Marcin Zegadło. Z cyklu: Dziennik pandemiczny. 12.03.2020 r. – czwartek (wieczór) Ktoś policzył, że wskutek zakażenia koronawirusem umrą miliony

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

W Poznaniu. Kobieta przed sześćdziesiątką. Z tekstu prasowego wynika, że cierpiała na inne ciężkie schorzenia. Zawsze coś na pocieszenie. Dbają o nas w działach informacyjnych. A w kościołach wciąż modlić się będą na potęgę. To ma sens – jeśli zgodzić się z Ernstem Blochem, który powiedział kiedyś, że „nie cud, lecz śmierć jest ukochanym dzieckiem wiary”. Najwidoczniej ciągnie wilka do lasu.

 

Mój syn zapytał dzisiaj, kiedy znowu będzie „normalnie”. To znaczy, że skoro widzi „to” dziesięciolatek, normalność mamy z głowy. Pytanie na jak długo. Oczywiście jeszcze przez jakiś czas będziemy starali się zachować jej pozory.

Dzisiaj pierwsza śmierć.

W Poznaniu. Kobieta przed sześćdziesiątką. Z tekstu prasowego wynika, że cierpiała na inne ciężkie schorzenia. Zawsze coś na pocieszenie. Dbają o nas w działach informacyjnych. Jako astmatyk przyjmuję to z pokorą.

Mój dziesięcioletni syn wytrącony z rutyny odczuwa niepokój. Chociaż nie oglądamy telewizji i nie epatujemy doniesieniami medialnymi musi widzieć, że coś się zmieniło.

Dzisiaj Andrzej Saramonowicz na FB pisze:

„o tym jak będzie wyglądać nasza przyszłość w najbliższych latach powie nie żaden polityk, lekarz, pisarz czy ksiądz, ale matematyk. W algorytmach naszej wojny z korona wirusem już się bowiem wydarzyły wszystko kampanie wrześniowe, bitwy o Anglię, Monte Cassina, auschwitze, Sobibory, Katynie, plaże Omaha (…)” i tak dalej.


Jasne. Matematyka jest tutaj bezlitosna. Ktoś policzył, że wskutek zakażenia koronawirusem umrą miliony, dziesiątki milionów ludzi na całym świecie. Te liczby same w sobie są zatrważające. Ale to wciąż są liczby. To jest algorytm. Może to głupie, ale czytając te słowa przypomniałem sobie scenę z „Dekalogu” Kieślowskiego, w której mocno wierzący w naukowe wyliczenia ojciec dokonuje stosownych obliczeń i wyraża zgodę na to, żeby jego syn poszedł ślizgać się na zamarzniętej gliniance. Lód ma zgodnie z obliczeniami nie pęknąć. Tak się jednak składa, że obliczenia swoje, a lód swoje i dzieciak topi się w lodowatej wodzie. Tyle, mniej więcej, mam do powiedzenia na temat algorytmów i obliczeń. Oczywiście mam świadomość, że to mechanizm obronny. Być może nawet wyparcie. A status Saramonowicza, przyznaję – efektowny.

Albo te argumenty, że wciąż więcej osób umiera w skutek, na przykład samobójstw. Jasne. Zależy tylko w czym upatrujemy źródła lęku.

Większość ludzi boi się po prostu infekcji, a w związku z jej zagrożeniem projektuje na rychły zgon. Myśl samobójcza (jakkolwiek to brzmi) nie infekuje drugiej osoby przez kichnięcie. Więc w zasadzie argument chybiony. Podobnie te wszystkie nowotwory, wypadki drogowe i tak dalej. Statystyki. To jak porównywanie krzesła z samochodem. Dwa różne porządki. Ale kto teraz o tym myśli. Za dwa tygodnie kupowali będziemy wszystko, co nam będą chcieli sprzedać. I obawiam się, że to nie jest metafora. A w kościołach wciąż modlić się będą na potęgę. To ma sens – jeśli zgodzić się z Ernstem Blochem, który powiedział kiedyś, że „nie cud, lecz śmierć jest ukochanym dzieckiem wiary”. Najwidoczniej ciągnie wilka do lasu. I to akurat jest metafora.

W ogóle dużo fragmentów z literatury nawiedza mnie teraz jak staruszka zwykły nawiedzać wspomnienia z podstawówki. Na przykład Sartre pasuje jak ulał. W kontekście pandemii można nadużyć odrobinę jego dobrej woli i przywołać jeden z najbardziej charakterystycznych dla Sartre’e cytatów:

„A więc to właśnie jest piekło. Nigdy bym nie uwierzył… Pamiętacie: siarka, stos, palenisko… Co za żarty! Żadnych palenisk nie trzeba. Piekło to są inni”.

Myślę, że za tydzień większość stojących w kolejkach albo podróżujących miejską komunikacją, jeśli przypadkiem kojarzyło będzie tego typa będzie mogło zgodzić się z nim co do istoty rzeczy. Pomiędzy unikaniem kichnięć i pokasływań, Sartre będzie jak znalazł.

Marcin Zegadło

 

 


Marcin Zegadło. Z cyklu: Dziennik pandemiczny. 2.03.2020 r. – czwartek (przedpołudnie)

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Wyczuwalne coraz większe napięcie. Nawet u tych, którzy jeszcze kilka dni temu kwitowali sytuację wzruszeniem ramion, dzisiaj widoczne jest lekkie wytrącenie z równowagi. Czego nie wiemy, z tego, co wie (coraz bardziej czerwony na twarzy) minister Szumowski? Przecież 47 przypadków infekcji to nie jest jeszcze powód do paniki

 

W Biedrze biją się o makaron jak kiedyś o świeżaki. Kilkadziesiąt metrów dalej w Lewiatanie można kupić wszystko niemal bez kolejki. Najwyraźniej część z nas odnajduje się w apokaliptycznej atmosferze, podświadomie pragnie żyć w czasach nadzwyczajnych. Na co liczą? Że będą o tym opowiadać wnukom?

Z drugiej strony, to wydaje się rozsądne – wykupić wszystko, co się da i zostać w domu. Na tym to, mniej więcej, polega. To rozumiem. Dziwi mnie tylko, że ten Grunwald odbywa się w marketach i dyskontach, podczas gdy można zrobić zakupy gdzieś indziej i zamiast Grunwaldu mieć tam okoliczności bardziej przypominające warunki z fraszki „Na lipę” Kochanowskiego.

