Skiba bez znieczulenia: Polska w krzywym zwierciadle — „Wiadomości z kraju złości”

Krzysztof Skiba
Jest coraz gorzej. Karol Nawrocki ujawnił, że śni mu się marszałek Piłsudski. I to już po miesiącu nocowania w Belwederze. To tylko pierwsze objawy. Słynne jest powiedzonko polskich biskupów, że nieważne, czy Polska będzie w Unii, czy poza UE. Nieważne, czy będzie bogata, czy biedna, ważne, aby była katolicka
SNY O POTĘDZE
Jest coraz gorzej. Karol Nawrocki ujawnił, że śni mu się marszałek Piłsudski. I to już po miesiącu nocowania w Belwederze.
Obstawiam, że za kilka tygodni przyśni mu się Napoleon. A po roku urzędowania na fotelu prezydenta Aleksander Wielki.
To tylko pierwsze objawy manii wielkości, uspokajają lekarze.
Teraz tylko czekać, kiedy prezydent zapuści wąsa à la naczelnik Piłsudski i zacznie chodzić z szablą. Podobno już kazał żonie przyszyć lampasy marszałkowskie do piżamy.
W sumie dobrze, że nie śni mu się Jarosław Kaczyński, bo musiałby rodzinę oddać do lombardu, zamieszkać z kotem i, chodząc w dwóch różnych butach, zafundować sobie łupież.
ZŁOTE MYŚLI
Słynne jest powiedzonko polskich biskupów, że nieważne, czy Polska będzie w Unii, czy poza UE. Nieważne, czy będzie bogata, czy biedna, ważne, aby była katolicka.
Teraz do tej skarbnicy złotych myśli doszła kolejna mądrość. Biskup Leszek Leszkiewicz wygłosił z ambony taką oto wysoce oryginalną perełkę. Jego zdaniem bogactwo i ogólnie uganianie się za pieniędzmi może prowadzić do… homoseksualizmu.
Skoro tak, to Rydzyk już dawno powinien był być gejem. Zamiast telewizji Trwam powinien założyć kanał porno Różowa Landrynka, a zamiast imperium Radia Maryja — klub nocny Pieścidełko. Niestety, ojciec Tadeusz nie podnieca się na widok muskularnych chłopców. To jest już zbadane naukowo. Jemu sztywnieje tylko na widok koperty.
Z drugiej strony zastanawiam się, czy w tym absurdalnym twierdzeniu wesołego biskupa nie ma ziarna prawdy? Wszak polscy biskupi już dawno porzucili Boga na rzecz mamony, a Episkopat tym różni się od starego tramwaju, że ma bardziej zryte siodełka.
Czyli jednak może prawda? Złote myśli biskupa: od kasy boli du*a.
3. SZYMEK OPUSZCZA POKŁAD
Szymon Hołownia, ku zaskoczeniu swoich trzech fanów, ogłosił, że odchodzi z polityki. Chce iść do ONZ-etu na wysokiego komisarza do spraw uchodźców.
Co oni mają z tym ONZ-tem? W tym musi tkwić jakaś słodka tajemnica. Dają tam za darmo grochówkę albo kupony rabatowe do Lidla?
Najpierw Duduś marzył o posadzie przewodniczącego ONZ, teraz Szymek opuszcza partię, którą sam stworzył.
Z tym ONZ-etem to on ma takie same szanse jak z posadą prezydenta. Jemu w życiu udały się tylko jajca z Prokopem w „Mam talent”.
Miał być księdzem — nie został. Szykował się do Pałacu, a wyprzedził go nawet człowiek z gaśnicą. Miał rozbić duopol POPiS, a chodził w nocy spiskować do Bielana.
Ech! Szymek! Czekam, kiedy zostaniesz Człowiekiem Roku na Marsie, bo świat to dla ciebie za mało.
4. CHOPIN DLA POLAKÓW
Rozpoczął się prestiżowy Konkurs Chopinowski w Warszawie, impreza, na którą czeka zawsze cały świat muzyki. Zainteresowanie jest ogromne. Bilety zniknęły w kilka minut.
Dzięki internetowi zmagania 85 pianistów będą śledzić melomani na całym świecie. Ten, kto wygra konkurs, z miejsca staje się gwiazdą. O randze warszawskiej imprezy świadczy fakt, że nawet ci, którzy odpadają z konkursu, robią wielkie kariery, jak słynny Chorwat Ivo Pogorelić, który w 1980 roku nie dostał się do finału, a do dzisiaj jest postrzegany jako geniusz i koncertuje w najbardziej prestiżowych salach.
Jeszcze lepszym przykładem jest uczestnik konkursu sprzed pięciu lat, Japończyk Hayato Sumino, który, mimo że odpadł w drugim etapie, stał się niezwykle popularny.
Polityków Konfederacji i bojówki Bąkiewicza niepokoi liczba Azjatów w konkursie. Wśród uczestników imprezy jest bowiem aż dwudziestu trzech Chińczyków, trzynastu Japończyków, czterech pianistów z Korei Południowej i dwóch z Tajwanu. Polaków dopuszczono tylko trzynastu.
Zdaniem Bąkiewicza istnieje niebezpieczeństwo, że tak wielka liczba zawodników z Azji to zwykła przykrywka dla przemytu uchodźców. Bowiem wraz z zawodnikami przyjechali także ich bliscy, trenerzy, nauczyciele, dziennikarze i kibice z Pekinu, Tokio, Seulu oraz Tajpej.
Zdaniem polityków prawicy Konkurs powinien mieć zmieniony regulamin. Uczestnikami powinni być tylko Słowianie, a wygrywać powinien zawsze Polak. Robert twierdzi, że wśród jego zwolenników jest wielu fanów Chopina. Szczególnie tego litrowego.
Krzysztof Skiba
Putin przyspiesza. Bruksela zapowiada natychmiastowe działania: „mur dronowy” ma powstać „teraz”

Michał Gostkiewicz
Unia Europejska zapowiada zbudowanie „muru dronowego” – wielowarstwowego systemu sensorów, środków zakłócających i efektorów kinetycznych rozmieszczonych wzdłuż wschodniej flanki, który ma wykrywać, śledzić i neutralizować bezzałogowce. Była prezydentka Litwy Dalia Grybauskaitė ostrzega, że Władimir Putin nie da Europie dodatkowego czasu. Generał Philip Breedlove przekonuje z kolei, że skuteczność zapewni dopiero uderzanie w „całą głęboką strukturę”, a nie wyłącznie w drony już będące w powietrzu.

Wschodnia flanka UE. Systemy wczesnego wykrywania jako element „muru dronowego”. Zdjęcie ilustracyjne. Fot. DF, thefad.pl / AI
– Zaproponujemy natychmiastowe działania, mające na celu zbudowanie muru dronowego w ramach Straży Wschodniej Flanki – ogłosiła Ursula von der Leyen na wspólnej konferencji w Brukseli z sekretarzem generalnym NATO rankiem 30 września.
UE reaguje na naruszenia przestrzeni powietrznej
Mark Rutte, uczestniczący w posiedzeniu Komisji Europejskiej, uzasadnił potrzebę projektu naruszeniami przestrzeni powietrznej Polski, Estonii i Danii. Zwrócił uwagę na nierównowagę kosztów: nie ma sensu zestrzeliwać tanich dronów pociskami wartymi miliony dolarów.
Von der Leyen podkreśliła, że UE potrzebuje „flagowych projektów obronnych”, musi działać „zdecydowanie i szybko”, a w przypadku Straży Wschodniej Flanki – „teraz”, we współpracy z Ukrainą i w ścisłym porozumieniu z NATO. Pytanie brzmi jednak, czy unijne „teraz” nie jest wciąż zbyt wolne.
„Mur dronowy” jako filar Eastern Flank Watch
Za koordynację polityczną i organizacyjną odpowiada komisarz UE ds. obrony Andrius Kubilius. Pod jego przewodnictwem UE w piątek 26 września oficjalnie rozpoczęła prace nad „murem”, włączonym do programu Eastern Flank Watch (Straż Wschodniej Flanki) – systemu obrony ląd–morze–powietrze na wschodniej granicy Unii. Kubilius zapewnia, że zainteresowane państwa przeszły „od rozmów do działań”.
