Marcin Zegadło: Duda nie jest głupi, ale niepotrzebnie myśli, że jest mądry

Marcin Zegadło - poeta, publicysta
Domyślam się, że Andrzej Duda, niczym odrobinę zwariowany ministrant ufa, że Jan Paweł II nawoływałby dzisiaj do głosowania na Andrzeja Dudę w zbliżających się wyborach prezydenckich. Jeśli utraci swoje stanowisko i przestanie już być neurobiologiczną maszynką do składania podpisów, ktoś go jednak z tego rozliczy. A na rachunku będzie napisane - Trybunał Stanu.
Problem Andrzeja Dudy polega na tym, że nie jest to człowiek głupi, ale niepotrzebnie myśli, że jest mądry. Prowadzi to do śmieszności i to najczęściej wprost.
Prezydent Andrzej Duda: Krzyż to nasza najsilniejsza i najgłębsza wartość, to ponad tysiąc lat tradycji, która stanowi naszą tożsamość#wieszwięcej #Zaleszany pic.twitter.com/j5sSIj9PKP
— portal tvp.info 🇵🇱 (@tvp_info) June 6, 2020
I tak podczas spotkania ze swoim elektoratem w miejscowości Zaleszany w powiecie stalowowolskim, Andrzej Duda powiedział dwie rzeczy, które są charakterystyczne dla prowadzonej przez niego narracji, którą cechuje emocjonalna niedojrzałość i żenujące uproszczenie tworzące społeczną linię podziału na „bohaterów i zdrajców”.
Zatem, nawiązując do inskrypcji na pomniku Jana Pawła II w Zaleszanach (to ten papież od zamiatania pod dywan pedofilii w KK) Duda nazwał krzyż „pniem naszej kultury”. Doprawdy – Zagłoba i Longinus Podbipięta wzruszyliby się do łez, a ciężkie, lśniące tych łez krople, płynęłyby po ich ryngrafach z wizerunkiem Najświętszej Panienki.
Następnie, Andrzej Duda, cytując słowa Wojtyły i jego mocne „Nie lękajcie się„, dokonał swoistego zawłaszczenia postaci papieża Polaka dodając, że spodziewa się i ma nadzieję, że Wojtyła powiedziałby dzisiaj do tutaj zgromadzonych coś jeszcze, mianowicie „Damy radę!”.
Nie wiem czemu wspólnie z Wojtyłą mielibyśmy dawać radę, ale domyślam się, że Andrzej Duda, niczym odrobinę zwariowany ministrant ufa, że Jan Paweł II nawoływałby dzisiaj do głosowania na Andrzeja Dudę w zbliżających się wyborach prezydenckich.
Pominę bezbrzeżną megalomanię tego zawłaszczenia, było nie było jakiegoś tam symbolu, którym dla ogromnej ilości Polaków i Polek jest (niestety) JP II.
Z mojej perspektywy PiS wraz z satelitami mogą sobie ten symbol zawłaszczać i tapetować nim sumienia. Proszę bardzo. Miłego tapetowania.
Porażająca w tym „Damy radę!” jest małość tego zawłaszczenia.
Jego partykularność. Ponieważ, kiedy Wojtyła mówił to swoje „Nie lękajcie się” to jednak chodziło w tym o coś więcej, chodziło o wolność, chodziło o odwagę przeciwstawienia się totalitaryzmowi, chodziło o wartości, które wtedy wydawały się jeszcze nieść w sobie jakąś alternatywę, mogły nieść w sobie potencjał zmiany i stanowić siłę do wyjścia z moralnego letargu i relatywizmu, jaki niosła ze sobą rzeczywistość późnego PRL-u. A jeśli nie chodziło o to, to przynajmniej tak mogło zostać to zinterpretowane.
Tymczasem Duda, podpinając się żałośnie ze swoim „Damy radę” pod „Nie lękajcie się” Wojtyły, gra wyłącznie na siebie, a kieruje nim ogólnoustrojowe zesranie, że być może jeśli utraci swoje stanowisko i przestanie już być neurobiologiczną maszynką do składania podpisów, ktoś go jednak z tego rozliczy. A na rachunku będzie napisane – Trybunał Stanu.
I dlatego to jego „Damy radę!” nie jest po prostu głupie. Jest natomiast bezbrzeżne małe.
Marcin Zegadło
Wielka Brytania przekroczyła próg 40 tys. ofiar śmiertelnych pandemii. A końca kryzysu nie widać

Jakub Krupa
Wielka Brytania przekroczyła próg 40 tys. ofiar śmiertelnych pandemii koronawirusa – dwa razy więcej niż spodziewali się doradcy rządu. A to nie koniec tego kryzysu.

