Australia w płomieniach. Dramat, w ogniu zginęło ponad pół miliarda zwierząt

Od września w pożarach w Australii zginęło już niemal pół miliarda bezbronnych zwierząt. To jednak tylko szacunkowe wyliczenia naukowców z uniwersytetu w Sydney. Ogień wciąż szaleje. Istnieje obawa, że kontynent bezpowrotnie stracił co najmniej kilka gatunków flory i fauny. Rzeczywistej liczby zabitych przez ogień zwierząt nie poznamy nigdy.

W ogniu zginęło ponad pół miliarda zwierząt

 

Wstrząsające zdjęcia zwęglonych ciał zwierząt, poparzone misie koala, martwe kakadu, uciekające stada kangurów nie są w stanie ukazać w pełni ogromu tragedii, jaka dotknęła kontynent.

Członkowie Stand Up for Nature – sojusz 13 organizacji, które nawiązały współpracę w celu ratowania australijskiej przyrody, twierdzą, że wielomiesięczne pożary, które strawiły już ponad 5 milionów hektarów buszu i lasów, trwale zagroziły ekosystemom na dotkniętych ogniem obszarach.

Od września 2019 r. mieszkańcy południowo-wschodniej części kraju walczą o przetrwanie. W dwóch stanach (Victorii, gdzie leży m.in. Melbourne, i Nowej Południowej Walii z Sydney) obowiązuje stan wyjątkowy.

Spłonęło już prawie 60 mln ha lasów, zarośli i pól. To niemal tyle, co powierzchnia Litwy.

Wojsko i strażacy prowadzą ewakuację i przyznają, że nie są w stanie ugasić rozprzestrzeniających się pożarów. Potwierdzono śmierć 23 osób, dziesiątki są zaginione.

Ogromna chmura dymu

Ludziom i zwierzętom zagraża nie tylko ogień, ale też toksyczny dym. Niebo w Australii zabarwiło się na czerwono. W powietrzu unosi się smog, który utrudnia oddychanie.

Chmura dymu wywołana pożarami jest już tak ogromna, że przekracza swoją rozpiętością powierzchnię Europy.

Skutki pożaru zaczyna odczuwać oddalona o ponad 1800 km od płonącego wybrzeża Australii Nowa Zelandia. W Christchurch, niebo przybrało pomarańczową barwę.

Katastrofa klimatyczna i kryzys polityczny

W Australii narasta niezadowolenia na rząd prawicowej Partii Liberalnej i premiera Scotta Morrisona. Jest on krytykowany za opieszałą walkę z ogniem i nieradzenie sobie z kryzysową sytuacją. Zarzuca mu się też, prowęglową politykę i fatalne podejście do walki z katastrofą klimatyczną

Dariusz Frach, thefad.pl


Jak odwołać się od decyzji towarzystwa ubezpieczeniowego?

Właściciel samochodu ma prawo do odszkodowania po wypadku samochodowym. Wiele towarzystw ubezpieczeniowych odmawia jednak wypłaty odszkodowania z różnych powodów. W takiej sytuacji należy odwołać się od przedstawionej decyzji, która da możliwość uzyskania odpowiedniej kwoty odszkodowania. Klienci odwołują się od różnych rodzajów spraw: szkoda całkowita, uszczerbek na zdrowiu lub pożar nieruchomości. Pomocne w stworzeniu odwołania może być skorzystanie z oferty kancelarii odszkodowawczej. Doświadczeni pracownicy wiedzą, na co zwrócić uwagę.

Właściciel samochodu ma prawo do odszkodowania po wypadku samochodowym. Wiele towarzystw ubezpieczeniowych odmawia jednak wypłaty odszkodowania z różnych powodów. W takiej sytuacji należy odwołać się od przedstawionej decyzji

Jak złożyć odwołanie od decyzji towarzystwa ubezpieczeniowego?

Klient ma 3 lata na złożenie odwołania od decyzji. Po tym czasie roszczenie się przeterminuje. Najlepiej jednak złożyć odwołanie od razu, ponieważ z biegiem czasu zapominamy pewne szczegóły dotyczące zdarzenia. Towarzystwo ubezpieczeniowe musi w ciągu 30 lub maksymalnie 60 dni rozpatrzeć pismo z roszczeniem. Jasno określone są sposoby złożenia tego odwołania. Można złożyć je drogą elektroniczną, pisemnie lub ustnie.

Co zawrzeć w odwołaniu?

Dobre odwołanie zawierające wszystkie niezbędne informacje to klucz do sukcesu i uzyskania odpowiednio wysokiej kwoty odszkodowania. Pracownicy z kancelarii odszkodowawczej będą w stanie powołać się na podstawę prawną, która jest dużym atutem w tego rodzaju pismach. Towarzystwo ubezpieczeniowe zauważy wtedy, że ma do czynienia z osobą świadomą swoich praw i będzie je egzekwować. Dobre odwołanie powinno zawierać dane osoby poszkodowanej, numer polisy, numer decyzji i numer szkody. Najważniejszą częścią pisma jest jednak obszerne uzasadnienie odwołania.

Jak powinno być napisane uzasadnienie?

Uzasadnienie nie musi być bardzo obszerne, ale powinno zawierać informacje, które mogą wpłynąć na zmianę decyzji. Przydatne będą zatem faktury, cenny części wymiennych czy informacje o wycenie samochodu. Uzasadnienie powinien napisać doświadczony prawnik z kancelarii odszkodowawczej, który wie jakie informacje będą niezbędne. odwołanie od decyzji ubezpieczyciela w zależności od przypadku może zawierać różne informacje.

Od jakich decyzji odwołują się klienci?

Klienci bardzo często odwołują się od decyzji o szkodzie całkowitej lub dotyczącej wyceny samochodu i jego naprawy. W piśmie odwoławczym trzeba zawrzeć informacje na temat stanu samochodu, np. niskiego przebiegu, który podwyższa cenę samochodu. Przydatne będą również opinie rzeczoznawców. Towarzystwa ubezpieczeniowe często zaniżają również odszkodowania dotyczące uszczerbku na zdrowiu. W odwołaniu od decyzji należy przedstawić wtedy wszystkie wyniki badań, oględzin lekarzy, rachunki za wizyty, a nawet dojazd na nie. Często towarzystwa ubezpieczeniowe odmawiają wypłaty odszkodowania, bo podkreślają, że uszczerbek na zdrowiu nie jest trwały. Należy jednak pamiętać, że wysokość odszkodowania jest ustalana na podstawie tabeli uszczerbków, które tworzy firma ubezpieczeniowa. Do pisma dobrze dołączyć opinię lekarza, która dokładnie opisze stan zdrowia. Częstym przypadkiem jest również zaniżenie odszkodowania za pożar nieruchomości. Ubezpieczyciel zbada sprawę przyczyny pożaru i sprawdzi, czy nie powstał z winy właściciela posesji. Do pisma odwoławczego warto dołączyć zdjęcia po pożarze oraz opinie rzeczoznawców. Przydatne będą również faktury za naprawy oraz wszelkie użyte materiały.

