Czy Borys Budka znajdzie odpowiedź, jak skutecznie konkurować z dobrodziejstwami PiS?

Anna Widzyk

Anna Widzyk

Czy nowy szef Platformy Obywatelskiej zdoła znaleźć odpowiedź, jak skutecznie konkurować z dobrodziejstwami PiS – zastanawia się „Sueddeutsche Zeitung”.

Niemiecki dziennik zamieścił w poniedziałek (27.1.2020) sylwetkę nowego szefa Platformy Obywatelskiej. Jak pisze, Borys Budka to polityk „młody, wysportowany i zaczepny”. Zauważa, że w wyborach na szefa największej partii opozycyjnej w Polsce otrzymał poparcie 78,8 procent głosujących członków ugrupowania. „Tak jasnego zwycięstwa Borys Budka nie mógłby wybiegać nawet w swoim najszybszym maratonie” – pisze „SZ”.

Ostry mówca opozycji

Według gazety w trakcie politycznej kariery Budka nawet u politycznych przeciwników zyskał sobie opinię kompetentnego i pracowitego. Przypomina przy okazji, że w 2015 roku wszedł do rządu Ewy Kopacz (PO) i został najmłodszym ministrem sprawiedliwości w historii.

„Czas komplementów skończył się jednak dość szybko. Narodowopopulistyczna partia 'Prawo i Sprawiedliwość’, przejęła władzę jesienią 2015 roku i zaczęła demontowanie państwo prawa. Nie tylko w tej sprawie Budka stał się jednym z najbardziej prominentnych i najostrzejszych mówców opozycji” – ocenia korespondent „SZ”. Florian Hassel przypomniał, że Borys Budka w 2017 roku upomniał z trybuny sejmowej szefa PiS i „faktycznego przywódcę Polski” Jarosława Kaczyńskiego, że jego brat Lech Kaczyński inaczej wyobrażał sobie państwo prawa. Kaczyński odpowiedział wówczas wzburzony: ”Nie wycierajcie sobie mord zdradzieckich nazwiskiem mojego świętej pamięci brata!”

Skuteczna odpowiedź na politykę PiS

„Błyskotliwość niewiele pomogły Platformie Obywateskiej. W Polsce partie mają słabe korzenie. PO nawet w czasie, gdy rządziła miała tylko 40 tysięcy członków, dziś jest ich tylko około 10 tysięcy. Niepopularnemu (dotychczasowemu) szefowi partii, Grzegorzowi Schetynie, pomimo iż ustabilizował notowania PO, nie udało mu się poprowadzić partię do wygrania wyborów jesienią 2019 roku” – pisze „SZ”. Schetyna ustąpił wbrew własnej woli. Nie dał rady postawić na czele ugrupowania swojego zaufanego człowieka, Tomasza Siemoniaka. – zauważa dziennik.

Według gazety misja Budki „jest nie do pozazdroszczenia”. Dotychczas nikt nie znalazł odpowiedzi na pytanie, czy opozycja może zaoferować coś równie skutecznego, jak „kupowanie wyborców przez PiS poprzez coraz to nowe dobrodziejstwa”.

Budka – dodaje „SZ” – mówił jak na razie tylko o potrzebie zmiany stylu i jakości komunikacji w partii oraz utworzenia „centrum nowych idei”, aby opracować projekty nowych propozycji politycznych.

„Jest prawdopodobne, że Budka spróbuje przeprowadzić nowe otwarcie, także przy wsparciu wieloletniego przywódcy PO Donalda Tuska. Swoje zadania ocenia wyraźnie: odbudowa partii, aby jesienią 2023 roku pozbawić PiS władzy” – pisze „SZ”.

 

REDAKCJA POLECA

 


Adam Mazguła: Autorytet Rzeczypospolitej stoczył się w ruinę

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Dzisiaj większość sejmowa składa się z posłów specjalnej troski. Za czym głosują, wie tylko prezes i jego lizuski. Nie mają idei, ambicji i poczucia odpowiedzialności. Wydaje się, że jedynym motorem ich działań jest chęć naśladowania głupoty, z którą czują się dobrze

Rządzący wyzwalają agresję, dzielą społeczeństwo i niszczą wartości naszej cywilizacji, trudno więc jest znaleźć wspólnotę zawartą w określeniu – Rzeczpospolita.

Nazwa naszego kraju jest poprzedzona słowem Rzeczpospolita. We wszystkich tłumaczeniach na inne języki oznacza republikę. Historycznie ujmując, zawsze jednak chodziło o coś więcej. O wspólnotę interesów Wielkiego Księstwa Litewskiego i Korony, czy też wspólnotę narodu w czasach międzywojennych. Nie inaczej było w PRL, czy też w okresie solidarnościowej ojczyzny. Dlatego określenie to oznaczało nie tylko republikę jako ustrój polityczny. Było związkiem wszystkich narodowości, wyznań, języków, pochodzenia, granic i wartości podstawowych zróżnicowanego narodu. Na tej jedności zasadzał się majestat władzy, reprezentującej interesy wszystkich zamieszkujących naszą ojczyznę obywateli.

Tak budowano wielkość państwa swoją mądrością, jednością i solidarnością.

Dzisiaj, rządzący wyzwalają agresję, dzielą społeczeństwo i niszczą wartości naszej cywilizacji, trudno więc jest znaleźć wspólnotę zawartą w określeniu – Rzeczpospolita.

Kaczyński nie tylko podzielił, ale i skłócił Polaków do tego stopnia, że gotowi są stanąć przeciwko sobie; a on szczuje dalej…

On, niesklasyfikowany w Konstytucji RP dyktator szaleniec skryty za postawą staruszka fajtłapy. Rządzi przez podział i wybór, a nie z myślą o rzeczy pospolitej wszystkich, całego narodu.

Władza w kraju bardziej przypomina organizację mafii niż państwa. Bolszewicki dyktator z działaczami tego okresu ściga ludzi, którzy budowali Polskę podczas tzw. komuny. Zależny od niego wybrany prezydent ubliża publicznie obywatelom, krzyczy na nich i otacza się ludźmi upadku moralnego. Wszechobecne kłamstwo jest też głównym przekazem premiera i jego mediów nazywanych dla zaciemnienia sytuacji — narodowymi. Służbami kierują partyjni przestępcy, wojskiem zdrajcy od niszczenia wywiadu i kontrwywiadu kraju i bohater ustaw faszystowskiej odpowiedzialności zbiorowej. Służbą zdrowia kieruje dewot kościelny, edukacją niedouczony miernota ideologiczny, kulturą facet od chamstwa… Wszystkich przebija prokurator generalny, który bardziej przypomina przestępcę generalnego oraz dziecko z piaskownicy prawnej nieodpowiedzialności…

Ci wszyscy ludzie ciężko pracują aby rozbić naszą solidarność narodową. Dokonują selekcji na wrogów i święte krowy, wpuszczają jad nienawiści, kłamstwa, pomówienia, zaszczucia… rodaków. Dzielą skutecznie na tych, co mają prawo żyć kosztem innych i tych, co na nich pracują.

Ta ciemnota przysłoniła w Polsce światło słoneczne. Nasz kraj stał się czarny, smutny, podzielony, kościelny, pełen ciemnych interesów, utajnionych wielkich afer i intryg.

Czy to jest jeszcze ta dumna i solidarna Rzeczpospolita?

Dzisiaj większość sejmowa składa się z posłów specjalnej troski. Za czym głosują, wie tylko prezes i jego lizuski. Nie mają idei, ambicji i poczucia odpowiedzialności. Wydaje się, że jedynym motorem ich działań jest chęć naśladowania głupoty, z którą czują się dobrze i się im opłaca. Jak prezes ubliża – oni też ubliżają, gdy prezes wychodzi – oni też wychodzą, a gdy prezes przemawia – organizują owację.

Na forum międzynarodowym nasze butne brygady pogardy dla ludzi innej narodowości niszczą każdą ich pozytywną myśl o Polsce.

Zdecydowany podział na tych, którzy zasłaniają nam słońce oraz tych barwnych nie daje podstaw, by określać naszą ojczyznę mianem „Rzeczpospolita”. Dzisiaj bardziej pasuje tu określenie „zrujnowana”, „rozkradziona”, „uciemiężona”, „izolowana”, „pogrążona”, „katolicka”, „PiS-owska”, „ciemna”, „prezesowska”, „partyjna”, „czarna”, „nacjonalistyczna”… Widzimy to, co robi partia rządząca, która zamiast delegalizować ruchy faszystowskie, udziela im wsparcia na ulicach. Może zatem powinna się nazywać „brunatna”?