Syn zostaje dzisiaj w domu. Szkoła nie prowadzi zajęć dydaktycznych. W piątek miał mieć sprawdzian z matematyki. Myślałem, że będzie się cieszył. Tymczasem wydaje się tym wszystkim odrobinę przestraszony.

Córka nie idzie do przedszkola i przyjmuje tę informację z takim entuzjazmem jak ja w liceum przyjmowałem informację o chorobie mojej nauczycielki od matematyki (niechaj mi będzie przebaczone w obliczu światowej pandemii), to była cudowna kobieta. O takich pedagogach mówimy, że są „starej daty”. Dzisiaj nikt już nie wie o co chodzi, kiedy przywołany zostanie ten argument. Ale z drugiej strony „wszystko psieje” jak mawiała moja niedawno zmarła babcia. Swoją drogą tak wziąć i umrzeć przed pandemią. To się nazywa timing.

W urzędach rozdają pracownikom ściereczki i płyn przypominający płyn do mycia okien. Cel: przetarcie biurek, pulpitów. Woń alkoholu nie jest wyczuwalna, ale może jest tam jakaś inna, magiczno-czarodziejska substancja odkażająca. Nie wiem. Nie znam się. Zakładam, że jest.

47 potwierdzonych przypadków koronawirusa. Wciąż podejrzanie mało, chociaż od wczoraj liczba zdiagnozowanych przypadków uległa niemal podwojeniu.

Nagłówki prasowe z godzin porannych:

„Wuhan. Tylko osiem nowych przypadków zakażenia. Zamykają szpitale”,

„Bełżyce: 6 pracowników szpitala chce kwarantanny zbiorowej, niedomowej”,

„Tom Hanks i jego żona mają koronawirusa”.


Ktoś liczy głośno, że jeśli u Chińczyków to zamieszanie trwało od grudnia do marca, to u nas powinno skończyć się, mniej więcej w czerwcu. Właściwie nie słyszałem dzisiaj rozmowy na inny temat.

Tymczasem tyle się wydarza: „Blanka Lipińska pomieszkuje z Baronem” (dodam, że nie chodzi o arystokratę, tylko o muzyka zespołu Afromental), „Małgorzata Rozenek próbuje wygramolić się z samochodu z torebką i w obcisłych dżinsach”, a Wojciech Mann odchodzi z Trójki (trochę późnawo, warto zauważyć).

Wyczuwalne coraz większe napięcie. Nawet u tych, którzy jeszcze kilka dni temu kwitowali sytuację wzruszeniem ramion, dzisiaj widoczne jest lekkie wytrącenie z równowagi. Jeśli tak dalej pójdzie to po wsiach i przysiółkach kichający i kaszlący będą bez zbędnych testów na obecność, po prostu, przekłuwani widłami. Mam wrażenie, że ogół zaczyna tracić grunt pod nogami. A przecież to dopiero 47 potwierdzonych przypadków zachorowań. Czego nie wiemy, z tego, co wie (coraz bardziej czerwony na twarzy) minister Szumowski? Przecież 47 przypadków infekcji to nie jest jeszcze powód do paniki, której pierwsze przejawy widoczne są na półkach w Biedronce. Jeśli ktoś pamięta czym była gospodarka niedoborów, ten wie o czym mówię.

Marcin Zegadło

 

 


Marcin Zegadło. Z cyklu: Dziennik pandemiczny. 11.03.2020 – środa

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Znajomy przy powitaniu nie podaje mi ręki. Sprzątaczki w urzędzie przecierają klamki jakimś płynem, który przypomina płyn do szyb. Dzisiaj w Biedrze facet przede mną wrzucił na kasę jedenaście kilogramów cebuli. Zrozumiałbym mydło, ale że cebula? Godzinę później trafiam w sieci na informację, że WHO ogłasza stan światowej pandemii wirusa COVID-19. Facet od cebuli jest już bezpieczny.

 

Znajomy przy powitaniu nie podaje mi ręki. Sprzątaczki w urzędzie przecierają klamki jakimś płynem, który przypomina płyn do szyb. Obawiam się, że większy byłby z tego pożytek, gdyby po prostu umyły okna. Jakiś młody chłopak na korytarzu mówi do dziewczyny: „Nam to nie grozi. Nam to nie grozi. My jesteśmy młodzi”. Jakby, kutas nie miał matki, ani ojca. Może nie ma. Sierota. Więc znowu ta „dyżurna pociecha”, że poumierają seniorzy. Gdzie zatem przebiega granica wieku, po której przestajesz się liczyć? Być może ta gówniana sytuacja pozwoli nam zredefiniować „starość” jako taką. Co to oznacza współcześnie. I dlaczego to jest pocieszające, że nie umrzesz ty, a umrą na przykład twoi rodzice.

„Nam to nie grozi. My jesteśmy młodzi”, chodzi to za mną przez cały dzień. To jego bycie nieśmiertelnym. Zabawne, bo głupie. I straszne, bo głupie. Z drugiej strony trudno zachować „normalność”, kiedy zagrożeniem dla ciebie są twoje własne dłonie.

Dzisiejsze nagłówki z sieciowej prasy:

„Już 22 przypadki w Polsce”

„W części polskich szpitali brakuje sprzętu. Odwołano zabiegi. To jest katastrofa.”

Tymczasem abp. Gądecki apeluje o zwiększenie liczby mszy. To interesujące, w jaki sposób poradzi sobie z tym zagadnieniem współczesna Polska, która żre i bierze ile się da, która wrzuca selfiaki na Insta i lata do Hurgady, która nawet nie dysponuje aparatem pojęciowym, który pozwalałby mówić o tym z czym może wiązać się szereg zdarzeń, które raczej nastąpią i nie stanowią jedynie zagrożenia.

Z drugiej strony jest tamta Polska, która broni księży pedofilów, która murem stoi za biskupem szczujacym na „tęczową zarazę”, ta „rozmodlona” od mszy niedzielnych i święconej wody. Nie wiadomo, która gorsza. Jedna i druga bezsilna. Jedna i druga coraz bardziej zesrana.

Tymczasem rząd zamyka szkoły i przedszkola. Przed szpitalami w Częstochowie strażacy ustawili namioty, które teraz będziemy nazywali „Polowymi Izbami Przyjęć”. Będzie można tam „polec”. Tak jak wcześniej można było „polec” w katastrofie lotniczej. Słowa. Możemy, jak się okazuje, dowolnie umawiać się co do ich znaczenia. Szczęśliwie jak dotąd, umieramy głównie na Facebooku, głównie w prognozach i złych wróżbach specjalistów od wszystkiego, których w sieci w chuj, z nadwyżką.