Pomoc specjalistów z firmy Mura Investment to gwarancja uzyskania najlepszego wsparcia i dogłębnej analizy naszej sprawy przez profesjonalistów.


Adam Mazguła: Korwin-Mikke, prawicowy sadysto „wsadź sobie petardę w tyłek”

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Jestem pewny, że tacy własnie ludzie, o takich cechach charakteru byli zatrudniani w hitlerowskich obozach zagłady, aby mogli czerpać swoją i swoich mocodawcom radość z przemocy, torturowania i śmierci.

 

Prawicowy sadysta Janusz Korwin – Mikke, który dla zabawy rzuca pod nogi psa petardy jest przedstawicielem narodu w Sejmie.

 

To nie pierwszy jego „wyskok”, a więc przykład zdziczenia i fascynacji przemocą jego wyborców. On sam niedawno kpił z tragicznej pożogi w Australii twierdząc, że musi się spalić aby wyrosło nowe.

Więc wsadź sobie petardę skutecznie w tyłek, wyrośnie ktoś nowy.
Jestem pewny, że tacy własnie ludzie, o takich cechach charakteru byli zatrudniani w hitlerowskich obozach zagłady, aby mogli czerpać swoją i swoich mocodawcom radość z przemocy, torturowania i śmierci.

Adam Mazguła

 

 

 

Książka „Adam Mazguła – Żołnierz gorszego sortu” dostępna w księgarniach na terenie całej Polski i w systemie sprzedaży internetowej.

Dystrybutorem książki jest Ateneum.

 

Książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>>

 

 


Trump ryzykuje wojnę na Bliskim Wschodzie

Rainer Sollich

Rainer Sollich

Rozkazując zabicie irańskiego generała Sulejmaniego prezydent Trump osłabia demokratyczne siły na Bliskim Wschodzie. [KOMENTARZ]

Qasim Suleiman
Qasim Suleiman

Po zabiciu irańskiego generała Kasema Sulejmaniego w Bagdadzie w ataku rakietowym wojsk USA wszystko wskazuje na dalszą eskalację. Sytuacja jest szalenie niebezpieczna i już padły przysięgi odwetu ze strony teherańskiego reżimu i jego sojuszników.

Należy obawiać się brutalnych aktów przemocy. Sytuacja bardzo szybko może wymknąć się spod kontroli.

Amerykańscy sojusznicy, jak Izrael i Arabia Saudyjska, ale także Liban, a przede wszystkim Irak są narażone na poważne konsekwencje. W takiej sytuacji może dojść do krwawych zamachów na ludzi, miasta czy instytucje. Ataków na tankowce czy rurociągi, czy nawet do ataków rakietowych na sojuszników USA. Wszystko to jest jak najbardziej prawdopodobne i nic nie można wykluczyć. Iran musi uznać zabicie Sulejmana za poniżenie i de facto wypowiedzenie wojny. Już nawet ze względów polityki wewnętrznej Teheran nie może sobie pozwolić, by akt ten pozostał bez odpowiedzi.

Iran może sam podjąć działania militarne. Dzięki prowadzonym przez Sulejmana w latach ubiegłych wojskowym i szpiegowskim działaniom, Iran dysponuje w regionie, sprawną siecią świetnie wyposażonych oddziałów pomocniczych: począwszy od proirańskich bojówek w Iraku i Syrii, poprzez libański Hezbollah aż po rebeliantów Huti w Jemenie. Rebelianci ci już od dłuższego czasu znajdują się w stanie bezpośredniej konfrontacji z rywalem Iranu, Arabią Saudyjską. Są także zdeklarowanym wrogiem Izraela i Stanów Zjednoczonych.

Zabicie generała było politycznym błędem

I choć zabijając Sulejmana usunięto „czołowy operacyjny mózg irańskiej polityki siły i ekspansji w regionie”, to zastanawia dlaczego reżim w Teheranie nie ochronił swojego najważniejszego generała przed atakiem. Nie ma ludzi niezastąpionych, nawet jeżeli był to Kasem Sulejmani, szef sławetnych elitarnych sił Al-Kuds. Stworzona przez niego sieć wiernych Iranowi bojówek w tym regionie, także bez niego, pozostanie niebezpieczna i będzie potrafiła skutecznie działać. Zresztą następca zabitego generała już został wyznaczony.

Sulejmani zasłużył się w zwalczaniu tzw. „Państwa Islamskiego” w Iraku i Syrii. Był też poplecznikiem wspierającego terror irańskiego reżimu. Nie ma powodu, by komuś takiemu szczególnie współczuć. Jednak Donald Trump jako prezydent USA i głównodowodzący amerykańskiej armii ściąga groźbę wojny na cały region, z którego USA właściwie chciały się militarnie wycofać. Ryzykuje on także powstanie antyamerykańskiego i antyzachodniego efektu solidaryzacji z regionem. Zagraża także demokratycznym ruchom w Iraku i Libanie, a także w samym Iranie, ponieważ wszystkie ich protesty pośrednio i bezpośrednio wycelowane były także w Teheran. Jeżeli do tego dojdzie, to oznaczałoby, że akurat Trump wyświadczył tutaj bezpośrednio przysługę irańskiemu reżimowi.

 

 

REDAKCJA POLECA

 


Stefan Niesiołowski na nowy rok

Stefan Niesiołowski

Stefan Niesiołowski

Zasadnicze pytanie, tak jak kiedyś o odzyskanie niepodległości, brzmi dzisiaj – kiedy oni (czyli pisowcy) przestaną demolować nasz kraj, czyli rządzić?

 

Jak zawsze przy końcu roku pojawiają się analizy i prognozy na bliższą i dalszą przyszłość.

Sytuacja Polski jest tak zła, na razie przede wszystkim w wymiarze wewnętrznym, ale radykalne osłabienie pozycji naszego kraju w polityce europejskiej i światowej powoduje, że marnowana jest także wyjątkowa koniunktura powstała po 1989 roku.

Zasadnicze pytanie, tak jak kiedyś o odzyskanie niepodległości, brzmi dzisiaj – kiedy oni (czyli pisowcy) przestaną demolować nasz kraj, czyli rządzić?

To, że PiS znalazł się w defensywie, słabnie, widać pewne oznaki wewnętrznej dekompozycji, nie potrafi odzyskać inicjatywy jest widoczne i przedstawiane nawet przez pisowskich propagandystów.

„Główni komentatorzy obozu władzy w świątecznym numerze biją na alarm i przedstawiają pomysły, jak wydobyć się z politycznego dołka. Jest naprawdę nerwowo, za chwilę można przegrać fotel prezydencki. Nie mając Senatu ani prezydenta, PiS będzie bezradny” (Rafał Zakrzewski, „Dlaczego PiS wszedł na ostry kurs”, „GW”, nr 300).

