Krzysztof Skiba: Covidem zarażają się głównie ci, którzy głosili, że wirus nie istnieje lub, że można go zwalczać połykając mydło

Krzysztof Skiba

Krzysztof Skiba

Najpierw dostał covidem po gaciach premier Wielkiej Brytanii Borys Jonson. Wkrótce potem nasz minister zdrowia Szumowski. Po Szumowskim zachorował Donald Trump, a po Trumpie Przemysław Czarnek. Logicznie rzecz biorąc teraz według wszelkich prawideł tego cyklu powinien zachorować Putin, a po nim Kaczyński. Nikt nie wie czemu tak właśnie się dzieje, ale wyraźnie widać, że covidem zarażają się głównie ci, którzy głosili, że wirus nie istnieje lub, że można go zwalczać połykając mydło.

 

Nie tylko artystom odwołali koncerty z powodu epidemii. Jarkowi też wczoraj odwołali imprezę pod kryptonimem „zaprzysiężenie nowego rządu”, bo było podejrzenie, że wirus nie uszanuje tej uroczystości i pojawi się w organizmie jednego z ministrów jako nieproszony gość.

Swoją drogą ten algorytm zachorowań wśród elity władzy jest wysoce zastanawiający.

Najpierw dostał covidem po gaciach premier Wielkiej Brytanii Borys Jonson. Wkrótce potem zachorował nasz minister zdrowia Szumowski. Chorował tylko dwa dni, bo podobno przepisał wirusa na żonę. Szumowski znany jest z tego że oddaje żonie, to co ma najcenniejszego.

Po Szumowskim zachorował prezydent USA Donald Trump, a po Trumpie nowy minister edukacji Przemysław Czarnek. Jest oczywiste, że logicznie rzecz biorąc teraz według wszelkich prawideł tego cyklu powinien zachorować Putin, a po nim Kaczyński.

Nikt nie wie czemu tak właśnie się dzieje, ale wyraźnie widać, że algorytm zachorowań wkręca się w elity jak dżdżownica w jabłuszko. Covidem zarażają się głównie ci, którzy głosili, że wirus nie istnieje lub, że można go zwalczać połykając mydło.

Dziś kolejna próba zaprzysiężenia nowo-starego rządu. Oto moja propozycja marynarek dla nowych ministrów. Mundurki imperialne Kaczysława. Idealne wdzianka dla władzy Kaczystanu.

Krzysztof Skiba. Fot. facebook

Krzysztof Skiba

Lubisz nasze artykuły? Podoba Ci się to co publikujemy? Polub nas na Facebooku >>

Jurek Owsiak już przeczytał! A ty?

„Skiba ciągle na wolności” czyli ponad 500 stron barwnych historii o polskim rocku, trasach Big Cyca, kulisach Lalamido, organizacji nielegalnych happeningów, więzieniu w czasach PRL, o kretynizmach show biznesu i o tym jak optymistycznie i z uśmiechem iść przez życie.

Uwaga! Okazja!

Takich cen jeszcze nie było! W związku z pandemią Wydawnictwo SQN RADYKALNIE obniżyło ceny książek. Zamówienia pod tym linkiem: „Skiba ciągle na wolności”


Niemcy: Opiekun z Polski oskarżony o mordowanie podopiecznych. „Zimnokrwisty seryjny morderca“

Deutsche Welle

Nieprzyjemny i leniwy, a w opinii niemieckiej prokuratury także „zimnokrwisty seryjny morderca“. Grzegorz W. oskarżony jest o zabijanie swoich podopiecznych. Sąd w Monachium wyda wyrok w jego sprawie.

Polski opiekun Grzegorz W. pracował w co najmniej 69 domach w Niemczech. Prokuratura zarzuca mu zabijanie swoich sędziwych podopiecznych. Miał im aplikować śmiertelne dawki insuliny. Jego wina wydaje się nie do podważenia. Pytanie tylko, czy 38-latek dostanie najwyższy wymiar kary.

Odpychające zachowanie i wygląd

Grzegorz W. dostawał zlecenia za pośrednictwem polskich firm pośredniczących w wysyłaniu opiekunów do Niemiec. Jego podopiecznymi były osoby, które wymagały pomocy, a nie chciały iść do domów opieki. W mowie oskarżycielskiej prokuratura wyraziście nakreśliła sytuację panującą w domach, w których Polak był zatrudniony.

Za każdym razem, gdy Grzegorz W. po raz pierwszy dzwonił do drzwi, wywoływał szok swoim wyglądem i zachowaniem. Zdaniem prokuratury zachowywał się w sposób „naburmuszony i władczy”, a niedbały strój mężczyzny o wzroście 1,62 m i wadze 156 kilo dla niektórych był tak odpychający, że na samym wstępie rezygnowali ze współpracy.

Już wcześniej karany

Negatywne pierwsze wrażenie niemal zawsze potwierdzało się w praktyce. W. wulgarnie ubliżał swoim podopiecznym. Odmawiał wstawania do nich w nocy, dawał im środki nasenne i wyłączał budzik, by móc się wyspać. Zamiast papieru toaletowego używał chusteczek, które następnie rozrzucał w łazience. Opróżniał lodówki i kradł wszystko, co nie było przymocowane na stałe.

38-latek już w Polsce był karany więzieniem za kradzież i oszustwa. Po wyjściu z zakładu karnego skończył 120-godzinny kurs kwalifikujący go do wykonywania zawodu opiekuna. Jego motywacją nie była jednak praca, lecz dostęp do domów w celach rabunkowych. W aktach sprawy odnotowano jego stwierdzenie: „bogatym Niemcom trzeba kraść ich euro” albo „forsa jest najważniejsza, bo bez niej umrę”.

Śmiertelne zastrzyki

Prawie zawsze rodziny dążyły do jak najszybszego zakończenia współpracy z Grzegorzem W., w niektórych przypadkach on sam kończył ją po paru dniach. Jednak w sześciu przypadkach było już za późno. W., który przyjmował na stałe insulinę ze względu na cukrzycę, wstrzykiwał swoim pacjentom dawki tej substancji, które prowadziły do zgonu. Kilku osobom udało się przeżyć śmiertelne zastrzyki.