W inicjatywie uczestniczą państwa wschodniej flanki: Polska, Litwa, Łotwa, Estonia, Finlandia, Rumunia i Bułgaria, a także Dania, nad której terytorium również pojawiały się podejrzane drony, oraz – wbrew wcześniejszym doniesieniom – Węgry i Słowacja. Do grupy dołączyła Ukraina, zaproszona ze względu na doświadczenia frontowe i dynamicznie rozwijany przemysł dronowy. Prezydent Wołodymyr Zełenski zapowiedział niedawno, że kraj – mimo trwającej wojny – uruchomi eksport własnego uzbrojenia. Kubilius oceniał, że wdrożenie w terenie potrwa około roku, choć zastrzegł, że to ostrożna prognoza.
„Nie mamy tego roku”
– Nie mamy tego roku – mówi Deutsche Welle Dalia Grybauskaitė. W kuluarach Warsaw Security Forum była prezydentka Litwy, obecnie komisarz UE ds. budżetu, wyjaśnia, że istnieje różnica między tempem prac Komisji a tym, co można zrobić dwustronnie, np. w ramach regionalnej współpracy w NATO. Jej zdaniem wszystkie ścieżki muszą toczyć się równolegle, bo żadna z nich nie wystarczy sama.
Pytana, jak „mur dronowy” wpisuje się w ogólną strategię NATO i UE, Grybauskaitė przypomina, że kraje bałtyckie, nordyckie i Polska już zacieśniają współpracę z Ukrainą. – Budujemy fabryki na terytorium Ukrainy i na naszym obszarze. Część zakładów już wytwarza drony. To się dzieje – podkreśla. Jej zdaniem projekt ma dodatkową wartość: „angażuje Unię Europejską jako przyszły sojusz obronny, nie tylko gospodarczy i polityczny”.
– Paradoksalnie to Putin wymusza tempo: nie zostawia czasu na debatowanie i czekanie. Będzie naciskał, więc i my będziemy działać szybciej. Niestety, wszystko wskazuje, że przez dekady będziemy mieć za wschodnią granicą Rosję nastawiona na konfrontację zbrojną– ocenia Grybauskaitė.
Co faktycznie ma powstać?
Komisja ma wraz z państwami członkowskimi, przemysłem obronnym i Ukrainą przygotować plan realizacji – od architektury sensorów i łączności, przez warstwę zakłócania i przeciwdziałania (C-UAS), po środki kinetyczne i procedury reagowania. To część szerszego programu Straży Wschodniej Flanki, obejmującego działania na lądzie, morzu i w powietrzu.
Kubilius akcentuje dwa filary: zdolność wczesnego wykrywania oraz możliwość neutralizacji intruzów. Na Warsaw Security Forum emerytowany generał Sił Powietrznych USA Philip Breedlove dodał trzeci: uderzanie w zaplecze. – Zachód musi przestać „zestrzeliwać strzały” i zacząć „strzelać do łuczników” – mówi.
Ekspert: nie tylko drony, lecz cały łańcuch
– Potrzebujemy zdolności do rażenia nie tylko miejsc, z których [drony] startują, ale też tam, gdzie są wytwarzane, oraz wzdłuż całych łańcuchów dostaw niezależnie od ich pochodzenia. Jeśli statek z Chin wiezie komponenty do dronów, powinniśmy móc zatrzymać ten transport. Innymi słowy: trzeba uderzać głęboko w całą strukturę, a nie tylko w drony już w powietrzu – przekonuje w rozmowie z DW były dowódca wojsk USA w Europie i Naczelny Dowódca Sojuszniczy w Europie (SACEUR).
Breedlove, były pilot, zwraca uwagę, że drony są jedynie częścią szerszego systemu walki.– Lotnictwo ma zdobywać i utrzymywać przewagę w powietrzu. Drony działają sensownie dopiero pod jej osłoną. Wojna w Ukrainie pokazuje, co się dzieje, gdy tej przewagi brakuje – zaznacza. – Drony to tylko kolejny środek rażenia, który trzeba umieć neutralizować. Do tego potrzebne są dojrzałe zdolności operacyjne – dodaje. Strategia pozostaje klasyczna: spójna obrona powietrzna, lądowa i morska.
Na koniec wskazuje na problem kosztowy. – Broń, której używamy, jest finansowo nieadekwatna do celów, które zwalczamy. To trzeba poprawić. Wzmocnienie polskiej obrony powietrznej będzie tu kluczowe – podsumowuje.
REDAKCJA POLECA
script type=’text/Javascript’>
Zapominasz imię chwilę po uścisku dłoni? Nauka wyjaśnia, dlaczego
Zapominasz imię chwilę po uścisku dłoni? Spokojnie — to niekoniecznie problem z pamięcią. Psychologia poznawcza od lat pokazuje, że nazwy własne, w tym imiona, są trudniejsze do zakodowania i wydobycia niż inne informacje o ludziach. Gdy dochodzą emocje pierwszej rozmowy i przeciążenie uwagi, mózg priorytetyzuje to, co w danej chwili wydaje mu się ważniejsze niż kilka sylab. Dlatego pytanie, jak zapamiętywać imiona, wcale nie jest kaprysem, tylko elementarną higieną poznawczą.
Dlaczego imiona tak łatwo uciekają
Łatwiej zapamiętać, że ktoś jest piekarzem, niż że nazywa się Baker. Zawód natychmiast uruchamia sieć skojarzeń: mąka, piec, poranny chleb, a imię czy nazwisko są arbitralną etykietą, bez semantycznego „haczyka”. To klasyczne zjawisko, znane jako paradoks „baker/Baker”. Kiedy informacja ma znaczenie, pamięć chwyta ją pewniej; kiedy jest czystym znakiem, łatwo się wymyka. Dlatego twarz i kontekst często „kleją się” lepiej niż sama etykieta słowna.
Pierwsze sekundy rozmowy zjadają uwagę
Poznając kogoś, równocześnie skanujemy twarz, oceniamy sytuację, planujemy odpowiedź i próbujemy uchwycić imię. Ten gęsty strumień bodźców zużywa zasoby kontroli uwagi, niezbędne do solidnego zakodowania nowej informacji. Nawet łagodne napięcie społeczne potrafi przesunąć zasoby na bodźce „tu i teraz”, co utrudnia zapamiętanie imienia w pierwszym kontakcie. To nie wina charakteru, tylko warunków, w jakich działa pamięć.
„Mam na końcu języka” — całkiem normalne
Zjawisko TOT (tip-of-the-tongue, „na końcu języka”) dotyczy zwłaszcza nazw własnych: wiemy, że „to znamy”, ale słowo nie przychodzi. Z wiekiem takie epizody pojawiają się częściej i same w sobie nie są powodem do alarmu. „Blokowanie” to klasyczna, powszechna niedyspozycja pamięci a badania pokazują, że częściej dotyka właśnie imion. Jeśli jednak wraz z imionami znikają też inne, świeże informacje i problem narasta gwałtownie, wtedy warto porozmawiać ze specjalistą.
To nie test inteligencji ani „osobowości”
Popularne wyjaśnienia, że zapominanie imion świadczy o wysokiej inteligencji, introwersji czy „myśleniu abstrakcyjnym”, nie znajdują potwierdzenia w badaniach. Empiryczne prace wskazują raczej, że trudność wynika z natury samych nazw własnych (słabe zakotwiczenie semantyczne), warunków kodowania informacji w sytuacji społecznej (napięcie, podzielność uwagi) oraz zjawisk takich jak „na końcu języka”. Różnice indywidualne — np. pojemność pamięci roboczej czy poziom lęku — mogą modyfikować prawdopodobieństwo pomyłki, ale nie przekładają się wprost na stałe cechy osobowości.
Jak zapamiętywać imiona w praktyce
Najskuteczniejsze bywa krótkie „zatrzymanie uwagi” na imieniu w chwili, gdy je słyszysz. Poproś rozmówcę o powtórzenie i wypowiedz imię od razu w odpowiedzi — ten prosty manewr zwiększa szanse na zapis w pamięci roboczej. Dobrze działa też nadanie imieniu znaczenia: połącz je z czymś, co widzisz lub wiesz o osobie (cechą wyglądu, zawodem, miejscem spotkania), nawet jeśli to brzmi naiwnie, bo właśnie semantyczny zaczep decyduje, czy informacja przetrwa. Warto wrócić do imion po rozmowie krótką notatką, rzutem oka na listę uczestników czy powtórzeniem w myślach kilku osób, które właśnie poznaliśmy. Badania pokazują, że celowe „wydobywanie” nazw z pamięci, nawet w formie krótkiej gry, poprawia wyniki bardziej niż bierne słuchanie serii przedstawień. A jeśli mimo wszystko imię uleci, najlepiej działa kulturalna prośba o przypomnienie; to prostsze i skuteczniejsze niż nerwowe zastępcze formuły.
