Królowa przypieczętowała brexit. 31 stycznia Brytyjczycy pożegnają się z UE

Jakub Krupa
Podpisując przyjęty przez obie izby parlamentu projekt ustawy o wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, brytyjska królowa Elżbieta II przypieczętowała brexit. 31 stycznia Brytyjczycy pożegnają się z UE.

Akt monarchini miał charakter wyłącznie symboliczny po tym, jak Izba Lordów wycofała się wcześniej z planów wprowadzenia szeregu poprawek dotyczących m.in. zabezpieczenia przyszłych praw obywateli UE.
Formalne przyjęcie ustawy w tej sprawie to kolejny krok w stronę zakończenia ponad trzyipółletniego kryzysu politycznego wywołanego referendum z 2016 roku, w którym Brytyjczycy zagłosowali za opuszczeniem UE.
Wcześniej posłowie aż trzykrotnie odrzucali proponowaną treść porozumienia ze Wspólnotą, a wyborcy dwukrotnie – ostatnio w grudniu ub.r. – musieli iść do urn w celu oddania głosu w przedterminowych wyborów parlamentarnych.
Reagując w czwartek na decyzję parlamentu, premier Boris Johnson określił ten moment „przekroczeniem brexitowej linii mety”. Jednocześnie wezwał do odsunięcia „animozji i podziałów” towarzyszących w ostatnich latach temu procesowi.
Jedyną pozostałą formalnością na drodze Wielkiej Brytanii do wyjścia ze Wspólnoty jest przyjęcie umowy przez Parlament Europejski. W czwartek wpływowa komisja PE ds. konstytucyjnych (AFCO) jednoznacznie zarekomendowała przyjęcie proponowanego tekstu stosunkiem głosów 23 za do ledwie trzech przeciw.
Today I signed the UK Withdrawal Agreement for the EU together with @vonderleyen
— Charles Michel (@eucopresident) January 24, 2020
Things will inevitably change but our friendship will remain. We start a new chapter as partners and allies.
Hâte d’écrire ensemble cette nouvelle page. pic.twitter.com/a7zmGeBwZS
Ostateczne głosowanie w tej sprawie jest zaplanowane na przyszłą środę, zaledwie dwa dni przed spodziewaną datą brexitu.
Już wcześniej Downing Street zapowiedziało, że na 31 stycznia zaplanowane jest okolicznościowe posiedzenie rządu. Na fasadzie kancelarii premiera wyświetlone zostanie odliczanie do jedenastej wieczorem czasu lokalnego, kiedy Wielka Brytania opuści UE.
„Jak najpełniejsze wykorzystanie wolności”
Johnson planuje także wygłoszenie specjalnego orędzia do narodu, w którym – jak wynika z nieoficjalnych informacji dziennika „Daily Mail” – zaapeluje o „jak najpełniejsze wykorzystanie wszystkich nowo uzyskanych wolności” po wyjściu ze Wspólnoty.
Choć Wielka Brytania formalnie przestanie być członkiem Unii Europejskiej z końcem stycznia br., to większość zmian będzie niezauważalna co najmniej do końca bieżącego roku, kiedy upłynie tzw. okres przejściowy.
Brytyjczycy stracą jednak od razu status członka UE i reprezentację polityczną w unijnych instytucjach, w tym Radzie Europejskiej i Parlamencie Europejskim, przed których siedzibami jeszcze tej samej nocy symbolicznie ściągnięte zostaną brytyjskie flagi.
W trakcie kolejnych jedenastu miesięcy Londyn i Bruksela planują wynegocjować nowe porozumienie handlowe, które pozwoliłoby na uregulowanie przyszłych relacji i uniknięcie poważnych zakłóceń dla handlu.
W przeszłości przygotowanie podobnych umów – np. z Kanadą – zajmowało jednak co najmniej kilka lat. Eksperci ostrzegają, że z racji bezprecedensowej presji czasowej jest wysoce prawdopodobne, że obie strony zdecydują się na jedynie ograniczoną w zakresie umowę, z czasem rozbudowując ją o dalsze obszary, które mogłyby wzbudzić istotne podziały i różnice interesów.
Według informacji Deutsche Welle, nowy mandat negocjacyjny UE zostanie opublikowany pod koniec lutego br. i w ten sposób nada ton przyszłym rozmowom.
Statusu osoby osiedlonej
Z perspektywy ponad 3,6 miliona obywateli UE mieszkających w Wielkiej Brytanii, w tym 900 tys. Polaków, szczególnie istotny będzie także proces uzyskania statusu osoby osiedlonej, który gwarantuje zachowanie obecnych praw po wyjściu kraju ze Wspólnoty.
Organizacje charytatywne alarmowały w ostatnich miesiącach, że Polacy zwlekają z rejestracją w nowym systemie, zajmując dopiero odległe 21. miejsce na 27 sklasyfikowanych narodów UE (ledwie 56 proc.).
Termin na składanie wniosków i uzyskanie nowego statusu imigracyjnego upłynie – w razie zaakceptowania umowy przez Parlament Europejski – dopiero z końcem czerwca 2021 roku, ale eksperci przestrzegają przed zwlekaniem do ostatniej chwili.
REDAKCJA POLECA
Czy fruktoza jest naprawdę dobra dla naszego zdrowia?
Fruktoza podbija serca i podniebienia nieświadomych konsumentów. Kusi słodkim smakiem (jest dwa razy słodsza niż cukier) i wpędza w pułapkę myślenia, że skoro używamy jej mniej niż zwykłego cukru to nie musimy się obawiać o zdrowie. Czy tak rzeczywiście jest? Czy substancja jest dla nas dobra i bezpieczna?

Cała prawda o fruktozie
Fruktoza to innymi słowy cukier prosty, który występuje w postaci sacharozy (białego cukru) oraz syropu kukurydzianego. Substancja jest dodawana do większości powszechnie dostępnych produktów spożywczych – począwszy od cukierków, czekolad i napojów gazowanych, a skończywszy na chlebie i wędlinie. W małych ilościach nie jest zbytnio szkodliwa, jednak jej regularne spożywanie prowadzi do wielu różnorodnych schorzeń i problemów zdrowotnych.
Fruktoza a rak – czy istnieje jakieś powiązanie?
Naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles, wykazali, że komórki raka z łatwością wykorzystują fruktozę do swoich podziałów i wzrostów. Fruktoza stanowi więc główne źródło energii dla nowotworów złośliwych. Jest to jeden z największych argumentów, przemawiającym za tym, by rozważyć detoks cukrowy.
Fruktoza sprzyja nadwadze
W porównaniu do tradycyjnego cukru, kaloryczność fruktozy jest taka sama (100g = 400 kcal), lecz jej smak jest dwa razy słodszy. Jednak mimo to, przyczynia się do zwiększania masy ciała. Związane jest to z reakcjami, jakie zachodzą w organizmie tuż po spożyciu tego cukru. Fruktoza powoduje bowiem spadek stężenia leptyny (hormonu odpowiedzialnego za regulowanie apetytu) oraz zwiększenie poziomu greliny (hormonu głodu). Zatem, mimo tego, że nie tak dawno temu spożywaliśmy posiłek, jesteśmy głodni i mamy nieodpartą ochotę na sięgnięcie po dodatkową przekąskę, co z kolei przyczynia się do nadwyżki kalorycznej i tycia. Im więcej spożywamy fruktozy, tym większy apetyt. Dodatkowo regularne spożywanie fruktozy przyczynia się do bardzo niebezpiecznego zjawiska, jakim jest otłuszczanie narządów wewnętrznych.
Słabsza koncentracja i pamięć – skutek nieodpowiedniej diety
Innym schorzeniem za które w dużym stopniu odpowiedzialna jest fruktoza to słabsza pamięć i nawet…alzheimer! Wszystko dlatego, że ten niezdrowy cukier powoduje spadek wrażliwości tkanki nerwowej na insulinę, a to z kolei negatywnie odbija się na funkcjonowaniu mózgu.
Detoks cukrowy – recepta na zdrowie?
Ze względu na to, do jakich chorób przyczynia się spożywanie cukrów prostych, a w tym fruktozy, warto poważnie zastanowić się nad całkowitą rezygnacją z cukru i produktów mocno przetworzonych. Na początku może stanowić to bardzo duże wyzwanie, szczególnie dla osób, które nigdy wcześniej nie próbowały ograniczać ilości szkodliwych substancji w diecie. Jednak efekty, jakie są widoczne już po niecałym miesiącu od rozpoczęcia detoksu, są zniewalające – mamy więcej energii, lepiej się wysypiamy, poprawia się kondycja naszej skóry.
Podsumowanie
Stosowanie fruktozy nie jest dobrym pomysłem, bowiem myśląc, że postępujemy słusznie, możemy wyrządzić sobie duże szkody. Warto ich uniknąć, stawiając pierwszy krok w kierunku zmiany, tym bardziej, że w Internecie jest mnóstwo pomysłów na dietę bezcukrową. Wiele smacznych przepisów i cennych porad, dotyczących zmiany nawyków żywieniowych, znajdziemy na blogu Ketowariatka.
Zatem, do dzieła!
Chińscy naukowcy przeanalizowali DNA koronawirusa: mogą pochodzić od dwóch gatunków zwierzą