Z reguły przed wyborami pisowcy łagodzili język, wyraźnie kokietowali polityczne centrum, chowali najbardziej skompromitowanych ludzi typu Pawłowicz, czy Macierewicz, tonowali akcenty, mówili o zgodzie, pojednaniu, wspólnym działaniu itp. Na to pytanie większość publicystów odpowiada, bo pisowcy boją się Konfederacji, gdyż po raz pierwszy są zagrożeni również z prawej strony, czego dotychczas udawało im się uniknąć i co uchodziło za wielki strategiczny sukces. To prawda, chociaż przez cały czas pojawiały się konkurencyjne wobec PiS-u ugrupowania, które jednak po krótkim czasie upadały i wracały do partii macierzystej.

Tym razem jest odwrotnie, ale istotną przyczyną jest także lęk, że taktyka udawania ugrupowania centrowego może tym razem się nie udać, została bowiem wyczerpana i skompromitowana.

Ponadto pisowcy postanowili w sposób typowy dla większości autorytarnych reżimów zaprezentować taktykę – ani kroku w tył – i przekonać się, czy uda się w ten sposób zastraszyć, zniechęcić, obezwładnić społeczeństwo. Wysłać taki mniej więcej sygna: nigdy nie ustąpimy, nie mamy zamiaru nie rządzić, musimy rządzić, nie boimy się nikogo i niczego, żadna Unia nam nie podskoczy. Robimy wszystko najlepiej i doskonale, a przeciwnicy to zwyczajna swołocz, agentura, postkomuniści i zwyczajni zaprzańcy. Taki z grubsza jest język p. Dudy i właściwie wszystkich masowo występujących we wszystkich możliwych mediach pisowców. Czy tego rodzaju reżim może utrzymać się w Europie. Ciekawy i bolesny być może eksperyment?

Dodatkowo zaostrzyła się także narracja Marka Jędraszewskiego (jakoś nie bardzo chce mi przejść przez gardło słowo biskup, biskupi bowiem są następcami apostołów, a nie bardzo wiem, czyim następcą miałby być Marek Jędraszewski?). Do długiej listy wrogów, których gromi, piętnuje i przed którymi ostrzega, dopisał ostatnio – ekologizm.

Jest zdumiewające podobieństwo pomiędzy tym fanatykiem a fanatykami komunizmu, którzy zwalczali m. in: okcydentalizm, genetykę, socjologię, teorię względności, solidaryzm społeczny, ekonomizm itp. Jędraszewski za niebezpieczne uznał nawet dziecko szwedzką dziewczynkę Gretę Thunberg:

”Bo to nie jest tylko kwestia, że jest jakaś postać nastolatki czy kogoś innego, kto takie poglądy głosi, a inni się mniej lub bardziej zgadzają. Nie, to jest narzucane, a ta aktywistka staje się wyrocznią dla wszystkich sił politycznych, społecznych.”

Cała wina Grety Thunberg polega, jak dość zawile wypowiada się ten wybitny hierarcha, na tym, że domaga się stanowczych i radykalnych działań na rzecz ograniczenia emisji gazów cieplarnianych, walki o ratowanie życia także ludzkiego, na ziemi i samej planety.

Walka z „ekologizmem” w imię biblijnego hasła – czyńcie sobie ziemię poddaną – co ma oznaczać możecie swobodnie i bezkarnie wyniszczać środowisko, gatunki, życie na ziemi, bo człowiek panuje nad przyrodą, jest nie tylko idiotyzmem, ale zbrodnią właściwie morderstwem. Skazaniem w dość trudnym do dokładnego przewidzenia, ale bliskim czasie, wielu gatunków na wyniszczenie i wielu ludzi na wojny, konflikty, choroby, głód i śmierć.

Stefan Niesiołowski

 

 


Jeśli Trump wygra wybory, USA będą jak Węgry

Anna Widzyk

Anna Widzyk

Gdyby Donald Trump był tak sprytny, jak Viktor Orban, amerykańska demokracja byłaby już martwa – ocenił Krugman w rozmowie z dziennikiem „Handelsblatt”.

Gdyby Trump był tak sprytny, jak Orban, amerykańska demokracja byłaby już martwa
Populistyczni politycy cieszą się stale rosnącym poparciem wyborców. Skąd to się bierze i czy można temu zaradzić? Czy Donald Trump jest populistą, jak twierdzą jego przeciwnicy polityczni? Fot. Źródło: dw.de

Amerykański ekonomista i laureat Nagrody Nobla z dziedziny ekonomii ocenia w opublikowanym w czwartek (2.1.2020) wywiadzie, że szanse na ponowny wybór Trumpa na prezydenta USA są mniejsze niż 50 procent. – Demokracja jest zagrożona. Jeśli Trump wygra następne wybory, to w ciągu roku będzie tu podobnie, jak na Węgrzech. Węgry nie są całkiem autorytarnym państwem, ale zerwały z ważnymi demokratycznym wartościami – uważa Krugman.

Jego zdaniem, Trump „dzieli kraj, zastrasza wolne media, a nawet przedsiębiorstwa, mając na celu ustanowienie czegoś w rodzaju kapitalistycznego nepotyzmu”. – To model węgierski, a częściowo widzimy go już w USA – powiedział Krugman. W jego opinii „trumpizm” nie zniknie wraz z Trumpem. – To wielki trend, widoczny już od lat 90., nie tylko w USA, ale wszędzie. My mieliśmy jeszcze szczęście, bo Trump nie jest zbyt zdyscyplinowany i pracowity. Gdyby był tak sprytny i działał w tak przemyślany sposób, jak Viktor Orban, amerykańska demokracja byłaby już martwa – dodał.

Europa jak Japonia 20 lat temu

Według Krugmana, biorąc pod uwagę zarzuty wobec Trumpa, amerykańscy demokraci nie mogli nie wszcząć postępowania prowadzącego do impeachmentu. – Najważniejsza jest dla mnie jedność demokratów. To nie jest oczywistość. Gdy porównamy to z sytuacją na Węgrzech albo w Polsce, demokracja przegrywa tam z powodu podzielonej opozycji – ocenił.

W rozmowie z niemieckim dziennikiem Krugman przedstawia pesymistyczną prognozę dla gospodarki światowej. Obawia się, że gospodarka światowa nie ma już zdolności „absorpcji szoku”.

– Europejski Bank Centralny nie ma już możliwości obniżenia stóp procentowych, a pole manewru amerykańskiego Fed są ograniczone. Jeśli chodzi o politykę finansową, też nie wygląda to dużo lepiej. Z wyjątkiem Niemiec, które fundują sobie absurdalną debatę na temat «czarnego zera». W Europie niemal nie ma możliwości przeciwdziałania kryzysowi za pomocą środków polityki finansowej – ocenił.

Krugman uważa, że wśród największych zagrożeń dla gospodarki są te, związane z demografią i starzeniem się społeczeństwa. Jako przykład podaje Japonię. Według niego 20 lat temu gospodarka tego kraju wpadła w deflację, co miało związek ze zmniejszeniem się liczby ludności.

