Marcin Zegadło: Dziennik pandemiczny 17.03.2020 r. – wtorek (wieczór)

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Myślę o kryzysie gospodarczym, który z całą pewnością nas czeka. Obawiam się, że to co uderzy w przedsiębiorców ostatecznie z podwójną siłą trafi w pracowników. Ci mniejsi przedsiębiorcy upadną i długo się nie podniosą.

 

207 potwierdzonych przypadków zakażenia. Pięć zgonów. Pierwszy, potwierdzony przypadek zakażenia koronawirusem w Częstochowie. To sześcioletnie dziecko, które przebywa z matką na oddziale zakaźnym. Testy matki mają zostać powtórzone, lekarze uważają, że to niemożliwe, żeby jej wynik był negatywny. Dziecko nie pochodzi z Częstochowy, jest w dobrym stanie.

Poprawa pogody, szesnaście stopni, więc niebezpieczne zagęszczenie ludzi na placach zabaw i trochę więcej niż wczoraj spacerowiczów. Widzę ich, kiedy przemieszczam się samochodem po mieście. Dzisiaj pod naszym oknem cały dzień śpiewają ptaki. Zdaje się, że będziemy tutaj mieli wkrótce jakąś wiosnę.

Kiedy zatrzymuję samochód na przejściu dla pieszych, syn z ojcem czekają na zielone światło. Facet naciska przycisk uruchamiający sygnalizację. Następnie podaje tę rękę dziecku. Dzieciak bierze ją do ust na wysokości połowy przejścia dla pieszych. Tak to działa.

Myślę o kryzysie gospodarczym, który z całą pewnością nas czeka. Obawiam się, że to co uderzy w przedsiębiorców ostatecznie z podwójną siłą trafi w pracowników. Ci mniejsi przedsiębiorcy upadną i długo się nie podniosą. Ci więksi i duże przedsiębiorstwa będą zmuszone do zwolnień, wysyłania pracowników na bezpłatne urlopy, możliwe, że okresowe zmniejszenie wynagrodzeń, wstrzymanie premii itp.

Pamiętam to co działo się na rynku pracy po roku 2008. Z mojej perspektywy i z moich doświadczeń wynika, że to co nazywamy „rynkiem pracodawcy” to jest potężna chujnia i trudno się z tego wygrzebać, kiedy tak jak wtedy, podczas tamtego kryzysu stworzy się pracodawcom narzędzia, które pozbawiają pracowników odpowiedniej ochrony. Pamiętam jak wielu moich znajomych nie mogło wykopać się wtedy z okresowych umów o pracę, które wolno było pracodawcom w tamtym czasie stosować na potęgę. No to stosowali.

Oczywiście te narzędzia, zgodnie z przyjętą narracją i zapewne prawidłami rządzącymi gospodarką, to konieczność. Tak czy owak, wszyscy na tym tracimy, a w dłuższej perspektywie ten kryzys może zmienić życie milionów ludzi na całym świecie. To co dociera do mnie od ludzi pracujących w międzynarodowych korporacjach brzmi cokolwiek apokaliptycznie. Łykam to, jak elektorat PiSu narrację o Bogu, Honorze i Ojczyźnie. Łykam to, ponieważ nie znam się na gospodarce, a brak wiedzy, o czym niebawem wszyscy przekonamy się boleśnie, wiąże się z uczuciem lęku i niepewności. Być może się mylę i wszystko rozejdzie się po kościach. W co wątpię, ale wygodniej byłoby mi w to wierzyć. Tyle że wiara, to jeden z moich deficytów.

Z drugiej strony ryzyko strat związanych z kryzysem gospodarczym, a tym samym z gigantycznym spadkiem zysków musi być czymś strasznym dla cywilizacji, którą od dziesięcioleci rządzi wyłącznie pragnienie bogacenia się, albo mówiąc wprost – chciwość – nic innego. W tym sensie jest w tym co nas spotyka jakaś ostateczność. Więc w tych wszystkich projekcjach dotyczących „świata po pandemii”, nie widzę nowego porządku, który przyczyniłby się do tego, żeby „świat stał się lepszym miejscem”. Widzę tam natomiast ostrą walkę o to, żeby ten świat stał się przynajmniej „takim samym miejscem, którym był przed pandemią”, przynajmniej jeśli chodzi i prawa pracownicze i rynek pracy w ogólności. Chciwość jest bowiem paliwem cywilizacji, w której żyjemy. Nie chce być inaczej.

Marcin Zegadło

 

 


Marcin Zegadło: Dziennik pandemiczny 17.03.2020 r. – wtorek (godziny poranne)

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Jeżeli pocieszeniem w przypadku COVID-19 ma być fakt, że być może nie umrzemy, ale za to poumierają nasi dziadkowie i rodzice, to wydaje mi się, że jest to pocieszenie na miarę naszych czasów i mówi o nas więcej niż cokolwiek innego

 

To jest jednak samobójstwo nazywać te zapiski dziennikiem. Mam już odrobinę doświadczenia z FB i wiem, że gatunki paraliterackie nie znajdują tutaj rzesz odbiorców. Mimo wszystko zaryzykuję i pozostanę przy tej formule.

Poranne nagłówki mówią o 177 osobach zarażonych.

Minister Szumowski informuje, że pod koniec tygodnia liczba zachorowań osiągnie 1000-1500 potwierdzonych przypadków. Oznacza to, że mniej więcej na poziomie 25 marca będzie ich kilka tysięcy. Stawiam na pięć albo odrobinę mniej. Oczywiście to nie będą wyłącznie nowozarażeni. To będą w większości ci, którzy czekają na potwierdzenie wyników badań.