DW
Dwie prace badawcze prezentują teorie, jak nowy koronawirus w Chinach mógł przenieść się na ludzi.
China’s latest virus outbreak exposes perils of exotic wildlife trade https://t.co/UfHKgEtxbM pic.twitter.com/P1qQ3t8fml
— Reuters (@Reuters) January 23, 2020
Chińscy naukowcy przeanalizowali sekwencje DNA koronawirusa 2019-nCoV, który rozprzestrzenia się obecnie w Chinach i porównali go z innymi wirusami. Doszli do wniosku, że nosicielami tych wirusów mogą być nietoperze lub węże.
Żyjące na wolności węże są najbardziej prawdopodobnymi nosicielami wirusa – stwierdza się w jednej z prac badawczych opublikowanej na łamach „Journal of Medical Virology”. Teza ta musi zostać jednak zweryfikowana w trakcie dalszych badań – napisali autorzy.
Drugi zespół naukowców, składający się z pracowników różnych chińskich instytutów badawczych, szukał także podobieństwa nowego wirusa z innymi zarazkami. Doszli oni do wniosku, że występuje ścisła korelacja między wirusem rozprzestrzeniającym się w Wuhan i wirusem występującym u nietoperzy.
Wyniki swoich badań naukowcy opublikowali w fachowym czasopiśmie „Science China Life Sciences”. „Byłby to logiczny i oczywisty wniosek, że nietoperze są naturalnymi żywicielami wirusa z Wuhan. Nawet jeżeli prawdopodobne jest także, że występuje kilku żywicieli pośrednich w kaskadzie infekcji z nietoperzy na ludzi. Naukowcy nie piszą jednak, jakie inne zwierzęta wchodziłyby w grę jako żywiciele pośredni.
Current spread of Wuhan Coronavirus + 1 case in the US already
— Jack Posobiec🇺🇸 (@JackPosobiec) January 23, 2020
China has quarantined the entire city of Wuhan (11 million) where infections range into the thousands
China must be added to the travel ban immediately pic.twitter.com/fQWJbzXH5G
Wnioski naukowców mogłyby pomóc chińskim władzom w poszukiwaniu źródła nowego koronawirusa. Do tej pory za źródło przyjmuje się targ zwierząt w Wuhan, gdzie handluje się owocami morza oraz egzotycznymi dzikimi zwierzętami: lisami, krokodylami, wężami i pawiami.
Metropolia pod kwarantanną
JUST IN: Death toll from coronavirus outbreak in China at 25, state media reports pic.twitter.com/Ke4VCaD02b
— Reuters (@Reuters) January 24, 2020
Koronawirus 2019-nCoV wywołuje niekiedy nawet śmiertelne schorzenie dróg oddechowych. Według oficjalnych danych zaraziło się nim do tej pory ponad 600 osób, z których 25 zmarło.
Nieoficjalne źródła mówią o dużo wyższej liczbie infekcji. Większość przypadków zarejestrowano w Wuhan, ale także w innych chińskich miastach jak Pekinie. Przypadki koronowirusa potwierdzono take w Tajlandii, Japonii, Korei Południowej, Tajwanie, Wietnamie i Stanach Zjednoczonych.
Breaking News: CDC says the U.S now has it’s first reported case of an American with the new SARS-like coronavirus in Washington state.#WuhanPneumonia#coronovirus #Outbreak#WashingtonState pic.twitter.com/GgaNzUfXgv
— ~Marietta (@MariettaDaviz) January 21, 2020
W Chinach bardzo wiele dzikich zwierząt uważanych jest za przysmak. Koronawirus, który w latach 2002/2003 wywoływał niebezpieczne infekcję SARS, pochodził od łaskunów chińskich, drapieżnych ssaków z rodziny wiwerowatych. Ofiarą tego wirusa padły wtedy 774 osoby, większość w Chinach i w Hongkongu.
#BREAKING ⚠️
— @Dystopia – #HongKong is NOT China (@Dystopia992) January 23, 2020
— another suspected #ChinaPneumonia case in #HongKong
A traveler from #Wuhan went to see doctor in #Central, the most hustling CBD in Hong Kong. Patient’s wife & mother-in-law also have FEVER!#PrayForHongKong 😭😭#WuhanPneumonia #coronovirus #China #wuhanvirus pic.twitter.com/8GtiyJy8zd
Czy Europie grozi pandemia infekcji nowym koronawirusem?
Ze względu na szerzącą się obecnie infekcję chińskie władze zamknęły połączenia komunikacyjne z miastem Wuhan i sąsiednim miastem Huanggang,. Wstrzymano tamcały publiczny transport. W Pekinie odwołano uroczystości noworoczne, przypadające w najbliższy weekend.
REDAKCJA POLECA
Apel polskich dziennikarzy i sponsorowany tekst Andrzeja Dudy w niemieckim „Die Welt”

Wojciech Szymański
Polscy dziennikarze ostrzegają w „Die Welt” przed rosyjskim historycznym rewizjonizmem. Gazeta publikuje też sponsorowany tekst prezydenta Andrzeja Dudy.