Zapominanie imion to po prostu uboczny skutek tego, jak działa ludzka pamięć: kocha znaczenia, gorzej radzi sobie z czystymi etykietami i łatwo traci uwagę, gdy bodźców jest dużo. Dobra wiadomość? Z odrobiną praktyki można jej w tym pomóc a rozmowa, do której wracasz już z poprawnym imieniem, zwykle płynie naturalniej niż ta, którą ratują niezgrabne obejścia.
DF, thefad.pl / Źródło: Association for Psychological Science
Nowe badania studzą entuzjazm: zaawansowane cywilizacje to rzadkość. Jeśli istnieją, najbliższa może być oddalona o 33 000 lat świetlnych od nas
Nowe badania z Austriackiej Akademii Nauk brzmią jak kubeł zimnej wody dla fanów science fiction. Jeżeli w Drodze Mlecznej istnieją cywilizacje technologiczne, najbliższa z nich może być oddalona średnio około 33 000 lat świetlnych od Ziemi — w praktyce „po przeciwnej stronie” naszego dysku galaktycznego. By trafić na siebie w tym samym oknie dziejów, taka cywilizacja musiałaby przetrwać minimum 280 tysięcy lat. To wniosek przedstawiony na kongresie Europlanet Science Congress i AAS Division for Planetary Sciences (EPSC–DPS 2025) w Helsinkach. Zespół z Austriackiej Akademii Nauk nie daje złudzeń: zaawansowane cywilizacje to rzadkość, a my możemy być jedynymi w naszej części Galaktyki.
Co naprawdę mówią te modele
Manuel Scherf i jego zespół nie szukali taniej sensacji. Sprawdzili, jakie warunki planetarne są niezbędne, by mogła powstać cywilizacja zdolna do wysyłania sygnałów w przestrzeń kosmiczną. Wniosek jest zaskakująco przyziemny: trzeba geologii, która stabilizuje klimat przez miliony lat, oraz powietrza, którym da się oddychać i w którym da się rozpalić ogień. Tektonika płyt działa tu jak ukryty termostat, a atmosfera zdominowana przez azot i tlen — z odpowiednią domieszką dwutlenku węgla — staje się sceną, na której to wszystko może się wydarzyć. Jest jeszcze jeden warunek, brzmiący prosto i brutalnie: jeżeli tlenu jest mniej więcej poniżej 18 procent, otwarty ogień przestaje być oczywistością. Bez ognia nie ma metalurgii, a bez metalurgii nie ma technologii.
Czy nasz sąsiad jest bliżej, czy dalej
Trzydzieści trzy tysiące lat świetlnych nie jest „szerokością” Drogi Mlecznej — ta ma około stu tysięcy. To raczej rząd wielkości dystansu na przeciwną stronę dysku, licząc od naszej orbity. Innymi słowy: nawet jeśli ktoś tam jest, to nie za rogiem. I nawet jeśli nadaje, to niekoniecznie w naszym oknie czasowym.

DF, thefad.pl. Droga Mleczna widziana z kosmosu — wizualizacja. Ukośny widok na jasne jądro oraz ramiona spiralne przecinane ciemnymi pasmami pyłu. / Fot. AI
Z czego biorą się te liczby
Żeby nie zgubić się w teoriach, badacze wzięli dwa wyraźne scenariusze i sprawdzili, jak długo planeta jest w stanie utrzymać aktywną biosferę. W świecie z wyższą zawartością CO₂ — rzędu 10 procent — da się to zrobić nawet przez około 4,2 miliarda lat, pod warunkiem że planeta krąży dalej od młodszego słońca albo ma odpowiedni zestaw parametrów. W świecie z CO₂ na poziomie około 1 procenta okno skraca się do około 3,1 miliarda lat. To nie są „złote proporcje” dla wszystkich, tylko dwa punkty odniesienia, które pokazują, jak wąska jest ta ścieżka. Za mało dwutlenku węgla i fotosynteza w końcu gaśnie; za dużo — klimat rozbiega się w stronę niekontrolowanego efektu cieplarnianego i toksycznej atmosfery. W obu wariantach potrzebujemy też tlenu co najmniej na poziomie wspomnianych 18 procent — bez tego nie uruchomimy cywilizacji z ogniem i metalem w roli głównej.
Zegar tyka także u nas
To, co najbardziej trzeźwi, to świadomość, że nawet „idealna” planeta ma termin przydatności. Z czasem dwutlenek węgla bywa zamykany w skałach szybciej, niż geologia zdoła go zwrócić do atmosfery. W pewnym momencie fotosynteza nie daje już rady. Dla Ziemi to horyzont od kilkuset milionów do około miliarda lat. A przecież nasza technologia pojawiła się dopiero po mniej więcej 4,5 miliarda lat historii planety. Innymi słowy: nawet jeśli Wszechświat sprzyja życiu, z technologią trzeba zdążyć.
Po co nam ta ostrożność
To wciąż wyniki konferencyjne — naukowa rozmowa, nie ostateczny wyrok. I właśnie dlatego zasługują na uwagę. Otwierają oczy na to, jak wiele elementów musi zagrać naraz i jak niewielkie jest pole manewru. Są tacy, którzy powiedzą: tektonika płyt nie jest jedyną drogą, a ogień nie musi być jedynym kluczem do technologii. Inni uznają, że modele są i tak zbyt łagodne i że okno na rozwój cywilizacji jest jeszcze węższe. Prawda? Sprawdzimy tylko w jeden sposób — patrząc i słuchając coraz uważniej.
Co dalej z SETI
To, co dla jednych brzmi pesymistycznie, dla innych jest planem działania. Brak sygnału przy coraz czulszych przeglądach wzmocni tezę o rzadkości ETI. Pojedyncze potwierdzenie zmieniłoby wszystko — nie tylko nasze modele, ale i nasze myślenie o miejscu człowieka w kosmosie. Strategia jest prosta w słowach i trudna w wykonaniu: szukać szerzej, dłużej i mądrzej, nie zamykać się wyłącznie na radio i nie rezygnować wtedy, gdy nic nie „pika”.
Na koniec — trzeźwo i z nadzieją
Jeżeli ktoś tam jest, prawdopodobnie jest od nas znacznie starszy. Jeżeli nikogo nie ma w zasięgu, nie znaczy to, że kosmos jest pusty — raczej, że bycie technologiczną cywilizacją to zadanie na setki tysięcy lat. W tym sensie te wyniki są mniej o „nich”, a bardziej o nas: o cierpliwości, którą musimy mieć, i o czasie, który musimy sobie dać.
Dariusz Frach, thefad.pl / Źródła: Abstrakt EPSC-DPS 2025 (Copernicus), relacje z Europlanet i AAS. Artykuł oparty na faktach, bez fikcji. Chcesz infografikę z „oknem biosfery”? Daj znać!
Donieckie Dachau. Wstrząsająca opowieść ukraińskiego jeńca o torturach i życiu w niewoli

Aureliusz M. Pędziwol
Stanisław Asiejew* przez ponad dwa i pół roku był więźniem separatystów samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej i napisał o tym książkę. Jest też weteranem trwającej od 24 lutego 2022 roku wojny Rosji przeciw Ukrainie.
DW: Jak długo był Pan na froncie?
Stanisław Asiejew: – Dziewięć miesięcy, od grudnia 2023 do września 2024 roku. Walczyłem pod Pokrowskiem. Po kolejnym natarciu Rosjanie zajęli nasze pozycje, a ja zostałem podwójnie zraniony odłamkiem miny, który trafił mnie w szyję i dostał się do klatki piersiowej. Przez półtora miesiąca leżałem w szpitalu w Kijowie. W tym czasie Rosjanie zniszczyli mój batalion. A ja zostałem zdemobilizowany.
Przed tą wojną był Pan więziony w Doniecku, głównie w obozie Izolacja, który – jak Pan napisał w swojej książce – jeden z Pańskich współwięźniów nazwał „donieckim Dachau”.
– To bardzo złożony temat, do którego nawiązuję już w tytule książki. Piszę o obozie koncentracyjnym, dlatego że nasuwają się tutaj skojarzenia historyczne, zwłaszcza z niemieckimi nazistowskimi obozami. Zawsze jednak podkreślam, że obóz Izolacja, który nadal istnieje, jest takim obozem koncentracyjnym, jak nazistowskie obozy z lat 30. ubiegłego wieku. Nie jest to obóz śmierci, w którym miałaby miejsce zagłada ludzi. Trzyma się tam tych, którzy zagrażają tak zwanej Donieckiej Republice Ludowej albo reżimowi rosyjskiemu.