Do serii zarzucanych mu czynów doszło w kilku niemieckich krajach związkowych w ciągu zaledwie dziesięciu miesięcy, od kwietnia 2017 do lutego 2018. Pomoc domowa jednej z ofiar powiedziała w śledztwie, że ofiara w ostatnim dniu swojego życia określiła Grzegorza W. mianem „diabła”. Następnej nocy pacjent już nie żył, najprawdopodobniej zamordowany przez człowieka, który miał być jego opiekunem.

Stawką jest najwyższy wymiar kary

W procesie prokuraturze udało się udowodnić zaledwie trzy zabójstwa, zaś zarzuty co do pozostałych zostały wycofane w imię zasady, że „wątpliwości działają na rzecz oskarżonego”. Nie zmienia to faktu, że prokuratura podtrzymała swoje żądanie: dożywotnie pozbawienie wolności w izolacji. To najwyższy w Niemczech wymiar kary.

Podczas swojej mowy końcowej W. okazał skruchę i prosił rodziny swoich ofiar o przebaczenie. Wielu krewnych po dziś dzień cierpi na traumę. Niektórzy sami popadli w choroby z powodu rozpaczy, że dopuścili tego człowieka do swoich starych rodziców.

Dożywocie

W Monachium zapadł najwyższy z możliwych w Niemczech wyroków. Grzegorz W. został skazany m.in. za mordowanie podopiecznych. Sąd uznał, że mężczyzna zabił trzy osoby podając im insulinę.

Monachijski sąd podkreślił szczególną wagę winy Grzegorza W. Polak został skazany za potrójne zabójstwo, próbę zabójstwa, a także inne czyny. Obok orzeczenia dożywocia, I Sąd Krajowy w Monachium nakazał umieszczenie sprawcy w szpitalu psychiatrycznym.

Grzegorz W. początkowo był oskarżony o sześć zabójstw, a sąd uznał siódmy przypadek za kolejne ewentualne morderstwo. Ostatecznie mężczyzna został skazany za trzy zabójstwa, bo w pozostałych przypadkach dowody nie były wystarczające. W kolejnych dwóch przypadkach prokuratura zakładała próbę zabójstwa, a w innych trzech niebezpieczne uszkodzenie ciała.

Obrońca Polaka apelował o „właściwą karę”

W czterech przypadkach organ oskarżycielski żądał uniewinnienia mężczyzny, bo nie można było udowodnić, czy to insulina doprowadziła do śmierci pacjentów. Nie wyklucza to jednak odpowiedzialności Polaka za śmierć tych osób. Taka decyzja prokuratury spotkała się z ostrą krytyką ze strony oskarżycieli posiłkowych. Obrońca oskarżonego apelował o „właściwą karę”.

38-latek pracował w wielu domach w Niemczech. Wiadomo, że niejednokrotnie okradał swoich pacjentów i ich rodziny, dlatego też nie przebywał w jednej rodzinie dłużej niż kilka dni.

Przedawkowywał pacjentom insulinę

Prokuratura zarzucała mężczyźnie, że ten przedawkowywał swoim wymagającym opieki pacjentom insulinę. Mężczyzna miał posiadać insulinę, bo sam choruje na cukrzycę.

Polak odmówił składania zeznań przed sądem, zwrócił się jednak do krewnych ofiar, przeprosił i powiedział, że głęboko żałuje tego, co zrobił: – To, co zrobiłem jest niezwykle brutalne i brutalne pozostanie – powiedział.

Ze względu na to, że sąd uznał szczególnie ciężką winę skazanego, przedterminowe zwolnienie go z aresztu po 15 latach jest niemal wykluczone. Potem obowiązywał będzie nakaz umieszczenia sprawcy w szpitalu psychiatrycznym.

Lubisz nasze artykuły? Podoba Ci się to co publikujemy? Polub nas na Facebooku >>

 

REDAKCJA POLECA

 


Trump ofiarą własnej pychy

Bartosz Dudek

Bartosz Dudek

Komentatorzy niemieckiej prasy podkreślają, że zachorowanie Trumpa na Covid-19 może mu nie tylko zaszkodzić, ale i pomóc.

Dziennik „Die Welt” podkreśla, że prezydent USA należy do grupy ryzyka ze względu na swój wiek (74 lata), nadwagę i wysokie ciśnienie.

W opinii komentatora konsekwencje zachorowania Trumpa dla kampanii wyborczej są nieobliczalne i „nie tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać na początku”. Z jednej strony szkodzi prezydentowi, jeśli nie może pojawić się publicznie przez co najmniej połowę czasu pozostałego do daty wyborów, ponieważ musi poddać się kwarantannie.

Sytuacja mogłaby stać się jeszcze bardziej poważna, gdyby Trump miał poważne objawy choroby i został na dłuższy czas wyeliminowany z życia publicznego – „nie wspominając już o sytuacji zagrażającej jego życiu”.

„Die Welt” podkreśla, że z drugiej strony należy się spodziewać, że prezydent może również zyskać sympatię wielu obywateli z powodu tej choroby. Komentator widzi w tym „liczne pułapki”. Fakt, że Trump tak polaryzuje scenę polityczną „niesie ze sobą niebezpieczeństwo, że ten czy inny polityk Demokratów może teraz zapędzić się za daleko”. „Publiczne pokazanie schadenfreude byłoby dla Demokratów czymś fatalnym”, bo dałoby to Republikanom „szansę na osiągnięcie moralnej przewagi nad Demokratami” – uważa „Die Welt”.

„Zadecyduje układ odpornościowy”

Dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (FAZ) podkreśla z kolei, że choroba jest ciosem dla kampanii Trumpa, szczególnie dlatego, że musi zrezygnować z wieców na Florydzie, gdzie o jego zwycięstwie lub porażce mogą zadecydować pojedyncze głosy.