Choć w Wielkiej Brytanii liczba nowych przypadków, hospitalizacji i ofiar w ostatnich tygodniach regularnie spada, to wciąż utrzymuje się na najwyższym poziomie w Europie. Główny program telewizji publicznej BBC wyemitował nawet obrazową statystykę. Według której tylko jednego dnia więcej osób zmarło z powodu koronawirusa w Wielkiej Brytanii niż w 27 państwach Unii Europejskiej.
W kontekście niedokończonego brexitu (negocjacje ws. przyszłych relacji utknęły w martwym punkcie) takie zestawienie było dla wielu Brytyjczyków szczególnie bolesne. Część komentatorów wytykała, że było też nieprawdziwe i nie uwzględniało niejasnych metodologii lub zmian w liczeniu ofiar w niektórych krajach UE.
Niezależnie od ich skarg, faktem pozostaje to, że Wielka Brytania jest najbardziej dotkniętym krajem w Europie i drugim na świecie za Stanami Zjednoczonymi.
Johnson broni działań rządu, ale nie ukrywa kryzysu
– Biorę pełną odpowiedzialność za to, w jaki sposób ten rząd walczył z koronawirusem i jestem bardzo dumny z naszych działań – przekonywał w parlamencie Boris Johnson. Jak podkreślał, w ciągu ostatnich miesięcy władzom w Londynie udało się osiągnąć „bardzo istotne” cele.
– Ochroniliśmy (publiczną służbę zdrowia) NHS, obniżyliśmy wskaźnik śmiertelności. Obserwujemy coraz mniej przyjęć do szpitali. Wierzę, że opinia publiczna rozumie, że z dobrym, brytyjskim zdrowym rozsądkiem będziemy dalej pokonywać tego wirusa” – wyliczał. Szef rządu nie był jednak w stanie ukryć obaw o to, w jakim stanie będzie brytyjska gospodarka i społeczeństwo po wyjściu z obecnego kryzysu.
Występując na konferencji prasowej na Downing Street, Johnson przyznał wprost: – Obawiam się, że w tragiczny sposób dojdzie do wielu, wielu zwolnień i to jest nieuniknione. Deklarował jednocześnie, że jego rząd „będzie tak aktywny i interweniujący (w gospodarkę), jak w trakcie obowiązywania ograniczeń”, gdy ogłosił wyceniane na ponad sto miliardów funtów programy wsparcia miejsc pracy, przedsiębiorców i samozatrudnionych.
Optymizm ustępuje naukowej ostrożności
Początkowo przedstawiciele Downing Street przekonywali, że przy odpowiednim planowaniu gospodarka może liczyć na szybkie odbicie i powrót do stanu sprzed wybuchu pandemii. Powolne zmiany w nastrojach konsumenckich po pierwszej fazie znoszenia ograniczeń sugerują jednak, że Brytyjczycy wciąż nie są przekonani, że najgorsze już za nimi i są znacznie ostrożniejsi niż chciałby tego rząd.
Już od poniedziałku 8 czerwca na nowo otworzą się gabinety dentystyczne. Od przyszłego tygodnia klientów przywitają tysiące sklepów, w tym odzieżowych, obuwniczych, elektronicznych czy sportowych. Od lipca niektóre restauracje i puby. Według modeli przygotowanych przez doradców Johnsona miałoby to pozwolić na zastrzyk gotówki dla stojących w miejscu biznesów i pobudzić gospodarkę po trzech miesiącach wyciszenia.
Uwaga na wskaźnik R
Cieniem na te plany kładą się jednak obawy dotyczące wskaźnika R – reprodukcji wirusa. Według najnowszych modeli może nawet w niektórych częściach kraju przekraczać poziom 1. Oznaczałoby to, że pandemia przyspiesza, a nie zwalnia.
Badania Uniwersytetu w Cambridge i Public Health England sugerują, że taka sytuacja może mieć miejsce na północnym i południowym zachodzie kraju. Oficjalnie wskaźnik dla całego Zjednoczonego Królestwa wciąż mieści się w przedziale od 0,7 do 0,9. Naukowcy jednak od ponad tygodnia ostrzegają, że oscyluje on niebezpiecznie blisko progu, którego przekroczenie groziłoby drugą falą zachorowań.
Problem ze wskaźnikiem R jest jednak taki, że nie da się go łatwo wyliczyć. Jest on szacowany na podstawie kilku różnych modeli, opartych o zestaw danych, z których wiele jest obarczonych sporym marginesem błędu. Minimalne różnice w jego realnej – nikomu nieznanej – wartości mają jednak zasadnicze przełożenie na dalszy przebieg pandemii. Gdyby R rzeczywiście wynosiło jedynie 0,5 to koronawirus powinien zasadniczo zniknąć z Wielkiej Brytanii przed końcem czerwca; 0,7 wydłuża ją do sierpnia, a 0,9 – aż do listopada.
Przekroczenie 1,0 przeciągnie obecny kryzys do przyszłego roku. Każdy odsetek powyżej tej liczby – wywołuje drugi szczyt zachorowań, co z kolei przełoży się na tysiące kolejnych ofiar śmiertelnych.
Rząd w politycznym szpagacie
W przeciwdziałaniu pandemii ma pomóc m.in. wprowadzony przez rząd obowiązek – już nie rekomendacja – noszenia masek w transporcie publicznym i szpitalach. Od 8 czerwca osoby wjeżdżające do Wielkiej Brytanii będą także zmuszone poddać się obowiązkowej dwutygodniowej kwarantannie.
Jednocześnie władze w Londynie przyglądają się innym rozluźnieniom reżimu sanitarnego, jak np. zmniejszeniu wymogu dwumetrowego odstępu pomiędzy osobami do półtora metra (jak w Niemczech czy Portugalii) lub nawet metra (jak w Chinach czy Francji).
Badacze przekonują, że zachowanie większego odstępu zmniejsza margines błędu. Przyznają jednak, że odbywa się to kosztem gospodarki. Rozluźnienie przepisu podwoiłoby np. liczbę dostępnych siedzeń w teatrze lub stołów w restauracji, a co za tym idzie potencjalnych przychodów.
Tego typu próby godzenia sprzecznych interesów zdefiniują skuteczność kolejnego etapu brytyjskiej reakcji na koronawirusa. Choć oparte o rekomendacje naukowe, w większości będą to jednak decyzje polityczne. To ma o tyle znaczenie, że rząd Borisa Johnsona jest coraz głośniej krytykowany za błędy popełnione w pierwszej fazie reakcji na obecny kryzys. Oskarżany jest m.in. o zbyt późne wprowadzenie ograniczeń społeczno-gospodarczych, co pozwoliło na szersze rozprzestrzenienie się wirusa niż w kontynentalnej Europie.
Miejsca na popełnienie drugiego błędu jest bardzo mało.
REDAKCJA POLECA
W Polsce wróg ma twarz lesbijki

