Nagość bez skrępowania. Dlaczego w Niemczech to nikogo nie dziwi?

Marlena Dumin

Tablica z napisem FKK to obrazek kojarzony z wakacjami w Niemczech. Nie bez powodu. Niemiecki Związek Kultury Naturystycznej (DFK) liczy dzisiaj 35 tys. członków i ma długą tradycję.

Powstał w 1949 roku i stał się organizacją parasolową dla „kultury wolnego ciała”, czyli niemieckiego FKK (Freikörperkultur). Ruch ten zachęca nie tylko do rezygnacji z ubrań, lecz także do filozofii życia, która stawia w centrum wolność, naturalność oraz pozytywne postrzeganie własnego ciała.

Również w niemieckich saunach nikogo nie dziwi nagie ciało, a przepisy w wielu miejscach nie zezwalają na saunowanie w stroju kąpielowym.

Niemiecka normalizacja nagości

Kultura wolnego ciała powstała w Niemczech jako część ruchu Lebensreform („reformy życia”), który był reakcją na niezadowolenie z industrializacji i w odpowiedzi propagował życie zgodne z naturą. Zwolennicy promowali aktywność fizyczną, zdrowy tryb życia oraz akceptację własnego ciała.

W latach 20. poprzedniego stulecia niektórzy łączyli naturyzm z ideałami socjalistycznymi: znikało ubranie – symbol statusu społecznego.

Według związku DFK życie bez ubrań uczy akceptacji własnego ciała takim, jakie jest, oraz pomaga uwolnić się od społecznych kanonów piękna. A to z kolei ma sprzyjać głębokiemu odprężeniu i poczuciu wewnętrznego spokoju. „Osoby, które odkrywają naturyzm, doświadczają nowego wymiaru wolności i akceptacji ciała, gdzie ludzie są witani w swojej naturalnej formie w pełnej szacunku i inkluzywnej społeczności” – czytamy na stronie związku.

Dwa podejścia do nagości

W powojennych Niemczech kultura wolnego ciała rozwinęła się zarówno w RFN, jak i w NRD – gdzie była szczególnie popularna.

W zachodnich Niemczech nagość praktykowano przede wszystkim w stowarzyszeniach lub wyznaczonych do tego przestrzeniach, np. na plażach, wedle określonych reguł. Od lat 70. spada jednak zainteresowanie członkostwem w towarzystwach naturystycznych.

Rzecz miała się inaczej w ówczesnej NRD. Tam swobodna organizacja w ramach stowarzyszeń nie była bowiem możliwa. Kultura wolnego ciała stała się tam elementem codzienności: ludzie spędzali czas nago na łonie natury, kąpali się w jeziorach bez ubrania i nie łączyli tego na ogół z żadnym światopoglądem.

W ostatnich latach ruch naturystów w Niemczech skarży się na spadek zainteresowania. Obecnie połowa członków DFK ma ponad 60 lat. – Dodatkowo udział kobiet w gremiach związku jest bardzo niski – mówi DW Manuela Fernandez, rzeczniczka prasowa DFK. W zdobyciu nowych osób mają pomóc wspólne akcje: konkurs na naturystyczne zdjęcia, nagie grillowanie czy przechadzki nago po lesie.

Saunowanie w Niemczech i Polsce

Różnice w podejściu do nagości po obu stronach Odry mogą mieć korzenie także w tradycji saunowania. Do Niemiec kultura sauny przywędrowała już w XIX wieku, rozwija się, a zainteresowanych nie brakuje. Według Niemieckiego Związku Saunowego (rok założenia: 1949) z saun korzysta rocznie około 26 mln osób, a 1,9 mln gospodarstw domowych ma prywatną saunę.

W Polsce natomiast Polskie Towarzystwo Saunowe powstało w 2014 roku, a zaleceń i zasad poprawnego saunowania – „rozebrać się do naga oraz zdjąć wszelką biżuterię, zegarek i inne ozdoby z ciała” – wielu saunowiczów nie respektuje.

Na początku nagość w saunie w Niemczech była dla mnie zaskakująca, wręcz krępująca – mówi Ewa, która dekadę temu przeprowadziła się z Podlasia do Berlina. Była zdziwiona koedukacyjnymi saunami i powszechną w nich nagością.

Pamięta też, kiedy pierwszy raz wybrała się na plażę dla naturystów ze znajomymi – oswajała się kilka godzin, zanim zdjęła ubranie. Po jakimś czasie przyszedł strażnik i upomniał ją, że jeżeli nie chce się rozebrać, musi pójść na inną plażę. W końcu zdjęła ubranie. 


Krzysztof Skiba: Matoły historyczne

Dawno temu spytano jakiegoś młodego posła lewicy, cóż takiego wydarzyło się 13 grudnia 1981 roku. I ten z przekonaniem odpowiedział, że tego dnia wybuchło powstanie warszawskie.

Jeszcze większa wpadka zdarzyła się posłance PiS i byłej marszałek Sejmu Elżbiecie Witek, która osłupiałemu dziennikarzowi oświadczyła, że wiedzę na temat zbrodni katyńskiej czerpała z… przedwojennych książek.

Teraz do grona tych matołów historycznych dołączył Sławomir Mentzen. Podczas swej berlińskiej pokazówki wystąpił w koszulce, na której niemiecki żołnierz strzela do dziecka na tle ruin Warszawy. Na grafice z koszulki, wśród ogromu warszawskich ruin, dumnie wznosi się budynek… Pałacu Kultury i Nauki.

Problem w tym, że Pałac zbudowano po wojnie. Ten budynek jest symbolem powojennej Warszawy, bowiem zbudowano go w latach 1952–1955, a powstanie miało miejsce w 1944 roku.

Tylu niby mózgowców i nikt w tej Konfie nie dostrzegł tak oczywistego błędu? Dumnie odziani w te koszulki z rażącym bykiem historycznym Konfiarze pojechali ślepo demonstrować za swym Koziołkiem Matołkiem, i to z racami w Berlinie.

Tak to jest, jak facet z Torunia obchodzi warszawskie rocznice w Berlinie. Czekam, kiedy Mentzen rocznicę bitwy pod Grunwaldem będzie obchodził w Wiedniu, w koszulce z królem Stefanem Batorym.

Krzysztof Skiba


Ewolucja na sterydach. Niektóre zwierzęta zmieniają się szybciej niż myślimy

Ewolucja nie zawsze trwa tysiące lat. Czasem jej skutki można zauważyć już po kilku pokoleniach. W Portoryko miejskie jaszczurki różnią się budową kończyn od tych żyjących w lasach, w Mozambiku kłusownictwo sprawiło, że wzrosła liczba słoni bez ciosów, a niektóre ryby z silnie zanieczyszczonych wód przybrzeżnych w USA stały się odporniejsze na toksyczne związki.

W każdym z tych przypadków człowiek tak mocno zmienił warunki życia zwierząt, że zaczął wpływać także na to, które cechy zwiększają szanse na przeżycie i rozmnażanie. 

Nie każda zmiana obserwowana u zwierząt jest jednak ewolucją. Ptak może zmienić śpiew, a ssak porę aktywności bez zmian genetycznych. Biolodzy mówią wtedy o plastyczności fenotypowej. O zmianie ewolucyjnej można mówić znacznie pewniej, gdy cecha jest dziedziczna albo w genomie pojawiają się ślady działania doboru naturalnego.