„Joe Biden przez długi czas kampanii zaszył się w swoim domu w Wilmington i został za to mocno wyśmiany przez Trumpa. Ale teraz Biden ruszył do walki – a Trump musi się wstrzymać” – pisze FAZ zaznaczając, że niekoniecznie odwołanie wieców musi być decydujące dla wyników wyborów. Dla komentatora FAZ ważniejsze jest co innego – „czy Trump nieumyślnie dostarczy dowodów na to, że Biden miał rację w zachowaniu ostrożności?” czy też „jeśli okaże się, że choroba ma u niego łagodny przebieg” nie będzie argumentował, że to on miał rację? O tym wszystkim „zadecyduje układ odpornościowy prezydenta” – konstatuje FAZ.

Podobnie widzi to dziennik „Sueddeutsche Zeitung”. Jeśli okaże się, że „choroba Trumpa jest poważniejsza, pojawi się pytanie, jak i czy może on nadal kandydować. W ekstremalnym scenariuszu jego dni jako prezydenta mogłyby być policzone. Od początku kampanii wyborczej w Tulsie było pewne, że zamiłowanie Trumpa do wielkich wieców zagraża ludziom. Teraz sam prezydent stał się ofiarą swojej pychy: kąpiel w tłumie bez maski i bez zachowywania dystansu graniczy z celowym narażaniem życia i zdrowia. Przynajmniej to można teraz powiedzieć: na cztery i pół tygodnia przed głosowaniem USA przeżywa punkt zwrotny w swojej kampanii wyborczej. Ten i tak dramatyczny pojedynek wkracza, jak dotąd, w niewyobrażalną fazę.

 

REDAKCJA POLECA

 

Rafał Sulikowski

Rafał Sulikowski

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że to zjawisko nadludzkie. Do tego stopnia oczy te przypominają oczy żywego człowieka, że podczas jednego z badań, gdy dokonywałem obserwacji oftalmoskopem, nagle przyłapałem się na tym, że powiedziałem na głos: bardzo proszę spojrzeć nieco w górę”.


Praga wysłała do Brukseli skargę na Warszawę, czyli Czesko-polski bój o podziemne wody

Aureliusz M. Pędziwol

Aureliusz M. Pędziwol

Praga wysłała do Brukseli skargę na Warszawę. Powodem jest inwestycja w położonej tuż za wspólną granicą kopalni węgla brunatnego Turów.

Kopalnia i Elektrownia Turów
Kopalnia Węgla Brunatnego Turów. Fot. wikipedia

Czesi w ostatni dzień września zaskarżyli Polskę przed Komisją Europejską. Obawiają się, że planowane poszerzenie obszaru wydobycia węgla w Turowie pozbawi wody mieszkańców gmin leżących po ich stronie granicy.

Podobny problem dotyczy zresztą także pozostałych części Niecki Żytawskiej zarówno po zachodniej, niemieckiej stronie Nysy Łużyckiej, jak i w Polsce.

Sąd czy ugoda?

Skargę na Polskę wysłały do Brukseli wspólnie praskie ministerstwa spraw zagranicznych i ochrony środowiska. Czesi uważają, że strona polska, podejmując kolejne decyzje w sprawie Turowa, wielokrotnie naruszyła unijne prawo. Teraz mają nadzieję, że Komisja Europejska zaskarży Polskę przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Jeśli tak się nie stanie, są gotowi skarżyć sami.

Chyba że wcześniej uda się znaleźć wspólne rozwiązanie. Na to liczy prof. Zbigniew Rau, nowy minister spraw zagranicznych Rzeczpospolitej, który w czwartek 1 października pojawił się w Pradze ze swoją pierwszą bilateralną wizytą zagraniczną w tej funkcji. – Niezależnie od kroków formalno-prawnych podjętych przez stronę czeską, istnieje (…) możliwość do zawarcia ugody między naszymi państwami – powiedział Rau na konferencji prasowej, na której wystąpił razem z szefem czeskiej dyplomacji Tomászem Petrzíczkiem.

Wyznacznik konfliktu interesów

– Udało nam się zidentyfikować, co jest wyznacznikiem oczywistego konfliktu interesów między naszymi państwami – mówił chwilę później. – Tym wyznacznikiem jest poziom wód gruntowych po czeskiej stronie. – To akurat było wiadome od dawna. Lęk, że może zabraknąć wody, skłonił półtora roku temu kilkuset Czechów, Niemców i Polaków do utworzenia ludzkiego łańcucha i wspólnego demonstrowania w punkcie, gdzie zbiegają się granice ich państw.

Obawy, że po czeskiej stronie granicy może zabraknąć wody, nie były żadną tajemnicą. Można było o nich też przeczytać na polskich portalach.

Uzasadnione obawy

Istnieje już także opinia naukowa w tej sprawie, a jej autorem jest polski hydrolog Sylwester Kraśnicki. Wykonał ją na zlecenie organizacji pozarządowych i z Polski, i z zagranicy.

– Czeskie obawy nie są bezpodstawne – mówi w rozmowie z DW. – Inwestor planuje co prawda wybudowanie ekranu, który ma ograniczyć dopływ wód podziemnych, ale pozostaje pytanie, w jakim stopniu będzie on skuteczny. Bo ma długość tylko około kilometra i zostanie wybudowany tylko na jednym odcinku, natomiast odwadnianie ma znacznie większy zakres.

Za co Czechy skarżą Polskę

I choć rzeczywiście chodzi o wody gruntowe, Czesi wnieśli swą skargę nie tyle z powodu obniżania się ich poziomu, ale dlatego, że Polska jak do tej pory odmawiała współpracy, naruszając tym samym – jak twierdzą – cztery dyrektywy unijne. Praga skorzystała z artykułu 259 traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej, który każdemu członkowi UE pozwala zaskarżyć inne państwo Unii, jeśli uchybiło swym zobowiązaniom traktatowym.