Dzisiaj w Biedrze facet przede mną wrzucił na kasę jedenaście kilogramów cebuli. Zrozumiałbym mydło, ale że cebula?

Godzinę później trafiam w sieci na informację, że WHO ogłasza stan światowej pandemii wirusa COVID-19. Facet od cebuli jest już bezpieczny. Zostaną wdrożone wszystkie konieczne i niezbędne procedury. Ostatecznie zostaniemy po tym wszystkim z czystymi rękami i przesuszonym naskórkiem.

Marcin Zegadło

 

 


Radek Wiśniewski: Słowo do braci biskupów, bo sióstr biskupek póki co nie ma

Radek Wiśniewski

Radek Wiśniewski

Wiele wskazuje na to, że wirus nie widzi narysowanych kresek na mapach, które ludzie nazywają granicami, nie uznaje tytułów przed nazwiskiem. Nie sądzę by zatrzymały go wasze zaklęcia. Ale nie chodzi ostatecznie o Was i o to, czy wy poumieracie. A szanse macie dokładnie takie same jak wszyscy inni. Chodzi o całą resztę, wierzącą, niewierzącą. O jej życie i zdrowie.

 

Powiedzieć, że moje relacje ze wspólnotą są złożone, to nic nie powiedzieć. Powodów jest wiele, wiele z nich to powody osobiste, nie do poruszania publicznie. Na przykład od wielu lat nie spowiadam się przed funkcjonariuszem wspólnoty. Wiem, że w moim przypadku nie ma to najmniejszego sensu. Ale był taki dziejowy moment, kiedy po długiej przerwie uznałem, że jednak powinienem, muszę, może nawet chcę.

Przyjaciel zakrzątnął się wokół sprawy i powiedział, żeby nie iść tak o z marszu, że on mnie zabierze w jedno miejsce, gdzie mój powrót na drogę sakramentalną będzie miał odpowiedni wymiar. Pojechaliśmy razem na umówione spotkanie do Tyńca pod Krakowem. Przejął mnie jeden stary Benedyktyn i poszliśmy do jakiegoś pomieszczenia, gdzie nie było konfesjonału, ani kratki, ale był stół i krzesła. Usiedliśmy, zaczęliśmy rozmawiać i dobrze się rozmawiało. W jakimś momencie zakonnik zapytał:

– Słuchaj, dobrze mi się z Tobą rozmawia, ale powiedz czy jeszcze mamy coś do roboty w ramach spowiedzi, czy możemy zamknąć tę sprawę, i pogadać sobie dalej już nie w ramach pokuty?

– Nie wiem – odpowiedziałem – nie wiem, bo mi się wydaje, że już powiedziałem wszystko, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że przed naszym spotkaniem siedziałem z książeczką do nabożeństwa i sprawdzał punkt po punkcie…

Zakonnik machnął ręką i wskazał palcem na kontakt w ścianie:

Wiesz co to jest?
No wiem
Wiesz co pozwala nam tego używać?
Elektrownia? – odpowiedziałem tekstem, który już raz zadziałał, kiedy zdawaliśmy z Zacharem niemal komisyjnie fizykę przed niezapomnianym Cornerem.
Nie – zaskoczył mnie Benedyktyn – Nie, elektrownia! Rozum!

Poczekał aż mi się to ułoży, nomen omen, w głowie i kontynuował:

– Wiesz, moim zdaniem, to, co jest w nas najbardziej na obraz i podobieństwo Najwyższego to serce i rozum. Tego mamy używać przede wszystkim. Jeżeli na coś pozwala ci serce i rozum się nie buntuje, to jest głos Twojego sumienia i jego słuchaj przede wszystkim. I nie daj sobie wmówić, że jest inaczej. Jeżeli rozum pozwala nam oświetlić ciemności elektrycznym światłem – to należy to zrobić. Wierz swojej rozumności, a nie książeczkom do nabożeństwa!

Jak się domyślacie, to był koniec spowiedzi, bo ani moje serce, ani mój rozum nie mówiły mi, że mam się doszukać czegoś jeszcze.

I teraz ja bym proponował braciom biskupom, skoro sióstr biskupek jeszcze nie ma, żeby zebrali się dzisiaj, albo jutro w Tyńcu i pogadali z tym starym Benedyktynem, o ile jeszcze żyje. Bo mam wrażenie, że tak jak w wielu innych kwestiach w ostatnich latach nie tylko rozmijają się z głosem serca, tak ostatnio rozmijają się z głosem rozumu. Szans na odzyskanie zaufania po koncercie służalczości wobec władzy świeckiej, pazerności bez granic, nieczułości i hipokryzji wobec ofiar prześladowań seksualnych w zasadzie już nie ma. Ale rozum powinien Wam podpowiedzieć, że stawka nie idzie o waszą władzę, kasę, zaszczyty, o wasz oderwany od realiów wiernych świat, utrzymanie status quo. Na to nie ma już szans, chociaż ulegacie iluzji, że to możliwe. Nie, nie jest to możliwe. Stawka może być przetrwanie w ogólności.

Wiele wskazuje na to, że wirus nie widzi narysowanych kresek na mapach, które ludzie nazywają granicami, nie uznaje tytułów przed nazwiskiem. Nie sądzę by zatrzymały go wasze zaklęcia. Ale nie chodzi ostatecznie o Was i o to, czy wy poumieracie. A szanse macie dokładnie takie same jak wszyscy inni. Chodzi o całą resztę, wierzącą, niewierzącą. O jej życie i zdrowie.

Pomyślcie o tym.

Grafika. Śmierć i biskup. Autor/autorzy: Holbein d. J., Hans (1497/8-1543) autor pierwowzoru; Aldegrever, Heinrich (ok. 1502-1555 lub 1561) rytownik

Ja zaś będę się modlił w domu, tak jak moja prababcia Sabina, dla mnie święta, która kiedy dziadek, jej zięć wpadał w furię, kazała się dzieciom modlić, żeby dobry Pan Bóg się ulitował i Jasiowi rozum wrócił.

