Litwa szkoli dzieci z obsługi dronów przy granicy z Rosją

W litewskich Taurogach, zaledwie 20 kilometrów od granicy z rosyjskim Królewcem, ruszył pierwszy program szkoleniowy z obsługi dronów dla dzieci i dorosłych. Projekt ma zwiększyć odporność obywatelską w regionach przygranicznych i jest częścią strategii obronnej Litwy.

Fot. atimedia / PixabayFot. atimedia from Pixabay

Kursy dronowe dla dzieci i dorosłych

Zajęcia odbywają się w klasach szkoły średniej, gdzie, jak relacjonują lokalne media – uczniowie w wieku od 10 lat uczą się latania dronami FPV, składania quadkopterów i programowania modeli o stałym skrzydle. „Chcę się nauczyć kontrolować drona. To trudne, ale fajne” – miała powiedzieć jedna z uczestniczek, 14-letnia Gerda Lukosaityte. W klasie słychać śmiech, gdy drony uderzają o podłogę – opisuje Reuters.

– Nie szkolimy dzieci do wojny. Dajemy im kompetencje i poczucie bezpieczeństwa – mówi nauczyciel Mindaugas Tamošaitis, cytowany przez agencję.

To pierwszy z planowanych dziewięciu ośrodków szkoleniowych, które mają powstać wzdłuż granicy z Rosją i Białorusią. Do 2028 roku Litwa planuje przeszkolić 22 tysiące osób, w tym 7 tysięcy dzieci. Budżet całego przedsięwzięcia wynosi około 3,3 mln euro.

Litwa zwiększa wydatki na obronność

Program wpisuje się w szerszą strategię obronną państwa. W maju 2025 roku rząd zapowiedział inwestycje o wartości 1,1 miliarda euro na wzmocnienie wschodnich granic, obejmujące nowe zapory, systemy wykrywania, miny przeciwczołgowe oraz technologie zakłócające. Jednocześnie Litwa, wraz z Polską, Łotwą i Estonią ogłosiła wycofanie się z Traktatu Ottawskiego, który zakazuje stosowania min przeciwpiechotnych.

– Budujemy nasze zdolności, by być jeżem dla agresora – powiedział wiceminister obrony Tomas Godliauskas w rozmowie z Reuters.

Rosyjskie drony i wezwanie do NATO

W ostatnich miesiącach litewskie władze informowały o przypadkach naruszenia przestrzeni powietrznej przez drony przelatujące z Białorusi. W jednym z potwierdzonych incydentów dwa rosyjskie drony rozbiły się na terytorium Litwy.

Wilno wezwało NATO do wzmocnienia obecności wojskowej w regionie. Litewski rząd zapowiada rozmieszczenie niemieckiej brygady w rejonie przygranicznym, jednak szczegóły nie zostały dotąd oficjalnie potwierdzone. Niemieccy dowódcy deklarują gotowość do działania i wsparcia sojuszników na wschodniej flance.

Krytyka i poparcie dla programu

Projekt szkół dronowych wywołuje dyskusję. Zwolennicy widzą w nim nowoczesną edukację i element wzmacniania odporności społeczeństwa. Krytycy ostrzegają przed ryzykiem militaryzacji sfery cywilnej. Litewskie władze zapewniają, że zajęcia mają charakter edukacyjny, a celem jest budowanie kompetencji technicznych, które mogą okazać się kluczowe w sytuacji zagrożenia.

Dariusz Frach, thefad.pl / Źródło: Reuters, AP New, LRT

 


Nagranie UFO wstrząsnęło Kongresem USA. Rakieta Hellfire nie zniszczyła obiektu

Nagranie z amerykańskiego drona MQ‑9 Reaper, pokazane podczas posiedzenia Kongresu USA, ma przedstawiać niezidentyfikowany obiekt latający, który przetrwał uderzenie rakiety Hellfire bez żadnych widocznych uszkodzeń. Film został zarejestrowany nad wodami Jemenu pod koniec 2024 roku i po raz pierwszy upubliczniony we wrześniu 2025. Czy faktycznie mamy do czynienia z przełomem w historii UAP (niezidentyfikowanych zjawisk anomalnych), czy tylko z kolejną niejasną sekwencją wideo?

Fot. Screenshot z filmu „Leaked video of US hellfire missile bouncing off UFO shown to congress”, YouTube/The Independent (@theindependent)

Kongres USA ogląda nagranie z Jemenu

9 września 2025 roku, podczas przesłuchania przed komisją Izby Reprezentantów ds. UAP, kongresmen Eric Burlison zaprezentował materiał wideo, który jak stwierdził otrzymał od sygnalisty. Nagranie, datowane na 30 października 2024 roku, miało zostać zarejestrowane przez drona MQ‑9 Reaper operującego nad Morzem Czerwonym, w rejonie działań zbrojnych z udziałem bojowników Huti.

Wideo pokazuje kulisty, jasny obiekt poruszający się w powietrzu, tak zwany orb (czyli kulisty obiekt latający, najczęściej bez widocznego napędu). W pewnym momencie widać wystrzelenie rakiety Hellfire w kierunku tego obiektu. Zgodnie z interpretacją Burlisona, dochodzi do kontaktu, ale bez eksplozji czy zniszczenia. Rakieta kontynuuje lot, a orb pozostaje nietknięty.

Pentagon milczy, a eksperci dzielą się w opiniach

Nagranie zostało zaprezentowane publicznie, jednak do tej pory nie pojawił się żaden oficjalny komentarz ze strony Departamentu Obrony. Nie udostępniono również danych telemetrycznych z misji ani nie potwierdzono autentyczności materiału. Burlison zaznaczył, że film wymaga niezależnej analizy i nie przesądza o jego ostatecznej interpretacji.

Wśród komentatorów nie brakuje sceptycyzmu. Część ekspertów zwraca uwagę, że nagranie zostało wykonane w trybie termowizyjnym, co znacząco ogranicza możliwość oceny sytuacji. Tor lotu pocisku, perspektywa kamery i brak danych dźwiękowych mogą prowadzić do błędnej interpretacji: rakieta mogła minąć cel, nie aktywować głowicy bojowej albo trafić w atmosferyczną anomalię, a nie w rzeczywisty obiekt.

Lue Elizondo, były urzędnik Pentagonu związany z badaniami nad UAP, powiedział: „Nigdy nie widzieliśmy, by rakieta Hellfire uderzyła w cel i się od niego odbiła. To broń o wysokiej sile rażenia. Jeśli trafia w coś fizycznego, zazwyczaj nie zostaje z tego wiele.”

Czym są orbs i jak wpisują się w badania nad UAP?

Orb to nieformalny termin używany do opisu niewielkich, kulistych, często świecących obiektów, które nie wykazują cech klasycznego napędu i poruszają się w sposób trudny do wyjaśnienia aerodynamiką. W przeciwieństwie do pojęcia UFO, termin orb jest bardziej opisowy i pozbawiony konotacji „pojazdu”.

UAP, czyli Unidentified Anomalous Phenomena to oficjalna, neutralna nazwa przyjęta przez amerykański Departament Obrony. Obejmuje szerokie spektrum zjawisk: od dronów i balonów, przez anomalie atmosferyczne, aż po niezidentyfikowane formy energii lub technologii, których pochodzenie pozostaje niejasne.

750 nowych przypadków UAP i napięcie wokół Disclosure Act

Zgodnie z raportem Biura ds. Rozpoznania Anomalii (AARO), opublikowanym w czerwcu 2024 roku, w ciągu poprzednich dwunastu miesięcy zgłoszono ponad 750 nowych przypadków UAP. Większość z nich pochodziła z systemów wojskowych i nie została jeszcze w pełni wyjaśniona. Tylko niewielki odsetek przypadków został zaklasyfikowany jako „niewytłumaczony mimo dostępnych danych”.