„Nie zostawcie nas w potrzebie” – brzmi tytuł artykułu autorstwa Piotra Kozaneckiego i Bartosza Węglarczyka opublikowany w czwartek (23.01.2020) na drugiej stronie niemieckiego dziennika „Die Welt”. Dziennikarze, pracujący na co dzień w portalu onet.pl, apelują o przeciwstawienie się rosyjskim próbom napisania na nowo historii drugiej wojny światowej.
„Rosja prowadzi potężną kampanię dezinformacyjną przeciwko Polsce. Jej celem jest stworzenie obrazu Polski jako kraju współodpowiedzialnego za tragedię drugiej wojny światowej, a w konsekwencji rozbicie jedności Zachodu. Europa musi się temu przeciwstawić” – czytamy.
Fałszywa wersja historii
Węglarczyk i Kozanecki ostrzegają, że w świadomość Rosjan i Europejczyków wdziera się fałszywa wersja historii, w której nie ma miejsca na pakt Ribbentrop-Mołotow, na rosyjski napad na Polskę 17 września 1939 roku ani na zbrodnię w Katyniu. „W tej wersji historii Rosja jest potęgą, która zawsze stoi po stronie dobra” – piszą.
Autorzy podkreślają, że Europa musi stanąć w tym sporze po stronie prawdy. „Jeśli Europejczycy pozwolą napisać historię na nowo, będzie to oznaczać, że „Rok 1984” Orwella stanie się rzeczywistością. Jeśli Putin odniesie sukces, nie przestanie on atakować Polski. Jeśli to mu się uda, a Europejczycy nie będą solidarni z Polską, Wy będzie następni” – ostrzegają.
W tym samym wydaniu dziennika „Die Welt” pojawił się także całostronicowy artykuł sponsorowany autorstwa prezydenta Polski Andrzeja Dudy, przygotowany przez Instytut Nowych Mediów i Polską Fundację Narodową.
Prezydent RP pisze w nim, że prawda o Holokauście nie może umrzeć, nie może być wypaczana ani wykorzystywana do żadnych celów. „Przyszłość świata potrzebuje głębokiego zrozumienia tego, co zdarzyło się ponad 75 lat temu w sercu Europy i o czym świadkowie wciąż mówią” – czytamy.
Pakt Ribbentrop-Mołotow
„Nie możemy zapomnieć, że ostatnim i decydującym krokiem w stronę drugiej wojny światowej, był tajny pakt zawarty przez Hitlera i Stalina 23 września 1939 roku – gdyby nie doszło do wojny, nie byłoby nigdy tragedii Holokaustu” – pisze polski prezydent.
W dalszej części tekstu czytamy o polskich wysiłkach nagłośnienia na świecie dramatu rozpoczynającej się Zagłady i próbach niesienia pomocy Żydom przez Polskie Państwo Podziemne. „Znaczna część ocalałych z Holokaustu zawdzięcza życie tysiącom polskich Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”.
W tekście sygnowanym przez prezydenta czytamy też o przypadkach, w których Polacy z niskich pobudek wydawali Żydów Niemcom albo sami dopuszczali się przeciwko nim haniebnych czynów. „Wymiar sprawiedliwości Polskiego Państwa Podziemnego, w dramatycznych okolicznościach tamtych czasów, wydawał wobec takich osób wyroki śmierci i je wykonywał – czytamy w sponsorowanym artykule prezydenta Andrzeja Dudy zatytułowanym „Prawda, która nie może umrzeć”.
REDAKCJA POLECA
Radek Wiśniewski: W dniu którym Putin znowu będzie kłamał. „Pakt o nieagresji”

