Prokuratura ściga Manowską: Historyczny wniosek o uchylenie immunitetu prezes SN
Sprawa Małgorzaty Manowskiej to jeden z najgłośniejszych tematów dnia w polskich mediach. Jej konsekwencje mogą być dalekosiężne – nie tylko dla samej Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego, ale też dla architektury polskiego wymiaru sprawiedliwości.
16 lipca 2025 roku Prokuratura Krajowa złożyła dwa formalne wnioski o uchylenie immunitetu Manowskiej – jako Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego oraz Przewodniczącej Trybunału Stanu. To efekt śledztwa wszczętego we wrześniu 2024 roku, po zawiadomieniach złożonych m.in. przez członków Trybunału Stanu i pełnomocników sędziego Pawła Juszczyszyna.
Wnioski skierowano równolegle do dwóch organów – Izby Odpowiedzialności Zawodowej Sądu Najwyższego oraz do Trybunału Stanu. Ten drugi to specjalny organ konstytucyjny, który może sądzić osoby pełniące najwyższe funkcje w państwie. Manowska jako sędzia i przewodnicząca Trybunału korzysta z tzw. podwójnego immunitetu, który chroni ją przed pociągnięciem do odpowiedzialności bez zgody obu instytucji.
To pierwszy przypadek w historii III RP, gdy prokuratura wnioskuje o uchylenie immunitetu urzędującej Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego.
Zarzuty wobec Manowskiej
Prokuratura zamierza postawić Małgorzacie Manowskiej trzy zarzuty o charakterze urzędniczym. Pierwszy dotyczy przekroczenia uprawnień – jako przewodnicząca Kolegium SN miała uznać za ważne 24 uchwały podjęte między październikiem 2021 a lipcem 2022 roku, mimo że nie było kworum. Milczenie części członków Kolegium potraktowano jako „wstrzymanie się od głosu”, co umożliwiło przyjęcie uchwał.
Drugi zarzut odnosi się do niedopełnienia obowiązków – Manowska nie zwołała posiedzenia pełnego składu Trybunału Stanu, mimo że 20 marca 2024 roku sześciu jego członków złożyło formalny wniosek. Posiedzenie nie odbyło się w ustawowym terminie 45 dni.
Trzeci zarzut dotyczy niewykonania prawomocnego orzeczenia. Chodzi o brak publikacji na stronie SN informacji o wstrzymaniu zawieszenia sędziego Pawła Juszczyszyna, do czego obligowało Manowską postanowienie Sądu Okręgowego w Olsztynie. Według prokuratury działania te nie były przypadkowe – stanowiły świadome decyzje administracyjne.
Procedura uchylenia immunitetu
Małgorzata Manowska objęta jest podwójnym immunitetem – jako sędzia SN oraz przewodnicząca Trybunału Stanu. W związku z tym konieczne było złożenie dwóch osobnych wniosków. Dopiero pozytywne decyzje obu instytucji umożliwią formalne postawienie zarzutów.
Rzecznik Prokuratury Krajowej, Przemysław Nowak, podkreślił, że decyzję o złożeniu wniosków podjęto dopiero po zakończeniu przez SN badania ważności wyborów parlamentarnych, by uniknąć zarzutów o wpływ na proces demokratyczny. Samo śledztwo trwa od września 2024 roku i opiera się na zawiadomieniach obywatelskich oraz instytucjonalnych.
Kontekst ustrojowy
Małgorzata Manowska została powołana na stanowisko I prezes Sądu Najwyższego przez prezydenta Andrzeja Dudę w maju 2020 roku. Wcześniej, w 2007 roku, pełniła funkcję podsekretarza stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, gdy resortem kierował Zbigniew Ziobro. W ostatnich latach jej nazwisko wiązano głównie z kontrowersyjną reformą sądownictwa wdrażaną przez środowisko ministra sprawiedliwości.
Choć jej kadencja kończy się dopiero w 2026 roku, od miesięcy pojawiały się głosy krytyczne – zarówno ze strony środowisk sędziowskich, jak i organizacji pozarządowych oraz instytucji europejskich. Obecne wnioski mogą otworzyć drogę do przełamania dotychczasowej nietykalności najwyższych funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości.
Głos w dyskusji
Sprawa natychmiast wywołała silne reakcje. Minister sprawiedliwości Adam Bodnar zapewnił, że działania prokuratury są efektem konkretnych zawiadomień, a nie elementem gry politycznej. Zupełnie innego zdania jest rzecznik SN prof. Aleksander Stępkowski, który określił działania śledczych jako próbę destabilizacji sądownictwa.
W obronie Manowskiej wystąpiło stowarzyszenie „Prawnicy dla Polski”, nazywając sprawę „aktem politycznego terroru”. Z kolei sędzia Dorota Zabłudowska z Iustitii stwierdziła, że „sprawa Manowskiej pokazuje, jak daleko zaszły nadużycia wewnątrz Sądu Najwyższego – nie tylko prawne, ale i etyczne”.