W 2024 roku Kongres USA debatował nad ustawą Disclosure Act, która miała zobowiązać instytucje federalne do ujawnienia wszystkich posiadanych informacji na temat UAP. Kluczowe zapisy ustawy zostały jednak zablokowane. Do dziś nie wiadomo, ile materiałów nadal pozostaje utajnionych i jaki jest ich status analityczny.

Co naprawdę pokazuje nagranie z Jemenu?

Wideo przedstawione przez Burlisona to niewątpliwie materiał, który wzbudza emocje. Ale jak w wielu przypadkach związanych z UAP, brakuje kluczowych danych: danych radarowych, pełnej sekwencji wideo, analiz trajektorii, źródeł obrazu. Bez tego trudno mówić o przełomie.

 

Możliwości jest wiele: od efektu termicznego i błędnej interpretacji, przez test nowej technologii, aż po rzeczywiste spotkanie z obiektem nieznanego pochodzenia. Ale żadne z tych wyjaśnień ani najbardziej przyziemne, ani najbardziej fantastyczne nie może być dziś uznane za rozstrzygające.

Warto więc nie tylko pytać, co przedstawia nagranie, ale też: dlaczego pokazano je właśnie teraz, komu zależy na podgrzewaniu tematu i jakie interesy towarzyszą dyskusji o „ujawnianiu prawdy” o UFO.

Dariusz Frach, thefad.pl / Źródło: ABC News, CBS News

 


Czy Brigitte Macron jest kobietą? Sąd w USA oceni teorię spiskową o płci Pierwszej Damy

„To niesamowicie irytujące” – powiedział prawnik prezydenckiej pary, zapowiadając przedstawienie w amerykańskim sądzie naukowych dowodów na to, że Brigitte Macron jest kobietą. To nie absurdalny performance, ale realna walka o granice wolności słowa w dobie spisków, influencerów i transatlantyckiej dezinformacji.

Brigitte Macron i Emmanuel Macron / Fot. President.gov.ua, CC BY 4.0, https://commons.wikimedia.org/

Emmanuel i Brigitte Macronowie pozywają amerykańską komentatorkę Candace Owens, która od miesięcy publicznie promuje teorię, jakoby Pierwsza Dama Francji urodziła się jako mężczyzna. Sprawa, która zaczęła się na marginesie francuskiego YouTube’a, dziś trafia przed sąd w stanie Delaware. To nie tylko walka o dobre imię, ale także sprawdzian tego, jak współczesne demokracje reagują na szeroko zakrojoną dezinformację.

Teoria spiskowa, która zyskała globalny zasięg

Początek tej historii sięga 2021 roku, gdy francuskie blogerki Amandine Roy i Natacha Rey opublikowały film sugerujący, że Brigitte Macron to w rzeczywistości jej brat Jean-Michel Trogneux po operacji zmiany płci. Choć materiał nie zawierał żadnych dowodów, szybko zyskał popularność w alt-prawicowych kręgach i rozlał się po francuskojęzycznym internecie.

W marcu 2024 roku teorię podchwyciła Candace Owens – amerykańska influencerka i była współpracowniczka portalu The Daily Wire. W serii nagrań i postów pod wspólnym tytułem Becoming Brigitte przedstawiała Macronową jako rzekomy „produkt elit”. Jej narracja sięgnęła poziomu konspiracyjnego absurdu – od powiązań z CIA i programem MK Ultra po numerologię inspirowaną eksperymentem więziennym w Stanford. Jednocześnie wypuściła kolekcję koszulek, a swoje działania określała jako „bitwę o prawdę”.

Francuski wyrok i amerykański proces

W 2024 roku Macronowie wygrali we Francji sprawę o zniesławienie przeciwko Roy i Rey, ale w lipcu 2025 sąd apelacyjny uchylił ten wyrok, powołując się na konstytucyjne prawo do wolności wypowiedzi. To właśnie wtedy para prezydencka zdecydowała się na kolejny krok – pozew przeciwko Owens w USA.

Złożony w sądzie stanowym w Delaware pozew (sygn. N25C-07-194 CLS) domaga się odszkodowania, przeprosin i sądowego zakazu dalszego rozpowszechniania oszczerstw. Owens, jak argumentują prawnicy Macronów, zignorowała dostępne fakty, świadomie podsycała fałszywą narrację i platformowała osoby znane z rozpowszechniania spiskowych teorii.

W sierpniu Emmanuel Macron udzielił wywiadu Paris Match, w którym podkreślił osobisty wymiar sprawy. „To atak skrajnej prawicy. Bronię swojego honoru. To ktoś, kto doskonale wiedział, że miał fałszywe informacje, i zrobił to w celu wyrządzenia szkody w służbie ideologii i przy ustalonych powiązaniach z liderami skrajnej prawicy.”

„To denerwujące, ale konieczne”

Candace Owens nie uznaje zarzutów. Jej prawnicy złożyli 15 września wniosek o oddalenie sprawy, argumentując, że Delaware nie jest właściwą jurysdykcją, a całość stanowi atak na wolność słowa. Owens przedstawia się jako ofiara politycznej nagonki, a na platformie X mobilizuje swoich zwolenników do finansowego wsparcia obrony.

Dwa dni później prawnik Macronów, Tom Clare, ogłosił w rozmowie z BBC, że jego klienci są gotowi przedstawić zarówno naukowe opinie biegłych, jak i fotografie Brigitte Macron w ciąży i z dziećmi. „To denerwujące, że musi przez to przechodzić, ale jest gotowa zrobić wszystko, by oczyścić swoje imię” – podkreślił Clare.

Różne prawa, różne granice

Sprawa toczy się w zupełnie innym kontekście prawnym niż ten, z którym mamy do czynienia we Francji czy w Polsce. Podczas gdy prawo francuskie mocno akcentuje ochronę reputacji i prywatności, amerykańska konstytucja znacznie silniej chroni wolność słowa, nawet jeśli oznacza to dopuszczanie treści kontrowersyjnych czy obraźliwych.

W amerykańskim systemie osoba publiczna, by wygrać sprawę o zniesławienie, musi udowodnić tzw. rzeczywistą złośliwość (actual malice). To wysoki próg – trzeba wykazać, że oskarżenia były publikowane ze świadomością ich fałszywości lub z rażącym lekceważeniem prawdy. To właśnie ten standard będzie decydujący dla losów pozwu Macronów przeciwko Owens.

W tle: echo innych spraw o fake news

Choć pozew Brigitte Macron wydaje się bezprecedensowy ze względu na temat i kontekst osobisty, to nie jest odosobniony w amerykańskim krajobrazie prawnym. W 2023 roku firma Dominion Voting Systems wygrała proces przeciwko Fox News, udowadniając, że stacja celowo rozpowszechniała kłamstwa o sfałszowaniu wyborów. Z kolei Alex Jones, propagator teorii o „sfingowanej” masakrze w szkole w Sandy Hook został skazany na wielomilionowe odszkodowania.

Tego typu sprawy pokazują, że sądy zaczynają reagować na medialne nadużycia, ale pod warunkiem, że istnieją twarde dowody i jasna linia odpowiedzialności. Macronowie liczą, że tym razem będzie podobnie.