Radek Wiśniewski
Nikt lub prawie nikt na świecie nie wiedział o tajnym protokole paktu, który dzielił państwa i narody pomiędzy dwoma szatanami niczym połacie słoniny, mięsa, sztuki materiału na pół. Prasa zachodnia i kręgi dyplomatyczne zachodu wskazywały, że ogłoszona treść układu jest z pewnością niepełna i jego część została zatajona. Wiadomo było, że ideologicznie obu sygnatariuszy raczej wszystko dzieli niż łączy, że ten drugi, Stalin, będzie raczej wyczekiwał, niż rzucał się w wir wydarzeń. Będzie czekał i kiedy ryba na haku będzie już zmęczona, wykrwawiona szamotaniną i wtedy usłużnie podstawi podbierak.
To musiało brzmieć bardzo dziwnie już wtedy, nawet bez znajomości tajnych protokołów tego paktu. W pełnej napięcia atmosferze rokowań, misji, krzyżujących się depesz dyplomatycznych, dziwnych zdarzeń to nie mogło brzmieć dobrze. Od roku wyglądało na to, że świat, a w każdym razie część Europy, a za nią reszta świata – ślizga się po ostrzu brzytwy. Wojna to już wisiała na włosku, to ją odwoływano. Ostatnio jesienią zeszłego, 1938 roku kiedy ceną za pokój miały być niewielkie w gruncie rzeczy ustępstwa terytorialne Czechosłowacji na rzecz Niemiec. Ustępstwa do których Czechosłowację zmuszono na konferencji w Monachium w imię światowego pokoju.
O tym, że te niewielkie ustępstwa w praktyce pogrążają naszego południowego sąsiada całkowicie, wiedzieli nieliczni. Oddanie części górzystego pogranicza Niemcom pozbawiało to państwo możliwości obrony, bowiem na utraconym terenie pozostawała spora ilość wznoszonych ogromnym wysiłkiem przez wiele lat umocnień granicznych, nie bez kozery nazywanych czasem czeską linią Maginota.
W armii Czechosłowackiej było o krok od buntu, szczególnie ze strony młodszej kadry oficerskiej, która chciała się bić. Jednak ostatecznie bez wsparcia jakichkolwiek realnych sojuszy – nie zdecydowano się na samotne stawienie czoła Niemcom.
W Polsce za Czechosłowacją zapewne mało kto płakał. Pamiętano Czechom najazd na Śląsk Cieszyński dwadzieścia lat wcześniej, z brakiem ufności spoglądano na flirt kolejnych rządów znad Wełtawy i Morawy ze Związkiem Radzieckim.
Polska decyzja by upomnieć się w tym momencie o Zaolzie i wykonać zbrojny pokaz siły wydawała się zapewne sporej części społeczeństwa uzasadniona historycznie, politycznie i moralnie. Nie wiem, czy ktoś widział w tym krótkowzroczność. Byli tacy, którzy próbowali to posunięcie polskiego rządu, tłumaczyć próbą poprawy wyjściowego położenia Polski, przed spodziewaną wojną, ale to chyba nadmiar myślenia życzeniowego.
Poza tym przejmując Czechosłowację Niemcy zyskiwały per saldo dużo lepsze pozycje wyjściowe do najazdu na Polskę a nie gorsze. Oczywiście jesienią 1938 roku Czechosłowacja chociaż poniżona, jeszcze istniała a widok polskich czołgów kwieconych przez ludność cywilną Cieszyna nie wydawał się zwiastować niczego szczególnie złego. Wielu Polaków czuło zapewne nie tyle wstyd i strach, ile satysfakcję, że dziejowej sprawiedliwości stało się zadość. Pycha kroczy przed upadkiem, mówią.
Humor zapewne popsuł się wszystkim w marcu 1939 roku, kiedy zwasalizowana Czechosłowacja nie umiała się oprzeć naciskowi i zaszantażowana bombardowaniem bezbronnej Pragi, za którą nikt nie chciał ginąć – padła bez walki pod kolejnymi ciosami Wehrmachtu. W zasadzie nie tyle padła ile rozpadła się. W ręce niemieckie wpadło nie tylko terytorium państwa, ale co gorsza broń czechosłowackiej armii i jej zaplecze przemysłowe. A było to uzbrojenie pod wieloma względami stojące znacznie wyżej niż to, czym dysponowała armia polska. Chociaż oczywiście nie należy powtarzać zbyt bezrefleksyjnie tez o wyższości armii czechosłowackiej nad polską.
Owszem, na papierze wydawało się, że mniejsze państwo w bardziej niż Polska beznadziejnym położeniu geostrategicznym zdobyło się na wielki wysiłek koncepcyjny, intelektualny, produkcyjny, żeby zapewnić sobie militarne bezpieczeństwo. Ale bez przesady. W wybranych typach uzbrojenia wydawało się, że owszem – sprzęt był lepszy niż polski – na przykład czołgi Lt35 i Lt38, które Niemcy bez zbędnych ceregieli wcielili wszystkie do swoich dywizji lekkich skokowo zwiększając ich potencjał bojowy. Albo być może myśliwce Avia B534, które były nieco lepsze od polskich P11c, chociaż należały do wymierającej koncepcji samolotów dwupłatowych. Z kolei porównywanie lotnictwa bombowego nie wypadało na korzyść południowych sąsiadów – próżno by szukać w ich lotnictwie, fakt, bardziej licznym, odpowiedników polskich „Karasi” czy co nie daj boże – „Łosi”.
Co zazwyczaj pomija się milczeniem – armia czechosłowacka nie miała nawet cienia odpowiednika produkowanych w Polsce na licencji Boforsa automatycznych armat przeciwlotniczych 40 mm. Owszem, miała sporo dział średniego kalibru i trochę karabinów maszynowych dla piechoty, ale to wszystko. To trochę tak, jakby dom miał parter i dach a żadnych pięter pomiędzy. Nie było czym przykryć wojska w polu. Polska obrona pod tym względem była też dziurawa, to prawda, podobnie jak czechosłowacka, mało liczna, ale można zaryzykować stwierdzenie, że dysponowała lepszym, bardziej poręcznym sprzętem a Boforsy przeciwlotnicze w małej ilości, ale były w każdej polskiej jednostce. A do tego wszystkie polskie baterie przeciwlotnicze zostały w całości zmotoryzowane przed wojną. Że Czechosłowacja miała dywizje szybkie przed wojną a my tylko dwie brygady pancerno-motorowe, w tym jedną niekompletną? Tak, to prawda, tylko że czechosłowackie dywizje szybkie składały się z batalionów czołgów, pułków kawalerii i batalionów cyklistów. Jakie to ma znaczenie? Takie, że w razie prawdziwej wojny, gdyby zachodziła potrzeba naprawdę forsownego manewru – każda z tych formacji miałaby inną szybkość marszu, zatem, albo dywizja robiłaby manewr powoli, całością sił, albo szybko, ale wówczas praktycznie do szybkiego manewru miała tylko samotne czołgi, bez wsparcia. Nie brzmi to dobrze. To zupełnie nie brzmi jak dywizja szybka. To brzmi jak pstrykanie palcami a nie pancerna pięść.
Pomysł, żeby jednak do czołgów dodać bataliony piechoty zmotoryzowanej przyszedł do głowy Czechom i Słowakom dosyć późno bo w obliczu kryzysu sudeckiego i oczywiście nie zdołano ich zmobilizować na czas. A do tego żadna z tych dywizji szybkich na wypadek wojny nie została w pełni ukompletowana, bo nie wyprodukowano na czas dość sprzętu. Tylko jedna zbliżyła się do stanów etatowych jeżeli chodzi o czołgi, dwie pozostałe miały czołgów mniej więcej tyle ile polskie brygady szybkie, a jedna nie miała ich w ogóle.
A jeszcze z innej strony – czternaście z trzydziestu czechosłowackich dywizji nie miało ani jednej armaty przeciwpancernej. Ani jednej. Bo miały walczyć na fortyfikacjach, i te fortyfikacje miały na wyposażeniu armaty przeciwpancerne to po co mają je mieć na etacie dywizje? I te fortyfikacje – imponujące, nowoczesne, podobnie jak we Francji w 1940 roku trochę kształtowały doktrynę obronną oraz plany mobilizacji. Jednostki armii czechosłowackiej często wielu typów broni i wyposażenia nie miały, bo były one przypisane do jednostek obrony nadgranicznej i fortecznych. Ale gdyby się zdarzyło, że jednostki te zostałyby zepchnięte ze swoich umocnień, zarazem straciłyby większość swojego sprzętu.
Trochę trudno się dziwić, że zdradzona w Monachium przez wszystkich, w marcu 1939 roku, pozbawiona swoich umocnień, niejednorodna narodowościowo, mająca za teatr działań wojennych wąskie pasmo własnego terytorium armia czechosłowacka nie podjęła desperackiego aktu samoobrony. W najwęższym miejscu kraju Niemcom wystarczyłoby włamanie na głębokość mniej niż 150 kilometrów, żeby go przeciąć na pół. Gdyby Niemcy uderzyli z dwóch stron a mieli taki zamiar, w ciągu dwóch dni kleszcze by się mogły spotkać. Kto zatem narzeka na złe pozycje wyjściowe polskiej armii w 1939 roku powinien spojrzeć na sytuację Czechosłowacji. To nie jest tak, że nie chcieli się bić. Chcieli, ale mieli jeszcze mniejsze szanse niż Polska, gorsze położenie i ani jednego sojusznika. I podjęli niełatwą decyzję, że jednak nie.
Zostawmy jednak Czechosłowację. Ona od marca 1939 roku nie istnieje. Niemcy wjechali do Pragi zamieniając Czechy w podporządkowany sobie, chociaż z marionetkowym rządem Protektorat Czech i Moraw. Słowacy pod przewodem księdza Tiso założyli własne, pozbawione znaczenia międzynarodowego państewko ze szczątkowymi siłami zbrojnymi. Małym pocieszeniem był fakt, że w ramach rozbioru Czechosłowacji Węgrzy z poparciem Polski zagarnęli Koszyce i tak zwaną Ruś Zakarpacką, w wyniku czego po raz pierwszy od dawna Węgry i Polska miały wspólną granicę lądową, co jak się okazało nie pozostało bez znaczenia dla wydarzeń, które miały nadejść. Tak, teraz to już było ratowanie tego, co było do uratowania. Hamowanie na równi pochyłej.
Bo efekt rozpadu państwowości południowego sąsiada był dla polskich planów obrony fatalny. Nie tylko dlatego, że i tak silny Wehrmacht dodatkowo wzmocnił się przejmując czechosłowackie arsenały i bazę przemysłową. Także dlatego, że do marca 1939 roku przygotowując się do wojny na zachodzie, a zaczęto o tym myśleć dosyć późno przez całe lata 20 i 30-te szykując się raczej do konfrontacji ze Związkiem Radzieckim, myślano o obronie granicy o ładnych kilkaset kilometrów krótszej. Nawet bez przejęcia Czech i Słowacji granica polsko-niemiecka była długa i pozwalała Niemcom od razu wyjść na skrzydło wojsk walczących na lewym brzegu Wisły ze Śląska w kierunku ogólnym na Piotrków i Warszawę z jednej strony a z Prus Wschodnich pozwalała zagrozić samej Warszawie po zaledwie 120 kilometrowym marszu. Otwórzcie sobie atlasy na mapie pokazującej Polskę w 1939 roku, to wam się od razu rzuci w oczy.
Teraz, po marcu 1939 roku okazywało się, że tej granicy do obrony będzie ładnych kilkaset kilometrów więcej, od Pilska w masywie Beskidu Żywieckiego aż po przełęcz Dukielską i dalej, aż do Użockiej. A na to nikt nie był przygotowany. Za to Niemcy mogli się dowolnie rozstawić po szerokim półokręgu. Nie musieli zakładać cęgów okrążenia, nikt nie wchodził w żądną paszczę lwa. Polska już była w tej rozwartej paszczy, pomiędzy tymi rozłożonymi ramionami obcęgów. Trzeba było tylko przyłożyć siłę, żeby zaczęły zwierać, żeby cienka skorupka zaczęła trzaskać, pękać, rozsypywać się. Tak, okrążenie to miał być punkt wyjścia tej wojny, teraz można było próbować coś twórczego wymyśleć.
Pracowały sztaby, dyplomaci prowadzili swoje gry, do końca trwały targi, co, kiedy, za ile kupić, jak jeszcze się przygotować na to, co zdaje się musiało nadejść.
Było dla wszystkich oczywiste, że wariant Czechosłowacki nie wchodzi w grę. W zasadzie nie wiadomo dlaczego. Nic gorszego niż Czechy i Słowację Polski by nie spotkało – rola wasala, może nawet nieco bardziej szanowanego. Albo mniej. Być satelitą, ale żyć, być może w odpowiednim momencie zmienić sojusze, odwrócić ostrze broni w kierunku dawnego suwerena? Nie, jakoś to nie przychodziło nikomu do głowy i nawet dzisiaj brzmi to paskudnie, mimo wiedzy, którą się ma. Zatem wiadomo było, że Polacy będą się bić. Bo taki ich obyczaj, jak mawiał klasyk. Niektórzy tylko rozumieli, że pomimo chwiejnych sojuszy na zachodzie położenie Polski w porównaniu do Czechosłowacji i jej przygotowanie do wojny tylko z pozoru jest nieco lepsze. Nie było.
Armia podtrzymywana ogromnym wysiłkiem finansowym biednego państwa na dorobku była w trakcie reorganizacji i przebudowy. Ale co gorsza ta przebudowa, gdyby nawet się powiodła i do wojny doszłoby rok czy dwa lat później – dałaby armię podobną do potencjalnej armii napastnika, tylko słabszą liczebnie i koncepcyjnie. W tej przebudowie brakowało jakoś pomysłu niwelującego przewagi potencjalnych nieprzyjaciół – jakościową i ilościową. O motoryzacji armii w państwie, w którym tuż przed wojną zarejestrowanych było zaledwie 41 tysięcy samochodów – można było pomarzyć, mimo, że takie plany, tworzenia jednostek szybkich istniały już w latach 20-tych. Wtedy postulowano tworzenie dywizji mieszanych konno-motorowych, jak wiele lat później w Czechosłowacji.
Zrezygnowano z tej koncepcji wskazując, że w praktyce tworzono by jednostki pozorne – osobno walczyłyby jednostki kawalerii, osobno motorowe bo różne były możliwości manewru jednych i drugich.
Zatem nie było żadnej wunderwaffe. Trudno było liczyć na korzystne ukształtowanie terenu przyszłej batalii. Bieg wielkich rzek, pasm górskich, rozłożyste bagna, jeziora nie układał się w żadną spójną linię frontu. I do tego jeszcze to lato. Upalne, suche, długie. Wiele rzek można było przekraczać w bród, odsłoniły się na nich przejścia legendarne, nie widziane od wielu lat, wiele rzek jak San, Bug czy Wisła w swoich dolnych biegach przestawały być żeglowne. Armia była czwartą, może piątą w Europie. To prawda. Ale Niemcy stawały się silną armią numer dwa i to nie Europy, ale świata, ustępując liczebnością tylko Związkowi Radzieckiemu, ale niwelując to nowoczesną doktryną, wyższą kultura techniczną, łącznością i wyszkoleniem.
Nie było też tak naprawdę planu wojny. Przez wiele lat opracowywano i optymalizowano armię, lotnictwo i marynarkę do walki ze Związkiem Radzieckim, zmiana kierunku na zachodni była zupełnym zaskoczeniem. Praca sztabowa zaś to mozół nad mapami, wyjazdy w teren, liczenie przepustowości linii kolejowych, dróg, kalkulowanie co i kiedy może zjawić się w określonym miejscu, gdzie i kiedy uderzy nieprzyjaciel, sprawdzanie wariantów działania w grach sztabowych, na manewrach. To są miesiące mrówczej pracy dla opanowania chociażby ogólnych zarysów gry, jej pierwszych etapów. A co dopiero opracowanie kolejnych etapów, wariantów, przewrotów.
Na to wszystko nie było czasu, a na dokładkę Naczelny Wódz nie znosił gier sztabowych. Zatem żądnego wariantu planu nie przećwiczono nawet w teorii,na mapach.A lepsze jest wrogiem dobrego. Nie bardzo też chciał dzielić się swoimi przemyśleniami z otoczeniem. Plan jakiś był, ale żaden dowódca poszczególnej armii nie znał zadań jednostek sąsiednich, nie znał zamysłu ogólnego i swojej roli w tym zamyśle. W tej sytuacji i Napoleon by nie dał rady. No tak, tylko Napoleon dbał o to, żeby i każdy dowódca i każdy żołnierz rozumiał wagę wykonywanego przez siebie zadania, wierzył, że to dodatnio wpływa na morale człowieka, który być może za chwilę, będzie musiał ryzykować życie. Korsykańczyk nie miał może sentymentów, ale wiedział, że łatwiej się ryzykuje życie, kiedy się w zarysach chociaż wie dlaczego i po co.
Na próbach stworzenia jakiejkolwiek przeciwwagi dla niemieckiej opresji zeszło lato. Wywożono sprzęt – kopuły, lawety a nawet metalowe zasuwy ze zbudowanych już umocnień na wschodzie Polski, do nowobudowanych i planowanych w trybie nagłym umocnień na zachodzie i południu. Co z tego jednak, skoro beton musi mieć czas się związać. Schronu bojowego nie buduje się w dwa dni. W portach Francji i Anglii pakowano sprzęt wojenny dla Polski, chociaż z drugiej strony niezły sprzęt ciągle wysyłano też z Polski w świat. Bo tak się to ułożyło, że eksportem uzbrojenia całe lata finansowano zakupy dla własnych sił zbrojnych. Do ostatniej chwili nie zerwano kontraktów eksportowych, dzięki czemu Bułgaria, Grecja, Rumunia otrzymywały lepszy sprzęt niż własna armia, bo za rok, dwa, z pieniędzy za ten lepszy sprzęt miano sfinansować badania, konstrukcję i produkcję jeszcze lepszego niż lepszy. Tylko, że tego czasu już nie było. A lepsze jest wrogiem dobrego. Trzeba pewnie było zerwać te kontrakty, zyskać na ostatnią chwilę jeszcze garść dział, samolotów, silników. Pewnie tak.
I wtedy nagle, kiedy wydawało się, że świat zamarł w oczekiwaniu, ale brak było nowych dramatycznych zwrotów akcji, kiedy sporo osób zaczęło powątpiewać, że wojna w ogóle wybuchnie, 23 sierpnia gruchnęła wieść, że Niemcy i Związek Radziecki zawarły pakt o nieagresji.

