytań z szeroko pojętego prawa, polskiego ustawodawca czy historii Polski.
Testy psychologiczne
Jest to niezaprzeczalnie najbardziej wymagająca część egzaminu. Dlaczego? Ponieważ nie ma możliwość aby się do niego przygotować. Wiele zależy od cech charakteru, inteligencji oraz wzorów zachowań kandydata.
Testy psychologiczne dzielą się na trzy etapy:
- Test na inteligencję;
- Główny test psychologiczny
- Rozmowę z psychologiem
Rozmowa kwalifikacyjna
Rozmowa kwalifikacyjna odbywa się w towarzystwie dwóch policjantów oraz psychologa, która ma na celu sprawdzenie odporności psychicznej kandydata. Wszystkie reakcje kandydata są bacznie obserwowane i oceniane przez komisje. Ważne aby podczas całego egzaminu zachowań zimną krew i chłodną głowę.
Marcin Matczak: Mówili, że problemem jest zasiadanie postkomunistycznych sędziów w SN. Dzisiaj postkomunistyczny prokurator likwiduje demokratyczną instytucję

Marcin Matczak
Mówili, że problemem jest zasiadanie postkomunistycznych sędziów w SN. Dzisiaj postkomunistyczny prokurator likwiduje demokratyczną instytucję. To, co mówi Piotrowicz na temat wykładni Konstytucji, jest niezgodne z podstawową wiedzą prawniczą, której uczymy na pierwszym roku studiów. TK sprawdza zgodność z NORMĄ konstytucyjną, a nie z pojedynczym PRZEPISEM
Mówili, że problemem jest podobno samo zasiadanie postkomunistycznych sędziów w SN. Dzisiaj postkomunistyczny prokurator likwiduje demokratyczną instytucję wolnej Polski i usłyszymy, że to triumf państwa prawa.

Decyzja w sprawie RPO jest błędna i podyktowana nie Konstytucją, ale interesem politycznym. Konstytucja RP ma nie jeden, ale ponad 240 przepisów. Dłuższe niż 5 lat działanie RPO jest zgodne z jej przepisami, wymagającymi sprawności działania instytucji. Niezgodne jest tylko z politycznym interesem PiS, który zastąpił w niby-TK Konstytucję jako wzorzec kontroli prawa.
W szczególności to, co mówi Piotrowicz na temat wykładni Konstytucji, jest niezgodne z podstawową wiedzą prawniczą, której uczymy na pierwszym roku studiów. TK sprawdza zgodność z NORMĄ konstytucyjną, a nie z pojedynczym PRZEPISEM. Norma jest połączeniem kilku przepisów: tego o 5-letniej kadencji i tego o sprawności działania instytucji. Ustawa o RPO jest zgodna z tą normą.
Przejęcie TK doprowadziło ostatecznie do uderzenia w konkretnych ludzi m.in. przez decyzję aborcyjną. Tak samo będzie z RPO. Gdy PiS wprowadza swoich ludzi do instytucji ochrony naszych praw, one przestają działać, a zaczynają klaskać. A władza robi, co chce.
Marcin Matczak
Marek Chmaj: Rozstrzygnięcie TK „Bodnar musi odejść”, zawiera dyskwalifikujące wady formalne i merytoryczne
W czwartek, 15 kwietnia, Trybunał Konstytucyjny ogłosił, że przepis ustawy o Rzeczniku Praw Obywatelskich, który pozwolił Adamowi Bodnarowi pozostawać na stanowisku do czasu wyboru nowego Rzecznika, jest niezgodny z konstytucją. Przepis ten traci moc obowiązującą po upływie trzech miesięcy od opublikowania wyroku w Dzienniku Ustaw – ogłosiła prezes TK Julia Przyłębska.
Były poseł PiS, sędzia Stanisław Piotrowicz, odczytując uzasadnienie, ocenił: – Trybunał zaznacza, że sprawa, w której zapadł wyrok, nie dotyczy ani konkretnego Rzecznika Praw Obywatelskich, ani urzędu RPO jako takiego – tłumaczył. W jego ocenie TK skupił się na samej kwestii kadencyjności.