– Europa dziś wygląda jak Japonia 20 lat temu. Także Chiny mają problem demograficzny. Tylko w USA sytuacja wygląda lepiej, jeśli chodzi o przyrost naturalny i imigrację. Jednak także tutaj pozytywny trend słabnie, co oznacza, że wszystkie strefy gospodarcze zmierzają w jednym kierunku: w dół. I to jest niepokojące – powiedział Krugman.

Obliczalne skutki brexitu

Zdaniem Krugmana nie można wykluczyć, że skutkiem brexitu będzie recesja nie tylko w Wielkiej Brytanii ale i w UE.

– Jeżeli dojdzie do zawarcia umowy o wolnym handlu między UE a Wielką Brytanią, uważam, że skutki (brexitu) będą obliczalne. Oczywiście to nie to samo, co unia celna. Będą granice i kontrole graniczne, co powoduje koszty. USA i Kanada mają umowę o wolnym handlu, bez unii celnej, i dobrze sobie z tym radzą. Niebezpieczna jest jednak faza przejściowa. Czy między Calais a Dover ustawią się 100-kilometrowe korki, jak wielu się obawia? Także to może wywołać recesję w UE i w Wielkiej Brytanii – powiedział Krugman.

Ocenił także, że wiele problemów, z którymi zmaga się unia walutowa, pozostaje nierozwiązanych, chociaż najgorszy kryzys euro jest już za nami, co jest zasługą byłego szefa EBC Mario Draghiego.

„- Bez Draghiego i jego londyńskiej obietnicy, że zrobi wszystko, by uratować euro, unia walutowa zawaliłaby się w 2012 roku. To była prawdopodobnie najważniejsza interwencja w historii banków centralnych. Należy jednak zauważyć, że system, który zależy od tego, czy ma wybitnego szefa, nie jest dobrym systemem – ocenił Krugman.

KE może pokonać Trumpa w wojnie handlowej

Zdaniem ekonomisty, chociaż ekspansywna polityka finansowa USA przynosi efekty, żaden cel, jaki postawił sobie prezydent Donald Trump, nie został osiągnięty. Pomimo obniżek podatków spadają inwestycje przedsiębiorstw, a produkcja przemysłowa kurczy się, choć wprowadzono cła karne, mające ją chronić.

Krugman przyznał, że jest zaskoczony tym, jak bardzo w dół pociągnęły gospodarkę wojny handlowe.

– Nie doceniłem wielkiej niepewności w gospodarce. Konflikty handlowe są powodem spadających inwestycji przedsiębiorstw – powiedział.

Jego zdaniem, jeżeli dojdzie do eskalacji konfliktu handlowego między USA a UE i wprowadzenia przez Waszyngton 25-procentowych ceł na samochody, „rozpęta się piekło” i możliwa byłaby recesja w Europie.

– Jeśli chce się rozpocząć spór, trzeba mieć też opracowaną strategię, jak go wygrać. Trump nie bierze pod uwagę tego, że UE jako gospodarka jest na równi z amerykańską. Może mocno zaszkodzić USA i odwrotnie – powiedział.

Według Krugmana Bruksela zareagowałaby wprowadzeniem wobec USA ceł, które uderzyłyby przede wszystkim tzw. swing states, które przesądzają o wynikach wyborów w USA.

– W 2002 roku prezydent George W. Bush wprowadził cła na stal. UE odpowiedziała długą listą środków odwetowych, wymierzonych w regiony USA o politycznym znaczeniu. W UE wiele spraw idzie źle, ale Komisja Europejska wie, jak prowadzi się wojny handlowe. To szybko może bardzo źle się potoczyć. Na to Trump nie jest przygotowany – ocenił Krugman.

 

REDAKCJA POLECA

 


Jak podkreślać swoją kobiecość? 5 skutecznych trików

Kobiecość to przede wszystkim świadomość i akceptacja własnego ciała, zarówno atutów, jak i ewentualnych niedoskonałości. Polega na umiejętnym ma Jak podkreślać swoją kobiecość? Przedstawiamy 5 skutecznych trików.

Kobiecość to przede wszystkim świadomość i akceptacja własnego ciała, zarówno atutów, jak i ewentualnych niedoskonałości. Polega na umiejętnym ma Jak podkreślać swoją kobiecość? Przedstawiamy 5 skutecznych trików.

1. Odpowiednie ubrania

Choć szata człowieka nie zdobi, to jednak odpowiednio dobrane ubrania potrafią zdziałać cuda. Postaw na rzeczy, które pasują do twojej sylwetki. Dzięki temu podkreślisz swoje atuty, a jednocześnie zamaskujesz ewentualne niedoskonałości. Pamiętaj jednak, że ubiór ma iść w parze z Twoim gustem. Masz czuć się kobieco, ale jednocześnie swobodnie i komfortowo. Jeśli na co dzień nosisz dresy i luźne ubrania, wybierz elegancką, dopasowaną sukienkę z dekoltem czy seksownym rozcięciem z boku. Jeśli masz ładne nogi, koniecznie je eksponuj! Zamień długość maxi i midi na mini. Podkreśl swoją talię, która jest kwintesencją kobiecości. Wybierz wtedy sukienkę w kształcie litery A lub model z paskiem w talii.

2. Delikatny makijaż

Kobiecość obudzisz w sobie odpowiednim makijażem. Pamiętaj jednak, że ma być on delikatny i naturalny, zakryć ewentualne niedoskonałości. Decydując się na zbyt przesadzony make up, uzyskasz efekt odwrotny do oczekiwanego. Wystarczy puder lub podkład, tusz do rzęs, ewentualnie bronzer. Nie zapomnij o pomadce. Najlepiej sprawdzi się czerwona, będąca kwintesencją kobiecości. Niezwykle istotny jest również dobór kosmetyków. Powinny być dostosowanie do twojego rodzaju skóry. Nie musisz sięgać po te z najwyżej półki. Na rynku jest wiele firm, a w tym polskich i z naturalnym składem, które mają w ofercie szeroki wybór produktów w niskich cenach.

3. Odpowiednia fryzura

Seksowna sukienka i subtelny makijaż wymagają odpowiedniej fryzury. Włosy powinny być przede wszystkim zadbane. Ich pielęgnacja powinna opierać się na doborze odpowiednich do rodzaju włosów kosmetyków. Poza szamponem i odżywką warto stosować różnego rodzaju serum czy mgiełek. Zwróć uwagę również na szczotkę do włosów. Gdy wyskoczy Ci nagłe spotkanie, skorzystać z suchego szamponu. Odświeży twoje włosy w błyskawicznym tempie. Jeśli chcesz zmienić kolor włosów, najlepiej wybierz się do zakłady fryzjerskiego. Fryzjer oceni stan Twoich włosów, dobierze odpowiednią farbę, a także pomoże wybrać fryzurę, która pasuje do kształtu Twojej twarzy.

4. Zadbane dłonie

Nie ma najmniejszej wątpliwości, że wiele osób zwraca uwagę na dłonie. Stanowią one wizytówkę, dlatego powinny być zadbane. Pamiętaj o regularnym wycinaniu skórek, stosowaniu odzywki oraz ich malowaniu. Jeśli masz czas i możliwości, systematycznie odwiedzaj gabinet kosmetyczki.