Nikt lub prawie nikt na świecie nie wiedział o tajnym protokole tego paktu, który dzielił państwa i narody pomiędzy dwoma szatanami niczym połcie słoniny, mięsa, sztuki materiału na pół. Ale nikt nie musiał o tym wiedzieć. Sama konstrukcja logiczna paktu o nieagresji pomiędzy państwami, które nie miały ze sobą bezpośredniej granicy lądowej ani morskiej wskazywała jednoznacznie, że to pakt dotyczący nie stanu faktycznego, ale antycypowanego przez obie układające się strony. A tak się składało, że sygnatariuszami były państwa, które dysponowały pierwszą i drugą co do liczebności siłą zbrojną kontynentu, zatem w razie czego mogły sobie to całe międzymorze od Bałtyku po Morze Czarne poukładać jak chciały.
Prasa zachodnia i kręgi dyplomatyczne zachodu wskazywały, że ogłoszona treść układu jest z pewnością niepełna i jego część została z całą pewnością zatajona. Na to wszystko wskazywało. Ale też wiadomo było, że ideologicznie obu sygnatariuszy raczej wszystko dzieli niż łączy, że ten drugi, Stalin, będzie raczej wyczekiwał, niż rzucał się w wir wydarzeń. Będzie czekał i kiedy ryba na haku będzie już zmęczona, wykrwawiona szamotaniną i wtedy usłużnie podstawi podbierak.
Radek Wiśniewski
Marcin Zegadło: „Strefa wolna od LGBT” – to się zawsze zaczyna od „czyszczenia naszego domu” (jak raczył to ująć Prezydent RP)

Marcin Zegadło - poeta, publicysta
To zawsze zaczyna się w ten sposób. To się zawsze zaczyna od „stref wolnych od czegoś”. To się zawsze zaczyna od „czyszczenia naszego domu” (jak raczył to ująć kilka dni temu Prezydent RP). To się zawsze zaczyna od przemocy w wymiarze symbolicznym, a kończy głębokim dołem w sosnowym lasku i kompanią zwartych oddziałów.
Po lekturze „Jakbyś kamień jadła” Wojciech Tochman przejmujące wrażenie zaniedbania i w gruncie rzeczy obojętności na to, co dzieje się wokół mnie.
Te wszystkie daty będące datami śmierci ludzi, o których pisze Tochaman, daty śmierci tysięcy ludzi, wtedy na początku lat dziewięćdziesiątych w Bośni i Hercegowinie, na terenie, jak lubimy mówić – „byłej Jugosławii” to są daty z mojego późnego dzieciństwa, mojej wczesnej nastoletniości. To są wakacje w Zakopanem, nad morzem, kolonie w Jagniątkowie.
Dokładnie wtedy do studni, jaskiń lub przygotowanych wcześniej jam w ziemi, niespełna dwa tysiące kilometrów dalej wrzucano ludzkie ciała. Miały tam przeleżeć okres mojego liceum, moich studiów, a później zostać ekshumowane, przekazane rodzinom do identyfikacji. Kiedy jadłem kolejne pizze, piłem podczas kolejnych Juwenaliów, ciała tych ludzi rozkładały się w prowizorycznych grobach.

