Polska i Węgry blokują unijny budżet. Zachodnia prasa: Nie ulegać szantażowi

Anna Widzyk
UE nie powinna ustąpić rządom w Warszawie i Budapeszcie w sprawie mechanizmu powiązania budżetu UE z zasadami rządów prawa – oceniają niemieckie gazety.

Niemiecka prasa komentuje we wtorek (17.11.2020) zablokowanie przez Polskę i Węgry decyzji w sprawie wieloletniego budżetu UE i Funduszy Odbudowy po pandemii koronawirusa. Oba kraje sprzeciwiają się mechanizmowi powiązania wypłat środków unijnych z przestrzeganiem praworządności, który został w poniedziałek przegłosowany przez ambasadorów państw Unii.
Bitwa, którą warto stoczyć
„Sueddeutsche Zeitung” pisze, że przyjęcie tego mechanizmu „to wiadomości o egzystencjalnym znaczeniu do Europy, a zarazem złe dla coraz bardziej autorytarnych rządów w Polsce i na Węgrzech”.
Autor komentarza Bjoern Finke dodaje, że przegłosowane Warszawa i Budapeszt w odwecie blokują budżet na najbliższe siedem lat oraz Fundusz Odbudowy po pandemii. „W ten sposób spór się zaostrzył, a stawka jest wysoka, bo każda zwłoka oznacza, że pilnie potrzebna pomoc z Brukseli przyjdzie później do wyczekujących wsparcia państw, jak Włochy” – ocenia Finke.
W jego opinii rząd Niemiec, które pełnią prezydencję w UE, „postąpił słusznie, idąc, mimo dużego ryzyka, na konfrontację z Polską i Węgrami”. – ocenia dziennikarz „SZ”.
Wskazuje, że dotychczasowy mechanizm ochrony praworządności, zapisany w artykule 7 traktatu UE okazał się nieskuteczny w przypadku Polski i Węgier. „Potrzebna jest klauzula, którą łatwiej zastosować i która uderzy tam, gdzie zaboli: w fundusze z Brukseli. Nowy mechanizm nie jest perfekcyjny, mógł być mocniejszy, jest jednak znacząco lepszy niż status quo. Dokładnie z tego powodu rządy w Polsce i na Węgrzech tak zdecydowanie go odrzucają” – ocenia Finke.
Polska i Węgry same sobie zaszkodzą
„Uleganie szantażystom, aby uniknąć zwłoki w sprawie budżetu, nie jest rozwiązaniem. W ten sposób UE pożegnałaby się z ambicją, by być wspólnotą wartości. Jednocześnie byłaby to bezczelność wobec podatników tych państw, z których pochodzi większość funduszy, jak na przykład Niemiec czy Holandii. To dobrze, że bogate państwa wspierają biedniejsze, ale trzeba zapobiec temu, by autorytarne rządy wykorzystywały pieniądze, by scementować swoją władzę albo rozpieszczać oligarchów” – pisze Finke.
W jego opinii „walka o praworządność nie powinna być trudna do wygrania”. „Polska i Węgry są wściekłe z powodu mechanizmu praworządności, ale nie będą wiecznie blokować budżetu i koronafunduszu. W końcu w ten sposób zaszkodziłyby same sobie. Znienawidzona przez nich klauzula i tak wejdzie w życie. Warszawa i Budapeszt mogą tylko zdecydować, czy pieniądze unijne wpłyną na czas, czy nie. Każda zwłoka dotknęłaby również ich. Należą do największych beneficjentów zarówno normalnego budżetu, jak i koronafunduszu” – zauważa komentator.
Dodaje, że ciekawe będzie, czy Mateusz Morawiecki i Viktor Orban zdołają tak zmienić stanowisko, by zachować twarz. Inni szefowie rządów, w tym Angela Merkel, mogą im w tym pomóc, „ale nie wolno im ustąpić”.
Praworządność ważniejsza niż szybkie wypłaty
Dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung” pisze, że rządy Polski i Węgier „w minionych latach udowodniły, iż bezwzględnie forsują swoje interesy, nie dbając o poważanie”. „W ten sposób Viktor Orban i trupa Kaczyńskiego stali się europejskimi outsiderami. W ich interesie leżą jednak także i przede wszystkim pieniądze. Oba kraje są największymi beneficjentami regularnego budżetu. W koronafunduszu też zostały szczodrze uwzględnione” – pisze w „FAZ” Thomas Gutschker.
„Latem Viktor Orban i trupa Kaczyńskiego czuli się jeszcze mocni; pierwsza fala pandemii dotknęła ich w mniejszym stopniu niż Włochy i Hiszpanię. Teraz jest inaczej” – dodaje gazeta.
„Dla państw UE oznacza to, że muszą pozostać konsekwentnie na swoim kursie. Wynegocjowany kompromis w sprawie praworządności jest słuszny. Utrzymanie go jest ważniejsze niż szybkie wypłaty środków. Węgry i Polska mogą wyjaśnić swoje zastrzeżenia przed Trybunałem Sprawiedliwości UE – po to on jest. Jeśli szykują się na wielki konflikt, to Bruksela musi znaleźć sposób, by inaczej pomóc potrzebującym państwom. Jest jednak bardziej prawdopodobne, że z Budapesztowi i Warszawie zabraknie powietrza” – konkluduje „FAZ”.
Gra na czas
Z kolei dziennik „Die Welt” pisze w relacji z Brukseli, że swoją blokadą „oba środkowoeuropejskie kraje wepchnęły Unię w ciężki kryzys”. „Pozostałe rządy stoją teraz przed ultimatum: pieniądze albo wartości”. To decyzja, przez którą Europa może tylko stracić” – ocenia korespondent gazety Tobias Kaiser.
Ocenia, że Warszawa i Budapeszt kalkulują, iż polityczna presja w krajach najmocniej dotkniętych pandemią koronawirusa „w końcu będzie zbyt wysoka, aby nalegać na europejskie wartości i rządy w Rzymie i Madrycie skłonią pozostałe kraje członkowskie do kompromisu”. „Orban i Morawiecki grają na czas, bo oczywiście nie chcą rezygnować ze wsparcia na odbudowę i regularnych pieniędzy UE z budżetu. Polska należy nawet do największych odbiorców pieniędzy z koronafunduszu. Obaj mogą jednak poczekać dłużej, niż ich południowoeuropejscy koledzy” – dodaje Kaiser.
REDAKCJA POLECA
Polska i Węgry blokują historyczny pakiet środków budżetowych i naprawczych o wartości 1,82 bln euro

Tomasz Bielecki (Bruksela)
Polska i Węgry wstępnie zablokowały budżet UE i Fundusz Odbudowy. Zaczyna się ostry finisz negocjacyjny, który Niemcy chciałyby zakończyć na grudniowym szczycie Unii.

Podczas poniedziałkowego posiedzenia ambasadorowie 27 krajów Unii Europejskiej w większości zgodzili się, by wypłatę pieniędzy ze środków unijnych powiązać z praworządnością. Przeciw budżetowi oraz „covidowemu” funduszowi odbudowy opowiedziały się Polska i Węgry. Polsko-węgierskie weto unieruchomiło historyczny unijny pakiet środków budżetowych i naprawczych dla koronakryzysowego Funduszu Odbudowy o wartości 1,82 bln euro na lata 2021-27.
