Marcin Zegadło: Dziennik pandemiczny. 18.03.2020 r. – czwartek (godziny poranne)

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Skoro zgodnie ze światowymi doniesieniami 80% zarażonych nie wymaga hospitalizacji, a u nas zgodnie z danymi rządowymi 99% przypadków zdiagnozowanych przebywa w tej chwili w szpitalach, to albo mamy tutaj wyjątkowo wrednego wirusa, albo ktoś nie mówi nam prawdy o faktycznej liczbie chorych.

 

Wczoraj wieczorem w sklepie jestem świadkiem rozmowy dwóch mężczyzn.

Ten pierwszy mówi, że nie czuje się bezpieczny, że wciąż czuje się narażony, a w szpitalu pokazywali tych „co to robią te badania, że byli poubierani w te kombinezony jak na Ebolę”.

Ten drugi ze zrozumieniem kiwa głową i grzebie w bułkach niczym niezabezpieczoną dłonią jakby to była loteria fantowa albo coś w tym stylu.

Zanim położę się spać, jeszcze wczoraj, powtarzam ten dialog mojej mamie, która (tak się składa) jest diagnostą z kilkudziesięcioletnim stażem. Jej komentarz podczas wczorajszej rozmowy jest dość lakoniczny i nie nadaje się do powtórzenia. Mówiąc najogólniej ten od „Eboli” mógłby poczuć się urażony opinią mojej mamy diagnostyki na temat jego kategorycznych ocen dotyczących warunków w jakich diagności pracują.

Kiedy budzę się rano, mam już esemesa od mamy, który pozwolę sobie zacytować, ponieważ wydaje mi się, że o diagnostach mówi się niewiele i traktuje się ich jak niższy personel medyczny, co jest delikatnie mówiąc, krzywdzące.

Niech zatem przemówi głos matki:

„Diagności laboratoryjni to obecnie jedna z najbardziej narażonych grup zawodowych. Cała grupa zawodowa to około 15 tysięcy osób.

Nie każde laboratorium dysponuje odpowiednią aparaturą i kadrą posiadającą kompetencje pozwalające wykonywać wysokospecjalistyczne badania techniką PCR. Potrzebne są do tego komory laminarne wysokospecjalistyczna aparatura jak np. aparat do detekcji Light cykler 480 czy aparat do izolacji wirusowego RNA, bo takim jest koronawirus COVID-19. Od personelu wymagana jest umiejętność badania techniką Real Time PCR.

Pokazywane w mediach „kosmiczne” kombinezony maski i kolpaki, które mają na sobie diagności bezpośrednio opracowujący próbki nie służą wyłącznie ich ochronie ale służą również ochronie badanego materiału przed zanieczyszczeniem próbki badanej przez obce molekuły, ponieważ badanie odbywa się na poziomie molekularnym.

„Aparaty mają ograniczoną wydajność” – pisze dalej moja matka diagnostka – „To wydajność na poziomie 90 czy 120 próbek jednorazowo, a wiarygodny wynik diagnosta może uzyskać w ciągu kilku godzin (5 godzin i więcej). Dopiero wtedy wynik można autoryzować i przekazać wiarygodny wynik klinicyście.

Dziś doszło do zamknięcia laboratorium Zakładu PZH w Warszawie, ponieważ na ekspozycję wirusem został narażony jeden z pracowników.

Śpij dobrze!”

Tyle moja matka. Ta kobieta naprawdę pisuje do mnie takie esemesy. Proszę sobie wyobrazić tego esemesa, gdyby trzydzieści lat temu były już telefony komórkowe, a ja zapytałbym mamę sms-em skąd się biorą dzieci. Zawsze tak było. O coś ją pytałem i dostawałem wyczerpujące odpowiedzi. Ta kobieta uwielbia swoją pracę.

Tak czy owak, dzielę się dzisiaj tym sms-em, ponieważ być może część osób zapomina o pracy tych, których nie widać na pierwszej linii. Mianowicie diagnostów. Mam ich w rodzinie dwóch. Drugim jest moja rodzona siostra.

Nie podaję liczny zdiagnozowanych przypadków COVID-19. Skoro zgodnie ze światowymi doniesieniami 80% zarażonych nie wymaga hospitalizacji, a u nas zgodnie z danymi rządowymi 99% przypadków zdiagnozowanych przebywa w tej chwili w szpitalach, to albo mamy tutaj wyjątkowo wrednego wirusa, albo ktoś nie mówi nam prawdy o faktycznej liczbie chorych. W tym układzie, liczby nie mają już najmniejszego znaczenia.

Marcin Zegadło

 

 


Radek Wiśniewski: Żałosna pieśń o czasach sprzed Strefy Schengen

Radek Wiśniewski

Radek Wiśniewski

A teraz na chwilę znowu wróciły kontrole graniczne. I w Jędrzychowicach znowu jest kolejka na 60 kilometrów. Tę historię, autentyczną, dedykuję wszystkim, którym znudziła się ta teoretyczna wspólnota UE i Strefa Schengen. Macie teraz drobny przedsmak rozpadu tej teoretycznej wspólnoty i nie wie nikt jak to jest, że wspólnota niby teoretyczna a ból dupy realny

Pamiętam raz w życiu jechałem TIR-em do Mainz i z powrotem. Z obrazami. Tak, zajmowaliśmy się wtedy skomplikowanym planem, który łączył obecność województwa na wystawie światowej EXPO w Hanowerze z Dniami Kultury Polskiej w Mainz.

Nie wszystko poszło jak miało pójść, niektóre rzeczy wyszły, inne nie, ale nie w tym rzecz.

To, co zapamiętałem to jazdę z chłopakiem pewnej firmy przewozowej w ciasnej szoferce, przekłamywanie tachometru, bo gdyby nie to, to byśmy jechali tydzień, rozmowy z kolesiem, spanie w „trumience” nad kabiną, w czasie gdy on oszukiwał tachometr i jechał, jechał, jechał. I rozmowy chłopaków na CB, namiastka ich życia towarzyskiego, przekazywanie sobie informacji gdzie korki, gdzie dobry zjazd. Cały ten wszechświat, o którym się nie myśli.

Ja o tym chłopaku myślę często. Może dlatego, że mój ojciec wiele lat tak przepracował, a może dlatego, że wiedziałem wtedy, że patrze przez otwarte okno na inny świat, którego nigdy już raczej nie dotknę. I mam szansę zrozumieć.

Załadowaliśmy obrazy na burty przyczepy i skrzyni w Mainz i po jednej nocy w hotelu ruszyliśmy z powrotem.

Na wiele godzin przed granicą badał na podstawie nasłuchu CB gdzie jest najmniejsza kolejka. Spieszyło mu się. Bo mówił, że jest czwartek, jak w piątek nas urząd celny z tymi obrazami nie załatwi to będzie stał na cle do poniedziałku rano, żony i dzieci nawet nie zobaczy tylko obróci samochód i pojedzie w nową trasę. Nic nie mówiłem, słuchałem, bo co miałem do powiedzenia. Moja robota kończyła się w Opolu na urzędzie celnym i jechałem do domu, gdzie nikt na mnie nie czekał.

Zjechaliśmy o ile pamiętam na Jędrzychowice właśnie, gdzie kolejka miała być krótsza. Przed kolejką chłopak podwinął plandekę z tyłu, tak jakby pokazywał, że ma pustą pakę i przyczepę.