Jaszczurki, którym miasto zmieniło warunki życia

Jednym z najlepiej udokumentowanych przykładów są anolisy Anolis cristatellus z Portoryko. W naturalnym środowisku wspinają się po pniach i gałęziach. W mieście trafiają na beton, metal i gładkie pionowe powierzchnie.

Badania Kristin Winchell i jej współpracowników wykazały, że miejskie anolisy mają proporcjonalnie dłuższe kończyny oraz więcej wyspecjalizowanych łusek na poduszkach palców niż osobniki z pobliskich lasów. Taka budowa ułatwia im poruszanie się po szerokich i gładkich powierzchniach.

Eksperymenty hodowlane wskazały, że przynajmniej część tych różnic ma podłoże dziedziczne. Późniejsze analizy genomów jaszczurek z San Juan, Arecibo i Mayagüez wykazały podobne różnice genetyczne w niezależnych populacjach miejskich.

Kłusownictwo zmieniło populację słoni

Jeszcze wyraźniej działanie selekcji naturalnej widać u słoni z Parku Narodowego Gorongosa w Mozambiku.

Podczas wojny domowej w latach 1977–1992 populacja została zdziesiątkowana przez polowania i kłusownictwo. Zwierzęta z ciosami częściej ginęły dla kości słoniowej, dlatego samice pozbawione ciosów miały większą szansę przeżyć i pozostawić potomstwo.

Badanie opublikowane w „Science” pokazało skalę tej zmiany. Przed wojną około 18,5 proc. samic nie miało ciosów. Wśród samic, które przeżyły okres intensywnego kłusownictwa, odsetek ten przekraczał 50 proc.

Analizy genetyczne wskazały również obszary genomu związane z rozwojem zębów u ssaków. Zdaniem autorów badania kłusownictwo stworzyło silną presję selekcyjną, która zwiększyła częstość występowania cechy sprzyjającej przeżyciu.

Ryby, które przetrwały w skażonych wodach

Na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych niewielkie ryby Fundulus heteroclitus żyją w estuariach silnie zanieczyszczonych przez przemysł. Stężenia toksycznych związków, które są zabójcze dla przedstawicieli tego samego gatunku z czystszych wód, część lokalnych populacji znosi znacznie lepiej.

Badacze porównali genomy ryb z kilku skażonych i nieskażonych miejsc. Populacje z New Bedford Harbor, Newark Bay i Elizabeth River niezależnie wykształciły odporność na związki przemysłowe, w tym PCB, dioksyny i wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne.

Zmiany dotyczą szlaków molekularnych odpowiedzialnych za reakcję organizmu na toksyny. Analizy genomowe wykazały przy tym wyraźne ślady działania selekcji naturalnej.

Fundulus heteroclitus charakteryzuje się dużą różnorodnością genetyczną. To zwiększa szansę, że w populacji istnieją warianty pozwalające części osobników przeżyć gwałtowną zmianę środowiska. Inne gatunki mogą nie mieć takiego zapasu.

Sieci rybackie też tworzą presję selekcyjną

Rybołówstwo może działać na populacje w podobny sposób. Jeśli przez wiele pokoleń odławiane są przede wszystkim największe osobniki, część z nich znika, zanim zdąży się rozmnożyć.

Eksperymenty z kontrolowanymi populacjami wykazały, że selektywne usuwanie ryb o określonej wielkości może prowadzić do dziedzicznych zmian w tempie wzrostu, wieku osiągania dojrzałości i rozmiarach ciała.

Badania łososia atlantyckiego pokazują również, że działalność człowieka może wpływać na wiek dojrzewania pośrednio, poprzez zmiany w dostępności pokarmu i presję połowową.

Sama mniejsza średnia wielkość ryb nie jest jednak dowodem ewolucji. Wpływają na nią także temperatura wody, ilość pokarmu, zagęszczenie populacji i inne warunki środowiskowe.

Miasto zmienia ptaki, ale nie zawsze geny

Junko zwyczajne z południowej Kalifornii pokazują, jak trudno czasem oddzielić zmianę zachowania od ewolucji. Populacja tych ptaków osiedliła się w San Diego na początku lat 80. i z czasem zaczęła różnić się od ptaków żyjących w naturalnym, górskim środowisku.

Badacze obserwowali różnice w śpiewie, reakcji na stres, zachowaniu i budowie ciała. Część z nich utrzymywała się także wtedy, gdy ptaki z różnych populacji wychowywano w podobnych warunkach.

Nie wszystkie można jednak jednoznacznie uznać za skutek ewolucji. W przypadku części cech autorzy badań wskazują zarówno na możliwe mechanizmy dziedziczne, jak i wpływ środowiska podczas rozwoju. Sama zmiana zachowania nie wystarcza więc, by mówić o ewolucji — kluczowe jest to, czy dana cecha może być przekazywana kolejnym pokoleniom.

Nie każdy gatunek zdąży się przystosować

Anolisy, słonie i ryby pokazują, że człowiek może zmienić presję selekcyjną w czasie krótszym niż ludzkie życie. Nie oznacza to, że przyroda zawsze zdoła odpowiedzieć na równie szybkie zmiany klimatu, utratę siedlisk czy zanieczyszczenie.

Szybka ewolucja wymaga odpowiedniej różnorodności genetycznej i kolejnych pokoleń, w których korzystne cechy mogą się upowszechnić. Gatunki nieliczne, wolno rozmnażające się albo pozbawione takiej różnorodności mają znacznie mniejsze możliwości przystosowania.

W części populacji skutki działania człowieka są już zapisane nie tylko w zachowaniu, lecz także w genach. Dla wielu innych zmiany środowiska zachodzą jednak szybciej, niż mogą się do nich dostosować.

Źródła: „Evolution”, PNAS, „Science”


Czarnek zapowiada „Straż Praw”, gdy PiS przejmie władzę. Nowa służba miałaby działać poza MSWiA

Przemysław Czarnek zapowiedział utworzenie „Straży Praw”, nowej formacji mundurowej, która po ewentualnym powrocie PiS do władzy miałaby chronić praworządność i demokrację. Służba miałaby działać poza strukturami Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Polityk nie podał jednak, komu miałaby podlegać ani jakie otrzymałaby uprawnienia.

Zapowiedź padła 6 sierpnia podczas konwencji programowej. Czarnek twierdził również, że powołanie formacji nie wymagałoby zmiany ustaw.

Mundurowi poza MSWiA

W rozmowie z „Faktem” Czarnek doprecyzował, że „Straż Praw” miałaby być specjalną jednostką służby mundurowej podporządkowaną innemu organowi niż MSWiA.

– Będzie to specjalna jednostka służby mundurowej, tylko w innej podległości aniżeli MSWiA. Będzie stała na straży praworządności i demokracji bez względu na to, kto zarządza służbami – powiedział polityk PiS.

Nie wyjaśnił, czy formacja miałaby podlegać premierowi, prezydentowi, ministrowi sprawiedliwości czy innemu organowi. Nie wiadomo też, czy jej funkcjonariusze mogliby zatrzymywać ludzi, prowadzić czynności operacyjne, używać broni albo korzystać z informacji niejawnych. Czarnek zapowiedział, że szczegóły będą przedstawiane podczas kampanii wyborczej.

Czy nowa służba może powstać bez ustawy?