Niemiecka prezydencja w Radzie UE nadal traktuje te trzy elementy jako jeden polityczny pakiet finansowy. I dlatego nie będzie na razie poddawać rozporządzenia praworządnościowego pod formalne zatwierdzające głosowania ministrów unijnych.
– To do Niemiec sprawujących prezydencję w Radzie UE będzie teraz należało poszukiwanie jednomyślności na rzecz budżetu i Funduszu Odbudowy – powiedział Eric Mamer, rzecznik Komisji Europejskiej. Wstępne polsko-węgierskie weto było bowiem w Brukseli oczekiwane. Oba kraje od września ostrzegały publicznie, że sięgną po tę broń, jeśli rozporządzenie praworządnościowe okaże się dla nich nieakceptowalne. W zeszłym tygodniu do Brukseli i Berlina dotarły listy od Mateusza Morawieckiego i Viktora Orbana zapowiadające, że są gotowi zablokować pakiet finansowy.
Orban mówi Lutrem
Co teraz? Morawiecki w swym liście przekonywał, że rozporządzenie w proponowanym kształcie wprowadziłoby „stan niepewności prawa.” Wytykał „uznaniowość” oraz ryzyko politycznej arbitralności ze strony Komisji Europejskiej przy wnioskach za zawieszanie wypłat.
List Orbana był znacznie bardziej kategoryczny. W wersji dla Angeli Merkel puentował cytatem z Lutra „Hier stehe ich. Ich kann nicht anders” („Tu stoję, inaczej nie mogę”). Pomimo to Węgier wymieniał kilka oczekiwanych zmian w projekcie, sygnalizując – tak przynajmniej odbiera to Bruksela – gotowość do negocjacji.
Podstawową drogą wychodzenia z obecnego klinczu, na którą – jak wynika z naszych rozmów z dyplomatami unijnymi – zapewne postawi teraz Berlin, jest wypracowanie „deklaracji interpretujących” do dołączenia do rozporządzenia przez grudniowy szczyt UE.
Niezależnie, czy te deklaracje wprowadzałyby coś bardzo nowego (raczej nie) Orban i Morawiecki mogliby ogłosić swą „wygraną” i odwołać weto. Mniej prawdopodobnym „wariantem B”, grożącym klapą w europarlamencie i paru parlamentach krajowych, byłoby takie renegocjowanie obecnego projektu rozporządzenia, by wprowadzić do niego niektóre postulaty z pism Orbana – jak zawieszanie funduszy tylko w razie „naruszeń praworządności”, ale już nie w razie „poważnego ryzyka” takich naruszeń.
Jeśli Unia nie osiągnie zgody do końca grudnia, będzie skazania na protezy prawne w 2021 r. Może bez wielkich tragedii funkcjonować przez jakiś czas na podstawie prowizorium budżetowego (to nigdy się nie zdarzyło), czyli dość wysokie pułapy wydatków z 2020 r. zostałyby prowizoryczne przeniesione na 2021 r. Jednak to nie oznacza, że Polska dostałaby więcej z prowizorium niż ze zwykłego budżetu. Co więcej, gdyby Unia ostatecznie zdecydowała się na rozbicie pakietu finansowego, to – wymagająca zgody 15 z 27 krajów Unii – zasada „pieniądze za praworządność” odnosiłaby się też do prowizorium.
Najpoważniejszym doraźnym skutkiem weta byłoby zablokowanie Funduszu Odbudowy, co – o czym już zaczyna się mówić w Brukseli – rodziłoby poważne ryzyko, że reszta Unii zacznie przekonstruowywać ten Fundusz tak, by nie obejmował Polski i Węgier (przykładowo formuła „eurostrefa plus”). O ile to prawnie niemożliwe co do zwykłego budżetu, to z Funduszem Odbudowy jak najbardziej. Wczesną wiosną pojawiały się w Polsce obawy, że dyskutowany wówczas Fundusz Odbudowy od początku będzie skrojony tylko dla strefy euro.
Rozporządzenie odstraszające
Pierwotna propozycja rozporządzenia „fundusze za praworządność” z 2018 r. została skrytykowana – co wytykają ministrowie Morawieckiego – przez służby prawne Rady UE. Obecny projekt uwzględnia ich wszystkie zastrzeżenia. Odnosi się do naruszeń praworządności (lub ich „poważnego” ryzyka), które mają „dostatecznie bezpośredni” wpływ na należyte zarządzanie funduszami UE i na interesy finansowe Unii. O ile głównym traktowym „mechanizmem praworządnościowym” pozostaje zatem art. 7, to również traktatowy wymóg ochrony budżetu UE przed systemowymi przekrętami jest podstawą dla nowego rozporządzenia „pieniądze za praworządność”.
Obecnie w Polsce z punktu widzenia Brukseli nie dzieje się nic nadzwyczajnego przy zarządzaniu funduszami, więc rozporządzenie jest raczej mało groźne dla Warszawy, lecz – jak ujmuje to jeden z naszych rozmówców w instytucjach UE – może mieć „funkcję odstraszającą” na przyszłość.
W centrum projektu jest „skuteczna kontrola sądowa przez niezależne sądy wobec działań lub zaniechań organów” zarządzających pieniędzmi z budżetu Unii oraz Funduszu Odbudowy – „w szczególności w kontekście procedur zamówień publicznych lub dotacji”.
Chodzi też o należyte „służby dochodzeniowe i prokuratorskie w związku z dochodzeniem i ściganiem nadużyć finansowych, w tym oszustw podatkowych, korupcji lub innych naruszeń prawa Unii związanych z unijnymi finansami”. Nie ma tu zatem – wbrew protestom części obozu rządowego – miejsca na „narzucanie homomałżeństw”, „uderzenie w tożsamość” czy zamach na suwerenność.
Decyzje Komisji Europejskiej o zawieszaniu wypłat wymagałyby zgody co najmniej 15 z 27 krajów. Dla Polski w nowym pakiecie finansowym przewidziano około 123 mld euro dotacji (w tym 27 mld z Funduszu Odbudowy). Ponadto Polska może liczyć na około 32 mld euro tanich pożyczek z Funduszu Odbudowy.
REDAKCJA POLECA
Adam Mazguła: PiS-Polska pogrzebowa

Adam Mazguła
Dziś w PiS-państwie umierają Polacy ze względu na brak dostępu do lekarzy, jedynie telefoniczne wizyty, brak leczenia innych chorób niż covid, ale i z niebywale drogich leków, nawet na raka. Jednak zgodnie ze strategią propagandową PiS, jesteśmy najlepsi!
Nie ustają zachwyty szczekaczki propagandowej Mateusza kłamliwego, o sukcesach tej władzy.
Znowu jesteśmy najlepsi i wygrywamy z covidem. Już jadą do Polski szczepionki załatwione z regionalnym sprzedawcą, chociaż jeszcze nawet nie są produkowane. On już zakupił, załatwił, poświęcił się! Tymczasem szczepionki zostały zamówione i są finansowane nie przez polski nierząd, ale przez Unię Europejską i nam przysługuje część jej zamówienia.
Według Mateusza kłamliwego wygraliśmy z pandemią.