Jacek Lepiarz
W Polsce toczy się „Kulturkampf” między odrzucającymi nowoczesność narodowymi konserwatystami a siłami liberalnymi. Spór o strefy wolne od LGBT to jeden z przejawów tej walki głęboko dzielącej kraj – pisze „Der Spiegel”.
Kiedyś były strefy wolne od Żydów teraz @GPtygodnik jako dodatek do gazety rozdeje naklejki „Strefa Wolna Od LGBT”. Szczucie na LGBT trwa i nadal jest bezkarne 😡 ‼️#LGBT#GazetaPolska#Pride2019 pic.twitter.com/tNf7POUtfM
— Ksymena Matysek #Biedron2020 #Lewica 🇪🇺🇵🇱 (@KsymenaMatysek) July 18, 2019
We wschodniej Polsce już prawie sto gmin mobilizuje mieszkańców do walki z homoseksualizmem – pisze Jan Puhl w najnowszym wydaniu niemieckiego tygodnika „Der Spiegel”. Niemiecki dziennikarz przedstawia poglądy przeciwników LGBT na przykładzie radnego ze Świdnika Radosława Brzózki.
Brzózka studiował teologię, był nauczycielem, a dziś pracuje w zarządzie powiatu i zasiada w lokalnym parlamencie – czytamy w „Spieglu”. Właśnie to gremium, przy dwóch głosach sprzeciwu, wypowiedziało się przeciwko „rzekomej ofensywie ideologii LGBT” i „homo-propagandzie”.
„Przykład Świdnika chwycił” – ponad 90 samorządów uchwaliło podobne deklaracje. Przeciwnicy tej akcji wydrukowali tablice z napisem „Strefa wolna od LGBT” i zdjęcia tych tablic rozwiesili przy wjazdach do miejscowości, które przyjęły deklaracje przeciwko LGBT.
Świdnik dał przykład
„Mały Świdnik rozniecił Kulturkampf, którym obecnie zajmuje się cała Polska. Nie chodzi przy tym tylko o los gejów i lesbijek, lecz o pytanie: jak liberalna, jak otwarta ma być Polska” – stwierdza Puhl. Jak zaznacza, konflikt „dzieli cały kraj”. „Po jednej stronie stoją zwolennicy narodowo-konserwatywnego rządu PiS z Jarosławem Kaczyńskim, po drugiej – partie liberalne i były premier Donald Tusk” – tłumaczy niemiecki dziennikarz.
Na dzisiejszy marszu „pokutnym” w Białymstoku uczestnicy mieli naklejki „strefa wolna od LGBT”. Ciekawe kto im je dostarczył? pic.twitter.com/nba8Xw6Q0W
— Jack #CSB (@zKaszebe) July 21, 2019
„Kaczyński pragnie silnego państwa, które kontroluje narodową pamięć, dobrobyt, a także moralność swoich obywateli. Dlatego radykalnie przebudowuje wymiar sprawiedliwości. Liberałowie są temu przeciwni, domagają się swobody dla wszystkich” – czytamy w „Spieglu”.
Dla ludzi w rodzaju konserwatysty Brzózki, homoseksualiści są „symbolem wyzwań nowych czasów” – nowoczesności, która kwestionuje wszystko, co jest mu drogie – wiarę, rodzinę, tradycję. „Chce się za wcześnie seksualizować nasze dzieci, kwestionuje się prawo rodziców do wychowywania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami” – cytuje radnego ze Świdnika „Der Spiegel”. Dlatego związki jednopłciowe nie mogą być zrównane z małżeństwem, nie mówiąc już o prawie do adopcji dzieci.
Ksiądz katolicki. Czy umieści naklejkę „Strefa wolna od #LGBT” na drzwiach do kościoła? pic.twitter.com/bA8Qpcqg1p
— Sławomir Potapowicz #Trzaskowski2020 🇵🇱 🇪🇺 (@S_Potapowicz) July 18, 2019
Według Brzózki ideologię LGBT wymyślił „międzynarodowy, rewolucyjny, neomarksistowski ruch, który chce stworzyć nowego człowieka”.
Dziewczyna o niebieskich włosach
„Der Spiegel” przeciwstawia Brzózce Honoratę Sadurską z Końskowoli. „Ma niebieskie włosy i różowy samochód, co w jej miejscowości położonej 60 km od Świdnika jest jasną deklaracją” – pisze Puhl. 26-letnia lekarka weterynarii była „zawsze inna niż wszyscy”. Na bramie swojego ogrodu umieściła tablicę „Teren zarazy”, co jest nawiązaniem do słów pewnego biskupa (arcybiskupa Marka Jędraszewskiego), który nazwał homoseksualizm „tęczową zarazą”.
Puhl cytuje Sadurską, że po przyjęciu deklaracji przeciwko LGBT nastroje w jej mieście uległy pogorszeniu. „Pojemnik z gazem do obrony to konieczność. Bez tego nie wychodzę wieczorem z domu. Odrzucenie, nagabywanie, głupie uwagi – codzienna dyskryminacja została usankcjonowana odgórnie” – mówi.
Filozof w czerwonych butach
Na wschodzie Polski, w przeciwieństwie do Warszawy, niemal nie istnieje jawne życie gejów i lesbijek – pisze dziennikarz „Spiegla”. Zastrzega, że są od tej zasady wyjątki. Jako przykład osoby, która „nie chce się ukrywać”, wskazuje na Tomasza Kitlińskiego, który „spaceruje w żółtej koszuli, czerwonych butach i szalu w kolorach tęczy po ulicach Starego Miasta w Lublinie”. Profesor filozofii należy do intelektualnej elity ruchu LGBT w Polsce.
„Kitliński żyje w innym świecie niż Radosław Brzózka. Jego wartością jest różnorodność” – czytamy w „Spieglu”. „W Lublinie przez stulecia mieszkali razem katolicy, protestanci, żydzi i prawosławni” – mówi Kitliński. Otwartość jest dla niego częścią polskiej tradycji.
Lęk przed zmianami
Kiedy w Lublinie głosowano nad oświadczeniem przeciwko LGBT, Kitliński demonstrował z transparentem „Jesteśmy ludźmi, a nie ideologią”. Wojewoda z PiS odpowiedział mu: Nie może być równości między dobrem a złem.
Homofobiczne deklaracje ze Świdnika i innych konserwatywnych miejscowości mogą być dopiero początkiem – obawiają się aktywiści LGBT. Nie wykluczają, że wzorem Rosji, narodowo-konserwatywny rząd w Polsce uchwali ustawę o zakazie wspierania homoseksualizmu, co pozwoliłoby na zakazanie gejowskich demonstracji.
Polskie społeczeństwo jest właściwie tolerancyjne. Za deklaracjami przeciwko LGBT stoi strach przed zmianami. „(Te siły) obawiają się zmian, obawiają się nowoczesności, ale jej nie da się zatrzymać” – cytuje Kitlińskiego na zakończenie analizy „Der Spiegel”.
REDAKCJA POLECA
Brexit. „Brak postępu w negocjacjach. Jakie motywy kierują Brytyjczykami?”

Tomasz Bielecki
„Żadnego postępu w negocjacjach. Nie rozumiem, jakie motywy kierują Brytyjczykami. Tego nie można tak ciągnąć” – tak Michel Barnier podsumował kolejną rundę rozmów o pobrexitowej umowie handlowej UE-Londyn.

Wielka Brytania pomimo brexitu nadal funkcjonuje w UE, jakby była krajem członkowskim, jednak bez prawa głosu we wszystkich instytucjach unijnych. Taki pobrexitowy okres przejściowy przewidziano do końca tego roku z możliwością przedłużenia o maksymalnie dwa lata, jeśli – precyzyjnie określa to umowa rozwodowa między Londynem i UE – obie strony uzgodnią to przed końcem czerwca.
– My w Unii pozostajemy otwarci na taki wariant. Wielka Brytania odrzuca jednak możliwość przedłużenia okresu przejściowego. Jeśli w najbliższych miesiącach nie wypracujemy nowej umowy, to Brytyjczycy z końcem grudnia wypadną ze wspólnego rynku i z naszej unii celnej – powiedział Michel Barnier, główny unijny negocjator umowy z Londynem.
Bruksela zastrzega, że umowa handlowa między Unią i Wielką Brytanią musi być wynegocjowana w ciągu pięciu miesięcy, aby obie strony zdążyły ją zatwierdzić przed końcem roku.
UE chce, by przyszłe stosunki gospodarcze były zgodne z priorytetami zawartymi w dołączonej do brexitowej umowy rozwodowej „deklaracji politycznej” przegłosowanej przez Izbę Gmin oraz popartej przez Parlament Europejski. „Deklaracja”, która przygotowuje grunt pod wzajemny handel bez żadnych ceł i bez kwot eksportowych, nie ma wiążącej mocy w prawie międzynarodowym. Barnier podkreśla jednak, że „przecież negocjował ją sam premier Johnson”.