Test dla demokracji

Choć wielu może traktować sprawę jako farsę, prezydencka para dowodząca, że Pierwsza Dama to kobieta, jej konsekwencje mogą okazać się bardzo realne. W świecie, w którym zasięgi decydują o tym, co uznajemy za prawdę, a granice między opinią a dezinformacją coraz bardziej się zacierają, sądowy precedens w tej sprawie może wyznaczyć nowe standardy odpowiedzialności.

Jeśli Macronowie wygrają, może to zachęcić innych polityków i osoby publiczne do walki z dezinformacją na drodze prawnej, także poza Stanami Zjednoczonymi. Jeśli Owens zwycięży, dla wielu może to być sygnał, że granice wolności słowa w internecie pozostają praktycznie nieistniejące. To nie tylko proces o zdjęcia z rodzinnego albumu, ale o przyszłość debaty publicznej w erze cyfrowej.

Dariusz Frach, thefad.pl / Źródło: The Guardian, BBC, Paris Match

 


Smartfony to przeżytek? Nothing i AI rewolucjonizują technologię

W świecie, gdzie każdy z nas nosi w kieszeni komputer o mocy większej niż ta, która posłała człowieka na Księżyc, trudno uwierzyć, że smartfony mogą stać się przeszłością. A jednak Carl Pei, założyciel Nothing Technologies, przekonuje, że przyszłość należy do urządzeń natywnych dla AI – sprzętów, w których sztuczna inteligencja nie jest dodatkiem, ale rdzeniem działania.

Fot. Evgeny Opanasenko / Unsplash

Wizja tej zmiany nie pochodzi z Doliny Krzemowej, lecz z Londynu. Nothing, startup założony przez Carla Peia w 2020 roku, właśnie pozyskał 200 milionów dolarów w rundzie Series C — czyli trzecim etapie finansowania od inwestorów prywatnych, takich jak fundusze venture capital. Tego rodzaju runda jest przeznaczona dla firm, które mają już działający produkt i bazę klientów, a teraz potrzebują dodatkowego kapitału, by zwiększyć skalę działania, wejść na nowe rynki lub rozwinąć nowe technologie. W efekcie wycena Nothing przekroczyła 1,3 miliarda dolarów. Firma znana dotąd głównie z minimalistycznego designu i przezroczystych obudów smartfonów, zapowiada teraz kolejny krok: budowę zupełnie nowej klasy urządzeń AI, które mają wyprzedzić dzisiejsze telefony, zegarki i laptopy. W 2026 roku na rynek mają trafić pierwsze produkty projektowane od podstaw z myślą o sztucznej inteligencji.

Nowy język sprzętu: cicho, kontekstowo, spersonalizowanie

„W przeciwieństwie do dzisiejszych uniwersalnych rozwiązań, powstanie miliard różnych systemów operacyjnych dla miliarda różnych ludzi” – napisał Pei w mediach społecznościowych. To manifest. W jego wizji urządzenia AI-native będą dostosowane do użytkownika w czasie rzeczywistym: będą rozpoznawać kontekst, uczyć się zachowań, przetwarzać dane lokalnie, reagować zanim padnie pytanie. Zamiast „Hej Siri” – subtelna obecność. Zamiast powiadomień – cicha sygnalizacja potrzeby.

Nic dziwnego, że Nothing zaczyna od sprzętu, który zna najlepiej. Firma zdobyła rozpoznawalność dzięki smartfonom z przezroczystą obudową, świetlnym systemem powiadomień (glyph lights) i uproszczonym, szybkim interfejsem pozbawionym bloatware’u. Nothing Phone 1 i Phone 2 miały wielu fanów również w Polsce – wśród tych, którzy szukali estetyki i alternatywy dla nadmiaru funkcji w Androidzie. Ale nowa linia produktów ma wyjść poza estetykę.

W roadmapie firmy są inteligentne zegarki, słuchawki, okulary AR, a nawet roboty i pojazdy elektryczne. Wszystko to ma działać w ramach wspólnego systemu, opartego na AI i maksymalnie spersonalizowanego. Zamiast jednej platformy — miliard wersji dostosowanych do miliarda osób.

Globalna konkurencja: wyścig o następcę smartfona

Pei nie jest jedynym, który widzi kres ery dominacji smartfonów. W wyścigu o nowe urządzenie osobiste udział biorą także giganci. Sam Altman, szef OpenAI, wspólnie z Jonym Ive’em – byłym szefem designu Apple – pracuje nad urządzeniem bez ekranu, które ma stać się fizycznym interfejsem dla modelu GPT. Meta rozwija kolejne wersje okularów Ray-Ban z wbudowanym AI-asystentem, a startup Humane prezentuje projektor zakładany na ubranie, który reaguje na głos i gesty.

Wszystkie te projekty mają wspólny mianownik: sztuczna inteligencja nie jako funkcja, ale fundament. Urządzenie ma być bardziej obecnością niż narzędziem. Technologią, która znika z pola widzenia, ale zostaje w świadomości.

Dla inwestorów to nie tylko intrygujący trend. To potencjalnie największa zmiana w sprzęcie konsumenckim od czasu wynalezienia smartfona. Jeśli Carl Pei i jego zespół mają rację, Nothing może stać się liderem całkiem nowej kategorii produktów.

Czy użytkownicy są gotowi na rewolucję?

W teorii wszystko się zgadza. Urządzenia, które nie krzyczą, nie wymagają dotyku, nie uzależniają powiadomieniami – brzmią jak remedium na cyfrowe przeciążenie. Ale historia technologii pokazuje, że adaptacja nie dzieje się natychmiast.

iPhone pojawił się w 2007 roku. Dopiero po kilku latach dotykowy ekran stał się standardem. Wcześniej też mówiono: „ludzie nigdy nie porzucą fizycznej klawiatury”. Dziś nikt już nie pamięta, jak to było pisać wiadomości na klawiszach Nokii. Czy tym razem będzie podobnie?

Polscy użytkownicy należą do najbardziej wymagających, jeśli chodzi o stosunek ceny do jakości. Sukces Nothing Phone w Polsce był niszowy, ale wyraźny – szczególnie wśród entuzjastów estetyki i „czystego Androida”. Nowe produkty AI mogą przyciągnąć kolejną falę tych, którzy szukają sprzętu mniej „przeładowanego”, bardziej funkcjonalnego, lepiej zaprojektowanego. Ale na razie to wciąż hipoteza.

Wyzwania: zaufanie, prywatność, kontrola

Największe pytania dotyczą nie technologii, ale zaufania. Jeśli AI ma działać lokalnie, analizować nastroje, dane biometryczne, zachowania w czasie rzeczywistym — to kto będzie to kontrolował? Czy użytkownicy zaakceptują, że ich urządzenie „myśli” o nich częściej niż oni sami?

Drugi problem to infrastruktura. Takie urządzenia wymagają ogromnej mocy obliczeniowej, szybkiej reakcji i baterii, która nie padnie po kilku godzinach. Miniaturyzacja i efektywność energetyczna wciąż są granicami, których nie da się przekroczyć samą narracją.

No i przyzwyczajenia. Użytkownicy mogą uznać „nowe” za zbyt skomplikowane, nieintuicyjne lub… po prostu zbędne. Każda innowacja musi być nie tylko rewolucyjna, ale i wygodna. Historia zna wiele przypadków technologii, które przegrały, bo były „zbyt do przodu”.

Co zostanie, co zniknie?

Wizja przyszłości, w której technologia znika z pola widzenia, ale towarzyszy nam w każdej chwili, wydaje się realna. Może nie będziemy już patrzeć w ekrany, tylko słuchać, mówić, reagować. Może urządzenia nie będą miały „aplikacji”, ale intencje. Może smartfon zostanie zredukowany do terminala, backupu, bramy do sieci — a prawdziwa interakcja przeniesie się do czegoś lżejszego, bardziej zintegrowanego, mniej… widocznego.