Helsińska Fundacja Praw Człowieka wezwała w oświadczeniu do „pełnej przejrzystości procedur” i unikania nacisków politycznych na sędziów rozpatrujących sprawę.
Co dalej?
Oba wnioski – do SN i do Trybunału Stanu – muszą zostać formalnie rozpoznane. Choć procedury nie mają ustawowych terminów, presja opinii publicznej może przyspieszyć decyzje. Jeśli oba organy wyrażą zgodę, prokuratura będzie mogła oficjalnie postawić zarzuty.
W szerszym wymiarze sprawa ta może wyznaczyć nowy standard odpowiedzialności konstytucyjnej i urzędniczej. To również test dla instytucji sądowych – czy są w stanie rozliczać własne środowisko, gdy stawką są nie tylko przepisy, ale zaufanie publiczne.
DF, thefad.pl
Ułaskawienie Bąkiewicza: Duda rozgrzewa Polskę do czerwoności na finiszu kadencji
15 lipca 2025, Warszawa – Andrzej Duda, na kilka tygodni przed końcem drugiej kadencji, podpisał akt łaski wobec Roberta Bąkiewicza – nacjonalistycznego aktywisty i byłego lidera Marszu Niepodległości. Ułaskawienie dotyczy wyłącznie darowania kary ograniczenia wolności w postaci prac społecznych. Pozostałe elementy wyroku – w tym 10 tys. zł nawiązki oraz obowiązek ogłoszenia wyroku – pozostają w mocy. Decyzja wywołała falę oburzenia, ostrą krytykę polityczną i emocjonalne reakcje opinii publicznej.
Skazanie i przebieg sprawy
Bąkiewicz został prawomocnie skazany w listopadzie 2023 roku za naruszenie nietykalności cielesnej Katarzyny Augustynek, znanej jako „Babcia Kasia”, podczas demonstracji Strajku Kobiet w 2020 roku. Wyrok obejmował m.in. rok ograniczenia wolności, grzywnę oraz koszty postępowania. Do chwili ułaskawienia żadna z kar nie została wykonana.
Decyzję o ułaskawieniu Duda podpisał 11 lipca, co potwierdziła rzeczniczka Prokuratora Generalnego, Anna Adamiak. Kancelaria Prezydenta uzasadniła ją „pozytywną opinią środowiskową” i „ustabilizowanym trybem życia”. Nie ujawniono jednak żadnych szczegółów postępowania, zasłaniając się jego niejawnością.
Krytyka, gniew, oskarżenia
Premier Donald Tusk napisał wprost: „Jest to polityczny sygnał, że ta ekipa, razem z Nawrockim, Kaczyńskim i Braunem, nie cofnie się przed niczym, byle odzyskać władzę.”
Ułaskawienie Bąkiewicza przez prezydenta Dudę jest nie tylko skandalem w ludzkim, moralnym wymiarze. Jest też politycznym sygnałem, że cała ta ekipa, razem z Nawrockim, Kaczyńskim i Braunem nie cofnie się przed niczym, byle odzyskać władzę. Czas, aby wszyscy to zrozumieli.
— Donald Tusk (@donaldtusk) July 15, 2025
Agnieszka Dziemianowicz-Bąk (Lewica) mówiła o „zacieśnianiu więzi patoprawicy z PiS” i sugerowała inspirację Jarosławem Kaczyńskim. Adam Bodnar, Prokurator Generalny, ocenił, że prezydent „podważył społeczne poczucie sprawiedliwości”. „Prezydent RP ma konstytucyjne prawo łaski i należy je respektować.” – napisał Bodnar – „Uważam jednak, że ułaskawienie R. Bąkiewicza, winnego dokonania bulwersującego przestępstwa – co stwierdziły sądy obu instancji – godzi w społeczne poczucie sprawiedliwości. Zwłaszcza na tle czynów i wypowiedzi skazanego, które obserwujemy także w ostatnich dniach. Jest to kolejny gest Prezydenta pokazujący jego prawdziwą twarz jako osoby, która zamiast stać na straży Konstytucji RP, regularnie podważa jej podstawowe wartości. Szkoda tylko wielomiesięcznej pracy i zaangażowania prokuratorów i sędziów, którzy doprowadzili do udowodnienia winy i w efekcie – skazania R. Bąkiewicza.” – dodał
Prezydent RP ma konstytucyjne prawo łaski i należy je respektować.
— Adam Bodnar (@Adbodnar) July 15, 2025
Uważam jednak, że ułaskawienie R. Bąkiewicza, winnego dokonania bulwersującego przestępstwa – co stwierdziły sądy obu instancji – godzi w społeczne poczucie sprawiedliwości. Zwłaszcza na tle czynów i wypowiedzi…
Równie ostro wypowiadali się inni politycy i komentatorzy. Gen. Stanisław Koziej w rozmowie z Polsat News ocenił, że prezydent „skompromitował instytucję prawa łaski, używając jej do celów politycznych”. Joanna Scheuring-Wielgus w wypowiedzi dla Radia ZET nazwała Roberta Bąkiewicza „kryminalistą zrzucającym kobiety ze schodów”, a Maciej Konieczny (Razem) w rozmowie z OKO.press określił ułaskawienie jako „symbol partyjniactwa i wstydu”.