Nie, to określenie nie przechodzi przez mój osobisty filtr obywatela i oficera. Nawet jeśli są podstawy, to nazwa nie może ubliżać milionom Polaków. Szczególnie tym, którzy oddali życie, żeby faszyzm nigdy już nie panoszył się na naszej ziemi.

Jak byśmy nie nazwali naszej ojczyzny z okresu władzy PiS-u, nie jest to któraś z kolei Rzeczypospolita. Jednak ponownie może nią być. Wystarczy, że nie będzie przyzwolenia na ruinę jej autorytetu i w końcu wyrazimy to w bardziej zdecydowany i liczny sposób.

Adam Mazguła


Dr Dariusz Stokwiszewski: Auschwitz dziś – 27 stycznia 2020 roku

Dr Dariusz Stokwiszewski

Dr Dariusz Stokwiszewski

Oglądam przerażające w swojej wymowie wystąpienia z okazji 75 rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Patrzę na puste twarze ludzi takich jak Andrzej Duda – podobno prawnik – mieniący się funkcją prezydenta Polski. Patrzę na innych przedstawicieli tej zakłamanej zmiany pisowskiej

 

Oglądam przerażające w swojej wymowie wystąpienia z okazji 75 rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Przemawiają byli więźniowie! W ich wypłakanych, pustych oczach nie ma już łez; było ich dotąd tak dużo, że oczodoły wyschły na zawsze. Łzy są, ale w moich oczach!

Patrzę na puste twarze ludzi takich jak Andrzej Duda – podobno prawnik – mieniący się funkcją prezydenta Polski. Patrzę na innych przedstawicieli tej zakłamanej zmiany pisowskiej, którzy na co dzień mają na ustach same frazesy, a jednocześnie wzywają do takiej bądź innej odmiany nienawiści! Nie ma znaczenia, w czym się owa nienawiść przejawia; w słowach czy czynach, bo te pierwsze do nienawiści nawołują, ale ich konsekwencją są czyny właśnie, zazwyczaj zbrodnie na innych ludziach!

Dziś w Polsce mamy sytuację, która przypomina tę z lat 30. XX wieku w Republice Weimarskiej. Tam, gdzie zrodziła się, największa z dotychczasowych, nienawiść do ludzkości! Tam żądza zemsty i nienawiści do innych ras i kultur zamieniła się w dyktaturę Adolfa Hitlera, tam zrodził się nazizm!

Dziś w XXI wieku, po doświadczeniach tylu pokoleń w Polsce rodzi się zło podobne do tamtego! Nikt nie reaguje traktując sytuację w naszym kraju jak przejściowy problem, jak zwykłą grypę czy przeziębienie. Tam w Niemczech lat 30. XX wieku, podobnie jak teraz u nas, również owa nienawiść nie pojawiła się z dnia na dzień! Ona narastała, eskalowała aż do momentu, kiedy jej potencjał zła musiał się wylać i znaleźć ujście w nienawistnej polityce faszystowskiej, która doprowadziła świat do niemal totalnego upadku. Nie można uznać, że teraz to nie nastąpi, bo wszystkie fakty (wydarzenia i konflikty) pojawiające się symultanicznie na całym świecie raczej jasno wskazują na taką ewentualność.

Jednym z przejawów tego są upiory bardzo niebezpiecznych demagogii i ideologii; także partie neofaszystowskie! Partie niebędące faszystowskimi sensu stricto, ale nie mniej niebezpieczne od dawnych nacjonalizmów generała Franco, Mussoliniego, Stalina czy Hitlera. Dziś mamy takich samych szaleńców, którzy dla zdobycia totalnej władzy gotowi są aresztować i zapewne mordować, jeśli tylko okoliczności by na to pozwoliły.

Nie możemy dopuścić do tego, aby Polska po ewentualnym kolejnym konflikcie, stała się państwem uznanym za jego inicjatora. Bo w Polsce Jarosława Kaczyńskiego ideologie, zakazane w każdym kraju cywilizowanym państwie, znowu dochodzą do głosu! Bo są ludzie tacy jak właśnie Kaczyński i jego cały niemal „dwór”, którzy nie zawahają się dla własnych, partykularnych interesów poświęcić życie innych i przyszłość własnej Ojczyzny.

Otrząśnijmy się z obecnego letargu i nie dopuśćmy do kolejnych „nocy długich noży” czy „nocy kryształowych”, których efektem będą najpierw setki, a później być może tysiące i miliony ofiar mających zaspokoić chore żądze współczesnych szaleńców; psychopatów i/lub socjopatów, których nie brakuje. Ich zawołaniem są słowa „po trupach do celu” dla własnej, niewłaściwie pojętej „wielkości”! Zatrzymajmy machinę zbrodni już dziś, kiedy jest jeszcze tylko rodzącą się karykaturą III Rzeszy, czy innych podobnych bzdur!

 

Dariusz Stokwiszewski

 

 


Marcin Zegadło: Dzisiaj jest Międzynarodowy Dzień Pamięci o ofiarach Holokaustu

Marcin Zegadło

Marcin Zegadło

Zamiast myśleć o liczbie ponad sześciu milionów zamordowanych w Zagładzie Żydów, z których ponad milion i dwieście tysięcy to były żydowskie dzieci, wystarczy, jeśli każdy z Państwa popatrzy w piękne oczy tej żydowskiej dziewczynki i pomyśli o swoich dzieciach, a jeśli ich nie posiada to na przykład o dzieciach swoich przyjaciół. Miała 5 lat. Nazywała się Ester Polack i została okrutnie zamordowana tylko dlatego, że urodziła się Żydówką

 

Dziewczynka na fotografii nazywa się Ester Polack. Urodziła się w Amsterdamie. Została przywieziona do Auschwitz 28 czerwca 1942 z transportem tysiąca stu dziesięciu amsterdamskich Żydów. Została zamordowana w komorze gazowej w wieku pięciu lat (fotografia i informacje z tablicy Anna Cyran, zgodnie z Yad Vashem).

Ester Polack. Zamordowana w komorze gazowej w wieku pięciu lat
Ester Polack. Zamordowana w komorze gazowej w wieku pięciu lat

Myślę, że zamiast myśleć o liczbie ponad sześciu milionów zamordowanych w Zagładzie Żydów, z których ponad milion i dwieście tysięcy to były żydowskie dzieci, wystarczy, jeśli w ramach świeckich rekolekcji, każdy z Państwa popatrzy w piękne oczy tej żydowskiej dziewczynki i pomyśli o swoich dzieciach, a jeśli ich nie posiada to na przykład o dzieciach swoich przyjaciół, znajomych, członków waszych rodzin i wyobrazi sobie to dziecko w zupełniej ciemności, pośród nagich ludzi, z których każdy rozpaczliwie szuka oddechu, powietrza, kiedy w komorze unoszą się opary trującego gazu. Niech każdy z nas chociaż przez chwilę spróbuje poczuć strach, który czuła ta dziewczynka wciągając w płuca trujące powietrze, która nie rozumiała dlaczego wydarza się to wszystko, która mogła by żyć, gdyby pewien Austriak dostał się na Akademię Sztuk Pięknych.

Więźniowie z Sonderkommand opowiadali, że dzieci zawsze były pod spodem, na samym dnie, pod stertą ciał. Najczęściej rozdeptane, zmiażdżone przez rozpaczliwie ratujących się dorosłych.

A kiedy już Państwo będziecie mieli ten obraz pod powiekami, wtedy pomyślcie o tym, do czego prowadzi nacjonalizm, do czego prowadzi dehumanizacja grup etnicznych, przeciwników politycznych, mniejszości seksualnych czy naznaczanie ludzi z każdego innego powodu przez grupę tych, którzy pragną władzy pamiętajcie, że wtedy skończyło się to między innymi w komorach gazowych Auschwitz, Treblinki, Sobiboru, Bełżca lub w ciężarówkach w Kulmhof (Chełmno nad Nerem). Wtedy znalazło to swój finał w Babim Jarze i w Ponarach, a także w płonących stodołach i w zagłodzonych gettach.

Na koniec jeszcze raz pomyślcie Państwo o tej żydowskiej dziewczynce. Miała 5 lat. Nazywała się Ester Polack i została okrutnie zamordowana tylko dlatego, że urodziła się Żydówką. Gdyby to była moja czteroletnia córka, pozostałby jej jeszcze rok życia, która kiedy piszę te słowa jest bezpieczna w przedszkolu, mniej więcej, sto kilometrów od miejsca, w którym krótkie życie małej Ester dobiegło końca.