Prof. Marek Chmaj: Rozstrzygnięcie TK, zawiera dyskwalifikujące wady
Rozstrzygnięcie TK z 15.04.2021 r. (K 20/20) w sprawie RPO, zawiera dyskwalifikujące wady formalne i merytoryczne:
Wady formalne:
- udział w składzie osoby nieuprawnionej, czyli dublera Justyna Piskorskiego. Wskutek tego skład TK był oczywiście sprzeczny z przepisami prawa i „rozstrzygnięcie” nie jest wyrokiem
- wielokrotne, „ręczne manipulacje” składem orzekającym dokonywane przez J. Przyłębską
Wady merytoryczne:
- TK nie zrozumiał, że ze wskazanej w art. 2 Konstytucji zasady demokratycznego państwa prawnego wynika zasada zachowania ciągłości władzy państwowej;
- dotychczasowe rozwiązanie, polegające na 5-letniej kadencji RPO, ale przy uwzględnieniu konieczności ciągłości sprawowania urzędu było zgodne z Konstytucją,
- do tej pory zadania RPO wykonywała osoba posiadająca legitymację wynikającą z wyboru w konstytucyjnym trybie (Sejm za zgodą Senatu), Orzeczenie otwiera możliwość wprowadzenia do ustawy p.o. Rzecznika, czyli osoby powoływanej przez kogokolwiek. Osoba taka nie będzie mieć legitymacji do sprawowania funkcji Rzecznika
- sytuacja, kiedy ważny konstytucyjny organ państwa nie jest obsadzony, godzi w Konstytucję
- jeden, jedyny przypadek w Konstytucji, kiedy przewidziano osobę „wykonującą obowiązki” organu kadencyjnego znajduje się w art. 131. Przepis ten dotyczy wykonywania przez Marszałka Sejmu lub Marszałka Senatu obowiązków Prezydenta. Gdyby ustrojodawca chciał, aby były powoływane inne osoby p.o. – to by to wpisał do Konstytucji
- rozstrzygnięcie otwiera możliwość szerokiego, niezgodnego z Konstytucją, powoływania osób p.o. Niedługo możemy mieć p.o. Prezesa NIK, p.o. Rzecznika Praw Dziecka, p.o. Prezesa NBP, p.o. członków KRRiT czy KRS itp., a nawet osobę p.o. Prezesa Rad Ministrów
Prof. Marek Chmaj
Krzysztof Skiba: Ponury spektakl pod schodkami smoleńskimi, czyli: UWAGA! POLICJA!

Krzysztof Skiba
Ponury spektakl pod schodkami smoleńskimi, sześćdziesięciu policjantów zatrzymujących babcię Kasię. Jak mogło dojść do sytuacji, w której polska policja państwowa jest de facto przeciwko społeczeństwu? Mozolny wysiłek, jaki wykonano, by przez lata odczarować wizerunek policjantów jako ZOMOwców i ciemiężycieli z czasów PRL, legł obecnie w gruzach. Policja podobnie jak TVP ma już w państwie PiS charakter czysto partyjny, a nie obywatelski. Służbę społeczeństwu zamieniono w służbę partii
Ponury spektakl pod schodkami smoleńskimi, sześćdziesięciu policjantów zatrzymujących babcię Kasię, wcześniejsze brutalne ataki na uczestników protestów Strajku Kobiet czy Strajku Przedsiębiorców, każą nam się zastanowić, co dzieje się z polską policją?
Świadkiem kolega kulson.
— Grzela #WolneSądy #Konstytucja (@alezrg16) April 11, 2021
A Babcia Kasia zaatakowała podeszwą cały zastęp pałkarzy.🤣🤣🤣 pic.twitter.com/8j5Ld1TUjH
Kim są ci damscy bokserzy i skąd się wzięli?
Jak mogło dojść do sytuacji, w której polska policja państwowa jest de facto przeciwko społeczeństwu?
Z badań wynika, że mozolny wysiłek, jaki wykonano, by przez lata odczarować wizerunek policjantów jako ZOMOwców i ciemiężycieli z czasów PRL, legł obecnie w gruzach. Policja podobnie jak TVP ma już w państwie PiS charakter czysto partyjny, a nie obywatelski. Służbę społeczeństwu zamieniono w służbę partii, która jest u władzy. Warto może przypomnieć, że w rocie przysięgi policyjnej każdy policjant przysięga służyć Narodowi i Konstytucji.
Wyniki badań przeprowadzonych przez Ipsos dowodzą, że 2/3 Polaków postrzega policję negatywnie. Przy tej okazji zawsze rodzą się naiwne pytania.