Dla Carla Peia Nothing to nie tylko firma, ale idea. Brak, jako przestrzeń do zapełnienia. Może właśnie dlatego jego telefony wyglądają jak przezroczyste szkice, niedopowiedziane formy. Może to nie przypadek, że jego wizja nowego urządzenia to coś, czego jeszcze nie widzieliśmy.

Czy to się uda? Pei raz już udowodnił, że można zbudować markę, która rzuca wyzwanie gigantom. Tym razem gra jest większa: nie o lepszy telefon, ale o nowy język codziennej technologii.

Smartfony nie znikną z dnia na dzień. Wciąż będą potrzebne. Ale mogą już przestać być punktem odniesienia. Jeśli Nothing i jemu podobni mają rację, to za kilka lat patrząc na naszego iPhone’a, możemy zadać sobie pytanie: czy to jeszcze potrzebne?

DF, thefad.pl 


Niemiecka prasa o wizycie Nawrockiego: „To Rosja zagraża Polsce” – chłodna odpowiedź Berlina na żądania reparacji

Alexandra Jarecka | Katarzyna Domagała-Pereira

W czasie swojej pierwszej wizyty w Berlinie prezydent Karol Nawrocki usłyszał z niemieckich mediów coś więcej niż tylko uprzejme komentarze. Prasa za Odrą nie zostawiła złudzeń: temat reparacji wojennych, który PiS uczynił filarem swojej polityki historycznej, jest dziś nie tylko nierealny, ale też strategicznie szkodliwy.

Fot. Mikołaj Bujak / KPRP

Tak niemiecka prasa komentuje pierwszą oficjalną wizytę prezydenta Karola Nawrockiego w Berlinie.

Według Frankfurter Allgemeine Zeitung nie było zaskoczeniem, że podczas swojej pierwszej oficjalnej wizyty w Berlinie prezydent Polski przywiózł ze sobą „stawiane przez Warszawę astronomicznie wysokie żądania reparacji”. „Karol Nawrocki, kandydat nacjonalistycznej partii PiS, która nawet osiem dekad po zakończeniu wojny chętnie mobilizuje swoich wyborców, odwołując się do antyniemieckich resentymentów” – czytamy.

„Jednocześnie Nawrocki i jego polityczni sojusznicy powinni zdawać sobie sprawę, jak iluzoryczne jest – z wielu powodów – domaganie się od Niemiec wypłaty reparacji w wysokości 1,3 biliona euro, osiemdziesiąt lat po zakończeniu wojny” – pisze autor komentarza Berthold Kohler. Podkreśla, że politycy tak silnie skupieni na interesach narodowych jak Nawrocki powinni również rozważyć konsekwencje strategiczne swoich działań.

„Czy rzeczywiście korzystne dla Polski jest ciągłe obciążanie relacji z Niemcami tematem reparacji – z demokratycznymi Niemcami, które z uwagi na wielkie cierpienie zadane Polsce przez napaść Hitlera (i Stalina) zawsze starają się poprawiać stosunki dwustronne i pozostają kluczowym partnerem w UE i NATO, mimo antyniemieckiej retoryki PiS?” – pyta Kohler. I kończy refleksą: „Ostatni atak dronami jasno pokazał: to nie Niemcy, ale Rosja zagraża dziś polskiej suwerenności i integralności terytorialnej. (…) Nawrocki i jego obóz polityczny liczą przede wszystkim na wsparcie Donalda Trumpa. Dlaczego ufają człowiekowi, który okazuje się podatny na wpływy agresora, gotowego ponownie podporządkować sobie także Polskę – pozostaje ich tajemnicą”.

„Niespotykane”

Również dziennik Süddeutsche Zeitung pisze o żądaniach reparacji od Niemiec, które Berlin stanowczo odrzuca. W relacji z wizyty polskiego prezydenta w Berlinie autor, Daniel Brössler, zwraca uwagę, że ani po spotkaniu z prezydentem Steinmeierem, ani z kanclerzem Merzem nie odbyła się konferencja prasowa – „co jest raczej niespotykane”. Zamiast tego Nawrocki udzielił przed podróżą wywiadu dziennikowi Bild, powtarzając, że kwestia reparacji „oczywiście nie jest prawnie rozstrzygnięta”.

Jak czytamy dalej, w przeciwieństwie do Nawrockiego, liberalno-konserwatywny premier Polski Donald Tusk również nie widzi podstaw prawnych dla żądań reparacyjnych, ale w przeszłości apelował o zdecydowany gest ze strony Niemiec. Podczas wizyty w Berlinie w lutym 2024 roku zwrócił uwagę, że „zadośćuczynienie materialne i moralne nigdy nie zostało zrealizowane”.
Ówczesny rząd kanclerza Olafa Scholza rozpoczął negocjacje, które przewidywały trzy elementy: pomnik dla polskich ofiar nazizmu oraz Dom Polsko-Niemiecki w Berlinie, pomoc finansową dla ocalałych ofiar oraz niemiecki wkład w obronność Polski.

„Dla niemieckiego rządu relacja z Nawrockim to drażliwa sprawa. Po pierwsze – nie krył on do tej pory swojego sceptycyzmu wobec Niemiec i sprzeciwiał się zbyt silnej pozycji Niemiec w UE. Nawrocki postrzega siebie jako politycznego sojusznika prezydenta USA Donalda Trumpa i sprzeciwia się temu, co uważa za zbyt daleko idącą integrację europejską” – zauważa autor.

„Spojrzeć w przyszłość”

Wizytę polskiego prezydenta komentują także mniejsze dzienniki. Regionalny dziennik Neue Osnabrücker Zeitung pisze:

„Po ostatnim wtargnięciu rosyjskich dronów w polską przestrzeń powietrzną Berlin natychmiast zadeklarował przedłużenie i rozszerzenie uzgodnionej ochrony nieba przez myśliwce Bundeswehry. To, co służy bezpieczeństwu Polski, służy także bezpieczeństwu Niemiec. Zamiast więc spierać się o przeszłość, Warszawa powinna spojrzeć w przyszłość i zrezygnować z roszczeń odszkodowawczych, opartych na pokrętnej logice. Podobne przesłanie – miejmy nadzieję – przekazali gościowi z Warszawy prezydent Frank-Walter Steinmeier i kanclerz Friedrich Merz. Kto ignoruje realia XXI wieku, traci nie tylko sojuszników, ale także bezpieczeństwo i pole manewru” – czytamy w komentarzu.

REDAKCJA POLECA

script type=’text/Javascript’>

 


Adam Mazguła: Zdrada ciągle żywa

Adam Mazguła

Adam Mazguła

17 września 1939 roku Sowieci napadli na walczącą z Niemcami Polskę. To nie było zaskoczenie – o tym wiedziano. Ten napad był konsekwencją nieudolnej polityki rozpasanego faszystowskiego rządu, który do 1938 roku był sprzymierzeńcem Hitlera. Ówczesny rząd oddał Polaków w niewolę, na wymordowanie, poniewierkę, utratę ziemi i majątków. Żołnierze bohatersko walczyli, krwawili i umierali za ojczyznę. Tymczasem ucieczka całego aparatu państwowego, wodza naczelnego i części wojska do Rumunii nie mieści się nawet w pojęciu zdrady. Zdradą jest nie tylko świadome złamanie przysięgi żołnierskiej, ale przede wszystkim odstępstwo od wartości, których przysięgali bronić. Bo zdrada zaczyna się nie od ucieczki, ale od pychy

 

17 września 1939 roku Sowieci napadli na walczącą z Niemcami Polskę. To nie było zaskoczenie, o tym wiedziano. Nie dało się ukryć przygotowań do wojny zarówno Wehrmachtu, jak i Armii Czerwonej. Ten napad był konsekwencją nieudolnej polityki rozpasanego faszystowskiego rządu, który do 1938 roku był sprzymierzeńcem Hitlera i nawet wspólnie z nim brał udział w aneksji Czechosłowacji. Prezydent Mościcki, Beck i Rydz-Śmigły, niczym Kaczyński teraz, prowadzili dyplomatyczne wojenki ze wszystkimi, co w konsekwencji doprowadziło do historycznej klęski, która stała się pasmem narodowych tragedii przez następnych 50 lat. Ówczesny rząd oddał Polaków w niewolę, na wymordowanie, poniewierkę, utratę ziemi i majątków.

