Mit czystych rąk Wehrmachtu

Oliver Pieper

Oliver Pieper

Hannes Heer – niemiecki historyk, jeden z twórców wystawy na temat zbrodni Wehrmachtu. W latach 1995-1999 w 34 niemieckich miastach obejrzało ją ok. 900 tys. osób

Wszystkiemu winne było SS, a Wehrmacht miał czyste ręce. Ten mit przez dekady funkcjonował w niemieckim społeczeństwie – mówi Hannes Heer.

DW: Przez długi czas funkcjonował w Niemczech mit czystych rąk Wehrmachtu według motta „dziadek był w porządku”. Dlaczego ta narracja mogła się utrzymać tak długo?

Hannes Heer: Miliony żołnierzy Wehrmachtu uczestniczyły w zbrodniach wojennych – w odróżnieniu od „tylko” 250 tys. esesmanów, którzy odpowiadali za Holokaust. Upamiętnianie zbrodni Holokaustu funkcjonowało w Niemczech, ale w obliczu prawdy o 10 mln żołnierzy na froncie wschodnim, którzy zabili 26 mln obywateli ZSRR, opór w społeczeństwie był o wiele większy. Każdy miał po trzech, czterech, pięciu krewnych, którzy brali w tym udział.

Druga przyczyna to zimna wojna. Amerykanie pilnie potrzebowali Republiki Federalnej jako solidnego sojusznika na granicy bloku wschodniego. Głównodowodzący amerykańskich sił okupacyjnych w Niemczech, późniejszy prezydent USA Dwight David Eisenhower publicznie oświadczył, że trzeba rozróżniać między „kliką Hitlera” a Wehrmachtem i że „niemieccy żołnierze nie utracili swojego honoru”. Te słowa doprowadziły do tego, że generałowie Wehrmachtu zostali zwolnieni z więzień aliantów. I ten mit przez lata funkcjonował w Bundeswerze, która została przecież utworzona przez byłych oficerów i generałów Wehrmachtu.

Pisarz Heinrich Böll napisał w 1948 roku radykalną powieść antywojenną, której akcja rozgrywa się na froncie wschodnim. Książka nie została wydrukowana. Także powieść „Der Überläufer“ Siegfrieda Lenza z 1952 roku nie mogła się ukazać. Erich Maria Remarque musiał przerabiać, powieść „Czas życia i czas śmierci” i przekazać ją do dalszych przeróbek redaktorowi wydawnictwa. Korzystając z dubbingu zmieniano treść dialogów filmów. Np. w „Casablance” członek ruchu oporu został przemianowany na norweskiego fizyka domowego. Wszystko to robiono po to, żeby stworzyć narrację według której Wehrmacht wykonywał tylko swój patriotyczny obowiązek i do tego musiał za to zapłacić milionami ofiar w swoich szeregach.

Przyczynił się Pan osobiście do obalenia mitu o czystych rękach Wehrmachtu jako twórca wystawy, która uświadomiła szerokiej opinii publicznej, w jakim stopniu regularne niemieckie oddziały brały udział w zbrodniach wojennych. Jak wspomina Pan tę wystawę?

– Był to kamień milowy. Byli już wprawdzie wcześniej historycy, którzy swoimi badaniami przełamywali milczenie, na przykład Manfred Messerschmidt w 1969 roku pisał o nazyfikacji Wehrmachtu, a Christian Streit w 1978 o zamordowaniu 3,5 mln sowieckich jeńców wojennych. Ale nasza wystawa miała o wiele silniejsze oddziaływanie, ponieważ na trzech przykładach pokazywała jak to wyglądało na co dzień. A więc codzienność mordowania, na podstawie zdjęć, które żołnierze Wehrmachtu sami robili na miejscu zbrodni.

Oprócz tego nie korzystaliśmy z innych zdjęć na tej wystawie. Sprawcy, wspólnicy i świadkowie sami zarejestrowali na tych fotografiach co się działo. Wystawa miała być pokazywana tylko przez pół roku w hamburskim Instytucie Badań Społecznych. Stopniowo przybywało materiałów. I zaczęto zgłaszać zainteresowanie pokazaniem tej wystawy przez najróżniejsze urzędy i instytucje. I tak wystawa na temat Wehrmachtu stała się wystawą wędrowną, czego pierwotnie nie planowaliśmy.

Co to za trzy przykłady, o których Pan mówił?

– Najpierw Białoruś, należąca do Związku Radzieckiego, która cierpiała najbardziej i poniosła najwięcej ofiar. Potem Serbia, wojskowy okręg Belgradu. Trzecim przykładem była 6. Armia. Zbiorowa biografia jednostki Wehrmachtu, która została rozbita pod Stalingradem, a której mit jako armii ofiar utrzymywał się jeszcze w latach 70-tych. Na tych trzech przykładach od sztabu generalnego aż do pojedynczych żołnierzy można się było faktycznie wiele dowiedzieć nie tylko o czynach, ale i o mentalności żołnierzy.

Te fotografie zaczęły przyciągać wielu ludzi, niektórzy przychodzili oglądać wystawę z albumami rodzinnymi, by szukać swoich krewnych, którzy nie powrócili. Albo takich krewnych, którzy nigdy nie przyznali się do tego, co robili. Historia powszechna stała się nagle wielką historią rodzinną. Trafiło to do ludzi, ponieważ wystawa prowokowała do tego, by ludzie zaczęli o niej rozmawiać i krytycznie dyskutować. To była może jedna z decydujących zasług tej wystawy – że przełamała ona to niezwykle głębokie milczenie.