- Dlaczego tak się dzieje?
- Skąd oni ich biorą?
Dzieje się tak dlatego, że każda władza autorytarna potrzebuje policji do ochrony swoich działań. Policja to struktura hierarchiczna oparta na rozkazach i podporządkowaniu. Po przejęciu władzy szybko wyrzuca się poprzednich dowódców i mianuje swoich. Zwykle bardziej uległych i z awansu. Awansując niższej rangi policjantów na wysokie stopnie i stanowiska, uzyskuje się możliwość dowolnego sterowania nimi i zdobywa pewność, że zrobią każde świństwo.
O ile pod rządami ministra Jarosława Zielińskiego policja narażona była na śmieszność, bo cięła konfetti i sypała je z helikoptera podczas ministerialnych wizytacji na Podlasiu, albo konno ochraniała orszak w święto Trzech Króli w Szczecinie z doczepionymi skrzydłami aniołów, o tyle obecnie za ministra Mariusza Kamińskiego policja nie bawi się już w takie paradne cyrki, tylko skutecznie rozwija techniki użycia pałek teleskopowych i pryskania gazem pieprzowym w oczy obywateli.
W stanie wojennym za czasów generała Jaruzelskiego też ulegliśmy złudzeniu, że cały naród popiera Solidarność, że wszyscy są przeciwko komunie. Pamiętam dobrze to zdziwienie, gdy do miasta zwalały się masy zomowców. Do Gdańska przywożono ich autokarami jak wycieczki i umieszczano w hotelach. Przez kilka pierwszych miesięcy stanu wojennego mieszkali w centrum Gdańska, w reprezentacyjnym hotelu Heweliusz. Chodziło o to, aby byli na miejscu, blisko zapalnych punktów takich jak Stocznia i stałe miejsca demonstracji i żeby nie trzeba było ich zwozić z dalekich koszar. Gdy miasto tonęło w demonstracjach ZOMOwcy zawsze byli pod ręką.
Po kilku miesięcznym pobycie ZOMO w Heweliuszu, hotel musiał zostać poddany gruntownemu remontowi. Wszystkie pokoje były zdemolowane. Ci młodzi ludzie pierwszy raz przebywali w takim miejscu. Patrolując gdańskie ulice kompletnie nie znali miasta. Sprawdzali nam dowody i adresy zamieszkania. Często dawali sobie wmówić, że dzielnica Zaspa jest w kierunku Głównego Miasta.
Byli to młodzi ludzie ze wsi, którzy zamiast do wojska poszli do ZOMO, dla większej zapłaty, dodatkowej kiełbasy i atrakcji takich jak hotel Heweliusz w centrum turystycznego miasta. I to jest odpowiedź na drugie pytanie „skąd oni ich biorą”. Przy odpowiednim systemie nagradzania, zawsze chętni się znajdą.
We współczesnej Polsce praca w policji nie jest chyba obiektem marzeń wielu młodych ludzi. Dane policyjne mówią o ponad 7 tysiącach wakatów. Są miasta, w których obsada komisariatów jest więcej niż skromna. Pamiętajmy o tym, że w policji też pracują ludzie. W dniach demonstracji wielu z nich idzie taktycznie na chorobowe lub biorą wolne, co spotyka się z szybką reakcją przełożonych i karami służbowymi.
Aby zachęcić młodych ludzi do służby w policji OBNIŻONO kryteria przyjęcia. Testy sprawnościowe, a przede wszystkim testy psychologiczne są już na tak niskim poziomie, że przyjmują pośpiesznie prawie każdego, a policjantem staje się ktoś po kilkumiesięcznym przeszkoleniu.
Państwo PiS masowo wypuszcza na ulicę uzbrojonych ludzi nieprzygotowanych do pełnienia służby.
Dołączmy do tego praktyczną BEZKARNOŚĆ policjantów i tragedia gotowa. Stąd mamy takie sytuacje jak morderstwo Igora Stachowiaka na komisariacie we Wrocławiu, czy śmierć Tomasza Wróblewskiego, który zmarł po interwencji policji w Ełku. Głośna jest też najnowsza sprawa z miejscowości Piątek, gdzie w czasie świąt doszło do zatrzymania pewnego 30 latka, który został pobity przez policjantów, a jego zwłoki porzucono w lesie.