Wyznanie premiera: «nie spodziewał się tak poważnej drugiej fali epidemii. „Nie wiedzieliśmy, jaka będzie druga fala, wierzyliśmy, że pandemia jest w odwrocie, ja tak wierzyłem”» https://t.co/UC0zilhDe4
— Bertold Kittel (@Bertold_K) November 15, 2020
Dzisiaj dowiedziałem się, że kolejny mój kolego, ale i sąsiad zmarł na covid-19 i to w ciągu dwóch dni od pojawienia się objawów. Procedury są takie, że szpital nie przyjął pacjenta bez wyniku testu, a na test zapisali go za dwa dni. Na wynik trzeba czekać kolejne dwa dni. W ten sposób niczego nie udało się zrobić i teraz została tylko procedura pogrzebowa, czyli po cichu, często z fałszywym wstydem przed sąsiadami, z ograniczeniami pandemii i najczęściej w tajemnicy.
Tymczasem w mojej miejscowości nie działa Sanepid, bo wszyscy pracownicy są chorzy i wykończeni psychicznie oraz fizycznie. Przepełniony szpital nie przyjmuje pacjentów. Nawet rodziny osób zarażonych nie mają prawa na zrobienie testu. To jest walka z pandemią, czy tylko sprzątanie trupów, oraz nadzieja, że jakoś to będzie?
Liczba testów, wykonywanych w ciągu ostatnich 10 dni wg. @MZ_GOV_PL:
— Bartosz Wiśniakowski (@BWisniakowski) November 15, 2020
➡️ 05.11. 82.955
06.11. 66.814
07.11. 61.055
08.11. 43.456
09.11. 54.701
10.11. 53.274
11.11. 57.249
12.11. 57.552
13.11. 56.084
➡️ 14.11. 46.607
Spadek liczby wykonanych testów o ↘️ ~43,82 proc.‼️🙄 pic.twitter.com/XH1oYjb1dp
W mediach społecznościowych czytam codziennie dziesiątki kondolencji dla rodzin i znajomych, którzy stracili swoich bliskich i nie otrzymali pomocy w chorobie. Krzyczy grupa wzbudzająca szczególne współczucie, o pomoc, która bez wzruszenia PiS-nierządu są bezsilni i błagający o pomoc, o prywatne zbiórki dla chorych dzieci i matek, których może uratować droga operacja, a państwo jest brutalnie nieobecne w tym ratowaniu życia. Żebractwo po nadzieję jest tak powszechne, jak śmierć.
Po ostatniej mojej wizycie w szpitalu lekarz oświadczył, że zapisał mi lek, bo może pomóc, ale nie wiedział, czy stać mnie na lek, który pomoże najpewniej, ale kosztuje o 300 zł drożej. Oczywiście, nie jest na liście leków refundowanych.
Dziś w PiS-państwie umierają masowo Polacy ze względu na brak dostępu do lekarzy, jedynie telefoniczne wizyty, brak leczenia innych chorób niż covid, ale i z niebywale drogich leków, nawet na raka. Jednak zgodnie ze strategią propagandową PiS, jesteśmy najlepsi!
Rząd najlepiej w Europie kłamie i przykrywa propagandą prawdą. Manipuluje i zajmuje się jedynie przekazem do ciemnej społeczności parafialnej. Polska utrzymuje się od dłuższego czasu na czele listy europejskiej i światowej, to prawda, ale dlaczego w ilości zakażeń i zgonów, a nie ozdrowień.
Najlepiej, bo doskonale PiS ukrywa prawdę o kompletnym chaosie, bałaganie, nad którym już dawno nikt nie panuje. To już nie warunki życia i niedola losów wielu Polaków powoduje społeczne oburzenie. To wszechobecna śmierć organizowana przez PiS-władzę w towarzystwie kościelnych modłów pogrzebowych. Tymczasem dziad niebezpieczeństwa narodowego chamów, ponownie wznieca walkę z obronę życia, przed aborcją. Pewnie tak samo, jak Prawo i Sprawiedliwość walczy o bezkarność i niesprawiedliwość, o świętość dla swoich elit.
Tymczasem, prezydent PiS-u wybrany przez Kurskiego, zaapelował, o szybkie opublikowanie czegoś, co nie jest wyrokiem ogłoszonym, przez coś, co nie jest trybunałem.
Rząd dofinansowuje wybiórczo, milionami złotych swoich artystów, zakupuje nowe limuzyny i walczy o wyprowadzenie Polski z Unii Europejskiej.
W poniedziałek zgłoszę projekt ustawy zakazującej państwowego wsparcia dla znanych artystów i instytucji kultury. Przesuniemy te środki na wsparcie najbardziej aktywnych tweeterowiczow. Kultura na tym nie zyska, ale PR będzie OK 😉 2/2
— Piotr Gliński (@PiotrGlinski) November 14, 2020
PS – UWAGA! Tweet zawiera treści ironiczne!
Szanowni Państwo, zamiast projektu ustawy antycelebryckiej zdecydowaliśmy wstrzymać wypłaty FWK do czasu pilnego wyjaśnienia wszelkich wątpliwości. Instytucje i przedsiębiorcy kultury czekają na to wsparcie. Wkrótce stosowny komunikat @MKiDN_GOV_PL
— Piotr Gliński (@PiotrGlinski) November 15, 2020
Widać wyraźnie, że jesteśmy najlepsi w ilości kłamstwa, propagandy, otępienia rządzących i pogrzebów. Została tylko jedna nadzieje i hasło dla PiS-okupantów: Wypierda lać!
Adam Mazguła
Roman Giertych: Przychodzi Hofman do Czarneckiego

Roman Giertych
Adam Hofman z innymi osobami proponuje Leszkowi Czarneckiemu udział w operacji przejęcia kontroli nad TVN24 przez spółki Skarbu Państwa. Leszek Czarnecki stanowczo odmawia.
Dzisiaj główny „bohater” pan Adam Hofman publicznie zaprzeczył doniesieniom Gazety Wyborczej, że to on stał za złożonymi dr Leszkowi Czarneckiemu ofertami. Będziecie mogli Państwo sami zweryfikować prawdziwość tego zaprzeczenia.
W związku z rozpowszechnianiem przez GW oraz redaktora Czuchnowskiego nieprawdziwych, godzących w moje dobre imię…
Opublikowany przez Adama Hofmana Niedziela, 15 listopada 2020
Przypomnę najpierw kalendarz zdarzeń:
W czerwcu Adam Hofman z innymi osobami proponuje Leszkowi Czarneckiemu udział w operacji przejęcia kontroli nad TVN24 przez spółki Skarbu Państwa. Leszek Czarnecki stanowczo odmawia.
Na początku sierpnia wpływa wniosek prokuratury do Sądu Rejonowego w Warszawie o areszt dla Czarneckiego. Nasilają się też działania KNF przeciwko firmom Czarneckiego.
13 września Czarnecki dowiaduje się z wezwania do sądu, że został złożony wniosek o jego aresztowanie. Przekazuje mi sprawę do prowadzenia. Nasze zdziwienie budzi fakt, że od początku sierpnia prokuratura nie ujawnia publicznie faktu złożenia takiego wniosku.
14 września z Leszkiem Czarneckim kontaktuje się Adam Hofman proponując swój przylot z ważną sprawą.
Do spotkania dochodzi 15 września. Na spotkaniu Adam Hofman i jego współpracownik (nazwisko dla Komisji Śledczej) proponuje formalne lub nieformalne zatrudnienie Michała Krupińskiego. Jednocześnie Adam Hofman oświadcza, że w/w w przypadku zatrudnienia pójdzie do Zbigniewa Ziobro, porozmawia, przekona i rozwiąże problemy Czarneckiego dzięki temu, że w PiS jest autorytetem od spraw bankowych, czyli w zakresie tych spraw, w których zarzuty ma Czarnecki.