Wszystkie te trzy przykłady na wystawie o Wehrmachcie dotyczyły wojny na Wschodzie. Czym różniło się prowadzenie wojny przez Wehrmacht na Wschodzie i na Zachodzie?

– Różnica była ogromna. Wojna na Wschodzie nazywana była wojną na unicestwienie. Ani wojna przeciwko Francji, ani Danii, ani Norwegii nie miała takiego charakteru. Tam chodziło o to, by zdobyć pewną strefę wpływu albo zaanektować jakiś teren. Ale tam, gdzie przeciwnikami były narody słowiańskie, zastosowano niespotykaną dotąd formę wojny – właśnie wojnę na unicestwienie.

Nie chodziło tutaj o to, żeby zdobyć jakiś teren czy strefę wpływu, tylko o to, by zniszczyć te społeczeństwa. Związek Radziecki stanowił centrum tych państw słowiańskich, których obywatele określani byli mianem „podludzi”. Innym argumentem było to, że chodzi jakoby o „rządy Żydów”. Stąd wypracowano tam model prowadzenia wojny, której celem było unicestwienie ludności.

Hasło „rządy Żydów”. W jakim stopniu Wehrmacht uczestniczył w Holokauście?

– Jeszcze przed rozpoczęciem wojny propaganda mówiła o konieczności pokonania „żydowskiego bolszewizmu”, a tym samym mniejszych państw słowiańskich, które znajdowały się rzekomo pod „żydowskim wpływem”. To stanowiło oś tej propagandy. Przed rozpoczęciem działań wojennych wydawano rozkaz, który dotyczył Żydów – „wszyscy komisarze, wszyscy członkowie byłego rządu sowieckiego i administracji oraz Żydzi są wrogami niemieckiego narodu i muszą zostać unicestwieni”.

Razem z Wehrmachtem w trakcie prowadzenia działań zbrojnych maszerowały trzy grupy operacyjne (Einsatzgruppen) i służby bezpieczeństwa (SD). Te grupy operacyjne były traktowane przez Wehrmacht w sposób bardzo koleżeński i podlegały mu logistycznie.

Grupy te musiały powiadamiać odpowiednich oficerów przed zaplanowanymi akcjami, aby nie zakłócać operacji wojskowych. Grupy te miały za zadanie – i to jeszcze na długo przed prześladowaniami Żydów w fazie „ostatecznego rozwiązania” – najpierw wymordowanie żydowskiej inteligencji, potem wszystkich żydowskich mężczyzn, a później wszystkich kobiet i dzieci. Był to Holokaust pod gołym niebem – nie mordowanie w obozach gazem, lecz w plenerze karabinami i pistoletami maszynowymi. W ten sposób w Związku Radzieckim (łącznie z wcześniej zaanektowanymi terenami wschodniej Polski, przyp. red.) zamordowano 3 mln Żydów.

Ten Holokaust nie istnieje w naszej pamięci. W naszej pamięci mamy europejskich Żydów, ich wywózki i komory gazowe w okupowanej Polsce. Nazywam to asymetrycznym podejściem do wojny – o jednych się pamięta, ponieważ zamieszana w to była mniejsza liczba sprawców. O innych się nie pamięta, ponieważ brały w tym udział miliony krewnych. To ponury i dotąd nie do końca wyjaśniony temat państwowej i prywatnej kultury pamięci.

Czy szczególnie teraz, 75 lat po zakończeniu wojny, niepotrzebna byłaby jeszcze jedna wystawa na temat zbrodni Wehrmachtu w czasie drugiej wojny światowej? Szczególnie teraz, jeśli wziąć pod uwagę społeczny i polityczny klimat w Niemczech?

– Rzeczywiście potrzebujemy trzeciej wystawy na temat Wehrmachtu. Właściwie teraz powinno być to możliwe. Ale powinna być to ekspozycja stała tak jak miejsce pamięci zamordowanych Żydów w Berlinie. Wtedy mógłbym powiedzieć – tak, mamy takie stałe miejsce, które można zwiedzić z klasą szkolną lub indywidualnie. Mając na uwadze, że dziś w Niemczech neonaziści otwarcie posługują się symbolami narodowego socjalizmu i że w Bundestagu zasiada partia, która twierdzi, że można być dumnym z niemieckiego Wehrmachtu i że czas nazizmu to był ptasi kleks w historii.

Potrzebna nam jest świadomość – tak, nasi przodkowie byli także na Wschodzie i brali udział w tych zbrodniach. To powinno zakotwiczyć się w pamięci rodzinnej. Byłoby to też konieczne wobec ofiar, o których się dzisiaj nie pamięta. Aż połowa sowieckich jeńców wojennych została zamordowana. Trzeba udokumentować te winy i przyznać się do winy! Dopiero wtedy może nastąpić coś takiego jak porozumienie czy pojednanie. A tego dotąd nie ma.

 

REDAKCJA POLECA

 


Kpina z demokratycznych standardów. „Dlaczego ktoś miałby jeszcze ufać PiS-owi?”