Naiwnością byłaby jednak wiara w to, że przy pomocy demaskatorskich artykułów w mediach, moralnych apeli, autorytetów przemawiających do sumienia, buntowniczych czy ośmieszających piosenek, powszechnego nawet społecznego potępienia siłowe oddziały policji nagle odmówią wykonania absurdalnych rozkazów czy zbuntują się przeciwko represjonowaniu społeczeństwa. Takie zdarzenie nigdy nie nastąpi, bo wymagałoby to sytuacji rewolucyjnej, a do takiej mimo licznych i masowych protestów jeszcze daleko.
Ludzie, którzy decydują się na pracę w policji mają specyficzną osobowość. To tutaj mogą nagle stać się ważni i odreagować swoje życiowe niepowodzenia. Otrzymują też skrawek władzy, która pozwala zakuć obywatela w kajdanki, pobić, a nawet decydować o jego życiu.
Z wielkim przygnębieniem przeczytałem ostatnio książkę Jana Grabowskiego pod tytułem „Na posterunku”. Autor opisuje drobiazgowo udział polskiej policji granatowej i kryminalnej w zagładzie Żydów w czasie II wojny światowej. Po przegranej przez Polskę kampanii wrześniowej, policja granatowa złożona z Polaków, bardzo szybko, bo już praktycznie w październiku i listopadzie 1939 roku przeszła pod niemieckie rozkazy. Część z policjantów współpracowała później co prawda z konspiracją i Armią Krajową, ale zdecydowana większość szybko przestawiła się pod potrzeby nowej władzy i z gorliwie spełniała rozkazy okupanta.
Wniosek płynie z tego niestety taki, że nie mamy się co dziwić brutalnym interwencjom policyjnym, pobiciom kobiet, wynoszeniu staruszek do radiowozów, wywożeniu demonstrantów kilkadziesiąt kilometrów od miejsca zatrzymania, czy nawet „wypadkom przy pracy”, czyli zabijaniu podczas interwencji. Obecna władza na to absolutnie pozwala. Gorliwych nagradza, a przestępców chroni. Taki mamy klimat. Mam nadzieję, że do czasu.
Krzysztof Skiba
Krzysztof Skiba: Sprzedawcy papierowych samolocików, czyli smoleńska ściema

Krzysztof Skiba
Mija 11 lat od katastrofy w Smoleńsku. Ileż przy tej okazji mieliśmy oskarżeń i teorii spiskowych, ileż bzdur wygłoszono i ile kitu nam sprzedano? Głównym inkubatorem bredni była i jest podkomisja Macierewicza złożona z fryzjerów i blogerów, która swe rewelacje oparła na eksperymencie wybuchu stodoły oraz doświadczeniach ze zgniataniem puszki coli. Zamach mieli zaplanować Putin razem z Tuskiem, w trakcie spaceru po molo w Sopocie w 2009 roku. Motywem miało być popierane przez Lecha Kaczyńskiego wydobycie gazu łupkowego, co bardzo nie podobało się Rosji.
Korzystając z nadmiaru czasu obejrzałem ostatnio ciekawe seriale dokumentalne na Netflixie. „Zaginięcie w hotelu Cecil” opowiada o zaginięciu studentki Elisy Lam w owianą złą sławą hotelu w Los Angeles, a „Zaginiecie Madaleine McCann” to drobiazgowo opowiedziana historia głośnego zniknięcia trzyletniej dziewczynki, która wraz z rodzicami przebywała na rodzinnych wakacjach w Portugalii.
Obie sprawy były niezwykle głośne medialnie i rozpalały wyobraźnię goniących za sensacją dziennikarzy oraz samozwańczych detektywów z Internetu. W serialach niezwykle ciekawy jest wątek mechanizmu psychologii tłumu. Obie historie są niezwykle tajemnicze i z pewnością to, powodowało powstawanie niezliczonej ilości teorii spiskowych na ich temat. Przy okazji prowadzonych śledztw pracująca pod ciśnieniem mediów policja, media szukające atrakcyjnych i bulwersujących wydarzeń oraz społeczność internetowych maniaków, doprowadziły do bezpodstawnych oskarżeń niewinnych osób.