– Będziemy powoli jechali wzdłuż kolejki – mówił – ja tak będę pokazywał, że mam pustą pakę… jak zaczną kurwić na CB to zjadę w jakąś lukę, zawsze któryś zasypia i nie podjeżdża na czas, będziemy o kilka kilometrów do przodu.

Jechaliśmy powoli. Na CB krzyżowały się głosy z Polski amatorów z pogranicza.

– Ruchamy wasze żony frajerzy! Fajne cycki mają wasze żony frajerzy! – słychać było na wszystkich falach głosy raczej młodych mężczyzn.

Czekajcie ciule jak przejedziemy granice czy będziecie tacy do przodu! – ryczał ktoś starszy wśród trzasków i zakłóceń.

Była druga w nocy, kiedy trafiliśmy w lukę około trzystu metrów, do granicy było bardzo blisko. Chłopak miał rację. Ktoś zasnął i nie podjechał, kiedy kolejka się przesunęła. Zjechaliśmy w tę lukę i stanęliśmy.

Mój przewodnik powiedział, że idzie dogadać się celnikami, żeby puścili nas bez sprawdzania, bo i tak musimy na celny zjechać w Opolu. Zostałem sam w stygnącej szoferce i nagle CB zaharczało:

– Kurwa chłopaki, skurwysyn na opolski blachach zajechał mnie jak przysnąłem i wjebał się przede mnie! Kurwa, co za chuj! Kurwa ja go zajebię!

– Szprechen na opolskich, z podwinięta plandeką?

– Ten sam!

– Czekaj kolego, idziemy tutaj z ekipą, bierzemy łyżki zaraz z nim kurwa pogadamy

Tutaj Halemba, dołączamy z kolegą obok do wpierdolu…

Zrobiło mi się słabo, bo zobaczyłem w lusterkach bocznych ruch na drodze. Szli. Naprawdę szli a w rękach mieli łyżki do opon i te klucze tulejowe, takie spawane w krzyż.

Zarzuciłem marynarkę z identyfikatorem urzędu, nie żebym wierzył, że zatrzymają się, zauważą, ale myślę, nie będę się chował w szoferce. Wysiadłem i wtedy kierowca pojawił się obok mnie jak duch i szepnął tylko:

– Kurwa wsiadaj do środka i odpal silnik, załatwię to…

Grzecznie wskoczyłem do środka i w panice zacząłem się zastanawiać czym się różni odpalenie TIR-a od odpalenia seicento. Na szczęście udało się bez katastrofy.

W tym czasie chłopak stał sam naprzeciwko dziesięciu wkurwionych czekaniem kierowców i coś tłumaczył pokazując na podwiniętą plandekę. Pomyślałem że jak zaraz któryś zajrzy tam i zobaczy te cholerne obrazy podwieszone na ścianach to dopiero obaj zbierzemy wpierdol. Ale udało mu się. Po kilku bardzo długich minutach wsiadł, otarł pot z czoła, zmienił mnie za kierownicą, uśmiechnął się i z tym uśmiechem rzucił niczym błogosławieństwo na koniec mszy:

Spierdalamy

Dotarliśmy do Opola koło 12, bez snu, jedzenia i picia. Na Celnym nikt do nas nie podszedł przez dwie godziny. Patrzyłem na chłopaka i widziałem jak więdnie w oczach, bo całe to poświęcenie miało okazać się po nic. Była druga. Celnicy pracowali do 15:30. A potem dopiero od poniedziałku. A on, jako kierowca musiał zostać z samochodem i towarem na składzie, nie wolno mu było podjechać do żony i dzieci do Nysy, bo towar nie przeszedł cła.

I wtedy przypomniało mi się, z zajęć z psychologii społecznej, że nie treść komunikatu wywiera wpływ na rozmówcę, ale jego forma i struktura.

Pomyślałem, że jestem coś winien mojemu koledze z szoferki, który ocalił mnie od wpierdolu łyżkami i kluczami do kół. Pomyślałem „Na potęgę Cialdiniego i Aronsona – Zimbardo przybywaj!”. Zebrałem się w sobie, wrzuciłem marynarkę, poprawiłem identyfikator i powiedziałem do kierowcy

– Idziemy, kurwa.

Weszliśmy do baraku celników, w środku już piąteczkowa sielanka. Nabrałem powietrza w płuca i spróbowałem najnaturalniej i najdonośniej jak tylko umiałem odezwałem się:

– Gdzie jest naczelnik placówki? Czy jest tutaj przełożony?!

Podniósł się jeden, nałożył czapkę i spojrzał na mnie groźnie:

– A co się dzieje?

Proszę Pana! Ja tutaj jestem pełnomocnikiem Marszałka Województwa i od dwóch godzin czekamy na odprawę strategicznie ważnego ładunku dla bezpieczeństwa i porządku publicznego. Ten człowiek – wskazałem na kierowcę – ma bardzo istotne zadania do wykonania, natomiast stoimy i czekamy od dwóch godzin. Ja żądam w imieniu władz, które reprezentuję natychmiastowej reakcji. W przeciwnym razie będę zmuszony napisać raport, w którym będę musiał wymienić z imienia i nazwiska oraz stopnia służbowego wszystkich państwa, którzy odmawiacie wykonywania poleceń służbowych!

To był stek bzdur, ale mówiłem bez zająknięcia i naczelnik podszedł szybko do mnie poprawiając pasek u spodni mamrocząc coś jak:

Dobra, dobra nie trzeba było, spokojnie, ciszej proszę pana…

Na korytarzu naczelnik zerknął w papiery, wyszedł na parking, rzucił okiem w skrzynię, podpisał papiery i machnął ręką, żeby jechać. O trzeciej skończyliśmy wyładunek w galerii BWA skąd artyści mieli sobie odebrać obrazy, o wpół do czwartej byłem już na dworcu a chłopak uścisnął mi grabę i klepnął w ramię.

Mógł jechać do Nysy na weekend z żoną i dziećmi.

To było dwadzieścia lat temu. Potem weszliśmy do UE, a potem do strefy Schengen.

A teraz na chwilę znowu wróciły kontrole graniczne. I w Jędrzychowicach znowu jest kolejka na 60 kilometrów.

Tę historię, autentyczną, dedykuję wszystkim, którym znudziła się ta teoretyczna wspólnota UE i Strefa Schengen.

Macie teraz drobny przedsmak rozpadu tej teoretycznej wspólnoty i nie wie nikt jak to jest, że wspólnota niby teoretyczna

a ból dupy realny.

Radek Wiśniewski

 

 


Marcin Zegadło: Dziennik pandemiczny 17.03.2020r. – środka (wieczór)

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

„Bardzo rzadko jakaś rzecz jest długo poważna.”, w związku z tym, trzeba sobie z tym jakoś radzić. A Polak nie potrafi się nudzić. Albo zaczyna pić, albo ma ochotę komuś przypierdolić. Zresztą, jedno nie wyklucza drugiego.

 

Rząd przyjął pakiet aktykryzysowy, w formie programu ukierunkowanego na pracodawców, przedsiębiorców i pracowników.

Zabawne. Kiedy czytam o tym w Dzienniku Gazecie Prawnej, zamiast pakiet „pomocowy”, czytam „pakiet przemocowy”. Mam złe przeczucia, jeśli chodzi o to z czym będziemy jedli skutki tej pandemii.