Co jeszcze jest powodem, by nazywać ten obóz koncentracyjnym? Tortury?
– Bez wątpienia. Przede wszystkim jednak sam fakt koncentracji wrogów reżimu. W tym również swoich, ochotników z tak zwanych opołczeń, czyli milicji walczących po stronie Rosji, którzy w pewnym momencie stali się dla niej zagrożeniem. Ale tak, stosowano tam tortury prądem elektrycznym, gwałcono, a nawet zabijano więźniów. Zarówno mężczyzn, jak i kobiety, bo kobiety były tam także, ale w oddzielnych celach. Nie mieliśmy z nimi kontaktu.
Skąd się wzięła nazwa Izolacja?
– To jest teren dawnej fabryki materiałów izolacyjnych, która się tak właśnie nazywała. (W 2010 roku w jej murach powstało centrum sztuki nowoczesnej Izolacja, które po zajęciu części Donbasu przez Rosjan w 2014 roku zostało przeniesione do Kijowa – przyp.).
Gdzie się mieści?
– W samym centrum Doniecka, przy ulicy Świetlanego Szlaku 3. Właśnie dlatego książka nosi tytuł „Świetlana droga”. To nazwa ulicy, jeszcze z czasów sowieckich, aluzja do słów Lenina o świetlanej drodze do komunizmu. W przestrzeni posowieckiej wiele ulic nosi tę nazwę.
Ale w Doniecku Świetlany Szlak zamienił się w piekło.
Ilu tam było ludzi, gdy był Pan uwięziony?
– Nie dysponujemy takimi danymi. W czasie, gdy się tam znajdowałem, w Izolacji było 80 łóżek i teoretycznie to była maksymalna liczba więźniów. Jednak można tam spać też na podłodze. Jeśli cele były zapełniane w ten sposób, to mogło być tam i dwieście, a może nawet trzysta osób.
Z iloma ludźmi Pan siedział?
– Na początku trafiłem do piwnicy, ogromnego bunkra przeciwbombowego. Tam było nas dziesięciu. Potem w celach, w których oprócz mnie było jeszcze od czterech do 17 więźniów.
Mógł Pan wychodzić na spacer?
– Tylko na 5 minut.
5 minut dziennie?
– 5 minut dziennie. I z workiem na głowie. Dłuższe były wyjścia na prace przymusowe w strefie przemysłowej.
Jakie prace?
– Różne. Cięcie metalu na złom, mycie aut i czołgów. A zimą odśnieżanie. W takim miejscu robisz wszystko, co ci każą.
A personel obozu? Co to za ludzie?
– Tu znowu pojawiają się paralele z nazistowskimi Niemcami, z ich obozami. Bo dziś dobrze wiemy, kto pracuje w administracji Izolacji, znamy nazwiska, imiona, rodziny. W większości są to zwykli ludzie. Mają dzieci, odprowadzają je do szkoły, mają żony. Ale kiedy zamykają za sobą drzwi Izolacji i wchodzą na jej teren, ich psychika całkowicie się zmienia. Stają się psychopatami, patologicznymi sadystami. Wobec więźniów nie mają żadnych zahamowań. Gdy tam siedziałem, byli to pracownicy lokalnej policji, która w 2014 roku przeszła na stronę Rosji. Był też jeden Rosjanin, ale poza tym byli to miejscowi.
Powie Pan coś o torturach?
– W tamtym czasie główną metodą tortur był prąd elektryczny. Używali do tego „tapików”, sowieckich telefonów polowych z cewką indukcyjną. Pewnie widział je Pan w sowieckich filmach wojennych. Gdy trzeba było zadzwonić, podnosiło się słuchawkę i kręciło korbką. Wtedy przez druty płynął prąd i po drugiej stronie odzywał się dzwonek.
W Izolacji „tapiki” mają inne zastosowanie. Tam druty podłącza się do więźnia. Mnie przypinali je do kciuka i do ucha. I kręcili korbką. Wtedy przez ciało płynie prąd. W ten sposób cię katują.
Jak trudno to znieść?
– To bardzo bolesne. A przy tym trzeba jeszcze odpowiadać na pytania, bo nie tylko cię torturują, ale i przesłuchują. Gdy zaś masz do ucha podłączony drut, to kurczą ci się mięśnie twarzy i nie możesz normalnie mówić. Mówisz niewyraźnie, a za to biją.
Czy potrafił Pan sobie wcześniej wyobrazić, że coś takiego jest w ogóle możliwe?
– Nie. Donbasem i okupacją zajmowałem się zawodowo przez trzy lata, od 2014 do 2017 roku. Ale nie umiałem sobie wyobrazić skali tego podziemnego świata, tych piwnic, w których się potem znalazłem, tych tortur.
Pan ten świat opisał w swojej książce.
– To bardzo interesująca historia. Pisać zacząłem jeszcze w piwnicy ministerstwa bezpieczeństwa państwowego, gdzie trzymano mnie przez pierwsze półtora miesiąca w jednoosobowej celi. Znalazłem tam jakieś kartonowe pudełko, kawałek ołówka i zacząłem zapisywać swoje przeżycia psychiczne.
Potem przewieźli mnie do Izolacji, a tam mi powiedzieli, że ich nie interesuje, co ja wypisuję. Z obozu, podczas wymiany jeńców, wywiozłem niewielką ilość rękopisów. Stały się podstawą tej książki. Pisanie dokończyłem na wolności.
Chciał Pan pisać o Izolacji w sposób neutralny, nie jako jej więzień, ale jako osoba postronna. Udało się?
– Czasami słyszę nawet zarzuty, że tę książkę napisałem z perspektywy zewnętrznego obserwatora. Że jest chłodna, spokojna, że straszne rzeczy opisuje bez emocji. Ale takie było moje zadanie. Gdybym pisał emocjonalnie, efekt byłby inny. Tymczasem chciałem przekazać ludziom, co tam się dzieje, w języku jak najbardziej zrozumiałym. Dlatego pisałem jak obserwator, który jakby z boku patrzy na cały ten absurd.
Czy ta książka trafiła do ukraińskiego wymiaru sprawiedliwości? A może też do Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze?
– Książka jest już przetłumaczona na dwanaście języków, w tym na polski, angielski, francuski, niemiecki, łotewski, litewski, a teraz jest przekładana na gruziński. Podarowaliśmy ją zmarłemu już niestety papieżowi Franciszkowi, Hillary Clinton, wielu prezydentom i premierom.
Wciąż odgrywa ważną rolę. Dzięki niej ministerstwo spraw zagranicznych Ukrainy uruchomiło w 2021 roku projekt Isolation Must Speak (Izolacja Musi Przemówić), w którym wykorzystano angielską i inne wersje książki do potępienia zbrodni wojennych popełnianych na okupowanych terytoriach.
Pan założył też fundację, która się zajmuje tymi zbrodniami. W jaki sposób?
– Fundację Justice Initiative Fund założyłem po zwolnieniu z Izolacji. Zajmuje się poszukiwaniem rosyjskich zbrodniarzy wojennych, oferuje wynagrodzenie za informacje o nich.
Tworzymy listy osób oficjalnie podejrzanych przez naszą prokuraturę generalną lub sądy międzynarodowe o popełnienie zbrodni wojennych. Te zbrodnie dzielimy na kategorie: Izolacja, MH17, Bucza, czy Mariupol. W każdej z nich znajduje się lista osób oficjalnie podejrzanych, a my oferujemy pieniądze za aktualne informacje o tych ludziach. Gdy je dostajemy, przekazujemy je naszym służbom specjalnym i rozliczamy się z informatorem.
Kiedy fundacja powstała?
– Po pełnoskalowej napaści Rosji z 2022 roku, ale poszukiwania zbrodniarzy wojennych zaczęliśmy już osiem lat wcześniej. W kręgu naszych zainteresowań znajdują się wszyscy, którzy popełnili zbrodnie od 2014 roku do dziś.
Ilu ich jest?
– Na dziś nieco ponad trzystu, 312. Wiemy, że takich, którzy popełniali zbrodnie, są tysiące, ale zajmujemy się wyłącznie oficjalnie ściganymi i postawionymi przed sądem. A tych jest kilkaset.
Pod nazwiskiem każdej osoby, które umieszczamy na naszej stronie, podajemy link do oficjalnego źródła, czy to prokuratury, czy służb bezpieczeństwa, z oficjalnym zarzutem. Robimy to, żeby nie zostać posądzonymi o obwinianie przypadkowych osób.