Ta ŁATWOŚĆ rzucania podejrzeń (co szczególnie cechuje królów Internetu) nie przybliżyła NIKOGO do rozwiązania zagadek, a jedynie zniszczyła życie oskarżanych osób. Przy okazji sprawy Elizy Lam oskarżono bogu ducha winnego muzyka metalowego, który jak się szybko okazało nie miał ze sprawą nic wspólnego. Zatruto mu życie i zniszczono karierę. Facet przestał nagrywać i występować, zmienił nazwisko i skończył jako psychiczny wrak na kozetce u psychologa. „Tropami”, które miały wskazywać na jego „winę” był fakt, że rok wcześniej muzyk był w hotelu Cecil, w którym zaginęła studentka, orazoraz że w teledysku, który nagrał jest scena jak ktoś goni w lesie kobietę. Tak! To były „dowody” jego winy.
Podobnie działo się wokół sprawy trzyletniej Madaleine, tu oskarżono Anglika, który w pierwszych dniach po zaginięciu dziewczynki udzielał się jako tłumacz. Zatrzymano nie tylko „podejrzanego”, ale także wszystkie osoby z jego rodziny oraz współpracownika. Przetrzymywano ich godzinami na policji, sprawdzono mieszkania i komputery.
Wszystkich zastraszano, poddano ostracyzmowi, palono im samochody. Z tłumacza zrobiono pedofila, a gazety brukowe pisały wprost, że to on jest porywaczem i prawdopodobnie mordercą. Wszystkie zarzuty okazały się bezsensowne i bezpodstawne. Dowodami winy miały być takie interesujące tropy jak to, że facet „ma dziwne oko”, oraz że zmiękcza imię „Madaleine”.
Na podstawie tak absurdalnych „dowodów” policja, media oraz internauci wydali wyrok. To wystarczyło by facet był medialnym sprawcą porwania.
Dlaczego o tym piszę?
A to dlatego, że dziś mija 11 lat od katastrofy w Smoleńsku. Ileż przy tej okazji mieliśmy oskarżeń i teorii spiskowych, ileż bzdur wygłoszono i ile kitu nam sprzedano?
Przypomnę tylko najsłynniejsze HITY SMOLEŃSKIEJ ŚCIEMY:
1. Teoria wielkiego magnesu, który ściągnął samolot na ziemię.
2. Teoria sztucznej mgły rozmyślnie rozpuszczonej w rejonie lądowania.
3. Teoria helu rozpuszczonego nad lotniskiem, co miało zachwiać parametrami samolotu
4. Teoria bomby ukrytej w gaśnicy.
5. Teoria bomby termobarycznej która wybuchła po wylądowaniu samolotu.
6. Teoria świadomego podawania złych parametrów pilotom.
7. Teoria bomb wybuchających jak parówki.
8. Teoria wybuchu liniowego.
9. Teoria wybuchu bomby ukrytej w skrzydle.
10. Teoria wybuchu punktowego.
11. Teoria wady fabrycznej Tupolewa, która miała być rozmyślnie zaplanowana i zamontowana podczas serwisowania samolotu. Nie podano oczywiście na czym miałaby polegać.
12. Teoria zamachu terrorystycznego. Po normalnym wylądowaniu samolotu terroryści mieli uśpić pasażerów i upozorować wybuchami katastrofę.
Wszystkie te teorie rozpowszechniali internetowi detektywi, ale głównym inkubatorem bredni była i jest podkomisja Macierewicza złożona z fryzjerów i blogerów, która swe rewelacje oparła na eksperymencie wybuchu stodoły oraz doświadczeniach ze zgniataniem puszki coli.
Zamach mieli zaplanować Putin razem z Tuskiem, w trakcie spaceru po molo w Sopocie w 2009 roku. Motywem miało być popierane przez Lecha Kaczyńskiego wydobycie gazu łupkowego, co bardzo nie podobało się Rosji.
Wszystkie te baśniowe wizje, teorie BEZ ŻADNYCH DOWODÓW rozpowszechniały media rządowe ze szczególnym uwzględnieniem Gazety Polskiej, Tygodnika Sieci, Telewizji Trwam, Radia Maryja i portalu wpolityce, a także setki pomniejszych mediów usłużnych władzy. Biznes smoleński się kręcił. Napisano książki, nakręcono filmy, wzrosły nakłady upadających prawicowych gazetek.