– A teraz Brytyjczycy z rundy na rundę starają się coraz bardziej zdystansować od ustaleń z „deklaracji politycznej”. A my nie możemy i nie zaakceptujemy wycofania się z deklaracji politycznej – powiedział Barnier po zakończeniu czwartej tury rozmów (za pomocą telekonferencji). Wyliczał kilka punktów tego tekstu „wynegocjowanego przez Borisa Johnsona”, na które teraz nie godzi się rząd Wielkiej Brytanii.
David Frost, brytyjski odpowiednik Barniera, odpierał te zarzuty, tłumacząc w Londynie, że wprawdzie nadal trzyma się wizji pobrexitowych relacji z Unią z „deklaracji politycznej”, ale to nie znaczy, że jej wszystkie elementy „muszą być przełożone na prawnie wiążący traktat” z Unią.
Brytyjski dumping?
Najbardziej zapalnym punktem jest postulat UE, by w przyszłej umowie z Londynem zagwarantować – zgodnie z „deklaracją polityczną” – „równe zasady gry” („level playing field”), czyli nieobniżanie przez Londyn kluczowych standardów m.in. w dziedzinie ochrony środowiska, prawa pracy, polityki klimatycznej, rzetelnego opodatkowania. Gdyby Brytyjczycy odeszli od „równych zasad”, pozwoliłoby im to na obniżanie kosztów produkcji. Przykładowo brytyjska stalowa rura byłaby z góry tańsza w produkcji od wytwarzanej przy unijnych wyśrubowanych standardach ekologicznych. Taka sytuacja przy handlu bez ceł i bez kwot eksportowych tworzyłoby – jak przekonuje Bruksela – nierzetelną konkurencję dla firm z UE.
– Czasem robi się ze mnie dogmatyka równych zasad gry. Jestem jednak pragmatykiem, bo tu chodzi o ochronę przed dumpingiem, który dotknąłby setek tysięcy miejsc pracy w UE – powiedział Barnier.
Unia i Wielka Brytania podzielają ambicje w sprawie walki z kryzysem klimatycznym. Lecz nawet w tej – jak tłumaczył urzędnik UE zaangażowany w rozmowy z Londynem – „mało kontrowersyjnej dziedzinie” nie udało się dojść do zgody co do „równych zasad gry”. Podczas tej rundy rozmów nawet nie poruszono – bodaj najtrudniejszej – kwestii „równych zasad” w dziedzinie pomocy publicznej, czyli – mocno regulowanego przez Brukselę – wsparcia państwa dla firm, które może zaburzyć wolną konkurencję rynkową.
Czy Johnson chce umowy?
Pomimo dwóch dni rozmów o rybołówstwie podczas ostatnich rozmów negocjacyjnych nie udało się też dojść do porozumienia o kwotach połowowych, pomimo i Unia przed paru miesiącami zastrzegała, że w tej sprawie potrzebuje kompromisu do końca czerwca. Rybołówstwo to nie tylko papierek lakmusowy dobrych intencji obu stron, ale też kwestia drażliwa politycznie dla Francji, Belgii czy Holandii, gdzie rybactwo (wraz ze związanym z nim przetwórstwem) jest oparte na – wzajemnym z Brytyjczykami – swobodnym dostępie do łowisk. Barnier sygnalizował dziś gotowość Unii do pewnych ustępstw co do ryb, ale Londyn jeszcze na to nie odpowiedział.

Zakończenie pobrexitowego okresu przejściowego bez nowej umowy o stosunkach gospodarczych między Unią i Wielką Brytanią byłoby bardzo kosztowne dla obu stron, jednak zdecydowanie dotkliwsze dla Londynu. – Postępy negocjacji są bardzo ograniczone, ale rozmowy były bardzo pozytywne w tonie. Będziemy pracować na rzecz pozytywnego rezultatu – powiedział główny brytyjski negocjator Frost.
Sęk w tym, że po unijnej stronie wcale nie pewności, czy Boris Johnson naprawdę chce porozumienia. Być może premier Wielkiej Brytanii liczy, że uda mu się wyrwać od Unii większe ustępstwa podczas planowanego na najbliższe tygodnie spotkania z szefową Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen i przewodniczącym Rady Europejskiej Charlesem Michelem, a potem przeciągając rokowania do ostatniej chwili.
Niektórzy eksperci – w tym pracujący dla unijnej Brukseli – nie wykluczają, że Johnson dąży do pełnego uwolnienia się od „równych zasad gry” i liczy, że pierwsze uderzenie gospodarcze po okresie przejściowym zostałoby – przynajmniej w oczach brytyjskich wyborców – przyćmione przez koronakryzys.
REDAKCJA POLECA
Krzysztof Skiba: Władza ma już pełno w gaciach. Nie dajmy im dobiec do kibla

Krzysztof Skiba
Tak... obaliliśmy komunę, ale ona wróciła przebrana za PiS i skacze nam po głowie i po całym kraju. Demokracja, którą stworzyliśmy okazała się krucha. Pozwoliliśmy, aby Kościół zrobił sobie z Polski własną kolonię. Pozwoliliśmy, aby różni dranie doili ten kraj. A teraz pozwalamy, aby Gang Kolekcjonera Kotów, na naszych oczach przekształcał kraj w worek treningowy. Jesteśmy jak te nieszczęsne konie z Janowa Podlaskiego, które dawno temu wygrywały wszystkie konkursy, a teraz zdychają
Do kolegów opozycjonistów z czasów PRL
Dziś kolejna rocznica „półwolnych” wyborów 4 czerwca 1989 roku, kiedy to po ustaleniach Okrągłego Stołu, komuniści dopuścili opozycję z Solidarności do zabawy wyborczej i szybko przegrali jak Artur Szpilka swoje ostatnie walki na ringu.
I znów przez Internet i media przeleją się kombatanckie wspominki. Nie zabraknie zdjęć Wałęsy, Geremka i Mazowieckiego.
Tu i ówdzie pojawi się słynny plakat z Gary Cooperem z filmu „W samo południe” który z kartką wyborczą i ze znaczkiem „Solidarność” idzie pogonić złych ludzi. I dobrze. Fakty historyczne trzeba przypominać, a sentymentalne kombatanctwo, jeśli nie jest nachalne nikomu specjalnie nie zaszkodzi.