Z kolei sam Bąkiewicz przedstawił się jako ofiara politycznych sądów, dziękując prezydentowi za „obronę ładu i zasad”. Jego zwolennicy w mediach społecznościowych mówili o „politycznych prześladowaniach”, przeciwnicy – o „haniebnym końcu marnej prezydentury”.
Kontekst polityczny i publiczny wydźwięk
Ułaskawienie wpisuje się w ciąg kontrowersyjnych gestów prezydenta Dudy podjętych w ostatnich miesiącach urzędowania – takich jak ułaskawienie Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika. W ocenie komentatorów to próba mobilizacji radykalnego elektoratu prawicy i polityczny hołd złożony najbardziej radykalnym środowiskom.
Brak przejrzystości postępowania, brak skruchy ze strony Bąkiewicza, a także rażący charakter przestępstwa (przemoc wobec starszej kobiety podczas manifestacji) sprawiają, że sprawa ta rezonuje wyjątkowo silnie, także poza tradycyjnymi podziałami partyjnymi.
Polaryzacja i konsekwencje
Ułaskawienie Roberta Bąkiewicza staje się symbolem upolitycznienia prawa łaski i jego oderwania od idei sprawiedliwości. Krytycy mówią o końcu autorytetu prezydentury jako instytucji, która miała stać na straży porządku konstytucyjnego.
Dla części opinii publicznej to kolejny dowód na instrumentalne traktowanie prawa – i na to, że dla ludzi bliskich władzy obowiązują inne standardy. Dla zwolenników – gest odwagi wobec „politycznego polowania na patriotów”.
Decyzja prezydenta nie kończy tej sprawy. Ułaskawienie Bąkiewicza już teraz kształtuje polityczny pejzaż – będzie powracać w debatach publicznych, kampaniach wyborczych i analizach przyszłości instytucji prezydentury w Polsce.
DF, thefad.pl / Źródło: PAP, Onet, Polsat News
Rosjanie stworzyli supernarzędzie do inwigilacji?
W mediach społecznościowych zaczęły krążyć doniesienia, że moskiewska firma technologiczna NtechLab opracowała system AI zdolny do rozpoznawania twarzy w masce, a nawet identyfikowania osoby po sześciu dekadach – wyłącznie na podstawie zdjęcia z dzieciństwa. Brzmi jak science fiction? A może to realne zagrożenie? Sprawdzamy.
Prawda i mit o technologii NtechLab
NtechLab to jedna z najbardziej rozpoznawalnych firm zajmujących się rozpoznawaniem twarzy. Ich flagowa technologia – FindFace – pzdobyła rozgłos nie tylko w Rosji, ale też na całym świecie. Testy amerykańskiego instytutu NIST wskazywały, że algorytmy NtechLab należą do najdokładniejszych na świecie.
Rosyjska firma dostarcza rozwiązania dla systemów bezpieczeństwa publicznego, zwłaszcza w Moskwie, gdzie monitoring miejski i system Face Pay w metrze opierają się na jej technologiach. AI analizuje rysy twarzy, wykrywa obecność masek, ocenia wiek i emocje. W niektórych wdrożeniach system potrafi rozpoznać osobę nawet wtedy, gdy część twarzy – np. nos i usta – jest zakryta. To już samo w sobie budzi pytania o prywatność. Ale identyfikacja twarzy po kilku dekadach? To już zupełnie inna skala wyzwania.
Od dziecięcego zdjęcia do identyfikacji
Twierdzenie, że NtechLab potrafi rozpoznać dorosłego człowieka na podstawie zdjęcia z dzieciństwa, nie ma obecnie żadnego potwierdzenia w wiarygodnych źródłach. Żadna publikacja naukowa, raport branżowy ani renomowane medium – takie jak BBC, Reuters czy The New York Times – nie wskazuje, by firma rzeczywiście dysponowała taką technologią.
Rozpoznawanie twarzy po dekadach to jeden z największych nierozwiązanych problemów w dziedzinie biometrii. Do tego potrzebne byłyby algorytmy potrafiące realistycznie przewidzieć, jak twarz zmienia się przez dziesięciolecia – uwzględniających nie tylko uwarunkowania genetyczne, ale też styl życia, choroby, ekspozycję na słońce, przyrost lub utratę wagi. Nawet algorytmy używane przez służby specjalne opierają się na uproszczonych symulacjach i zdjęciach pośrednich – nie na bezpośrednim dopasowaniu dziecięcej twarzy do osoby dorosłej.
Systemy takie jak FaceAge czy niektóre sieci GAN potrafią oszacować wiek lub stworzyć prawdopodobną symulację tego, jak ktoś będzie wyglądał za kilka dekad. Ale to nadal nie jest narzędzie do pewnej identyfikacji tożsamości po 60 latach.