Tymczasem mało kto wie, ale już w maju 1939 roku rządzący opracowali plan ewakuacji rządu i instytucji centralnych za Wisłę i w kierunku Zaleszczyk. Przygotowali się na ewakuację i czekali, kiedy go wdrożyć. W myśl wskazówek Naczelnego Dowództwa już 4 września rozpoczęła się ewakuacja urzędów centralnych i zakomunikowano, aby młodzi mężczyźni udali się za Wisłę, czym wywołali panikę i brak wiary w skuteczną obronę Kraju.

Naczelny wódz niczym nie dowodził. Udając się do Brześcia już 6 września, zapomniał wziąć z Warszawy konieczne szyfry i kody, tym samym pozbawił się jakiejkolwiek łączności z walczącymi w kraju wojskami. Wódz naczelny nie mógł nawet przyjąć meldunku oficera, który przybył z pola bitwy, ponieważ… rozgrywał właśnie partię brydża… Podobny do PiS-owskiego rząd nierobów, złodziei i puszących się pawi w trakcie wielkiej zdrady i ucieczki podjął jeszcze kompromitującą decyzję, aby „z Sowietami nie walczyć”.

Co to znaczy nie walczyć? Znaczy oddać siły zbrojne i ludność cywilną w niewolę, kiedy oni pojechali brylować na zachodnich salonach jako bohaterowie wojny. Wzbudzali litość jako przedstawiciele napadniętego i zniewolonego narodu, bo nie dodawali, że do tragedii doszło przez ich politykę, oszustwa i brak odpowiedzialności. Na tych zachodnich salonach reprezentowali bohaterskich żołnierzy, których opuścili i zdradzili.

Potem stworzyli „Rząd na uchodźstwie”, aby kompromitacji w poniżaniu polskich żołnierzy nie było końca. Więc Teheran, wywołanie Powstania Warszawskiego, Jałta i rozbrajanie 220 tys. armii na Zachodzie, a nawet niezaproszenie na paradę zwycięstwa. W rzeczywistości oddali bohatersko walczący naród na krwawy odwet wobec jeńców, cywilów, posiadaczy ziemskich, inteligencji i weteranów, za upokorzenie Armii Czerwonej w 1920 roku pod Warszawą.

Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, profesor Ignacy Mościcki, tchórzliwie uciekł 17 września 1939 r. i podczas przekraczania granicy oświadczył, że jest Szwajcarem i wylegitymował się paszportem tego państwa. To wymowny przykład zamykający historię II Rzeczypospolitej, za której kontynuatora uważa się obecny PiS.

Żołnierze bohatersko walczyli, krwawili i umierali za ojczyznę. Tymczasem ucieczka całego aparatu państwowego, wodza naczelnego i części wojska do Rumunii nie mieści się nawet w pojęciu zdrady. To haniebna ucieczka w jej najczystszej postaci. To porzucenie narodu, który przez lata płacił podatki i ufał tym ludziom, wierząc w ich bełkotliwą propagandę ukazującą Polskę jako jedno z najsilniejszych państw świata.

Zdradą jest nie tylko świadome złamanie przysięgi żołnierskiej przez elity, czy porzucenie przyjaciół, którym przysięgali wierność, ale także, a może przede wszystkim, odstępstwo od wartości, których przysięgali bronić. Marszałek Rydz-Śmigły, pułkownik Beck, generał dywizji Felicjan Sławoj-Składkowski i wielu, wielu innych złamało przysięgę wojskową w brzmieniu:

„Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, w Trójcy Świętej Jedynemu, być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczypospolitej Polskiej, chorągwi wojskowej nigdy nie odstąpić, stać na straży konstytucji i honoru żołnierza polskiego […] za sprawę Ojczyzny mej walczyć do ostatniego tchu w piersiach i w ogóle tak postępować, abym mógł żyć i umierać jak prawy żołnierz polski”.

Nie postąpili jak prawi żołnierze. Chorągwie porzucili, za sprawę ojczyzny nie walczyli do ostatniego tchu, honor żołnierza polskiego splamili.

We wrześniu 1939 roku Polska straciła ok. 66 000 zabitych żołnierzy, 134 000 rannych, 420 000 oddanych w niewolę. Armia Czerwona mordowała bezkarnie i uwięziła 250 000 żołnierzy, a Słowacja – 1300. Tylko 80 000 zdołało się ewakuować do Rumunii, na Węgry, do Litwy, Łotwy i Estonii.

Skalę tragedii ukazują nieproporcjonalne straty niemieckie, które stanowiły jedynie 17 000 zabitych, 32 000 rannych. Armia Czerwona nie poniosła strat wcale albo były one symboliczne, bo z Sowietami nie walczyliśmy. Za to oni pogrążyli ludność polską, mordując, wywożąc na nieludzką ziemię, nazywając ją narodem zbrodniczym, do wymordowania. Zajęli majątki i całe wschodnie tereny Polski, jako dla siebie reparacje za zniewolenie Polaków.

O cywilnych stratach w 1939 roku niewiele można się dowiedzieć, ale przecież były tylko po stronie polskiej i to liczone w dziesiątkach tysięcy. Na dodatek ich gehenna dopiero się zaczynała. Mordowani, prześladowani, zmuszani do pracy, wywożeni na Syberię, do obozów koncentracyjnych, do służby wojskowej okupantów i tak w każdym zakątku dawnej Polski.

Kiedy wspominam PiS-panujących nad Polską, wręcz ją okupujących, ich propagandę, pychę i skrajną nieuczciwość, połączoną z niekompetencją i religijno-faszystowskim zacięciem, nasuwa mi się analogia do podobnie rozpasanego i nieodpowiedzialnego rządu z 1939 roku. Walki z własnym narodem, wszystkimi, kto ich nie popiera, pogarda dla Konstytucji RP, osamotnienie międzynarodowe, kpina z przysięgi wojskowej i urzędniczej powołującej się na Boga, czyli na nikogo, to tylko niektóre z analogicznych błędów współczesnych czasów.

Rządzenie to przede wszystkim odpowiedzialność w służbie, nie za siebie, ale za naród i każdego obywatela z osobna. To sztuka unikalnych zdolności, która wymaga szerokiej wiedzy, doświadczenia, aktywności i wielu mądrych, zaangażowanych współpracowników.

Jeśli mówimy o bohaterstwie żołnierzy września, to dlatego, że walczyli z liczniejszym, lepiej wyposażonym i dowodzonym wrogiem. Często osamotnieni i porzuceni na polu walki, odpierali ataki zbrojne i przeżywali zdrady sojuszników, ponosząc ofiary życia, zdrowia, niewoli, utraty najbliższych, majątku i celów życiowych, najczęściej w wyniku niekompetencji swoich generałów, posłów, ministrów, … i jak zawsze zdradliwego kleru. Żołnierze walczyli bohatersko i z honorem, a politycy szukali ucieczki, bo wiedzieli, jak oszukali naród.