Jacek Lepiarz

Jacek Lepiarz

Naganne w postawie PiS i Jarosława Kaczyńskiego nie jest to, że dążąc do wyborów podczas pandemii patrzyli na pozytywne dla siebie sondaże wyborcze, lecz że wybory byłyby „kpiną z demokratycznych standardów”.

Fot. Twitter

Wybory nie mogą być tak po prostu przesuwane

„W niemal wszystkich demokracjach istnieją jasne zasady regulujące ustalanie terminu wyborów. Decyzja o tym, kiedy obywatele mają głosować, nie powinna być uzależniona od taktycznych kalkulacji rządzących. Wybory nie mogą być tak po prostu przesuwane, nawet w czasach pandemii” – pisze Reinhard Veser w komentarzu opublikowanym na pierwszej stronie sobotniego wydania „Frankfurter Allgemeine Zeitung” („FAZ”).

Autor zwraca uwagę, że właśnie z tego powodu we Francji odwołano drugą turę wyborów samorządowych. W Stanach Zjednoczonych trwa dyskusja o formie wyborów prezydenckich w listopadzie. W Niemczech już teraz politycy zastanawiają się nad wyborami do Bundestagu, które mają się odbyć na jesieni przyszłego roku.

Polska – przyznaje Veser – nie miała tyle czasu na zastanawianie się, musiała szybko znaleźć rozwiązanie. Zdaniem autora, nie może dziwić fakt, że Polska znalazła się „w trudnej sytuacji politycznej”. „Dla krajów ze starszą tradycją demokratyczną i nie tak mocno spolaryzowaną sceną polityczną ta sytuacja też byłaby wyzwaniem” – uważa niemiecki dziennikarz.

Polityczna rywalizacja

W procesie podejmowania decyzji należy uwzględnić kryteria o różnej wadze moralnej, w tym zagrożenie dla życia i zdrowia, ale także aspekty partyjno-taktyczne.

„Chociaż wiadomo, co musi mieć pierwszeństwo, to żadna partia w takiej sytuacji nie może całkowicie uwolnić się od rozumowania w kategoriach własnej korzyści” – pisze Veser. Jego zdaniem takie myślenie jest uprawnione, gdyż jest „częścią politycznej rywalizacji, która w demokracji także w czasach pandemii nie ulega zawieszeniu”.

PiS i Jarosławowi Kaczyńskiemu, którzy wygrali dwa razy z rzędu wybory parlamentarne, nie można czynić zarzutu z tego, że także podczas kryzysu związanego z koronawirusem patrzyli na aktualne korzystne wyniki sondażowe ich kandydata – urzędującego prezydenta Andrzeja Dudy i zastanawiali się, czy za rok (sondaże) też będą tak wyglądać” – czytamy w „FAZ”.

Gdyby, mając to na względzie, dążyli do kompromisu w sprawie wyborów, to spór o termin głosowania pozostałby – zdaniem Vesera – wewnętrzną kwestią polskiej polityki, która nie powinna interesować inne krajów UE.

Kpina z demokratycznych standardów

„Rząd PiS zrobił jednak coś, co dotyczy całej UE – był atakiem na jej fundament jako wspólnoty państw demokratycznych. Chciał wykorzystać pandemię do przeprowadzenia wyborów, które byłyby kpiną z demokratycznych standardów”

Zamiast niezależnej komisji wyborczej wybory korespondencyjne miała zorganizować kierowana przez partyjnych kolegów Poczta Polska, bez gwarancji powszechności wyborów i transparentności liczenia głosów.

To, że wybory nie odbędą się ani w ten, ani w następny weekend zawdzięczamy, zdaniem Vesera nie rozsądkowi Kaczyńskiego, lecz groźbie utraty (przez Zjednoczoną Prawicę) większości w Sejmie. Mała grupka „odszczepieńców” uwolniła (na razie UE) od konieczności zajmowania się nielegalnymi wyborami prezydenckimi w jednym z państw członkowskich.

„Nadzieja, że w wyborach w lecie warunki będą lepsze, istnieje, ale nie jest duża. Dlaczego ktoś miałby jeszcze ufać PiS-owi?” – pyta w konkluzji Veser.

 

REDAKCJA POLECA


Jestem Polką, i to boli

Agnieszka Ossowska

Agnieszka Ossowska

Czuję się jak żona alkoholika. Faceta który kiedyś był szanowany, a którego pokochałam bez zająknięcia tak po prostu, bo był mi pisany. Ale nagle mózg mu się zlasował. Zaczął deptać godność, zamiast ją szanować. Rzucając pięć stów na dzieciaka, kazał być wdzięczną

 

Jestem Polką. I nie jestem z tego dumna. Ani na krztę. Jestem tym faktem wręcz przybita. Jak Jezus Chrystus do krzyża (…)

Fot. Matthew Henry: Beige and Brown / wikipedia

Czuję się jak żona alkoholika, faceta który kiedyś był szanowany, a którego ja pokochałam bez zająknięcia tak po prostu, bo był mi pisany. Nie przeszkadzało mi, że nie jest za bogaty. Nawet mi to imponowało, że mimo to miał poważanie. Był Kimś. Lubiłam go za to, że znał się na ludziach, ich potrzebach, i na kulturze, sztuce, lubił pomagać potrzebującym, a ja sama czułam, że coś dla niego znaczę.