Co mówią źródła?
W najnowszych doniesieniach (lipiec 2025) NtechLab testuje systemy rozpoznawania twarzy na rosyjskich lotniskach. Celem jest analiza monitoringu w czasie rzeczywistym, integracja z bazami danych i wykrywanie podejrzanych zachowań. Nie wiadomo jednak, czy technologia obejmuje analizę osób w maskach czy modelowanie procesu starzenia.
Prawdopodobne jest, że sensacyjne doniesienia pochodzą z niezweryfikowanych przekazów medialnych, błędnie zinterpretowanych prezentacji technologicznych albo celowego PR-u. W dobie dezinformacji – również technologicznej – tego typu historie rozprzestrzeniają się błyskawicznie.
Granica technologii i prywatności
Równie ważna jak zdolność systemu, jest jego etyka. NtechLab znajduje się na listach sankcyjnych UE i USA. Zarzuca się firmie współpracę z rosyjskimi służbami i wspieranie państwowego systemu inwigilacji obywateli, w tym przeciwników politycznych i uczestników protestów. Organizacje broniące praw człowieka – jak Roskomsvoboda – od lat alarmują, że technologia ta wymyka się spod demokratycznej kontroli.
Zdolność rozpoznawania twarzy po dziesięcioleciach mogłaby zrewolucjonizować kryminalistykę i systemy bezpieczeństwa. Ale w niewłaściwych rękach łatwo zmieni się w narzędzie masowej kontroli.
Współczesna mitologia AI
Nie ma dziś dowodów na to, że NtechLab potrafi rozpoznać człowieka po kilku dekadach na podstawie zdjęcia z dzieciństwa. Nie ma też żadnych dowodów na to, że system potrafi skutecznie identyfikować twarze całkowicie zasłonięte. Technologia ta jest niewątpliwie zaawansowana – ale część przypisywanych jej możliwości należy raczej do sfery cyfrowych mitów niż naukowej rzeczywistości.
Być może pewnego dnia stanie się to możliwe. Ale zanim uwierzymy w każdą rewelację o rosyjskiej superinteligencji, lepiej zastanowić się, kto na tym zyskuje – i komu to ma służyć.
DF, thefad.pl / Źródło: media
Adam Mazguła: Wstydliwe geny Polaków. Dlaczego PiS tak skutecznie trafia do wyborców?

Adam Mazguła
Dlaczego poparcie dla PiS nie spada, mimo oczywistego posługiwania się kłamstwami i oszustwami, skoków na publiczną kasę i bezkarności bohaterów afer? Czy to możliwe, że rodzimi złodzieje popierają PiS i czekają cierpliwie na swoją kolej? Umiemy szczuć, kombinować, walczyć na wyolbrzymiane zasługi – a nie poprzez prawdę i przyzwoitość. Walka z PiS-em wymaga świeżego spojrzenia na polskich obywateli i na ich reprezentację. Dziś walczy się liderami wodzowskich partii. Dlatego to oni układają listy wyborcze tak, aby ich wierni i mierni, nic nierozumiejący cisi zwolennicy wspierali ich siłę sprawczą. Liderzy potrzebują niedyskutujących żołnierzy – a nie mądrych reprezentantów narodu.
Przebywając w publicznej stołówce, wspomniałem przy stole o usłyszanej antyinformacji propagandowej PiS o złodziejach z PO. Pani siedząca z boku obruszyła się, inna zaczęła kręcić głową. Potem usłyszałem długi monolog walecznych starszych osób, z którego wynikało, że na szczęście jest PiS, bo to okropne „Żydostwo”, niemieckie cwaniarki… To PO okradło Polaków na potęgę, a teraz to przynajmniej my, „prawdziwi Polacy”. Następnie usłyszałem, że ona też by kradła, jakby była przy władzy, ale nie dla siebie, tylko dla swoich dzieci. Ona jest cierpliwa, bo przyjdzie i na nią kolej, że: „Jeszcze sobie nakradnie”.
Wiele razy zastanawiałem się, dlaczego poparcie dla PiS-u nie spada, mimo oczywistego posługiwania się kłamstwami i oszustwami, skoków na publiczną kasę, wszechobecną drożyznę i bezkarność bohaterów afer? Czy znalazłem odpowiedź w ustach tej pani, że rodzimi złodzieje popierają PiS i czekają cierpliwie na swoją kolej? Czy to możliwe, że jest ich tak wielu?
Poniżani Polacy od wieków uczyli się kraść. Kradli podczas zaborów, bo zaborcę okradać to obowiązek patrioty. Kradli po odzyskaniu niepodległości, bo trzeba było jakoś przeżyć. Uczyli się kombinować i kraść podczas okupacji, bo trzeba było utrzymać się przy życiu. Podobnie było po wojnie w zrujnowanej Polsce. W czasach PRL nasi rodacy wydawali więcej, niż zarabiali, bo wzmacniali się tym, co przynieśli z zakładu pracy czy PGR-u.