Nie wszystkie dzieci na tej planecie mają tyle szczęścia co moja córka. I nie jestem pewien, czy szczęście, które ma moja córka, ponieważ jest bezpieczna i syta, kiedyś się nie skończy.

Ester zamordowali ludzie wychowani w chrześcijańskiej Europie. Tak! To jest możliwe. Było możliwe wtedy i jest możliwe teraz. Pamiętajcie Państwo dzisiaj o pięcioletniej Ester.

Marcin Zegadło


Radek Wiśniewski: Opowiem Wam coś na dzień Pamięci o Nieocalonych

Radek Wiśniewski

Radek Wiśniewski

I ten dzień na zawsze będzie dla mnie - oprócz tego, że nie przestał być Dniem Pamięci o Nieocalonych - dniem świętowania kolejnej rocznicy początku tej szczególnej znajomości. Nie umiem się nie uśmiechać do tej myśli. Nie umiem nie czuć ciepła w sercu. W ten dzień. Nie umiem nie myśleć, że to najlepsza odpowiedź na to, co wtedy się wydarzyło

 

To było dziesięć lat temu. Razem z Darkiem i Rafaelem mieliśmy w ramach obchodów Dnia Pamięci o Ofiarach Holocaustu wystąpić z naszym programem „Geniza” w Rajsze, na uniwersytecie. Rafael gitara, Darek i ja wiersze. Wcześniej graliśmy w synagodze w Łańcucie, w Chederze w Krakowie, w Teatrze Żydowskim w Warszawie. Same znaczące miejsca. Piękna była jesień i zima, kiedy jeździliśmy z „Genizą”. Ładnie to wszystko wybrzmiewało, układało się w kadrach. W styczniu miał być Rzeszów, zdaje się że zamknięcie mikro-trasy.

Darek był tajemniczy, prosił, żebym przyjechał dzień wcześniej, bo będą oficjalne części na uniwersytecie. Mieliśmy mieć nocleg z Rafaelem w jednym pokoju w akademiku. Wszystko zaklepane. Nie można było odmówić.

– Poznam Ciebie z kimś – dodał tajemniczo. I rzeczywiście.

Okazało się, że dzień wcześniej na Uniwersytecie była zaproszona na uroczystości trójka Ocalonych, wśród nich Pani Rucia, która wysłała mi potem kartkę z Izraela i jakiś drobiazg z kosmetyków z alg z Morza Martwego. I Bieta. Bieta Ficowska. To nas sobie Darek przedstawił.

Wiedzieliśmy o sobie już co nieco. Pan Jerzy Ficowski dostał kiedyś od Darka zestaw książeczek z wierszami autorstwa różnych ludzi znających się wówczas i spotykających się w serwisie nieszuflada.pl. Pan Jerzy przeczytał wszystko i każdemu z nas napisał kilka słów listownie. Pewnie każdy z nas ma gdzieś zachowane te listy pisane pięknym pismem, chociaż już drżącą ręką przez Pana-Od-Schulza-i-Popiołów. Bo to jedne z ważniejszych słów na jakie my, młodzież pisząca wiersze, pełna poczucia buty i arogancji – mogliśmy dostać na drogę. Wiem, że rozmawiał z żoną o tym, co czytał. Miał swoje zdanie na temat każdego z tych wypieków.

Wiedziałem, że Pani Bieta, jeszcze Pani, miała, jak sama mówiła, trzy mamy. Jedną, Henię Koppel z d. Rochman, która ją urodziła 5 stycznia 1942 roku w warszawskim getcie. Drugą, Irenę Sendlerową, która ją z getta wyciągnęła w pudełku wraz ze srebrną łyżeczką, na której rodzice wygrawerowali jej datę urodzin. I tę trzecią mamę, Stanisławę Bussoldową, która ją przyjęła jak swoje dziecko i wychowała.

Pani Bieta była Panią chyba nie dłużej niż pół dnia. Nie wiem, w którym momencie przeszliśmy na Ty i czy to było deklaratywne czy bezwiedne, nie pamiętam. Chyba było naturalne, mimo różnicy wieku. Są relacje, w których mimo wielkiej życzliwości, serdeczności – nie umiem przejść na „Ty”, druga osoba liczby pojedynczej jakoś nie układa się w gardle. Ale tym razem było odwrotnie. Ktoś, kto wierzy w reinkarnację, transmigrację powiedziałby, że od razu było czuć, że mamy silny związek karmiczny z poprzednich wcieleń. Albo i z tego wcielenia, bo życie jak się okazuje, jest długie i fascynujące.

– Proszę być moim ochroniarzem – powiedziała Bieta i przewędrowaliśmy pod rękę wówczas cały dzień. Byliśmy u Prezydenta Miasta, byliśmy na uniwersytecie i na uroczystym obiedzie. Zaczęła się tego dnia nasza historia. Dobrze, że życie może trwać tak długo i tyle może się wydarzyć. Tak mówi czasem Bieta i ma rację. Na przykład my mogliśmy się wydarzyć.

I ten dzień na zawsze będzie dla mnie – oprócz tego, że nie przestał być Dniem Pamięci o Nieocalonych – dniem świętowania kolejnej rocznicy początku tej szczególnej znajomości.

Nie umiem się nie uśmiechać do tej myśli. Nie umiem nie czuć ciepła w sercu. W ten dzień.

Nie umiem nie myśleć, że to najlepsza odpowiedź na to, co wtedy się wydarzyło.

I na to, co mimo zaklęć i tłuczenia non stop słów „nigdy więcej”, tak bardzo, że utraciły wszelkie znaczenie – dzieje się cały czas, na okrągło w różnych miejscach świata.

I nie mam poczucia winy. Mam poczucie – jak rzadko – małego, cichego tryumfu. Być może jedynego, jaki jest jeszcze możliwy.

Radek Wiśniewski i Bieta Ficowska

Tak, Bietko, dobrze, że życie jest, że trwa, że trwa długo.

Niech tak będzie.

Czyli,

Amen.

Radek Wiśniewki, Laboratorium Empatii / facebook

 

 


Radek Wiśniewski: Notatnik 1939. „Wynikła mgła”

Radek Wiśniewski

Radek Wiśniewski

Junkers Ju 87 ‘Stuka’. Podobno nikt z polskich specjalistów, po pierwszych doniesieniach wywiadu nie chciał wierzyć w istnienie i sens konstruowania tak pokracznego samolotu. Miał on jednak stać się symbolem nadciągającej apokalipsy, jednym z jej synonimów, wiernym jeźdźcem.

 

Połowa sierpnia. Upał. 76 Kampfgeschwader wyposażony w bombowce nurkujące Junkers 87B Stuka od kilku dni przebywa na nowym dla siebie lotnisku koło Cottbus na Łużycach.

Trzy eskadry brzydkich, pokracznych jednosilnikowych maszyn z płatem łamanym jakby w spłaszczoną literę „w” z charakterystycznymi owiewkami kryjącymi stałe podwozie, nazywanymi czasem „łapciami”.

Junkers Ju 87 ‘Stuka’
Junkers Ju 87 ‘Stuka’. 29 maj 1940r.

Podobno nikt z polskich specjalistów, po pierwszych doniesieniach wywiadu nie chciał wierzyć w istnienie i sens konstruowania tak pokracznego samolotu. Miał on jednak stać się symbolem nadciągającej apokalipsy, jednym z jej synonimów, wiernym jeźdźcem.

Twórcom chodziło o skonstruowanie samolotu, który byłby w stanie precyzyjnie zrzucić bombę w nieduży cel punktowy. Na przykład dom, zagajnik, baterie artylerii na stanowiskach.

W latach trzydziestych wszyscy sobie zdawali sprawę, że zrzucanie bomb z lotu płaskiego czy koszącego ma wymiar raczej moralny, szczególnie gdy samoloty były mało liczne a celowniki nieprecyzyjne. Prędkość samolotu względem ziemi, masa czynników zakłócających jak wiatr, prądy powietrza, zmiana temperatury powietrza w zależności od wysokości – wszystko mogło wpłynąć na celność zrzutu bomby, a metody przeliczania punktu celowania nie były jeszcze zbyt złożone.

Junkers Ju 87 ‘Stuka’ nad Polska. Wrzeień/październik 1939r.
Junkers Ju 87 ‘Stuka’ nad Polska. Wrzeień/październik 1939r.