Radek Wiśniewski

 

 


Radek Wiśniewski: Wielka woda była przed wirusem

Radek Wiśniewski

Radek Wiśniewski

Ale ja nie o tym. Pamiętam, że wtedy najwięcej ludzie zawdzięczali sami sobie, nieformalnym więzom, sąsiedzkiej życzliwości, samoorganizacji. Było takie poczucie gotowości do akcji. Potrzeba sprawdzenia co się dzieje obok w domu, w sąsiedniej wsi, czy nie trzeba pomóc. Ja wiem, Wielka Woda - to nie wirus. Ale myśmy już mieli swój mały koniec świata. Przeżyliśmy. Nie pękamy.

 

Mówią, że to pierwszy raz taki koniec świata. No, może tak, jeżeli wziąć pod uwagę całą Polskę. Ale my tutaj, nad Odrą już mieliśmy taki koniec świata. Inny, ale koniec.

Pamiętam opowieść znajomej, która niosła insulinę przyjacielowi, który był odcięty na piętrze domu w Starym Koźlu. Mówiła, że pod koniec szła po omacku, po dachach zalanych samochodów. Po kolana, pas w wodzie. A między nogami szczur. Masa szczurów. Bo niedaleko były fermy zwierząt futerkowych, chyba lisów i właściciel nie otworzył klatek i wszystkie się potopiły kończąc krótkie, zasrane i beznadziejne życie dawcy skóry na ludzkie zbytki. I szczury to wyczuły, tę padlinę. I płynęły ze wszystkich stron trochę się posilić. A znajoma pod prąd wody i na przekór szczurom, w drugą stronę z zastrzykami insuliny, aż wodę miała po pachy i dalej się nie dało. Stała w tej wodzie na dachu jakiegoś samochodu i jacyś ludzie płynęli kajakiem, podjęli ją, podrzucili pod wskazany adres. Inni pontonem potem doholowali znowu do suchego lądu.

Ja tkwiłem w Krakowie, gdzie studiowałem. Piotr szykował się do egzaminów wstępnych. Z całego południa kraju nadchodziły sprzeczne wieści. Koło czwartku czy piątku powiedziałem, że dosyć, muszę pojechać do domu, do Brzegu, bo chata była bez opieki, a opowiadali ludzie różne rzeczy. O powodzi i pozostawionych domach. Łączność była fragmentaryczna, wieści sprzeczne.

Udało nam się podjechać kawałek stopem. Facet wysadził nas gdzieś w Katowicach i pokazał drogę jak iść dalej. Trochę szliśmy, trochę podjeżdżaliśmy tramwajami, próbowaliśmy łapać stopa, ale źle to szło. Czas mijał a my tak godzina stania, pół godziny marszu, parę przystanków tramwajem po nieznanym terenie. W końcu za wiaduktem w Bytomiu szykowaliśmy się do nocy w rowie. Liści jeszcze nie było, bo to był lipiec, chłodny lipiec, więc trochę nam było to nie w smak. I kiedy zobaczyliśmy na wiadukcie kolebiący się, klekoczący kadłub autobusu typu Ikarus z wielkim napisem „Gliwice” z przodu, nie wahaliśmy się ani chwili i pobiegaliśmy za nim do przystanku, który na szczęście był niedaleko, zaraz za skrzyżowaniem. Nie mieliśmy na bilety autobusowe, bo kasa była odliczona na jakiś osobowy z Gliwic do Brzegu, ale nikt nie sprawdzał biletów.

W Gliwicach na dworcu większa ilość osób. Ludzie posypiający wszędzie, gdzie się dało, tablica przyjazdów i odjazdów pełna pociągów odwołanych lub spóźnionych o absurdalne ilości minut. Ludzie mówili, że rano może przyjedzie jeden skład z Opola, albo Kędzierzyna, bo teraz jeżdżą bez rozkładu i planu, jak jest pociąg, to jest a jak go nie ma to nie ma.

Umyliśmy się w umywalce toalecie i opierając się o siebie plecami podjęliśmy trud kimania na podłodze w bufecie, koło kaloryfera. Mieliśmy jeszcze po pół paczki fajek na łba, więc nie było źle. Rano rzeczywiście coś się ruszyło. Przyjechał pociąg ze Strzelec, ale konduktor powiedział, że jedzie tylko do Strzelec. Potem pojawił się pociąg z Opola, wsiedliśmy, konduktor nie sprzedawał biletów, bo mówił, że to bez sensu. Dotoczyliśmy się do Opola, gdzie zapowiedziano nam, że kolejna szansa na połączenie jest ze stacji Opole Zachodnie i żeby tam pytać.

Siąpił drobny deszcz, było pochmurno. Ludzie szli po torach do Opola Zachód, myśmy skręcili w miasto, ale wszędzie czuć było , że woda dopiero zeszła. Pod wojewódzką biblioteka pracowały motopompy wylewając wodę z piwnic do kanału Młynówki. Przed biblioteką piętrzyły się stosy rozmiękłych książek. Nieforemna, szara, obrzydliwie rozłażąca się masa celulozy a nie książki.

Jakby wojna – mruknął Piotr.

– Może lepiej chodźmy torami – powiedziałem i zawróciliśmy na dworzec.

Za Odrą most nad kanałem Ulgi był zupełnie zniesiony, rzucone były tylko kładki, pojedyncze dechy, bez poręczy na szerokość stopy. Uginały się pod człowiekiem, kolebały. Przeszliśmy. Na Opolu Zachodnim ludzie na peronach z tobołkami, pakunkami, walizami. Mówili, że jadą do Wrocławia, bo to duże miasto. Nie rozumieliśmy co robią. W Opolu woda już była, raczej szybko nie wróci, jest bezpiecznie, a we Wrocławiu stan zagrożenia dopiero się zbliżał. Po co jechać tam, gdzie jest to, czego się boisz?

Do dzisiaj to pamiętam, zmierzch i te jasne plamy tobołów, kołder zwiniętych sznurkami. I ta niezrozumiała logika stanu wyższej konieczności. Jechać do dużego miasta, bo co? Bo jak więcej ludzi, to katastrofa jest mniej możliwa? Bo powódź, woda, raz rozpędzona, spiętrzona to wie? Nie wiedziała, ci ludzie pojechali prosto w jeszcze większą katastrofę, chociaż pewnie wystarczyło pomyśleć, ochłonąć z szoku, ale jak ochłonąć z szoku, kiedy się jest w tym szoku?