Twierdzenie, że formację można powołać bez zmiany prawa, trudno ocenić bez projektu i opisu jej kompetencji. Rząd może tworzyć lub przekształcać jednostki administracyjne, ale uprawnienia pozwalające ingerować w prawa obywateli muszą mieć wyraźną podstawę prawną.

Jeżeli „Straż Praw” miałaby zatrzymywać ludzi, prowadzić obserwację albo stosować przymus, konieczne byłoby ustawowe określenie granic jej działania. Wiceminister spraw wewnętrznych Wiesław Szczepański ocenił w rozmowie z „Faktem”, że propozycja jest elementem politycznej konfrontacji. Zwrócił uwagę, że nie wiadomo, kto miałby kierować formacją ani na jakiej podstawie prawnej miałaby ona działać. Minister koordynator służb specjalnych Tomasz Siemoniak nazwał pomysł „absurdalnym”.

„Straż Praw”, ale jakich praw?

Najbardziej niejasny pozostaje cel formacji. Ochroną porządku konstytucyjnego zajmuje się już ABW, przestępstwa ścigają Policja i prokuratura, a korupcję w instytucjach publicznych zwalcza CBA. Hasło ochrony „praworządności i demokracji” nie mówi więc, jakie konkretne zadanie miałaby przejąć nowa służba.

Pomysł państwowych funkcjonariuszy pilnujących szeroko zdefiniowanych wartości brzmi przy tym niepokojąco znajomo. W Afganistanie talibskie Ministerstwo Krzewienia Cnoty i Zapobiegania Występkom egzekwuje zasady obyczajowe, w tym nakazy dotyczące ubioru kobiet.

W Malezji w poszczególnych stanach działają natomiast islamskie departamenty i funkcjonariusze egzekwujący przepisy religijne wobec muzułmanów. Dotyczą one między innymi alkoholu, postu w ramadanie, seksu pozamałżeńskiego oraz przebywania sam na sam z osobą przeciwnej płci spoza rodziny.

Polska nie jest oczywiście ani Afganistanem, ani Malezją, a propozycja Czarnka nie jest odpowiednikiem tamtejszej policji obyczajowej. Trudno jednak oprzeć się lekkiej ironii: gdy polityk zapowiada mundurowych strzegących niedookreślonej praworządności i demokracji, ale nie potrafi powiedzieć, jakich praw mieliby pilnować, skojarzenia z urzędowym krzewieniem cnót pojawiają się same.

Zmieniłby się nadzorca, nie polityczna kontrola

Umieszczenie służby poza MSWiA nie zapewniłoby jej niezależności od polityków. Każda państwowa formacja musi mieć przełożonego, budżet, zasady powoływania kierownictwa i system kontroli.

ABW podlega premierowi i kontroli Sejmu. Minister koordynator sprawuje nadzór nad służbami specjalnymi, wyznacza kierunki ich działania i ocenia korzystanie z uprawnień ingerujących w prawa obywateli. Przeniesienie nowej służby do innej części administracji zmieniłoby więc ośrodek nadzoru, ale nie usunęłoby politycznej zależności.

Dopóki PiS nie pokaże projektu, kompetencji i zasad kontroli, „Straż Praw” pozostaje niepokojącą zapowiedzią polityczną.


Ile kosztowała rocznica Nawrockiego? Tomczyk żąda faktur i pełnego rozliczenia

Z pisma Tomczyka wynika, że chce on rozliczenia praktycznie każdego elementu wydarzenia: od promocji w internecie po koszty pracy ludzi i wykorzystania samochodów służbowych.

Reklamy, catering, scena i noclegi

W piśmie datowanym 6 sierpnia 2026 r. Tomczyk powołuje się na ustawę o dostępie do informacji publicznej oraz art. 61 Konstytucji. Pyta o „całkowity łączny koszt organizacji i przeprowadzenia” wydarzenia.

Chce szczegółowego kosztorysu. Wśród pozycji wymienia płatne kampanie reklamowe w serwisach X, Facebook, Instagram, TikTok i YouTube, druk zaproszeń i innych materiałów dla uczestników, a także wynajem oraz montaż sceny, nagłośnienia, oświetlenia i ekranów LED.

W piśmie pojawiają się też catering i poczęstunek dla gości oraz obsługi. Tomczyk pyta o transport, noclegi lub diety dla zaproszonych osób i personelu, a także koszty zdjęć, materiałów wideo i transmisji wydarzenia. Chce znać również wynagrodzenia fotografów, operatorów, montażystów i realizatorów.

Kto dostał zlecenia?

Osobne pytania dotyczą firm i usługodawców, którzy pracowali przy wydarzeniu. Tomczyk chce wiedzieć, w jaki sposób ich wybierano i na jakiej podstawie prawnej powierzano im zlecenia.

W dokumencie pojawiają się pytania o przetargi, zapytania ofertowe oraz zamówienia z wolnej ręki. Wiceminister oczekuje informacji o trybie zastosowanym wobec każdego wykonawcy.

Pyta też o zaproszenia. Chce wiedzieć, ile ich wysłano, do jakich grup i instytucji oraz ilu gości potwierdziło udział.

Nadgodziny i samochody służbowe

Kolejny fragment pisma dotyczy pracowników Kancelarii Prezydenta. Tomczyk chce znać liczbę osób zaangażowanych w przygotowanie i obsługę wydarzenia oraz łączną kwotę wypłaconych dodatków, premii i wynagrodzeń za nadgodziny, w tym pracę w nocy i dni wolne.

Pyta również o samochody służbowe używane podczas organizacji wydarzenia oraz o szacowane zużycie paliwa.

KPRP ma też przekazać raporty z płatnych kampanii reklamowych prowadzonych w mediach społecznościowych.

Faktury, umowy i wewnętrzna korespondencja

Tomczyk nie poprzestaje na zestawieniu kosztów. Domaga się skanów umów, faktur i rachunków związanych z wydarzeniem. Chce również notatek służbowych, protokołów ze spotkań organizacyjnych i korespondencji wewnętrznej dotyczącej przygotowań oraz budżetu.

We wpisie na platformie X Tomczyk określił wydarzenie jako „wiec partyjny Nawrockiego” i zapowiedział, że odpowiedzi oczekuje w ciągu dwóch tygodni.

Karol Nawrocki został zaprzysiężony na prezydenta 6 sierpnia 2025 r. Wydarzenie odbyło się dokładnie rok później.

Kiedy poznamy koszty?

Tomczyk powołuje się na ustawę o dostępie do informacji publicznej, zgodnie z którą urząd powinien odpowiedzieć na wniosek w ciągu 14 dni. Jeśli urząd nie może odpowiedzieć w tym terminie, powinien podać powód opóźnienia i nową datę. Ustawa pozwala w takim przypadku wydłużyć termin do dwóch miesięcy od złożenia wniosku.

Źródł: wniosek Cezarego Tomczyka z 6 sierpnia 2026 r., KPRP


AI Act: kiedy trzeba ujawnić użycie sztucznej inteligencji?

Od 2 sierpnia 2026 roku stosuje się art. 50 AI Act, który określa, kiedy odbiorca powinien wiedzieć, że rozmawia ze sztuczną inteligencją albo ma do czynienia z treścią przez nią wygenerowaną. Nowe zasady obejmują chatboty, deepfake’i, część tekstów dotyczących spraw publicznych oraz systemy rozpoznawania emocji i kategoryzacji biometrycznej. Nie wprowadzają jednak obowiązku oznaczania wszystkiego, co powstało z pomocą AI.