Czesi tak właśnie postąpili, argumentując, że Polska notorycznie odmawiała udzielania „jakichkolwiek bardziej szczegółowych informacji na temat wydanego zezwolenia na dalsze prowadzenie działalności górniczej w złożu węgla brunatnego Turów do 2026 roku, czy postępowaniu do niego prowadzącym”. Polska nie umożliwiła też im włączenia się zarówno do tego postępowania, jak i do postępowania, które ma doprowadzić do wydania pozwolenia na prowadzenie działalności górniczej do 2044 roku.

Kurtyna warunkiem ugody

O tych i pozostałych powodach czeskiej skargi minister Rau w Pradze jednak nie mówił. – Przedstawiłem panu ministrowi fakty, które (…) nie są do końca znane czeskiej opinii publicznej – powiedział.

Jego zdaniem inwestycja została przeprowadzona zgodnie z prawem polskim i prawem unijnym.

Warunkiem uzyskania stosownych pozwoleń (…) było zabezpieczenie strony czeskiej przed obniżeniem poziomu wód gruntowych – wyjaśnił Rau, według którego tak się stało dzięki budowie po polskiej stronie kurtyny (czyli ekranu, o którym mówił hydrolog Kraśnicki) sięgającej do 180 metrów w głąb ziemi. Jej budowa rozpoczęła się pod koniec ubiegłego roku, a ma zostać ukończona we wrześniu 2021 roku. Zdaniem polskiego ministra będzie ona jednym z decydujących czynników prowadzących do ugody, którą mają przygotować tworzone właśnie po obydwu stronach zespoły prawników i hydrologów.

Kluczową sprawą jest woda

Czeski minister Tomász Petrzíczek zadeklarował wolę kontynuowania negocjacji z Polską, równolegle będą im jednak towarzyszyć wysłuchania przed Komisją Europejską związane z wysłaną właśnie skargą. Dlatego też nie da się jego zdaniem dziś powiedzieć, kiedy będzie można się spodziewać wyników.

Szef czeskiej dyplomacji zastrzegł też, że dopiero po zbudowaniu po polskiej stronie bariery we wrześniu 2021 roku będzie można ocenić jej rzeczywistą skuteczność. Petrzíczek zakłada, że częścią negocjacji będzie też kwestia naprawy szkód przez Polskę w wypadku, gdyby jednak miało dojść do spadku poziomu wód podziemnych w czeskiej części Niecki Żytawskiej z powodu wydobycia węgla na polskiej stronie.

– Dla nas kluczową sprawą jest, żeby nie doszło do braku wody w całym regionie – powiedział czeski minister spraw zagranicznych.

 

REDAKCJA POLECA

 


Fotele obrotowe – zadbaj o szczegóły

Fotele obrotowe mają przede wszystkim zapewnić wygodną pozycję podczas pracy przy biurku. Wybierz taki fotel obrotowy, dzięki któremu zapomnisz o bólu.

Fotele obrotowe – na zdrowie!

Wszyscy ci, którzy spędzają w pozycji siedzącej osiem godzin dziennie, wiedzą, jak ważne jest utrzymywanie prawidłowej postawy ciała. Dzięki niej później nie odczuwa się bólu. Siedzenie w wygodnej pozycji sprawia, że lepiej się pracuje. Jeśli każda partia ciała jest odpowiednio podparta, łatwiej jest skupić się na pracy, zamiast myśleć o tym, jak poprawić sobie fotel.

Fotel obrotowy to kwestia, którą należy rozważyć jeszcze przed rozpoczęciem pracy. Dzięki temu ustrzeżesz się przed niechcianym bólem. Co zatem zrobić? Rozeznać się, jakie rodzaje foteli obrotowych są dostępne na rynku, a następnie dobrać ten, który najlepiej spełnia wszystkie potrzeby. Należy zwrócić uwagę na kilka istotnych rzeczy, bo fotel obrotowy powinien być przede wszystkim funkcjonalny i dobrze dobrany do konkretnej sylwetki.

Najważniejsze przy wyborze konkretnego fotela obrotowego jest to, by możliwa była regulacja wysokości siedziska, następnie jego głębokość i oparcie. To trzy najistotniejsze rzeczy, ale nie jedyne, na które trzeba zwrócić uwagę. Więcej poniżej.

fotel obrotowy - fotele obrotowe
Fotel obrotowy – fotele obrotowe. Fot. źródło: majowo.pl

Fotel obrotowy – siedzisko

Regulowana wysokość fotela obrotowego pozwala ustawiać go odpowiednio do wysokości biurka. Jeśli będziesz zmieniał biurko, to regulowany fotel będzie jak znalazł. Podobnie jeśli z jednego fotela będzie korzystało na przykład dwie osoby – wówczas każda z nich będzie mogła dopasować wysokość do sowich potrzeb.

Jeśli chodzi o głębokość, jest to równie ważne ze względu na prawidłowe ugięcie kolan. Siedzisko nie może być zbyt głębokie, abyśmy nie zapadali się w nie całym ciałem.

Fotele obrotowe a oparcia

Z kolei oparcie powinno zapewniać bezpieczną pozycje dla całego kręgosłupa. Musi ono w całości przylegać do kręgosłupa, bo tylko w ten sposób będzie on podparty na całej długości. W przypadku gdy ktoś chce oderwać się na chwilę od stałej pozycji, może odgiąć się do tyłu, aby kręgosłup odpoczął. Trzeba tylko sprawdzić, czy dany model fotela obrotowego ma taką funkcję.

fotel obrotowy - fotele obrotowe
Fotele obrotowe – fotel obrotowy. Fot. źródło: majowo.pl

Fotele obrotowe – dodatkowe funkcje

Dodatkową, acz bardzo istotną funkcją, jest obecność regulowanych podłokietników. Dzięki nim można wygodnie oprzeć ramiona, aby nie wisiały w powietrzu podczas pracy na komputerze, zwłaszcza podczas pisania na klawiaturze. Jeśli będą regulowane, to sprawdzą się przy każdej wysokości fotela.