Poza tym „Minister środowiska Michał Woś zakażony koronawirusem”, w rządzie lekkie zamieszanie. Z kim miał kontakt minister Woś? Rada Gabinetowa, która miała odbyć się dzisiaj stoi pod znakiem zapytania. Prezydent o 9.00 ma wygłosić orędzie.

Wczoraj w rozmowie z Radkiem Wiśniewskim poruszyliśmy problem koronawirusa w obozach dla uchodźców. Nikt nie chciał ich zdrowych, kto im pomoże, kiedy zaczną chorować. Mowa o obozach w Grecji, ale także w Afganistanie, Iranie, Bangladeszu. Tragiczne warunki sanitarne w tym kontekście doprowadzą do śmierci ogromnej ilości ludzi. O pomoc apeluje Jan Egeland – sekretarz organizacji Norwegian Refugee Counsil. Dla przykładu w obozie Moria, na greckiej wyspie Lesbos na trzy tysiące miejsc przypada dwadzieścia sześć tysięcy osób (źródło: gazeta.pl).

Tyle tylko, że strach zamożnych raczej nie służy ubogim i porzuconym. Bogaty Zachód chce żyć i dalej konsumować bez ograniczeń jak czynił to dotąd. Zachód chciałby bez końca bezrefleksyjnie pogrążać się w czerpaniu korzyści z tego, że jest daleko od nędzy i bezprawia. Oczywiście w pewnym sensie sam jestem beneficjentem tego losu. Mam szczęście żyć w tej części Europy (świata), w której problem nędzy, wykluczenia i bomb lecących na nasze głowy, nie dotyczy mnie i moich dzieci.

Teraz mamy za to COVID-19 i wątpię, żeby w tej sytuacji, ktoś pamiętał o tych, na których wszyscy mają wyjebane od lat.

Zresztą odbiegając nieco od tematu, wystarczy przyjrzeć się temu w jaki sposób tutaj na „Zachodzie” poprawiamy sobie samopoczucie w przypadku pandemii. Cóż media oferują nam na pocieszenie? Upraszczając: śmierć starców, ludzi w zaawansowanym wieku i tych, którym towarzyszą inne schorzenia. „Zmarł mężczyzna zainfekowany koronawirusem” głosi prasowy nagłówek, ale zaraz po przecinku dowiadujemy się, że był stary i chory. Zajebiście. W takim razie niech zdycha. My jesteśmy bezpieczni. Mniej więcej taka towarzyszy tej pandemii atmosfera.

Pisałem już o tym, nie chcę tego powtarzać, ale jeżeli pocieszeniem w przypadku COVID-19 ma być fakt, że być może nie umrzemy, ale za to poumierają nasi dziadkowie i rodzice, to wydaje mi się, że jest to pocieszenie na miarę naszych czasów i mówi o nas więcej niż cokolwiek innego.

Oczywiście można się czepiać. Można powiedzieć: to nie jest forma pocieszenia, to są fakty.

Uważam jednak, że są one wykorzystywane dokładnie po to, żeby odsunąć poczucie zagrożenia od młodych i silnych. Tych, na których opierają się światowa gospodarka. Starzy, chorzy albo uchodźcy pozamykani w obozach? Cóż. Takie jest życie. A właściwie – śmierć.

W tym momencie myśl Jeana Amery’ego wydaje się stroić bezbłędnie:

„To trzeba nieustannie powtarzać” – pisze Amery – „nawet jeśli jesteśmy wszyscy równi wobec śmierci – co w sumie nic nie znaczy (…) to nie jesteśmy równi wobec umierania”

Tyle z literatury o poranku.

Marcin Zegadło

 

 


Bogumiła Nowak: Grunt to nie zwariować

Bogumiła Nowak

Bogumiła Nowak

W tym całym pandemicznym strachu jest okienko na optymizm. Mam chwilę zapomnienia i ucieczki od koronawirusa, z którym muszę się zmagać cały dzień w pracy. Strach (nie mój, lecz cudzy) wyziera z każdego kąta. Na szczęście słońce daje poczucie siły i radości. Natura niepogrążania mnie w uczuciu stresu, niepewności i przygnębienia. A w Chinach… statystycznie, jak wyliczyłam, dla Wuhan wychodzi chorych 0,27 procent, a dla całych Chin 0,000013 procent. Te statystyki mnie uspokajają…

 

Nie byłam przygotowana na żadną epidemię ani pandemię. Nawet grypy, a cóż dopiero koronawirusa. Z grypy już wyszłam samodzielnie kilka tygodni temu. Od 30 i paru lat leczę się sama ziołami i innymi patentami mojego pomysłu. Na innych może nie skutkuje, ale na mnie z powodzeniem. Robię sobie syrop z mniszka na pirytusie. Dwa łyki i mija najgorszy kaszel i chrypa.

Tak, więc nie byłam gotowa na pandemię, a raczej na wiosenne porządki… To moja ulubiona czynność… wypakowywanie z kartonów cienkich ciuchów (wszak nie mam tylu szaf, by pomieściły wszystkie). Jesienią odwrotny ceremoniał. Ale ten wiosenny szał zdecydowanie bardziej lubię… To mierzenie, co pasuje, a co nie i trzeba poszerzyć, zwęzić, skrócić, czy wyrzucić.

W najbliższy już wiosenny weekend też czeka mnie ta ceremonia… ale niestety w cieniu pandemii. I jak tu nie wpaść w dołek… No bo gdzie się pokażę w nowej kiecce, czy szpilkach… Imprezy odwołane, wernisaży nie ma, dancingi aut, wypady też. Wszystko, co miłe sercu i duszy buksuje na jałowym biegu.