Dziś młodzi ludzie nie chcą wracać do przeszłości i niechętnie słuchają prawdy. Wolą wierzyć w „jakoś to będzie – dziadku” albo w nieomylność opatrzności. Niewielu interesuje odpowiedzialność rządzących za sytuację w kraju. Nie zdają sobie sprawy, albo cynicznie wiedzą, że to naród, a nie oni, poniosą największe straty w razie wojny, którą łatwo im wywołać swoją niekompetencją i butą. Dziś lądują w Polsce ruskie drony i łatwo rozpoczynać kolejną batalię o jakiś honor kolejnego nieodpowiedzialnego politycznego idioty, którego „ktoś” nam narzucił i „ktoś” nam wybrał.

Tymczasem składam hołd żołnierzom września, mieszkańcom Wielunia, Warszawy, Grodna, … zabitym i okaleczonym na drogach, w palących się wioskach, mordowanym za opór i polskość.

Cześć ich pamięci!

Niech ta pamięć będzie żywa, aby wszyscy byli przekonani, i Nawrocki, i Morawiecki, i Mentzen, a najbardziej stalinowski prezes z Żoliborza, że nie da się żyć szczęśliwie bez pokoju, bez miłości, solidarności, tolerancji i zrozumienia. Nie da się żyć w kłamstwie i upadku moralnym pseudoelit. Nie da się żyć wojną i na to historia dała nam nieskończoną ilość przykładów zbiorowego okrucieństwa.

Nigdy więcej wojny, nawet w narodzie! Zrozumcie to w końcu współcześni faszyści antypolskiej Targowicy.

Adam Mazguła

 


Czarne dziury bez tajemnic: NASA wyjaśnia kosmiczną zagadkę

Wyobraź sobie, że siedzisz w statku kosmicznym, który przemierza bezkresną pustkę. Wokół panuje absolutna cisza, gwiazdy migoczą w oddali, a przed tobą otwiera się czarna otchłań. Jeden błędny manewr i twoja maszyna zaczyna przyspieszać w stronę miejsca, gdzie nawet światło nie ma szans na ucieczkę. To nie scena z „Interstellara” – to jedno z najpoważniejszych pytań współczesnej astrofizyki. NASA zdradza, co dzieje się w czarnych dziurach, najbardziej ekstremalnych miejscach we Wszechświecie. Gotowy na podróż, która może wywrócić twoje postrzeganie rzeczywistości do góry nogami?

Fot. AI

Czarne dziury: gdy grawitacja wygrywa wszystko

Czarne dziury to obszary przestrzeni, gdzie grawitacja jest tak potężna, że pochłania wszystko – światło, materię, a nawet twoje plany na weekend. Powstają, gdy masywne gwiazdy kończą życie i zapadają się, tworząc punkt o niewyobrażalnej gęstości – osobliwość.

Niektóre mają masę od kilku do dziesiątek razy większą od Słońca, ale supermasywne giganty, jak Sagittarius A* w centrum Drogi Mlecznej, to potwory o masie 4 milionów Słońc, upchnięte w przestrzeni mniejszej niż orbita Merkurego. „Czarne dziury to miejsca, gdzie prawa fizyki robią sobie przerwę” – mówi Kip Thorne, noblista i mózg za naukową precyzją „Interstellara”.

Horyzont zdarzeń: punkt bez powrotu

Każda czarna dziura ma horyzont zdarzeń – granicę, za którą nie ma odwrotu. Jeśli ją przekroczysz, żegnaj, świecie! Dla obserwatora z daleka wyglądałbyś, jakbyś zwolnił, zatrzymał się i powoli rozpłynął w kosmosie niczym gasnąca gwiazda. To efekt dylatacji czasu – w silnym polu grawitacyjnym czas płynie wolniej.

Pamiętasz scenę z „Interstellara”, gdzie godzina na planecie równała się dekadom na Ziemi? To nie tylko filmowy trik – to fizyka Einsteina w akcji. „Dla kogoś z zewnątrz zawisasz na krawędzi wieczności. Ale twoja perspektywa? To zupełnie inna bajka” – tłumaczy Neil deGrasse Tyson.

Spaghetyzacja: kiedy grawitacja robi z ciebie makaron

Co byś poczuł, wpadając w czarną dziurę? Czeka cię spaghetyzacja – proces, w którym grawitacja rozciąga cię jak nitkę makaronu, bo twoje stopy (bliżej centrum) są przyciągane mocniej niż głowa.

Andrew Hamilton z University of Colorado nazywa to „najbardziej ekstremalnym rozciąganiem w kosmosie”. W mniejszych czarnych dziurach ten koszmar zaczyna się jeszcze przed horyzontem zdarzeń. W supermasywnych, jak Sagittarius A*, możesz minąć granicę i… nawet tego nie zauważyć. Przynajmniej przez sekundę, zanim grawitacja zrobi z ciebie kosmiczną pastę.

Osobliwość: gdzie fizyka mówi „pa, pa!”

W centrum czarnej dziury kryje się osobliwość – punkt, gdzie materia jest ściśnięta do nieskończenie małej przestrzeni, a gęstość staje się niewyobrażalna. Tu fizyka, jaką znamy, rzuca ręcznik.

Stephen Hawking pisał: „Osobliwość to zagadka, jak pytanie, co było przed Wielkim Wybuchem”. A co, jeśli to brama do innego wszechświata? Michio Kaku spekuluje o tunelach czasoprzestrzennych, ale na razie to bardziej science fiction niż nauka. Jedno jest pewne: to nie miejsce na kosmiczne selfie.

Czarne dziury w kulturze i nauce

Czarne dziury to gwiazdy popkultury. „Interstellar” pokazał je z naukową precyzją dzięki Kipowi Thorne’owi, ale w „Star Treku” czy „Gwiezdnych wojnach” to często kosmiczne skróty fabularne. W grach wideo, jak „Mass Effect”, czarne dziury dodają epickiego klimatu misjom międzygwiezdnym.

A w internecie? Mem „Kiedy życie wciąga cię jak czarna dziura” zna każdy, kto choć raz utknął na TikToku do 3 nad ranem.

Dlaczego badamy czarne dziury?

NASA traktuje czarne dziury jak laboratoria Wszechświata. Stephen Hawking odkrył, że mogą „parować” przez promieniowanie Hawkinga, powoli tracąc masę. To klucz do połączenia teorii Einsteina z mechaniką kwantową – Świętego Graala fizyki.

W 2015 roku LIGO zarejestrowało fale grawitacyjne – zmarszczki czasoprzestrzeni od zderzenia czarnych dziur. A w 2019 roku Teleskop Horyzontu Zdarzeń pokazał światu pierwsze zdjęcie czarnej dziury. Pomyśl: coś, co Einstein przewidział sto lat temu, stało się rzeczywistością!

Fascynująca rzeczywistość

Wpadnięcie do czarnej dziury nie jest przygodą, lecz kosmicznym wyzwaniem dla naszej wyobraźni. Spaghetyzacja, zakrzywienie czasu i osobliwość, gdzie fizyka kapituluje – to nie brzmi jak plan na weekend. Ale te niewidzialne giganty uczą nas o granicach rzeczywistości.

„Czarne dziury przypominają nam, jak mało wiemy” – mówi Kip Thorne. Więc gdy spojrzysz w gwiazdy, pomyśl o tych tajemniczych otchłaniach. I ciesz się, że jesteś na Ziemi, z kawą w ręku, scrollując thefad.pl.