Ale nagle mózg mu się zlasował, i zaczął kłamać, siać nienawiść, niszczyć innych po to, by pokazać swoją władzę. Zaczął dominować, zamiast współpracować, deptać godność, zamiast ją szanować, a rzucając pięć stów na dzieciaka, kazać być wdzięcznej, że mam za co kupić zabawki i zeszyty i gwałcić mnie, bym miała jeszcze więcej dzieci, bo to przyszłość jego, potwierdzenie jest siły, jego użyteczności publicznej, bo to jego spuścizna będzie, a na starość zabezpieczenie ekonomiczne. I zaczął głosić innym: idźcie i rozmnażajcie się, bo to przyszłość nasza.

I zobaczyłam kim dla niego jestem, gdy głosił kolegom – swoim towarzyszom: „jak Twoja suka nie chce rodzić to ją przymuś, bo co ona, sobie kurwa myśli? Bóg to przecież pochwala.” Może jego Bóg, Bóg jego alkoholicznie chorych od upojenia władzą oczu.

Spakowałam już swój bagaż, jestem na wylocie. Ruszę, jak tylko się upewnię, że nie da rady już zabić choroby jego oszalałych oczu. Nie mam wiele do wywiezienia z kraju mej niedoli: dzieci, świnka morska, kilka ubrań, szczoteczki do zębów i książka na drogę, „Krytyka czystego rozumu”. Niczego nie tracę. Jestem tylko matką, kurwa – Polką.

Spierdolę za morza i oceany. Od moich pagórków leśnych, i od łąk zielonych, i od tych pól malowanych zbożem rozmaitem…

Polsko! Ojczyzno moja! Ty byłaś jak zdrowie. Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy! Powróć nas kiedyś cudem na Ojczyzny łono… Bo tu już chyba bez cudu się nie obędzie…

PS.

Mam być wdzięczna? Za co pytam się? Za 500 plus?! „Uwiera mnie sznur pereł”

Agnieszka Ossowska 

 

 


Adam Mazguła: Biedna Polska zdana na jednego łajdaka

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Dyktator ogłosił, czyli tak będzie! A że trochę później, to nic nie szkodzi PiS-owi, aby zrobić jeszcze większy kipisz w kraju

 

Dyktator ogłosił, że wyborów nie będzie teraz, ale sfałszuje je w nowym terminie. A to, dlatego, że będą się odbywały na zasadach korespondencyjnych, czyli obśmianych przez wszystkie autorytety polskie i międzynarodowe.

Media dalej będą w rękach jednej partii i jednego kandydata na prezydenta kraju. Czeka nas nowy cyrk i nowe terminy. Tylko treser ten sam i klowni powielą stare skecze.

Dyktator jest z siebie dumny, a Andrzej Duda powołuje nowych PiS-sędziów Sądu Najwyższego, nawet do Izby Dyscyplinarnej, która została zawieszona po decyzji TSUE. Czyli kontynuuje kierunek na zderzenie i wykolejenie. Nic nas nowego i dobrego nie czeka, tylko gorzej. Tym bardziej, że zostaliśmy wystawieni w USA na sprzedaż.

Dyktator ogłosił, czyli tak będzie! A że trochę później, to nic nie szkodzi PiS-owi, aby zrobić jeszcze większy kipisz w kraju. Pytania nie ma również o J. Gowina, jest, jaki był.

Biedna Polska zdana na jednego łajdaka.

Adam Mazguła

 

 

Książka „Adam Mazguła – Żołnierz gorszego sortu” dostępna w księgarniach na terenie całej Polski i w systemie sprzedaży internetowej.

Dystrybutorem książki jest Ateneum

Na terenie Wielkiej Brytanii książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>>


Gowin dogadał się z Kaczyńskim: 10 maja wyborów nie będzie

„Po 10 maja 2020 r. oraz przewidywanym stwierdzeniu przez SN nieważności wyborów, wobec ich nieodbycia, Marszałek Sejmu ogłosi nowe wybory prezydenckie w pierwszym możliwym terminie” – brzmi wspólne oświadczenie J.Kaczyńskiego i J. Gowina.

We wspólnie wydanym oświadczeniu prezesa PiS i szefa Porozumienia czytamy: „W związku z odrzuceniem przez opozycję wszystkich konstruktywnych propozycji umożliwiających przeprowadzenie tegorocznych wyborów prezydenckich w terminie konstytucyjnym, partie Prawo i Sprawiedliwość oraz Porozumienie Jarosława Gowina przygotowały rozwiązanie, które zagwarantuje Polakom możliwość wzięcia udziału w demokratycznych wyborach”

Sąd Najwyższy ma ogłosić nieważność wyborów

W piśmie poinformowano, że „po upływie terminu 10 maja 2020 r. oraz przewidywanym stwierdzeniu przez Sąd Najwyższy nieważności wyborów, wobec ich nieodbycia, Marszałek Sejmu RP ogłosi nowe wybory prezydenckie w pierwszym możliwym terminie.”

„Wybory przeprowadzone przez Państwową Komisję Wyborczą, w trosce o bezpieczeństwo Polaków, ze względu na sytuację epidemiczną, odbędą się w trybie korespondencyjnym.” – przekazali Jarosława Kaczyńskiego i Jarosława Gowina.