Znaczenie ma przede wszystkim to, kto i w jaki sposób korzysta z systemu. Dostawca tworzy narzędzie lub oferuje je pod własną nazwą. Podmiot stosujący używa go natomiast pod swoją kontrolą — może nim być firma, redakcja, urząd, agencja albo zawodowy twórca. Od tej roli zależy, kto odpowiada za techniczne oznaczenie treści, a kto za przekazanie informacji bezpośrednio odbiorcy.

Chatbot powinien od razu ujawnić, że jest maszyną

Dostawca systemu przeznaczonego do bezpośredniej rozmowy z człowiekiem musi zadbać, aby użytkownik wiedział, że kontaktuje się z AI. Informacja powinna pojawić się najpóźniej przy rozpoczęciu pierwszej interakcji, być czytelna i wyraźnie oddzielona od pozostałych komunikatów.

W praktyce wystarczy krótkie zdanie: „Rozmawiasz z wirtualnym asystentem wykorzystującym sztuczną inteligencję”. Na infolinii taki komunikat może zostać odczytany przed rozpoczęciem rozmowy. Umieszczenie wzmianki wyłącznie w regulaminie lub polityce prywatności może nie wystarczyć, ponieważ użytkownik powinien otrzymać ją w chwili kontaktu z systemem.

AI Act przewiduje wyjątek, gdy dla rozsądnie poinformowanej, uważnej osoby jest oczywiste, że rozmawia z maszyną. Sama ikona robota lub nazwa usługi nie zawsze jednak rozwieją wątpliwości. Im bardziej chatbot przypomina konsultanta, doradcę albo konkretnego pracownika, tym ważniejszy staje się jednoznaczny komunikat.

Firma wdrażająca gotowe narzędzie powinna więc sprawdzić, czy informacja o AI pozostaje widoczna także po dostosowaniu chatbota do jej strony, aplikacji lub infolinii. Obowiązek zaprojektowania odpowiedniego rozwiązania spoczywa na dostawcy, ale przedsiębiorca odpowiada za sposób, w jaki wykorzystuje system wobec klientów.

Znacznik techniczny to nie to samo co oznaczenie deepfake’u

Dostawcy systemów generujących tekst, obraz, dźwięk lub wideo muszą zapewnić, aby wyniki ich działania dało się rozpoznać jako sztucznie wygenerowane lub zmodyfikowane. Służy temu znacznik odczytywalny maszynowo, zapisany na przykład w metadanych, cyfrowym poświadczeniu pochodzenia lub innym rozwiązaniu technicznym.

Takiego znacznika odbiorca nie musi widzieć. Ma on umożliwić platformom, wyszukiwarkom i narzędziom weryfikacyjnym sprawdzenie pochodzenia materiału. Obowiązek technicznego znakowania ciąży przede wszystkim na dostawcy generatora, a nie na każdej osobie wpisującej polecenie do gotowej usługi.

Przepisy wyłączają z tego obowiązku systemy wykonujące standardowe czynności edycyjne albo zmiany, które nie wpływają istotnie na materiał wejściowy i jego znaczenie. Zwykła korekta językowa, poprawienie kontrastu zdjęcia czy usunięcie szumu z nagrania nie są więc traktowane tak samo jak wygenerowanie nowej wypowiedzi, twarzy lub głosu.

Dostawcy systemów wprowadzonych na rynek przed 2 sierpnia 2026 roku otrzymali czas do 2 grudnia 2026 roku na dostosowanie ich do obowiązku maszynowego znakowania wyników. Okres przejściowy dotyczy wyłącznie tego wymogu. Nie przesuwa pozostałych obowiązków przejrzystości.

Inne zasady obowiązują przy deepfake’ach. AI Act definiuje deepfake jako wygenerowany lub zmieniony przez AI obraz, dźwięk albo film, który przypomina istniejącą osobę, miejsce, przedmiot, organizację lub wydarzenie i może fałszywie uchodzić za autentyczny.

Przykładem będzie realistyczne nagranie polityka wypowiadającego słowa, których nigdy nie powiedział, sklonowany głos prezesa firmy albo syntetyczny film udający zapis prawdziwego wypadku. Podmiot stosujący system AI do stworzenia lub zmodyfikowania takiego materiału musi ujawnić, że treść została wygenerowana albo zmanipulowana.

Informacja powinna być widoczna lub słyszalna już przy pierwszym kontakcie odbiorcy z materiałem. Niewidoczne metadane nie zastąpią komunikatu przeznaczonego dla człowieka.

Nie każda grafika z generatora jest jednak deepfakiem. Fantastyczna ilustracja, której odbiorca nie pomyli z dokumentacją rzeczywistości, zwykle nie spełni tej definicji. Inaczej należy ocenić realistyczny obraz przedstawiający znaną osobę, katastrofę, zamieszki lub inne zdarzenie, które mogłoby zostać uznane za prawdziwe.

W przypadku utworów wyraźnie artystycznych, satyrycznych, fikcyjnych lub kreatywnych informacja nadal jest wymagana, ale może zostać podana tak, aby nie zakłócała odbioru dzieła. Określenie materiału jako satyry nie daje więc prawa do całkowitego przemilczenia użycia deepfake’u.

Czy tekst przygotowany z pomocą AI trzeba oznaczyć?

Nie każdy. Szczególny obowiązek dotyczy tekstów wygenerowanych lub zmienionych przez AI, które są publikowane po to, by informować społeczeństwo o sprawach mających znaczenie publiczne. Może chodzić o politykę, bezpieczeństwo, zdrowie, gospodarkę, prawa konsumentów, wymiar sprawiedliwości oraz ważne wydarzenia naukowe lub społeczne.

Gdy taki materiał trafia do odbiorców bez merytorycznej kontroli człowieka, powinien zawierać informację, że został wygenerowany albo zmieniony przez AI. Dotyczy to między innymi automatycznych wiadomości, komunikatów urzędowych czy analiz publikowanych bez zatwierdzenia przez osobę odpowiedzialną za ich treść.

Oznaczenie nie jest wymagane, jeśli tekst przeszedł rzeczywistą kontrolę człowieka lub redakcji, a konkretna osoba albo organizacja ponosi odpowiedzialność redakcyjną za publikację. Nie wystarczy pobieżne przeczytanie materiału ani sprawdzenie pisowni. Osoba zatwierdzająca tekst powinna mieć możliwość jego zmiany lub odrzucenia oraz świadomie przyjąć odpowiedzialność za końcową wersję.

Redakcja może zatem użyć AI do transkrypcji rozmowy, uporządkowania notatek, przygotowania planu albo roboczego szkicu. Jeżeli następnie sprawdzi fakty, liczby, dokumenty i źródła, przeredaguje materiał oraz zatwierdzi go do publikacji, art. 50 nie nakazuje automatycznego dodania etykiety do artykułu.

Wyjątek dotyczący tekstu nie obejmuje automatycznie innych elementów publikacji. Dołączony film, fotografia lub syntetyczny głos mogą wymagać osobnego oznaczenia, jeśli spełniają definicję deepfake’u.