Przy średnich zarobkach w tym kraju, jakiekolwiek obniżenie wymiaru świadczenia za prace, którą otrzymują pracownicy, to dla ogromnej ilości Polek i Polaków utrata płynności finansowej. Narzędzie polegające na przejęciu części obciążeń spoczywających na pracodawcy nie gwarantuje bowiem utrzymania pensji pracowniczych na dotychczasowym poziomie. Pracujesz w związku kryzysem w niepełnym wymiarze czasu pracy? Dostajesz mniej pieniędzy.

„Pracownicy firm, które są objęte ryzykiem bankructwa na skutek ekspansji wirusa, muszą liczyć się ze zmniejszonymi pensjami – ich wymiar czasu pracy może bowiem zostać zredukowany do 0,8 proc.” – donosi gazeta.pl.

Chuja się na tym znam, ale nie brzmi to dobrze. Żyj i płać człowieku rachunki, kiedy z twoich, na przykład, dwóch i pół tysia netto chcą ci płacić osiemdziesiąt procent. Ja jebe. Nie grypa nas zabije tylko rachunki, których nie popłacimy.

Całe to „siedzenie w domach” oczywiście skończy się za tydzień lub dwa i trzeba będzie wrócić do swoich zajęć. Do pracy. Tyle tylko, że za dwa tygodnie, może trochę więcej, będziemy mieli prawdopodobnie szczyt zachorowań. W związku z powyższym złudzenie bezpieczeństwa powstałe w skutek jako takiej izolacji (u tych, którzy mogli, mogą pozostać w domu) zostanie gwałtowne zaburzone przez konieczność podjęcia działań i dla przykładu, liczbę zakażonych wynoszącą na przykład (strzelam) 7 tysięcy osób (może więcej – mówimy o początku kwietnia).

Wniosek z tego taki, że lepiej byłoby już teraz zacząć pracować nad sobą, żeby nauczyć się z tym wirusem jakoś żyć. Nie, żebyśmy się od razu przesadnie polubili, ale trzeba jednak ten strach przed infekcją oswoić. Będzie nam towarzyszył (prawdopodobnie) przez długie miesiące. Stawiam na to, że do jesieni. Może dłużej. Jako grypa, która będziemy przechodzić, być może zostanie z nami na zawsze.

Nie liczę w tym specjalnie na pomoc mediów, które znajdują szczególne upodobanie w donoszeniu o wzrastającej w „niepohamowany sposób” liczbie zachorowań, albo o rosnącej liczbie zgonów. Wyobrażam sobie to rozczarowane w części redakcji, że wciąż tych zgonów (nomen omen) jak na lekarstwo.

Jak pisze Remarque w „Łuku Triumfalnym” – „Bardzo rzadko jakaś rzecz jest długo poważna.”, w związku z tym spodziewam się, że będziemy musieli zacząć bronić się humorem, w czym mamy praktykę i doświadczenie.

Coś na zasadzie:

Przychodzi baba do lekarza, a lekarz mówi, że już nie przyjmuje.
– Niech pan mnie jeszcze przyjmie, panie doktorze! Ostatecznie „korona” panu z głowy nie spadnie”.

Albo coś w tym rodzaju.

Trzeba sobie z tym jakoś radzić. A Polak nie potrafi się nudzić. Albo zaczyna pić, albo ma ochotę komuś przypierdolić. Zresztą, jedno nie wyklucza drugiego.

Marcin Zegadło

 

 


Roman Giertych: Opowieść o Czirokezach

Roman Giertych

Roman Giertych

Sam nie wiem, co o niej myśleć. Zaznaczam jednak, że jakiekolwiek podobieństwo do spraw pozaindiańskich jest przypadkowe i niezamierzone.

 

Dawno, dawno temu na dzikich preriach plemię Czirokezów zostało poddane srogiej próbie. Straszna ospa, którą przywlekli do Ameryki biali dziesiątkowała Indian.

Dotarliśmy do relacji z samego Namiotu Narad, gdzie obradowało ścisłe kierownictwo plemienia. Oddajmy głos kronikarzowi:

– Jesteśmy skończeni – powiedział Czerwona Gęba – szaman plemienia. – Za chwilę wyjdzie na jaw, że nasi szamani nie mają żadnego zioła, ani nawet maski rytualnej, aby odgonić złe duchy z ciał naszych braci. Wszystko przeżarł Wielki Kłamca – krzyknął i wskazał, na rzeczonego, który dumnie siedział u stóp Naczelnego Wodza gotowy każdy rozkaz przekuć w plotkę i rozpuścić wśród plemienia.

– Nadto ospa ogarnie całe plemię i wielu nie przeżyje, bo gdy trzeba było zamknąć nasze tereny łowieckie, to nadal kumaliśmy się z białym człowiekiem, od którego zaraza przyszła. Nawet mi Długi Nos nie pozwolił wspomnieć, aby zakazać dyliżansom przyjeżdżać na tereny plemienia – i tu Czerwona Gęba spojrzał na Długiego Nosa.

Długi Nos wywołany do głosu wstał i rzekł:

– Jesteśmy najmądrzejszym plemieniem na prerii, wszyscy na nas patrzą i uczą się jak walczyć z zarazą. Jesteśmy najlepiej przygotowani i sprawni, a nadto mądrzy, piękni i skromni – dodał. Po czym usiadł.

Szybkie Pióro podniósł się i rzekł:

– To prawda, co powiedział Długi Nos, lecz powiem tak: jak się okaże, że ludzie umierają, że nie ma ziół i masek rytualnych, że ty Długi Nosie nie zebrałeś ani kilograma pemikanu na trudne czasy, aby podarować współplemieńcom, którzy głodują z obawy przed ospą, to na wodza wioski mnie nie wybiorą. A to oznacza i tu oskarżycielskim palcem wskazał na Wielkiego Kłamcę, – że nawet wasze brednie nie pomogą Naczelnemu Wodzowi. A co z nami zrobią, gdy przestanę być wodzem wioski, to wszyscy chyba wiecie, gdy wyjdzie na jaw, kto podbierał ze wspólnego skarbca i ile.

Szybkie Pióro podszedł do Naczelnego Wodza i chciał coś powiedzieć dalej, ale ten szybko się odsunął i rzekł:

– Nie zbliżaj się ty – (i tu Wódz rzucił słowo powszechnie w mowie Czirokezów uznane za obelżywe i pogardliwe, a które nie świadczyło dobrze o przekonaniu Wodza co do przymiotów umysłowych Szybkiego Pióra, ale słowa tego nie apisujemy w kronice), który jeździłeś teraz, w czas zarazy do wigwamów prosząc o głosy, ty się tak na tym znasz, jak bizon na gwiazdach. Nie panikujcie – powiedział Wódz. – Wybór nastąpi za dwa księżyce. Ludzie pójdą i Szybkie Pióro zostanie wybrany, o ile będą pewni, że zaraza mija.

– Ale nie minie – zakrzyknął szaman Czerwona Gęba.

– Milcz – ryknął Wódz. – Z tą twoją naiwnością to powinieneś nadal zioła warzyć, a nie na głównego szamana startować. Jak im Wielki Kłamca powie, że zaraza minęła, to minie. A ty Czerwona Gębo po prostu każ twoim szamanom ofiar nie liczyć, a może znowu nam się uda.

Uwierzcie w plan Naczelnego Wodza – zakrzyknął Wielki Kłamca. – Ciemne plemię wszystko kupi. A jeżeli powiecie prawdę, to po nas… – I tutaj Wielki Kłamca zrobił gest przeciągający jakby nożem po gardle.

I tu się kronika urywa. Sam nie wiem, co o niej myśleć. Zaznaczam jednak, że jakiekolwiek podobieństwo do spraw pozaindiańskich jest przypadkowe i niezamierzone.