Ulice opustoszałe… w sklepach po ubiegłotygodniowym szturmie pustawo, choć towarów raczej nie brak. Półki pełne. Wróciło wszystko do normy pod względem towarowym. Tylko klientów brakuje. A ci, co są snują się po sklepie leniwie. Po raz pierwszy po pracy zrobiłam zakupy bez kolejki. Na mięsnym w Gram Markecie byłam jedyną osobą przy ladzie. Po mnie doszły dwie panie…

Tak na marginesie makaronów nie brak, warzywa i owoce są, ale niestety moje ulubione pomidory zdrożały o prawie o 50 procent, czekolada też jest, ale rodzynek sypkich brak – a ja dodaję je niemal do każdej potrawy z mięsa i makaronu, które jedynie umiem robić. Jednak srajtaśma, czyli papier toaletowy do wyboru do koloru. Do kasy znów byłam samotna. Zwykle trzeba stać pół godziny albo i dłużej. A tu 10 minut i jestem załatwiona od A do Z.

Dziś z produktów najbardziej interesowało mnie piwo. Dlaczego? Wszak to właśnie 17 marca św. Patryka od rana i jakoś trzeba oddać hołd temu świętemu, by miał nas na uwadze i wystarał się szybko o to, by wesołe imprezy w pubach i kawiarniach wróciły na normalne tory.

Kolega mi zarzuca, że to obcy, irlandzki patron i polskie święto piwne jest dopiero w sierpniu. No cóż, ja wyznaje zasadę, że jak mawiali antyczni „od przybytku głowa nie boli”. Lepiej mieć więcej bogów i patronów, a także świętych niż jednego. A do sierpnia człowiek może się rozeschnąć na wióra. A poza tym jeden święty może nie mieć czasu, a więcej ich gwarantuje lepszy wynik. Poza tym św. Patryk to święty wesoły i niestroniący od bursztynowego trunku, za którym wprost przepadam (oczywiście w przerwie na dobre wino).

Wracam, więc do domu z poczuciem dobrze wykonanych obowiązków zawodowych i pełną siatką… Trochę jednak udziela mi się ten pandemiczny strach otoczenia. Wymarłe miasto źle działa na wyobraźnię. Jednak odpędzam ten strach od siebie. Grunt to nie zwariować.

Słońce zniewalająco praży, pachnie wiosną, jest ciepło. Radość natury budzącej się do życia po zimie. Tylko brak szumu miejskiego. Ta cisza trochę wyprowadza mnie z równowagi.

Wściekałam się niedawno na sąsiada, który wiercił dziury w ścianach, że głowa boli od warkotu wiertarki. Teraz, od kilku dni go błogosławię. Przynajmniej coś się dzieje i nie jestem jak w katakumbie.

W knajpie kupuję gotowy obiadek. Na szczęście dla mnie, osoby, która ma dwie lewe ręce do gotowania (umiem tylko pięć potraw na krzyż… nie licząc eksperymentów np. łączenia dżemu z musztardą)… cathering jest wybawieniem. To super, że działa na mieście i mogę kupić w barach, restauracjach czy punktach gastronomicznych gotowe pudełka obiadowe. Może nie taki duży wybór, ale Sochaczew to przecie nie metropolia. Raptem około 40 tysięcy mieszkańców. Jednak i tu zjeść można bardzo smacznie. Cieszy mnie zwłaszcza bliskość Okinawy, restauracji z sushi… co prawda nie jest tu tanio, ale przepysznie. I na poprawę nastroju to najlepsze lekarstwo….. poza rzecz jasna zakupami.

W tych zaś szaleję od kilku dni. Kupuję sobie online. Tylko czekać przyjdzie mi kilkanaście tygodni, zanim do mnie dotrze, ale pierwsze rzeczy, które kupiłam w lutym już przyszły…

To też jakiś sposób na poprawę nastroju. Czekam na przesyłki i zgaduję, co tym razem dostanę w poczcie… Przyjemne lotto ciuchowi – biżuteryjne.

Więc w tym całym pandemicznym strachu jest okienko na optymizm. Mam chwilę zapomnienia i ucieczki od koronawirusa, z którym muszę się zmagać cały dzień w pracy, pisząc o tym artykuły. A strach (nie mój, lecz cudzy) wyziera z każdego kąta. Na szczęście słońce daje poczucie siły i radości. Natura niepogrążania mnie w uczuciu stresu, niepewności i przygnębienia.

W domu wynajduję też sobie zajęcia. Trzeba coś robić – koniecznie. Nic niezrobienie jest najgorsze. Rozleniwia. Gapienie się bez końca w ekran telewizora też. Zresztą przygnębia rosnący z dnia na dzień wynik zarażeń w Polsce. Na świat jestem jakoś mniej wrażliwa. Świat jest daleko. Z drugiej jednak strony sama się pocieszam. Nie jest źle.

Według ostatnich zgłoszeń na grypę sezonową i pochodne zapada tygodniowo u nas w Polsce – 212 tys. osób, a zmarło od początku roku na nią ponad 30 osób. A w Chinach… statystycznie, jak wyliczyłam, na milion mieszkańców Wuhan i innych miast Chin zaraziło się około 81 tys. osób. Statystycznie dla Wuhan wychodzi chorych 0,27 procent, a dla całych Chin 0,000013 procent. Te statystyki mnie uspokajają… Mogło być gorzej. I pewnie będzie jeszcze, ale…

Grunt to nie wariować i nie zwariować. Tylko spokój nas może uratować. Trzeba znaleźć coś, żeby się nie nudzić i uważać na siebie, myć częściej niż zwykle i odkażać. A w sumie to nie pierwsza epidemia moim życiu. I z tym sobie poradzę. Jak mówią epidemiolodzy ważne nastawienie i optymizm. Wtedy człowiek jest silniejszy… więc muszę dać sobie radę i zwyciężyć.