„Porozumienie Jarosława Gowina zobowiązuje się do poparcia ustawy”

We wspólnym oświadczeniu zobowiązano Porozumienie Jarosława Gowina do „poparcia ustawy o szczególnych zasadach przeprowadzania wyborów powszechnych na Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej zarządzonych w 2020 r., a jednocześnie przedstawi, w uzgodnieniu z Prawem i Sprawiedliwością, propozycje jej nowelizacji”

Oświadczenie Kaczyńskiego i Gowina udostępnił Minister środowiska Michał Woś

(df), thefad.pl


Adam Mazguła: Kaczyński zrobił z Polski wielki dom publiczny przesiąknięty wszechobecną prostytucją

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Jedno wiadomo, 10 maja wyborów nie będzie. Władza się dobrze bawi wraz z rodzinami i całą swoją „rasą panów”. Ta zabawa w chaos, dewastację państwa i jego systemów, bałagan i korupcję, daje im oddech pełną piersią, napuchnięte portfele i pyzate bezczelnie uśmiechnięte twarze. Inni, którzy rozumieją obecną sytuację, żyją w strachu o przyszłość kraju i całego społeczeństwa.

Mamy PiS-burdel!

Lecimy już w gęstej mgle, czekam na zderzenie z brzozą, bo o bezpiecznym wylądowaniu już nie ma mowy.

Kaczyński zrobił z Polski wielki dom publiczny przesiąknięty wszechobecną prostytucją.

Władza się dobrze bawi wraz z rodzinami i całą swoją „rasą panów”. Ta zabawa w chaos, dewastację państwa i jego systemów, bałagan i korupcję, daje im oddech pełną piersią, napuchnięte portfele i pyzate bezczelnie uśmiechnięte twarze. Inni, którzy rozumieją obecną sytuację, żyją w strachu o przyszłość kraju i całego społeczeństwa.

Stabilność państwa legła w gruzach, a przewidywalność władz zależy od psychopaty.

Jedno wiadomo, 10 maja wyborów nie będzie. Przewiduję, że w Sejmie także debata o sondażu pocztowym, w obliczu możliwości przegrania głosowania zostanie odłożona, albo się w ogóle nie odbędzie.

Mam pewność, że J. Kaczyński nie dopuści do głosowania w Sejmie, jeżeli nie będzie miał pewności, że to głosowanie wygra, a i tak przecież ta ustawa już nie ma sensu. Dlatego czekam na sensacyjną wiadomość polityczną, może nawet wcześniejsze wybory parlamentarne, albo na zemstę na opozycji w postaci opresyjnego stanu wyjątkowego. J. Kaczyński powie potem, chcieliście stanu wyjątkowego, to go macie. Wybory się odsunie, ale zniszczy się liderów opozycyjnych i ich organizacje polityczne i społeczne. Wszystkie inne scenariusze będą bezprawne, ale przecież, co to za problem dla PiS-aparatu i sił upartyjnionych instytucji państwa.


Psychopata rządzący Polską doprowadził nas na skraj przepaści i drepcze w gęstej mgle, kogo popchnąć i zrzucić pierwszego w otchłań, na kogo, jak w katastrofie smoleńskiej zrzucić winę za stan upadającego państwa.

Obywatele nie protestują głównie z przyczyn zdrowotnych. Dlatego czekamy głupi i słabi. Tak słabi i bezradni, jak słabe jest państwo, którego losy powierzono jednemu bolszewickiemu oprawcy Polaków. Zakompleksionemu, ziejącemu ogniem nienawiści do prawa i sprawiedliwości, mistrza korupcji, szczucia i poniżania ludzi. Kacyka, zdobywcy ciemnoty, mesjasza nadrzędności głupoty nad rozumem, którego wybujałe ego sięga królestwa niebieskiego.

Duszę się w tej potwornej głupocie, która nas dyskwalifikuje, jako odpowiedzialne społeczeństwo.
To niech się coś stanie.


Adam Mazguła

 

 

Książka „Adam Mazguła – Żołnierz gorszego sortu” dostępna w księgarniach na terenie całej Polski i w systemie sprzedaży internetowej.

Dystrybutorem książki jest Ateneum

Na terenie Wielkiej Brytanii książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>>


O dylematach polskiej opozycji

Samotny apel o bojkot wyborów prezydenckich wiele kosztował kandydatkę największej opozycyjnej partii – pisze „Frankfurter Allgemeine Zeitung”.

W Polsce panuje sytuacja wyjątkowa – pisze w środę (06.05.2020) warszawski korespondent „Frankfurter Allgemeine Zeitung” („FAZ”) Gerhard Gnauck. Jak wyjaśnia, nikt nie wie, czy wyznaczone na niedzielę wybory prezydenckie się odbędą oraz, czy nie zostaną prawnie podważone.

„Kampania wyborcza została sparaliżowana przez pandemię. Opozycja stanęła przed dylematem: czy powinna zbojkotować wybory z powodu zagrożenia wirusem i nierównych warunków rywalizacji, które działały na korzyść urzędującego prezydenta Andrzeja Dudy jako kandydata czy też walczyć do końca?” – relacjonuje Gnauck.

Katastrofa dla partii Tuska

Jak dodaje, Małgorzata Kidawa-Błońska – kandydatka Platformy Obywatelskiej, największej partii opozycyjnej – wybrała pierwszą drogę, wzywając obywateli do bojkotu i zawieszając swoją kampanię.