 


Matecki donosi na Adama Mazgułę. Pułkownik odpowiada: trzeba zamówić duży szambowóz

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Matecki, jeden z najbardziej znanych młodych harcowników bezprawia PiS-u, złożył doniesienie do prokuratury, że publicznie ubliżam Nawrockiemu. Dariuszu Matecki, Karol Nawrocki jest osobą publiczną i wolno go krytykować oraz wyrażać swoją opinię o jego życiu i zachowaniu. Matacz dostał zadanie skompromitować mnie — rzuca się do moich oczu wielokrotny przestępca, lekkoduch bez honoru i kindersztuby, schowany za polskie i religijne symbole. Teraz widzę, że trzeba zamówić duży szambowóz i oczyścić okolice.

Jeden z najbardziej znanych młodych harcowników bezprawia PiS-u, Dariusz Matecki, złożył doniesienie do prokuratury, że publicznie ubliżam Nawrockiemu.

Nawrocki jest osobą publiczną i wolno go krytykować

Dariuszu Matecki, aby ubliżyć prezydentowi, to trzeba mieć legalnie wybranego prezydenta. Ponadto Karol Nawrocki jest osobą publiczną i wolno go krytykować oraz wyrażać swoją opinię o jego życiu i zachowaniu. Sam Nawrocki 31 sierpnia 2025 roku w Gdańsku powiedział, że „…mamy prawo mówić prawdę, rzetelną prawdę o Lechu Wałęsie…”, więc i o Karolu Nawrockim, chociaż niedostępne są dla niego wyżyny Pana Wałęsy. Tyle merytorycznie.

Kim więc jest Matecki, który atakuje oficera Wojska Polskiego? Wprawdzie już w stanie spoczynku, ale takiego, który całe swoje życie — od harcerskiego dziecka, poprzez dowodzenie jednostkami wojskowymi, wprowadzanie do NATO, misję w Iraku, po czas teraźniejszy wśród weteranów — dalej służy narodowi i Konstytucji w polskim mundurze, jak przysięgał.

Tymczasem rzuca się do moich oczu wielokrotny przestępca, lekkoduch bez honoru i kindersztuby, schowany za polskie i religijne symbole. Oszust, złodziej, matacz niezwykłej bezczelności. Nie jest on w stanie mnie obrazić, bo nie ma zdolności honorowych.

Z kim się zadajesz, takim się stajesz

Szukaj sobie, dzieciaku, kumpli równych sobie. Taki podobny Mejza, Kukiz, Woś, Ziobro, Bortniczuk, Kowalski, Jaki…, a nie podskakuj tam, gdzie przeskoczyć nigdy nie zdołasz.

Matecki, jak mówił Kaczyński, to resortowy wnuk i dziecko, które — mimo sześciu zarzutów karnych: złodziejstwa, oszustwa, wyłudzania pieniędzy, udziału w aferze hejterskiej na sędziów, fikcyjnego zatrudnienia… — pomimo zaszczucia dziecka, które popełniło samobójstwo, wciąż czeka bezkarnie na proces.

Zamiast myśleć o oddaniu ukradzionych społeczeństwu pieniędzy, o zadośćuczynieniu pokrzywdzonym, o skrusze i przepraszaniu — on dalej mataczy, donosi, oszukuje i rozsiewa antypolską propagandę.

Szczuje na rząd, UE, demokrację i niewygodnych obywateli. Stworzył wielki system medialnych trolli, botów i fałszywych kont, uczestniczył w zamachu na wolne wybory w Polsce i wciąż korzysta z wolności w sposób bezprawny i niebezpieczny dla społeczeństwa.

Święty targowicki z immunitetem

Zachowuje się jak wielmożny, bezkarny i mafijny książę, święty targowicki z immunitetem bezkarności. Na dodatek gra patriotę zaangażowanego religijnie i chowa się za symbole narodowe i krzyże. Ten owoc miłości stanu wojennego zachowuje się tak, jakby jeszcze nie wyszedł z poprawczaka dla resortowych dzieci ze Szczecina. Przecież to policzek dla Polski, która ma takich skrzywionych moralnie i społecznie obywateli.

Bezstresowy matacz dostał zadanie skompromitować mnie, a poprzez moją znajomość z innymi zaangażowanymi w walce o przestrzeganie prawa i demokrację — uderzyć znacznie wyżej. Kiedyś już Matecki zwyzywał mnie kłamstwami i opublikował filmik w mediach. Postanowiłem nie ruszać szamba, bo cuchnie i potrafi pochlapać. Teraz widzę, że trzeba zamówić duży szambowóz i oczyścić okolice.

Adam Mazguła

 


Krzysztof Skiba: Władimir testuje głupotę Pomarańczowego Świra

Krzysztof Skiba

Krzysztof Skiba

Może zabrzmi to absurdalnie, ale w polskiej polityce zagranicznej należy wprowadzić absolutny zakaz spotykania się z Donaldem Trumpem. Władimir testuje głupotę Pomarańczowego Świra i po każdej jego wizycie eskaluje ataki – najpierw na Ukrainę, teraz na Polskę

AKCJA DRONY

Może zabrzmi to absurdalnie, ale w polskiej polityce zagranicznej należy wprowadzić absolutny zakaz spotykania się z Donaldem Trumpem. Władimir testuje głupotę Pomarańczowego Świra i po każdym nudnym jak ruska bałałajka, przewidywalnym spotkaniu w sprawie „pokoju” na Ukrainie, zwiększał swe ataki na państwo naszych sąsiadów.

Fot. Krzysztof Skiba / Facebook

Putin testuje. Trump się uśmiecha

Teraz to samo dzieje się w przypadku naszego kraju. To taktyka Wołodii. Zaraz po obietnicach i uśmiechach Kolekcjonera Gwiazd Porno, walić w sojuszników Wuja Sama dronami i wściekle atakować. Nic dziwnego, że zaraz po obietnicach dla Nawrockiego Trump obciął kasę na pomoc militarną dla państw graniczących z Rosją, a Departament Stanu poinformował o końcu współpracy w sprawie rosyjskiej dezinformacji.

Drony nad Polską

Mamy kolejny dzień i jest eskalacja ruskiej agresji, bo drony w liczbie aż dziewiętnastu (z czego cztery miały być uzbrojone i te, jak podają komunikaty wojskowe, zostały zestrzelone) wlatują do Polski od strony Białorusi. Te działania są skoordynowane. Putin oczywiście na razie tylko testuje, czy Trump coś w swej głębokiej jak Rów Mariański ślepocie zauważy, czy dalej będzie się nim zachwycał i rozwijał czerwone dywany. Dziadek Trump to prędzej zauważy, jak mu piłka podczas rozgrywek w golfa nie wejdzie do dołka, niż sto ruskich dronów nad Warszawą.

Wizyta Nawrockiego – fanfaronada?

Okrutne fakty są takie: cała wizyta Nawrockiego w USA okazała się tylko czystą fanfaronadą i niczym więcej (podobnie zresztą jak seria sweet foci Dudy robionych przy windzie w Białym Domu), gdyż zapewnienia nieprzewidywalnego prezydenta są jak obietnice tropików na Syberii.

Trump wzmacnia Putina?

Niestety, takiego kowboja wybrała sobie Ameryka i z takim musimy żyć. Spotkania z Trumpem tylko dopingują Putina do testowania żelaznych nerwów NATO. Ukraina po negocjacjach Zełenskiego w Kraju Hamburgerów była tylko jeszcze wścieklej i okrutniej atakowana. My teraz przeżywamy to samo. Niby Trump zapewnił o swojej przyjaźni i pozostawieniu żołnierzy US Army w Polsce, ale z drugiej strony wzmacnia Putina, jakby miał u niego jakiś tajemniczy dług z klubu nocnego czy Biedronki. Mam nadzieję tylko, że na poczet tego swojego długu nie zastawił w moskiewskim lombardzie małego i dalekiego dla siebie kraju, czyli Polski.