Firmy i instytucje korzystające z systemów rozpoznawania emocji lub kategoryzacji biometrycznej muszą poinformować osoby poddane ich działaniu. Sam komunikat nie legalizuje jednak użycia narzędzia. Nadal obowiązują przepisy o ochronie danych, prywatności oraz zakazanych praktykach AI.

AI Act nie obejmuje osób korzystających z systemów wyłącznie w ramach osobistej, nieprofesjonalnej aktywności. Sytuacja wygląda inaczej, gdy treść powstaje dla klienta, profil jest regularnie monetyzowany albo generator staje się narzędziem pracy freelancera, twórcy lub przedsiębiorcy. Niezależnie od AI Act nadal mogą mieć zastosowanie przepisy dotyczące wizerunku, dóbr osobistych, prawa autorskiego, reklamy lub oszustwa.

Polska ustawa nie przesunęła terminu 2 sierpnia

Polska ustawa o systemach sztucznej inteligencji została ogłoszona 27 lipca 2026 roku w Dzienniku Ustaw pod pozycją 1003. Przewiduje utworzenie Komisji Rozwoju i Bezpieczeństwa Sztucznej Inteligencji, która ma pełnić funkcję organu nadzoru rynku, oraz określa zasady krajowych kontroli, postępowań i nakładania kar.

Większość przepisów ustawy wchodzi w życie 11 sierpnia, po upływie 14 dni od ogłoszenia. Część regulacji, w tym wskazane rozdziały dotyczące nadzoru, postępowań, kontroli i kar, zacznie obowiązywać po trzech miesiącach od ogłoszenia.

Nie zmienia to daty stosowania art. 50 AI Act. Unijne rozporządzenie obowiązuje bezpośrednio w państwach członkowskich, dlatego firmy, media i twórcy powinni przestrzegać zasad przejrzystości od 2 sierpnia.

Za naruszenie obowiązków wynikających z art. 50 grozi kara do 15 mln euro albo do 3 proc. całkowitego światowego obrotu przedsiębiorstwa z poprzedniego roku. W przypadku przedsiębiorstw stosuje się wyższy z tych limitów, natomiast dla małych i średnich firm maksymalną sankcję wyznacza niższa wartość. Organ powinien uwzględnić między innymi skalę, czas trwania i skutki naruszenia, dlatego najwyższy pułap nie jest automatyczną karą za każdy błąd.

Jedna ogólna etykieta „materiał AI” nie rozwiąże wszystkich problemów. Chatbot wymaga informacji przy rozpoczęciu kontaktu, dostawca generatora powinien zapewnić znacznik techniczny, a deepfake — komunikat zrozumiały dla odbiorcy. Tekst dotyczący sprawy publicznej może natomiast korzystać z wyjątku, jeśli przeszedł rzeczywistą kontrolę i ktoś ponosi za niego odpowiedzialność. O obowiązku nie decyduje sama nazwa narzędzia, lecz sposób jego użycia oraz charakter opublikowanej treści.

Źródła: rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2024/1689  AI Act; wytyczne Komisji Europejskiej dotyczące obowiązków przejrzystości z art. 50; rozporządzenie (UE) 2026/1744; ustawa z 3 lipca 2026 r. o systemach sztucznej inteligencji, Dz.U. 2026 poz. 1003


Niemiecki tygodnik o Polsce: „Lepiej niż w Niemczech”

Katarzyna Domagała-Pereira

Pod wieloma względami Polska już dawno wyprzedziła Niemcy – pisze niemiecki tygodnik „Die Zeit”.

„Polska gospodarka od lat odnotowuje silny wzrost. Polska jest jednym z 20 największych eksporterów na świecie” – pisze w piątek, 31 lipca 2026 roku, niemiecki tygodnik „Die Zeit”, prezentując dane z 97 branż.

Tygodnik podkreśla, że między 2000 a 2024 rokiem Polska stała się jednym z 20 największych eksporterów na świecie. Jej udział w światowym eksporcie wzrósł w tym okresie z około 0,5 proc. do 1,8 proc. Pod tym względem – jak czytamy – Polska nie dorównuje jeszcze Niemcom, których udział w światowym eksporcie wynosił w 2024 roku 7,6 proc. „Jednak trendy rozwijają się w przeciwnych kierunkach. Podczas gdy udział Niemiec w światowym eksporcie od lat wykazuje tendencję spadkową, Polska nieustannie zyskuje na znaczeniu” – piszą autorki Dana Hajek i Anne-Sophie Lang.

Silna pozycja Polski

Jak wskazują autorki, za tym sukcesem stoją liczne branże, między innymi wyroby mięsne i rybne. W tym sektorze udział Polski w światowym rynku eksportowym wynosi ponad 4 proc. Po przystąpieniu do UE w 2004 roku polskie przedsiębiorstwa zainwestowały środki z europejskich funduszy strukturalnych w nowoczesne i zautomatyzowane linie produkcyjne. Pozwoliło im to taniej produkować i sprzedawać większe ilości towarów – czytamy. Kolejnym przykładem są meble i oświetlenie.

Szczególnie silna jest pozycja Polski w branży wyrobów tytoniowych, przede wszystkim dlatego, że międzynarodowe koncerny przeniosły swoją działalność do Polski, na przykład Philip Morris do Krakowa. Udział Polski w światowym eksporcie papierosów, cygar i tytoniu wynosił dwa lata temu już ponad 10 proc. Z kolei udział Niemiec spadł do nieco ponad 6 proc.

Polska wyprzedziła Niemcy

Polska wyprzedziła Niemcy również w eksporcie mięsa i zbóż, a także różnych produktów technicznych, takich jak pralki, turbiny gazowe czy baterie.

Symbolem pozycji Polski, która od czasu brexitu jest szóstą co do wielkości gospodarką UE, jest fakt, że gwiazda tenisa Carlos Alcaraz złożył niedawno w stoczni w Gdańsku zamówienie na jacht. Wcześniej podobnie postąpiło kilku innych znanych sportowców. „A przecież po upadku żelaznej kurtyny kraj ten początkowo był postrzegany jako przedłużenie zakładów produkcyjnych Europy Zachodniej, głównie Niemiec. Z Polski pochodziła tania siła robocza i najczęściej proste produkty. To jednak dawno uległo zmianie: kraj ten wprawdzie nadal sprzedaje drewno, żywność i odzież, ale obecnie coraz więcej maszyn, elektroniki i dóbr luksusowych. Wśród nich znajduje się wiele produktów, w przypadku których Niemcy tracą pozycję na arenie międzynarodowej, takich jak podwozia samochodowe” – pisze „Die Zeit”.

Tygodnik zauważa, że sukces Polski wynika z różnorodności eksportowanych towarów. W latach 2000–2024 Polsce udało się zwiększyć łączną wartość eksportu, po uwzględnieniu inflacji, ponad sześciokrotnie. Wartość niemieckiego eksportu wzrosła w tym czasie jedynie o trzy czwarte. W 2024 roku nadal była wprawdzie ponad czterokrotnie wyższa od wartości polskiego eksportu, jednak Niemcy mają także ponad dwukrotnie więcej mieszkańców i 40 lat przewagi w kapitalizmie – tłumaczą autorki.