Czarnecki ma wątpliwości, czy za jego problemami nie stoi jednak premier, a nie Prokurator Generalny. Jego rozmówcy zapewniają go, że stoi za nimi Ziobro i sugerują, że uzgodnili ofertę zatrudnienia z Michałem Krupińskim.
Do zatrudnienia Michała Krupińskiego nie dochodzi. Tydzień po spotkaniu Zbigniew Ziobro publicznie oświadcza, że chce aresztować L. Czarneckiego i wystawić za nim list gończy.
15.10.2020 roku dochodzi o mojego zatrzymania dzień przed sprawą L. Czarneckiego, na której mam ujawnić dowody złożonej mu z powołaniem się na wpływy u Zbigniewa Ziobry oferty korupcyjnej. Agenci CBA szukają u mnie wyłącznie taśm.
Ten fragment rozmowy za zgodą mego Mocodawcy udostępniam, aby nikt nie zarzucał, że mijam się z prawdą. Dalsze dowody możemy przekazać Komisji Śledczej.
Jednocześnie informuję, że uznając nałożony na mnie przez prokuraturę zakaz wykonywania zawodu za oczywiście bezprawny i niekonstytucyjny zawiadamiam niniejszym również organy ścigania w imieniu mego Mocodawcy Leszka Czarneckiego o popełnieniu przestępstwa korupcyjnego w opisanej przeze mnie sprawie przez ustalone i nieustalone osoby.
Ponieważ zasadniczym zagadnieniem prawnym, które należy rozstrzygnąć w tej sprawie jest, czy mamy tutaj do czynienia z powoływaniem się na wpływy (art. 230 kk), czy też Zbigniew Ziobro poprzez przyjaciela swego brata byłego szefa Pekao S.A. wiedział o proponowanej ofercie (art. 228 kk), to wyjaśnienie tej sprawy przez prokuraturę pod obecnym kierownictwem byłoby działaniem w swojej własnej sprawie. Dlatego jeszcze raz apeluję o niezwłoczne powołanie Komisji Śledczej Sejmu RP. Nikt inny tego nie będzie w stanie ocenić.
Roman Giertych
Adwokat
Wspomniane nagranie dostępne jest tutaj:
Chciałbym zapewnić CBA, że żadnych dowodów w tej sprawie nie mam przy sobie. Proszę więc mnie jutro nie odwiedzać.
Roman Giertych: Dlaczego zostałem zatrzymany i dlaczego władza chce aresztować Leszka Czarneckiego?

Roman Giertych
Działania podjęte przez instytucje państwa w tej sprawie noszą znamiona tak licznych przestępstw, zaczynając od korupcji, a kończąc na nielegalnym pozbawieniu wolności, że ich wymienianie zajęłoby pół strony tekstu. Wierzę, że w Sejmie RP znajdzie się większość dla powołania Komisji Śledczej ds. afery rządu Mateusza Morawieckiego, która może tę sprawę wyjaśnić. Wczoraj były premier Chorwacji Ivo S. za korupcję i udział w nielegalnej próbie przejęcia firmy został skazany przez Sąd Najwyższy tego kraju na 9 lat pozbawienia wolności. W sprawie opisanej przeze mnie afery będziemy się domagać podobnych kar.
Gdy zatrzymano mnie 15 października tego roku, wiele osób pytało publicznie, czy ma to związek z posiedzeniem aresztowym w sprawie dr Leszka Czarneckiego, które było zaplanowane na dzień następny. Koincydencja wydawała się oczywista.
W poniedziałek ponownie odbędzie się posiedzenie sądu, który będzie rozpatrywał wniosek prokuratury o areszt dla Leszka Czarneckiego.
Ponieważ decyzją prokuratury zostałem pozbawiony praw wykonywania mojego zawodu, czas na mowę w tej sprawie wygłoszoną publicznie, bez togi, bez sądu, ale przy użyciu tych środków, którymi dysponuję.
Od roku 2015 władzy PiS doskwierał fakt, że jedna z największych firm prywatnych w Polsce, należy do człowieka, który z tą władzą nie miał nic wspólnego. Nie był zaangażowany politycznie, ale jego sympatie i ścieżka życiowa stawiały go w oczywisty sposób w szeregu przeciwników tego rządu. Dlatego też urzędnicy PiS robili wszystko, co możliwe, aby utrudnić życie jego firmom tak, by je przejąć lub podporządkować. Strategia ta zadziałała wobec innych biznesmenów, prowadzących działalność w Polsce, sądzono więc, że zadziała również wobec dr Leszka Czarneckiego.
Później, czyli w roku 2018 zastosowano wobec niego metodę zastraszania z jednoczesną propozycją korupcyjną, polegającą na przyjęciu do władz banku osoby z układu rządzącego, która miała być swoistym nadzorcą.
Gdy w listopadzie 2018 roku ujawniono taśmę, na której szef Komisji Nadzoru Finansowego proponuje zatrudnienie swojego człowieka w banku L. Czarneckiego, to uwaga opinii publicznej skupiła się na kwestii ogromnego wynagrodzenia, które miał otrzymywać.
Tymczasem istota tej propozycji była inna.
40 milionów miało być tylko miłym prezentem dla zaufanego człowieka PiS. Istotą miało być przejęcie faktycznej kurateli nad majątkiem wartym 6 miliardów złotych.
Ofertę złożył człowiek blisko związany z prezesem NBP Adamem Glapińskim i została ona w pewien sposób potwierdzona poprzez wspólną wizytę Leszka Czarneckiego i Marka Ch. u prezesa NBP. Adam Glapiński to od dziesięcioleci najbardziej zaufany człowiek Jarosława Kaczyńskiego od spraw finansów.
Leszek Czarnecki odrzucił propozycję nadzorcy ze strony PiS. I wtedy pisowskie państwo postanowiło pokazać drugą twarz.
Zastraszanie.
Komisja Nadzoru Finansowego rozpoczęła w Idea Bank S.A. kontrolę pod kątem sprzedawania przez ten bank obligacji GetBack. Obligacje te rzeczywiście ten bank sprzedawał, tak jak wiele innych banków, w tym państwowych je sprzedawało. Ale akurat wbrew woli Leszka Czarneckiego, który na piśmie zakazywał angażowania się w tę sprzedaż. Gdy dowiedział się, że zarząd go nie posłuchał i na dodatek dopuszczał do ewidentnego oszukiwania klientów banku, polecił skierować na nich zawiadomienie do prokuratury.
KNF potraktowało te okoliczności jako pretekst do uderzenia w L. Czarneckiego. Kontrole zmierzały w jednym kierunku – zagrozić pozycji właściciela banku i przejąć władzę nad jego obydwoma bankami oraz jego innymi instytucjami finansowymi.
Już we wrześniu 2018 Jarosław Kaczyński pisemnie zlecił prokuraturze przeprowadzenie sprawy wobec Leszka Czarneckiego. Był to dla prokuratury sygnał, że głównym winowajcą w aferze GetBack, którym kierował blisko związany z PiS Konrad Kąkolewski, ma być właśnie Leszek Czarnecki.