Było biednie i marnie, ale ku zaskoczeniu komunistów Solidarność wygrała wszystko, co było wówczas do wzięcia. Kolejne wybory były już w pełni demokratyczne, a komuna zdechła w swej znanej jako PZPR postaci.
Nie wdając się w spory, czy można było więcej i czy aby na pewno, to były choć trochę wolne wybory, mam do dawnych kolegów z opozycji skromny apel.
Dziś, gdy dziewczyna samotnie demonstrująca z plakatem i rowerem pod radiową Trójką jest zamykana przez policję, dziś, gdy uczestnicy Strajku Przedsiębiorców są gazowani i pałowani w centrum Warszawy, gdy jak za PRL demonstrantów z opozycyjnych manifestacji przesłuchuje się godzinami na komisariatach, poniża i każe rozbierać do naga, gdy niewidomy będący uczestnikiem protestu, brutalnie odłączony zostaje od osoby się nim opiekującej, jest wywożony kilkadziesiąt kilometrów poza miasto i wreszcie, gdy wszyscy przeciwnicy władzy są w państwowej telewizji opluwani i niszczeni jako „gorszy sort” „niemieckie sługusy” czy „zdrajcy narodu”, to może wstrzymajmy się z tymi sążnistymi artykułami o walce z komuną i o tym, jak odważni byliśmy w czasach generała Jaruzelskiego.
Tak… obaliliśmy komunę, ale ona wróciła przebrana za PiS i skacze nam po głowie i po całym kraju.
Demokracja, którą stworzyliśmy okazała się krucha i garbata. W imię podziękowań za papieża, za sprzyjanie opozycji i pomoc w PRL pozwoliliśmy, aby Kościół i Watykan zrobił sobie z Polski własną kolonię. Pozwoliliśmy, aby różni dranie doili ten kraj na lewo i prawo. A teraz pozwalamy, aby Gang Kolekcjonera Kotów, na naszych oczach przekształcał kraj w worek treningowy.
Jesteśmy jak te nieszczęsne konie z Janowa Podlaskiego, które dawno temu wygrywały wszystkie konkursy, a teraz zdychają, głodują i spadły do piątej ligi, ale ciągle myślą, że nadal są piękne i fajne, bo żyją wspomnieniami.
Kombatanctwo szkodzi! Ordery już dawno rozdane! Czas jak za komuny bronić wolności i splunąć diabłu w oko. Władza ma już pełno w gaciach. Nie dajmy im dobiec do kibla.
Krzysztof Skiba
Całą płytę można już ściągnąć KLIKAJĄC TUTAJ >>>

Jurek Owsiak już przeczytał! A ty?
„Skiba ciągle na wolności” czyli ponad 500 stron barwnych historii o polskim rocku, trasach Big Cyca, kulisach Lalamido, organizacji nielegalnych happeningów, więzieniu w czasach PRL, o kretynizmach show biznesu i o tym jak optymistycznie i z uśmiechem iść przez życie.
Uwaga! Okazja!
Takich cen jeszcze nie było! W związku z pandemią Wydawnictwo SQN RADYKALNIE obniżyło ceny książek. Zamówienia pod tym linkiem: „Skiba ciągle na wolności”
Złotówka czy euro? Z którą walutą w portfelu łatwiej przetrwać koronakryzys?

Aureliusz M. Pędziwol
Czy miliardy na walkę z koronakryzysem skuszą rządy do zamiany forinta, korony, leja lub złotego na euro, czy też górę wezmą zalety posiadania własnej waluty?