Zwykły samolot mógł zrzucać bomby w miarę celnie z niskiego lotu, narażając się na przeciwdziałanie obrony przeciwlotniczej, zwykłych karabinów maszynowych piechoty, albo mógł atakować z większej wysokości, gdzie był w miarę bezpieczny, ale precyzja zrzutu bomb pozostawiała wiele do życzenia. Pomysł był rewelacyjnie prosty i zdaje się, że wpadło na niego wielu konstruktorów na raz. Samolot musiał się złożyć do lotu nurkowego, jak najbardziej stromego i celowanie odbywało się po prostu… całym samolotem. Bomba musiała wisieć pod kadłubem, wtedy była pewność, że celując maszyną, bomba poleci dokładnie w tym kierunku. Tuz nad ziemią, pilot zwalniał bombę i podrywał samolot do góry. Czasami, na przykład w amerykańskich bombowcach SBD „Dauntless” bomba była montowana na ruchomym wysięgniku i w czasie lotu nurkowego wysuwała się na nim poza obrys kręgu śmigła, tak, żeby nurkujący samolot sam się uszkodził po zrzucie bomby. Zrzut musiał nastąpić najniżej jak się dało, tak żeby wyeliminować wszelkie czynniki, które mogły zakłócić lot bomby. Już sama technika zrzutu bomby, pochylenie samolotu i skierowanie jego nosa niemal pionowo w dół musiało wywoływać piorunujące wrażenie na ludziach poddanych takiemu bombardowaniu. Bywało, że ludziom się zdawało, że samolot ulega awarii, albo po prostu został trafiony przez obronę przeciwlotniczą i spada na swoją zgubę. A do tego Junkersy 87 miały zamontowane specjalne syreny włączane w czasie nurkowania zaś bomby wyposażane były w specjalne rurki dla potęgowania świstu. Jakby mało tego było – „Stuka” niemrawy w locie poziomym w nurkowaniu potrafił osiągnąć i 600 kilometrów na godzinę i powietrze opływające niezgrabny kadłub samo robiło masę hałasu. No i jeszcze ta sylwetka. Z dołu, pod kątem przypominająca kontur jakiegoś drapieżnego ptaka, może bardziej sępa? Krogulca? Zły wygląd do złej, brudnej roboty.

Junkers Ju 87 ‘Stuka’

Dzisiaj, 15 sierpnia 1939 roku 1,2 i 3 eskadra pułku I/76 ma wykonać pokazowe bombardowanie ćwiczebne na poligonie Neuhammer, obecnie Świętoszów. Rozgrzewane są silniki, ostatnia odprawę przeprowadza kierujący dzisiejszym lotem ćwiczebnym Hauptman Walter Sigel. Kiedy kończy obok pojawiają się lotnicy z patrolu pogodowego. Prognozy prognozami, ale nawet do dzisiaj wysyła się patrol, który naocznie potwierdza stan zachmurzenia nad rejonem wykonania zadania. Sigel odbiera meldunek – podstawa chmur nad poligonem ma wynosić około 900 metrów, zachmurzenie dwie trzecie. Sigel przekazuje wszystkim ostatnie szczegóły lotu. Szyk eskadr, on prowadzi, wysokość dolotu 4000 metrów, nad celem nurkowanie prosto w chmury, po wyjściu z chmur szybka identyfikacja celów, zrzut ćwiczebnych bomb z betonu, potem utworzenie formacji powrotnej.

Junkers Ju 87 ‘Stuka’

– Do maszyn i połamania karków! – rzucił być może na koniec zwyczajowym tekstem do swoich załóg. Kolejno trzy eskadry wzbiły się w powietrze, najpierw 1, potem 2 i 3. Około godziny szóstej rano, będąc nad celem, formując szyk bojowy z marszowego dowódca grupy ze swoim kluczem wychodzi na czoło, za nim ustawia się grupa, ale w odwrotnej kolejności – najpierw eskadra 2 potem 3 i na końcu 1 prowadzona przez Oberleutnanta Dietera Peltza. Dowódca grupy decyduje o rozpoczęciu ataku.

Samoloty jeden po drugim z głośnym wyciem silników i syren przechodzą z lotu poziomego do niemal pionowego nurkowania, przeciążenie wciska pilotów w fotele, krew odpływa z głowy. Dlatego samolot został między innymi wyposażony w system automatycznie wyprowadzający go z nurkowania gdyby pilot zemdlał w trakcie ataku. Ale tutaj nikt nie mdleje, to jeszcze nie jest prawdziwa akcja. Wchodzą w chmury warstwowe, z początku białe, potem coraz ciemniejsze, szare. Za moment wypadną po ich drugiej stronie, tuż przed oczami obserwatorów i wykonają po raz kolejny pokazowo celne bombardowanie punktowych celów na poligonie. Mają pokazać, że mając takie wsparcie i łączność radiową, nawet wysforowane daleko przed swoje linie czołgi i piechota zmotoryzowana jest w stanie obezwładnić każdy cel. „Stuka” to latająca artyleria pierwszej linii. Ma być blisko swoich kameraden z sił lądowych, blisko frontu i reagować na ich wezwanie. Jak straż ogniowa. Dlatego to niskie, wytrzymałe podwozie, jest stałe a nie chowane. To dla większej wytrzymałości. „Stuka” będzie operował z lotnisk polowych, tylko i wyłącznie. Dlatego nie skupiano się specjalnie na jego prędkości, zwrotności, urodzie, osiągach wysokościowych. To ma być armata ze skrzydłami. I to nie byle jaka. Bo jaka armata potrafi oddać taką salwę z 500 kilogramowego pocisku? A „Stuka” to potrafi. I jeszcze poprawi z karabinów maszynowych.

Samoloty nadal pędzą przez chmury prosto w dół, to nieprzyjemny moment, nic nie widać, gdyby nie grawitacja, można byłoby stracić orientację co do kierunków w przestrzeni. To jest jeden z tych momentów, kiedy zmienia się gęstość czasu i zdaje się on rozciągać. Wiadomo, że trzeba być skupionym, bowiem wyjście z chmur nawet na wysokości kilkuset metrów daje zaledwie ułamek sekundy na wybór celu, korektę rozpędzonego samolotu, zrzut bomby i odbicie do góry, żeby nie roztrzaskać się o ziemię. Zatem sekundy się rozciągają w nieskończoność, jak to mówią w takich momentach narratorzy wojennych powieści, albo naprawdę przebijanie się przez chmury trwa strasznie długo. Nikt nie patrzy na wysokościomierz bo on i tak wariuje w gwałtownym nurkowaniu. I nagle biel ustępuje i Sigel widzi ziemię. Ale blisko, bardzo blisko. Ziemia nie jest tam, gdzie się jej spodziewał, gdzie widziała ją eskadra rozpoznania meteo. Samolot dowódcy ma do niej zaledwie sto metrów, w zasadzie przez chwilę, kiedy to zrozumiał – jeszcze mniej bo samolot przecież pikuje z prędkością kilkuset kilometrów na godzinę. Do wierzchołków drzew prosto pod nim ma jeszcze mniej. W jednej chwili bierze ściąga na siebie drążek, wbija przycisk automatycznego wyjścia z nurkowania i drze się w mikrofon:

– Ziehen! Alles ziehen!

Czyli w wolnym tłumaczeniu – „Wyciągać! Wszyscy wyciągać!”, albo jak to darł się wiele lat później pokładowy system o kolizji z ziemią w pewnym rządowym samolocie „Pull up! Pull up!”. On może za pół sekundy zginie, ale za nim lecą tym samym kursem prosto w ziemię trzy eskadry, samolot za samolotem, klucz za kluczem i nic nie widzą, są przygotowani na wyjście z chmur na wysokości dziewięciuset metrów. Jednocześnie Sigel widzi, że zabraknie mu kilkunastu metrów, nie wyprowadzi samolotu nad wierzchołkami drzew, w kolejnym ułamku sekundy dostrzega niedużą przesiekę leśną i popycha tam samolot, wyrównuje dwa metry nad ziemią i pędzi nad leśną drogą jakby miał zamiar na niej lądować, ma drzewa po obu stronach na szerokość skrzydeł. Znowu ma kontrolę nad „Stuką”, odbija w górę, ale w tym czasie jego boczni – Oberleutnant Eppen i Mueller nie mają tyle szczęścia i wpadają na drzewa. Jeden zawisa rozbija się i resztki samolotu zawisają na pniach sosen, drugi rozbija się w kuli ognia.