Czasy Solidarności też nauczyły ludzi, że dobrze było tylko tym, którzy byli głośnymi bohaterami przemian i załapali się do władzy. Pozostali czekali, aby przyszła na nich pora. Czy każdy Polak czeka na swój skok na kasę?
Całe pokolenia żyły z okradania państwa. Nauczyliśmy się więc kombinować, eliminować konkurencję do władzy poprzez donosicielstwo płynące z zazdrości. Umiemy szczuć, walczyć na wyolbrzymiane zasługi, a nie poprzez prawdę i przyzwoitość. Opowiadanie o zasługach, chwalenie się, stało się w Polsce cechą człowieka sukcesu, a ciągła promocja – niezbędna, aby nikt i pod tym względem nie wyprzedził „prawdziwego Polaka”.
Przykładem takiego patologicznego człowieka, który odpowiada całemu zapotrzebowaniu na kłamstwo, złodziejstwo zuchwałe i promocję swojej osoby, jest Mateusz Morawiecki. Nie bez powodu Kaczyński zrobił go przedstawicielem tego parafialnego polskiego grajdołka.
Dlatego PiS nie ściga korupcji i złodziejstwa, szczególnie wśród swoich, bo to jest ich system zdobywania fortun i każdy z nich powinien zdążyć z niego skorzystać. Obecnie PO też boi się rozliczeń i niepokojów społecznych, gdy złodziejski gen Polaków zostanie zatrzymany. Co wtedy z tymi, co czekają na swoją szansę?
Tymczasem media ujawniają, że sam najwyższy prezes jest pod tym samym wpływem zarazy oszustwa i złodziejstwa. To wielka tajemnica PiS-u, że każdy członek partii, a szczególnie ci, którzy pełnią wysokie funkcje z rekomendacji partii, opłacają wysokie składki specjalne na prezesa, któremu się przede wszystkim należy.No cóż, „prawdziwy Polak!”
Nie wiadomo jednak, gdzie prezes inwestuje te miliardy. Kiedyś się pewnie dowiemy – jak o złotej wyspie Putina, który oficjalnie ma tylko starego Moskwicza. Dopóki nie wygasną wpływy PiS, zawsze znajdzie on dostateczną liczbę takich parafialnych rodaków, których geny złodzieja i kariery za wszelką cenę będą prowadzić do urn wyborczych. Nie kultura osobista, merytoryczna znajomość rzeczy i uczciwość, a złodziejska szansa.
Pewnie znajdzie się jeszcze kilka powodów, dla których Polacy tak licznie popierają PiS, ale opisana sytuacja z pewnością ma swoje znaczenie.
Myśląc o zwycięstwie nad tymi wstydliwymi genami Polaków, musimy mieć świadomość potrzeby nie tylko wygrania ze złem, ale też oczyszczenia społeczeństwa z cech zuchwałych oszustw, prostytucji politycznej, złodziejstwa, z którego zyski się należą, oraz z zajmowania wysokich stanowisk bez odpowiedzialności. Ten proces potrzebuje swoich wzorców, czasu i determinacji pokoleń.
Dzisiaj dokładnie widać, kto ma rację i kto zmierza w dobrym kierunku. Trzeba rozumieć, że w wyborach nie chodzi o to, kto jest uzbrojony w lepszy program, kto bardziej myśli o przyszłości, a nie o średniowiecznej roli wiary… Chodzi o to, kto trafia do serca wyborców, kto ratuje ich przed strachem, zemstą Boga, rewolucją techniczną i cybernetyczną. Nie chcą – jak to jest ze starszymi ludźmi – przenosić się na nowe miejsce życia, bo takimi są zmiany cywilizacyjne. Stają więc w obronie tego, co mają, kogo znają, kto im może coś załatwić i boi się tak jak oni. Mają swoje znaczenie i te swojskie, i historycznie ukształtowane wstydliwe geny Polaków, zawsze gotowych do spisków, korupcji, złodziejstwa i oszustwa.
Czy może zatem dziwić to, że podoba im się oszukujący po polsku były premier, prezes „stary pierdoła”, czy przykładnie klęczący prezydent – jeśli dają kasę i swojski „chleb narodowy”, oraz popiera ich proboszcz?
Kluczem do przyszłości jest świadomość społeczna. Budzi się młodzież i oskarża naszą historię, chociaż jej zupełnie nie zna, oskarża wszystkich i idzie w nacjonalizm. Będą walczyć ze wszystkimi, bo oni chcą dawno nieprzelewanej w Polsce krwi. Ludzie starsi umierają szczególnie szybko, bo mają problemy, aby skorzystać z porady lekarza. To ich nie przeraża, bo wiedzą, że są starzy i w tym wieku zawsze coś boli. Większą jednak troską napawa ich myśl, czy zdążą zasłużyć się Bogu, którego biskupi zapisali do PiS-u, a na wsi jest tylko cmentarz zarządzany przez księdza.