5. Aktywny tryb życia i zdrowy styl życia

Swoją kobiecość zdecydowanie podkreślisz sylwetką. Nie musisz nosić rozmiaru 34 lub 36. Ważne, aby Twoje ciało było zdrowe. W związku z tym, powinnaś znaleźć czas na aktywny u zdrowy tryb życia. Ćwiczenia wpływają na lepsze samopoczucie, poprawiają kondycję i sprawiają, że kilogramy znikają. Podobnie jak zdrowe odżywianie. Dzięki zbilansowanej diecie możesz pozbyć się problemów ze zdrowiem.

Publikacja powstała przy wsparciu merytorycznym portalu kobiecego KobiecySwiat.pl.

Niemcy i Francja wykluczają Polskę z projektów zbrojeniowych

Anna Widzyk

Anna Widzyk

Modernizując swoją armię, Polska szuka partnerów nie tylko w USA, ale i na Dalekim Wschodzie – pisze „Die Welt”.

Modernizując swoją armię, Polska szuka partnerów nie tylko w USA, ale i na Dalekim Wschodzie
Czołg PT-91 Twardy. Fot. pixabay

„Die Welt” odnotowuje w czwartek (2.1.2020), że Polska jest wśród sześciu krajów NATO, które wydają na obronność 2 procent PKB. Spełnia tym samym zobowiązania podjęte przez członków Sojuszu. W nadchodzących latach wydatki te mają wzrosnąć do 2,5 procent PKB.

„Zbrojenia mają najwyższy priorytet. Z tego powodu Polska jest też regularnie chwalona przez Donalda Trumpa. Prezydent USA wie, że firmy zbrojeniowe z USA robią tam dobre interesy” – zaznacza „Die Welt”. Niemiecka gazate zwraca przy tym uwagę, że Polska kupuje broń przede wszystkim w USA.

„Nie wiadomo z całą z pewnością, jak duże są łączne polskie wydatki na amerykański sprzęt wojskowy. Eksperci zakładają, że jeśli chodzi o zakupy amerykańskiej broni na świecie Polska jest na drugim miejscu po Arabii Saudyjskiej” – pisze warszawski korespondent dziennika Philipp Fritz.

Utrudnienie dla współpracy obronnej w UE

W jego opinii wynika to m.in. z postawy Berlina i Paryża. „Warszawa chętnie wzięłaby udział we wspólnym projekcie konstrukcji nowego czołgu. Niemcy i Francuzi wolą jednak sami realizować projekt, nazywany Main Ground Combat System (MGCS). Inne projekty, zdaniem Warszawy, realizowane są zbyt wolno. Polska uważa Rosję za bezpośrednie zagrożenie i chce nowych systemów obronnych natychmiast. Szczególnie po wybuchu wojny na wschodzie Ukrainy i rosyjskiej aneksji Krymu w 2014 roku” – ocenia „Die Welt”.

Według gazety brak woli współpracy ze strony Berlina i Paryża ma poważne konsekwencje dla europejskiej polityki obronnej. Co w efekcie ma negatywny wpływ dla bezpieczeństwa Europy.

„Polska to militarna waga ciężka, zabezpiecza wschodnią flankę NATO. Unia Europejska chce więcej współpracy w dziedzinie obronności. Ale do tego potrzeba wykorzystania takich samych systemów uzbrojenia. Jeśli Polska będzie zawierać tylko dwustronne umowy z USA, integrowanie europejskich armii będzie jeszcze trudniejsze” – dodaje dziennik. Cytuje anonimowego rozmówcę z berlińskich kół politycznych: „W rozmowach z niemieckimi firmami zbrojeniowymi, dotyczących także decyzji politycznych, potrzeby Polaków rzadko odgrywają jakąkolwiek rolę. To błąd”. Zdaniem rozmówcy dziennika istnieje „zagrożenie odseparowania się Polski jako ważnego partnera w polityce bezpieczeństwa”.

Polska oczekuje poważnego traktowania

Według „Die Welt” Polska chce być traktowana nie tylko jak klient firm zbrojeniowych, ale jak partner.

„Dzięki dynamicznemu rozwojowi gospodarczemu Warszawa działa z coraz większą pewnością siebie w Europie i prowadzi samodzielną politykę gospodarczą. Polska chce mieć korzyści z technologii i know-how partnerów z UE. Dlatego chce uczestniczyć w projekcie czołgu MGCS. Berlin ma jednak złe doświadczenia z dużymi projektami europejskimi jak Eurofighter czy samolot transportowy A400M. Im więcej państw uczestniczy w przedsięwzięciach, tym częściej dochodzi do opóźnień a koszty są większe” – pisze niemiecka gazeta. Dodaje, że nawet współpraca między Niemcami a Francuzami nad wspólnym czołgiem nie jest łatwa. Z tego też powodu nie wolą trzymać Polskę z dala.

Według dziennika nieliczni politycy w Berlinie interesują się tym, jakie strategiczne konsekwencje może mieć wyłączenie Polski z tej współpracy. Manuel Sarrazin z partii Zielonych uważa, że „zadaniem Niemiec jest to, by zatrzymać Polskę w UE, nawet jeśli nie zgadzamy się z polskim rządem w wielu sprawach dotyczących polityki wewnętrznej.” Jego zdaniem Polska oczekuje, że będzie traktowana poważnie w sferze obronności i włączana w europejskie projekty obronne. „Jeśli Niemcy nie zatroszczą się o to, by w UE udawało się to lepiej niż do tej pory, popchniemy Warszawę w ramiona Donalda Trumpa” – dodaje Sarrazin.

Parter na Dalekim Wschodzie

„Die Welt” pisze, że Polska znalazła w Korei Południowej partnera do swych planów dotyczących czołgów na Dalekim Wschodzie. Koncern Hyundai Rotem zaproponuje Polsce dostosowany do jej potrzeb model K2, razem z transferem technologii, którego chce Warszawa. „To dopiero początek rozmów, ale już teraz mówi się o 800 egzemplarzach. Po tak gigantycznym kontrakcie Polska będzie dysponować liczbą nowoczesnych czołgów większą niż Niemcy i Francja razem wzięte. Z Berlina zaś dochodzą głosy, że wielu nie zdawało sobie sprawy z gotowości Polski do takich inwestycji. Czy niemiecki albo francuski przemysł chce, by umknęła mu szansa na zamówienie 800 czołgów przez to, że nie chcą dodatkowego partnera przy projekcie?” – zastanawia się gazeta.

 

REDAKCJA POLECA

 


Noworoczne postanowienia. Podpowiadamy co zrobić, aby nie skończyły się porażką

Julia Vergin

Julia Vergin

Rzucić palenie, uprawiać sport, zdrowiej się odżywiać. Co roku to samo – noworoczne postanowienia, a potem porażka. Podpowiadamy, co zrobić, by tym razem było inaczej.