Bogumiła Nowak


Ekspert włoskiego Instytutu Zdrowia: surowe kroki w Europie wprowadzono za późno

Restrykcyjne kroki wprowadzone ostatnio w niektórych krajach europejskich w ramach walki z epidemią koronawirusa zostały zastosowane za późno – taką opinię wyraził we wtorek dyrektor departamentu chorób zakaźnych we włoskim Instytucie Zdrowia Giovanni Rezza.

W wywiadzie dla rzymskiego Radia Capital Rezza oświadczył, że surowe kroki w niektórych państwach Europy zastosowano tak późno, jak w epicentrum epidemii w chińskim mieście Wuhan, gdzie – jak dodał – „wyloty stamtąd zostały zatrzymane, kiedy wirus już krążył”.

– Zablokowanie wszystkiego, kiedy trwa już epidemia w krajach europejskich, nie wydaje mi się czymś wielkim. Włoskie kroki były bardziej odważne. Ryzykowaliśmy nawet wojnę gospodarczą z innymi państwami, które nie chciały wszystkiego zamknąć – powiedział przedstawiciel Instytutu Zdrowia.

Skomentował także nowe dane, wskazujące na wzrost hospitalizacji wśród młodych osób, wymagających intubacji.

– Kiedy rośnie ogólna liczba zachorowań, to wraz z nią także przypadki dotychczas bardziej rzadkie, czyli młodych ludzi – zaznaczył. – To zaś – dodał – idzie w parze z odsetkiem osób umieszczanych na intensywnej terapii.

Następnie Rezza podkreślił, że gdy zaczyna się dokonywać wyborów na takim oddziale, to ich podstawą jest średnia oczekiwana długość życia.

– Wiemy, że osoby w bardzo zaawansowanym wieku mogą nie odnieść korzyści z metod intensywnej terapii, a zatem jest tendencja, by intubować raczej tych, którzy mają większą oczekiwaną długość życia przed sobą – wyjaśnił Rezza.

Przyznał, że sytuacja w szpitalach na północy Włoch jest „dramatyczna”, i wyraził nadzieję na wzrost liczby łóżek na intensywnej terapii zarówno tam, jak i na południu kraju.

Z Rzymu Sylwia Wysocka (PAP)


Europoseł PiS wzywa o finansowe wsparcie parafii

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Myślę, że wkrótce większość z nas, w związku z tym, co się dzieje z gospodarką, stanie przed problemami związanymi z naszymi dochodami. Uważam, że jeśli na przykład w parafii, którą widzę z okna, wikary pozbędzie się samochodu i iPhone, to ogarnie finansowo tę pandemię i z głodu nie umrze, a proboszczowi dieta może tylko pomóc. Nie mają rodzin i dzieci. Troszczą się wyłącznie o własne dupy i niech to nie będzie metafora

Europoseł Prawa i Sprawiedliwości, niejaki Kosma Złotowski, wzywa wszystkich tych, którzy w związku z zagrożeniem COVID-19 i wiążącą się z tym zwolnieniem z uczestnictwa w niedzielnej mszy, nie zapominali o finansowym wsparciu swoich parafii.

Jednym słowem Złotowski uważa, że wsparcie finansowe parafii to jest pomysł na teraz. To jest nagląca potrzeba. Zabawne.

Kiedy przyglądam się samochodom, którymi poruszają się dwaj księża katoliccy z parafii, którą mam za oknem, myślę sobie, że biedy jak dotąd nie zaznali i sądząc z wartości pojazdów, którymi się poruszają, nie tylko przetrwają tę pieprzoną pandemię, ale mogliby jeszcze kilku osobom udzielić materialnego wsparcia, gdyby w ostateczności musieli sprzedać te swoje czterokołowe zabaweczki, te szkatułeczki, którymi najwyraźniej coś sobie rekompensują. A może nie muszą. Wciąż przemawiam jak nierozgarnięta pensjonarka, która wierzy w te bzdety o celibacie i skromności.

Tak czy owak, europoseł Złotowski uważa, że warto wspierać w tej chwili Kościół finansowo.

Dlaczego Złotowski nie zapyta przedstawicieli Kościoła, gdzie w obecnej sytuacji jest na przykład Caritas? Czy są jakieś plany związane z jego udziałem w gaszeniu pożarów, które w najbliższym czasie wznieci nadchodzący kryzys związany z pandemią?

Kilka dni temu w „Dzienniku pandemicznym” cytowałem fragment statutu Caritasu, z którego jasno wynika, że takie działania Caritas powinien podjąć w przypadku zwalczania np. skutków epidemii.

Tymczasem Złotowski na opak. Żeby przelewy robić na parafialne konta.

Ja sobie zdaję sprawę, że istnieją gdzieś jakieś mityczne „ubogie” parafie. Ale z tego, co pamiętam, w ostatnim czasie ksiądz, który miał pochować moją zmarłą babkę zaśpiewał mojej matce bardzo konkretną sumkę za msze, które matka chciała zamówić (uprzednio inkasując równie konkretną kwotę za czynności związane z pogrzebem). Matka na to naiwnie do niego, że przecież co łaska, na co nasz przedsiębiorczy kapłan, że co łaska, co łaską, ale mniej niż (tutaj suma), to on nie praktykuje.

Myślę, że wkrótce większość z nas, w związku z tym, co się dzieje z gospodarką, stanie przed problemami związanymi z naszymi dochodami.

Uważam, że jeśli na przykład w parafii, którą widzę z okna, wikary pozbędzie się samochodu i iPhone, to ogarnie finansowo tę pandemię i z głodu nie umrze, a proboszczowi dieta może tylko pomóc. Nie mają rodzin i dzieci. Troszczą się wyłącznie o własne dupy i niech to nie będzie metafora.