Wywiad zamrożony

Było nie pozbawiać pomocy wywiadowczej Ukraińców. Zestrzelone byłyby wszystkie drony po przekroczeniu pięciu centymetrów naszej granicy. No ale dla Trumpa ruski kawior, widać, smaczniejszy niż kiełbasa krakowska.

Krzysztof Skiba

 


Czy rak naprawdę jest wszędzie? Dlaczego to nie musi być zła wiadomość

Dlaczego nowotwory są naturalną częścią biologii człowieka i jak możemy im zapobiegać zanim się rozwiną. Stwierdzenie „rak jest wszechobecny” może wywołać niepokój. Ale zamiast traktować je jako wyrok, warto potraktować je jako zaproszenie do głębszego zrozumienia natury tej choroby — i mechanizmów, które każdego dnia chronią nas przed jej rozwojem. Komórki nowotworowe mogą powstawać w organizmie każdego człowieka. Nie oznacza to jednak, że każdy zachoruje. W większości przypadków układ odpornościowy skutecznie je eliminuje, zanim staną się zagrożeniem.

Komórki nowotworowe. Fot. wikipedia

Komórki rakowe — nie wróg z zewnątrz, ale zaburzona część nas

W naszym ciele nieustannie zachodzi proces podziału komórkowego. Każdego dnia miliardy komórek dzielą się, by zastąpić te zużyte lub uszkodzone. Ten skomplikowany proces, choć doskonale zaprogramowany, nie jest wolny od błędów. Mutacje, czyli zmiany w kodzie DNA, zdarzają się naturalnie — w wyniku starzenia, stresu oksydacyjnego, ekspozycji na toksyny, a nawet spontanicznych błędów replikacyjnych.

Część takich mutacji może prowadzić do powstania komórek, które zaczynają zachowywać się inaczej niż powinny. Nie reagują na sygnały zatrzymujące wzrost, nie obumierają w odpowiednim momencie, a ich podziały stają się niekontrolowane. Brzmi jak początek nowotworu — ale tylko potencjalnie. W większości przypadków te komórki zostają szybko zidentyfikowane i zneutralizowane przez układ odpornościowy.

Immunonadzór — cichy bohater codzienności

Nasze ciało nie pozostaje bierne wobec tego zagrożenia. Układ odpornościowy pełni funkcję nie tylko obrońcy przed infekcjami, ale również wewnętrznego „strażnika jakości”. To właśnie dzięki niemu komórki z uszkodzeniami genetycznymi są regularnie eliminowane.

Proces ten nazywany jest immunonadzorem nowotworowym. Uczestniczą w nim m.in. limfocyty T oraz komórki NK (natural killers), które potrafią rozpoznać i zniszczyć komórki o cechach nowotworowych, zanim zdążą się rozwinąć w guz. Co więcej, badania sugerują, że układ odpornościowy skutecznie eliminuje takie zagrożenia wielokrotnie w ciągu życia każdego z nas — bez naszej świadomości.

To nie metafora. To codzienna, biologiczna rzeczywistość.

Gdy kontrola zawodzi

Nowotwór nie rozwija się „znikąd”. Pojawia się wtedy, gdy układ odpornościowy z różnych powodów przestaje być wystarczająco skuteczny. Wraz z wiekiem maleje zdolność organizmu do identyfikacji i eliminacji wadliwych komórek. Proces ten określany jest mianem immunostarzenia i wiąże się z obniżeniem liczby oraz funkcjonalności komórek odpornościowych.

Dodatkowo, niektóre komórki nowotworowe potrafią „uciekać” spod kontroli układu odpornościowego — maskując się, wytwarzając substancje immunosupresyjne lub wykorzystując słabości systemu nadzoru. Im więcej czynników ryzyka — takich jak przewlekły stres, brak snu, zanieczyszczenia, dieta uboga w składniki odżywcze, brak ruchu, palenie tytoniu czy alkohol — tym większe ryzyko, że układ odpornościowy nie sprosta zadaniu.

Styl życia i biologia — współzależność

Nie jesteśmy całkowicie bezbronni wobec losu. Nasze codzienne wybory mają realny wpływ na działanie układu odpornościowego. Dieta bogata w warzywa krzyżowe, owoce z dużą zawartością antyoksydantów, zdrowe tłuszcze i produkty fermentowane wspiera funkcjonowanie komórek odpornościowych. Regularna aktywność fizyczna poprawia krążenie limfy, sen pozwala na regenerację mechanizmów obronnych, a techniki relaksacyjne pomagają ograniczyć wpływ stresu.

Z drugiej strony, czynniki środowiskowe — takie jak zanieczyszczenia powietrza, substancje toksyczne w otoczeniu, promieniowanie UV czy czynniki zawodowe — zwiększają obciążenie organizmu i liczbę mutacji, którym układ odpornościowy musi sprostać.

Dlaczego badania profilaktyczne mają sens

Nawet najsprawniejszy układ odpornościowy może czasem zawieść. Dlatego tak ważne są regularne badania przesiewowe. Pozwalają one wykryć zmiany nowotworowe zanim staną się niebezpieczne — w stadium, w którym leczenie jest proste, mało inwazyjne i skuteczne.

Nie chodzi o to, by żyć w lęku. Chodzi o to, by nie przeoczyć momentu, kiedy możemy zareagować.

Immunoterapia — przyszłość onkologii

W ostatnich latach naukowcy dokonali przełomu w zrozumieniu relacji między układem odpornościowym a rakiem. Immunoterapia nowotworów — w tym inhibitory punktów kontrolnych immunologicznych — pozwala „odblokować” układ odpornościowy i umożliwić mu ponowną walkę z komórkami nowotworowymi.

To nie tylko technologia przyszłości. To potwierdzenie, że nasz organizm od zawsze posiadał zdolność radzenia sobie z rakiem — trzeba tylko stworzyć mu odpowiednie warunki.

Biologia i psychologia

Zrozumienie, że rak jest wszechobecny, ale najczęściej skutecznie neutralizowany, może działać uspokajająco. Nie chodzi o to, by ignorować ryzyko, ale by wyjść z pułapki myślenia w kategoriach: „albo wszystko, albo nic”. Nowotwór to proces, który trwa — i który w ogromnej liczbie przypadków można zatrzymać.

Ta wiedza może zmniejszyć lęk i jednocześnie zwiększyć poczucie sprawczości. To nie strach powinien nami kierować, ale świadomość. Mądra troska o zdrowie, a nie panika.

Rak to proces — nie wyrok

Nowotwory nie są karą ani losem. Są efektem biologicznego procesu, który toczy się w nas przez całe życie — i który, w większości przypadków, nasz organizm potrafi zatrzymać.

Stwierdzenie „rak jest wszechobecny” nie powinno budzić paniki. Powinno raczej skłaniać do refleksji: co robię dziś, by wesprzeć mój układ odpornościowy? Jak żyję, jak śpię, czym się odżywiam, co mogę zmienić?

To pytania, które nie mają jednej odpowiedzi. Ale ich regularne zadawanie może być najskuteczniejszą formą profilaktyki.

Dariusz Frach, thefad.pl / Artykuł przygotowany dla portalu thefad.pl, inspirowany najnowszą wiedzą medyczną i profilaktyką zdrowotną