Recesja, wzrost bezrobocia, zubożenie – to oczywiste skutki pandemii. Koronakryzys będzie kosztować gigantyczne pieniądze i nie skończy się tak nagle, jak przyszedł. Stanęły całe sektory światowej gospodarki, zwłaszcza usługi – głównie te związane z podróżowaniem. Ale także produkcja, w tym przemysł motoryzacyjny.
Kolejne rządy ogłaszają kosztowne programy, których celem jest łagodzenie odczuwanych skutków kryzysu i zapobieganie jeszcze gorszym jego następstwom. To drastycznie pogłębi deficyty budżetowe, ale tym się nikt nie przejmuje. Problemem nie jest, czy się zadłużyć, tylko jak zrobić to najtaniej.
Wielkie pieniądze
W UE uprzywilejowani pod tym względem są członkowie unii walutowej, czyli eurolandu. Kraje dysponujące własnym pieniądzem płacą bowiem więcej za obsługę swych długów.
– Ta różnica wynika z międzynarodowej roli euro, potencjału Europejskiego Banku Centralnego (EBC) do finansowania rządów i banków oraz dostępu do specjalnych mechanizmów ratunkowych – wyjaśnia ekonomista Sebastian Płóciennik z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM), specjalizujący się w badaniach gospodarki niemieckiej oraz integracji gospodarczej w Europie.
Już 18 marca rada EBC postanowiła uruchomić 750 miliardów euro w ramach Pandemicznego Programu Zakupów Nadzwyczajnych (PEPP) na wykup obligacji państwowych i prywatnych z państw eurolandu. Ponadto mają one do wyłącznej dyspozycji kolejnych 500 miliardów na kredyty z Europejskiego Mechanizmu Stabilności (ESM). – Z tej kwoty wydzielono już 240 miliardów euro na elastyczne pożyczki na walkę ze skutkami pandemii – podkreśla ekspert PISM.
Wsparcie dla reszty
Nie tylko członkowie unii walutowej mogą liczyć na pomoc, gdy znajdą się w tarapatach. Państwom spoza eurolandu mającym problemy z bilansem płatniczym artykuł 143 Traktatu z Lizbony obiecuje wsparcie, z którego będą mogły teraz skorzystać. Przeznacza się na to 50 miliardów euro. To jednak zaledwie 10 procent tego, co dzięki ESM mają do dyspozycji państwa strefy euro. Tymczasem poza nią żyje niemal co czwarty obywatel UE i wytwarzane jest jedna siódma unijnego PKB. A poza tym, zdaniem Płóciennika, dostęp do tych pieniędzy może być trudniejszy niż w wypadku funduszy z ESM dla państw eurolandu.
Do tego ma jeszcze dojść część z kolejnych 750 miliardów tworzonego właśnie Funduszu Odbudowy – o ile faktycznie powstanie. Te pieniądze przeznaczone są dla tych, którzy najbardziej ucierpieli wskutek pandemii, i zostaną podzielone na całą Unię. Większość z nich trafi też do eurolandu.
Wielkie pieniądze dla państw strefy euro są niewątpliwie pokusą, by zastąpić wreszcie swój własny pieniądz europejskim.
Czy dewaluacja zaszkodzi?
Własna waluta też ma swoje zalety. Jej największym atutem jest możliwość dewaluacji, czyli obniżenia ceny eksportowanych towarów i usług. Po roku 2008 pozwoliło to Polsce uniknąć recesji.
– Dewaluacja może jednak odstraszyć inwestorów i zwiększyć koszt obsługi długu zagranicznego, a także stać się przyczyną zarzutów ze strony państw strefy euro o nieuczciwe konkurowanie na wspólnym rynku – uważa Płóciennik. – Te zaś mogą zareagować próbą ochrony własnego rynku bądź nawet nakłaniać Komisję Europejską i Radę do wszczęcia procedury nierównowagi makroekonomicznej (MIP).
Instrument ten został stworzony w 2011 roku. Może zostać uruchomiony, gdy któryś z członków Unii wypadnie z bezpiecznego przedziału dla choćby jednego z kilkunastu wskaźników, na przykład właśnie kursu waluty.
– Dewaluacja może zatem być o wiele mniej komfortowym narzędziem niż kiedyś – twierdzi Płóciennik w rozmowie z DW. – Skoro Holandia jest atakowana za bycie „rajem podatkowym”, to i kraje, które będą poprawiać konkurencyjność dewaluacją, będą musiały się liczyć z krytyką.
Obopólne korzyści
Prezes firmy doradczej Capital Strategy Stefan Kawalec nie widzi powodu, aby osłabienie waluty miało uruchomić MIP. – Osłabienie walut wielu krajów spoza strefy euro, zarówno podczas kryzysu po roku 2008, jak i obecnej pandemii, nie było efektem decyzji o dewaluacji, lecz procesów rynkowych, a konkretnie odpływu kapitału zagranicznego – mówi w wywiadzie dla DW ekonomista, który w 1989 roku był współtwórcą planu Balcerowicza, a w latach 1991-1994 wiceministrem finansów.
Konkurencyjność państwa wcale nie musi być szkodliwa dla jego partnerów: – Dzięki temu, że gospodarka polska jest konkurencyjna, firmy niemieckie mogą obniżać koszty lokując produkcję komponentów w naszym kraju. Gdyby nasza gospodarka była niekonkurencyjna, trzeba byłoby tłumić popyt wewnętrzny, aby ograniczyć deficyt handlu zagranicznego. Tymczasem dzięki silnemu popytowi wewnętrznemu Polska jest chłonnym odbiorcą niemieckiego importu. Obroty handlowe między Polską a Niemcami rosną z obopólną korzyścią. Obie strony są zadowolone i, co ciekawe, każda z nich uważa, że ma nadwyżkę handlową z partnerem – podkreśla Kawalec.
Według niemieckiego Federalnego Urzędu Statystycznego ubiegłoroczne wywozy z Niemiec do Polski przewyższały przywozy o 8,1 miliardów euro, natomiast zdaniem polskiego GUS to polski eksport do Niemiec górował nad importem i to aż o 14,2 miliardów euro.
Bałkany chcą euro
Co najmniej trzy z ośmiu państw UE spoza eurolandu chciałyby dołączyć do tego klubu. Bułgaria dwa lata temu, a Chorwacja przed rokiem złożyły wnioski o przystąpienie do mechanizmu kursów walutowych ERM II, w którym trzeba wytrwać dwa lata, by przejść na euro. Rumunia chciałaby stać się członkiem strefy w 2024 roku. Również Węgry, jak twierdzi Płóciennik, choć deklarują pozostanie przy własnej walucie, mogą dość szybko zmienić stanowisko, czemu sprzyja wysokie wsparcie ich społeczeństwa dla euro.
10 kwietnia bułgarski premier Bojko Borisow zapowiedział dodatkowe przyspieszenie. – Koronakryzys pokazał, że państwa, które są w strefie euro i „poczekalni” do niej, mają miliardy na odbudowę. Te, których tam nie ma, muszą się zadłużać na wyższy procent – tłumaczył dziennikarzom.
Potrzebna nowa ustawa Wilczka, nie euro
– Bogactwo społeczeństw Polski, Czech i innych państw nie weźmie się ze zmiany koloru farby na banknotach – ironizuje Andrzej Sadowski, założyciel wolnorynkowego think tanku Centrum im. Adama Smitha.
– Polska będzie w lepszej sytuacji, gdy rząd przeprowadzi tak daleką deregulację, jak w ustawie Wilczka z 1988 roku – mówi. Od lat usiłuje przekonać do tego kolejne ekipy rządowe. – I gdy wprowadzi moratorium na te unijne dyrektywy, które przeszkadzają w działalności gospodarczej – dodaje.
Ustawa o działalności gospodarczej zaproponowana przez ówczesnego ministra przemysłu Mieczysława Wilczka, która pozwalała na prowadzenie jej przez każdego na równych prawach, spowodowała eksplozję przedsiębiorczości i stała się jednym z fundamentów gospodarczego sukcesu Polski.
Czy Polska jest w lepszej sytuacji?
Kto zatem jest dziś w lepszej sytuacji? Kraje eurolandu czy państwa z własnymi walutami?
– To zależy od wielu czynników – odpowiada były minister finansów Mirosław Gronicki. – Jesteśmy dostawcami potrzebnych i tanich towarów i usług. W okresie recesji i po niej popyt na nie będzie większy niż na samochody. Ale jednocześnie jesteśmy dostawcami części do tych samochodów. Ponieważ jednak tych pierwszych towarów jest więcej, mamy szansę na nieco niższą recesję niż na przykład Francja lub Włochy.
– Kraje na dorobku poradzą sobie, o ile Unia zaniecha politycznego dławienia konkurencji rosnącej z ich strony – mówi z kolei Sadowski. – Dziś ważniejsza jest produkcja chleba niż pieniędzy.
Nie teraz. Może nigdy…
Co z tego wynika dla państw poza strefą euro? Wchodzić tam czy nie?
– W sytuacji zaburzeń gospodarczych i finansowych nie należy wprowadzać stałego kursu wymiany. Do tego gospodarka musi być przygotowana. A teraz nie jest – odpowiada Mirosław Gronicki. A zatem czekać, bo dziś ten temat nie istnieje. Żeby wejść do eurolandu, trzeba przez dwa lata utrzymać kurs swojej waluty w ryzach narzuconych przez ERM II, a to zdaniem byłego ministra finansów nie jest obecnie możliwe.
– Obserwować, czy nie pojawiają się inicjatywy różnicujące integrację, na przykład w postaci osobnego funduszu wsparcia stawiającego w lepszej sytuacji państwa strefy euro – radzi Sebastian Płóciennik. I od razu dodaje, że Fundusz Odbudowy na razie taką inicjatywą nie jest.
– Przyszłość Polski nie zależy od przyjęcia euro – kwituje Andrzej Sadowski.
Stefan Kawalec zaś sceptycznie widzi przyszłość samej wspólnej waluty: – Strefa euro nie ma instrumentów, by zadowalająco poradzić sobie z sytuacją, w której kraje mające za sobą straconą dekadę rozwoju gospodarczego, takie jak Włochy czy Hiszpania, muszą mierzyć się z kolejnym kryzysem o nieznanych jeszcze rozmiarach. Innymi słowy, trudno zgodzić się z poglądem, że dobrze być w strefie euro, bo dzięki temu można więcej tanio pożyczyć. Kraje, które w przeszłości skorzystały z tej rzekomej korzyści, dziś wciąż nie mogą dojść do siebie po wieloletniej recesji.
REDAKCJA POLECA
Adam Mazguła: „Brzęczące muchy”, czyli jak Morawiecki przekroczył kolejną barierę narodowego deficytu intelektualnego