Mózg człowieka jest tak skonstruowany, że łatwiej wchłania najbardziej fantastyczne teorie niż prawdę. Łatwiej otwiera się na głupotę niż mądre przemyślenia.
Pomijając śmieszność wszystkich tych koncepcji oraz fakt, że odkrycie dużych złóż gazu łupkowego w Polsce okazało się tyleż wspaniałe co kompletnie nieopłacalne, należy podkreślić, że słynne „dochodzenie do prawdy” podczas miesiączek smoleńskich opakowane w najbardziej podłe zarzuty typu „zabiliście mi brata”, to w wykonaniu Prezesa Jarosława niezwykle przydatna, ale prosta jak cep taktyka zdobywania władzy. Swoista sprężyna, która pomogła jego formacji dojść do stanowisk i kasy oraz pognębić przeciwników.
Dla Antoniego Macierewicza był to obok zysków politycznych, także świetny biznes przeliczalny na konkretne miliony wydawane przez podkomisję, którą kieruje.
Smoleńska ściema zafundowała Polsce wewnętrzną zimną wojnę, dawno niewidziany głęboki podział społeczeństwa, brak zaufania do struktur państwowych, brak zaufania do prawdziwych ekspertów lotnictwa, dystans do nauki, a przede wszystkim do praw fizyki oraz partie u władzy, która zarządza Polską jak agencją towarzyską dla swoich wujków i kuzynów.
I na koniec wypadałoby zapytać:
Gdzie dziś jesteście nieustraszeni tropiciele „prawdy”? Gdzie są ci bezkompromisowi detektywi i kowboje Internetu? Gdzie są te setki samozwańczych Sherlocków Holmesów? Gdzie chowają się te mądrale od „Trotyla” Gmyza po Matkę Kurkę? Gdzie są ci śledczy „redaktorzy” z Gazety Polskiej, sprzedawcy mętnych śmieci i bajkowych teorii? Gdzie oni są? I CZY WAM NIE WSTYD?

Dziś, gdy po jedenastu latach ściemy (w tym sześciu latach rządów PiS), Antoni Macierewicz nadal „dochodzi” i nadal szuka bomby we własnej głowie. Ze skutkiem śmiertelnym. Dla polskiej demokracji.
Krzysztof skiba
Dzwoni Kukiz do Skiby. Wniosek: „Wariatów w polskiej polityce nie brakuje i Kukiz nie musi powiększać ich szeregów. Ale najwyraźniej chce”

Krzysztof Skiba
Paweł to BŁĘDNY RYCERZ polskiej polityki. Na początku swojej kariery rozbudził niesamowite nadzieje wszystkich, którym nie odpowiadał walczący ze sobą duet PO i PiS. A potem zawiódł na całej linii. Jako antysystemowiec poszedł do polityki rozwalić system, ale jego postulaty nie spotkały się z entuzjazmem ani polityków (co oczywiste), ani społeczeństwa. Twierdzi, że gdyby mu zaufano, to on by zmienił ustrój i wszystkim żyłoby się wspaniale. Błędny Rycerz walczący z wiatrakami. Paweł sam użył tego sformułowania. Przypominam, że u Cervantesa Don Kichot to po prostu wariat. Szlachetny, ale wariat.
Mój list do Pawła Kukiza, w którym apeluję, aby nie wspierał PiS, odszedł z polityki i wrócił na scenę muzyczną, poparł Jurek Owsiak. Mój apel i reakcję Owsiaka opublikowały liczne media od Onetu po Wirtualną Polskę, od Faktu po portale plotkarskie. Słowem zrobiło się głośno i… poseł Paweł Kukiz zadzwonił wczoraj do mnie z wyjaśnieniami.

Z ponad godzinnej rozmowy wynika, że:
- Polityka zjadła go wraz z kopytami i ciężko będzie Pawła odzyskać dla świata muzyki.
- Paweł ma świadomość, że Prezes po konflikcie z frakcją Ziobry i Gowinem liczy w sejmie szable i pięciu posłów Kukiza NAGLE zrobiło się ważnych.
- Współpracę z PiS uzależnia od poparcia swoich projektów z sędziami pokoju i ustawy antykorupcyjnej. Najpierw PiS ma poprzeć jego projekty, a dopiero potem on poprze PiS. To nie oznacza, że do PiS się zapisuje.