„Ten krok doprowadził znacznego spatku jej notowań. Jeszcze w lutym sondaże dawały Kidawie-Błońskiej ponad 20 procent głosów. Dziś jej wynik waha się wokół 5 procent (przy czym zwolennicy Koalicji Obywatelskiej, stanowczo deklarują bojkot wyborów). To katastrofalny wynik dla partii, współzałożonej niegdyś przez Donalda Tuska, dzisiejszego szefa Europejskiej Partii Ludowej” – pisze „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, dodając, że także Tusk wezwał do bojkotu głosowania.

Wojowniczy ton Hołowni

Niemal w tym samym czasie pojawił się spot innego, niezależnego kandydata, katolickiego publicysty Szymona Hołowni, który – jak pisze „FAZ” – w sondażach zajmował odległe pozycje. Hołownia oświadczył, że „to nie jest czas na bojkot” i obiecał walkę z rządzącym „reżimem” do samego końca.

„Ten wojowniczy ton się spodobał. Większość sondaży w ostatnich dniach daje mu drugą pozycję z 14-procentowym poparciem. Oznacza to, że mógłby zmusić dominującego Dudę do walki w drugiej turze” – ocenia autor. I dodaje, że także plasujący się na trzeciej pozycji w sondażach kandydat PSL Władysław Kosiniak-Kamysz odrzucił „teatralny bojkot” wyborów. Podobnie postąpił kandydat Lewicy Robert Biedroń.

„FAZ” zauważa również stanowisko posła Władysława Teofila Bartoszewskiego. Jak pisze, syn byłego więźnia Auschwitz i późniejszego ministra spraw zagranicznych w rządzie Tuska Władysława Bartoszewskiego, „sprzeciwił się w otwartym liście apelowi Tuska o bojkot wyborów”. „W końcu także jego ojciec walczył do końca, gdy komuniści w 1946 roku fałszowali głosowania, na drodze do dyktatury” – relacjonuje gazeta.

Kłótnia w partyjnej centrali

Jak dodaje, „wątpliwości, czy termin 10 maja jest do utrzymania, dręczą już także obóz rządzący”. Dziennik opisuje starania PiS o doprowadzenie do „rzekomo bezpiecznych” w czasie pandemii wyborów korespondencyjnych dla wszystkich wyborców.

„Jeśli wybory odbyłyby się teraz, to związany z PiS Duda miałby oczywiście największe szanse” – odnotowuje niemiecka gazeta.

Powołując się na dziennik „Rzeczpospolita” informuje również, że z powodu groźby przesunięcia wyborów w miniony weekend miało dojść do „ostrej kłótni” w centrali PiS. „Wściekły” szef partii Jarosław Kaczyński zagrozić miał dymisją organizatorowi głosowania korespondencyjnego ministrowi Jackowi Sasinowi, w którego obronie stanął premier Mateusz Morawiecki.


Wielka Brytania wyprzedziła Włochy pod względem liczby zgonów na Covid-19

O 693 wzrosła w ciągu doby liczba zgonów z powodu koronawirusa w Wielkiej Brytanii, co oznacza, że łączna liczba ofiar śmiertelnych epidemii w tym kraju wynosi już 29427 – poinformował we wtorek po południu minister spraw zagranicznych Dominic Raab.

Fot. Colin D on Unsplash

W. Brytania wyprzedziła pod względem liczby zgonów Włochy

To oznacza, że W. Brytania wyprzedziła pod względem liczby zgonów Włochy i zajmuje drugie miejsce na świecie – za Stanami Zjednoczonymi, choć jak podkreślił Raab podczas rządowej konferencji prasowej, ze względu na różne kryteria stosowane przez poszczególne kraje, takie porównania nie są do końca miarodajne.

Bilans obejmuje wszystkie zgony w ciągu 24 godzin między godz. 17 w niedzielę a godz. 17 w poniedziałek, gdzie testy potwierdziły obecność koronawirusa. W zeszłym tygodniu brytyjskie ministerstwo zdrowia zmieniło sposób podawania statystyki i obecnie uwzględnione w nich są wszystkie zgony, a nie tylko te w szpitalach.

693 nowych zgonów to wyraźnie więcej niż bilans podany w poniedziałek – 288 – co było najniższą liczbą od 29 marca, jednak było to do pewnego stopnia efektem statystycznym, związanym z opóźnionym potwierdzaniem przyczyny zgonów w weekendy. Natomiast z powodu uwzględnienia zaległych zgonów wtorkowy bilans jest nieco wyższy niż faktyczna liczba zmarłych w ciągu 24 godzin.

Nie zmienia to faktu, że szereg wskaźników, jak średnia dobowa liczba zgonów z siedmiu kolejnych dni, liczba nowych zakażeń, liczba osób w szpitalach, odsetek wolnych łóżek na oddziałach intensywnej terapii, wyraźnie wskazuje, iż szczyt epidemii W. Brytania ma już za sobą.

Jeśli chodzi o poszczególne części Zjednoczonego Królestwa, to w Anglii miało miejsce 26441 zgonów, w Szkocji – 1576, w Walii – 1023, zaś w Irlandii Północnej – 387.

85 tys. testów na dobę

Raab poinformował również, że w ciągu ostatniej doby przeprowadzono ok. 85 tys. testów na obecność koronawirusa, co jest podobną liczbą do tej z poprzedniego dnia, ale oznacza to zarazem trzeci kolejny dzień, w którym nie został spełniony rządowy cel przynajmniej 100 tys. dziennie. Ten cel został spełniony dotychczas dwa razy – w czwartek i piątek.