Adam Mazguła
Jak to było z tą sowiecką agenturą, z tym domaganiem się krwi na ulicach, a potem z błyskawiczną karierą finansową i polityczną? Pytam, bo na polskie nieszczęście pełni Pan rolę Premiera naszego kraju, a wpadł mi w ręce wywiad z prokuratorem, który musiał emigrować do Niemiec, bo ujawniał innym obcym agentom wiedzę, również i na Pana temat.
Panie Mateuszu Morawiecki,
przekroczył Pan kolejną barierę narodowego deficytu intelektualnego.
Po licznych Pana kłamstwach, odwołaniu wyborów, … tym razem szczytował Pan swoją podnietą miłości katolickiej bliźniego, określając opozycję polityczną brzęczącymi muchami.
Był gorszy sort, kanalie, było odszczurzanie, oczyszczanie z zabrudzeń, teraz są brzęczące muchy.
— Marek Rząsa (@MarekRzasa1) June 2, 2020
Oto katolicki język miłości obecnie rządzących.
Ale oni już wiedzą, że przegrają.
Tonący @pisorgpl brzydko się chwyta. pic.twitter.com/f0hrldNTw9
Zrobił to Pan na tle uwiarygadniających Pańską wypowiedź oficerów Wojska Polskiego. Tym samym oficjalnie zachował się Pan jak rzecznik prasowy PiS-wojska. Rozumie Pan? – partyjnego wojska! Dla mnie to kolejny Pana skandal, który dyskwalifikuje Pana z życia publicznego kraju. Wzywam Pana do natychmiastowej dymisji!
Jeśli zamierza Pan jednak dalej okłamywać i okradać obywateli, upartyjniać państwo i szczuć na ludzi dzieląc ich po swoim uważaniu, to może odpowie Pan na kilka pytań z historii Pańskiego życia.
Jeśli jako historyk zrobił Pan karierę finansową i polityczną, jako młody bankowiec, zdobył uległość hierarchów kościelnych, którzy dopuszczali Pana do milionowych zysków z handlu ziemią, jeśli zdobył Pan zaufanie PO i PiS-u, to jakie powiązania miał Pan ze służbami specjalnymi i obcą agenturą?
Żyję dostatecznie długo, aby nie wierzyć w przypadki w takich sprawach.
Dlaczego posiada Pan przesadne dokumenty i kreuje opowiadania o swoich zasługach dla Polski, mimo że Lech Wałęsa, Władek Frasyniuk i wielu innych opozycjonistów tamtych czasów opowiada o rozbijaniu Solidarności przez Solidarność Walczącą ojca Kornela Morawieckiego?
Jak to było z tą sowiecką agenturą, z tym domaganiem się krwi na ulicach, a potem z błyskawiczną karierą finansową i polityczną?
Pytam, bo na polskie nieszczęście pełni Pan rolę Premiera naszego kraju, a wpadł mi w ręce wywiad z prokuratorem, który musiał emigrować do Niemiec, bo ujawniał innym obcym agentom wiedzę, również i na Pana temat.
Jeśli tylko część tych informacji jest prawdziwa, to Polska jest w niebezpieczeństwie i to Pan jest jednym z powodów tego zagrożenia.
Materiał, o którym piszę, można obejrzeć tutaj:
Panie Mateuszu Morawiecki, to będzie ta dymisja, czy może stać Pana, chociaż na obszerne wyjaśnienia?
Adam Mazguła
| Książka „Adam Mazguła – Żołnierz gorszego sortu” dostępna w księgarniach na terenie całej Polski i w systemie sprzedaży internetowej.
Dystrybutorem książki jest Ateneum. Na terenie Wielkiej Brytanii książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>> |
![]() |
Krzysztof Skiba: młody Gowin nagrał, antyrządowy kawałek. Z jego wykonania dowiadujemy się, że mamy państwo z dykty, a nawet z gówna

Krzysztof Skiba
W ramach #hot16challange2 młody Gowin nagrał, mocno antyrządowy kawałek (Skiba się chowa). Fajnie, ale czy nie za ostro ocenia kumpli swojego taty? Nie jestem też pewny czy Ziemowit rapując o pajacach na górze jest świadomy, że przekazuje bolesną prawdę o własnym ojcu. Teraz czekamy, kiedy Kinga Duda nagra swój rap o tym jak ją mierzi ten Długopis Prezydent i jego mocodawcy z PiS
Syn rapuje
Syn ministra w rządzie PiS Ziemowit Gowin dorzucił do pieca butelkę z benzyną.
W ramach #hot16challange2 młody Gowin nagrał, mocno antyrządowy kawałek (Skiba się chowa). Z jego wykonania dowiadujemy się, że mamy państwo z dykty, a nawet z gówna. Ziemowit wzywa, aby „pogonić pisowskich frajerów”, apeluje, aby postawić pisowcom „polityczną mogiłę”.
Jest jeszcze kilka słów o „bandzie Kaczyńskiego” i o pałowaniu demonstrantów przez policję. Fajnie, ale czy nie za ostro ocenia kumpli swojego taty? Nie jestem też pewny czy Ziemowit rapując o „pajacach na górze” jest świadomy, że przekazuje bolesną prawdę o własnym ojcu.
Teraz czekamy, kiedy Kinga Duda nagra swój rap o tym jak ją mierzi ten Długopis Prezydent i jego mocodawcy z PiS.
Nie wiem, czy Suski i Sasin mają dzieci w wieku do rapowania, ale warto byłoby posłuchać ich nagrań. Może też przekażą kilka słów prawdy skoro starzy nie mogą?
Krzysztof Skiba
Całą płytę można już ściągnąć KLIKAJĄC TUTAJ >>>

Jurek Owsiak już przeczytał! A ty?
„Skiba ciągle na wolności” czyli ponad 500 stron barwnych historii o polskim rocku, trasach Big Cyca, kulisach Lalamido, organizacji nielegalnych happeningów, więzieniu w czasach PRL, o kretynizmach show biznesu i o tym jak optymistycznie i z uśmiechem iść przez życie.
Uwaga! Okazja!
Takich cen jeszcze nie było! W związku z pandemią Wydawnictwo SQN RADYKALNIE obniżyło ceny książek. Zamówienia pod tym linkiem: „Skiba ciągle na wolności”
Roman Giertych. Samooskarże: to ja stoję za wszelkimi atakami na PiS