Mama wracała z urlopu, chciała pojechać samochodem od północy do domu. Nie było jeszcze tras szybkiego ruchu. Ale jakieś dziesięć kilometrów od Brzegu droga urywała się w wodzie. Trzeba było szukać jakiegoś mostu, który nie był zerwany, robić objazd wiele kilometrów.

Wrocław swoje dni podwodne miał dopiero przed sobą. Swoją walkę. Swoje oblężenie. Ludzie żartowali, że wiadomo, że Wrocław poddaje się ostatni. Takie nawiązanie do nie naszego przecież oblężenia z 1945, kiedy to Breslau poddało się dopiero po upadku Berlina. Taki dziejowy sarkazm. Ludowa przewrotność. Bo przecież nikt by nie chciał mieć tak naprawdę nic wspólnego z tamtymi obrońcami Wrocławia. A jednak mieliśmy. Miasta z przemilczaną, zepechniętą pod wodę, pod ziemią historią, której nie miał kto nam opowiedzieć.

Ale ja nie o tym. Pamiętam, że wtedy najwięcej ludzie zawdzięczali sami sobie, nieformalnym więzom, sąsiedzkiej życzliwości, samoorganizacji. Było takie poczucie gotowości do akcji. Potrzeba sprawdzenia co się dzieje obok w domu, w sąsiedniej wsi, czy nie trzeba pomóc. I coś z tego zostało o tyle, że kiedy rozmawiasz z mieszkańcem okolic Doliny Odry, to każdy wie, co robił, gdzie był, jak się czuł w czas Wielkiej Wody.

Ja wiem, Wielka Woda – to nie wirus. Ale myśmy już mieli swój mały koniec świata. Przeżyliśmy. Nie pękamy.

Wrocław nadal poddaje się ostatni.

Radek Wiśniewski

 

 


Od 12 marca MEN zamyka szkoły i przedszkola na dwa tygodnie

Od 12 do 25 marca br. funkcjonowanie jednostek systemu oświaty zostaje czasowo ograniczone – informuje MEN

Przez dwa tygodnie przedszkola, szkoły i placówki oświatowe zarówno publiczne, jak i niepubliczne nie będą prowadziły zajęć dydaktyczno-wychowawczych. To decyzja ministra Edukacji Narodowej wynikająca z konieczności zapobiegania rozprzestrzenianiu się koronawirusa.

Obecna sytuacja epidemiologiczna w Polsce może zagrozić zdrowiu obywateli. Dlatego na podstawie tzw. specustawy Minister Edukacji Narodowej przygotował rozporządzenie, które czasowo ogranicza funkcjonowanie jednostek systemu oświaty na obszarze całej Polski.

Zawieszenie zajęć dydaktyczno-wychowawczych

Zawieszenie zajęć dotyczy przedszkoli, szkół i placówek oświatowych (publicznych i niepublicznych), z wyjątkiem:

  • poradni psychologiczno-pedagogicznych;
  • specjalnych ośrodków szkolno-wychowawczych;
  • młodzieżowych ośrodków wychowawczych, młodzieżowych ośrodków socjoterapii, specjalnych ośrodków wychowawczych, ośrodków rewalidacyjno-wychowawczych;
  • przedszkoli i szkół w podmiotach leczniczych i jednostkach pomocy społecznej;
  • szkół w zakładach poprawczych i schroniskach dla nieletnich;
  • szkół przy zakładach karnych i aresztach śledczych.

Zdecydowałem o zawieszeniu zajęć dydaktycznych na uczelniach w terminie od 12 marca do 25 marca – powiedział wicepremier, szef resortu nauki Jarosław Gowin. – Normalnie powinny funkcjonować administracje uczelni, normalnie powinny być prowadzone badania naukowe. A władze uczelni zobowiązane są do tego, żeby w jak najszerszym zakresie umożliwić studentom odbywanie zajęć online – poinformował.

Minister edukacji narodowej Dariusz Piontkowski zaznaczył, że głównym celem decyzji o zamknięciu placówek dydaktyczno-wychowawczych jest ograniczenie ewentualnego przenoszenia wirusa.

MEN zamyka placówki dydaktyczno-wychowawcza

– Jest dla nas jasne, że koronawirus i epidemia może stać się bardzo groźna – powiedział Mateusz Morawiecki. – Do opanowania tej sytuacji, do łagodnego przebiegu, bo jesteśmy przekonani, że wirus będzie się rozprzestrzeniał, potrzebne są zdeterminowane działania – zaznaczył.

Jak dodał, podjęta została decyzja o zamknięciu wszystkich placówek oświatowych i szkół wyższych na dwa tygodnie. Od czwartku 12 marca zajęcia nie będą się odbywały. Od poniedziałku szkoły zostaną zamknięte. Rozporządzenia ministrów obowiązują do środy, 25 marca.

– Jednak ze względu na to, że niektórym rodzicom może być trudno zorganizować opiekę tak szybko, z dnia na dzień, to w dniu jutrzejszym (w czwartek 12 marca) i w piątek placówki będą otwarte. W klasach nauczyciele będą mogli pilnować dzieci – dodał Morawiecki.

Co oznacza decyzja MEN

  • zajęcia w szkole, przedszkolu, placówce będą zawieszone na 2 tygodnie;
  • 12 i 13 marca br. to dni, w których w przedszkolach i szkołach podstawowych nie będą odbywały się zajęcia dydaktyczno-wychowawcze, a jedynie działania opiekuńcze;
  • od 12 marca br. uczniowie szkół ponadpodstawowych nie przychodzą do szkół;
  • od poniedziałku, 16 marca br. wychowankowie i uczniowie nie przychodzą do przedszkoli i szkół.
  • w szkołach prowadzących kształcenie zawodowe, w placówkach kształcenia ustawicznego oraz w centrach kształcenia zawodowego zawieszenie zajęć dotyczy również zajęć realizowanych w ramach praktycznej nauki zawodu;
  • uczniowie branżowych szkół I stopnia będący młodocianymi pracownikami nie uczęszczają do szkoły. Realizują jednak przygotowanie zawodowe u pracodawcy na dotychczasowych zasadach;
  • od 16 marca br. będą zawieszone zajęcia realizowane w ramach turnusów dokształcania teoretycznego młodocianych pracowników;
  • ze względu na bezpieczeństwo zdrowotne Twoje i Twojego dziecka, zajęcia zostaną zawieszone od 12 marca br. W przedszkolach i szkołach podstawowych 12 i 13 marca br. będą jeszcze prowadzone działania opiekuńcze;
  • jeśli masz dziecko w wieku do 8 lat, przysługuje Ci zasiłek opiekuńczy do 14 dni. Szczegółowe informacje znajdziesz na stronie internetowej ZUS TUTAJ

thefad.pl / Źródło: MEN


Marcin Zegadło: W szpitalach brakuje sprzętu. I te nagłówki: „PILNE! Kolejne potwierdzone zakażenie koronawirusem!” Co w tym pilnego?