Na jesieni 2018 roku instytucje państwa szykowały się do przejęcia banków Leszka Czarneckiego, najprawdopodobniej na rzecz prywatnego banku, z którym zawarto porozumienie – ten sam prawnik, którego nie zatrudnił L. Czarnecki, wszedł do rady nadzorczej tego banku. A ponieważ ten mały bank miał trudności finansowe, to, aby umożliwić przejęcie dużych banków Leszka Czarneckiego przez mały bank z kłopotami, zmieniono przepisy prawa. Ustawę przegłosowano zaledwie w kilka dni w listopadzie 2018 roku, na wniosek posłów PiS blisko związanych z Jarosławem Kaczyńskim.
Warto tu wspomnieć na marginesie, że w czasie przygotowań do przejęcia banków Czarneckiego, Kaczyński zrezygnował ze współpracy z bankiem PKO SA, który obiecał kredyt na budowę dwóch wież. Ta rezygnacja doprowadziła go do konfliktu z Geraldem Birgfellnerem i wybuchu późniejszej afery z jego nagraniami. W nagranej rozmowie z 2 sierpnia 2018 roku Kaczyński oświadcza, że nie chce budować dwóch wież za pieniądze z kredytu z PK0 SA, o co wcześniej sam zabiegał.
Operację wobec Leszka Czarneckiego uniemożliwił fakt ujawnienia taśmy z nagraniem rozmowy z Markiem Ch. W takich okolicznościach – zwalenie winy za aferę GetBack na Czarneckiego i przejęcie jego banków – stało się niemożliwe. Sprawę zawiadomień, które złożyłem wówczas wobec szeregu osób, które chciały skorumpować Leszka Czarneckiego i zmierzały do kradzieży jego banku de facto skręcono. B. szefowi KNF-u nie postawiono nawet zarzutów korupcyjnych tylko zarzut przekroczenia uprawnień. Drugim zawiadomieniem o tzw. „planie Zdzisława”, który ujawnił Marek Ch. w nagranej rozmowie, gdzie szef KNF opowiedział o zamiarze przejęcia banku za złotówkę, nikt się w prokuraturze nie zajął.
Minął rok, w którym ludzie zapomnieli o sprawie afery KNF. Tymczasem KNF nie zapomniał o Czarneckim. Działania i decyzje organów nadzoru coraz bardziej utrudniały funkcjonowania jego banków. PiS jednak nie podejmował żadnych stanowczych działań. Czas wyborów parlamentarnych i prezydenckich temu nie sprzyjał.
Gdy skończyły się wybory, postanowiono przedłożyć Czarneckiemu ostateczną propozycję. Albo zgodzi się wreszcie na nadzorcę z PiS w swoich bankach i jego majątek „będzie grać w drużynie” PiS, albo władza się z nim ostatecznie rozprawi.
Latem tego roku podczas spotkania poza granicami Polski doszło do złożenia oferty przyjęcia do pracy do banków Czarneckiego (w charakterze doradcy lub członka rady nadzorczej) pana Michała Krupińskiego – wieloletniego prezesa Pekao S.A. – osoby blisko związanej z obecną władzą.
Ofertę złożył b. polityk PiS, utrzymujący bliskie relacje osobiste z prezesem Rady Ministrów Mateuszem Morawieckim. Towarzyszyła mu inna osoba blisko powiązana z PiS. To była już kolejna oferta. Bo dwa miesiące wcześniej Czarneckiemu przedstawiono koncepcję udziału w projekcie wykupienia stacji TVN24. Władza uznała, że Czarnecki jest osobą, która mogłaby być zaakceptowana przez akcjonariuszy TVN, gdyby zdecydowali się na sprzedaż swojego kanału informacyjnego.
Koncepcję tę przedstawiono przed wyborami prezydenckimi. Twierdzono, że pomysł przejęcia stacji TVN24 został ustalony z premierem Mateuszem Morawieckim podczas jego prywatnego spotkania z osobą, która później przedstawiła ofertę Czarneckiemu. Po ewentualnym przejęciu stacji proponowano dostarczanie reklam ze spółek skarbu państwa, a po pewnym czasie wykup stacji przez spółki Skarbu Państwa za kwotę wielokrotnie wyższą od ceny zakupu. Leszek Czarnecki oferty nie przyjął.
Kilka tygodni później BFG zablokował transakcje , które pozwalały odbudować kapitał w Idea Banku, a KNF odrzucił plan naprawy banku. Następnie prokuratura złożyła wniosek o areszt dla Czarneckiego, nawet nie próbując go przesłuchać.
Gdy pod koniec września br. spotkałem się w Warszawie z drugim obrońcą Leszka Czarneckiego mec. Jackiem Dubois, omawiałem z nim koncepcję przedstawienia na posiedzeniu aresztowym, dotyczącym L. Czarneckiego, dowodów na złożoną ofertę korupcyjną. Uważam, chociaż nie mam na to dowodów, że nasza rozmowa została podsłuchana. Być może też podsłuchiwano moje rozmowy z L. Czarneckim prowadzone poza Polską. Stąd władza dowiedziała się o tym, co chcemy przedstawić na rozprawie 16.10.2020 roku.
Kilka dni później pod jakimś kompletnie absurdalnym pretekstem, postanowiono postawić mi zarzuty. Postanowienie wydano 8.10.2020, ale ponieważ, przygotowując sprawę, przebywałem poza Polską, uchylono to postanowienie i ostatecznie wydano drugie 13.10.2020 roku, które zrealizowano zaraz po moim przylocie do Polski w dniu 15.10. 2020. Centralne Biuro Antykorupcyjne dokonało przeszukania mojego domu, domu letniskowego mojej żony we Włoszech, oraz mojej rewizji osobistej, szukając tak naprawdę jednej rzeczy – nośników nagrań. Gdy kazano mi się rozebrać, aby przeszukać moje ubranie, zapytałem agentów CBA, czy sądzą, że adwokaci noszą przy sobie dokumenty, dotyczące skomplikowanych spraw cywilnych swoich klientów, które prowadzili 10 lat temu. Odpowiedziało mi milczenie.
Nie szukano w moim domu żadnych dokumentów. Szukano wyłącznie taśm. Oczywiście niczego nie znaleziono. Na marginesie chciałbym zauważyć, że przypuszczenia CBA, że takie dowody mógłbym trzymać przy sobie, po prostu mi uwłaczają.
Dowody na złożenie tej największej w moim przekonaniu oferty korupcyjnej w historii Polski mogą zostać przedstawione wyłącznie niezależnej Komisji Śledczej. Mój Mocodawca, dr Leszek Czarnecki, upoważnił mnie do oświadczenia, że z obecną prokuraturą, po doświadczeniach z roku 2018 nie zamierza współpracować w sprawie wyjaśniania przedstawionej tutaj afery.
Apeluję więc do wszystkich sił opozycyjnych oraz do pana wicepremiera Jarosława Gowina, który według mojej wiedzy nie ma nic wspólnego z tą sprawą, o powołanie przez Sejm RP niezależnej Komisji Śledczej, złożonej w większości z posłów opozycji. Takiej Komisji Śledczej jesteśmy gotowi przedstawić dowody złożonej oferty, przedstawić nazwiska osób ją przedkładających, podać wszystkie okoliczności proponowanej transakcji.