- Kiedyś był z Prezesem na „pan”, a teraz jest na „ty”. Ale wie, że to ze strony Prezesa rodzaj taktycznego zagrania.
- Pięciu posłów Kukiza nie da się przekabacić PiSowi, bo to najbardziej twardzi z twardych. Jednemu już proponowali stanowisko, służbowy samochód i sekretarkę.
- Jeśli choć jedną sprawę uda mu się przepchnąć (np. ustawę antykorupcyjną) to uzna, że jego misja w świecie polityki, mimo potknięć, krytyki i sporej utraty poparcia miała sens.
- Do polityki nie poszedł dla pieniędzy, bo jako poseł otrzymuje 7 tys. zł pensji. Tyle to miał jako lider Piersi z jednego koncertu. I tu potwierdzam absolutnie, że tak właśnie jest.
Moje wnioski są takie:
Paweł to BŁĘDNY RYCERZ polskiej polityki. Na początku swojej kariery rozbudził niesamowite nadzieje wszystkich, którym nie odpowiadał walczący ze sobą duet PO i PiS. A potem zawiódł na całej linii.
Jako antysystemowiec poszedł do polityki „rozwalić” system, ale jego postulaty nie spotkały się z entuzjazmem ani polityków (co oczywiste), ani społeczeństwa. Wystarczy przypomnieć niesławne referendum w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW), które były wielkim postulatem Kukiza. Prezydent Komorowski uznał, że to hasło Kukiza o JOWach jest tak ważne dla społeczeństwa, że w panice zorganizował w tej sprawie ogólnopolskie referendum, które skończyło się absolutną klęską. Wzięło w nim udział nieco ponad 7 procent obywateli. Była to najmniejsza frekwencja wyborcza w historii Polski. Wydano na ten kaprys Kukiza i przestraszonego Komorowskiego 72 mln zł. Ledwo Kukiz pojawił się w polityce już Polska musiała się sporo wykosztować. Te 72 mln to przecież więcej niż na „wybory pocztowe” Sasina, o których jest tyle żartów i krzyku.
Kukiz niezrażony OLANIEM TEMATU przez Polaków, nadal z pasją przekonuje wszystkich, że tylko JOWY uratują Polskę. Twierdzi, że społeczeństwo jest za głupie, aby skapować, że ma fatalny ustrój. Muńkowi z T.Love tłumaczył dwie godziny o co chodzi w tych JOWach i on też nie zrozumiał. Skoro Muniek nie zrozumiał, to nie ma co liczyć na pozostałych. Zdaniem Kukiza tylko zmiana USTROJU i KONSTYTUCJI uczyni Polskę lepszą i bardziej sprawiedliwą.
Przy odpowiednim zachowaniu proporcji uważam, że Paweł Kukiz jest jak Lech Wałęsa, po tym, gdy przegrał wybory z Kwaśniewskim. Lech NIE DOSTRZEGAŁ swoich błędów tylko z uporem maniaka powtarzał, że zawiódł się na ludziach, że jego prezydentura była wspaniała, tylko społeczeństwo tego nie dostrzegło, że gdyby jako prezydent miał więcej władzy, gdyby go posłuchano, gdyby zrealizowano jego postulaty itd.
Podobnie jest z Pawłem. On też twierdzi, że gdyby mu zaufano, gdyby miał więcej posłów, gdyby pomogli mu w jego misji tacy ludzie jak Skiba, Muniek czy Owsiak, to on by zmienił ustrój i wszystkim nam żyłoby się wspaniale. Błędny Rycerz walczący z wiatrakami. Paweł sam użył tego sformułowania. Przypominam, że u Cervantesa Don Kichot to po prostu wariat. Szlachetny, ale wariat.
Wariatów w polskiej polityce nie brakuje i Paweł Kukiz nie musi powiększać ich szeregów. Ale najwyraźniej chce.
Kukiz pod koniec rozmowy powiedział, że zadzwonił niedawno do starych muzyków z Piersi, aby coś nagrać, dla oddechu, bo kiszenie się w polityce doprowadza go do szału. Cień szansy na zmianę jednak jest. Paweł nagrywaj!
Krzysztof Skiba
Książę Filip nie żyje. Mąż królowej Elżbiety miał 99 lat
Książę Filip nie żyje. Mąż królowej Elżbiety zmarł o poranku – poinformował w piątek Pałac Buckingham. Książę Filip, zmarł w wieku 99 lat.