Roman Giertych

 

 


We Włoszech kobiet zmarłych na Covid-19 jest o połowę mniej niż mężczyzn

Wśród zmarłych we Włoszech osób zakażonych koronawirusem kobiet jest o połowę mniej niż mężczyzn – odnotowano w raporcie krajowego Instytutu Zdrowia. Średnia wieku wśród zmarłych kobiet to ponad 83 i pół roku, a wśród mężczyzn – ponad 79 lat.

Jak wynika z przedstawionych w środę statystyk, do 17 marca w związku z koronawirusem zmarło 601 kobiet i 1402 mężczyzn.

Wśród zmarłych jest 17 osób w wieku poniżej 50 lat. Pięć z nich było poniżej 40. roku życia i byli to wyłącznie mężczyźni z ciężkimi współistniejącymi chorobami.

Ponadto w analizie zaznaczono, że średni wiek zmarłych pacjentów zakażonych koronawirusem – ponad 80 lat – jest o 17 lat wyższy od średniej wieku osób, u których potwierdzono obecność tego patogenu (około 63 lat).

Najczęstszym powikłaniem u osób chorych jest niewydolność oddechowa. Wystąpiła ona u 97 procent pacjentów. Ponadto pojawiają się takie problemy, jak ostra choroba nerek (prawie 28 procent), schorzenia kardiologiczne (10,8 proc.) i nadkażenia (10,2 proc.).

Średni okres, jaki mija od pojawienia się objawów do śmierci, to osiem dni, a od wystąpienia symptomów do hospitalizacji – cztery dni.

W dalszej części raportu Instytutu Zdrowia opisano zastosowaną terapię w czasie hospitalizacji osób, które potem zmarły. W 83 proc. przypadków była to kuracja antybiotykowa, a w ponad połowie – antywirusowa. U jednej czwartej chorych zastosowano leczenie sterydami.

Jak wyjaśnili eksperci, powszechne podanie antybiotyków można wytłumaczyć obecnością nadkażeń i leczeniem zapalenia płuc.

U ponad dwóch trzecich osób, które zmarły, stwierdzono co najmniej jedną dodatkową chorobę, wśród nich: choroby kardiologiczne, układu oddechowego, cukrzycę, choroby układu odpornościowego i nerek, onkologiczne, metaboliczne, otyłość.

Z Rzymu Sylwia Wysocka (PAP)


Bogumiła Nowak: Strach ma wielkie oczy

Bogumiła Nowak

Bogumiła Nowak

Mój tata mawiał, że jestem strachajło i że strach ma wielkie oczy. Zwykł mawiać: – Do cholery weź się w garść i przestań histeryzować. Zwykle miał rację. Wiedział, co mówi. A dziś, kiedy wszyscy wpadają w panikę i boją się koronawirusa przypominam sobie tatę, jego twardy, żołnierski charakter i bezpardonowy język.

 

Mój tata mawiał, że jestem strachajło i że strach ma wielkie oczy. Zwykł mawiać: – Do cholery weź się w garść i przestań histeryzować. Zwykle miał rację. Wiedział, co mówi.

Tata, Antek, gdy wybuchła II wojna światowa miał 11 lat. Jego młodszy brat Dzidek – 8, a siostra Maryśka – 4.

Dziadek Jan był ułanem w Kampanii Wrześniowej. Potem, po przegranej, jednej z bitew pod Warszawą dostał się do niewoli. Nie wrócił do domu i całą wojnę spędził w oflagu w Niemczech.

Babcia Józefa była niezaradna zawodowo. Nic innego nie umiała jak tylko zajmować się domem i dziećmi. Prać, gotować, sprzątać. Nigdy nie pracowała zawodowo, bo dziadek utrzymywał cały dom. Mieszkali małym dworku, który dziadek były legionista dostał od rządu. Dziadek prowadził duże gospodarstwo rolne. Babcia poza zajmowaniem się przychówkiem musiała też opiekować się chorowitym bratem Wackiem, jego żoną Antośką, unieruchomioną w łóżku od lat, no i swoją, już wtedy mocno leciwą matką, mającą chyba z 80 lat.

Tata musiał, więc szybko wydorośleć. Był jedynym, jak się wtedy mawiało, żywicielem rodziny i mężczyzną, odpowiadającym za tę rodzinę. Musiał dbać o aprowizację i pracować u bauera – często po 10 – 15 godzin dziennie za woreczek mąki lub kaszy. Poznał życie od najgorszej strony. Poznał też strach o siebie i swych bliskich.
I po latach, kiedy mi mówił, że strach ma wielkie oczy, mówił to z własnego doświadczenia.

Tata był dla mnie wzorem. Chciałam zawsze być taka jak on – oficer LWP (innej armii wtedy nie było). Dziadek wrócił z niewoli dopiero w 1949 roku. Tata, więc musiał sam zdecydować o sobie i swej życiowej drodze. Poszedł do wojska, bo tam miał utrzymanie i jeszcze szybko mógł pomóc finansowo swej rodzinie. Został saperem po szkole podchorążych we Wrocławiu. Szybko awansował. Budował drewniane mosty swojej konstrukcji w mniejszych miejscowościach, usuwał niewybuchy, miny i inne powojenne dziadostwo ukryte w ziemi.

Wielokrotnie bał się i wiedział, że ten strach będzie towarzyszył w akcjach rozminowywania wsi, miast, miasteczek, pól oraz lasów. Kiedy jego podkomendni nie wiedzieli jak dany niewypał unieszkodliwić to tata brał to na klatę. Musiał ryzykować, by ratować innych.

– Bałem się – mówił, bo saper myli się tylko raz. Drugiej szansy już nie ma. Jeśli by się pomylił zginąłby zostawiając mnie i mamę same. To wtedy tata mówił, że strach ma wielkie oczy i że można go pokonać siłą i wolą życia.

Potem kiedy zbuntował się i nie chciał jechać bez nas na studia do Moskwy, też się bał. Bał się o nas, czy kontra w stosunku do władzy nie spowoduje represji. Czy nie trafi do więzienia. Musiał tylko odejść z wojska jako młody, choć dobrze zapowiadający się porucznik. Był chyba najmłodszym emerytem wojskowym – w wieku 38 lat. Musiał zacząć życie jako cywil. Bał się, ale dał radę…. I do końca życia udowadniał, że umie walczyć.

Chciałam tak, jak on być saperem i oficerem. Cóż, jednak za moich młodych lat kobiety mogły jedynie być w służbach medycznych lub łączności. A to niestety nie moja bajka.

Na krótko miałam pomysł, by trafić do Libijskich Sił Zbrojnych. Byłam oczarowana wtedy pułkownikiem Kadhafii. Podobały mi się jego oficerki z karabinami i złotymi pagonami. Rodzina jednak postawiła tamę tym pomysłom i wybiła mi go z głowy. A nawet oficer w Ambasadzie Libijskiej w Warszawie stwierdził, że po pierwsze nie przyjmują cudzoziemek do libijskiej armii, a po drugie jestem chrześcijanką, co to mnie już na starcie wyklucza.

Nie przeżyłam tego zbyt boleśnie, bo nagle pojawiła się okazja na kurs spadochroniarski i zaczęłam z zapałem ćwiczyć się na skoczka.