Działania podjęte przez instytucje państwa w tej sprawie noszą znamiona tak licznych przestępstw, zaczynając od korupcji, a kończąc na nielegalnym pozbawieniu wolności, że ich wymienianie zajęłoby pół strony tekstu.
Myślę, że wszyscy ludzie uczciwi w Polsce powinni być zainteresowani wyjaśnieniem tej sprawy. I dlatego wierzę, że również w Sejmie RP znajdzie się większość dla powołania jedynego organu państwa, który może tę sprawę wyjaśnić, czyli Komisji Śledczej ds. afery rządu Mateusza Morawieckiego.
I już na koniec.
Kilka lat temu rząd Chorwacji próbował przejąć firmę jednego z największych przedsiębiorców w tym kraju, który zatrudniał ponad 60 tysięcy osób. Gdy się to nie udało, biznesmena i jego rodzinę oskarżono o działanie na szkodę własnej spółki (taki sam zarzut dostał Leszek Czarnecki). Wczoraj były premier Chorwacji Ivo S. za korupcję i udział w nielegalnej próbie przejęcia tej firmy został skazany przez Sąd Najwyższy tego kraju na 9 lat pozbawienia wolności.
W sprawie opisanej przeze mnie afery będziemy się domagać podobnych kar.
Roman Giertych
Donald Trump nie robi dobrego wrażenia: grobowa mina, powolne ruchy, siwe włosy

DEUTSCHE WELLE / (DPA, AFP/dom)
Prezydent USA nie robi dobrego wrażenia: grobowa mina, powolne ruchy, siwe włosy… Wielu internautów martwi się o niego.

Pierwsze od ponad tygodnia publiczne wystąpienie Donalda Trumpa w piątek, 13 listopada, stało się tematem wielu rozmów. Prezydent USA stanął przed kamerami w Ogrodzie Różanym Białego Domu, całkiem siwy…
Widzowie na całym świecie zastanawiają się, gdzie podziała się charakterystyczna blond czupryna. W mediach społecznościowych roi się od pytań, dlaczego 74-letni prezydent przestał farbować swoje włosy.
Donald Trump nie odpowiedział na to pytanie po swoim wystąpieniu. Zaproszonym dziennikarzom nie pozwalał zadawać pytań ani na ten, ani na inne tematy.
Wielki cios
Tydzień wcześniej, 6 listopada, urzędujący prezydent USA pojawił się na konferencji prasowej jeszcze z włosami w kolorze blond. Kilka dni później w Dniu Weteranów podczas uroczystego składania wieńców w ulewnym deszczu na cmentarzu narodowym w Arlington, włosy Trumpa już nieco straciły swój dawny blask, ale do pełnej siwizny było im jeszcze daleko.
„Czy jego włosy szybciej niż on sam zrozumiały, jakie są realia?” – pytała użytkowniczka Twittera, nawiązując do porażki Trumpa w wyborach prezydenckich 3 listopada oraz wysuwanych przez niego zarzutów sfałszowania wyborów.
Jak dotąd Trump uparcie broni się przed uznaniem zwycięstwa swojego demokratycznego rywala Joe Bidena.
Obecny kolor włosów Trumpa poruszył wielu użytkowników Facebooka. Wielu martwi się o stan zdrowia prezydenta. Jego siwizna, ponura mina i ociężałe ruchy to dowody na to, że porażka wyborcza najwyraźniej jest dla niego wielkim ciosem – czytamy w komentarzach.
„Przyszłość pokaże”
Podczas wystąpienia w Ogrodzie Różanym Trump tylko w jednym zdaniu na marginesie powiedział, że „przyszłość pokaże”, kto będzie rządził krajem.
Wiadomo już, że Joe Biden wygrał także w Georgii, co daje mu wyraźną większość 306 z 538 głosów elektorskich. Do zwycięstwa wystarczy 270 głosów.
Wszystkie amerykańskie stany muszą jeszcze potwierdzić wyniki tegorocznych wyborów, a 14 grudnia będą głosować elektorzy.
W Georgii, ze względu na małą przewagę głosów, rozpoczęło się ponowne liczenie wszystkich kart do głosowania. Na razie Biden ma tam przewagę ponad 14 tys. głosów i jest mało prawdopodobne, by ostateczny wynik w tym stanie uległ zmianie.
Ostatnim Demokratą, który wygrał w Georgii, był Bill Clinton w 1992 roku.
Joe Biden zyskał także Arizonę, która do niedawna była jeszcze bastionem Republikanów.
Utrudniona zmiana
Donald Trump od nocy wyborczej mówi o „oszustwie wyborczym” i oskarża Demokratów, bez przedstawienia jakichkolwiek dowodów. Tymczasem we wspólnym oświadczeniu przedstawicieli komisji wyborczych podano, że wybory 3 listopada były „najbezpieczniejsze w historii Ameryki”.
Brak gotowości Trumpa do uznania swojej porażki utrudnia przygotowania do zmiany w Białym Domu. Jak na razie rząd i administracja nie współpracują z zespołem Joe Bidena. Przyszły prezydent USA ma zostać zaprzysiężony 20 stycznia 2021.
REDAKCJA POLECA
Krzysztof Skiba: MARSZ DO ZADYMY, czyli hodowane od lat przez PiS narodowe kibolstwo w rozkwicie

Krzysztof Skiba
Hodowane od lat przez PiS narodowe kibolstwo w rozkwicie. Oto skutek genialnej strategii Jarosława Kaczyńskiego, który chciał rozgrywać bandziorów przeciwko opozycji. Władza od lat dopieszczała, a Kościół przytulał i błogosławił, skrajny margines widząc w nim obrońców wiary i patriotów. I oto są piękne owoce takiej polityki.
Narodowcy najpierw niosą na transparentach hasła „Nasza cywilizacja. Nasze zasady”. A potem okazuje się, że zasad nie ma, a do cywilizacji to jeszcze daleka droga.
Miał być Marsz Niepodległości, a wyszedł Chuligański Berek z Policją. Z podpalaniem mieszkań, demolką miasta, bijatyką i blokowaniem karetek.
Wrzucono race do mieszkania.Marsz Niepodległości ul:3 maja. pic.twitter.com/bdZWnnNBT9
— @PolskawRuinie2🇵🇱 (@polskawruinie2) November 11, 2020
Wicepremierowi ds. bezpieczeństwa idzie jakoś słabo ta robota, której się podjął. Na razie skutecznie i imponująco potrafi ochronić tylko swoją willę na Żoliborzu. pic.twitter.com/NebnU7IIj2
— Maciej Sonik 🇪🇺🇵🇱 (@MaciejSonik) November 11, 2020
Hodowane od lat przez PiS narodowe kibolstwo w rozkwicie. Oto skutek genialnej strategii Jarosława Kaczyńskiego, który chciał rozgrywać bandziorów przeciwko opozycji. Władza od lat dopieszczała, a Kościół przytulał i błogosławił, skrajny margines widząc w nim obrońców wiary i patriotów. I oto są piękne owoce takiej polityki.
Wczoraj zamiast radosnego święta niepodległości mieliśmy w Warszawie chory pato-patriotyzm w kominiarce.
Podobno narodowcy za mało jeszcze zniszczyli i obiecują, że następnym razem bardziej się postarają i rozjebią więcej.