Zresztą te wszystkie panie Hanie, Janeczki i inne gosposie nie dadzą tym „Piotrusiom Panom” zginąć. Będą ich pasły kanapeczkami z szyneczką, babeczką kruchą i dawać im będą do popicia cieplutkie kakao.

Więc drogi pośle Złotowski, proszę łaskawie nie pitolić ludziom za uszami o tym, żeby cokolwiek tym pasibrzuchom podstawiali pod noski. Oni mają tego wszystko powyżej nosków, powyżej uszek. Z głodu i w nędzy nie poumierają. Choćby ta pandemia trwała i dziesięć lat.

Marcin Zegadło

 

 


Chiny walczą z koronawirusem. W Wuhan tylko jeden nowy lokalny przypadek infekcji w ciągu doby

Chińskie władze zgłosiły we wtorek tylko jeden nowy lokalny przypadek infekcji koronawirusem w ciągu doby. Wuhan zaczynają opuszczać wysłani tam na pomoc lekarze z innych miast. W części regionów ze szpitali wyszli już wszyscy pacjenci wyleczeni z Covid-19.

Łącznie przez cały poniedziałek w Chinach kontynentalnych potwierdzono 21 nowych infekcji. 20 z nich wykryto u osób, które wróciły lub przybyły do ChRL z zagranicy – poinformowała państwowa komisja zdrowia. Jedyny przypadek zakażenia lokalnego odnotowano w mieście Wuhan, pierwotnym ognisku pandemii.

Chińskie MSZ: unikajcie podróży do Europy

MSZ Chin opublikowało we wtorek w mediach społecznościowych zalecenie, aby Chińczycy unikali podróży do najbardziej dotkniętych koronawirusem krajów Europy, a także USA, Iranu i Korei Południowej. Władze zacieśniają również kontrole osób przybywających z zagranicy.

Kwarantanna w Wuhan

Liczący 11mln mieszkańców Wuhan i wiele okolicznych miast prowincji Hubei poddano pod koniec stycznia surowej kwarantannie i praktycznie odcięto od świata. Od 11 lutego mieszkańcy Wuhanu nie mogą również wychodzić ze swoich osiedli.

We wtorek Wuhan zaczęli opuszczać lekarze i pielęgniarki, którzy w szczytowej fazie epidemii przybyli tam na pomoc z innych miast Chin – podał chiński dziennik „Global Times”. Według tej gazety ponad 3,5 tys. członków personelu medycznego z 41 zespołów z całego kraju pracowało w Wuhanie w 14 polowych szpitalach dla zakażonych.

Chiny obniżają poziom zagrożenia epidemiologicznego

Chińskie regiony poza Hubei stopniowo obniżają poziom oceny zagrożenia epidemiologicznego. Na przykład w Kantonie na południu kraju już wszystkie oprócz jednej dzielnicy uznano w poniedziałek za strefy niskiego ryzyka. Oznacza to, że firmy, fabryki i restauracje mogą prowadzić normalną działalność, jednak z zachowaniem pewnych środków ostrożności.

Już w kilkunastu chińskich regionach i miastach wydzielonych szpitale opuścili wszyscy pacjenci, u których wcześniej potwierdzono zakażenie koronawirusem. W niektórych innych prowincjach wciąż chorują tylko pojedyncze osoby – wynika z danych komisji zdrowia, przekazywanych przez aplikację Baidu.

Ponad 80 tyś infekcji, 3226 osób zmarło

Łącznie do wtorku w Chinach kontynentalnych stwierdzono ponad 80,8 tys. infekcji, ale prawie 68,7 tys. osób uznano już za wyleczone i wypisano ze szpitali. 3226 osób zmarło.

Obecnie w kraju jest prawie 9 tys. pacjentów z potwierdzonym zakażeniem, z czego ponad 2,8 tys. określono jako przypadki ciężkie.

Poza Hubei w szpitalach jest obecnie ok. 300 zakażonych osób.

Z Kantonu Andrzej Borowiak (PAP)


Pamiętajmy, SARS-CoV-2 ma charakter pandemiczny, ale nie jest potwornie zjadliwym wirusem

Tak zwani ozdrowieńcy to osoby, które nie wykazują już objawów Covid-19 – powiedział PAP prof. Adam Antczak z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Wedłu WHO za wyleczonych z Covid-19 uznaje się pacjentów, którzy nie mają już objawów choroby i dwoma testami potwierdzono, że nie mają koronawirusa.

Z danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) wynika, że na ponad 182 tys. zakażeń koranawirusem SARS-CoV-2 na świecie, ponad 78,1 tys. osób zostało wyleczonych, a ponad 7,3 tys. zmarło. Z kolei Główny Inspektor Sanitarny Jarosław Pinkas poinformował, że w Polsce „mamy 13 ozdrowieńców”.

Ozdrowiency i osoby wyleczone

Prof. Adam Antczak, kierownik Kliniki Pulmonologii Ogólnej i Onkologicznej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi oraz przewodniczący Rady Naukowej Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Grypy tłumaczy, że tzw. ozdrowieńcy to osoby, które przede wszystkim nie mają już objawów choroby Covid-19.

– Można podejrzewać, że wielu z nich było łagodnie chorych, co oznacza, że mogli mieć niewielkie objawy choroby lub są to osoby bezobjawowe – dodaje.

Lekarz Jakub Kosikowski, były przewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL na Twitterze zwraca uwagę, że według Światowej Organizacji Zdrowia, za wyleczonych z Covid-19 uznaje się pacjentów, którzy nie mają już objawów, ale oprócz tego dwoma testami wykonanymi w odstępie co najmniej 24 godzin potwierdzono, że nie mają także koronawirusa.