Podobny los spotyka jeden po drugim pozostałe samoloty 2 eskadry i cześć 3 eskadry, chociaż z tej ostatniej kilka samolotom udaje się wcześniej przerwać nurkowanie i wyjść cało nad chmury. Słysząc wrzaski dowódcy – prowadzący 1 eskadrę Leutnant Hans Stepp przerywa nurkowanie jeszcze nad chmurami, wyrównuje lot i czeka. Pierwsza eskadra długo krąży w oczekiwaniu na powracające samoloty swoich towarzyszy, ale się nie doczeka. Trzynaście samolotów jeden po drugim, niemal w tym samym miejscu roztrzaska się o ziemię grzebiąc 13 pilotów i 13 strzelców pokładowych. Trzynaście wyszkolonych załóg, trzynaście nowych, spod igły samolotów.

Kiedy Hitlerowi doniesiono o katastrofie na poligonie w Neuhammer podobno wstał i dłuższy czas patrzył w okno w milczeniu. Powołany jeszcze tego samego dnia specjalny sąd wojenny miał zbadać sprawę. Składowi przewodniczył były dowódca Legionu Condor w Hiszpanii Hugo Sperle. Sąd nie znalazł winnych. Uznano, że w przeciągu godziny między powrotem eskadry pogodowej a dolotem eskadr bojowych pojawiła się mgła przygruntowa. „Wynikła mgła” jakby to powiedział wiele lat później jeden z pilotów pewnego rządowego samolotu. Było to, uznał specjalny sąd wojenny pod przewodem Sperlego, zdarzenie z kategorii losowych, które zawsze mogą się zdarzyć. Sąd orzekł ponadto, że dowódca lotu – Walter Sigel zrobił wszystko co się dało by ostrzec i uratować swoich ludzi. Ostatecznie na lotniska wróciła część trzeciej i wszystkie samoloty pierwszej eskadry. Można założyć, że gdyby Sigel miał gorszy refleks – wszyscy by zginęli tego dnia pod Świętoszowem.

Walter Sigel
Walter Sigel

A tak, cudem ocalony Walter Sigel mógł 17 dni później, 1 września 1939 roku przed świtem zasiąść za sterami swojego Stukasa objuczonego tym razem już prawdziwymi bombami i poprowadzić 29 maszyn z lotniska Strachowice pod Wrocławiem, w kierunku na niczego nie podejrzewającego, śpiącego, bezbronnego polskiego miasteczka Wieluń.

Radek Wiśniewski

 

 


Kaczyński dla „Bilda” o tym czy Putin stał za katastrofą w Smoleńsku, roszczeniach za straty wojenne i sądach

Jacek Lepiarz

Jacek Lepiarz

Polska nie pogodzi się z brakiem odszkodowań za straty wojenne, a polskie roszczenia, także wobec Rosji, nie ulegają przedawnieniu, powiedział w wywiadzie dla sobotniego wydania „Bilda” Jarosław Kaczyński.

Jarosław Kaczyński: mógłbym porozmawiać z prezydentem Putinem o śmierci mojego brata. Wpierw jednak musiałby przekazać nam wrak.
Jarosław Kaczyński: mógłbym porozmawiać z prezydentem Putinem o śmierci mojego brata. Wpierw jednak musiałby przekazać nam wrak.. Fot. Piotr Drabik / flickr

Prezes PiS Jarosław Kaczyński powiedział w wywiadzie dla sobotniego wydania „Bilda”, że Polska nie pogodzi się z brakiem odszkodowań za straty wojenne, a polskie roszczenia, także wobec Rosji, nie ulegają przedawnieniu. Kaczyński zastrzegł, że nie może komentować pogłosek o wysokości reparacji sięgających kwoty 850 mld euro.

– Nie mogę tego komentować. Faktem jednak jest to: cała gospodarka Polski, drogi, fabryki, historyczne budowle i dobra kultury zostały wówczas starte z powierzchni ziemi i unicestwione. Polska została zniszczona już w I wojnie światowej, szczególnie na terenach dawnego Królestwa Polskiego włączonych i eksploatowanych przez carat. Bez żadnego odszkodowania. Francja natomiast dostawała jeszcze kilka lat temu na podstawie Traktatu Wersalskiego z 1919 roku reparacje z Niemiec. Polska nie dostała praktycznie nic. Nie pogodzimy się z tym. – powiedział Kaczyński.

Rosja też powinna zapłacić

Prezes PiS zaznaczył, że Rosja także „powinna zapłacić”, zastrzegł jednak, że nie można porównywać Niemiec i Rosji.

– W Berlinie istnieje demokratycznie wybrany rząd, tam obowiązuje prawo i moralność. Nie można tego powiedzieć o Rosji. – ocenił. – Nie sądzę, by nasze pokolenie doczekało tego, że Rosja uzna swoją odpowiedzialność. Jedno jest pewne: nasze żądania nie stracą ważności – podkreślił.

Odnosząc się do niedawnych wypowiedzi Władimira Putina, w których obarczył on Polskę współodpowiedzialnością za wybuch II wojny światowej, Kaczyński powiedział, że prezydent Rosji „chce odwrócić uwagę” i „próbuje ukryć uwikłania własnego kraju w wybuch wojny i jej następstwa”.

– Świat zna prawdę. To stalinowski Związek Sowiecki napadł 17 września 1939 roku na Polskę. To sowieccy żołnierze i kaci z NKWD wymordowali w 1940 roku w Katyniu i innych miejscach setki tysięcy polskich oficerów. Polacy jako ofiary, a Rosjanie jako sprawcy – ta rola nie odpowiada Putinowi. Dlatego chce napisać historię na nowo. – wyjaśnił.

Steinmeier utrudnił Putinowi rozpowszechnianie kłamstw

Kaczyński pozytywnie ocenił wystąpienie prezydenta Niemiec Franka Waltera Steinmeiera w Jerozolimie.

– Cieszę się, że prezydent Steinmeier i kanclerz Merkel tak jasno uznali winę i odpowiedzialność Niemiec za wojnę i wymordowanie milionów ofiar. Utrudnili tym samym Rosji i jej prezydentowi rozpowszechnianie kłamstw i przedstawianie Polski w niekorzystnym świetle.

– Fakty mówią same za siebie: w II wojnie światowej zginęło sześć milionów polskich obywateli. W tym trzy miliony polskich Żydów, którzy przed wojną byli polskimi obywatelami – podkreślił.

To sądy łamią prawo

Kaczyński określił mianem „wielkiego nieporozumienia” krytyczne opinie wobec polskiej reformy sądownictwa.

– Jeżeli w Polsce łamane jest prawo, to robią to przede wszystkim same sądy, na co istnieją liczne przykłady. Istotne jest to, że obecny rząd chce zmienić ten stan rzeczy w interesie społeczeństwa, w interesie praworządności i sprawiedliwości – wyjaśnił.

Jego zdaniem sądy chronią przedstawicieli uprzywilejowanych grup, także w skandalicznych przypadkach.

Czy Bruksela zajmie się przemocą wobec niskich mężczyzn?

Prezes PiS zapewnił, że w Polsce nigdy nie prześladowano homoseksualistów. Zaznaczył, że w Polsce homoseksualizm nigdy nie był zabroniony czy karany, z wyjątkiem czasów, gdy Polska była pod zaborami. Przypomniał, że po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku z polskiego kodeksu karnego usunięto przepisy dyskryminujące homoseksualistów. Co, jak powiedział, było w Europie wydarzeniem bez precedensu.

– Dlatego w Polsce nie ma takiej historii, takiej tradycji (prześladowania) i nie ma przemocy wobec homoseksualistów – zapewnił.

Odnosząc się do krytyki Unii Europejskiej wobec sytuacji gejów i lesbijek w Polsce, prezes PiS powiedział:

– Przemoc może zdarzyć się wszędzie i zawsze jest zła, wszystko jedno, gdzie ma miejsce i przeciwko komu jest stosowana. Mógłbym zadać inne pytanie: czy UE zajmuje się także przemocą wobec niskich mężczyzn? Mógłbym coś na ten temat powiedzieć.

Kaczyński odpowiedział wymijająco na pytanie, czy katastrofa w Smoleńsku, w której zginął jego brat Lech była zamachem, za którym stał Putin.

– Ogromnym problemem jest to, że Rosja do dziś nie przekazała nam wraku samolotu, który nie mógł zostać właściwie przebadany. Toczą się dwa postępowania, które badają wszystkie, wchodzące w rachubę przyczyny. Mógłbym porozmawiać z prezydentem Putinem o śmierci mojego brata. Wpierw jednak musiałby przekazać nam wrak – powiedział Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla „Bilda”.