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Z części szpitali dobiegają głosy o braku w sprzęcie. Zaczynam rozumieć, dlaczego minister Szumowski jest coraz bardziej czerwony i nie zazdroszczę mu sytuacji, w jakiej się znalazł. To miała być spokojna kadencja. Tymczasem mamy tutaj od czasów „hiszpanki” największą zapowiedź epidemiologicznej rozpierduchy, jaką ta ziemia widziała.

25 przypadków koronawirusa w Polsce

Tymczasem gazeta.pl w jednym z „sensacyjnych” nagłówków informuje, że z części szpitali dobiegają głosy o braku w sprzęcie. 25 przypadków koronawirusa w Polsce, a w chrystusowym królestwie na tej ziemi, która dała światu Jana Pawła II i wielu innych, dla których Matka Boska była jak rodzona matka, na tej ziemi zaczyna się przebąkiwać o brakach sprzętowych.

Zaczynam rozumieć, dlaczego minister Szumowski jest coraz bardziej czerwony i nie zazdroszczę mu sytuacji, w jakiej się znalazł.

To miała być spokojna kadencja. „Dobra zmiana” miała się umocnić, a minister Szumowski miał być tego „umocnienia” beneficjentem. Tymczasem mamy tutaj od czasów „hiszpanki” największą zapowiedź epidemiologicznej rozpierduchy, jaką ta ziemia widziała.

I jeszcze te nagłówki typu:

„PILNE! Kolejne potwierdzone zakażenie koronawirusem!”

Co w tym pilnego? Przez najbliższe tygodnie czas będzie jeszcze o tym pogadać. Na różnych poziomach. Od przestronnych sal ministerstw począwszy, na dusznych salach szpitalnych skończywszy. Kto robi te nagłówki? Stażyści? Półkretyni, których nakręca „patos czasów”, w których przyszło im żyć?

25 przypadków koronawirusa to jest jeszcze nic. To kropla, a tutaj info o tym, że w szpitalach brakuje sprzętu.

Kiedy byłem w pierwszej klasie liceum miałem zajęcia z przygotowania wojskowego. Prowadzący je nauczyciel oświadczył nam, że gdyby wybuchła teraz wojna, to jakiś tam górnośląski czy inny okręg wojskowy miałby amunicji, na mniej więcej tyle, żeby przez 15 minut utrzymywać ogień ciągły. Odnoszę wrażenie, że mniej więcej coś takiego stara się nam powiedzieć ten nagłówek prasowy. I jest to wrażenie nieprzyjemne.

Marcin Zegadło

 

 


Krzysztof Skiba: Skąd oni ich biorą? Jak nie pirat drogowy, to zboczeniec, albo plagiator


Krzysztof Skiba

Krzysztof Skiba

Koronawirus przykrył wszystkie tematy łącznie z kampanią prezydencką i odwołaniem Kurskiego z TVP i przyklejeniem go od spodu, a tymczasem w państwie PiS... Skąd oni ich biorą? Jak nie pirat drogowy, to zboczeniec, albo plagiator

 

Wiadomości z pierwszej ręki i drugiej nogi (19)

Koronawirus przykrył wszystkie tematy łącznie z kampanią prezydencką i „odwołaniem” Kurskiego z TVP i przyklejeniem go od spodu, a tymczasem w państwie PiS…

STARA BABA POD KOŁAMI MĘŻA STANU

Odznaczony przez prezydenta Dudę brązowym Krzyżem Zasługi Prezydent Sieradza (z poparcia PiS) potrącił swym wypasionym autem 79-letnia kobietę i uciekł z miejsca wypadku.

Sprawa by przycichła, ale zdarzenie nagłośniły media. Na kamerach z monitoringu wyraźnie widać jak terenowe auto przewraca starszą kobietę i odjeżdża.

Prezydent, który jest absolwentem Wojskowej Akademii Medycznej bagatelizował temat i twierdził, że staruszka sama się przewróciła na widok jego auta, bo pewnie w życiu nie widziała czegoś tak pięknego.

Sąd nie uwierzył w te tłumaczenia i skazał prezydenta na osiem miechów odsiadki, ale w zawieszeniu na dwa lata plus 10 tys. odszkodowania dla kobiety i koszty sądowe.

Warto wspomnieć, że miejscowa policja oceniła początkowo potrącenie kobiety na mandat w wysokości 300 zł. Aż dziw bierze, że mandat nie był dla kobiety za podrapanie auta. Gdy sądy i media zawłaszczy PiS, to gdy poseł partii rządzącej zabije autem feministkę na pasach, to pewnie dadzą mu pouczenie i dyplom uznania.

PRZERWANY PODRYW

Radny PiS z Wyszkowa Krzysztof S. podrywał małoletnich chłopców wysyłając im zdjęcia swojego penisa. Fotki genitaliów działacza Prawa i Sprawiedliwości opatrzone były sprośnymi tekstami. Takie miłe prezenty otrzymało od niego kilkuset chłopców wieku 12-13 lat.

Gdy sprawa wyszła na jaw PiS wyrzucił go ze swoich szeregów, a jego konto na FB, na którym miał fotografie z Krystyną Pawłowicz i w koszulce Duda 2020 zniknęło. Jak nazwać system, w którym do władzy dochodzą tacy patrioci jak radny Krzysztof S.? Fiutokracja.

KRÓL WAZELINY

Dawny satyryk i błyskotliwy kabareciarz, dziś apologeta i cmokier władzy Marcin Wolski opublikował poddańczy wiersz o Andrzeju Dudzie na nieczynnym peronie w Końskich. Środowisko poetyckie uznało, że wiersz młodej Wisławy Szymborskiej o Stalinie był jednak lepszy.

MASTER OF COPY

Skąd oni ich biorą? Jak nie pirat drogowy, to zboczeniec, albo plagiator. Portal Oko Press ujawnił, że ekspert prawny PIS usprawiedliwiający łamanie konstytucji przez władzę – dr Jarosław Szymanek z Uniwersytetu Warszawskiego to plagiator.