SARS-CoV-2 nie jest potwornie zjadliwym wirusem

– Pamiętajmy, że SARS-CoV-2 zakaża masowo i ma charakter pandemiczny, ale nie jest potwornie zjadliwym wirusem. Jego patogenność jest co najwyżej umiarkowana. Potrzeba hospitalizacji dotyczy tylko jednej piątej zachorowań, a jedynie 5 proc. zakażonych choruje ciężko i ma niewydolność oddechową. Oznacza to, że aż 80 proc. zakażonych nie wykazuje objawów choroby albo choruje łagodnie lub umiarkowanie, czyli podobnie jak w przypadku zwykłego przeziębienia – tłumaczy prof. Antczak.

Tymczasem do niedawna procedury w Polsce były takie, że pacjenci, którzy mieli potwierdzone zakażenie koronawirusem byli zatrzymywani w szpitalu niezależnie od stanu zdrowia.

– Nawet jeśli pacjent był bezobjawowy, to go hospitalizowano, a ze szpitala mógł być wypisywany, gdy w ciągu 14 dni nie miał już objawów choroby – podkreśla prof. Antczak.

Specjalista podkreśla, że ostatnio procedury się zmieniły i do szpitala przyjmowane są jedynie te osoby, u których rozwinęło się już zapalenie płuc.

– Absolutnie jest to uzasadnione, bo nie każde zakażenie trzeba leczyć w szpitalu, poza tym żaden system opieki medycznej by tego nie wytrzymał. Nawet nie każde zapalenie płuc wymaga hospitalizacji. Są takie, które możemy prowadzić w domu, ustalono skale ciężkości zapalenia płuc służące kwalifikowaniu pacjenta do hospitalizacji. Jednak w przypadku koronawirusa jeszcze się tego nie robi – dodał.

To się jednak może zmienić, gdy będzie coraz więcej zachorowań.

– Wtedy nawet chorzy, u których rozwinie się zapalenie płuc – podkreśla prof. Antczak – nie zawsze będą musieli być hospitalizowani. Bo pacjenta bez zagrożenia życia można leczyć w domu, szczególnie w sytuacji epidemicznej. To bardzo sensowne a w obliczu ograniczonych zasobów medycyny nieuniknione – dodaje.

Specjalista zwraca uwagę, że opieki szpitalnej i leczenia wymagają także inni pacjenci, nie można przestawić całej opieki medycznej na jedną tylko chorobę.

– Zajmujemy się też innymi pacjentami. Nasz oddział przyjmuje pacjentów onkologicznych leczonych chemioterapią oraz innymi metodami, a także wykonuje pogłębioną diagnostykę onkologiczną. Nie możemy tym chorym powiedzieć, żeby się zgłosili np. za trzy miesiące, gdy minie główna fala zakażeń – dodaje.

211 tys. przypadków grypy tygodniowo

Zdaniem specjalisty, obciążenie służby zdrowia w naszym kraju już jest bardzo duże. Na dodatek wciąż trwa sezon grypy. Liczba zachorowań na grypę i zakażenia grypopodobne nadal jest spora – na poziomie 211 tys. przypadków tygodniowo. Nie jest to zaskoczeniem, bo na luty i marzec często przypada szczyt zachorowań na te infekcje.

– Czekamy aż zacznie spadać liczba chorych na grypę, bo współwystępowanie grypy i Covid-19 to ogromne utrudnienie w diagnostyce różnicowej. Pacjent zgłasza się z gorączką i trzeba zbadać co jest tego przyczyną, wykonać testy potwierdzające grypę i ewentualnie na obecność koronawirusa. Klinicznie obydwa zakażenie niczym się nie różnią, mogą być wręcz bliźniaczo podobne, w obu jest gorączka z bólami mięśni i stawów oraz rozbiciem, ewentualnie objawami płucnymi – podkreśla prof. Antczak. (PAP)

Zbigniew Wojtasiński


Szumowski: szczyt zachorowań w Polsce na COVID-19 może nastąpić za 2-3 tygodnie. Do dyspozycji ok. 10 tys. łóżek

Mam obowiązek przygotowywać się na warianty pesymistyczne, do końca tygodnia będziemy mieli 1,5 tys. – 2 tys. przypadków zakażeń koronawirusem – poinformował w poniedziałek minister zdrowia, Łukasz Szumowski. Ocenił, że szczyt zachorowań w Polsce może wystąpić za dwa, trzy tygodnie.

Łukasz Szumowski

Szumowski podkreślił w TVN24, że każdy dzień opóźnienia wzmożonej liczby zachorowań ma znaczenie.

– Ten wykładniczy wzrost, jeśli nawet dzień czy dwa się opóźni, to jest szansa dla ludzi, by zdrowieli szybciej niż przybywa tych, którzy potrzebują pobytu w szpitalu. Pamiętajmy też, że nie wszyscy chorzy będą hospitalizowani. To jest normalne, jeśli ktoś jest w dobrym stanie, będzie mógł być w kwarantannie domowej – powiedział minister.

Zwracał uwagę, że kluczowe jest przygotowanie na wzrost liczby zakażeń.

– Moim obowiązkiem jest przygotować szpitale zakaźne na przyjęcie maksymalnej liczby pacjentów – zaznaczył. Dodał, że Polska nie może powtórzyć scenariuszu włoskiego, że wszyscy byli hurraoptymistyczni i nikt nie przejmował się wirusem i kwarantanną.

– Do wszystkich apeluję, by podeszli poważnie do swojej części, czyli po prostu: zostań w domu – mówił.

Wskazywał, że zgodnie z tym, jak liczba zakażonych przyrastała w innych krajach, za dwa tygodnie w Polsce może być 10 tys. przypadków zachorowań.