 

REDAKCJA POLECA

 


„Kobieta powinna mieć jakąś skazę, jakaś niedoskonałość, wtedy zaczyna być interesującą”

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Czym jest powszechnie panujące przyzwolenie na bekę z grubasa. Na darcie łacha z tłuściocha. Czy naprawdę chodzi o to, żebyśmy byli tacy sami? Mieli identyczne, proste i białe zęby, identyczne usta, policzki robione ręką tego samego chirurga i identyczne pośladki z implantami? Czy nie możemy się różnić i widzieć w naszych defektach i niedoskonałościach czegoś, co jest w nas interesujące?

 

Tak się złożyło, że pomiędzy jedną książką, a drugą przeglądam kanały telewizyjne, a tam trafiam na pogadankę o sylwetce i jakie to ważne, żeby o nią zadbać. Co jeść, żeby być szczupłym i być „fit”.

Przemawia do mnie z ekranu młoda kobieta, która jeszcze sto lat temu wzbudziłaby niepokój współczesnych co do swojego (jej) stanu zdrowia. Mogłaby zostać uznana za zasuszoną i chorą. Byłaby po prostu „za chuda”. Taki był kanon. Dzisiaj jest powszechnie uznawana za ideał.

Jest taka scena u Tołstoja. Już nie pamiętam, w której z jego powieści: otóż siostra głównego bohatera martwi się, że kiedy po długim okresie niewidzenia, jej brat ujrzy ją podczas swojej wizyty w ich majątku, będzie zaniepokojony, ponieważ jest za chuda. „Za chuda” (sic!). Czy naszej pani z telewizji, czy dziewczętom seryjnie produkującym foty swoich sylwetek na Instagramie może mieścić się w głowie, że można być „za chudym”?

Mam córkę i mocno martwi mnie panująca opresja związana z wagą i „szczupłą sylwetką”. Gigantyczna presja, którą już jako dziewczynki, nasiąkają współczesne kobiety – teoretycznie wyemancypowane, walczące z seksizmem i przemocą seksualną wobec nich. To ważne, że toczy się ta walka. Uważam, że toczy się w słusznej sprawie.

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na to, że jednocześnie te same kobiety, w przeważającej większości podejmują dramatyczne próby wbicia się we współczesny kanon „smukłej sylwetki”, co obecnie oznacza, że dorosła, dojrzała kobieta, zmuszona jest wciskać się w te anorektyczne rozmiarówki z wystaw w sieciówkach.

Anoreksja to poważna choroba. Wiem to, między innymi, dlatego że obserwowałem z bliska walkę kogoś dla mnie ważnego, właśnie z anoreksją. Otyłość też stanowi problem we współczesnym świecie i też wiem o niej cokolwiek, ponieważ mierzyłem się z tym problemem osobiście. Ale czy nie jest trochę tak, że przez dominujący powszechnie nacisk na „bycie szczupłym (szczupłą)”, przez tę powszechnie forsowaną koncepcję „płaskiego brzucha”, „jędrnych ud” i „zrobionych pośladków” nie dzieje się krzywda tym, którzy zmuszeni są funkcjonować w takiej rzeczywistości ze swoimi, dalekimi temu kanonowi, ciałami – czyli dla ogólnie pojętej, ale jednak większości?

Powszechnie staramy się walczyć z rasizmem, staramy się we współczesnych społeczeństwach nie obrażać nikogo z powodu koloru skóry, wyznania, orientacji seksualnej. Przynajmniej cywilizowane demokrację kierują się podobnymi wartościami. Tymczasem wciąż istnieje społeczne przyzwolenie na obrażanie ludzi z powodu ich wagi. Czym bowiem są zdania wypowiadane przez te wszystkie kobiety w rozmiarze XS typu:

„Jeżeli zaniedbałaś się, a twoja waga…” i tak dalej.

„Co z tobą jest nie tak? Brakuje ci silnej woli. Bez tego nie zrzucisz nawet kilograma”.

Czym jest powszechnie panujące od dziesięcioleci przyzwolenie na bekę z „grubasa”. Na darcie łacha z „tłuściocha”. To jest moja podstawówka, podstawówka tych, którzy kończyli ją po mnie, to jest wciąż podstawówka mojego syna.

Moja trzyletnia córka przychodzi do mnie na skargę, mówiąc, że Jasio powiedział, że jest gruba. Co oznacza, że nawet czteroletni Jasio widzi w nadwadze coś naznaczającego, coś, co według Jasia, ale być może a może przede wszystkim, również dla jego rodziców i wielu innych osób, stanowi defekt, niewybaczalną przywarę, która może stanowić przedmiot drwin i służyć zawstydzaniu, upokarzaniu, lekceważeniu.

Czy naprawdę chodzi o to, żebyśmy byli tacy sami? Mieli identyczne, proste i białe zęby jak z matrycy, identyczne usta, identyczne policzki robione ręką tego samego chirurga i identyczne pośladki z implantami poleconymi przez godne zaufania celebrytki?

Czy nie możemy się różnić i widzieć w naszych defektach i niedoskonałościach w gruncie rzeczy czegoś, co jest w nas interesujące?

Problem dotyczy głównie kobiet. Mężczyźni częściej raczą wierzyć, że ich ciała bliskie są wymiarom rzeźb antycznych bogów. W każdym mężczyźnie drzemie przeczucie, że nosi w sobie Adonisa, Apolla.

Nie próbuję powiedzieć, że dbanie o siebie to jest coś złego. Próbuję zwrócić uwagę na fakt, że istnieje przyzwolenie na obrażanie innych z powodu ich wagi.

Nieżyjący od dawna artysta malarz Franciszek Starowieyski powiedział kiedyś, że kobieta powinna mieć jakąś skazę, jakaś niedoskonałość, wtedy zaczyna być dla jego interesującą.

Zarówno wtedy, jak i teraz w zupełności zgadzam się ze Starowieyskim. A to nie był pierwszy z brzegu, taki sobie, facet i wiedział, o czym mówi. Przynajmniej tak mi się wydaje.

Marcin Zegadło

 

 


Adam Mazguła: Złamali rękę Ani. Teraz przedstawiciele reżimu Ziobry domagają się 2 lata więzienia dla ofiary

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Doszło do żenującego wystąpienia przedstawicielki reżimu Ziobry, która domagała się dwóch lat więzienia w zawieszeniu oraz zakazu udziału w demonstracjach dla Ani, mimo że są świadkowie, zdjęcie i film z nagranym momentem napadu policjanta na drobną ofiarę

 

Paranoja przestępcy generalnego Z. Ziobro przechodzi ludzkie pojęcie.

W czwartek w Sądzie Rejonowym w Katowicach odbyły się wystąpienia końcowe w procesie przeciwko Ani Domańskiej o rzekome pomówienie funkcjonariusza policji w związku z incydentem podczas demonstracji środowisk faszystowskich w maju 2018 r. (podczas wynoszenia z blokady Ani złamano rękę).

 

Doszło do żenującego wystąpienia przedstawicielki reżimu Ziobry, która domagała się dwóch lat więzienia w zawieszeniu oraz zakazu udziału w demonstracjach dla Ani, mimo że są świadkowie, zdjęcie i film z nagranym momentem napadu policjanta na drobną ofiarę.

W odwecie mecenas Konrad Pogoda, dokonał wspaniałej oceny faktów i sytuacji prawnej tego zdarzenia. I wreszcie Ania, która w płomiennym, wzruszającym wystąpieniu o prawie obywatela do przeciwstawiania się PiS-owskiemu zamachowi stanu i bezkarności neofaszystów, oceniła swoje patriotyczne zaangażowanie. To była jej lekcja niezłomności i odwagi cywilnej dla nas wszystkich. Gdzie była niezależna prasa? Jak zwykle, pewnie czekają na przekazy Kurskiego, aby je skomentować w podobnym tonie? Żenada!

Sprawa dotyczy marszu faszystów z 6 maja zeszłego roku.

Na ławie oskarżonych nie usiedli faszyści, za nawoływanie do nienawiści i śmierci. Za bijatykę z policją i ubliżanie funkcjonariuszom. Usiadła tam Anna Domańska, której policja złamała rękę, mimo że protestowała pokojowo, a podczas interwencji policji grzecznie wykonywała ich polecenia.

Stało się tak, ponieważ nikt z jego kolegów i przełożonych, a tylko poszkodowana przed sądem nie rozpoznał policjanta w mundurze, hełmie i pełnym uzbrojeniu, jako tego, który tę rękę złamał i sąd umorzył sprawę. Jednak w odwecie, policja wytoczyła Annie proces karny o fałszywe oskarżenie.