Prince Philip, Queen Elizabeth II’s husband, has died aged 99, Buckingham Palace has announced https://t.co/8doWZ8fVmp
— BBC Breaking News (@BBCBreaking) April 9, 2021
Książę poślubił księżniczkę Elżbietę w 1947 roku, pięć lat przed tym, jak została królową. Był najdłużej pełniącym służbę królewską współmałżonkiem w historii Wielkiej Brytanii.
Oświadczenie z Pałacu Buckingham mówi:
„Z głębokim smutkiem Jej Wysokość Królowa ogłosiła śmierć swojego ukochanego męża, Jego Królewskiej Wysokości Księcia Filipa, księcia Edynburga. Jego Królewska Mość odszedł spokojnie dziś rano w zamku Windsor”.
It is with deep sorrow that Her Majesty The Queen has announced the death of her beloved husband, His Royal Highness The Prince Philip, Duke of Edinburgh.
— The Royal Family (@RoyalFamily) April 9, 2021
His Royal Highness passed away peacefully this morning at Windsor Castle. pic.twitter.com/XOIDQqlFPn
Książę Filip i królowa mieli czworo dzieci, ośmioro wnuków i 10 prawnuków. Ich pierwszy syn, następca tronu książę Walii, Karol, urodził się w 1948 r., jego siostra księżniczka Anna, w 1950 r., książę Yorku, Andrzej w 1960 r., hrabia Wessex, książę Edward , w 1964 roku.
Książę Filip urodził się na greckiej wyspie Korfu 10 czerwca 1921 roku. Jego ojcem był książę Andrzej z Grecji i Danii, młodszy syn króla Hellenów Jerzego I. Jego matka, księżniczka Alice, była córką lorda Louisa Mountbattena i prawnuczką królowej Wiktorii.
W 2017 roku książę Filip wycofał się z życia publicznego. W ostatnich miesiącach jego zdrowie pogarszało się coraz bardziej. W połowie lutego został przyjęty do szpitala z powodu infekcji, a następnie zabiegu kardiologicznego. Szpital opuścił na wózku inwalidzkim, wymagał też pomocy, by przesiąść się z niego do samochodu.
Potomek królewskiego rodu Schleswig Holstein-Sonnenberg-Glücksburg
Książę urodził się 10 czerwca 1921 roku w Grecji jako potomek królewskiego rodu Schleswig Holstein-Sonnenberg-Glücksburg. Mimo uprzywilejowanego pochodzenia, jego dzieciństwo obfitowało w bolesne wydarzenia.
Po rewolucji, która obaliła grecką rodzinę królewską, Filip wyjechał do Francji, a następnie do Anglii. Jako dziecko często zmieniał miejsce zamieszkania i wysłany był do prywatnych szkół z internatem. Otrzymał gruntowną edukację, ale jego życiu brakowało ciepłej, rodzicielskiej opieki. Matka cierpiała na schizofrenię, a kontakty z ojcem były sporadyczne. W wypadku lotniczym zginęła jego siostra. Pozostałe cztery wyszły za mąż za niemieckich arystokratów. Jego zastępczą rodziną stali się gospodarze Pałacu Buckingham.
Książę Filip i królowa Elżbieta II
Swą przyszłą żonę, księżnę Elżbietę po raz pieszy spotkał w 1939 roku.
Podczas II wojny światowej 18-letni Filip służył w marynarce wojennej. Brał udział w działaniach na Oceanie Indyjskim i Morzu Śródziemnym, najpierw jako oficer, a później pełniąc funkcję zastępcy dowódcy krążownika. Koniec wojny zastał księcia Filipa w Tokio, gdzie podpisywano akt kapitulacji Japonii.
Po powrocie do Wielkiej Brytanii książę oficjalnie zaczął starać się o rękę księżnej Elżbiety. Przeciwko małżeństwu była matka obecnej królowej, której nie odpowiadał charakter księcia, jej ojciec, król Jerzy VI, traktował Filipa jak ubogiego prowincjonała.
Warunkiem zawarcia małżeństwa było zrzekniecie się przez Filipa jego czteroczłonowego nazwiska rodowego i przyjęcie obywatelstwa brytyjskiego. Musiał też ostudzić kontakty z częścią swej rodziny, która podczas wojny zdradzała sympatie faszystowskie.