Łączna liczba wykrytych przypadków koronawirusa wynosi w Wielkiej Brytanii 194990, co oznacza wzrost o 4406 w stosunku do poprzedniego dnia. To nieco większy wzrost niż poprzedniego dnia, kiedy poinformowano o najniższej liczbie nowo wykrytych zakażeń od prawie miesiąca. Bilans testów i nowych zakażeń obejmuje 24 godz. między 9 w poniedziałek a 9 we wtorek.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)


Polska jednym z czterech państw UE, gdzie pandemia nie słabnie

Polska jest jednym z czterech państw UE, gdzie nie słabnie pandemia koronawirusa – wynika z informacji przekazanych przez dyrektor Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) Andreę Ammon. W zdecydowanej większości krajów UE pandemia jest w odwrocie.

W Polsce pandemia w utrzymuje się na stabilnym poziomie

Bułgaria jest jedynym państwem UE, w którym pandemia przybiera na sile, natomiast w Polsce, Rumunii, Szwecji i nienależącej do UE Wielkiej Brytanii liczba zakażeń koronawirusem utrzymuje się na stabilnym poziomie.

– Krajem, w którym cały czas widzimy wzrost (zakażeń), jest Bułgaria. Są też cztery kraje, gdzie nie widzimy znaczących zmian w ciągu ostatnich 14 dni, są to: Polska, Rumunia, Szwecja i Wielka Brytania. We wszystkich innych krajach zaobserwowaliśmy znaczący spadek – powiedziała Ammon w poniedziałek europosłom komisji środowiska zdrowia publicznego i bezpieczeństwa żywności Parlamentu Europejskiego.

Świat: 3,5 mln zakażeń, prawie ćwierć miliona osób zmarło

Kierowana przez nią unijna agencja ECDC analizuje i interpretuje dane z krajów UE dotyczące 52 chorób zakaźnych przy pomocy europejskiego systemu nadzoru. W ostatnim czasie prace ECDC skupiają się na koronawirusie SARS-CoV-2. Z danych tej organizacji wynika, że dotychczas na całym świecie odnotowano prawie 3,5 mln zakażeń, a prawie ćwierć miliona osób zmarło.

1,4 mln zakażeń w Europie

W Europie, gdzie potwierdzono prawie 1,4 mln zakażeń, najbardziej dotkniętymi krajami są: Hiszpania (217 466 przypadków), Włochy (210 717), Wielka Brytania (186 599), Niemcy (163 175) oraz Rosja (134 687).

Polska, gdzie wirus pojawił się później niż na Zachodzie, ma zdecydowanie mniej zakażeń – do poniedziałku było to 14 tys. potwierdzonych przypadków. Jednak – jak wynika z danych ECDC – dynamika rozprzestrzeniania się wirusa nie spadła dotąd na tyle, by móc powiedzieć, że jest on w odwrocie.

Szefowa ECDC mówiła, że działania podjęte przez władze różnych krajów, takie jak obostrzenia dotyczące wychodzenia z domów czy wprowadzenie obowiązku otrzymywania dystansu społecznego, zmniejszyły transmisję wirusa o 45 proc. od 8 kwietnia. – Wydaje się, że ta wstępna fala zakażeń minęła już punkt szczytowy. Mamy w tej chwili spadek w większości państw UE – zaznaczyła.

Ośrodki opieki dla osób starszych bardzo mocno dotkniętych przez pandemię

Ammon podkreślała, że wiele ośrodków opieki dla osób starszych zostało bardzo mocno dotkniętych przez pandemię. – Proporcja zgonów w tego rodzaju instytucjach w niektórych państwach przekracza 50 proc. ogólnej liczby przypadków śmiertelnych – mówiła.

Niewystarczająca ilość przeprowadzanych testów

Dyrektor ECDC zastrzegła, że dane, które jej instytucja otrzymuje od państw członkowskich, zależą od tego, w jaki sposób przeprowadzają one testy. Zwróciła w tym kontekście uwagę, że na początku pandemii nie było wystarczającej ilości materiałów dla laboratoriów, by przeprowadzać testy na odpowiednią skalę.

Ammon odnosiła się też do odnotowanej większej liczby dzieci, które trafiały na oddziały intensywnej terapii w Wielkiej Brytanii i kilku innych państwach. Przyznała, że nie jest jasne, jakie jest powiązanie między Covid-19 z chorobą Kawasakiego u dzieci. – To może być ewentualna długoterminowa konsekwencja innych infekcji – oceniła.

Szefowa ECDC zaznaczyła, że wciąż nie jest jasne, czy ludzie, którzy mają przeciwciała, bo przeszli zakażenie koronawirusem, mają odporność.

Bez entuzjazmu o noszeniu maseczek

Ammon bez entuzjazmu wypowiadała się o noszeniu maseczek, zwracając uwagę, że tylko te specjalistyczne, typu FFP2 i FFP3, chronią przed wirusem, natomiast zwykłe maski chirurgiczne czy bawełniane nie chronią przed infekcją.

– Nie ma zbyt wielu dowodów na to, jak noszenie masek może przyczyniać się do zapobiegania rozprzestrzenianiu się wirusa – wskazała.