– W innych krajach było tak albo gorzej. Jeżeli nasze działania będą skuteczne, obywatele zachowają się racjonalnie, to tylko się będziemy cieszyli – zauważył.

Minister mówił o przekształcaniu kolejnych szpitali w jednoimienne szpitale zakaźne.

– Już mamy podpisane decyzje związane z uruchomieniem 17 szpitali jednoimiennych. Mamy w rezerwie kolejne trzy, cztery. Już uruchomiliśmy dostarczenie do nich wszystkich sprzętów ochrony osobistej. Ruszają środki dla tych szpitali z NFZ – wyliczał.

Poinformował też, że wedle informacji przekazanych przez wojewodów w jednoimiennych szpitalach zakaźnych, nie licząc oddziałów zakaźnych, jest do dyspozycji ok. 10 tys. łóżek.

– Mamy w tej chwili ok. 700 respiratorów, trzeba podciągać kolejnych 300. Nawet jeśli będziemy mieli hospitalizowanych kilka tysięcy pacjentów, to nie jest to jeszcze jakiekolwiek zagrożenie dla systemu, że nie da rady – stwierdził.

Jak mówił, po kraju jeździ 70 karetek, które pobierają badania od pacjentów, a laboratoria będą mogły wykonywać do 3 tys. testów na obecność koronawirusa na dobę.

– Ilość testów wzrośnie drastycznie. Będziemy je teraz zbierali od wszystkich, którzy mają jakiekolwiek podejrzenie koronawirusa. Jesteśmy w fazie oczekiwania na wzrost zachorowań – oświadczył.

Szumowski był też pytany o sygnały ze szpitali, że nie są przygotowane na przyjęcie chorych, m.in. o szpital w Łomży, o którym była posłanka PiS Bernateda Krynicka mówiła, że nie ma tam respiratorów, śluz, izolatek.

– Widzę, że była pani posłanka nie wie, co jest w jej własnym szpitalu. Tam jest prawie 440 miejsc, 36 respiratorów, będzie czterdzieści kilka. Przypominam – jeszcze nie mamy pacjentów, w związku z czym mówienie, że szpital nie jest przygotowany, jest na wyrost – stwierdził.

Wskazywał, że maseczki i inny potrzeby sprzęt przekazywany jest do szpitali i oddziałów zakaźnych, a pozostałe szpitale pracują w trybie normalnym i to dyrektorzy tych placówek powinni zaopatrywać je w środki ochrony osobistej.

– Wiemy, że maseczki zdrożały, ale dostarczyliśmy na to pieniądze – powiedział.

Dodał, że personel w jednoimiennych szpitalach zakaźnych będzie szkolony w zakresie użycia sprzętu, zanim nadejdzie duża fala zachorowań.

Na pytanie, czy w najbliższym czasie może pojawić się skuteczny lek czy szczepionka na COVID-19, odpowiedział, że nie ma żadnych wątpliwości, że szczepionka jest „odległą melodią”, według naukowców – kwestią 18 miesięcy.

– Co do leku, tu mogą być prace, które powiedzą, że tak stosujmy dany lek i wtedy mamy większe szanse, (…) przebieg choroby może być łagodniejszy. Na to czekamy, jak na promień nadziei. Mamy jakieś niewielkie obietnice co do kilku leków, ale czekamy nadal na potwierdzenie, bo nie można robić sobie złudnych nadziei – powiedział.

Do tej pory w Polsce potwierdzono 156 przypadków zakażenia koronawirusem, z czego trzy osoby zmarły. (PAP)

Autor: Karolina Mózgowiec


Roman Giertych: List do pani poseł Bernadety Krynickiej z wyjaśnieniem, dlaczego została wywalona z PiS

Roman Giertych

Roman Giertych

A w ogóle skąd Pani do głowy przyszło będąc w PiS mówić prawdę? Z choinki się Pani urwała, czy jak?

Szanowna Pani Poseł!

Dowiedziałem się ze smutkiem, że dzisiaj Jarek wywalił Panią z hukiem z najukochańszego PiS, za to, że powiedziała Pani, iż polskie szpitale są kompletnie nieprzygotowane przez rząd do walki z koronawirusem.

Pewnie pozostaje Pani w dysonansie poznawczym nie rozumiejąc dlaczego on to zrobił, skoro miała Pani dobre intencje i mówiła prawdę.

Ażeby Pani to zracjonalizować i pozwolić uniknąć psychicznego urazu od doznanego szoku, postanowiłem wytłumaczyć jak do tego doszło.

Pewnego razu w Roku Pańskim 1980, który w Chinach był Rokiem Małpy, Huang Li – student medycyny biegł na autobus. Nagle po twarzy musnął go przelatujący motyl, który tego wiosennego dnia wypoczwarzył się przepięknie. Huang przystanął na chwilę i obejrzał się na pięknego motyla. Niestety ten moment zatrzymania spowodował, że drzwi autobusu zamknęły się przed nim i nie zdążył na wykład poświęcony leczeniu artretyzmu.

Prawie 40 lat później Huang Li przyjmował w przychodni Wanga Xi, który przyszedł z problemem artretyzmu w ręce do przychodni rejonowej w Wuhan. Zalecił mu aspirynę, gdyż nie pamiętał jakie lekarstwa daje się na artretyzm – absencja na wykładzie to spowodowała.

Następnego dnia Wang mimo bolącej ręki poszedł na targ kupić swoje ulubione młode nietoperze – sezon właśnie się zaczynał. Tuzin ssaków wrzucił, przyrządziwszy uprzednio starannie, do garnka, ale z powodu bólu w stawie ręki nie mógł prawidłowo ustawić pokrętła od kuchenki, więc za słabo się dogotowały. I dlatego zjadł je razem z ich wirusem. Po tygodniu zaczął kaszleć, a resztę Pani zna.