Anna ma krótszą, bolącą i skrzywioną rękę, złamaną przez policję, która dla zakrycia swojej agresji w stosunku do pokojowo protestujących obywateli, oskarża swoją ofiarę.

PiS-policja dokonuje bezczelnego i podłego czynu, który jest jaskrawym dowodem na PiS-reżim.

Podczas ostatnich rozpraw w Katowicach okazało się, że proces ma znaczenie polityczne dla najwyższych władz PiS, oskarżenie płynie od prokuratury Zbigniewa Ziobry.

W sądzie zjawił się pewny swego, bez togi i po cywilnemu wojskowy prokurator w stopniu pułkownika, aby ostatecznie zniszczyć drobną i schorowaną Anię. Na szczęście przybyła też przedstawicielka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i operator TVN, któremu jednak zabroniono filmowania. Tym razem pani prokurator zjawiła się w sądzie dopiero po interwencji sądu.

Wyrok zostanie ogłoszony 7 lutego. Tymczasem 19 lutego odbędzie się sprawa pozostałych osób, których policja oskarżyła o blokowanie marszu faszystów przez Katowice.

W związku z tą sytuacją ponownie publikuję tekst, który po wydarzeniach w Katowicach 6 maja 2018 roku opublikowałam, a który opowiada, o tym zdarzeniu.

Złam jej rękę

Podczas protestu 6 maja w Katowicach ujawniła się nowa strategia dalszej eskalacji agresji brunatnej policji wobec protestujących antyfaszystów.
Narastało napięcie, pod pomnikiem Wojciecha Korfantego gromadzili się naziści. Po przeciwnej stronie na schodach — demokraci.

 

 

Podczas protestu 6 maja w Katowicach ujawniła się nowa strategia dalszej eskalacji agresji brunatnej policji wobec protestujących antyfaszystów.

Podczas protestu 6 maja w Katowicach ujawniła się nowa strategia dalszej eskalacji agresji brunatnej policji wobec protestujących antyfaszystów.

Narastało napięcie, pod pomnikiem Wojciecha Korfantego gromadzili się naziści. Po przeciwnej stronie na schodach – demokraci.

Policjanci oddzielili nas samochodami pełnymi uzbrojonych funkcjonariuszy.

Podszedłem do dowodzącego siłami policji i przedstawiłem się. Nie był zaskoczony, wiec zapytałem.

– Będziemy ich blokować, co zrobicie?

– To chyba jasne, oni są tu legalnie – usłyszałem w odpowiedzi – A wy lepiej bądźcie grzeczni.

– Ale oni promują faszyzm, to nie jest dla was, policjantów, ważne? – zapytałem.

– Póki co, ONR i Młodzież Wszechpolska są organizacjami legalnie działającymi, zgoda, panie pułkowniku? – zapytał.

– Ale ich hasła i zachowanie nie obligują Was do zatrzymania tego marszu? – uparcie pytałem.

– Nic nie widzę zdrożnego – usłyszałem w odpowiedzi.

W tym czasie ruszył marsz, a nasi zablokowali drogę. Pobiegłem szybko, aby dołączyć do siedzących na ulicy.

Marsz faszystów poprzedzali uzbrojeni, z tarczami i w hełmach szturmowych policjanci uformowani w klin. Policja nas otoczyła.

Jak zwykle – zaczęło się wynoszenie blokujących. To nie pierwszyzna, wynosili nas i w Warszawie, ale to, jak robili tym razem w Katowicach brunatni oprawcy, budziło grozę.

Nie wiedziałem, dlaczego wynoszeni ludzie krzyczą, dziewczyny piszczą, ktoś wrzeszczał „to nie worki ZOMOWCU”.

Wyszarpnęli i mnie wynieśli do tyłu i nie zdążyłem wstać jak dopadło mnie trzech ubranych jak naziści, z tatuażami na odkrytych częściach ciała, i zaczęli wykręcać mi ręce. Zacząłem się buntować i odrzuciłem ich od siebie. Wtedy usłyszałem, że to policjanci, a ja stawiam opór i wtedy jeden wyciągnął dokument.

Postanowiłem być spokojnym, ale za moją biernością poszła agresja. Wykręcili mi ręce i popychali brutalnie w boczną ulicę. Zachowywali się tak, że przez myśl przeszło mi, że będą mnie bić. Krzyknąłem do przebiegającego mężczyzny z aparatem fotograficznym:

Filmuj pan, nie widzisz, co się dzieje?

Gość zaczął filmować i oprawcy stali się łagodniejsi. Posadzili mnie na murku.

– Dowód – rzucił jeden.

Spisywali, sprawdzali jakimś urządzeniem i trwało to długo. Z boku koleżanka stała i wyła z bólu.

– Co się stało? – zapytałem.

Złamali mi rękę! – brzmiała odpowiedź.

– Spokój! – rzucił przebrany za kibola policjant – Nie gadać!

– Człowieku, trzeba jej pomóc – mówiłem.

– Siedzieć, nie gadać! – ripostował.

– Chłopie, jesteśmy pół metra od siebie, chociaż pozwól zrobić jej temblak na rękę – upierałem się. Chciałem wstać i chwyciłem jej szal, zomowiec pchnął mnie na murek i zakomenderował

– Siedzieć! Spokój!

Postanowiłem poczekać, co będzie dalej. Koleżance przyszedł z pomocą inny przechodzień.

– Czy jestem aresztowany? – zapytałem.

– Jeszcze nie! Zaraz! Cisza! – usłyszałem w odpowiedzi.

Kiedy mnie zwolnili podszedłem do Anny Domańskiej, związałem jej szal, aby mogła zawiesić bolącą rękę. Obfotografowałem jej ramię i poczekałem z nią i jej koleżanką na pogotowie. Wróciłem na kolejną blokadę.

Mimo agresji policji ludzie nie odpuszczali i montowali kolejne blokady. Faszyści wspierani przez brunatna policję zaczęli ujawniać zniecierpliwienie. Wznosili faszystowskie okrzyki i wyzywali policję za nieskuteczne opresje w stosunku do nas.

Podszedłem do głównodowodzącego i zapytałem:

– Co teraz, przecież to może wymknąć się spod kontroli, rozwiążcie to zgromadzenie – domagałem się. Usłyszeli to przywódcy ONR i podeszli.

– Panie! – zwrócili się do mnie – Zamiast siedzieć w fotelu, po co tu przyszedłeś?

– W 39 też niektórzy siedzieli, gdy faszyści plądrowali kraj i zabijali Polaków – odpowiedziałem. Te słowa rozwścieczyły ich i głównodowodzący poprosił, abym odszedł, bo nie pomagam w tonowaniu agresji. Wróciłem na blokadę, policjanci zaczęli wynosić nas ponownie. W trakcie tej czynności podszedł jakiś urzędnik i zapytał mojego sąsiada z blokady:

– Jeśli rozwiążemy zgromadzenie, odpuścicie?

– Tak oczywiście, schodzimy z drogi – odpowiedział.

Po chwili usłyszeliśmy komunikat o rozwiązaniu marszu i nasze ręce poszły w górę w geście zwycięstwa. Wstaliśmy i zeszliśmy z drogi, a szyk policjantów odwrócił się do ubliżających im nazistów. Po kilku minutach policjanci zepchnęli ich na pobocze i pertraktowali rozejście się.

W euforii zwycięstwa słychać było jednak jęki coraz to nowych osób. Okazało się, że interweniująca policja była niezwykle agresywna, chcieli nas okaleczać. Wyłamywali ręce, popychali, rzucali na asfalt, albo wręcz na krawężniki. Chłopak w ubraniu motocyklisty pokazywał mi sine plecy od policyjnej pałki.

Zrobili nam wiele krzywd tylko za to, że zrobiliśmy pracę za nich, za władze PiS-owskiej dyktatury.

W imię pamięci za doznane krzywdy narodowi polskiemu faszystom powiedzieliśmy – NIE!

Zobaczcie na załączone zdjęcia, jak fachowo wyłamywali ręce oprawcy faszystowskich władz PiS-u.

 

Gdy policja zaczęła nas atakować, zaczęliśmy skandować hasło – „faszyści – policja, jedna koalicja” i z takim przekazem wróciłem do domu.

Nie mam wątpliwości, że była to inna blokada i na pewno polałaby się krew, gdyby nie nasza uległość w momencie stosowania agresji i okaleczania protestujących przez policjantów.

Grzecznych bije się łatwo!