Bałam się jak jasna cholera. Tym więcej, że od dziecka mam lęk wysokości. Nie umiem go do dziś opanować. I nawet skoki ze spadochronem temu nie zaradziły… Zawsze, kiedy przechodzę przez most i spojrzę w dół paraliżuje mnie milion igiełek w stopach. Nie wejdę też na wieżę, gdy są ażurowe schody. Nie wychylę się przez poręcz ani z okna…

Na komandosa też się nie załapałam. Kiedy kobiety zaczęły trafiać do przyzwoitych jednostek wojskowych, byłam już za stara na pójście do armii. Zazdrościłam więc tym, którym się to udało. A tata z uśmiechem stwierdzał – No cóż, przecież jesteś nieśmiała, delikatna – wojsko to nie dla ciebie. A jak wybuchnie wojna? To, co wtedy? Czy dasz radę zabijać?

Kochał mnie i pamiętam, jak mi powiedział, jak się bał wtedy, kiedy w czasie wojny na Bałkanach trafiłam w sam środek wojny.

Pojechałam jak zwykle do Jugosławii. Jeździłam tam kilka razy w roku. Nic nie zapowiadało, że coś się stanie. O możliwości wojny była mowa wtedy przez ostatnie kilka lat. Nikt nie brał tego na poważnie.
Niestety niespodziewanie dla wszystkich wybuchła i utknęłam w tym bałaganie, w tym wielkim kotle nienawiści, krwi i zbrodni. Nie miałam jak wydostać się stamtąd. Wróciłam tylko dzięki ludziom dobrej woli. Przedzierałam się przez linię frontu z przewodnikiem przez ponad trzy tygodnie.

– Jak się bałem o ciebie – powiedział mi tata, gdy mnie zobaczył i przytulił wraz z zapłakaną mamą. Stracili złudzenia, czy mnie kiedykolwiek jeszcze zobaczą. Media bombardowały świat okropnymi informacjami o wojnie, zabitych, mordowanych. Wróciłam wychudzona, brudna i zastraszona, ale żywa.

I kiedy potem czegoś się bałam, tata mnie sztorcował – Nie histeryzuj, strach ma wielkie oczy. Nie bądź rozmazaną babą. Co do dla ciebie, na wojnie dałaś sobie radę to tym bardziej teraz pokonasz strach i sprostasz wyzwaniom.

Skąd akurat dziś to wspomnienie? Jest jak najbardziej adekwatne do obecnej sytuacji. To dziś mówię sobie często sama, że strach ma wielkie oczy i że dam radę. Tata nie żyje już prawie 20 lat. Czasem mi się przyśni, jak mam jakiś większy problem. I wtedy ten wyśniony omam taty, męski, silny, odważny też mi zmywa łeb i każe wziąć dupę w troki.

A dziś, kiedy wszyscy wpadają w panikę i boją się koronawirusa przypominam sobie tatę, jego twardy, żołnierski charakter i bezpardonowy język.

Dziś powiedziałby mi jak nic – Nie pierdol głupot, weź się do roboty. Przynosisz wstyd tym histeryzowaniem. Przecież nie jesteś babą i sobie poradzisz jak zawsze.

Więc spuszczam głowę, zagryzam zęby, biorę dupę w troki i do ataku. Nie boję się, bo nie przyniosę wstydu memu tacie. Musi być ze mnie dumny gdzieś tam na niebiańskich Polach Elizejskich jako oficer kompanii saperów u Pana Boga.

Bogumiła Nowak

 

 


Szumowski: To nie rząd, to WHO przespał nadejścia epidemii koronawirusa

Ruszyliśmy z przygotowaniami, odkąd usłyszeliśmy, że epidemia koronawirusa wybuchła w Chinach; WHO i OECD mówiły wtedy, że prawdopodobieństwo zawleczenia epidemii do Europy jest bardzo niskie lub niskie – powiedział w środę minister zdrowia, Łukasz Szumowski.

To nie rząd, WHO przespało epidemii koronawirusa

Szumowski był pytany w Radiu Zet, czy rząd nie przespał przygotowań do epidemii koronawirusa. Jak zapewnił, rząd rozpoczął odpowiednie przygotowania, odkąd wiadomo było, że epidemia wybuchła w Chinach.

– WHO i OECD mówiły wtedy, że prawdopodobieństwo zawleczenia tej epidemii do Europy jest bardzo niskie lub niskie. Zaczęliśmy bardzo intensywne działania, kiedy wirus pojawił się w Europie i nadal prognozy WHO i OECD były bardzo uspokajające. Pomimo to zaczęliśmy działać, były wydawane instrukcje sanepidu” – podkreślił.

Dopytywany, czy w takim razie Światowa Organizacja Zdrowia przespała nadejście epidemii, stwierdził, że tak.

WHO później za to zresztą przeprosiła, że ich komunikaty, które powinny być wykładnikiem, mogły być mylące – zauważył.

 

 

Wprowadziliśmy radykalne działania

– Mieliśmy więcej czasu niż inne kraje, stąd mieliśmy czas, żeby zareagować gwałtowniej niż w innych krajach. Jako pierwsi w Polsce wprowadziliśmy bardzo radykalne działania, które teraz dopiero wprowadzają Francja i Hiszpania. Oni to robią, jak mają tysiące zarażonych – powiedział.

Przypomniał, że w Polsce rząd zdecydował o zamknięciu szkół, granic i ograniczeniu dużych skupisk ludzkich.

Dlaczego tak mało testów?

Na pytanie, dlaczego wykonuje się u nas tak mało testów na obecność koronawirusa, odparł, że pod tym względem nie odbiegamy znacząco od innych krajów. Wskazał, że do tej pory wykonano w Polsce ok. 8 tys. testów, a ich liczba będzie teraz szybciej rosnąć.

– Wykonujemy teraz badania wszystkim osobom z bezpośredniego kontaktu (z osobą, u której stwierdzono zakażenie – PAP) po to, by potwierdzić lub wykluczyć możliwość zakażenia. W żadnym kraju na świecie nikt nie wykonuje testów wszystkich obywateli, bo to zajęłoby wszystkie siły i środki każdego systemu diagnostycznego, a po drugie niewiele by wniosło, przynajmniej na początku epidemii. Im więcej chorych, tym więcej testów – zaznaczył.

Diagnostyka

Na uwagę dziennikarza, że w Niemczech szeroka diagnostyka przynosi efekty, bo odsetek osób zmarłych wynosi 0,14 proc., oświadczył, że diagnostyka nie zmienia śmiertelności.

Jest wyłącznie informacją epidemiczną. Od tego, czy mamy test dodatni czy ujemny nie zmienia się nasze postępowanie terapeutyczne. Niemcy akurat mają dziesięciokrotnie mniejszą śmiertelność, bo inaczej raportują. U nas mielibyśmy jednego pacjenta zmarłego mniej, bo pacjent zmarł na zatrzymanie krążenia, a nie na koronawirusa. Tutaj Niemcy by zakodowali to jako inną przyczynę śmierci – zauważył.

Szumowski odniósł się też do sytuacji w Łomży, gdzie mieszkańcy i szpital sprzeciwiali się przekształceniu go w jednoimienny szpital zakaźny, a pracująca w szpitalu była posłanka PiS Bernadeta Krynicka mówiła, że placówka jest zupełnie nieprzygotowana na przyjmowanie pacjentów z koronawirusem.

– To jest pewna obawa lokalna, lokalne przepychanki pomiędzy dwoma częściami jednego województwa. Szpital jest wieloprofilowy, ma trzydzieści kilka respiratorów na 400 łóżek. To znaczy, że baza łóżkowa i baza wspomagania oddechu – to są najważniejsze funkcje w leczeniu COVID-19 – jest tam dostępna. Zostało wysłane do szpitala 1000 maseczek, 1000 kombinezonów i odpowiednia liczba gogli. To są bardzo konkretne działania – stwierdził.