Inną kwestią jest to, z jakich materiałów fotele obrotowe są wykonywane. Szukając modelu, który będzie idealnie spełniał wszystkie funkcje, zwróć uwagę na to, by materiały były jak najbardziej przewiewne. Dzięki temu siedząc przez dłuższy czas na fotelu nie spocisz się. Ostatnio prym wiodą modele siateczkowe, które zapewniają idealną cyrkulację powietrza, a Ty możesz pracować bez przeszkód.

Pamiętaj, że żaden fotel obrotowy nie spełni dobrze swoich funkcji, jeśli ty sam nie zadbasz o siebie. Pracując długi czas przed komputerem, rób sobie przerwy, chodź (na przykład po schodach zamiast jeździć windą), aby sylwetka mogła trochę odetchnąć od stałej pozycji.


Wiceszefowa eurokomisji: Nie ustopię. Środki unijne tylko tym państwom, które gwarantują przestrzeganie praworządności [WYWIAD]

DW

DW

Viera Jourova jako wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej odpowiada za przestrzeganie praworządności w państwach członkowskich

Jestem bardzo za tym, by przyznawać środki unijne tylko tym państwom, które gwarantują przestrzeganie praworządności – mówi Viera Jourova.

Věra Jourová
Věra Jourová. Fot. Annika Haas / flickr

DW: Polscy działacze LGBT zaapelowali do Unii Europejskiej o pomoc w obronie ich praw. Większość państw unijnych poparła propozycję, by uzależnić przyznawanie środków unijnych od przestrzegania zasad praworządności. Komisja Europejska opublikowała właśnie raport na ten temat. Jak dalece pomoże to działaczom LGBT w Polsce?

Vera Jourova: Zdecydowanie potępiamy ataki na społeczność LGBT w Polsce – i odrzucam zarzut, że są to tylko „puste słowa”. Ursula von der Leyen jednoznacznie oświadczyła, że strefy wolne od LGBT są niedopuszczalne i nie ma na to zgody w naszej Unii. Zareagowaliśmy i odmówiliśmy przyznania środków tym gminom, w których są takie strefy. Poza tym są państwa członkowskie i miasta, które nie chcą kontynuować partnerstw z takimi miastami. A więc mamy do czynienia z naciskiem z wielu stron. Uważam jednak, że aby zrobić postępy, musimy sięgnąć po inne środki – a przede wszystkim postarać się o to, by unijne pieniądze otrzymywały tylko te państwa, które przestrzegają praworządności.

Powiedziała pani, że Premier Węgier buduje „chorą demokrację”. Wiktor Orban żąda teraz głośno pani ustąpienia.

– Nie ustąpię, to jasne. Mam poparcie przewodniczącej Ursuli von der Leyen. Ale chciałabym jeszcze raz porozmawiać o tym wywiadzie, ponieważ z pewnością setki razy mówiłam już, że jesteśmy zaniepokojeni rozwojem sytuacji na Węgrzech. W tym przypadku użyłam innego pojęcia, by powiedzieć to samo. Więc nikt nie powinien być zaskoczony. Moje przesłanie brzmiało, że pierwsze i ostatnie słowo mają obywatele Węgier. Muszą oni w sposób wolny zadecydować o tym na drodze wyborów. A my musimy zagwarantować, że we wszystkich państwach członkowskich, nie tylko na Węgrzech, odbywać się będą wolne i sprawiedliwe wybory. Mam wielki szacunek do węgierskiego narodu i nigdy go nie obraziłam.

Dotychczas nie udało się skłonić Polski i Węgier, by zmieniły swoje podejście do praworządności. Oba te unijne państwa chcą nawet stworzyć własny instytut ds. praworządności, by w ten sposób przeciwstawić się UE. Co oznacza to dla Unii Europejskiej?

To nieprawda, że nic nie osiągnęliśmy. Rozpoczęliśmy wiele postępowań przeciwnaruszeniowych, które trafiły na wokandę Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Wyroki mówią wyraźnie – jeśli w konkretnym przypadku występuje naruszenie praworządności, to musi to zostać skorygowane. My jako Komisja zwracamy się do Trybunału, który jako jedyny może dostarczyć wykładni unijnego prawa. Trybunał decyduje. To jest proces w toku.

Raport, który opublikowaliśmy, jest odpowiedzią na krytykę, że koncentrujemy się jedynie na Polsce i Węgrzech. To nieprawda. Prezentujemy obecnie raport, który opisuje pozytywny i negatywny rozwój we wszystkich państwach członkowskich. Tam, gdzie wcześnie dostrzegamy problemy, możemy też na wczesnym etapie rozpocząć dialog, by to państwo nie poszło za daleko. Ale obawiam się, że niektóre szkody są nie do naprawienia.

Co zrobi Unia Europejska, jeśli ten negatywny rozwój państwach takich jak Węgry i Polska będzie kontynuowany?

– Musimy kontynuować nasze działania, co obecnie robimy i wykorzystywać środki, które mamy do dyspozycji. To postępowanie przeciwnaruszeniowe i artykuł 7, z którego już korzystamy. Obecnie mamy nowe instrumenty, by oceniać praworządność i porównywać ją we wszystkich państwach członkowskich. Ale nie ukrywam też, że jestem bardzo za tym, by przyznawać środki unijne tylko tym państwom, które gwarantują przestrzeganie praworządności. Oczywiście musimy robić więcej. Byliśmy naiwni w naszej wierze, że praworządność, demokracja i prawa podstawowe będą automatycznie wszędzie przestrzegane. Cały czas się uczymy.

Dziękuję za rozmowę.


Bruksela wszczęła postępowanie dyscyplinujące wobec Wielkiej Brytanii

Tomasz Bielecki

Tomasz Bielecki

Bruksela wszczęła postępowanie dyscyplinujące wobec Wielkiej Brytanii z powodu planu złamania zapisów umowy brexitowej o granicy w Irlandii. Rokowania o umowie handlowej UE-Londyn nadal tkwią w impasie.