Roman Giertych
Jak już skończy się PiS i ich zacni, bogobojni działacze znajdą się tam, gdzie ich miejsce, a czasu to tam będą mieli oj dużo. To zbiorę wszystkie moje listy, opowiadania i porady w jedną księgę i wyślę, aby sobie poczytali. Może mały gest, ale pewnie się ucieszą... A pierwszy egzemplarz Jacuś będzie dla Ciebie
Samooskarżenie
Obejrzałem dzisiaj „Wiadomości” TVP i zrozumiałem swoje grzeszne czyny. Wynikało z TVP bowiem, że to ja stoję za wszelkimi bezecnymi atakami na PiS. Że to ja podpuściłem szefa KNF, aby proponował swego kumpla na prawnika za drobne 40 milionów.
Strasznie się tego wstydzę i nie mogę sobie tego darować, że tak zacnego i uczciwego człowieka, którego sam prezes Glapiński pod niebiosa wychwalał (w przerwie swych konsultacji z ważnymi dyrektorkami i asystentkami) władowałem w tę straszną propozycję.
Nie usprawiedliwia mnie fakt, że go wówczas nie znałem (poznałem go dopiero jak go w kajdankach przyprowadziła Policja na przesłuchanie). Najzwyczajniej w świecie telepatycznie go do tego namówiłem i tak rysa na wizerunku PiS się pojawiła po raz pierwszy, a i banku za złotówkę nie udało się na zbożne cele przejąć, przez co wpakowałem PiS w drugą aferę, bo nie było komu wież sfinansować.
Wówczas zrobiłem rzecz znacznie gorszą. Namówiłem mego kuzyna Jarka, aby na swoją cześć wieże za darmo budował. A jego krewnego, aby go nagrywał. O ja nieszczęsny! Ileż zdrowia zmarnowałem naszemu Umiłowanemu Przywódcy, które do dziś się zastanawia, czy go Zbyszek nagrał, czy nie, jak przybiegł do niego przestraszony zeznaniami swego powinowatego. I do dziś koperta dla ks. Sawicza stanowi przedmiot poszukiwań (no, i sprawy sądowej), a rysa pojawiła się nie tylko na wizerunku partii, ale samego jej wodza.
Ale istota mego samooskarżenia jest inna. Świeższa i bardziej przebiegła. Teraz zaczaiłem się na niewinnych ministrów tego rządu.
Myślałem, myślałem, aż wymyśliłem jak ich zwieść na pokuszenie.
Aby nadać sytuacji pozór autentyczności pojechałem do Chin, aby w Wuhan przekupić miejscowego smakosza nietoperzy, aby ich nie dogotowywał. Nie ubity temperaturą wirus zaraził Chińczyka, a potem rozlał się na cały świat.
Zamysł był prosty. Jak epidemia dojdzie do Polski, to nasi się skuszą na frukty w postacie sprzętu do jej zwalczania. Wiedziałem już wówczas, że uchwalą sobie prawo, że za żaden przekręt odpowiadać nie będą, a wówczas wszelkie hamulce pękną. No i rozlało się. Pokusa była zbyt silna. I tak rysy pojawiły się na całym rządzie.
Teraz gdy obejrzałem „Wiadomości” zrozumiałem swój błąd i już prawie w ramach zadośćuczynienia postanowiłem głosować na Dudę przynajmniej w II turze, ale nagle zobaczyłem, że tak mu poparcie w sondażach spada i trendy pokazują, że On do niej nie wchodzi! A zamiast niego jakiś Trzaskowski i Hołownia!
O ja nieszczęsny!
To jak ja się teraz nawrócę na PiS, jak na Dudę nie będzie można głosować w II turze?
Jak ja to wszystko zadośćuczynię?
Jak ja przeżyję tę traumę?
I zapłakałem.
Skruszony,
Roman Giertych
PS.
Znalazłem jeden sposób zadośćuczynienia. Jak już skończy się PiS i ich zacni, bogobojni działacze znajdą się tam, gdzie ich miejsce, a czasu to tam będą mieli oj dużo. To zbiorę wszystkie moje listy, opowiadania i porady w jedną księgę i wyślę, aby sobie poczytali. Może mały gest, ale pewnie się ucieszą… A pierwszy egzemplarz Jacuś będzie dla Ciebie. Za naszą debatę sprzed lat takie wyróżnienie ci się należy.
Roman Giertych
Krzysztof Skiba: Zimna wódeczka z Jerzym Pilchem

Krzysztof Skiba
Mało kto pod polskim niebem tak dowcipnie potrafi napisać o sobie. Nic tylko sami herosi i bohaterzy pewni swych topornych racji. Pożegnajmy dziś Jerzego Pilcha, bo na to zasługuje. Koniecznie po polsku, czyli zimną wódeczką w kieliszku.
Zmarł Jerzy Pilch. Jeden z niewielu, którzy potrafili z rozbudowanych i rozciągniętych na kilkaset stron felietonów budować powieści. Bohater słynnego wiersza Marcina Świetlickiego „Nieprzysiadalność”.

Pisarz, który skutecznie i aktywnie promował wielowyznaniowość w Polsce opisując w swych powieściach luterańską rodzinę i społeczność Wisły. Ważnym motywem jego prozy jest ser luterski (ja bym napisał luterański, ale u Pilcha jest luterski więc tak zostawiam). Ser luterski jednym smakował, innym nie. Pilch był człowiekiem o luterskich korzeniach, ale pił jak katolik.
Podobała mi się jego absolutna wewnętrzna wolność. W latach 90. na łamach polskiego wydania amerykańskiego magazynu Hustler (pornograficzne pismo z ambicjami) opublikował artykuł o „dymaniu w sztafecie”. Z artykułu można było się dowiedzieć ciekawych historii. Między innymi o tym jacy wybitni pisarze chwalili „dymanie w sztafecie” i jakie były tego efekty. Obecnością Pilcha w Hustlerze zszokowany był cały konserwatywny Kraków i pół Polski. Zniesmaczony Paweł Huelle napisał nawet potępieńczy felieton.
To był wybryk literacki wolnego autora, ale Pilch pisał też poważniejsze rzeczy i to nie tylko o kobietach, alkoholu czy mieszkańcach Wisły. Także o filozofii i Polsce, w której można kupić kremówki i kabanosy papieskie. Jako felietonista wyśmiał kiedyś chwaloną przez wszystkich powieść Mariusza Wilka „Wilczy notes” i stał się wyrocznią literacką. Gdy pochwalił debiutancką powieść Doroty Masłowskiej cała Polska rzuciła się do księgarń, by kupić coś co napisała nastolatka z bloku w Wejherowie. Dziś żadne recenzje nie mają już takiej mocy i takiego kalibru jak miały teksty Pilcha.
Był moment, że w Warszawie stał się literackim celebrytą i choć nie występował w reklamach garniturów jak Szczepan Twardoch, trzeba przyznać, że celebryta literacki to niesłychanie rzadki w Polsce gatunek. Miał oryginalne poczucie humoru. W jednym z felietonów opisywał swój pierwszy występ w telewizji w jakimś programie kulturalnym. Był tak zestresowany i przerażony, że zapomniał jak się nazywa. Już chciał się poddać i uciekać, ale właśnie pani z księgowości przyniosła wypłatę.
Mało kto pod polskim niebem tak dowcipnie potrafi napisać o sobie. Nic tylko sami herosi i bohaterzy pewni swych topornych racji. Pożegnajmy dziś Jerzego Pilcha, bo na to zasługuje. Koniecznie po polsku, czyli zimną wódeczką w kieliszku.
Krzysztof Skiba

Jurek Owsiak już przeczytał! A ty?
„Skiba ciągle na wolności” czyli ponad 500 stron barwnych historii o polskim rocku, trasach Big Cyca, kulisach Lalamido, organizacji nielegalnych happeningów, więzieniu w czasach PRL, o kretynizmach show biznesu i o tym jak optymistycznie i z uśmiechem iść przez życie.
Uwaga! Okazja!
Takich cen jeszcze nie było! W związku z pandemią Wydawnictwo SQN RADYKALNIE obniżyło ceny książek. Zamówienia pod tym linkiem: „Skiba ciągle na wolności”