W tym czasie i wcześniej ja i moi rówieśnicy, moi rodzice i rodzice moich rówieśników wiedliśmy w miarę normalne życie korzystając z tego, co dawała nam rzeczywistość, która po zmianie systemy społeczno-gospodarczego niespodziewanie okazała się kolorowym magazynem pełnym towarów do wzięcia.
Tymczasem to wszystko działo się na tym samym kontynencie, niemal pod naszym nosem. Tak jak dzieje się teraz, w bardziej lub mniej odległych miejscach.
Pamiętam taką scenę z lata roku 1993. Skończyłem pierwszą klasę liceum. Jest lipiec. Jest wyjątkowo zimno. Oglądam z moją matką telewizję, a w niej reportaż z tego, co wtedy nazywaliśmy wojną w Jugosławii. Kamera znajduje się na opancerzonym transporterze. Tuż przed nią głowa żołnierza w stalowym hełmie. Transporter porusza się w szybkim tempie przez miejscowość widoczną wzdłuż asfaltowej drogi, przy której stoją puste opuszczone domy, część z nich jest spalona.
Od czasu do czasu transporter mija grupę ludzi ubranych we współczesne ubrania, którzy z tobołami poruszają się w przeciwnym do ruchu transportera kierunku. Czasami kamera łapie wzrok któregoś z uciekinierów.
Coś tam mówimy z mamą, przez chwilę, że to w sumie okropna sprawa taka wojna. Pijemy herbatę i jemy ciastka. Wieczorem, tego samego dnia idę z kumplami na próbę naszej rockowej kapeli (tak to wtedy nazywaliśmy). Za dwa lata Serbowie wymordują w Srebrenicy ponad osiem tysięcy ludzi. Ja w tym samym czasie słuchał będę The Doors na wakacjach w Zakopcu. Będę pił piwo i palił papierosy.
A piszę o tym, dlatego że znalazłem dzisiaj na FB post Bart Staszewski, który pisze o przydrożnych tablicach informacyjnych u wylotów polskich miast. Tablicach, które zwiastują, że oto znajdujemy się w strefie „wolnej od LGBT”, które są reakcją na stosunek poszczególnych gmin i powiatów do kwestii środowisk nieheteronormatywnych i idących za tym uchwał podejmowanych przez ich organy reprezentacji tychże gmin i tychże powiatów.

A przecież, to zawsze zaczyna się w ten sposób. To się zawsze zaczyna od „stref wolnych od czegoś”. To się zawsze zaczyna od „czyszczenia naszego domu” (jak raczył to ująć kilka dni temu Prezydent RP). To się zawsze zaczyna od przemocy w wymiarze symbolicznym, a kończy głębokim dołem w sosnowym lasku i kompanią zwartych oddziałów.
Nie chce być inaczej.
Marcin Zegadło
Radek Wiśniewski: Powstanie styczniowe. W nocy z 21 na 22 stycznia, kiepska zima była..

Radek Wiśniewski
W styczniu 1863 roku z miast zbiegło sporo młodych ludzi, żeby uniknąć branki do rosyjskiego wojska na ruski rok czyli na co najmniej 10 lat. Żeby uniknąć powołania do wojska, można było wybić sobie kamieniem przednie zęby, siekacze, jedynki. To podobno bardzo boli, ale reklamacja od wojska gwarantowana
To rocznica i wydarzenie, które ciągle mnie przerasta, ciągle wiedzę o tym odkładam na osobna półkę, zajmę się tym za wiele lat i na wiele lat. Tak mówię żonie i ona wie, że czeka ją jeszcze niejedno wyrzeczenie, skoro sobie takiego męża wzięła. Męża, który nasłuchuje głosów.
Te głosy jakby zza szyby, zza mgły, odległe. W nocy z 21 na 22 stycznia, kiepska zima była, chwila roztopów, wyższych temperatur. Data wyznaczona trochę na chybił trafił.
W styczniu 1863 roku z miast zbiegło sporo młodych ludzi, żeby uniknąć branki do rosyjskiego wojska „na ruski rok” czyli na co najmniej 10 lat. Przeciętnie służba trwała 25 lat. I mało kto dożywał końca służby. Szacunki, które znamy dzisiaj to mowa o tym, że z danego rocznika poboru – około 17-20 tysięcy młodych ludzi wyrwanych z ich rodzin, planów, małżeństw – do końca służby dożywało kilkaset osób. Wracali do żon, które już ich nie poznawały, do dzieci, które były dorosłe, zniszczeni latami służby w mundurze, jak żywe trupy.
Żeby uniknąć powołania do wojska, można było wybić sobie kamieniem przednie zęby, siekacze, jedynki. To podobno bardzo boli, ale reklamacja od wojska gwarantowana. Zęby, przynajmniej dwie pary przednich były potrzebne do odgryzania ładunków prochowych z kula do ówczesnych karabinów w kartonowych gilzach zamykanych metalowym kapiszonem.
Ale spróbuj przetrwać w lesie, zimą, jedną noc. To nie była łatwa decyzja. Trudno było liczyć, że ci uciekinierzy z branki wytrwają w lasach do marca, kwietnia, kiedy łatwiej byłoby robić powstanie. Może dałoby się zorganizować to jakoś wojskowo, jakąś broń sprowadzić?
A tak – „obok Orła, znak Pogoni / poszli nasi w bój bez broni”.
I jeszcze – „pięściami zdobędziemy karabiny, a karabinami – armaty”.
Nie. Tak się nie dało. Ale oni o tym nie wiedzieli.
I teraz kiedy wklejam rycinę Grottgera, tę którą wszyscy znają ze szkoły i jej nie widzą – dostrzegam twarze. To jest noc przed, czy już noc po? Nie ma euforii, oczekiwania radosnego boju, święta wolności. Na tych twarzach maluje się świadomość i determinacja. Zatem może wiedzieli?

Twarze dostrzega też Fejsbóg, pyta mnie czy znasz te osobę – i podświetla twarze. I pyta kto to jest? Oznacz znajomą osobę w poście.
A ja ich nie znam, słyszę tylko huk młotów, szczęk stali. Jak zza mroźnej mgły. Ich głosy. Zgrzyt metalu.
Radek Wiśniewski
Brexit: Izba Lordów chce gwarancji dla obywateli UE

Jakub Krupa
Brytyjska Izba Lordów zaproponowała szereg poprawek do ustawy o wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej przed zaplanowanym na koniec miesiąca opuszczeniem Wspólnoty, w tym dotyczący praw obywateli UE.