Co więcej – zauważyła – maski mogą wręcz zwiększać ryzyko, bo noszący je ludzie cały czas dotykają twarzy poprawiając zakrycie ust i nosa.

Zdaniem Ammon maski nie powinny być jedynym środkiem mającym zapobiegać rozprzestrzenianiu się koronawirusa, ale jednym z dodatkowych narzędzi wykorzystywanych w tym celu.

Z Brukseli Krzysztof Strzępka (PAP)


Jak liczyć dni dodatkowego zasiłku opiekuńczego

Dodatkowy zasiłek opiekuńczy (związku z zamknięciem szkół i przedszkoli) wynosi 14 + 14 dni. Według informacji na stronie ZUS zasiłek można pobierać za okres: 19–25 marca (14 dni) oraz 26 marca – 8 kwietnia (14 dni). Szkoły i przedszkola zamknięte są do 10 kwietnia. Co z 9 i 10 kwietnia? Czy do limitu 14 dni liczą się również soboty i niedziele (urząd nie pracuje w soboty i niedziele). Do kiedy przysługuje dodatkowy zasiłek opiekuńczy matce dziecka niepełnosprawnego?

Do limitu 14 dni dodatkowego zasiłku opiekuńczego nie trzeba zaliczyć sobót i niedziel (dni wolnych od pracy w urzędzie).

Zgodnie z treścią art. 4 ust. 1 i 1a specustawy koronawirusowej (ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych), dodatkowy zasiłek opiekuńczy przysługuje przez okres nie dłuższy niż 14 dni.

Będą nowe rozwiązania

Pierwotnie z dodatkowego zasiłku opiekuńczego można było skorzystać przez 14 dni, od 12 do 25 marca 2020 r. Obecnie trwają prace nad zmianą specustawy, dotyczące między innymi przedłużenia okresu, za który będzie przysługiwał dodatkowy zasiłek opiekuńczy w przypadku wydłużenia okresu zamknięcia żłobka, klubu dziecięcego, przedszkola, szkoły lub innej placówki, do której uczęszcza dziecko. Nowe rozwiązania mają obowiązywać z mocą wsteczną od 26 marca 2020 r. W związku z tym – do czasu wejścia w życie ustawy – osoba, która chce wystąpić o dodatkowy zasiłek opiekuńczy na okres dłuższy niż 14 dni po 25 marca 2020 r. może:

  • złożyć oświadczenie do wypłaty dodatkowego zasiłku opiekuńczego z powodu konieczności sprawowania opieki nad dzieckiem do lat 8 z powodu nieprzewidzianego zamknięcia placówki, które jest wnioskiem o wypłatę zasiłku na dalszy (kolejny) okres (oświadczenie można złożyć tak jak do tej pory; sprawa zostanie rozpatrzona po wejściu w życie znowelizowanych przepisów) albo
  • wystąpić o zasiłek opiekuńczy na ogólnych zasadach, w takim przypadku zasiłek opiekuńczy będzie przysługiwał w ramach limitu 60 dni w roku kalendarzowym. Do wypłaty zasiłku opiekuńczego wymagane są dokumenty na ogólnych zasadach, w tym wniosek o zasiłek opiekuńczy Z-15A oraz oświadczenie o nieprzewidzianym zamknięciu żłobka, przedszkola lub szkoły (w tym przypadku skoro decyzja o zamknięciu placówek miała miejsce 20 marca br., to należy uznać, że jest to nieprzewidziane zamknięcie  placówki). W takim przypadku, po wejściu w życie ustawy nowelizującej ustawę z dnia 2 marca 2020 r. z mocą wsteczną od 26 marca 2020 r., taki wniosek będzie potraktowany  jako wniosek o dodatkowy zasiłek opiekuńczy. Będzie to oznaczało, że okres przyznanego zasiłku opiekuńczego, nie będzie uwzględniany do limitu 60 dni, natomiast będzie wliczony do limitu, przez który przysługuje dodatkowy zasiłek opiekuńczy.

Na stronie internetowej Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki społecznej zamieszczono następującą informację: „W związku z zamknięciem szkół, żłobków i przedszkoli rodzicom i opiekunom dzieci do 8. roku życia przysługiwał dodatkowy zasiłek opiekuńczy – od 12 do 25 marca.

– Jeżeli w oświadczeniu wskazane zostały także dni wolne od pracy, to 25 marca będzie ostatnim dniem przysługiwania zasiłku. Jeżeli rodzic wskazał jednak tylko dni robocze, bez sobót i niedziel, wówczas do wykorzystania będzie miał jeszcze 4 dni – tłumaczy minister rodziny, pracy i polityki społecznej Marlena Maląg.

Osoby, które wykorzystają 14 dni zasiłku do 25 marca, będą mogły od 26 marca skorzystać z następnych dodatkowych 14 dni zasiłku opiekuńczego na dziecko do lat 8, ponieważ przepisy przyznające ten zasiłek obowiązywać będą z mocą wsteczną”.

Oznacza to, że do limitu 14 dni nie trzeba zaliczyć sobót i niedziel (dni wolnych od pracy w urzędzie). Innymi słowy, 14-dniowy okres korzystania z zasiłku nie musi być okresem nieprzerwanie następujących po sobie dni kalendarzowych. 

Podstawa prawna i źródła:

Maciej Karpiński
specjalista w zakresie prawa pracy