W średniowieczu rycerze posługiwali się kopiami i z tej tradycji czepią pewnie nowe elity PiS. W swojej pracy naukowej Kaczy Ekspert wykorzystał obszerne fragmenty własnej magistrantki. Komisja Dyscyplinarna UW przyblokowała mu przyznanie profesury. Spoko. Duda wygra wybory, to się profesurę przyklepie. Nawet na pracę skopiowaną z etykiety dżemu czy Wikipedii.

Krzysztof Skiba


 


Niemcy nie wydadzą ściganego europejskim nakazem aresztowania Polaka. Powód: „wątpliwości co do niezawisłości sądownictwa”

Elżbieta Stasik

Elżbieta Stasik

Uchylenie przez niemiecki sąd nakazu ekstradycji Polaka jeszcze jest wyjątkiem. Nie pozostanie nim jednak, jeśli rząd w Warszawie będzie kontynuował swoją politykę – pisze „Frankfurter Allgemeine Zeitung”.

„Frankfurter Allegemeine Zeitung” (FAZ) pisze w swoim poniedziałkowym wydaniu (10.03.2020) o decyzji Wyższego Sądu Krajowego w Karlsruhe. Sąd ten, ze względu na „istotne wątpliwości co do niezawisłości polskiego sądownictwa” zwolnił z aresztu deportacyjnego Polaka ściganego za oszustwo europejskim nakazem aresztowania (ENA).

Gazeta zwraca uwagę, że sędziowie sądu apelacyjnego z Karlsruhe już w połowie lutego uchylili ekstradycyjny nakaz aresztowania Polaka. Obawiano się, że „po reformach systemu sprawiedliwości w Polsce nie są zagwarantowane niezawisłość sądownictwa i prawo do sprawiedliwego procesu”.

Jak przypomina gazeta, sędziowie powołują się w swojej decyzji na Trybunał Sprawiedliwości UE. Ten zaś w lipcu 2018 uznał, iż państwa unijne nie mogą wykonać wydanego w Polsce europejskiego nakazu aresztowania, jeżeli grozi tam naruszenie prawa do niezawisłości sądownictwa. Sędziowie TSUE nie ogłosili wprawdzie ogólnego zakazu ekstradycji, ale wezwali odpowiednie instytucje krajów UE, by w podejmowaniu decyzji uwzględniały zarówno ogólną sytuację polskiego sądownictwa, jak i zagrożenie w konkretnych przypadkach.

Decyzja nie zapadła

„Wyższy Sąd Krajowy w Karlsruhe obawia się, że polscy sędziowie na podstawie ich oceny dowodów mogą się liczyć z sankcjami dyscyplinarnymi. Dlatego sędziowie z Karlsruhe poprosili swoich kolegów o odpowiednie informacje” – pisze frankfurcki dziennik. Niemieccy sędziowie chcieli się też dowiedzieć od polskiej strony, czy tą konkretną sprawą zajmują się sędziowie, którzy zajęli stanowiska kolegów wysłanych przymusowo na emeryturę.

FAZ zauważa także, że uchylenie aresztu deportacyjnego Polaka, o którego sprawę chodzi w tym przypadku, opiera się na tymczasowej ocenie. Ostateczna decyzja o jego ekstradycji jeszcze nie zapadła.

Polsce grozi izolacja

Według Niemieckiego Związku Sędziów (DRB) jest to pierwsza sprawa tego typu w Niemczech – pisze FAZ. Jak powiedział szef DRB Sven Rebehn, „Polsce grozi izolacja w europejskiej wspólnocie prawnej”.

Państwom unijnym trudno byłoby wspierać w ściganiu karnym kraj, który oddala się od wspólnego w UE rozumienia zasady państwa prawa. Jeżeli podawana jest w wątpliwość integralność polskiego państwa prawa, «odcina to drogę współpracy z polskim wymiarem sprawiedliwości»” – zaznacza Sven Rebehn.

„Nie tylko sprawa Polski”

Ekstradycję Polaka z Niemiec komentuje w tym samym wydaniu FAZ Reinhard Veser.

Jak zauważa, „ataki polskiego rządu na niezawisłość sądownictwa nie są wewnętrzną sprawą Polski, lecz poważnie wpływają na całą Unię Europejską”. Decyzja podjęta przez sędziów z Karlsruhe, jeszcze jest precedensem. Jednak – jak pisze Veser: „nie pozostanie nim, jeżeli narodowo-konserwatywny rząd PiS będzie kontynuował przyjętą przez siebie politykę. Ze względu na przyjęte w ostatnich pięciu latach ustawy, kwestią czasu jest, by wszystkie istotne stanowiska w polskim sądownictwie zostały obsadzone jego zwolennikami i uległymi mu pomocnikami”.

„Jeżeli będzie zapadało coraz więcej decyzji, takich jak w Karlsruhe, być może wręcz w spektakularnych procesach – jak będzie reagował polski upolityczniony wymiar sprawiedliwości? Czy w rewanżu będzie odrzucał niemieckie (francuskie, holenderskie, irlandzkie itd.) wnioski o ekstradycję?” – zastanawia się komentator FAZ.

„W najlepszym wypadku, co i tak byłoby fatalne w skutkach, doprowadziłoby to do powolnego, faktycznego wycofania się Polski z głównego obszaru UE” – dodaje. „Taka sytuacja mogłoby stać się śmiertelną chorobą całej europejskiej w przestrzeni wymiaru sprawiedliwości. Dlatego Komisja Europejska tak szybko, jak to możliwe, powinna wykorzystać wszystkie dostępne jej środki, by powstrzymać polski rząd”.

 

REDAKCJA POLECA

 


Koronawirus, AIDS, dżuma a w tle liczne teorie spiskowe

Christopher Nehring

Christopher Nehring

Wraz z koronawirusem nadciągają liczne teorie spiskowe. Towarzyszyły one epidemiom od zarania dziejów.

Wraz z koronawirusem nadciągają liczne teorie spiskowe. Epidemiom towarzyszyły one zawsze

Nie ma dowodów na to, że koronawirus, o którym mówi cały świat, ma swoje początki w amerykańskich laboratoriach wojskowych. Podobnie jak nie ma dowodów na to, że Albańczycy są genetycznie odporni na wirusa albo aura bułgarskiego premiera Bojko Borysowa potrafi powstrzymać wirusa – nawet jeśli tak twierdzi wróżka Alena w bułgarskiej telewizji.