Sugerowane zmiany dotyczą m.in. statusu ponad 3,6 mln obywateli UE, którzy mieszkają w Wielkiej Brytanii i będą poddani obowiązkowi rejestracji w systemie osiedleńczym (ang. EU Settlement Scheme) w celu zagwarantowania swoich praw po brexicie.
Poprawki Lordów nie są jeszcze wiążące
Odpowiadając na wezwania ze strony aktywistów, Lordowie – wyższa izba brytyjskiego parlamentu – przyjęli m.in. zapis wzywający rząd do automatycznego nadania prawa pobytu wszystkim obywatelom UE. Chcą równiż wprowadzenia fizycznego dowodu potwierdzającego uzyskany status, np. w formie karty identyfikacyjnej lub formalnego listu.
Zwolennicy takiego rozwiązania argumentowali, że obecnie system funkcjonuje jedynie w wersji cyfrowej i jest podatny na nadużycia lub trudności w dostępie. Alikanci zaś nie mają żadnego materialnego dowodu potwierdzającego ich prawa na terenie Wielkiej Brytanii.
Jak wskazywano, zmiana obecnych przepisów pozwoliłaby na uniknięcie powtórzenia skandalu dotyczącego migrantów z Karaibów, tzw. pokolenia Windrush. Funkcjonowali oni przez lata bez pełnej dokumentacji, a w razie jej zniszczenia byli np. narażeni na ryzyko ograniczenia dostępu do rynku pracy czy służby zdrowia lub wręcz na deportację.
Przyjęte poprawki będą teraz procedowane w Izbie Gmin. Tu zaś rządząca Partia Konserwatywna dysponuje po grudniowych wyborach parlamentarnych samodzielną większością 80 mandatów. Prawdopodobnie więc odrzuci proponowane zmiany.
Czas do czerwca 2021, aby zabezpieczyć swoje prawa
Według obecnych przepisów, obywatele UE rezydujący w Wielkiej Brytanii – w tym ponad 900 tys. Polaków – mają czas do końca czerwca 2021 roku, aby uzyskać nowy status imigracyjny. Pod warunkiem, że Wielka Brytania opuści Wspólnotę na mocy wypracowanego porozumienia.
Dotychczas wnioski złożyło około 2,6 mln osób. Analiza rządowych danych sugeruje, że rządowe szacunki populacji obywateli UE mogły być zaniżone. Realna liczba osób uprawnionych do rejestracji może przekroczyć nawet 4 mln. Polacy są wśród najwolniej składających aplikacje grup narodowych, zajmując dopiero 21. miejsce (56 proc. szacowanej populacji).
Organizacje pomocowe zaniepokojone powolną rejestracją Polaków
Dyrektor największej organizacji pomocowej dla migrantów z Europy Środkowo-Wschodniej East European Resource Centre (EERC) Barbara Drozdowicz przyznała, że jest zaniepokojona tym, że wypełnienie wniosku stwarza wielu imigrantom poważne problemy.
– Ten system być może nie jest skomplikowany na pierwszy rzut oka, ale praktyka wskazuje na to, że wszystko, co wymaga PINów, kodów i bezpiecznego logowania może być utrudnieniem, jeśli chodzi o obsługę statusu imigracyjnego – tłumaczyła.
Barbara Drozdowicz zaznaczyła, że „nie spodziewa się”, aby brytyjski rząd przyjął zaproponowaną przez Izbę Lordów poprawkę. – Prawdopodobnie prowadzone są prace nad szerszym zakresem systemu imigracyjnym. Tak aby jego obługa prowadzona w formie cyfrowej, co wyklucza wyklucza fizyczny dowód dla potwierdzenia statusu danej osoby.
Eksperci ostrzegają przed „podziemiem migracyjnym”
Drozdowicz przestrzegła przed korzystaniem z często niemających odpowiednich uprawnień osób oferujących odpłatną pomoc w wypełnieniu dokumentów.
– To stwarza nielegalne podziemie migracyjne i może być niebezpieczne – ostrzegła. Wskazuje, że wszyscy doradcy mają obowiązek uzyskania uprawnień od regulatora OISC.
EERC prowadzi w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym w Londynie punkt wsparcia dla imigrantów. Można tam uzyskać bezpłatną poradę i pomoc w złożeniu wniosku o status imigracyjny. Biuro jest otwarte od wtorku do soboty w godzinach 11:30 – 18:30.
Szacuje się, że w Wielkiej Brytanii mieszka obecnie co najmniej 902 tys. Polaków – około 100 tys. mniej niż bezpośrednio po referendum ws. brexitu.
REDAKCJA POLECA
Adam Mazguła: pomogę A. Dudzie oczyścić Polskę