Z kim współpracujecie? W kraju i za granicą.
– Z ukraińską prokuraturą generalną. Bez niej nie osiągnęlibyśmy niczego. Na poziomie międzynarodowym jak na razie z nikim.
Myślę, że trudno było być w tym obozie, ale też, że niełatwo robić to, czym Pan się teraz zajmuje.
– Wie Pan, to dla mnie jest praca. Gdybym podchodził do tego osobiście, po prostu bym oszalał. Bo gdy otwieram stronę internetową naszej fundacji, widzę ludzi, którzy mnie codziennie katowali. A poza tym jestem weteranem, który był na froncie. Dlatego rosyjskich zbrodniarzy wojennych uczyniłem przedmiotem swojej pracy, do której podchodzę najchłodniej, jak to możliwe.
A co chciałby Pan robić w przyszłości?
– Napisać kolejną książkę o moich doświadczeniach na froncie, na wojnie. Za chwilę będę w Hamburgu, gdzie uczestniczę w programie dla byłych więźniów politycznych i zajmuję się zbrodniami wojennymi Rosji, która niestety nadal je popełnia. Jestem też ekspertem wojskowym, jako człowiek, który służył w piechocie i rozumie, co dzieje się na froncie, na polu bitwy.
Bardzo Panu dziękuję za tę rozmowę.
Stanisław Asiejew
Ukraiński dziennikarz i pisarz (urodzony w 1989 roku w Doniecku) pozostał w swoim rodzinnym mieście po zajęciu go przez separatystów w 2014 roku i pisał stamtąd reportaże dla ukraińskiej sekcji nadającego z Pragi Radia „Swoboda” oraz dwóch ukraińskich czasopism pod pseudonimem Stanisław Wasin. Uwięziony w maju 2017 roku został skazany na dwa wyroki po 15 lat pozbawienia wolności. Po kazamatach samozwańczego ministerstwa bezpieczeństwa publicznego i więzieniu trafił do obozu koncentracyjnego Izolacja w centrum Doniecka, gdzie był wielokrotnie torturowany. Został zwolniony w ramach wymiany jeńców na dwa dni przed końcem 2019 roku
REDAKCJA POLECA
script type=’text/Javascript’>
Twoja butelka na wodę brudniejsza niż deska klozetowa? Naukowcy ostrzegają: miliony bakterii w jednym łyku
Badacze sprawdzili, co naprawdę kryje się w popularnych butelkach wielokrotnego użytku. Okazało się, że mogą być one siedliskiem bakterii w ilościach wielokrotnie przewyższających te, które znajdziemy na desce klozetowej. Codzienny przedmiot, kojarzony z troską o zdrowie i środowisko, ujawnił swoje nieoczekiwane oblicze. Naukowcy ostrzegają, że woda, którą pijemy każdego dnia, może być skażona milionami drobnoustrojów.
Wyobraź sobie: twoja stylowa butelka, symbol zero waste i wellness, stoi na biurku, w torbie treningowej czy w aucie. Napełniasz ją wodą z kranu, bierzesz łyk i nie wiesz, że w środku mnożą się miliony mikrobów. Carl Behnke z Purdue University w Stanach Zjednoczonych opowiadał, jak przetarł swoją butelkę ręcznikiem papierowym i ze zdumieniem zobaczył, że biały papier pokrył się śliską warstwą bakterii. To doświadczenie zapoczątkowało badania, które wstrząsnęły opinią publiczną.
Symbol ekologii, który kryje pułapkę
Butelki wielokrotnego użytku stały się rynkowym hitem wartym miliardy dolarów. Korzystają z nich lekarze, studenci, pracownicy biurowi. Jednak wewnątrz kryje się często to, czego wolimy nie widzieć. Badania Behnkego pokazały, że 15 procent osób nigdy nie myło swoich butelek, a ponad połowa dzieliła się nimi z innymi.
Wyniki były alarmujące. Średnio w butelkach znajdowano ponad 20 milionów jednostek tworzących kolonie bakterii. To czterdzieści tysięcy razy więcej niż na desce klozetowej, pięciokrotnie więcej niż na myszce komputerowej i czternastokrotnie więcej niż w misce dla psa. W Singapurze testy wykazały, że rano w jednym mililitrze wody było około 75 tysięcy bakterii, a po 24 godzinach ich liczba wzrastała do dwóch milionów. Siedem na dziesięć badanych butelek przekraczało normy czystości wody pitnej.
Skąd się biorą bakterie?
Woda z kranu zawiera naturalne mikroorganizmy, ale największym źródłem są sami użytkownicy. Z każdym łykiem do wnętrza butelki trafia od pięciuset do sześciuset gatunków bakterii obecnych w ludzkiej ślinie. Brudne ręce to ryzyko przeniesienia bakterii fekalnych, takich jak E. coli. Wspólne korzystanie z butelki zwiększa zagrożenie przenoszenia wirusów, w tym norowirusa.
Jak podkreśla mikrobiolożka Primrose Freestone z University of Leicester, bakterie najlepiej rozwijają się w temperaturze od 20 do 37 stopni Celsjusza. Jeśli do butelki trafiają soki, herbata czy koktajle proteinowe, mikroby otrzymują dodatkową pożywkę w postaci cukru i białka. W efekcie w co piątej badanej butelce wykryto bakterie kałowe, a w wielu przypadkach także paciorkowce.
Zagrożenia zdrowotne
Dla osób zdrowych większość tych mikroorganizmów nie jest groźna. Ale u dzieci, seniorów czy osób z obniżoną odpornością konsekwencje mogą być poważne. Zakażenia wywołane przez bakterie E. coli prowadzą do ostrych biegunek i infekcji układu moczowego. Pleśń rozwijająca się w wilgotnym wnętrzu butelki może wywoływać reakcje alergiczne i problemy z oddychaniem. W ramach jednego z eksperymentów dziennikarskich w brytyjskiej redakcji przebadano butelki używane na co dzień przez pracowników. Analizy mikrobiologiczne wykazały nie tylko wysokie stężenie bakterii, ale także obecność szczepów opornych na antybiotyki.
Zagrożenie płynie również z samego materiału. Plastikowe butelki, zwłaszcza starsze i pozostawiane w nagrzanych samochodach, mogą uwalniać mikroplastiki i chemikalia zaburzające gospodarkę hormonalną. Badania z 2025 roku wykazały tysiące cząsteczek mikroplastiku w jednym litrze wody przechowywanej w takich warunkach. Ich wpływ na zdrowie jest nadal badany, ale istnieją dowody na to, że mikroplastiki mogą kumulować się w tkankach i sprzyjać chorobom metabolicznym.
Dlaczego płukanie to za mało?
Jak podkreśla Behnke, częstotliwość mycia nie jest kluczowa, znaczenie ma metoda. Zimna woda nie usuwa biofilmu, czyli śluzowatej warstwy bakterii przylegającej do ścianek butelki. Potrzebne są wysoka temperatura, detergent i suszenie. Wilgoć to środowisko, w którym mikroby rozwijają się najszybciej.
BBC w 2025 roku przypominało, że skuteczne mogą być również domowe metody dezynfekcji, jak ocet, tabletki do czyszczenia protez czy rozcieńczony wybielacz – o ile zachowamy ostrożność i dokładnie wypłuczemy butelkę po użyciu.
Jak czyścić butelkę – metody i skuteczność
| Metoda czyszczenia | Skuteczność | Jak zrobić? | Uwagi |
|---|---|---|---|
| Zmywarka z dezynfekcją | Najwyższa (zabija 99% bakterii) | Włóż do zmywarki, użyj cyklu >60°C | Idealna dla prostych butelek; nie dla silikonowych elementów |
| Gorąca woda + detergent | Wysoka | Woda >60°C, płyn, zostaw na 10 min, spłucz, wysusz | Podstawowa metoda; zalecana szczotka do ustnika |
| Ocet lub wybielacz | Średnia–wysoka | Ocet 1:4 z wodą na noc; wybielacz 2 łyż./l, 2 min, spłucz | Dla trudnych osadów; nie stosować codziennie |
| Przechowywanie w lodówce | Zapobiegawcza | Suszona butelka, przechowywana w chłodzie | Spowalnia wzrost bakterii o 50–70% |
Stal, szkło czy plastik – co wybrać?