Postanowienia noworoczne
Fot. Kevin Muncie / flickr

Mało komu brakuje pomysłów na 2020 rok. Wśród najczęstszych: schudnąć, pić mniej alkoholu, częściej medytować itd. Ale chwileczkę! Czy przypadkiem nie jest tak, że ubiegłoroczne postanowienia i te sprzed dwóch lat (i jeszcze wcześniejszych) nie są zadziwiająco podobne? Tak właśnie jest. Prawdopodobnie nawet są identyczne.

Nie ma się co dziwić! Entuzjazm, z którym wchodzimy w każdy kolejny rok, przypomina sylwestrowe fajerwerki. Po głośnym wystrzale i jaskrawych światłach niewiele pozostaje. Potem znów trudno zwalczyć w sobie lenia. W tej sposób beznadzieja powtarza się z roku na rok. Jednak wcale nie musi tak być. Wystarczy przestrzegać kilku zasad, a postanowiania noworoczne, mogą się spełnić.

1. Po kolei

– Największym błędem, jaki możemy popełnić, to narzucenie sobie zbyt wielu postanowień – mówi psycholog sportu i pracy Mario Schuster. Jeśli chcemy nie tylko rzucić palenie, ale i zrezygnować ze słodyczy i zacząć biegać, to szybko może się okazać, że wymagamy od siebie zbyt wiele.

– Aby zerwać z dawnymi przyzwyczajeniami, potrzebujemy silnej woli – mówi Schuster. Tej jednak niestety nie ma w nadmiarze. Stawianie sobie jednocześnie kilku celów oznacza, że silna wola musi działać wielotorowo, tym samym szybko się wyczerpuje. W efekcie nie osiągamy niczego. – Nie ma żadnych przeciwwskazań, aby zmienić kilka swoich dotychczasowych przyzwyczajeń – mówi psycholog. – Ważne, tylko by robić to po kolei.

2. Postanowienie musi sprawiać radość

Ważne by wybrać jedno postanowienie, na którym możemy się w pełni skoncentrować. Tylko które? Rozsądne i istotne są przecież wszystkie. – Odpowiedź wydaje się prosta: spełnianie postanowienia musi nam sprawiać radość. Potrzebne jest pozytywne podejście do zmiany, którą chcemy wprowadzić – mówi Schuster.

Postanowienia: „Muszę rzucić palenie“ i „Chcę rzucić palenie“ być może różnią się w sposób mało istotny. Jednak z psychologicznego punktu róznica jest ogromna: musimy, czy też chcemy coś zrobić.

3. Pozostańmy realistami

Ci, którzy swój czas wolny w 2019 roku spędzili na kanapie i powzięli silne postanowienie, by w 2020 roku cztery razy w tygodniu przez godzinę biegać, wysoko stawiają sobie poprzeczkę. Prawdopodobnie zbyt wysoko.

Kanapowy leń może spokojnie być z siebie dumny, jeśli uda mu się zmobilizować dwa razy w tygodniu. Nawet jeśli potrwa to za każdym razem jedynie pół godziny. – Regularność jest ważniejsza niż to, ile jakaś czynność trwa i jak bardzo jest intensywna – tłumaczy psycholog sportu Schuster. Chodzi przecież o to, by sport pozostał nowym przyzwyczajeniem. Ten, kto zaraz na początku się okrutnie nie przeciąży, ma większe szanse na to, by utrzymać radość z tego, co robi (patrz punkt 3) i tym samym również utrzymać postanowienie.

4. Wiążące postanowienie

Po wyborze postanowienia, sprawa zaczyna nabierać kształtu. –Teraz pomocne może okazać się podzielenie postanowieniem z kilkoma osobami – uważa psycholog. Jak zaznacza, sprawia to, iż postanowienie staje się wiążące. Obietnicę, którą składamy na osobności, łatwiej złamać niż taką, o której komuś powiedzieliśmy.

5. Nie trać nadziei

2020 rok postępuje, a my dotrzymujemy danej sobie obietnicy? Nastaje pustka w motywacji, a wraz z nią tęsknota za papierosem. Co więcej, siła grawitacji kanapy nigdy nie była tak wielka, jak teraz! Poddajemy się i palimy na leżąco. Co dalej?

– W żadnym wypadku nie można za to się potępiać – radzi Schuster. – Poprzez samoskuteczność rozumiemy przekonanie danej osoby, że osiągnie coś własną siłą – zaznacza. Kto zachowa tę wiarę w siebie, nie daje za wygraną.

6. Lepsze żadne postanowienie niż złe postanowienie

Nawet dobre postanowienia mogą okazać się złe. Chociażby wtedy, kiedy z impetem uderzają w nasze życie i kiedy motywującą siłą jest „muszę“, a nie „chcę“.

Kiedy z hukiem odnosimy porażkę, a potępienie samego siebie zabija naszą skuteczność, musimy przyznać, że nawet najlepsze postanowienie nie jest dobre. Zanim jednak tak się stanie, lepiej wejdźmy w kolejny rok bez dobrych postanowień.

 

REDAKCJA POLECA

 


Rafał Sulikowski. Zrobieni w bambuko: toksyczna religia szkodzi ludziom w Polsce

Rafał Sulikowski

Rafał Sulikowski

Kościół zawsze miał na pieńku ze światem, ale ten trend się umacnia i rozbudowuje, tak, że powoli ludzie Kościoła tracą kontakt z rzeczywistością. I tak religia, która wyrosła z jakiegoś może nawet autentycznego pradoświadczenia egzystencjalnego, zmienia się z upływem wieków w swoją karykaturę, która nie wiedzieć już, czy jest komiczna, czy tragiczna.

 

Religia pełna strachu, uprzedzeń rasowych i urojonych nadziei na lepszy świat, ale bez żadnego zaangażowania zapatrzonych w niebo katolików; religia, która w średniowieczu dokonywała pogromów, paliła na stosie za byle zioła, chciała opanować niczym zaraza albo epidemia cały świat.

Religia, której papieżom przyjemność sprawiały wyszukane tortury, wojny i wyprawy krzyżowe, także z udziałem dzieci („krucjata dziecięca” w XI w.). Religia, która tylko dzięki edyktowi nantejskiemu z IV wieku i sile Rzymu, który jeszcze wtedy funkcjonował znakomicie pod względem wojskowym, zapanowała na dziesięć wieków nad cywilizowanym światem, a potem podążyła w ślad Kolumba do Nowego Świata, aby tam dalej zabijać, rabować i torturować.

Naziści oraz enkawudziści nie wymyślili swoich strasznych tortur – mieli gotowe opisy z książek historycznych niezależnych autorów na temat średniowiecznego katolicyzmu.

To, co robi obecnie islam, młodszy o sześć stuleci od chrześcijaństwa, robiło ono już dawno temu – nic nowego pod słońcem.

Kościół zawsze będzie z jednej strony robił z siebie ofiarę, rzekomo atakowaną przez „złowrogie” i „diabelskie” siły, a z drugiej – straszył szatanem, blokował rozwój duchowy człowieka i postępy nauki i techniki, szczególnie biomedyczne.