Dodał, że w promieniu 30 km od Łomży są trzy inne szpitale, które przyjmują pacjentów z okolicy.

– Rozumiem zaniepokojenie ludzi w Łomży, że tam jest szpital (zakaźny – PAP), ale gdzieś musi być. Zresztą w Białymstoku też jest powołany decyzją wojewody szpital jednoimienny, w związku z czym i w Łomży i w Białymstoku mamy dwa szpitale, żeby nie było takich regionalnych wojen – zaznaczył.

Mówiąc o Krynickiej stwierdził, że z jej strony padły słowa karygodne, że ktoś chce kosztem Łomży oszczędzić Białystok.

– To jest wstyd, że ktoś, kto wie jak wygląda zarządzanie szpitalem i państwem, mówi takie rzeczy. To jest sianie paniki, podsycanie antagonizmów pomiędzy ludźmi, którzy boją się – ocenił.

W nagraniu zamieszczonym na Facebooku Krynicka stwierdziła, że przekształcenie szpitala w Łomży w szpital zakaźny jest wynikiem decyzji wojewody podlaskiego podjętej pod naciskiem lekarzy z Białegostoku.

W poniedziałek Krynicka została zawieszona w prawach członka PiS. (PAP)

Karolina Mózgowiec


Marcin Zegadło: Dziennik pandemiczny 17.03.2020r. – środa (przedpołudnie)

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Okazuje się, że sytuacja przypomina odrobinę klimat sprzed września. Tamtego września w trzydziestym dziewiątym. Bo czymże jest wołanie szpitali o pomoc i wsparcie ich w zakresie środków ochrony osobistej, na które Polacy/Polki reagują spontanicznymi zbiórkami jak nie tym czym były wtedy spontaniczne zbiórki społeczne na karabiny maszynowe dla jednostek wojskowych.

 

Albo ta ich bolesna koncepcja „państwa teoretycznego”. Uwielbiałem słuchać tego pierdolenia o „państwie teoretycznym”, kiedy jeszcze nie byli u władzy i robili „tekturę” ze wszystkiego, do czego ręce przyłożył ktoś inny.

Natomiast pod wpływem przejęcia władzy przez nich, przez „dobrą zmianę”, ta tektura, ten paździerz miały zamienić się jak pod wpływem dotknięcia magicznej różdżki w ogólnonarodowe, patriotyczne, bogoojczyźniane złoto. W czyste złoto.

To miała być Wielka Polska. Polska wyniosła i moralnie czysta. Polska, która gardzi lewackim Zachodem, Unią i jej biurokracją, która mówi zdecydowane „nie!” wszystkim genderom tego świata, która mówi „nie!” „pedalstwu”, „ciapatym”, „zaprzaństwu”, „pedagogice wstydu”.

To miała być Wielka Polska katolicką, która mówi „tak!” heteroseksualnej rodzinie, patriarchatowi, nacjonalizmowi, to miała być Polska, która mówi „tak” wszechobecnej hierarchii kościelnej, która mówi „tak” biskupom, zaglądającym do majtek dorosłym i dzieciom, to miała być Polska wzniosła jak idea, lider regionu obrażony na wszystkich dookoła, bo wszyscy głupi tylko Polacy mądrzy, dobrzy, uczciwi, mężni, ofiarni i gdyby nie Polacy to Francuz do dzisiaj żarłby paluchami, a Niemiec „nie będzie pluł nam w twarz”. Taka była tej Polski ogólna koncepcja i Polacy/Polki dwukrotnie tę koncepcję, gremialnie poparli, czemu dali wyraz przy urnach wyborczych.

Tymczasem okazuje się, że sytuacja przypomina odrobinę klimat sprzed września. Tamtego września w trzydziestym dziewiątym. Bo czymże jest wołanie szpitali o pomoc i wsparcie ich w zakresie środków ochrony osobistej, na które Polacy/Polki reagują spontanicznymi zbiórkami jak nie tym czym były wtedy spontaniczne zbiórki społeczne na karabiny maszynowe dla jednostek wojskowych. W tym samym czasie u naszego zachodniego sąsiada, który za kilka miesięcy miał rozsiąść się w Warszawie na kolejne pięć lat, szła produkcja broni na skalę, której nawet mokre sny Sanacji nie ogarniały.

Dlatego brzmi to, jak ponury żart to ich „państwo teoretyczne”, kiedy jeszcze na dobre się nie zaczęło, a już wszystkiego brakuje, już się pali pod nogami polska ziemia, co jest już tej ziemi wielowiekową tradycją, że jak ma coś pierdolnąć, to na pewno pierdolnie.

A w tym wszystkim znamienne jest to „wielkie zniknięcie” tego, który był wszechobecny przez ostatnie lata. „Strateg z Żoliborza” rozpłynął się w powietrzu i teraz wydaje się być jedynie złym snem, który nam się przyśnił, teraz rumianą twarz ministra Szumowskiego to jest twarz „dobrej zmiany”, teraz na tej buzi PiS zbijał będzie polityczny kapitał, bo przecież ani na chwilę, nie przestał robić polityki.

No i jeszcze ta pocieszna, pełna dziecięcej ufności, a od czasu do czasu dziecięcego gniewu i naburmuszenia – twarz prezydenta Dudy, który w wojskowej bluzie udaje, że stan wyjątkowy, nie jest wcale taki wyjątkowy i szykuje się do wyborów, których zdaje się nikt nie ma zamiaru przekładać, ponieważ wybory to się przekłada w „państwach teoretycznych” a nasza Polska nie jest przecież z tektury.

Nasza Polska nie dlatego była znaczona „krwią i blizną”, żeby teraz wybory przekładać i przerwać pracę nad budową, tej nowej, lepszej. Tej dla prawdziwych Polaków, którzy rozumieją naszą misję dziejową na tym skrawku ziemi.

Tymczasem niespodziewanie ta pandemia. Zaiste pokerowa zagrywka ze strony złego losu. No bo przecież nie Boga, który wiadomo, że jest od zawsze po stronie Polaków.

Ten „zły los” mówi niespodziewanie tej ekipie sprawdzam, a ta ekipa ma teraz na głowie mniej więcej to samo, co tamta ekipa we wrześniu trzydziestego dziewiątego miała nad głową, kiedy nad Warszawą pojawiły się pierwsze nieprzyjacielskie samoloty.

I nie chce tutaj pisać o „drodze na Zaleszczyki”, bo nie o to chodzi, żeby się nad kimś pastwić. Chodzi o to, że teoretyczność tego państwa to nie jest kwestia prawicowości, lewicowości czy chuj wie czego jeszcze. Jego teoretyczność wpisana jest w naturę żyjących tutaj ludzi, którzy od setek lat, zamiast budować na faktach, na konkrecie, w oparciu o realne, naglące potrzeby, budują na mitach, złudzeniach i wyobrażeniach o samych sobie i miejscu, w którym żyją. A efekt jest taki, że to się ostatecznie obraca w proch przy byle tąpnięciu. A teraz mamy tutaj coś w rodzaju trzęsienia ziemi. Więc przebieg zdarzeń jest raczej do przewidzenia.