Stal nierdzewna i szkło są materiałami najbardziej odpornymi na rozwój bakterii. Łatwo je czyścić i nie uwalniają mikrocząsteczek do wody. Plastikowe butelki są lżejsze i tańsze, jednak ich porowata powierzchnia sprzyja powstawaniu biofilmu. Starsze modele mogą dodatkowo uwalniać chemikalia. Najbezpieczniejszym rozwiązaniem pozostają więc proste konstrukcje ze stali nierdzewnej lub szkła, pozbawione rurek i zaworów.
Czysta butelka to zdrowy nawyk
Butelki wielokrotnego użytku są ważnym elementem walki z odpadami i symbolem proekologicznego stylu życia. Nie trzeba z nich rezygnować, ale trzeba je traktować poważnie. Regularne czyszczenie, suszenie i dbanie o higienę rąk to warunki konieczne, by pozostały bezpieczne.
Jak podkreśla Primrose Freestone, „regularne mycie to pewność, że butelka będzie sprzymierzeńcem zdrowia, a nie zagrożeniem”. W świecie, w którym coraz częściej mówi się o odporności i zagrożeniach mikrobiologicznych, ten codzienny przedmiot zasługuje na większą uwagę. Czysta woda w czystej butelce to nie luksus, lecz standard.
Dariusz Frach, thefad.pl / Źródła: BBC Future (2025), Earth.com (2025), University of Leicester, Purdue University
Donald Trump na forum ONZ: Ruchome schody, „szwindel” klimatyczny i niespodziewany zwrot wobec Ukrainy
Donald Trump, nie zawiódł swoich fanów (i krytyków) podczas wizyty na 80. Sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ. W przemówieniu pełnym kontrowersji podważył sens istnienia samej Organizacji Narodów Zjednoczonych, nazwał zmianę klimatu „największym szwindlem w historii” i zaskoczył wszystkich nagłym wsparciem dla Ukrainy. Ale to nie wszystko. Do historii przejdzie też anegdota o… ruchomych schodach, które zatrzymały się w połowie drogi, a Trump, jak to Trump, zamienił ten incydent w pełnoprawną metaforę geopolityki.
„Jaki jest cel ONZ?” – Trump kwestionuje sens istnienia organizacji
Już na początku wystąpienia Trump nie szczędził gorzkich słów pod adresem ONZ. „Jaki jest cel Organizacji Narodów Zjednoczonych?” – zapytał retorycznie, wskazując, że nie doczekał się od instytucji żadnego uznania za swoje „osiągnięcia”. Zamiast medali czy pochwał, wspomniał o przykrym incydencie z ruchomymi schodami w siedzibie ONZ w Nowym Jorku. „Wszystko, co dostałem od ONZ, to ruchome schody, które w drodze na górę zatrzymały się w połowie” – relacjonował, gestykulując energicznie. Dodał, że gdyby nie „świetna forma” pierwszej damy Melanii Trump, mogłaby upaść: „Gdyby pierwsza dama nie była w świetnej formie, upadłaby, ale jest w świetnej formie. Oboje jesteśmy w dobrej formie”.
Incydent miał miejsce tuż po przybyciu pary prezydenckiej do siedziby ONZ we wtorek rano. Ruchome schody nagle stanęły, zmuszając Trumpa i Melanię do wspinaczki pieszo. Biały Dom zasugerował, że mogło dojść do sabotażu, a rzeczniczka Karoline Leavitt stwierdziła, że „ktoś z ONZ mógł próbować wystawić prezydenta na pośmiewisko”. ONZ szybko zareagowało, wyjaśniając, że zatrzymanie aktywowało wbudowany mechanizm bezpieczeństwa, prawdopodobnie wywołany przez operatora kamery z ekipy Trumpa. „To nie sabotaż, a standardowa procedura” – zapewniło biuro prasowe organizacji, dementując teorie spiskowe, które natychmiast zalały media społecznościowe.
Zmiana klimatu? „Największy szwindel w historii” i „zielony scam”
Dużą część przemówienia Trump poświęcił krytyce polityki klimatycznej, powtarzając swoje ulubione tezy. Zmianę klimatu nazwał „największym con jobem [oszustwem] ever perpetrated in the world [jakie kiedykolwiek popełniono na świecie]” i „hoaxem”, a odnawialne źródła energii okrzyknął „żartem” i „zielonym scamem”. „Jeśli nie odejdziecie od tego zielonego oszustwa, wasz kraj upadnie” –– ostrzegał światowych liderów, zwracając się przy tym bezpośrednio do przywódców z ponad 150 państw.
Oberwało się też wiatrakom i panelom solarnym – według Trumpa hamują one rozwój gospodarki, są brzydkie, drogie i oparte na „błędnych prognozach robionych przez głupich ludzi”
Eksperci klimatyczni nie pozostawili tych słów bez odpowiedzi. Prof. Chris Rapley z University College London nazwał je „dezinformacją”, podkreślając, że dane naukowe jednoznacznie potwierdzają kryzys klimatyczny. Trump, jak w przeszłości, ignorował fakty – np. dane pokazują, że wiatr i słońce napędzają wzrost gospodarczy bez szkody dla środowiska. Jego słowa wywołały falę krytyki, ale też aplauz wśród sceptyków zmian klimatycznych.
„Rdzewiejące wiatraki” – Trump wraca do ulubionego tematu
Trump ponownie wrócił do swojego ulubionego klimatycznego wroga – wiatraków. Według niego „rdzewieją”, „kosztują fortunę” i „psują widok z każdego pola golfowego”. Szczególnie tego w Turnberry, w Szkocji. Wcześniej mówił też o „szalejących wielorybach” i „truciu ptaków” – więc tym razem i tak było względnie spokojnie.
Analitycy z sektora energetycznego przypominają, że nowoczesne turbiny mają żywotność 20–25 lat, a technologie recyklingu i konserwacji są coraz bardziej zaawansowane.
Ale fakty to jedno – a polityka to drugie. Słowa Trumpa wystarczyły, by akcje europejskich firm OZE na chwilę poleciały w dół.
– „Trump walczy z wiatrakami jak Don Kichot. Z tą różnicą, że Don Kichot nie miał dostępu do kodów nuklearnych” – skomentował z przekąsem jeden z unijnych dyplomatów cytowany przez BBC.
Niejasne stanowisko wobec Ukrainy? Nagle – pełne wsparcie!
Największym zaskoczeniem była wypowiedź Trumpa na temat Ukrainy. Jeszcze niedawno mówił o szybkim zakończeniu wojny przez negocjacje z Putinem. Tym razem: zmiana tonu. – „Ukraina, z pomocą Unii Europejskiej, jest w pozycji, by odzyskać całą Ukrainę w jej oryginalnych granicach” – stwierdził.
Po spotkaniu z prezydentem Zełenskim dodał: – „Putin i Rosja są w dużych kłopotach ekonomicznych. To czas dla Ukrainy, by działać.”
W Kijowie przyjęto to z zadowoleniem – Zełenski pochwalił Trumpa jako „dobrze poinformowanego” i „konsekwentnego w przekazie”. Ale Kreml błyskawicznie zareagował: nazwał słowa Trumpa „szkodliwymi” i „eskalacyjnymi”. Rosyjskie MSZ oświadczyło, że „nie pozostaną one bez odpowiedzi”.
Czy to rzeczywisty zwrot w polityce USA? Niewykluczone. Czy przełoży się na więcej sprzętu i amunicji? To już inna sprawa.
Trump jak zawsze – nieprzewidywalny
Wystąpienie Donalda Trumpa na forum ONZ to mieszanka: retorycznego show (ruchome schody!), kontrowersji (klimat i wojna z wiatrakami), ataków na globalne instytucje i nieoczekiwanych zwrotów akcji (Ukraina). Czy to preludium do zmian w polityce USA? Świat wstrzymuje oddech. Jak zawsze z Trumpem – nigdy nie wiesz, co przyniesie następny tweet (albo post na Truth Social).
Dariusz Frach, thefad.pl / Artykuł przygotowany na podstawie doniesień z ABC News, NBC, AP, BBC, The New York Times, Time, The Guardian i innych wiarygodnych źródeł. thefad.pl nie ponosi odpowiedzialności za polityczne burze po lekturze.
Boimy się wojny z Rosją. Politycy podsycają strach, a media gonią za odsłonami
Obawa przed wojną z Rosją nie słabnie — przeciwnie, stała się codziennym tłem życia w Polsce. Już na początku roku sondaż United Surveys by IBRiS dla „Dziennika Gazety Prawnej” ujawnił, że największym lękiem Polaków jest wciągnięcie kraju w konflikt zbrojny oraz eskalacja działań na wschodzie Europy. Oba te zagrożenia wskazało po 51,6 procent respondentów. Znacznie mniej osób obawiało się kryzysu gospodarczego, problemów w ochronie zdrowia czy dezinformacji w przestrzeni publicznej.