To, co się dzieje, nie jest jednak spowodowane przez jakąś jedną osobę, choćby potężną. Nikt w Watykanie nie układa kazań księżom na całym świecie, choć są też gotowce w sieci: księża sami, ci najbardziej gorliwi w nadziei na „awans” układają coraz bardziej radykalne homilie, mając nadzieję, że biskup doceni ich wkład w Kościół i awansuje.

Hierarchiczna struktura Kościoła z jednej strony zapewnia stałą kontrolę, z drugiej motywuje księży, stojących najniżej podstawy piramidy, aby byli coraz bardziej gorliwi, aż do zupełnej radykalizacji.

Wielu ludzi ulega radykalizacji – nie tylko w Kościele, pojęcie to przeszło do nas z islamu. Tam radykalizacja oznacza wzięcie karabinu i strzelanie do tłumu; tu radykalizacja oznacza coraz większą agresję werbalną niezaspokojonego libido, które musi znaleźć ujście i obiekty zastępcze.

Skąd pochodzi w ogóle chrześcijaństwo jako religia?

Pytanie o źródła religii nieustannie przetaczają się przez sieć. Pytając o źródła chrystianizmu, musimy cofnąć się do judaizmu, a stamtąd jeszcze wcześniej. Uznaje się, że patriarcha Abraham miał pewnego rodzaju doświadczenie źródłowe, polegające na silnym przekonaniu, że istnieje tylko jeden Bóg-Adonai, a nawet na odczuciu jego obecności. Zapoczątkował on (Abram) okres patriarchatu, a Mojżesz, prawodawca, który miał otrzymać od Boga kamienne tablice z dziesięciorgiem przykazań, rozpoczął okres proroków.

W rzeczywistości doświadczenie Abrahama mogło być naturalne (np. napad epileptyczny), a Mojżesz mógł sam, będąc aż czterdzieści dni na górze Synaj, wykuć tablice i ułożyć dekalog, który zastąpił wcześniejszych kilkaset zbyt szczegółowych przykazań.

Kiedy czyta się niektóre teksty z kolei prorockie, ma się niekiedy mocne wrażenie, że napisali je ludzie niezbyt zrównoważeni emocjonalnie, co wpływało na ich przekonania, a te na zachowania, ryty, zwyczaje i sterowało nadmiernie życiem poddanych. Władza królewska oraz religijna szły w parze w zniewalaniu mas ludu.


Początki chrześcijaństwa również nie są jasne: mamy Jezusa, mamy Jana Chrzciciela, który chrzci (stąd nazwa nowej religii), mamy dziwną sektę esseńczyków, z którą Jezus na pewno miał kontakt, a potem Szawła z Tarsu, który nawrócił się w drodze do Damaszku, mając rzekomą wizję Chrystusa. Jeśli chodzi o Jana Chrzciciela, którego zabił król Herod na prośbę swej żony, „żywił się on szarańczą i żył na pustyni”. Bardzo wielu wrażliwych, ale niezrównoważonych emocjonalnie proroków żyło poza normalnymi ramami społeczeństwa. Jego przekonania, działalność mogły mieć całkowicie naturalne i racjonalnie wytłumaczalne powody, podobnie jak nauka i życie Jezusa.

O możliwej chorobie nerwowej Jezusa pisano już dobre sto lat temu, a niektórzy psychiatrzy diagnozowali nawet „paranoję” („chcecie Mnie zabić”, etc.). Nie idąc tak daleko, można Jego życie, prawda, że wybitne, ale jednocześnie naturalne, wytłumaczyć całkowicie czynnikami społeczno-politycznymi (zabór rzymski, zamęt, niepokoje społeczne, eklektyzm religijny, skostnienie kultu judaizmu), ekonomicznymi (Jezus nie był bogaty, wręcz cierpiał nędzę), cywilizacyjnymi, Jego cuda wyobraźnią ewangelistów, a zmartwychwstanie ponownym pochówkiem po szabacie, kiedy nie wolno było nic robić.

Jeśli nawet religie mają u korzeni autentyczne doświadczenia duchowe i tak nie zmienia to faktu, że to, co się potem dzieje w historii danej wiary nie ma nic wspólnego z pierwotnym zapałem założycieli czy ojców wiary.

Zjawisko, jakim od tysiącleci ewolucji ludzkiej pozostaje religia, ma bardzo wiele twarzy. Jest truizmem twierdzenie, że nie ma jednej religii, lecz paradoksalnie trzeba to przypominać, albowiem zarówno sama religia, jak i wyznawcy często twierdzą, że „tylko ich religia jest prawdziwa”, czyli jest jedyną religią, jaką warto i trzeba wyznawać, poznawać i propagować „niewiernym”. Szczególnie w dzisiejszej atmosferze odradzających się podziałów i zarazem sporów ideowych oraz fundamentalizmu religijnego (nie ma bowiem wielu fanatyzmów, bo wszystkie są podobne) należy podkreślać ogromny pluralizm religijny na świecie, który sami wierzący, zwłaszcza ci „pogłębieni” uznają za szkodliwy dla „jedynej, prawdziwej wiary” indyferentyzm, prowadzący – ich zdaniem – ku zobojętnieniu religijnemu. Czy da się jednak, mimo podkreślonych różnic, odszukać to, co łączy różne religie i co sprawia, że można stworzyć jeszcze jedną, nową teorię religii? Wydaje się, że tak.

Każda religia kiedyś się zaczęła, a wcześniej jej nie było. Jednak rzadko religie pojawiają się jak „deus ex machina” – najczęściej religia rodzi religię.

Niewielu wie, że już przed zredagowaniem początkowych partii Księgi Rodzaju istniały starsze, przed biblijne opisy stworzenia kosmosu, świata i człowieka („Poemat o Gilgameszu”, mitologie babilońskie, etc.) i miały niektóre charakter prawie proto-monoteistyczny.

Istnieje więcej „świętych pism” niż Biblia, Tora czy Koran. Przypomnijmy wschodnie „księgi umierania czy Upaniszady lub Wedy oraz niezliczone mitologie, mające pre-religijny charakter. Tak, że przeważnie religia rodzi religię, wiara mutuje i ewoluuje w jej bardziej przystosowaną do nowych warunków społecznych i politycznych wersję.

Przeżywają te religie, które się lepiej zaadaptują do zmian, jakie zachodzą w świecie ludzkiej kultury, ale i w ekonomii. W czasach bessy religie upraszczają się, stają się bardziej ascetyczne, a w czasach prosperity olbrzymieją niczym świątynie barokowe, kapiące złotem, mirrą i kadzidłem, co dodatkowo działa na zmysły i wyobraźnię wiernych.

Religia więc rodzi się z poprzedniej, rośnie w siłę, zdobywa albo próbuje zdobyć świat, potem się stabilizuje na jakimś poziomie, by wejść w okres schyłkowy i w fazę agonii, a umierając – niczym gwiazda w stadium karła – wydaje z siebie potomstwo, a kolejne pokolenie często wraca do wersji z I pokolenia, omijając wersję bezpośrednich „rodziców”.