Pytanie tylko, co wymyślimy po wszystkim, żeby poprawić sobie nastrój i uciec od smutnej prawdy, że znowu daliśmy dupy, bo nie da się budować Wielkiej Polski jak w szpitalach brakuje rękawiczek dla ich personelu. Wtedy nawet grypa może okazać się kolejnym Westerplatte.

Ale mamy wprawę. Więc nikt się tym wcześniej specjalnie nie przejmował.

No i jest jak jest.

„Westerplatte broni się nadal”, a jak powiedział kiedyś papież Polak „każdy ma swoje Westerplatte”.

No, to teraz oni mają swoje, a my swoje.

Marcin Zegadło

 

 


Radek Wiśniewski: Kronika gniewu. Jeszcze będziemy potęgą? – Ja się prawie dałem nabrać, wiecie?

Radek Wiśniewski

Radek Wiśniewski

I teraz obywatele ściepują się na, kurwa, maseczki dla ratowników. Obywatele płacący oczywiście podatki, z których zatroskany Pan Szumowski ma co miesiąc pensję a Prezydent ten fikuśny nowy styl - wczoraj bluza khaki bez stopnia wojskowego, dzisiaj kask brygadzisty Maliniaka i odblaskowa kamizelka. Płacisz i wiesz. Po co nam jesteście politycy, a szczególnie wy, obecnie rządzący? Ministrze Łukaszu Szumowski, były ministrze zdrowia Konstanty Radziwile? Tego z policzkami jak jabłuszka pomijam, bo widać co on umie.

 

„We’re fuckin’ far away from ok”
(Marsellus Wallace, „Pulp Fiction”)

Ja się prawie dałem nabrać, wiecie? Na to zmęczone oblicze ministra zdrowia. Nie, na pucułowatą buźkę z policzkami jak jabłuszka tego drugiego ancymona, nie. Temu to nie da się wierzyć. Uwierzyłem ciemniejącym worom pod oczami ministra zdrowia, Łukasza Szumowskiego.

Pomyślałem, ten to ma przesrane. A jeszcze lekarz, to on kuma co jest grane. Mówi jakby po ludzku, nie jak ta cała reszta, co to nie nawet jak zaszczekać, póki pierwszy łańcuchowy nie poda tonu.

Ale coś tu przestało stykać. O tym, że mamy stan wyjątkowy, który się tak nie nazywa, tylko po to, żeby grupa trzymająca władzę mogła przeprowadzić jakąś mistyfikację wyborów, to już pisałem, o tutaj – Radek Wiśniewski: Pytam się zatem – Kurwa, co jest? – to się nie będę powtarzał. To pierwsze co mi nie styknęło.

Potem wiadomość, że miasto Poznań samo zorganizowało sobie stację diagnostyczną, z własnego budżetu, żeby szybciej diagnozować pacjentów z koronawirusem. Nie – Pan Szumowski, Kurski, Pani Ogórek czy Samuel Pereira. Nie. Samorząd sam. I oczywiście te cudowne screeny, jak to pizzerie, kebaby, restauracje wożą teraz jedzenie lekarzom, ratownikom, pielęgniarkom. Wiadomo, to, co szpital daje do jedzenia to jest głodówka.

Ale dzisiaj zobaczyłem u znajomych jak sobie udostępniają link z serwisu siepomaga.pl, że serwis zbiera od nas, obywateli płacących podatki wolne datki, żeby za pięć milionów kupić, uwaga:

  • – 700 000 maseczek
  • – 50 000 kombinezonów
  • – 50 000 przyłbic
  • – 500 000 jednorazowych rękawiczek
fot. zrzut z ekranu

Bo w szpitalach nie styka.

I w opisie projektu zbiórki takie cytaty:

„…Bardzo proszę o pomoc łomżyńskiemu szpitalowi, który jest w tej chwili przekształcany na zakaźny. Nasz szpital to biedny szpital. Brakuje personelu, a również masek, gogli, odzieży ochronnej. Lekarze z naszego szpitala panikują, brakuje wszystkiego. Nie możemy do tego dopuścić. Nie dość, ze zabrali nam jedyny szpital w mieście to jeszcze problemem są braki podstawowego sprzętu…”

„…Ratownicy medyczni pracujący w Pogotowiu Ratunkowym w Gdańsku nie mają maseczek, kombinezonów czy środków odkażających. W trosce o ich zdrowie i ich rodzin bardzo proszę o pomoc. Żona ratownika….”

Rozumiecie to? Tuż przed pandemią, wiedząc, że ona do nas idzie dwa miliardy wpierdzielono w telewizję partyjną, w honorki Magdaleny Ogórek, Samuela Periery, Krzysztofa Ziemca i innych, a pandemia już do nas szła.

Nie wyliczę wszystkiego na co była kasa, a na co nie było w tych mijających latach, bo trzepie mną gniew, a w zasadzie wkurwienie, zwykłe staropolskie wkurwienie.

A rektorzy akademii medycznych podobno teraz wzywają studentów ostatnich lat medycyny na wolontariaty. Kumacie? Praca, tylko że za nią się nie płaci. Ja coś o tym wiem, bo od 23 lat jestem wolontariuszem stowarzyszenia w Brzegu, ale tam jest tak że, jak mi się bardzo nie chce i innym się nie chce to czegoś nie robimy i tyle. W mieście jest jedną niszową imprezę mniej. A tutaj państwo wzywa wolontariuszy do pracy przy pandemii, na którą nie ma szczepionki. Bo lekarzy zabrakło? A dlaczego ich zabrakło? Ojej. Była kasa na Bartka Misiewicza i Agenta Tomka, a na jednego, czy dwóch więcej lekarzy nie było? Jak to się mogło stać? Beatko? Mateuszku? No nieładnie. Nieładnie.

I teraz obywatele ściepują się na, kurwa, maseczki dla ratowników. Obywatele płacący oczywiście podatki, z których zatroskany Pan Szumowski ma co miesiąc pensję a Prezydent ten fikuśny nowy styl – wczoraj bluza khaki bez stopnia wojskowego, dzisiaj kask brygadzisty Maliniaka i odblaskowa kamizelka. Płacisz i wiesz.

Każde państwo, normalne państwo, ma tak zwane rezerwy strategiczne. Różne. Najczęściej to są rezerwy paliw, smarów, broni, amunicji – ale także leków, żywności, różnych środków ratunkowych. Takie zasoby, których nie wolno, kurwa ruszyć. Ba, które trzeba odnawiać co kilka lat, sprawdzać ich stan, uzupełniać. Ciekawy jestem, jaki jest stan rezerw naszego Państwa nie po ośmiu latach rządów jakiejś platformy. To już było. Po ponad pięciu latach rządów facetów i facetek, którzy mówili, że na wszystko nas/was stać, że to nieprawda, że nie ma pieniędzy, że Polacy oczekują, że Polacy żądają. Niech zgadnę – stan tych rezerw jest po prostu chujowy. Nie zły. Nie – niezadowalający. Po prostu, po staropolsku, musi być chujowy. Przepraszam, za słowo „musi”.

A niestety okazało się, że z pandemią nie da się walczyć poprzez projekt uchwały potępiającej i ktoś szepnął im:
– chłopaki, dziewuchy, ale uchwała potępiająca koronawirusa może na niego nie zadziałać…

I ja nawet wiem, co oni powiedzą za kilka dni, kiedy być może się zdarzy, że ludzie zaczną umierać na korytarzach szpitali. To znaczy ludzie umierają tam i dzisiaj tylko na mniej medialne przypadłości. Ale jak na koronowirusa zaczną umierać gęściej to wiecie co powiedzą? Że:

„żadne państwo, nawet bogatsze od nas nie jest w stanie w stu-procentach-pierdu-pierdu-bla-bla-pierdu”.