„Lepiej niż w Niemczech”

„Polska szybko nadrabia zaległości gospodarcze, i to nie tylko w zakresie eksportu. Również w samym kraju sytuacja wygląda dobrze, lepiej niż w Niemczech” – pisze niemiecki tygodnik. Zwraca uwagę, że polski produkt krajowy brutto od lat dynamicznie rośnie, a gospodarka szybko odbudowała się po takich wstrząsach jak pandemia. W 2025 roku, kiedy średnia dla całej UE wynosiła 1,5 proc., a wzrost gospodarczy w Niemczech zaledwie 0,2 proc., polski PKB wzrósł o 3,6 proc. Polska wyprzedziła również Niemcy pod względem kluczowego wskaźnika wydajności – PKB na godzinę pracy – wskazuje „Die Zeit”.

Znacznie wzrosły także średni dochód gospodarstw domowych oraz wydatki konsumpcyjne. Oznacza to, że Polki i Polacy więcej zarabiają i więcej wydają. W 2024 roku po raz pierwszy więcej osób przeniosło się z Niemiec do Polski niż w odwrotnym kierunku. Polska jest już także czwartym co do wielkości rynkiem eksportowym Niemiec, wyprzedzając nawet Chiny – czytamy.

Długa lista sukcesów

„Die Zeit” zaznacza, że lista polskich sukcesów jest długa. Wymienia niskie bezrobocie, wyższe wykształcenie prawie 46 proc. młodych Polek i Polaków, cyfryzację urzędów oraz powszechną możliwość płacenia kartą.

Polska przyciąga również inwestorów, między innymi Amazon, Mercedes-Benz i Microsoft. Przedsiębiorstwa prowadzone przez Polaków, takie jak InPost, LPP i Pesa, zyskują na znaczeniu na arenie międzynarodowej. Polska wysyła satelity i astronautów w kosmos, rozwija sektor nowych technologii i startupów, a firmy takie jak ElevenLabs należą do najbardziej wartościowych europejskich przedsiębiorstw związanych ze sztuczną inteligencją – zachwala niemiecki tygodnik.

Cytowani przez tygodnik eksperci wskazują, że źródłami polskiego sukcesu były reformy po 1989 roku, wejście do Unii Europejskiej w 2004 roku, stabilne instytucje i bliskość Niemiec, a także rozsądne inwestycje, między innymi w infrastrukturę. Ważną rolę odgrywają również elastyczność, etyka pracy i ambicje Polaków.

Wyzwania dla Polski

Mimo imponujących osiągnięć Polska stoi przed poważnymi wyzwaniami – zaznacza niemiecki tygodnik. Należą do nich starzenie się społeczeństwa, niska dzietność, duża zależność od paliw kopalnych oraz rosnące zadłużenie publiczne. Od kilku lat nowe zadłużenie znacznie przekracza wyznaczony przez UE limit 3 proc. PKB. W 2025 roku wyniosło ono 7,3 proc. Wskaźnik zadłużenia wynosi obecnie nieco ponad 60 proc. PKB, co oznacza, że Polska może wkrótce wyprzedzić Niemcy również pod względem tego raczej niepożądanego wskaźnika.

Z polskiego punktu widzenia nowe długi są jednak mniej niepokojące niż to, co dzieje się w Niemczech. Ekonomista Marcin Piątkowski krytykuje niemieckie państwo za to, że kładzie nacisk na oszczędzanie, a nie na inwestycje. „Polska naprawdę chciałaby, aby Niemcy przestały być zbyt niemieckie i zaczęły być pragmatyczne, rewolucyjne” – mówi Piątkowski.

Gdyby sąsiednie kraje popadły w stagnację gospodarczą, nie wróżyłoby to dobrze także kolejnemu rozdziałowi polskiej historii sukcesu. „W dłuższej perspektywie przyszłość Polski zależy od tego, jak dobrze radzi sobie Europa i jak dobrze radzą sobie Niemcy” – stwierdził polski ekonomista w rozmowie z „Die Zeit”.


„Rakieta kosmitów” na zdjęciu z Marsa? Co naprawdę uchwycił łazik Curiosity

Na zdjęciu wykonanym przez łazik Curiosity widać podłużny kształt leżący na skalistym gruncie — dla autora bloga UFO Sightings Daily wystarczyło to, by ogłosić odkrycie „rakiety kosmitów” i śladu wojny, która miała zniszczyć dawną cywilizację Marsa. Fotografia jest prawdziwa. Reszta historii nie ma oparcia w dowodach.

Zdjęcie wykonała kamera Mastcam zamontowana na maszcie Curiosity. Według publicznego archiwum NASA powstało 21 lutego 2022 roku, podczas 3393. marsjańskiego dnia misji. Agencja podaje datę, nazwę instrumentu i autorstwo fotografii, ale nie wspomina o niezidentyfikowanym obiekcie, pocisku ani szczątkach maszyny.

Cztery lata później Scott C. Waring, autor bloga UFO Sightings Daily, dopisał do kadru własną historię. Uznał widoczny kształt za niewybuch pozostawiony po wielkim konflikcie na Marsie. Stwierdził, że obiekt ma ponad dwa i pół metra długości, choć nie wyjaśnił, w jaki sposób ustalił jego rozmiar. Zasugerował też, że pozaziemska broń mogłaby zainteresować rządy szukające przewagi militarnej.

Brzmi efektownie. Tyle że za teorią nie stoją żadne pomiary, analiza składu ani zdjęcia wykonane z innej perspektywy. Waring oparł wniosek wyłącznie na podobieństwie jednego kształtu do przedmiotu znanego z Ziemi.

Także w materiałach zespołu Curiosity z tego okresu nie ma wzmianki o niezwykłym znalezisku. W dzienniku misji opublikowanym 24 lutego 2022 roku naukowcy opisali badania skał osadowych, podłoża i piasku przemieszczanego przez wiatr. Łazik zbliżał się wówczas do krawędzi Greenheugh Pediment, gdzie zaczynała się kolejna formacja geologiczna.

Ciasny kadr robi swoje

Wystarczy odciąć większość otoczenia, by wydłużona skała zaczęła przypominać pocisk albo fragment wraku. Ciasny kadr skupia uwagę na jednym szczególe, a cień wzmacnia wrażenie regularnego kształtu.

Pełna fotografia pokazuje skalisty teren z licznymi połamanymi i warstwowymi fragmentami. Nie rozstrzyga, czym dokładnie jest obiekt, ale odbiera mu wyjątkowość widoczną na mocno powiększonym wycinku. Bez czytelnej skali i dodatkowych ujęć nie da się wiarygodnie określić jego rozmiaru, budowy ani składu.

Takie obrazy łatwo wywołują pareidolię, skłonność mózgu do rozpoznawania znajomych kształtów w przypadkowych układach. To dzięki niej widzimy twarze w chmurach, zwierzęta w plamach albo sylwetki w układzie skał. NASA sama używa tego pojęcia, wyjaśniając, dlaczego fotografie kosmosu tak często przypominają ludziom dłonie, twarze i przedmioty codziennego użytku.

Powierzchnia Marsa szczególnie sprzyja podobnym skojarzeniom. Uderzenia meteorytów, pękanie skał, erozja i działanie wiatru przez miliardy lat pozostawiły formacje o ostrych krawędziach oraz zaskakująco regularnych proporcjach. Czasem wystarczy odpowiedni kąt, by naturalny fragment terenu zaczął wyglądać jak coś zaprojektowanego.