Najlepiej przystosowane wiary i kulty, które trafiają w sedno aktualnych zapotrzebowań społecznych mają szanse na przeżycie o wiele większe niż religie czy to zbytnio tradycyjne (i przez to komicznie dziwaczne), czy to zbyt „postępowe”. Przeżywa wiara umiarkowana, main-streamowa, taka skrojona na potrzeby klasy średniej, mieszczaństwa i małych oraz średnich miast.

Każda religia zaczyna się od wystąpienia jakiejś wybitnej jednostki, charyzmatycznego „ojca założyciela”. Przykładem oczywistym jest postać Jana Chrzciciela, którego uważa się za twórcę chrystianizmu, a także Jezusa z Nazaretu (5/6 r.p.n.e – 30/36 r.n.e.).

Najpierw przechodzi on zwykle samotną inicjację („ukryte lata” w Nazarecie, chrzest w Jordanie, wyjęcie z wody Mojżesza, usłyszenie „głosu” przez Abrahama, etc.), potem dołączają doń nowi uczniowie, werbowani z różnych środowisk. Jezus po czterdziestu dniach postu na pustyni pojawił się nad brzegiem Jordanu, aby zaraz po uroczystym chrzcie rozpocząć trzyletni okres działalności publicznej.

Potem następuje stopniowy rozwój nauki, początkowo tylko ustnej, z czasem, ale późno zostaje zapisana (proto-ewangelia, cztery ewangelie, apokryfy, etc.) i dzięki drukowi, a wcześniej dzięki kopistom, jest rozpowszechniana na całym świecie. Przywódca zostaje zabity „w ofierze”, znika, zostaje „wzięty do nieba”, albo gdzieś ginie – koniec życia przywódcy nowej religii nie może być taki, jak zwykłych śmiertelników – śmierć naturalna, pogrzeb, kult pośmiertny, etc. Musi być niecodzienny, spowity tajemnicą, atmosferą uroczystego doświadczania sacrum, z pewną domieszką sensacji, miraculów czy znaków z nieba.

Potem doktryna się intensywnie rozwija, rozbudowuje, dołączają stale nowe elementy, nowe koncepcje, które w sposób kumulatywny wznoszą gmach nowej wiary, więc powstają z konieczności kościoły albo szkoły (w przypadku filozofii), rzesze nowych wyznawców składają się na potężne dzieła religijne, rośnie w siłę hierarchia kościelna, bogaci się duchowieństwo i religia w miarę dekad i stuleci zaczyna się rytualizować, automatyzować, kostnieć w literze i prawie, zanika entuzjazm, pierwotne emocje i następuje kryzys.

Wtedy pojawia się nowy, charyzmatyczny Reformator (np. Luter), który próbuje zawrócić religię ku źródłom (ad fontes), i częściowo początkowo mu się to udaje, z czasem jednak z upływem stuleci i jego odłam kostnieje, zamiera. Potem następuje próba reformy wewnętrznej – religia sama od środka próbuje się zreformować (sobór trydencki, kontrreformacja, powrót do tomizmu w XIX wieku, antymodernizm, etc.) i znowu początkowo częściowo się to udaje. Proces korozji jednak trwa nadal, więc występują z kolei teologowie, uczeni i radzą wrócić do jakiejś wielkiej tradycji intelektualnej (Augustyn, Tomasz z Akwinu), albo w stronę uproszczenia wiary i bezpośredniości Boga (devotio moderna, Franciszek, kult miłosierdzia Faustyny, „ruch czystych serc” obecnie, etc.), w stronę próby nawiązania relacji mistycznej z Bóstwem. Znowu następuje częściowy zapał, entuzjazm, który jednakże niepodparty teologicznie wyczerpuje się w pustych gestach, sposobie mówienia, zmiany stylu bycia. Jednocześnie z tym wszystkim następuje dalsze rozbudowywanie doktryny, co częściowo spływa pod strzechy, trafia do ludu, ewoluuje i nadal mutuje.

Wreszcie nadchodzi nieuchronna laicyzacja, zeświecczenie i ostatnia próba ratowania religii, ale wierni masowo odchodzą, wychodzą na jaw winy i zbrodnie z przeszłości, dokonuje się sąd nad religią, pojawia się „prawda” i oczekiwanie na „koniec świata”, jednak jest to tylko koniec danej religii. I ostatnim etapem jest agonia i śmierć religii, po czym jest etap muzealizacji – świątynie tracą tradycyjne przeznaczenie, zaczynają się stawać muzeami, salami koncertowymi czy galeriami wystawowymi. Aż do pojawienia się kolejnego „mesjasza”…

Podobny proces ma miejsce w umyśle jednostki, u której diagnozuje się chorobę umysłową i która cierpi na coraz bardziej rozbudowane urojenia, których nikt i nic nie jest w stanie zbić. Psychiatrzy dobrze wiedzą, jak podstępne mogą być zaburzenia umysłowe u chorego człowieka.

Początkowo wyznaje on jedno urojenie, na przykład, że jest prześladowany przez wrogów, potem do tego dochodzą kolejne urojenia, a na końcu wszystko razem się wzmacnia, tak, że nie sposób racjonalnie dyskutować z pacjentem. Podobnie jest z katolikami w Polsce – jakakolwiek próba dyskusji spala na panewce, od razu przyjmują oni postawy obronne, zamykają się w sobie i to ci wysoko postawieni, którzy teoretycznie powinni w czasie wielu lat studiów teologicznych (i filozoficznych) nabyć jakiejś ogłady oraz pewnej choćby kultury intelektualnej.

Początkowo tedy jedno jakieś urojenie, że „gender to wróg”, rozbudowuje się i dochodzą kolejni „wrogowie”, a na końcu tej obłędnej drogi jest system wzajemnie się wzmacniających sądów urojeniowych, których żadne logiczne i racjonalne argumenty nie są w stanie zbić. Tak zamyka się wreszcie w swoistym religijnym autyzmie Kościół, przestaje wymieniać myśli i idee z „wrogim” światem, buduje „oblężoną twierdzę”, której rzekomo należy bronić, oczywiście najlepiej łożąc duże środki finansowe na kolejne kampanie plakatowe czy pełne błędów, nawet teologicznych wydawnictwa katolickie i tak dalej.

Kościół zawsze miał na pieńku ze światem, ale ten trend się umacnia i rozbudowuje, tak, że powoli ludzie Kościoła tracą kontakt z rzeczywistością. I tak religia, która wyrosła z jakiegoś może nawet autentycznego pradoświadczenia egzystencjalnego, zmienia się z upływem wieków w swoją karykaturę, która nie wiedzieć już, czy jest komiczna, czy tragiczna. Ale procesy społeczne wyrównają i to – na miejsce obecnej umierającej pewnego typu „wiary” wyrośnie coś nowego. Ale, aby dowiedzieć się, czym ma być to „coś” trzeba cierpliwie poczekać…

Rafał Sulikowski