Jak z tego wynika, szef PiS-owskich oprawców Joachim Brudziński wyraźnie postanowił dać nam nauczkę. Niby interweniowali jak zawsze, ale widoczne podniecenie, świecące oczy, zamulony wzrok, opresyjność i niewspółmierna do zagrożeń po prostu przemoc zdradzały intencje władz.

Widziałem nad nimi unoszącego się ducha ZOMO i chęć politycznego odwetu, zamordystyczne oblicze. Pewnie to samo, które kazało zamordować na komisariacie Igora Stachowiaka, aresztować Obywateli RP za to, że są, albo represjonować ludzi noszących białe róże.

To ta sama strategia postępowania partii rządzącej – bezprawiem zniszczyć prawo.

Nie jesteśmy agresywni, protestujemy pokojowo, to policja pokazuje, jak można potraktować ludzi nieagresywnych. Tak jak traktuje się byłych funkcjonariuszy odbierając im godność i wielu z nich doprowadzając do śmierci.

W końcu bezprawni policjanci tej władzy niczym nie ryzykują, jak wskazuje dotychczasowa praktyka, nawet za morderstwo na komisariacie nikomu włos z głowy nie spadnie, a może nawet czeka awans.

To, co zaprezentowała policja w Katowicach, na pewno nie było pilnowaniem porządku publicznego i dbaniem o bezpieczeństwo obywateli.

To nie była polska policja owładnięta duchem konstytucji z orzełkiem na czapkach. To była interwencja policji politycznej – faszyzującej opresyjnej dyktatury PiS-u w stosunku do biernie protestujących wrogów partii, a więc najbardziej groźnych przeciwników władzy PiS-u. Dla Kaczyńskiego, Ziobry, Brudzińskiego nie są groźni mordercy, faszyści, kibole, gwałciciele, pedofile, a ludzie mądrzy, bez agresji i z biała różą w dłoni.

Do czasu, panowie, do czasu.

Tymczasem powinniśmy pomóc ludziom, którzy odważnie stanęli naprzeciwko maszerującego faszyzmu i mają teraz kłopoty z leczeniem połamanych nadgarstków i rąk. Dostęp do pomocy medycznej jest tu podstawowy. Nas bez kolejki nie przyjmują, a żaden generał nie przyniesie nam kul ani temblaków.

Potrzebna jest pomoc prawna, nie tylko w planowanych przez władze represjach w stosunku do spisanych protestujących, ale i w oskarżaniu policji o niczym niepowodowaną agresję i uszkodzenia ciała.

Tymczasem mamy PiS-owskie ZOMO. Tak samo usłużne, głupie i zdolne wykonać każdy polityczny rozkaz jak w czasach słusznie minionych. Wszystko, by zastraszyć protestujących.

Marsz ONR i Młodzieży Wszechpolskiej, Katowice, 6 maja, Fot. Grzegorz Krzysztofik

Adam Mazguła

Książka „Adam Mazguła – Żołnierz gorszego sortu” dostępna w księgarniach na terenie całej Polski i w systemie sprzedaży internetowej.

 

Dystrybutorem książki jest Ateneum

Książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>>


Radek Wiśniewski: O matce Polsce wyśnionej nieudanej

Radek Wiśniewski

Radek Wiśniewski

Widzę zgromadzenie 59 sędziów Sądu Najwyższego RP wydającego wyrok w sprawie nowej Krajowej Rady Sądownictwa. I już wiem co usłyszę, przeczytam niebawem. Na przykład to, że to jest prywatne spotkanie kilku osób.

Wszyscy śmierdzimy tym gnojem i to zasłużenie. Jedni go pompują, bo się czują w nim świetnie, bo to ich naturalne środowisko, ale inni nie potrafią go usunąć. Mówią - eee tam po kostki tego gnoju, da się żyć. Gnój nie krew, obeschnie i się zmyje.

 

Miałem napisać co innego o czym innym. Ale dzisiaj rano, czuję się dokładnie tak, jak mówi o tym tekst piosenki Tymona. Nigdy nie sądziłem, że ten tekst będzie brzmiał tak wyraziście, mocno i smutno. Oto wczoraj patrzę i oczom nie wierzę po powrocie ze spotkania Stowarzyszenia, które jest jak wiadomo co czwartek, nawet jak nie ma nic do podpisania i zrobienia. Najczęściej jest, ale ja nie o tym.

Patrze, oto w telewizor wcinając lekkie tosty z ostrą papryczkę, jakie czurjąca dziewczyna moja, żona mi zrobiła, żebym posilił się, zanim pójdę usypiać chłopaka, a potem pójdę ślęczeć nad zakończeniem książki, która musi pójść w ręce redaktora za jakieś 10 dni.

Jem te tosty i widzę zgromadzenie 59 sędziów Sądu Najwyższego RP wydającego wyrok w sprawie nowej Krajowej Rady Sądownictwa. I już wiem co usłyszę, przeczytam niebawem. Na przykład to, że to jest prywatne spotkanie kilku osób, powie rzeczniczka pewnej partii, która mimo że wysypała co się dało ze skarbu państwa, komu się dało nie umie przekroczyć progu większości konstytucyjnej, dlatego jedzie na rympał. Ta pani. I ta partia. Albo magister prawa, którego zakulisowe czapkowania pchnęły na stanowisko ministranta sprawiedliwości powie, że to nie jest wyrok, tylko opinia i jest w oczywisty sposób niezgodna z kontrybucją i ogólna hakuna matata harakirikarimata.

A czytał Pan uzasadnienie – zapyta dziennikarzyna może a ten ów ministrant Zbyszek, z policzkami jak jabłuszka odpowie:

– Nie muszę, bo to w sposób oczywisty jest sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, żeby piloci uczyli pilotów latania i oceniali jak inni piloci latają. Wszyscy państwo wiecie, że najlepiej umiejętności pilota samolotu oceniają pasażerowie, którzy czują wstrząsy przy lądowaniu lub ich nie czują i biją brawo albo nie biją. No i z tym tak samo. – zakończy, spowijając swoja twarz dziewczęcym rumieńcem.

Pomyliłem się? Pytam, bo już nie czytam, nie oglądam – tylko dokonuję tak zwanej predykcji. To jak? Pomyliłem się bardzo? Ten drugi z policzkami jak jabłuszka już podpisał? Nie? Spokojnie zaraz podpisze i będzie pokrzykiwał coś o wyższości pieczarek nad innymi grzybami.

I proszę mi wierzyć, że potem wracam koło pierwszej do miejsca mojego nocnego spoczynku, zrąbany jak koń z kopalni, zły, że napisałem tylko trzy nowe strony, że grzęznę w przypisach i zasypiam do razu. I śni mi się polityka partii rządzącej, jakiś niski taki, grubawy, z rysami idącymi od kącików w dół twarzy, bo nie umie się uśmiechać. Ostatnio zrobił to kilka lat temu, ale potem twarz go bolała i powiedział, że więcej już nie będzie. I we śnie krzyczę mu w twarz, bo coś mruczy o narodzie:

– Chłopie nawet na rympał nie potraficie nic zrobić. Potraficie tylko drzeć władzę dla siebie i nic poza tym. Mafie tu ustanawiacie. Koleś wynajmujący kamienicę pod burdel i alfonsów jest szefem izby kontroli? Doprawdy?

Ale ten facet wykonuje gest i dwóch policjantów, tych samych co wiele lat temu, we wrocławskim empiku zakłada mi kajdanki i już wiem, że tym razem z nimi nie wygram przed sądem, bo nie ma już żadnego sądu i oni też to wiedzą, bo się nie pierdolą w biegu. Wykręcają mi ręce do tyłu, jeden daje w dziób z kolana, bo jak ci wykręcają ręce to odruchowo się pochylasz do przodu. Krew mi leci z ust i wtedy ten drugi, mniej rozgarnięty dodaje tonfą pod żebro.

Budzę się i słyszę szum. To motopompa. Pompuje gnojówkę na nasze podwórko, od którego sąsiedzi coraz wyraźniej chcą się odgrodzić. Bo śmierdzi. Zwyczajnie śmierdzi. Wszyscy śmierdzimy tym gnojem i to zasłużenie. Jedni go pompują, bo się czują w nim świetnie, bo to ich naturalne środowisko, ale inni nie potrafią go usunąć. Mówią – eee tam po kostki tego gnoju, da się żyć. Gnój nie krew, obeschnie i się zmyje.

A ja nie jestem pewien.

Staram się nie zapomnieć o ideałach sierpnia.

 

Radek Wiśniewski