Krzysztof Skiba
Marta Lempart zarzuca Kaczyńskiemu, że zachęcał neofaszystów do przemocy

Jacek Lepiarz
Unia Europejska powinna udzielić mocniejszego wsparcia protestującym Polkom – uważa jedna z liderek Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, Marta Lempart. Zarzuciła Jarosławowi Kaczyńskiemu, że zachęcał neofaszystów do przemocy.
Opublikowany przez Martę Lempart Piątek, 6 listopada 2020
– Dostaję dziennie około 300 gróźb – telefonicznych, w formie SMS-ów lub e-maila oraz listownie. Wyprowadziłam się ze swojego domu, ponieważ mój adres został opublikowany i nie byłam bezpieczna. Od dwóch tygodni nie byłam w swoim mieszkaniu – powiedziała Marta Lempart w wywiadzie opublikowanym w środę wieczorem w internetowym wydaniu niemieckiego tygodnika „Die Zeit”.
– Gwałtowne kontrreakcje pokazują, że postępuję słusznie. Stałam się tak jakby tematem tytułowym wszystkich mediów rządowych – dodała 41-letnia działaczka.
Polacy są wściekli
– Ludzie są wściekli, ponieważ podczas kryzysu Covid-19, gdy załamuje się system ochrony zdrowia, szkolnictwa oraz gospodarka, co powinno być priorytetem, rząd prowadzi ofensywę przeciwko przerywaniu ciąży i prawom kobiet – tłumaczy Marta Lempart.
Liderka strajku zastrzegła, że chociaż uczestnicy protestów opowiadają się za świecką Polską, ich głównym wrogiem pozostaje rząd, a także policja i aparat ścigania, które „działają w interesie PiS, a nie w interesie państwa i obywatelek oraz obywateli”.
– Kaczyński w minionych tygodniach celowo zachęcał neofaszystów do przemocy i wzywał ich do obrony Polski. To nie jest jednak nasza walka. Zamiast kontrdemonstracji zorganizowaliśmy (11.11.2020) ośmiogodzinny event online: czyścimy fora i media społecznościowe z mowy nienawiści, zapraszamy do dyskusji ekspertów i piszemy wspólnie e-maile do rządu – powiedziała.
11 listopada zarządzamy kwarantannę! Wiemy, że bandyta Kaczyński liczy na to, że jego neofaszystowskie oddziały będą bić…
Opublikowany przez Martę Lempart Sobota, 7 listopada 2020
Bruksela robi zbyt mało
Zdaniem Marty Lempart, Unia Europejska i kraje członkowskie Wspólnoty powinny zainteresować się protestami w Polsce, ponieważ ich uczestnicy „walczą o europejskie prawa podstawowe”.
– Politycy UE rozmawiają z naszym represyjnym, kłamliwym, przestępczym rządem, zamiast posłuchać obywatelek i obywateli. W Parlamencie Europejskim odzywają się pojedyncze pozytywne głosy, lecz dzieje się zbyt mało, a jeśli, to za późno – oceniła krytycznie Marta Lempart.
Jej zdaniem Komisja Europejska powinna kontynuować postępowanie przeciwko Polsce w sprawie naruszenia praworządności, zamiast czekać „aż wszyscy znajdziemy się w więzieniu”. – Potrzebujemy ochrony przed policją i prokuraturą – dodała.
– Zaleczenie ran będzie zadaniem nowego rządu. Od tego są specjaliści, którzy znajdą jakieś rozwiązanie – powiedziała Marta Lempart, odpowiadając na pytanie, jak przeciwdziałać głębokim podziałom w polskim społeczeństwie.
– Bycie miłą lub mediacja nie są moim zadaniem. Jestem potrzebna, ponieważ jesteśmy na wojnie – podsumowuje rozmowę z „Die Zeit” liderka Ogólnopolskiego Strajku Kobiet.
Lubisz nasze artykuły? Podoba Ci się to co publikujemy? Polub nas na Facebooku >>
REDAKCJA POLECA
Pozew rozwodowy – co powinien zawierać? Jak go sporządzić?
Początkiem każdego postępowania rozwodowego jest złożenie odpowiednio skonstruowanego pozwu. Prawidłowe przygotowanie takiego dokumentu zwiększa szanse na szybsze rozwiązanie małżeństwa przez sąd. Co powinien zawierać pozew rozwodowy? Jak poprawnie go sporządzić? Czy warto zrobić to samodzielnie?

Z punktu widzenia prawa, małżeństwo jest związkiem trwałym, który z założenia ma być trudny do ewentualnego rozwiązania. Zdarzają się jednak takie sytuacje życiowe, po których małżonkowie dochodzą do wniosku, że pozostanie w tak sformalizowanej relacji nie jest możliwe. Z reguły decydują się wówczas na złożenie w sądzie okręgowym pozwu rozwodowego. Jak jednak skonstruować taki dokument?
Określenie stron sporu
Pozew rozwodowy składany jest w formie pisemnej. W prawym górnym rogu dokumentu należy umieścić datę i miejsce jego sporządzenia. Kolejnym krokiem jest prawidłowe wskazanie stron, czyli określenie, kto jest powodem (osobą składającą pozew), a kto pozwanym (osobą, z którą powód chce się rozwieść). Niezbędne na tym etapie jest również podanie wszystkich prawidłowych danych dotyczących stron postępowania – imion, nazwisk, aktualnych adresów zamieszkania i numerów PESEL. Sam dokument powinien być również odpowiednio zatytułowany nagłówkiem „Pozew rozwodowy”.
Określenie odpowiedniego sądu
Jak zostało wspomniane, pozew o rozwód składa się w sądzie okręgowym. Zgodnie z obowiązującymi przepisami, nie może być to jednak dowolny sąd tego szczebla. Dokument powinien być złożony w sądzie okręgowym, w którego okręgu małżonkowie mieli ostatnie wspólne miejsce zamieszkania. Wystarczy, że przynajmniej jedna ze stron stale przebywa w takiej lokalizacji. W innych przypadkach pozew należy przedłożyć w sądzie okręgowym znajdującym się w okręgu miejsca zamieszkania pozwanego. Zdarza się jednak, że trudno ustalić, gdzie aktualnie znajduje się osoba, z którą strona pozywająca chce się rozwieść. W takiej sytuacji dopuszcza się złożenie pozwu do sądu z okręgu miejsca zamieszkania powoda.
Wskazanie odpowiedniego żądania
Kolejnym krokiem jest wskazanie w pozwie rozwodowym odpowiedniego żądania, tzn. określenie, czy pozew dotyczy rozwodu ze wskazaniem winy jednej ze stron, czy też ma na celu wszcząć postępowanie bez orzekania o winie. To niezwykle istotne, ponieważ w obu przypadkach sprawa rozwodowa nabierze innego charakteru i skupi się na odmiennych elementach. Co ważne, prawidłowe określenie żądania decyduje też o zastosowaniu ewentualnych negatywnych przesłanek rozwodu oraz określa uprawnienia alimentacyjne małżonka, który nie jest winny rozkładu pożycia małżeńskiego.
Skonstruowanie poprawnego uzasadnienia
Pozew rozwodowy musi zawierać uzasadnienie. Należy w nim wskazać, dlaczego oraz w jaki sposób doszło do trwałego oraz zupełnego rozkładu małżeństwa. Niezbędne będzie też przytoczenie dowodów, które potwierdzą taki stan rzeczy. W pozwie rozwodowym zawiera się również informacje o aktualnym stanie majątkowym małżonków oraz o liczbie wychowywanych dzieci. W przypadku żądania alimentów, należy także wskazać ich szacunkową wysokość, opierając się na miesięcznych kosztach utrzymania potomków.