Adam Mazguła
Po Pana apelu do górników o pomoc w oczyszczeniu Polski chciałbym zapytać, jak ma się to odbywać? Będzie Pan z górnikami obmywał z kurzu starości i zacofania, wyganiał z kraju, izolował od społeczeństwa? Wypada samemu założyć fartuszek i zacząć szusować z wiadra i oczyści swój Pałac, może naród odniesie sukces. Czego Panu i sobie z całego serca życzę
Panie Andrzeju Dudo,
po Pana apelu do górników o pomoc w oczyszczeniu Polski chciałbym zapytać, jak ma się to odbywać? Będzie Pan z górnikami obmywał z kurzu starości i zacofania, wyganiał z kraju, izolował od społeczeństwa, czy jeszcze bardziej drastyczne środki Pan zastosuje?
Ponieważ leży mi na sercu dobro mojego kraju chciałbym podpowiedzieć Panu, że najpilniej potrzeba oczyścić Polskę z niekompetencji władz, bo zatrute powietrze, śmieci, choroby… zależą od inicjatywy, która ich nie nawiedza.
Wszystko jednak da się zrobić, ale sam rzeczywiście nic Pan nie poradzi, bo wybory blisko, a sukcesów jak na 5 lat „dojnej zmiany” mało.
Na pierwszy plan do czyszczenia zgłaszam nielegalnego dyktatora reżimu, bo nie ma takiej funkcji w Konstytucji RP. Po oczyszczeniu Polski z tego schorowanego komucha i „prezesa”, poprawę zobaczymy natychmiast.
Następnie proponuję oczyścić ministerstwo sprawiedliwości od generalnego przestępcy kraju. Nie będzie takich zamachów jak na Barbarę Blidę, nie będzie wsparcia dla morderców Igora Stachowiaka, skończy się prywata postępowań karnych lekarzy, organizacja hejtów nienawiści płynących z jego ministerstwa, a dzieci i matoły prawne nie będą awansowały na najwyższe urzędy w kraju.
Musi Pan oczyścić służby specjalne z kolesiów Banasia, bo giną miliony w służbach i trzeba zatrudnić agentów do pilnowania agentów, a co dopiero dla innych hien partyjnych.
Proponuję oczyścić Polskę z faszystów i tu wystarczy zdelegalizować narodowców oraz pozbawić wpływów Mateusza bajko-mówcę.
Jednocześnie oczyściłbym zdrajców i mitomanów zgromadzonych wokół szalonego Antka i oligarchy z Torunia, tak jak z totalnego, ale jednak mini-stera Mariusza siedzącego na niesprawnej ławeczce patriotycznej, bo o obronie narodowej nie wie przecież nic. Oszalałych PiS-osłów z Wiejskiej na czele z pedofilem z Podkarpacia i tej, co to czyta o Katyniu z przedwojennych książek, czyszczenie należy się pilne.
Oczyszczenia wymaga wiara Polaków w brzuchatych biskupów pełnych pychy, pijaków i pedofili, którzy korzystają ze wszystkich możliwych przywilejów w kraju.
Panie Andrzeju Dudo,
sam Pan widzi, że pracy jest wiele, a ja dopiero zaczynam Panu pokazywać miejsca do oczyszczenia.
Tak, więc nici z nart w tym roku i wizyt turystycznych po selfie z kolejnym prezydentem lub koniem. Trudno, jak chce się coś pożytecznego zrobić, to trzeba się poświęcić.
Nie będę dużej zarzucał Pana moimi podpowiedziami, więc chwilowo na tym skończę. Zdradzę jednak, że najwięcej czyścicieli potrzeba będzie w mediach Kurskiego i braci Karnowskich. Tam górników może już nie wystarczyć, mimo że nie mają co robić, odkąd węgiel kupujemy od Rosjan zrabowany na Ukrainie. W TVPiS i narodowych szczujniach wylałbym odrdzewiacz i lizol, zamknął archiwa ze wzorami postępowania z czasów komuny, kazał im się utrzymać z reklam pozapaństwowych i po miesiącu sami się oczyszczą.
Panie Andrzeju Dudo,
słusznie Pan wzywa pomocy do oczyszczania, bo szmat u nas nie brakuje, ale sprzątaczki zwolnił Pan w ramach ustawy dezubekizacyjnej i pozbawił części emerytury, dlatego wypada samemu założyć fartuszek i zacząć szusować z wiadra.
Na koniec przyjdą wybory i jeśli też Pan oczyści swój Pałac, może naród odniesie sukces. Czego Panu i sobie z całego serca życzę.
Zawsze z dobrą radą,
Adam Mazguła
Dzieci urodzone ze związków Polek z żołnierzami Wehrmachtu to wciąż temat tabu
Dzieci urodzone ze związków Polek z żołnierzami Wehrmachtu to wciąż temat tabu. W Danii czy Norwegii takie osoby otwarcie mówią o swoich losach, zaś w Polsce to niewyobrażalne – mówi historyk Jakub Gałęziowski doktorant na uniwersytetach w Augsburgu i w Warszawie, członek Polskiego Towarzystwa Historii Mówionej i współpracownik Ośrodka KARTA.
Deutsche Welle: Co dokładnie jest tematem Pańskich badań?
Jakub Gałęziowski: Powojenne losy dzieci urodzonych ze związków Polek i niemieckich okupantów. Poszukuję także dzieci pochodzących z sowieckich gwałtów. W Europie funkcjonuje pojęcie “born of war”. Chodzi o dzieci, których rodzice by się nie spotkali, gdyby nie wojna. Nie doszłoby między nimi do relacji – czy to dobrowolnej czy opartej na przemocy. I ja badam właśnie te “urodzone z wojny”, choć po polsku to nie brzmi dobrze i wciąż szukam odpowiedniego określenia.
DW: Co było dla Pana inspiracją do podjęcia tych badań?
JG: To niejako kontynuacja prac niemieckiej historyczki Maren Roeger, która pisała o wojennych związkach Polek z niemieckimi okupantami (książka “Wojenne związki” wyd. 2015 – red.). Gdy zaczęła szukać tych kobiet, odzew był zerowy. W końcu różnymi kanałami dotarła do różnych osób i te wywiady są podstawą mojej pracy. Ona badała relacje, a ja badam losy dzieci, które wskutek tych relacji przyszły na świat.
DW: Ile w Polsce mogło być takich dzieci?
JG: Na obecnym etapie badań nie chciałbym podejmować się takich szacunków. Nie wiem, czy w ogóle jest to możliwe. Źródła są bardzo rozproszone i cząstkowe, możemy więc jedynie przyglądać się poszczególnym regionom i wybranym okresom. Wiem, że np. w okupowanej Wielkopolsce, czyli tzw. Kraju Warty w niemieckich statystykach ujmowane były nieślubne dzieci urodzone przez Polki wraz z adnotacją, że ojcem był Niemiec. Pozostaje więc liczenie „na piechotę”, a trzeba pamiętać, że wiele dokumentów zostało zniszczonych. Również liczby dzieci urodzonych z sowieckich gwałtów nie sposób oszacować. Mnie w tym wszystkim najbardziej interesują indywidualne historie poszczególnych ludzi, to, jak im się potem życie układało, jak odnajdowali się w otaczającym ich środowisku.
DW: Podkreśla Pan, że to w Polsce nadal temat tabu. Dlaczego tak jest?
JG: Zaadaptowałem na potrzeby swoich badań koncept amerykańskiego socjologa Zerubavela “niewidzialny słoń w salonie”. On to odnosił do Holokaustu. Temat był w rodzinach, ale się o tym nie mówiło. Tak właśnie funkcjonuje ten temat w Polsce. Ludzie jakoś zdają sobie sprawę z tego, że temat istnieje, ale się o tym nie mówi. Odnosi się to zarówno do Niemców, jak i do Sowietów. W przypadku Niemców ważne w Polsce jest rozróżnienie, czy był to Niemiec z SS, z Wehrmachtu czy niemiecki urzędnik w okupowanej Polsce.
DW: Jak Pan dociera do tych osób?
JG: Rozsiewam wici w lokalnych społecznościach, czasem daję ogłoszenie w lokalnych mediach, że szukam takich ludzi. Dotychczas dotarłem do kilkunastu osób, głównie przez dzieci albo wnuki. Może dlatego, że do osób w średnim wieku łatwiej dotrzeć z ogłoszeniem. Dostaję informację: moja mama, moja babcia ma taką historię. Przez to średnie pokolenie umawiane są spotkania. To jak z drugim pokoleniem Holokaustu, które pyta, chce wiedzieć.
DW: Czy ktoś zgodził się ujawnić nazwisko?
JG: We wszystkich wywiadach, które przeprowadziłem dotychczas, moi rozmówcy zdecydowali się pozostać anonimowi.
DW: Czego się boją?
JG: Te badania dużo mówią o tym, kim jesteśmy jako społeczeństwo. Obcy zawsze pozostanie obcym. Osoby, do których docieram, często boją się stygmatyzacji, choć sądzą, że otoczenie i tak wie. Cierpienie nie powoduje współczucia. Temat jest drażliwy. Dostawałem już ostrzeżenia i prośby, bym lepiej nie ruszał tych spraw.
DW: Jak ci ludzie dowiadywali się, kim są naprawdę?
JG: Klasyczna sytuacja to wyznanie składane przez matkę lub kogoś z rodziny na łożu śmierci. Czasem pojawia się jakaś ciocia, która szepnie do ucha: “wcale nie jesteś tym kim myślisz, twój tata nie jest twoim tatą”. Nawet jeśli pada to w dobrej wierze, to i tak często burzy życie. To problemy podobne do tych, które mają dzieci adoptowane. Znam przypadek jednej osoby, której rodzice w dobrej wierze, gdy skończyła 18 lat, powiedzieli że jest adoptowanym dzieckiem. Zrobili to w imię uczciwości, a dla niej zaczęła się tragedia.
DW: Jak wyglądają te Pańskie rozmowy?
JG: To zawsze są historie pełne cierpienia i niezgody. To historie niedomknięte. Ci ludzie latami zmagają się z pytaniami: kim jestem, dlaczego dowiedziałem się o tym dopiero po latach? Problem nie jest w tym, że ojcem był Niemiec, ale w tym, że samemu nie wiedziało się o tym latami. To często takie rozmowy, wyznania na zakończenie życia.
DW: Kiedy i jak problem zaistniał w innych krajach?
JG: Pierwsza była Norwegia, gdzie urodziło się 8 tysięcy takich dzieci. I co charakterystyczne, nie dziennikarze czy historycy, ale one same zaczęły mówić, że są dziećmi żołnierzy Wehrmachtu. Głośny był „coming out” Fridy, wokalistki Abby. To dało wielu ludziom do myślenia. Ruszyła lawina wspomnień, po kilkudziesięciu latach milczenia tłumionych przez wstyd, że się jest dzieckiem wroga.
DW: Jak traktowano te dzieci po wojnie?
JG: W Norwegii po wojnie zorientowano się, że tych dzieci jest tak dużo, że stało się to nowym problemem społecznym. Państwo często zabierało te dzieci matkom, a one same poddawane były resocjalizacji. Najbardziej brutalnie odbyło się to we Francji, gdzie takich dzieci urodziło się od 80 do 200 tysięcy. Tam odbywało się masowe golenie głów kobietom, były one skazane na publiczny lincz.
DW: A w Polsce?
JG: W Polsce nie było takiego ostracyzmu jak na przykład we Francji. Poza tym po wojnie panował chaos, dzięki któremu można było pozostać anonimowym. Na przykład na Ziemiach Zachodnich. Jeden z moich rozmówców opowiadał mi o tym, że jego matka wyjechała w tamte strony i praktycznie zaczęła życie od nowa. Badam dokumenty kościelne i te związane z opieką społeczną. Interesuje mnie, czy ten temat w ogóle był po wojnie problemem społecznym, czy istniał w dyskursie publicznym, czy była jakaś polityka państwa dotycząca tych osób. Nie znajduję informacji na ten temat.
DW: Pańskie badania to część szerszego międzynarodowego projektu. Czego on dotyczy?
JG: Projekt powstał na Uniwersytecie w Birmingham i nosi nazwę “Children born of war – past, present and future”. Jest nas 15 doktorantów z różnych krajów z Europy, ale jest też Ugandyjczyk i Japonka. Nie zawsze ojcami dzieci, których losy badamy, byli okupanci, zwłaszcza we współczesnych konfliktach są to również żołnierze sił pokojowych, jak na przykład w krajach byłej Jugosławii, gdzie urodziło się wiele takich dzieci. Bo ten problem istnieje w różnych kontekstach historycznych i geograficznych. Takie dzieci zawsze się rodziły i rodzić będą, stąd jednym z celów projektu jest wypracowanie pewnych procedur i tzw. dobrych praktyk na podstawie doświadczeń z minionych już konfliktów.