Premier Boris Johnson na początku września przedłożył projekt ustawy dającej Londynowi prawo do złamania ratyfikowanej umowy o wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii. Chodzi o specjalne uregulowania dla granicy między unijną Irlandią oraz brytyjską Irlandią Północną, które Brytyjczycy mogliby uchylić w razie braku nowej i zadowalającej ich umowy handlowej z Unią. Choć rząd Johnsona otwarcie przyznaje, że ta ustawa łamie umowę międzynarodową z UE, to jej projekt przeszedł już wszystkie czytania w Izbie Gmin, a teraz czeka na rozpatrzenie przez Izbę Lordów.

Bruksela zażądała od Johnsona, by do końca września wycofał się z planów złamania umowy brexitowej.

– Termin minął. Problematyczne zapisy nie zostały wycofane, a zatem Komisja Europejska postanowiła dziś skierować do brytyjskiego rządu wezwanie do usunięcia uchybienia. To pierwszy krok postępowania przeciwnaruszeniowego – ogłosiła dziś Ursula von der Leyen, szefowa Komisji.

Londyn ma miesiąc na odpowiedź, a potem Bruksela może przejść do kolejnych etapów procedury prowadzącej do zaskarżenia przed Trybunałem Sprawiedliwości UE.

Na razie Bruksela oskarża Londyn o złamanie zapisów umowy brexitowej nakazujących jej wdrażanie w dobrej wierze. Gdyby jednak sporne zapisy zostały ostatecznie zatwierdzone przez brytyjski parlament, byłyby – jak przypomniała dziś von der Leyen – „pełnym złamaniem” ustaleń co do Irlandii.

Bruksela korzysta z zasad – trwającego do końca tego roku – pobrexitowego okresu przejściowego, który pozostawia Londyn pod jurysdykcją TSUE i w polu działań Komisji Europejskiej jako „strażniczki traktatów”. Jednak od stycznia 2021 r. ten spór o „protokół irlandzki” z umowy brexitowej prawdopodobnie musiałby zostać przejęty przez inne procedury arbitrażowe.

– Musimy stworzyć system zabezpieczający integralności rynku Wielkiej Brytanii – tak rzecznik rządu Johnsona odpowiedział dziś na decyzję Brukseli, na razie nie sygnalizując żadnej gotowości do ustępstw.

Spór o niewidzialną granicę

Zapisy o Irlandii były głównym powodem przeciągania się rokowań co do umowy brexitowej, która – po pełnej ratyfikacji przez UE oraz Wielką Brytanię – weszła w życie 31 stycznia tego roku. Zawiera gwarancje, że po zakończeniu okresu przejściowego zostanie zachowana „niewidzialna” granica w Irlandii. A to oznacza zgodę Londynu, że głównie na Morzu Irlandzkim (w praktyce w portach północnoirlandzkich) będą przeprowadzane kontrole celne i dotyczące m.in. standardów sanitarnych towarów przewożonych między resztą Zjednoczonego Królestwa i Irlandią Północną. Pozwoliłby to na brak takich kontroli na granicy wewnątrzirlandzkiej, co jest jednym z filarów procesu pokojowego opartego na porozumienia wielkopiątkowym z 1998 r.

Ustalenia co do Irlandii, choć wynegocjowane przez Johnsona, są teraz dla władz Wielkiej Brytanii bardzo trudne do przełknięcia ze względów suwerennościowych. Zwłaszcza że w razie braku – jej negocjacje tkwią w klinczu – nowej umowy handlowej z UE, na Morzu Irlandzkim od początku 2021 r. trzeba by naliczać cła (północnoirlandzki biznes byłby objęty refundacjami). Dlatego rząd Johnsona w ustawie, którą zwalcza teraz Bruksela, chce przyznać sobie prawo do anulowania części obowiązków co do kontroli na Morzu Irlandzkim. Kłopot w tym, że to mogłoby wymusić wprowadzenie „twardej granicy” między Irlandią Północną oraz Irlandią, by np. towary z Londynu (produkcji brytyjskiej lub z importu) nie trafiały bez kontroli na unijny wspólny rynek poprzez Irlandię.

Spór nie dotyczy tylko zachowania niepodzielonej gospodarki na całej wyspie irlandzkiej, lecz również – jak alarmuje Dublin – zachowania pokoju.

Irlandzcy eksperci od przemocy politycznej ostrzegają, że odbudowanie infrastruktury granicznej na wyspie może prowadzić do radykalizacji i aktów przemocy. Wedle zestawienia Europolu blisko połowa (56 z 119) z udaremnionych, nieudanych bądź przeprowadzonych aktów przemocy politycznej czy też terroru w Unii w 2019 r. była związana z Irlandią Północną.

Czego naprawdę chce Johnson

Bruksela wciąż nie ma pewności co do prawdziwych intencji Johnsona. Czy naprawdę chce końca okresu przejściowego bez nowej umowy handlowej i złamania ustaleń co do Irlandii? Czy jednak jego zapowiedzi co do Irlandii to „tylko” element taktyki negocjacyjnej Londynu, by strachem przed chaosem z Irlandią wymusić na Unii lepsze warunki w umowie handlowej? W każdym razie Bruksela postanowiła kontynuować negocjacje handlowe z Johnsonem, choć m.in. Parlament Europejski ostrzega, że nie da zgody na umowę handlową, jeśli Londyn nie wróci do respektowania ustaleń gwarantujących zachowanie „niewidzialnej” granicy w Irlandii po grudniu tego roku.

Kosztowny „no deal”

Dzisiejszą decyzję Komisji Europejskiej o postępowaniu dyscyplinującym ogłoszono podczas – trwającej do jutra w Brukseli – kolejnej rundy negocjacji umowy handlowej. Najtrudniejszym punktem pozostaje żądanie UE co do „równych zasad gry” w kwestii pomocy publicznej (subsydiowania firm przez państwo), by na rynku UE zapobiec nieuczciwej czy wręcz dumpingowej konkurencji ze strony brytyjskich producentów wspomaganych przez państwo.

„Równe zasady” to dla Brukseli nieodzowny warunek umowy bez ceł i kwot importowych, czyli – choćby z racji ograniczeń czasowych – jedynej możliwej jeszcze w tym roku. Brytyjscy negocjatorzy zaoferowali w tym tygodniu pewne ustępstwa w tej kwestii, ale unijny negocjator Michel Barnier uznał, że to zdecydowanie za mało.