Nie rozumieją tego wyzwania partie polityczne, które są zbudowane najczęściej ze zmanierowanych działaczy, leniwych i uważających siebie za zasłużonych dla społeczeństwa, zamkniętych na cywilizacyjne zmiany i nowych członków. Oni również nie chcą zmian i nowych kandydatów do przejęcia ich przywilejów. Nie chce im się też pracować, bo i tak na listy wyborcze wpisze ich lider, któremu należy się wazelina, a nie praca. Dlatego w partiach brakuje autentycznych działaczy, ludzi z różnych środowisk, o różnym doświadczeniu i wykształceniu, którzy swoją inicjatywą i zaangażowaniem, a nie miejscem na liście wyborczej, będą czytać ludzkie pragnienia i je kształtować poprzez świadomość.
Rafał Trzaskowski nie wygrał z Dudą przez oszustwa PiS-u, ale i dlatego, że poparły go inne partie polityczne tylko formalnie, bez entuzjazmu oraz zaangażowania działaczy. Rafała przede wszystkim poparli ludzie świadomi. Stanęli za nim autentyczni działacze opozycji ulicznej, KOD-u, dziewuch Strajku Kobiet, Obywatele RP, prawnicy, lekarze, nauczyciele, samorządowcy, naukowcy, artyści… Tymczasem nawet PO było podzielone entuzjazmem.
Dzisiaj nasz rząd uczy, że wybory też można w Polsce fałszować – i to bezkarnie. To kolejny wzorzec ogłupionego Polaka.
Walka z PiS-em wymaga świeżego spojrzenia na polskich obywateli i na ich reprezentację. Dzisiaj walczy się liderami wodzowskich partii. Dlatego to oni układają listy wyborcze tak, aby ich wierni i mierni, nic nierozumiejący cisi zwolennicy wspierali ich siłę sprawczą. Liderzy potrzebują więc niedyskutujących żołnierzy, a nie mądrych reprezentantów narodu – w tym takich, którzy będą reprezentować ten strach przed zmieniającym się życiem.
Dla partii politycznych musimy poszukiwać nowego spojrzenia. Oprócz wielkich celów ideologicznych, wzniosłych inicjatyw, których boi się część społeczeństwa, partie muszą być bardziej obywatelskie, wyluzowane, otwarte i aktywne – szczególnie poza czasem wyborów.
Muszą zapewnić bezpieczeństwo Polakom – nawet tym, najbardziej zagrożonym rozwojem cywilizacji, bojących się zmian komputerowych, internetowych i słów, których nie rozumieją. Jeśli prości ludzie poczują się bezpieczni, poszukają nowych bohaterów, idoli ich życia. Zawrócenia Kościoła z drogi podłości politycznej. W tej atmosferze rozliczyć zdrajców, kłamców i złodziei.
Pamiętamy obietnicę Donalda Tuska: zwyciężymy, rozliczymy, naprawimy szkody i pojednamy.
Wciąż jednak tylko czekamy. Nie wiem, czy na naprawę Rzeczypospolitej, czy na powrót partii wstydliwych genów, strachu i korupcji. Partii wersji nazizmu agresywnego, rasizmu, walki z kulturą, cywilizacją, z prawdą, ze spokojem społecznym, z prawem dla wszystkich – ale zawsze z fundamentalizmem religijnym, bezkarnością i złodziejstwem zuchwałym.
Adam Mazguła
Krzysztof Skiba: Nie podobają mi się te ataki na Bąkiewicza. Facet robi dobrą robotę

Krzysztof Skiba
Nie podobają mi się te wściekłe ataki na Roberta Bąkiewicza. Facet robi naprawdę dobrą robotę. Zawsze otoczony jest grupą młodych, silnych mężczyzn. Gdy zbiorowo przychodzą do kościoła, wielu księży nie może potem zasnąć. Także starsi politycy PiS na widok oddziałów Roberta mają wzwody, co jest powodem ich małych, ale zawsze pięknych chwil i drobnych życiowych radości. Ma długi, nie płacił pracownikom, ZUS-owi ani fiskusowi, ale za to ma coś znacznie cenniejszego – lojalność swoich osiłków i zdolność do wywoływania zadym
Nie podobają mi się te wściekłe ataki na Roberta Bąkiewicza. Facet robi naprawdę dobrą robotę.
Zawsze otoczony jest grupą młodych, silnych mężczyzn. Gdy zbiorowo przychodzą do kościoła, wielu księży nie może potem zasnąć. Mają mokre sny i krew im szybciej krąży, co w wypadku księży seniorów jest niezwykle wskazane.
Także starsi politycy PiS (w tym sam Prezes) na widok oddziałów Roberta mają wzwody, co jest powodem ich małych, ale zawsze pięknych chwil i drobnych życiowych radości, gdyż te narzędzia przez lata były już w uśpieniu i nawet, zdaniem najlepszych specjalistów, uznawane za martwe lub w stanie spoczynku.