Lista tego typu dziwacznych doniesień sięga od zabawnych po przerażające teorie spiskowe. I tak Dane Ashlie, internetowa „influencerka” wyjawiła swoim fanom na Youtube i Facebooku „prawdziwą” genezę koronawirusa: Miał on zostać wywołany przez rozbudowę sieci telefonii komórkowej 5G w chińskiej prowincji Wuhan.

WHO ostrzega przed teoriami spiskowymi

Wobec setek tysięcy tego typu twierdzeń na temat koronawirusa nie dziwi, że ostrzeżenia przed fałszywymi doniesieniami zajmują niemal tyle miejsca co oficjalne informacje na ten temat. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) utworzyła nawet specjalną stronę internetową, która ma za zadanie zadawanie kłamu plotkom na temat rzekomych lekarstw i dróg rozprzestrzeniania się choroby. Ta świadoma strategia informacyjna WHO, władz i mediów dowodzi tego, że wyciągnięto wnioski z przeszłości.

Teorie spiskowe i epidemie

Globalnym epidemiom zawsze towarzyszyły plotki i teorie spiskowe, co skutkowało fatalnymi konsekwencjami. Zarówno kiedyś, jak i dziś, w centrum uwagi znajdowały się kwestie pochodzenia i rozprzestrzeniania się chorób.

– Teorie spiskowe opierają się zwykle na twierdzeniu, że jakaś działająca w ukryciu grupa albo instytucja chce opanować czy zniszczyć jakiś kraj, a nawet cały świat – twierdzi prof. Michael Butter z Tybingi.

Tak było np. kiedy w XIV wieku Europę dotknęła epidemia dżumy. Szybko pojawiły się plotki na temat zatruwania studni. Równie szybko znaleziono winnych – Żydów z ich rzekomo „diabelskimi planami opanowania świata”. Nieznana zaraza została wykorzystana politycznie i religijnie. W efekcie ujawniła się w pogromach i wypędzeniach.

Czarna śmierć – termin określający jedną z największych epidemii w dziejach ludzkości, panującą w XIV-wiecznej Europie. Dane dotyczące liczby śmiertelnych ofiar czarnej śmierci różnią się, niemniej szacuje się, że w XIV wieku zabiła ok. 75–200 mln ludzi. Fot. Taniec śmierci Michaela Wolgemuta inspirowany czarną śmiercią / wikipedia

„Niemiecka trucizna”

Nie inaczej było w czasach współczesnych, kiedy tylko w ciągu dwóch lat (1918-1920) tak zwana hiszpańska grypa pochłonęła 25 do 50 mln ofiar – więcej niż ledwie co zakończona I wojna światowa.

Pandemia grypy w latach 1918–1919 (hiszpanka)
Pandemia grypy w latach 1918–1919 – wywołana przez wyjątkowo groźną odmianę wirusa grypy, do której doszło w latach 1918–1919, znana pod potoczną nazwą „hiszpanka”. Podawane są różne szacunki śmiertelności na całym świecie: od 21–25 mln do 50–100 mln. Była pierwszą pandemią od czasów czarnej śmierci (1347–1350) o tak wysokiej śmiertelności. Zachorowało na nią ok. 500 mln ludzi, co stanowiło wówczas 1/3 populacji świata. Fot. wikipedia

Ponieważ genezę choroby udało się ustalić naukowo dopiero w latach 30-tych, wcześniej twierdzono, że choroba ta była „niemiecką trucizną”, bronią biologiczną wynalezioną przez niemieckie wojsko.

Nie inaczej było też w komunistycznej PRL. Kiedy w 1950 r. stonka groziła wyniszczeniem całych zbiorów ziemniaków propaganda twierdziła, że stonkę zrzucili Amerykanie, by zaszkodzić państwom socjalistycznym. Tymczasem celem takich absurdalnych twierdzeń było odwrócenie uwagi od nieudolności komunistycznej gospodarki.

Występowanie stonki wykorzystywano do propagandy politycznej. Sonka ziemniaczana traktowana była jako główny powód niedoborów na rynku żywności. Plagi stonki („pasiastego dywersanta”) tłumaczone były społeczeństwu jako dywersja wrogów socjalizmu. Fot. wikipedia

„Operacja Detrick”

Ponowną odsłoną tego typu absurdalnej propagandy była kampania dezinformacyjna na temat AIDS.

W 1983 roku sowieckie KGB lansowało na całym świecie twierdzenia, że wirus HIV to wynaleziona przez USA w Fort Detrick broń biologiczna. Miała ponoć być przetestowana została na więźniach, biedakach i homoseksualistach w Afryce. W 1985 r. sowiecko-niemiecki biolog Jakob Segal napisał nawet pseudonaukową pracę mającą udowodnić tę teorię spiskową. Chociaż biolodzy i lekarze na całym świecie uznali to za nonsens, echa komunistycznej propagandy do dziś odzywają się w różnych wersjach i w różnych odsłonach.

Rzekoma broń biologiczna

Hiszpańska grypa, AIDS, ebola, a teraz koronawirus – lista globalnych chorób, które wzięły swój początek z rzekomo wojskowych programów broni biologicznej staje się coraz dłuższa. Nowe jest jedynie to, że w przypadku koronawirusa podejrzenie pada nie tylko na USA, ale i na Chiny.

Argumentacja pozostaje jednak taka sama, a dowodów jak zawsze brakuje. Tego typu teorie spiskowe powstają przede wszystkim na początku pandemii, których pochodzenie i rozprzestrzenianie się są względnie niejasne. Cyfrowa rewolucja dodatkowo jeszcze te sprawy skomplikowała.

Plotki i fałszywe doniesienia rozprzestrzeniają się w mediach społecznościowych o wiele szybciej niż informacje dostarczane przez biologię, medycynę i służbę zdrowia. Epoka cyfrowa działa na teorie spiskowe o chorobach jak napęd turbo na silnik samochodu.

Z koronawirusem uporać się można tylko za pomocą poważnych badań naukowych, higieny i opieki medycznej. Można to także odnieść do konsumpcji informacji i uświadamiania w przestrzeni publicznej. Także i tutaj pomóc może tylko edukacja, kompetencja medialna i intelektualna higiena.

df / thefad.pl

REDAKCJA POLECA

[widget-dw