Jeśli zgodzilibyśmy się na wolny handel z Brytyjczykami bez „równych zasad” co do pomocy publicznej, to jak moglibyśmy się domagać wprowadzenia rzetelniejszych zasad w umowach z resztą świata? Nie bylibyśmy wiarygodni – tłumaczył nam w tym tygodniu wysoki urzędnik UE.

Brytyjskie straty gospodarcze wskutek braku umowy handlowej od początku 2021 r. byłyby znacznie większe od unijnych. Jednak wedle wstępnych szacunków Instytutu Badań Gospodarczych im. Leibnitza z Halle (IWH), które w tym tygodniu opisał „Financial Times”, brak umowy groziłoby unijnemu biznesowi utratą nawet 700 tys. miejsc pracy, w tym 176 tys. w Niemczech, 80 tys. we Francji oraz 78 tys. w Polsce.

Średnia wysokość ceł w ramach WTO to 2,8 proc., ale nawet 10 proc. na samochody i na części przesyłane w obie strony przez La Manche. Wielkim utrudnieniem dla obu stron, choć znacznie bardziej dla Londynu, byłyby bariery pozacelne, czyli m.in. kwotowe ograniczenia eksportu.

 

REDAKCJA POLECA

 


Krzysztof Skiba: Rekonstrukcja prądu

Krzysztof Skiba

Krzysztof Skiba

Ten nowy prąd, o którym tak głośno, będzie nas silniej kopał i niejednego nieźle popieści. Co Dyrekcji jest bardzo na rękę, bo już zakładają nowe liczniki i szykują nowe, podwyższone opłaty. I tyle mieszkańcy będą mieli z tej głośnej rekonstrukcji prądu, którą tak bardzo podniecają się dziś media elektryczne.

 

Połowa mieszkańców naszego bloku nie jest zadowolona z prądu. Twierdzą, że prąd jest wyjątkowo słaby i nie zasila tak jak powinien. W samym prądzie iskrzyło już od dłuższego czasu i zmiany były oczekiwane. Prąd jest zmienny, to wszyscy doskonale wiedzą.

Mieszkańcy nie mają wielkiego wpływu na prąd. O wszystkim decyduje Dyrekcja elektrowni. W samej Dyrekcji też były spięcia więc ostatecznie nastąpiła długo oczekiwana rekonstrukcja prądu.

Prąd się zmienił, żeby wszystko pozostało po staremu. Wymieniono kilka wtyczek, kabli i jedną prądnicę. Zmieniono też drzwiczki od skrzynki elektrycznej i tyle. Jest też zdecydowana nowość polegająca na tym, że kontakty elektryczne będą miały teraz trzy dziurki zamiast dwóch. W zamyśle ma to usprawnić przepływ prądu, ale w praktyce chodzi o to, aby ciągnąć więcej kasy od mieszkańców.

Ten nowy prąd, o którym tak głośno, będzie nas silniej kopał i niejednego nieźle popieści. Co Dyrekcji jest bardzo na rękę, bo już zakładają nowe liczniki i szykują nowe, podwyższone opłaty. I tyle mieszkańcy będą mieli z tej głośnej rekonstrukcji prądu, którą tak bardzo podniecają się dziś media elektryczne.

Ciekawa sylwetka jednego z nowych impulsów prądu:

 

Krzysztof Skiba

 


Adam Mazguła: Pielgrzymka Policjantów na Jasnej Górze

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Każdy, kto idzie do kościoła w mundurze prezentuje pogardę dla konstytucyjnych zapisów o świeckości państwa polskiego. Dotyczy to nie tylko policji, straży granicznej, ale i wojska oraz wszystkich tych służb, które noszą na czapkach orła, jako symbol służby Polsce. Powtarzam: Polsce! Nie kościołowi, nie PiS-owi, ale Polsce! O ile dobrze wiem, służba w kościele ma również swoje symbole, stroje i rodzaj umundurowania. Myślę, że nic nie stoi na przeszkodzie, by generał, który idzie do kościoła służyć Bogu, ubrał się w sutannę lub komżę.

 

Panie generalny inspektorze policji Jarosławie Szymczyku, mundur, to znak służby narodowi, a nie oznaka wiary. To znak służby wszystkim Polakom, która ma zapewnić im bezpieczeństwo i obronę konstytucyjnych praw oraz wolności. Natomiast wiara, to prywatna potrzeba i prawo każdego obywatela.

Włożywszy jednak mundur, idąc do kościoła, klęcząc przed ołtarzem, czy nawet tylko pochylając głowę, nie korzystasz z prawa do wiary, ale dokonujesz aktu podporządkowania służby państwowej dla wiary, a ściślej mówiąc biskupom tej wiary.

Idziesz do kościoła — ZDEJMIJ MUNDUR!

Chcesz iść się pomodlić w świątyni, ubierz się prywatnie. Chcesz prezentować zaangażowanie w służbę kościołowi i wyznaniu — załóż strój służby kościelnej.

Każdy, kto idzie do kościoła w mundurze, łamie prawo i prezentuje pogardę dla konstytucyjnych zapisów o świeckości państwa polskiego. Dotyczy to nie tylko policji, straży granicznej, ale i wojska oraz wszystkich tych służb, które noszą na czapkach orła, jako symbol służby Polsce. Powtarzam: Polsce! Nie kościołowi, nie PiS-owi, ale Polsce!

O ile dobrze wiem, służba w kościele ma również swoje symbole, stroje i rodzaj umundurowania. Myślę, że nic nie stoi na przeszkodzie, by generał, który idzie do kościoła służyć Bogu, ubrał się w sutannę lub komżę. Jednak, kim są ludzie bez mundurów, stopni, tytułów – tylko i aż wiernymi wyznawcami wiary. Wam jednak nie chodzi o wiarę, ale o prezentację, manifest, kreację pobytu, narcyzm zbiorowy, jako pokaz pychy i poddaństwa, ale kwalifikowanego, dla akceptacji religijnej władzy.