Chłopaki od Bąkiewicza nakręcają także gospodarkę. Tureckie bary z kebabami oraz sklepy monopolowe mają dzięki nim zwiększone obroty.
Czy tak trudno zrozumieć, że Robert jest klasycznym polskim patriotą?
Prowadził firmę budowlaną i mimo że nie płacił pracownikom, miał zaległe podatki i zalegał z ZUS-em, to dorobił się pięknych milionowych długów. Wzorem innych wielkich patriotów przepisał wszystko na żonę i córkę, po czym się rozwiódł, by banki nie mogły niczego mu zabrać.
Zarzuca mu się, że jest chuliganem i został wpuszczony do Sejmu. Co prawda tylko jako gość, bo posłem – mimo wysiłków osiłków – nie został.
A kogo wybraliście na prezydenta? A kto wpuścił do Sejmu Mejzę, który okradał niepełnosprawnych?
Przy nich Bąkiewicz, który pobił i popchnął dziewczynę na schodach, obrażał powstańców warszawskich oraz zdewastował napisami kamienicę w Warszawie, to prawdziwy gołąbek pokoju.
A już te żarty z nazwiska są po prostu niedopuszczalne. Ileż można się śmiać z dowcipu, że Prezes ma najdroższe pierdy w Warszawie, bo puszcza sobie co jakiś czas Bąkiewicza.
Dzięki zadymom Roberta społeczeństwo zapomniało już o aferach finansowych PiS. Wszyscy wiedzą, że Ruch Obrony Granic służy do wywoływania sztucznych zagrożeń, po to, by zbudować profesjonalną zasłonę dymną nad prawdziwymi zagrożeniami płynącymi ze strony Rosji.
Tak, Robert to prawdziwy patriota. Sporo kosztuje, ale ci, którym zależy, by w Polsce był chaos, zamieszanie, sztuczny strach, nigdy nie żałowali pieniędzy.
Krzysztof Skiba
Iga Świątek wygrywa Wimbledon 2025. Historyczny finał bez straty gema
Iga Świątek jako pierwsza polska tenisistka w historii triumfowała w wielkoszlemowym Wimbledonie. W finale rozegranym 12 lipca 2025 roku na trawiastych kortach All England Club w Londynie pokonała Amerykankę Amandę Anisimovą 6:0, 6:0. To szósty tytuł wielkoszlemowy w karierze 24-letniej zawodniczki z Raszyna.
The Venus Rosewater Dish is all yours, @iga_swiatek 🏆#Wimbledon pic.twitter.com/b1iowvAckY
— Wimbledon (@Wimbledon) July 12, 2025
Finał bez precedensu
Sobotni mecz trwał zaledwie 57 minut. Świątek od pierwszych piłek dominowała na korcie centralnym, nie pozwalając rywalce na zdobycie ani jednego gema. Taki wynik w finale Wimbledonu kobiet zdarzył się po raz pierwszy od 1911 roku, kiedy Dorothea Lambert Chambers pokonała Dorę Boothby tym samym stosunkiem. W świecie nowożytnego tenisa był to dopiero drugi finał wielkoszlemowy zakończony wynikiem 6:0, 6:0 – poprzedni raz miało to miejsce w 1988 roku, gdy Steffi Graf rozbiła Nataszę Zwieriewą w finale French Open.
A #Wimbledon champion she will always be ♥️ pic.twitter.com/Imxu0e8iAA
— Wimbledon (@Wimbledon) July 12, 2025
Kompletna dominacja
Polka już w pierwszym gemie przełamała serwis Anisimovej. Kolejne gemy przebiegały pod pełną kontrolą Świątek, która wykorzystywała każdą słabość przeciwniczki. Statystyki pierwszego seta mówią same za siebie: Anisimova wygrała tylko 9 piłek. W drugiej partii obraz gry nie uległ zmianie. Świątek zachowała precyzję i intensywność, konsekwentnie powiększając przewagę.
A new Wimbledon champion is crowned 🇵🇱
— Wimbledon (@Wimbledon) July 12, 2025
Iga Swiatek defeats Amanda Anisimova 6-0, 6-0 to win the 2025 Ladies' Singles Trophy 🏆#Wimbledon pic.twitter.com/ZnznTxwO5A
Sukces o historycznym znaczeniu
Zwycięstwo w Londynie to pierwsza wygrana Świątek w Wimbledonie i szósty wielkoszlemowy tytuł w karierze. Wcześniej triumfowała czterokrotnie w Roland Garros (2020, 2022, 2023, 2024) oraz raz w US Open (2022). Co istotne, pozostaje niepokonana we wszystkich finałach turniejów wielkiego szlema, w których wystąpiła.
To również trzeci w historii polski triumf na kortach Wimbledonu. Wcześniej sukcesy odnieśli jedynie Łukasz Kubot (w deblu w 2017 roku) oraz Jan Zieliński (w mikscie w 2024 roku). W singlu kobiet Polki dwukrotnie przegrywały finały: Jadwiga Jędrzejowska w 1937 i Agnieszka Radwańska w 2012 roku.