Co jeszcze należy zawrzeć w pozwie rozwodowym?
W pozwach rozwodowych często dodaje się informacje o próbie podjęcia mediacji małżonków. Ponadto, do sporządzonego dokumentu obligatoryjnie załącza się:
- oryginalny odpis aktu małżeństwa,
- oryginalne odpisu aktów urodzenia dzieci,
- dokumenty, na które powołuje się powód w pozwie,
- opłatę sądową w wysokości 600 zł.
Pozew należy własnoręcznie podpisać i złożyć w dwóch egzemplarzach na dzienniku podawczym sądu lub nadać listem poleconym.
Czy warto samodzielnie napisać pozew o rozwód?
Teoretycznie sporządzenie pozwu rozwodowego nie wydaje się zadaniem skomplikowanym. Należy jednak pamiętać, że proces rozwiązania małżeństwa jest dla wielu osób trudny i stresujący. W takich warunkach łatwo o popełnienie w piśmie jakiegoś błędu lub przeoczenie w nim istotnych faktów. Z tego powodu bezpieczniej będzie zlecić sporządzenie pozwu doświadczonemu adwokatowi, który specjalizuje się w prowadzeniu spraw rozwodowych (np. https://krakowscyadwokaci.pl/prawo-rodzinne-i-opiekuncze/). W ten sposób zmniejszymy ryzyko np. zwrotu pozwu przez sąd, braków formalnych i narażenia się na dodatkowy stres.
Unia zatwierdziła zakup szczepionek. Polsce przypadnie około 25,5 mln

Tomasz Bielecki
Komisja Europejska zatwierdziła dziś zakup 300 mln szczepionek BioNTech-Pfizer dla UE. Wzywa kraje Unii do natychmiastowych prac nad planami szczepień. I chce budować „unię zdrowia”.

Apel Brukseli: Przygotujcie się do szczepień!
Umowa z BioNTech-Pfizer, której warunki zatwierdziła dziś Komisja Europejska, zostanie podpisana w najbliższych dniach. Szczepionki będą dzielone między kraje UE proporcjonalnie do liczby ludności, więc Polsce z tego kontraktu z BioNTech-Pfizer powinno w sumie przypaść około 25,5 mln doz (szczepionka BioNTech-Pfizer wymaga podania dwóch doz). Ponadto Komisja Europejska ma już umowy na szczepionkę z AstraZeneca (do 400 mln), Sanofi-GSK (200 mln), J&J (do 400 mln) i negocjuje z CureVac oraz Moderną.
– Naszym celem jest zagwarantowanie Unii zakupu łącznie 1,3 mld doz z opcją dokupienia kolejnych 500 mln doz z portfolio sześciu-siedmiu szczepionek – mówi nam Stella Kyriakides, komisarz UE ds. zdrowia.
Umowy Brukseli na te zakupy mają charakter zaliczkowy. Budżet UE wypłaca – objęty na razie klauzulami poufności – zadatek, który pomaga firmom farmaceutycznym w prowadzeniu badań. Przepadnie jednak, gdyby ich szczepionki ostatecznie nie zostały dopuszczone do użycia.
Komisarz Kyriakides unika podawania konkretnych terminów. Jak podkreśla – „w optymistycznym scenariuszu” pierwsze szczepionki od BioNTech-Pfizer mogłyby trafić do UE pod koniec tego roku i na początku 2021 r. – Musimy się przygotować, że dopuszczenie szczepionki bądź szczepionek na rynek nie od razu zakończy problem pandemii. Szczepienie potrwa. Jeszcze przez miesiące będziemy musieli w Europie zachowywać m.in. obecne zasady dystansowania społecznego – przekonuje Kyriakides.
Pokażcie plany szczepień!
Komisarz Kyriakides przed tygodniem napisała do ministrów zdrowia wszystkich 27 krajów UE, by do końca listopada przesłali Brukseli swe plany szczepień.
Wprawdzie Komisja Europejska nie ma prawa niczego narzucać rządom w tej kwestii, ale chce ocenić te plany, zaproponować ewentualne poprawki i wywrzeć presję na jak najszybsze przygotowania.
Skoro szczepionki będą z początku deficytowe, rządy muszą z góry określić grupy priorytetowe. Komisja proponuje, by w pierwszej kolejności szczepić pracowników służby zdrowia i opieki (najbardziej narażonych, zarazem kluczowych dla funkcjonowania systemu zdrowia), potem ludzi w wieku ponad 60 lat, przewlekle chorych, pracowników kluczowych branż (np. transport, policja, produkcja żywności), potem ludzi mieszkających (więzienia, noclegownie) oraz pracujących (fabryki) w warunkach uniemożliwiających zachowanie dystansu społecznego.
Ponadto instytucje UE od tygodni ponaglają kraje UE do przygotowań logistycznych, bo szczepionki różnych firm będą mieć m.in. odmienne wymogi temperaturowe przy dłuższym magazynowaniu.
Szczepionka BioNTech-Pfizer wymaga minus kilkudziesięciu stopni. – Jedne szczepionki mają być podawane w jednej dawce, inne będą wymagać zaaplikowania dwóch. Jak się okazuje, jedne będą wymagać do przechowywania temperatury utrzymywanej w zwykłej lodówki, inne minus kilkudziesięciu stopni. Ośmieszylibyśmy się, gdyby to wszystko miało nas zaskakiwać dopiero w lutym, marcu – mówił nam już w październiku Charles Michel, szef Rady Europejskiej.
Nowa „unia zdrowia”
Komisja Europejska zaproponowała dziś pierwsze elementy przewidzianej na dłuższy okres czasu „unii zdrowia”.
– Wszyscy byliśmy świadkami skutków nieskoordynowanych działań w pierwszych tygodniach i miesiącach epidemii. To pokazało, że brak wspólnych decyzji czyni wszystkie kraje UE bardziej narażonymi na kryzys. Nasi obywatele oczekują od Unii więcej wspólnych działań – przekonuje Kyriakides. Dlatego Bruksela chce wzmocnienia roli Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) w monitorowaniu sytuacji sanitarnej w krajach UE oraz wydawaniu zaleceń co do przygotowań systemów zdrowia. – Trzeba, by na szczeblu centralnym w UE były dostępne aktualne informacji co do łóżek szpitalnych, w tym intensywnej opieki – mówi Kyriakides.
Bruksela chciałaby też mieć możliwość ogłaszania unijnego stanu zagrożenia zdrowotnego, co uruchamiałaby ponadgraniczną koordynację w działaniach antyepidemicznych. Do najbardziej zagrożonych i potrzebujących państw Unii wysyłano by pomocowe zespoły specjalistów. – Czy unijne rządy zgodzą się na takie reformy co do opieki zdrowotnej, która w ustroju UE leży w kompetencjach krajowych? – Nasze propozycje mieszczą się w granicach obecnych traktatów UE – przekonuje Kyriakides. Bruksela chciałaby też wzmocnić rolę Europejskiej Agencji Leków, by m.in. monitorowała ewentualne braki leków czy szczepionek w krajach UE.
Lubisz nasze artykuły? Podoba Ci się to co publikujemy? Polub nas na Facebooku >>
REDAKCJA POLECA