Czyli w skrócie: prezes Panią wyrzucił przez ten efekt motyla. Niech tak Pani sobie tłumaczy, a to pomoże przetrwać.

Zawsze życzliwy,

Roman Giertych

PS.

A w ogóle skąd Pani do głowy przyszło będąc w PiS mówić prawdę? Z choinki się Pani urwała, czy jak?

 


Marcin Zegadło: Dziennik pandemiczny 16.03.2020r. – poniedziałek (wieczór)

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Japońskie zarządzenie cesarskie z VIII wieku stwierdza – pisze Nicolas Bouvier w Kronice japońskiej - że dla dobrego funkcjonowania cesarstwa najważniejsze jest by stale i wszędzie dostępne były dwie rzeczy: muzyka i rytuały.

 

Ponieważ przed nami sporo czasu, który różnił się będzie od tego co dotąd nazywaliśmy „normalnością” urządzamy sobie z Wi nasze cesarstwo na miarę tej pandemii.

Oczywiście jest to cesarstwo w gomułkowskim bloku, ale jaki cesarz takie pałace – można powiedzieć. Więc jeśli chodzi o muzykę to mamy dużo jazzu, który niestety nie jest ulubionym gatunkiem muzycznym naszego dziesięcioletniego syna i trochę nas z tym jazzem goni. Że mu dudni i bzyczy i że się nie może skupić.

– Nie możesz się skupić, bo całe dnie siedzisz na smartfonie – mówi Wi, ale to nie pomaga i jazz przeszkadza mu dalej.

Więc jeszcze Brian Eno i Sigur Ros. W przypadku Sigur Rose syn nawet prosi, żeby było głośniej.

Córka mówi, że jej ta muzyka „robi smutki”. Nam też. Ale to są smutki z gatunku smutków pożądanych, a ponieważ trudno wyjaśnić to czteroletniej dziewczynce zmuszeni jesteśmy od czasu do czasu słuchać jej play listy. A tam „Kundel Bury”, kilka numerów z Akademii Pana Kleksa (swoją drogą kapitalne kawałki), więc szukamy jak mawiał prezydent Kwaśniewski – konsensusu i nawet nam to jakoś wychodzi.

Gorzej z rytuałami. Tych wspólnych mamy kilka.

Posiłki – jadamy je razem. Syn kłóci się wtedy z córka. Krzyczą na siebie ciskając w swoim kierunku pożywieniem, śmiech, płacz, no nie jest to, kurwa, Rodzinka.pl, w której Kożuchowska paraduje na szpilkach przez dzień cały, a Karolak pracuje zdalnie z domu, chociaż więcej go przy lodówce niźli gdziekolwiek indziej.

Telewizji nie oglądamy wcale, więc to nas nie łączy. Z Japończykami łączy nas jeszcze umiłowanie do ablucji. To w zasadzie rodzinne. Syn kąpie się godzinami. Czyta w wannie lub moczy się do granicy kompletnej maceracji. Wygląda po tym jakby jego skóra postarzała się o pięćdziesiąt lat. Nazywa to podróżą w czasie. Ja nazywam to gwałtownym wzrostem opłaty za wodę.

Córka w wannie urządza zawody pływackie albo coś w rodzaju basenowej kawiarenki. W konsekwencji wszelkie żele, mydła i szampony, które planowaliśmy zużywać w tempie rozsądnym są przez nią zużywane do koktajli, które przyrządza, a miesza wszystko ze wszystkim i gdyby była barmanką w jakimś lokalu na mieście z całą pewnością klienci gustujący w szotach z meniskiem wypukłym mieli by z naszej córki pociechę, a jej potencjalny szef miałby z nią duże utrapienie. W efekcie zwolniłby ją i znów musielibyśmy ją utrzymywać.

My również nie stronimy od wody w związku z tym to nasze „postgomułkowskie cesarstwo” winno mieć łazienki cztery, posiada zaś jedną – na dodatek wielkości budki telefonicznej. – Ale przynajmniej jest przytulna – tak twierdzi Wi.

No i świeczki. Świeczki palimy w domu rytualnie. To znaczy my palimy świeczki, a dzieci się temu przyglądają.

Górne oświetlenie nigdy dla nas nie istniało. Kiedy siadło nam coś związanego z elektrycznością i odcięło nam „górę” nawet tego nie zauważyliśmy. Ale świeczki owszem.

Kilka dni temu wybrałem się do Rossmanna. Byłem jedynym w kolejce do kasy, którego koszyka nie wypełniały mydła, szampony i takie tam inne.

Stałem tam jak idiota, a mój koszyk po brzegi wypełniały świece i tilajty. Wzrok kasjerki nie był karcący. Było w nim jedno, zasadnicze pytanie. Mianowicie oczy kasjerki pytały, czy ten, który przed nią stoi jest dokumentnie pojebany, czy po prostu, ktoś wmówił mu, że przy pomocy świecy można wypucować się do czysta.

Tak czy owak – świeczki, płomyki i ciepłe światło, które w dobie energooszczędnych żarówek świecących się na biało jest jak prawdziwy miód w zestawieniu z margaryną.

Wracając do kolejki w Rossmanie. Był tam facet, który w pewnym sensie zaimponował mi profilaktyką. Jego koszyk wypełniały środki czystości jednak pokaźny kopczyk specyfików i pachnideł dających pianę wieńczyło pięć tubek lubrykantów firmy Durex i dwa firmy Unimil. Kolorowe i w różnych smakach.

Na wszelki wypadek wróciłem jeszcze pomiędzy puste półki i uzupełniłem sprawunki biorąc przykład z zaradnego rodaka.

Marcin Zegadło