W tym czasie Jacek Kurski, Zenek Martyniuk i jakieś inne słodkie przydupaski Pani Lichockiej przejedzą w telewizji dużo więcej niż te wasze wyżebrane pieć milionów.

A wy kochani zbierzecie pewnie te pięć milionów na te maseczki, których nie umiało zapewnić państwo, między innymi w osobach ministra zdrowia Szumowskiego, który jednak zawierzył naszą służbę zdrowia Matce Boskiej, takiej Żydówce Miriam, która urodziła Żyda Jeszuę, jakby to cokolwiek miało wspólnego z zarządzaniem czymkolwiek.

Bo wiecie co, bez tych maseczek zaczną umierać bardzo potrzebni nam nagle lekarze, o których jedna z politycznych ciotek Pana Szumowskiego od Miriam, powiedziała:

– Niech jadą

To było wtedy, kiedy ktoś przytomny zauważył, że jak się nie wysupła na pensje dla lekarzy naszych, polskich, za których kształcenie zapłaciliśmy niemało już z naszych podatków, to oni wyjadą pracować gdzie indziej.

Niech jadą, powiedziała ta ciotka moralnej rewolucji. Gdzie jesteś teraz ciotko? Powtórzysz to jeszcze raz tym lekarzom, których państwo zaprasza na wolontariaty do pracy przy pandemii, na którą nie ma lekarstwa? Powtórzysz to ciociu moralnego wzmożenia ratownikom bez masek zwożących zakażonych do organizowanych ad hoc szpitali zakaźnych? No gdzie jesteś? Pokaż no się?

I to oni chcieli budować polski, masowo dostępny samochód elektryczny? Port lotniczy w szczerym polu? Przecież oni nie potrafią zapewnić ratownikom medycznym kawałka szmatki na gębę!

Boję się pomyśleć czego jeszcze brakuje w polskich szpitalach po pięciu latach rządów tej bandy, jeżeli zorganizowanie produkcji prostych chemicznie środków odkażających przerasta umiejętności wielkiego stratega warcabów z Żoliborza. A przerasta.

Byłem dzisiaj na stacji benzynowej we Wrocławiu, ludzie pytali o ten słynny środek odkażający z rafinerii. Nie ma. Nie dlatego, że dojechał i ludzie wykupili. Nie ma i nie było go tam w ogóle.

Tego też nie potrafią.

Ja się w ogóle zastanawiam co oni potrafią. Bo Naczelny poseł pono w niedzielę się pojawił z dwoma ochroniarzami na mszy i poklepał pana księdza po ramieniu i powiedział, że modlić się trzeba.

Tylko, kurwa, rządzenie współczesnym państwem nie polega na zawierzaniu Żydówce Miriam publicznej służby zdrowia i czy poklepywaniu pana księdza po ramieniu.

Tak, Polacy się nauczyli jednego, że jak co do czego to żadna władza nic im nie da, bo każda władza czarna, czerwona, żółta daje dupy.
Dlatego Polacy są świetni ostatnio w zbiórki internetowe.

Minister kultury zerwał umowę na obchody „Solidarności”?

Jeb, obywatele sami się zrzucili. Minister zdrowia zawierzał, zamiast organizować służbę zdrowia – jeb obywatele dali na WOŚP, dadzą i na maseczki dla ratowników, bo pandemia.

A może już zapomnieliście, ale normalnie to jest tak, że wolni ludzie potrzebują polityków, żeby zajęli się za nich tym, czym normalny człowiek ma prawo się sam nie zajmować, ma prawo do tego nie mieć głowy. Budowa dróg, organizacja systemu edukacji, w miarę wyrównującego szanse dzieciaków, systemu służby zdrowia, obrona narodowa, policja i takie tam różne. Ale skoro wy, rządzący politycy nie umiecie, bo musimy sami ściepywać się na fartuchy dla lekarzy, to po co wy nam jesteście?

Tak myślę. Po co nam jesteście politycy, a szczególnie wy, obecnie rządzący? Ministrze Łukaszu Szumowski, były ministrze zdrowia Konstanty Radziwile? Tego z policzkami jak jabłuszka pomijam, bo widać co on umie. Nie używam już brzydkich wyrazów, bo były trzy, czy cztery w tym tekście, więcej się nie zmieści. Ale one są. Wiszą mi na końcu języka. Wiecie o tym, prawda? One tam są i są adresowane do was.

Tak, owszem, zostać w domach, odkażać klamki, organizować dzieciom domowe lekcje.

Ale kiedyś wyjedziemy z tych domów. Nie wszyscy – bo część z nas, naszych bliskich, nie wiemy jak wielka – umrze.

I wtedy przyjdzie czas porachunków.

Przemyślcie to.

Radek Wiśniewski

 

 


Krzysztof Skiba: Jęczą, że odwołano im koncerty czy spektakle. Stękają jak dziady kościelne, że stracą pieniądze

Krzysztof Skiba

Krzysztof Skiba

Damy wszyscy radę. Wytrwamy! Tylko już bez tego fałszywego jęczenia proszę. I pomóżcie tym, którzy mają w życiu mniej szczęścia niż wy. To was uskrzydli.

 

Już nie mogę czytać tego utyskiwania moich koleżanek i kolegów z branży artystycznej. Jęczą jak stare baby u lekarza, że odwołano im koncerty czy spektakle. Stękają jak dziady kościelne, że stracą pieniądze. No trudno WSZYSCY (oprócz producentów maseczek ochronnych i płynów dezynfekujących) STRACĄ. Nie tylko artyści, są w tej trudnej sytuacji.

Podstawowa przyzwoitość każe, aby w ciężkich czasach nie myśleć tylko o sobie. Wielu innym JEST i BĘDZIE o wiele gorzej. Wy po prostu zarobicie w tym roku MNIEJ kasy.

Warto przy tej okazji zdobyć się na jakąś rozsądną refleksję. Przewartościować swoje życie. Pomyśleć o tym, że ta niespodziewana LEKCJA koronawirusa przyda się nam wszystkim. Być może warto zadumać się nad kruchością życia, przypomnieć sobie starą prawdę, że jesteśmy tylko pasażerami w tym pociągu pędzącym przez czas, a samo życie nie polega tylko na fajnej imprezie z kokainą pod nosem i bentleyem pod pachą.

Minęły zaledwie cztery dni kwarantanny, a już polskie GWIAZDY cierpią i skarżą się, że nie będą miały za co płacić rachunków.

Gdyby to byli jeszcze jacyś młodzi wykonawcy na dorobku, debiutanci, artyści niszowi. Nie! Do chóru narzekających zapisali się wykonawcy, którzy za jeden koncert biorą po 60 tys. zł i więcej. Kobieta z dyskontu pracuje na takie honorarium przez rok albo i dłużej.

Co robiliście przez całe życie? Czemu nie odłożyliście pieniędzy jak wszystkie kurki z monetą były odkręcone? Po cholerę kupowaliście drogie auta i braliście kredyty jak idioci? Wiewiórka jest mądrzejsza od was, bo wie, że trzeba sobie schować orzeszka na zimę.

Nic się nie stanie. Damy wszyscy radę. Wytrwamy! Tylko już bez tego fałszywego jęczenia proszę. I pomóżcie tym, którzy mają w życiu mniej szczęścia niż wy. To was uskrzydli.

Krzysztof Skiba