W PiS-Polsce policja, wojsko, strażacy… w mundurach noszą krzyże i baldachimy nad księżmi, modlą się, jeżdżą służbowo na pielgrzymki lub zabezpieczają je logistyczne. Udział we mszy stał się warunkiem awansu zawodowego i rozwoju służbowego funkcjonariuszy i żołnierzy.

Tego przykładem była Wasza mundurowa 19. Pielgrzymka Policjantów na Jasnej Górze. W tych samych obiektach sakralnych, w których ślubują swój nacjonalizm polscy faszyści i rycerze wszelkich odmian przygotowujący się do ostatecznej rozprawy z niewiernymi, Wy szukacie wyciszenia? Czy może tego samego, co oni poklasku? Przecież tam się wzywa do nowej krucjaty! W 21 wieku, do krucjaty?

Pan, Panie Jarosławie Szymczyk znany jest z faszystowskich zapędów i politycznej wazeliny. Dlatego spotkanie z Paulinami, bardzo Pana wzmocni duchem faszyzmu, to jasne. Jednak pojechał Pan tam nie prywatnie, jako Jarosław Szymczyk, ale jako granatowy generalny inspektor.

Czytam w prasie, że „delegacje policjantów z całego kraju uczestniczyły w niedzielę (27 września 2020r.) w XIX. Ogólnopolskich Jasnogórskich Spotkaniach Środowiska Policyjnego. W uroczystej mszy świętej celebrowanej przez księdza biskupa polowego Wojska Polskiego gen. bryg. dra Józefa Guzdka uczestniczyli: wiceminister Bartosz Grodecki, Komendant Główny Policji gen. insp. dr Jarosław Szymczyk oraz gospodarz przewodniczący ZG NSZZP Rafał Jankowski. Śląski garnizon reprezentował Komendant Wojewódzki Policji w Katowicach nadinspektor doktor Krzysztof Justyński”.

Widać, że nie szukaliście tam modlitwy do ubogiego Boga i Maryi, ale wsparcia wpływowych biskupów i medialnego rozgłosu. Przywieźliście ze sobą sztandary, karabiny, warty honorowe dla zademonstrowania podległość służbowej i uległości religijnej, za co oczekujecie nagrody.
Wygląda, więc na to, że gdyby nie tytuły i mundury wysokich szarż, jako zwykli wierni, nigdy byście nie poczuli potrzeby modlitwy w tej świątyni. Jednak o karierę trzeba dbać, nigdy nie wiadomo, ile jeszcze potrwa ta podła władza solidarnego porozumienia patologii i symulacji.

Tymczasem złamał Pan prawo. Po raz kolejny podporządkował Pan sobie oddaną w dowództwo służbę państwową religii. To nie jest pańska prywatna policja. To ma być niekościelna, niefaszystowska i nie PiS-owska, ale nasza, wszystkich Polaków, polska policja.

Po raz kolejny nie czuję do Pana żadnego szacunku. Szkoda, że takim ludziom bez honoru, bez zrozumienia istoty służby, wręcza się dzisiaj tak wysokie stopnie i stanowiska, czego przykładem jest opisana tu sytuacja.

Adam Mazguła


Kancelaria zamówień publicznych wyjątkowym wsparciem w działaniu?

Zamówienia publiczne nie należą do spraw najprostszych, zarówno jeśli bierzemy pod uwagę perspektywę zamawiającego, jak i wykonawcę. Całość wiąże się z licznymi wymaganiami, jak i rozbudowanymi regulacjami prawnymi. Jak się jednak okazuje, istnieją nad wyraz skuteczne sposoby na ułatwienie działania, a jest nim kancelaria zamówień publicznych.

Jeśli przyjrzymy się największym realizowanym zamówieniom publicznym w ostatnich latach, bardzo szybko dostrzeżemy pewną zależność między nimi. Otóż swój spory wkład w ich powstawanie miała kancelaria zamówień publicznych. Pośród wielu rozbudowanych projektów swoją wiedzą i doświadczeniem wsparło między innymi budowę drugiej linii warszawskiego metra, południowej obwodnicy stolicy czy też multimodalnego łódzkiego dworca. Trudno się temu dziwić, gdyż w ten sposób zapewniamy sobie możliwość pełnego skupienia się na samej realizacji projektu.

Zakres działania

Naturalnie rodzi się więc pytanie, czym tak naprawdę zajmuje się kancelaria zamówień publicznych. Długo by wymieniać wszystkie aspekty, w których pomoże nam ona z realizacją zamówienia, lecz do najważniejszych zapewne należą: pomoc z przygotowaniem samej oferty, umów przetargowych, sporządzanie dokumentacji, a także reprezentowanie podmiotów na drodze prawnej.

Warto szukać prostych rozwiązań

Biorąc pod uwagę zamówienia publiczne kancelaria daje nam wiele możliwości, jak i spokoju ducha. Już sam fakt tak chętnego korzystania z jej usług przy największych projektach powinien być dla nas oznaką, że jest to jedyny sposób na szybkie i proste działanie. A w końcu o to nam chodzi…

Nieocenione wsparcie podczas kontaktu z KIO

Bardzo istotnym działaniem, jakie zapewnia nam kancelaria zamówień publicznych, jest reprezentowanie nas przed Krajową Izbą Odwoławczą. KIO rozpatruje szeroko pojęte odwołania, które może składać każdy podmiot biorący czynny udział w udzielaniu zamówienia. Od wyroku KIO można się odwoływać, co rozpatruje sąd okręgowy, gdzie kancelaria również będzie nas reprezentować.

Pełne, kompleksowe wsparcie

Wyraźnie więc widać, że kancelaria zamówień publicznych zapewni nam nieodzowną pomoc na każdym etapie realizacji zamówienia publicznego. Zaangażowanie jej może się okazać decyzją kluczową na tle całego projektu, a także najlepszą poczynioną inwestycjom. Zawsze o tym pamiętajmy i z czystym sumieniem korzystajmy z jej usług.