Życie mikrobów to nie marsjańska cywilizacja

Curiosity rzeczywiście bada możliwość istnienia życia na dawnym Marsie, ale zakres tej misji jest znacznie skromniejszy niż opowieści o obcych budujących rakiety. Łazik sprawdza, czy planeta miała kiedyś warunki pozwalające przetrwać mikroorganizmom. Jego instrumenty znalazły chemiczne i mineralne ślady środowisk, które mogły być przyjazne prostym formom życia.

Nawet potwierdzenie, że mikroby mogły kiedyś żyć na Marsie, nie byłoby dowodem na powstanie rozwiniętej cywilizacji. Między środowiskiem zdolnym podtrzymywać jednokomórkowe organizmy a kulturą prowadzącą wojny istnieje przepaść, której sensacyjne interpretacje zwykle nie pokazują.

W przypadku rzekomej „rakiety” brakuje zresztą punktu wyjścia do takiej dyskusji: dowodu, że sfotografowany kształt jest czymkolwiek innym niż naturalnym fragmentem marsjańskiego terenu. Samo podobieństwo — nawet sugestywne — nie wystarcza.

Historia tego zdjęcia mówi więc więcej o powstawaniu internetowych sensacji niż o przeszłości Czerwonej Planety. Wystarczy autentyczna fotografia, ciasny kadr i opowieść, która pojawia się szybciej niż dowody.

Źródła: Mars Exploration, NASA Science – misja Curiosity, UFO Sightings Daily – źródło twierdzeń Scotta C. Waringa


Dziesiątki tysięcy migrantów w Ceucie. Hiszpania wysłała wojsko

Ceuta mierzy się z kryzysem migracyjnym o skali niespotykanej w najnowszej historii miasta. Według szacunku jego władz w ciągu doby z Maroka mogło przedostać się około 60 tys. osób to liczba odpowiadająca blisko 70 proc. stałej populacji hiszpańskiej eksklawy. Co najmniej 34 migrantów zginęło, a rząd w Madrycie skierował na miejsce wojsko i dodatkowe siły policyjne.

Masowe przekraczanie granicy rozpoczęło się w czwartek i trwało także w nocy. Ludzie przedostawali się do Ceuty przez lądowe zabezpieczenia, obchodzili falochron w rejonie plaży Tarajal albo próbowali dopłynąć do hiszpańskiego terytorium. W piątek tempo napływu wyraźnie spadło po wzmocnieniu sił po obu stronach granicy, jednak sytuacja w mieście nadal pozostawała napięta.

Liczba większa niż połowa mieszkańców Ceuty

Około 60 tys. przybyłych to szacunek przedstawiony przez Juana Jesúsa Vivasa, przewodniczącego władz Ceuty. Miasto liczy niespełna 85 tys. mieszkańców, dlatego nawet przybliżona skala napływu pokazuje, jak szybko lokalne służby, ośrodki recepcyjne i system pomocy zostały przeciążone.

Dokładna liczba osób, które przekroczyły granicę, nie jest jednak jeszcze znana. Wcześniej hiszpański Departament Bezpieczeństwa Narodowego podał, powołując się na Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, że w ciągu 24 godzin do Ceuty przedostało się ponad 49 tys. migrantów. Jak ustalił Reuters, komunikat został później usunięty ze strony urzędu bez wyjaśnienia.

Associated Press informuje, że hiszpańskie MSW nie potwierdziło dotąd żadnego ostatecznego bilansu. Resort zapowiedział publikację kolejnego oficjalnego raportu migracyjnego w poniedziałek. Do tego czasu liczby od 49 do 60 tys. należy traktować jako szacunkowe.

Nie zmienia to oceny samej skali wydarzenia. Poprzedni duży kryzys w Ceucie miał miejsce w maju 2021 roku, gdy w ciągu dwóch dni przedostało się tam około 8 tys. osób.

Przeprawy wpław zakończyły się tragedią

Według Associated Press co najmniej 34 osoby zginęły podczas prób dotarcia do Ceuty. Część migrantów utonęła, próbując opłynąć falochron i dostać się na hiszpańskie wybrzeże. Inni mieli zginąć w tłoku w rejonie ogrodzenia przy plaży Tarajal.

RTVE informowała wcześniej o ciałach odnajdywanych przez Gwardię Cywilną w wodach u wybrzeży miasta. Prowadzone są sekcje zwłok, które mają ustalić dokładne przyczyny śmierci. Służby ratunkowe nadal przeszukują wybrzeże, dlatego bilans może się zmienić.

Przeprawa morska w tym miejscu jest wyjątkowo ryzykowna. Silne prądy, skały, nocne warunki i wyczerpanie sprawiają, że nawet stosunkowo krótki odcinek może stać się śmiertelną pułapką. Na zdjęciach wykonanych w piątek w pobliżu granicy widać było pozostawione w wodzie koła ratunkowe, buty i rzeczy osobiste.

Wśród osób, które znalazły się w Ceucie, są nie tylko młodzi mężczyźni, ale również kobiety, rodziny i dzieci bez opieki. Associated Press opisywała tysiące ludzi śpiących w parkach i na chodnikach. Lokalne ośrodki dla migrantów były przepełnione jeszcze przed czwartkową kulminacją.

Wojsko wspiera policję i akcję ratunkową

Hiszpański rząd wysłał do Ceuty żołnierzy oraz dodatkowe oddziały policji i Gwardii Cywilnej. Ich zadaniem jest wsparcie ochrony granicy, pomocy medycznej, transportu rannych i organizacji tymczasowych punktów przyjmowania migrantów. Nie jest to regularna operacja wojskowa przeciwko osobom, które znalazły się w mieście. Według relacji Associated Press przybyłe oddziały pomagały przede wszystkim rannym i wspierały działania humanitarne, podczas gdy policja oraz Gwardia Cywilna próbowały przywrócić kontrolę w rejonie granicy.

Po stronie marokańskiej rozmieszczono dodatkowe siły bezpieczeństwa. Reuters i AP informowały o użyciu armatek wodnych oraz gazu łzawiącego wobec grup gromadzących się w pobliżu przejścia. W rejonie marokańskiego miasta Fnideq nadal pojawiali się ludzie szukający drogi wokół ogrodzenia lub przygotowujący się do przeprawy wpław.

Do Ceuty przyjechali premier Pedro Sánchez i minister spraw wewnętrznych Fernando Grande-Marlaska. Szef hiszpańskiego rządu nazwał masowe przekroczenie granicy „naruszeniem integralności terytorialnej Hiszpanii”. Obwinił sieci przemytnicze o rozpowszechnianie informacji, które miały skłonić tysiące ludzi do podjęcia próby wejścia na terytorium Unii Europejskiej.

Czy kryzys uruchomił wyrok sądu?

Jedna z hipotez dotyczy niedawnego orzeczenia hiszpańskiego Sądu Najwyższego. Sąd uznał, że osób przechwyconych na morzu podczas próby dotarcia do Ceuty lub Melilli nie można automatycznie zawracać na podstawie uproszczonej procedury stosowanej wobec części osób zatrzymywanych bezpośrednio przy lądowej granicy.