Alarmy, które niczego nie wyjaśniają
Od wielu miesięcy media wielokrotnie informują o poderwaniu dyżurnych myśliwców i ogłoszeniu „najwyższej gotowości” w reakcji na rosyjskie ataki na Ukrainę oraz prowokacje, takie jak naruszanie przestrzeni powietrznej państw NATO, agresywne manewry na Bałtyku czy cyberataki wymierzone w infrastrukturę sojuszu. Takie depesze pojawiają się we wszystkich serwisach informacyjnych, choć w praktyce są to zwykle działania o charakterze rutynowym — element prewencji, a nie zapowiedź realnego ataku. Gdy brakuje tego wyjaśnienia, odbiorcy zostają z samym alarmistycznym nagłówkiem, który rodzi lęk i poczucie zagrożenia. W komentarzach pod artykułami często pojawia się zniecierpliwienie: „Co ja mam zrobić z tym komunikatem?” – pisał jeden z czytelników. Zamiast budować poczucie bezpieczeństwa, kolejne „pilne” newsy podsycają chroniczny stres informacyjny.
Retoryka polityczna i codzienny lęk
Nastroje społeczne dodatkowo wzmacniają wypowiedzi przedstawicieli władz. Wiceminister obrony Cezary Tomczyk w lipcu w Radiu ZET mówił o scenariuszu rosyjskiej agresji na 2027 rok. Premier Donald Tusk w Pabianicach z kolei stwierdził, że według ocen NATO i USA Rosja i Chiny mogą być gotowe do konfrontacji już za dwa lata.
Tego rodzaju deklaracje mają swoją logikę polityczną: to ostrzeżenie i mobilizacja. Jednak w warstwie społecznej wzmacniają obraz nieuchronnego zagrożenia, bez podania praktycznych wskazówek, jak się przygotować. W efekcie obywatele pozostają sami z poczuciem narastającego lęku.
Prawicowa retoryka: ostrzeżenia, które podsycają niepokój
Nie tylko rządzący przyczyniają się do eskalacji lęku. Prawicowa opozycja, skupiona wokół PiS, również aktywnie podkreśla zagrożenie ze strony Rosji — choć czyni to w innym kontekście, łącząc ostrzeżenia z krytyką obecnego rządu.
Były premier Mateusz Morawiecki w artykule z września 2025 pisał o „długim marszu” w obliczu rosyjskiej agresji. „Rosja nie zamierza kończyć wojny. Od pierwszego dnia inwazji Putin nie zrobił ani jednego kroku w stronę pokoju” – ostrzegał, nazywając Federację Rosyjską „państwem terrorystycznym” i apelując o natychmiastowe działania. W innym komentarzu dotyczącym naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie drony podkreślał, że Polska nie może bagatelizować żadnego sygnału agresji i powinna reagować zdecydowanie.
Strach, który nie zamienia się w działanie
Paradoks polega na tym, że mimo wysokiego poziomu niepokoju, niewiele osób realnie podejmuje działania. Owszem, rośnie zainteresowanie szkoleniami, a państwo inwestuje w programy obronne i cyberbezpieczeństwo, jednak w skali społecznej wciąż brakuje masowej edukacji.
Kursy kwalifikowanej pierwszej pomocy trwają kilkadziesiąt godzin, a ich koszt może wynieść nawet 1200–1700 zł, dlatego pozostają dostępne jedynie dla wąskiej grupy osób. Nawet imponująca liczba 16 tysięcy jednostek Ochotniczych Straży Pożarnych i ponad 245 tysięcy uprawnionych do działań ratowniczych nie zastąpi systemowego, powszechnego przeszkolenia. W efekcie przeciętny obywatel wciąż nie wie, gdzie szukać rzetelnych informacji ani jak zareagować w sytuacji realnego zagrożenia.
Polska w lustrze badań i analiz
Na tle Europy Polacy należą do społeczeństw najbardziej wyczulonych na zagrożenie ze strony Rosji. Według raportu „Security Radar 2025” aż 82 procent badanych w Polsce wskazało Moskwę jako główne źródło ryzyka dla kontynentu. To najwyższy wynik w całym regionie.
Do tego dochodzą wydarzenia ostatnich tygodni — incydenty z rosyjskimi dronami, które naruszyły polską przestrzeń powietrzną, czy międzynarodowe ćwiczenia wojskowe w pobliżu granic NATO. Sytuacja ta sprawiła, że w ramach misji „Eastern Sentry” brytyjskie RAF rozpoczęło regularne patrole nad Polską, a temat został podjęty w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.
Informacja kontra dezinformacja
Wszystko to dzieje się w otoczeniu medialnym, które sprzyja eskalacji emocji. Badania nad przekazem informacyjnym wskazują, że w relacjach z konfliktów dominuje narracja wojenna — dramatyzacja i alarmy — kosztem edukacji i poradnictwa. To nie tylko efekt „klikalności”, ale także naturalne podatności odbiorców: szybciej reagujemy na zagrożenie niż na spokojne wyjaśnienia.
Jednocześnie Polska staje się celem dezinformacyjnych operacji hybrydowych. Farmy trolli, które masowo komentują treści wojenne, doprowadziły część redakcji do wyłączenia komentarzy pod newsem o poderwaniu myśliwców. To konieczność techniczna, ale jednocześnie kolejny element wykluczający obywateli z rozmowy.
Państwo i społeczeństwo: wciąż brakująca układanka
Latem rząd przyjął zaktualizowany Krajowy Plan Zarządzania Kryzysowego oraz Program Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej na lata 2025–2026. To krok we właściwym kierunku, lecz raporty NIK wciąż wskazują poważne braki w łączności służb i koordynacji działań. Równocześnie cyberataki na szpitale i infrastrukturę krytyczną pokazują, że bezpieczeństwo to nie tylko kwestia militarna, ale i codzienna, obejmująca sektor cywilny.
Zamiast alarmów – poczucie sprawczości
Polacy mają prawo do obaw. Historia i geografia nie pozwalają na luksus beztroski. Jednak lęk, który nie prowadzi do działania, staje się paraliżem. Media, politycy i instytucje państwa mogą zmienić ten mechanizm: zamiast kolejnych „pilnych” komunikatów o poderwaniu myśliwców potrzebujemy jasnych wyjaśnień, edukacji i prostych instrukcji.
Dziś strach dominuje nad świadomością, a klikający alarmy wygrywają z informacją praktyczną. Jeśli jednak chcemy budować społeczną odporność, konieczna jest zmiana perspektywy — z narracji strachu na narrację sprawczości. Bo wojny nie da się zatrzymać nagłówkiem, ale można się na nią przygotować wiedzą i odpowiedzialnym komunikatem.
Dariusz Frach, thefad.pl / Źródło: PAP , media
Potężna laserowa broń antydronowa wchodzi do służby w Izraelu – koniec drogich rakiet?
17 września 2025 roku izraelskie Ministerstwo Obrony ogłosiło historyczny przełom: system Iron Beam – pierwsza na świecie w pełni operacyjna laserowa tarcza powietrzna – został uznany za gotowy do służby. To nie demonstracja, nie test – to realne wdrożenie nowej klasy broni, która może odmienić sposób prowadzenia wojny. I co ważniejsze: radykalnie obniżyć jej koszt.
Rewolucja w obronie powietrznej
Iron Beam to wysokoenergetyczny laser o mocy 100 kilowatów, opracowany przez izraelskie firmy Rafael Advanced Defense Systems i Elbit Systems. System został zaprojektowany do niszczenia rakiet, pocisków moździerzowych i dronów. Przechwytywanie celów za pomocą światła to już nie science fiction, ale rzeczywistość izraelskiej armii.
Prawdziwym przełomem nie jest jednak wyłącznie technologia, lecz ekonomia. Dla porównania, koszt jednego przechwycenia za pomocą Iron Dome – słynnego izraelskiego systemu rakietowej obrony powietrznej krótkiego zasięgu, który od ponad dekady chroni miasta przed rakietami i pociskami moździerzowymi – to nawet 50 tysięcy dolarów. Iron Dome wykorzystuje wystrzeliwane z wyrzutni pociski Tamir, które same w sobie są zaawansowaną i kosztowną technologią. Każdy przechwycony dron czy rakieta oznacza więc poważny wydatek. Wystrzał z Iron Beam? Od 2,5 do 10 dolarów – praktycznie tylko koszt zużytej energii elektrycznej. To fundamentalna zmiana w rachunku zysków i strat współczesnych konfliktów.