Według hiszpańskiego rządu sieci przemytnicze miały przedstawić to orzeczenie jako gwarancję, że osoba, która dostanie się do Ceuty wpław, nie zostanie natychmiast odesłana. Sánchez przyznał, że taka interpretacja mogła odegrać rolę w wywołaniu masowego napływu. Część marokańskich działaczy cytowanych przez Associated Press wątpi, by dziesiątki tysięcy migrantów znały szczegóły hiszpańskiego wyroku. Nie wiadomo również, czy przepływ informacji był spontaniczny, czy został celowo podsycony przez grupy organizujące nielegalne przekraczanie granicy.

Rząd Hiszpanii zapowiada szybkie odsyłanie osób, które nie mają podstaw do pozostania w kraju. Każdy taki proces musi jednak uwzględniać prawo do ubiegania się o ochronę międzynarodową, sytuację małoletnich oraz zakaz zbiorowego wydalania bez rozpatrzenia indywidualnych przypadków.

Kryzys w Ceucie wywołał reakcję w Europie

Ceuta i Melilla są jedynymi miejscami, w których lądowa granica Unii Europejskiej styka się bezpośrednio z Afryką. Francuski minister spraw wewnętrznych Laurent Nuñez zapowiedział natychmiastowe wzmocnienie kontroli na granicy z Hiszpanią. Nie podał jednak szczegółów dotyczących zakresu ani czasu trwania tych działań. Premier Włoch Giorgia Meloni zagroziła zastosowaniem nadzwyczajnych środków, w tym ograniczeniem zasad strefy Schengen w relacjach z Hiszpanią.

Madryt odpowiedział, że kryzys w Ceucie nie ma związku z prowadzoną wcześniej legalizacją pobytu części migrantów mieszkających już w Hiszpanii. Hiszpański minister spraw zagranicznych José Manuel Albares wezwał państwa europejskie do solidarności i zapowiedział wezwanie ambasadora Włoch w związku z wypowiedziami przedstawicieli rządu w Rzymie.

Źródła: Associated Press, Reuters, RTVE


Ponad 207 tys. osób ma zakaz prowadzenia pojazdów. W pół roku ponad 7 tys. przyłapano za kierownicą

W policyjnej ewidencji figuruje 207 687 osób objętych aktywnym zakazem prowadzenia pojazdów. Tylko od stycznia do czerwca 2026 roku ujawniono 7128 kierujących, którzy mimo wyroku wsiedli za kierownicę. To średnio niemal 40 przypadków dziennie.

Jak wynika z danych Komendy Głównej Policji przekazanych „Rzeczpospolitej”, wobec tych osób obowiązują łącznie 262 972 zakazy. Jest ich więcej niż kierowców, ponieważ część skazanych ma kilka równoległych zakazów.

W pierwszej połowie 2026 roku uprawomocniło się 45 991 takich orzeczeń. Dla porównania w całym 2024 roku było ich 47 828, a w 2025 roku 64 521. Dane pokazują szybki wzrost liczby obowiązujących ograniczeń, ale nie wyjaśniają jeszcze, ilu kierowców rzeczywiście stosuje się do wyroków.

Według ustaleń „Rzeczpospolitej” prawie 36 tys. osób ma więcej niż jeden aktywny zakaz. Wobec 54 kierowców obowiązuje ich co najmniej dziesięć, a rekordzista ma 17. Szczegółowe informacje o tej grupie pochodzą z odpowiedzi KGP uzyskanej przez gazetę. Policja nie opublikowała dotąd pełnego, ogólnodostępnego zestawienia.

Zakaz dotyczy kierowcy, nie samochodu

Sądowy zakaz odbiera prawo do kierowania pojazdami, ale nie tworzy technicznej blokady samochodu. Osoba skazana nadal może mieć dostęp do własnego auta albo pojazdu należącego do partnera, rodziny, znajomego czy pracodawcy.

Informacja o zakazie trafia do państwowych rejestrów. Policjant może sprawdzić ją podczas kontroli drogowej, po kolizji, wypadku lub innej interwencji. Naruszenie wychodzi więc na jaw najczęściej wtedy, gdy funkcjonariusze zatrzymają konkretną osobę i zweryfikują jej uprawnienia.

Sam odczyt numeru rejestracyjnego nie wystarcza do stwierdzenia, że zakaz został złamany. Tablice identyfikują pojazd, a nie człowieka siedzącego za kierownicą. Nawet jeśli samochód należy do osoby objętej zakazem, w danym momencie może prowadzić go ktoś inny.

Dlatego liczby 207 687 nie należy przedstawiać jako liczby kierowców, którzy nadal jeżdżą. Obejmuje ona wszystkie osoby z aktywnym zakazem. Z kolei 7128 to liczba kierujących ujawnionych przez policję w pierwszym półroczu 2026 roku. Dostępne statystyki nie pokazują, ilu naruszeń nie wykryto.

Złamanie zakazu jest przestępstwem

Prowadzenie pojazdu wbrew sądowemu zakazowi nie jest zwykłym wykroczeniem. Artykuł 244 Kodeksu karnego przewiduje za to od trzech miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności.

Od 29 stycznia 2026 roku przepisy są surowsze wobec recydywistów. Ponowne złamanie obowiązującego zakazu ma skutkować dożywotnim zakazem prowadzenia pojazdów mechanicznych. Sąd może również orzec przepadek pojazdu.

Surowość przepisów nie zawsze oznaczała jednak równie surową praktykę. Ministerstwo Sprawiedliwości przeanalizowało 1172 losowo wybrane sprawy zakończone między 1 stycznia 2024 roku a 30 czerwca 2025 roku. Dotyczyły one zarówno naruszenia sądowego zakazu prowadzenia, jak i jazdy mimo cofnięcia uprawnień.

Resort stwierdził, że postępowania przeciwko tej samej osobie bywały prowadzone osobno przez różne jednostki policji i prokuratury. W efekcie do sądu trafiał pojedynczy przypadek, bez pełnej historii wcześniejszych naruszeń. Ministerstwo wskazało również na zbyt częste zastępowanie kary więzienia grzywną albo ograniczeniem wolności.

Prokuratorom zalecono szybsze sprawdzanie wcześniejszej karalności, ustalanie wszystkich równoległych postępowań i łączenie spraw, gdy dotyczą tej samej osoby. Pełny obraz recydywy może mieć znaczenie zarówno dla wymiaru kary, jak i decyzji o zastosowaniu środków zapobiegawczych.

Kolejny zakaz nie zawsze zatrzymuje recydywistę

Kierowca, który zignorował jeden wyrok, może zignorować również następny. Kolejne zakazy zwiększają jego odpowiedzialność, ale nadal nie uniemożliwiają uruchomienia samochodu. Podobne ograniczenie ma konfiskata: odbiera sprawcy konkretny pojazd, lecz nie wyklucza użycia auta należącego do innej osoby.

Skuteczność systemu zależy więc nie tylko od wysokości kar. Znaczenie ma również prawdopodobieństwo szybkiego wykrycia, sprawne połączenie postępowań i przedstawienie sądowi całej historii sprawcy.

W publicznie dostępnych materiałach brakuje aktualnych danych pokazujących, ile spraw za złamanie zakazu kończy się bezwzględnym więzieniem, ile wyrokiem w zawieszeniu, a ile grzywną lub ograniczeniem wolności. Nie wiadomo również, ilu zatrzymanych ponownie wraca za kierownicę.

Źródła: Komenda Główna Policji, „Rzeczpospolita”, MS, Centralna Ewidencja Pojazdów i Kierowców