Jak działa laserowa tarcza
Sercem systemu jest zaawansowana optyka adaptacyjna, która kompensuje rozpraszanie wiązki laserowej w atmosferze. Energia z setek światłowodowych laserów skupiana jest w jednym punkcie, tworząc impuls zdolny zniszczyć cel oddalony nawet o dziesięć kilometrów. Zniszczenie następuje w ciągu kilku sekund.
W przeciwieństwie do systemów rakietowych, Iron Beam nie korzysta z klasycznej amunicji. Dopóki system jest zasilany, może prowadzić ogień nieprzerwanie, co czyni go szczególnie skutecznym podczas zmasowanych ataków.
Testy i pierwsze sukcesy bojowe
System był testowany w złożonych scenariuszach bojowych na południu Izraela. Skutecznie neutralizował różne typy celów, zarówno pojedyncze drony, jak i symultaniczne zagrożenia. W październiku 2023 roku uproszczona wersja Iron Beam zestrzeliła czterdzieści dronów Hezbollahu. Było to pierwsze w historii bojowe użycie broni laserowej tej klasy.
Według izraelskiego resortu obrony to ostatni kamień milowy przed pełną integracją systemu z istniejącą infrastrukturą: Iron Dome, Proca Dawida i Arrow. Pełne baterie Iron Beam mają zostać wdrożone do końca 2025 roku.
Nowa logika wojny
Współczesne konflikty stają się coraz bardziej asymetryczne. Grupy zbrojne inwestują w tanie drony i improwizowane rakiety, które do tej pory wymagały kosztownych odpowiedzi. Laserowa tarcza eliminuje tę ekonomiczną przewagę. Gdy państwo nie musi liczyć każdej przechwyconej rakiety, zyskuje nie tylko oszczędności, ale i strategiczną pewność działania.
Izraelski minister obrony Israel Katz podkreślił, że Iron Beam to nie tylko technologia, ale nowy sposób myślenia o obronie. W jego słowach: „To stawia Izrael w awangardzie światowych potęg technologicznych”.
Światowy wyścig laserowy
Choć Izrael jest liderem, nie jest osamotniony. Stany Zjednoczone wdrożyły już laserowe systemy HELIOS na swoich okrętach, a armia testuje mobilne platformy DE M-SHORAD na pojazdach Stryker. Chiny zaprezentowały system LY-1 do obrony przed dronami i rakietami. Wcześniej rozwijały mobilny Silent Hunter, wykorzystywany już w działaniach pokazowych. Indie testują system DURGA II o podobnej mocy do Iron Beam oraz lżejsze wersje antydronowe. Wielka Brytania rozwija system DragonFire, który ma wejść do służby w 2027 roku. Niemcy pracują nad rozwiązaniami laserowymi dla swojej marynarki wojennej.
Według prognoz, wartość globalnego rynku broni energetycznej wzrośnie z 7,1 miliarda dolarów w 2025 roku do ponad 15 miliardów w 2034. Chiny posiadają już ponad 23 procent udziału w tym rynku, wyprzedzając Stany Zjednoczone.
Broń jutra w codziennej służbie
Elbit Systems zapowiada kolejne warianty Iron Beam – mobilne wersje dla wojsk lądowych oraz systemy powietrzne. Możliwe jest też skalowanie mocy – zarówno w górę, dla zwalczania celów większego kalibru, jak i w dół, dla precyzyjnych zastosowań lokalnych.
Pozostają jednak pytania: jak system poradzi sobie w warunkach niekorzystnych pogodowo? Czy będzie skuteczny podczas długotrwałych, saturacyjnych ataków? Czy przeciwnicy opracują metody przeciwdziałania – takie jak powłoki refleksyjne, zakłócenia czy fałszywe cele?
Jedno jest pewne: świat właśnie przekroczył granicę, za którą broń laserowa przestaje być futurologią. Staje się codziennym narzędziem walki – szybkim, tanim i precyzyjnym. W czasach, gdy zagrożenia przychodzą z niskiego pułapu i niewielkim kosztem, to może być technologia, która zadecyduje o przewadze.
Dariusz Frach, thefad.pl / Źródło: Reuters, breakingdefense.com
Krzysztof Skiba: Piękne historie z prawicowego zoo

Krzysztof Skiba
Jimmy Kimmel, niezwykle popularny komik prowadzący komediowy show w amerykańskiej stacji ABC, został zawieszony po tym, jak powiedział kilka żartów o ekipie Trumpa. To ciekawe, że ci konserwatyści, którzy tyle ględzą o wolności słowa, nagle tracą poczucie humoru, gdy dochodzą do władzy. Dla fanatyków to jednak musi być szok. Ultranarodowcami kieruje koleś z żydowskim pochodzeniem, słynny, sejmowy pogromca żydowskiego świecznika. Na demonstrację poparcia Roberta Bąkiewicza przyszło trzynaście osób.
NIEBEZPIECZNI KOMICY
Jimmy Kimmel, niezwykle popularny komik prowadzący komediowy show w amerykańskiej stacji ABC, został zawieszony po tym, jak powiedział kilka żartów o ekipie Trumpa.
To nie pierwszy satyryk, któremu zamyka się usta w USA. To ciekawe, że ci konserwatyści, którzy tyle ględzą o wolności słowa, nagle tracą poczucie humoru, gdy dochodzą do władzy.
Komicy od zawsze okazują się dla skrajnej prawicy mocno niebezpieczni. Gdy PiS po raz pierwszy doszedł do władzy w 2006 roku, od razu wyrzucił z TVP satyryczny program Jacka Federowicza.
Przy drugim dojściu do władzy w 2016, Kurski wywalił z TVP już wszystkie kabarety.
Uwaga! Neo-Nówka, Kabaret Skeczów Męczących, Kabaret Ani Mru Mru, K2, czy Kabaret Młodych Panów i wiele innych. Dawajcie teraz mocno czadu, bo za dwa lata, jak wróci PiS, to żarty w mediach będzie opowiadał już tylko Błaszczak, Czarnek i Suski, no i Duduś w Kanale Zero.
PRAWDZIWY POLAK
Monika Braun, siostra Grzesia Gaśnicy, przedstawiła w dzienniku Fakt wyniki badań genetycznych.
Okazało się, że rodzina Braunów ma pochodzenie żydowskie. Dla mnie nie ma to żadnego znaczenia, bo mam świadomość, że stuprocentowi Polacy występują tylko w legendach i broszurkach ONR-u.
Przez ten kraj przetoczyły się liczne armie napoleońskie, pruskie, szwedzkie, rosyjskie, austriackie, a gościli tu uciekinierzy żydowscy z całej Europy, i nikt nie wie, z kim spały nasze prababki.
A ludy zawsze migrowały (ostatnio potwierdziły się badania, że Słowianie przybyli do Europy z dalekiego Wschodu), więc te wszystkie opowieści o czystych Polakach to jakieś bajki dla przygłupów.
Dla fanatyków to jednak musi być szok. Ultranarodowcami kieruje koleś z żydowskim pochodzeniem, słynny, sejmowy pogromca żydowskiego świecznika.
Coraz bardziej realna wydaje mi się spiskowa teoria mówiąca o tym, że cwani Judejczycy na czele polskich partii narodowych wsadzają swoich ludzi, aby ośmieszyć polski nacjonalizm.
W wypadku Chuligana Brauna, krzykliwego Grzesia Zadymiarza, ta idiotyczna teoria pasuje jak ulał.
SAMOTNY BĄK
Na demonstrację poparcia Roberta Bąkiewicza przyszło trzynaście osób.
Bąkiewicz był już raz skazany na prace społeczne, ale ułaskawił go Raper Duduś, gdy był prezydentem.
To jednak nie koniec kłopotów z prawem obrońcy mostu w Słubicach, którego nikt nie atakował.
Robert ma sprawy sądowe za pobicia kobiety, zniszczenie mienia i kilka innych pięknych czynów godnych narodowca.
Stąd demonstracja poparcia, która okazała się widowiskową klapą.
Może niech następnym razem do takiej demonstracji Kurski załatwi Robertowi statystów i „przypadkowych przechodniów”, których kiedyś masowo zatrudniał w TVP?
Kolesie od dwóch lat są przecież bezrobotni, a wiadomo, że krzyczeć i machać flagami potrafią.
Krzyszto Skiba