Grass, mastered. 🏆
— Wimbledon (@Wimbledon) July 12, 2025
Iga Swiatek is Poland's first Wimbledon singles champion 🇵🇱 pic.twitter.com/5fsPpX4ANC
„Jeszcze nie wiem, ile to dla mnie znaczy. To marzenie było zbyt odległe”
„Jeszcze nie wiem, ile to dla mnie znaczy, bo to jest surrealistyczne. Nigdy nawet o tym nie marzyłam. To marzenie było zbyt odległe” – powiedziała Świątek tuż po meczu. „Z trenerem mieliśmy wzloty i upadki, ale pokazaliśmy, że to działa” – dodała.
Wzruszający był też moment, gdy zwróciła się do swojego ojca, Tomasza Świątka: „Dziękuję tacie, który zawsze mnie wspierał, zwłaszcza wtedy, gdy byłam zbyt młoda, by wszystko rozumieć”.
"I hope we're going to play many more finals here" 🤝
— Wimbledon (@Wimbledon) July 12, 2025
Nothing but class from Iga Swiatek as she congratulates 2025 runner-up Amanda Anisimova ♥️#Wimbledon pic.twitter.com/EsKv3XXoBD
Przegrana finalistka, Amanda Anisimova, nie kryła łez: „Dziękuję za ten mecz. Jesteś niesamowitą zawodniczką i inspirujesz mnie” – powiedziała podczas ceremonii dekoracji.
It wasn't the day Amanda Anisimova dreamed of, but she spoke with class and grace as she thanked her team and in particular her mum for being there 💚💜#Wimbledon pic.twitter.com/T2dUThqq1Q
— Wimbledon (@Wimbledon) July 12, 2025
Symboliczne zamknięcie kręgu
Dla Świątek to zwycięstwo ma wymiar szczególny. Jeszcze rok temu Wimbledon pozostawał jej najsłabszym wielkoszlemowym turniejem. Nigdy wcześniej nie przeszła tam dalej niż ćwierćfinał. W sezonie 2025 miała długą serię bez tytułów, a jej forma była szeroko komentowana. Tym bardziej zaskakująca okazała się jej forma w Londynie, gdzie od pierwszej rundy wygrywała mecze z rosnącą pewnością.
Zwycięstwo w najbardziej prestiżowym turnieju tenisowym świata symbolicznie dopełnia jej wielkoszlemowego portfolio i potwierdza pozycję jednej z najważniejszych postaci współczesnego tenisa.
The moment Iga Swiatek received the #Wimbledon trophy from The Princess of Wales 🏆 pic.twitter.com/Gvy9UCqzMK
— Wimbledon (@Wimbledon) July 12, 2025
The new #Wimbledon champion soaking in every single moment 🥹 pic.twitter.com/rV419BKHyH
— Wimbledon (@Wimbledon) July 12, 2025
DF, thefad.pl / Źródło: BBC – https://www.bbc.com/sport/tennis, Wimbledon.com – https://www.wimbledon.com, AP News – https://apnews.com
Iga Świątek w finale Wimbledonu 2025. Jak pokonała trawę i wróciła do formy
Mało kto spodziewał się, że najlepszy wynik Igi Świątek w Wielkim Szlemie 2025 roku przyjdzie właśnie w Londynie. A jednak – Polka dotarła do finału Wimbledonu, kwestionując własne ograniczenia, pokonując presję i odzyskując spokój, którego przez miesiące jej brakowało.
Chasing her place in Wimbledon history ✨#Wimbledon | @iga_swiatek pic.twitter.com/ApuSgY8iq4
— Wimbledon (@Wimbledon) July 10, 2025
Zaskoczenie? Dla niej też
Rozstawiona z numerem ósmym Świątek sama przyznaje, że dojście do finału na trawie ją zaskoczyło. Po czterech triumfach na kortach Rolanda Garrosa, gdzie zyskała miano „królowej mączki”, Wimbledon pozostawał jej największym wyzwaniem – mimo że to tam, jeszcze jako juniorka, wygrała swój pierwszy wielkoszlemowy tytuł w 2018 roku.
– Nie powiem, że nie wierzyłam, bo w pewnym sensie wierzyłam – ale sądziłam, że będę musiała zrobić znacznie więcej, by się tu znaleźć – przyznała.
Rok pełen zakrętów
Finał w Londynie to nie tylko sukces sportowy, ale również dowód na odporność psychiczną. Ostatnie dwanaście miesięcy było dla Świątek trudne. Od emocjonalnego załamania po półfinale igrzysk olimpijskich, przez nieudane występy na twardych kortach, aż po szokujące zawieszenie w listopadzie po wykryciu w jej organizmie niedozwolonej substancji – trimetazydyny.
Choć ITIA ostatecznie uznała, że incydent wynikał z zanieczyszczenia leku, niesmak pozostał. Sama Świątek mówiła później, że „jej życie zostało wywrócone do góry nogami”, a najtrudniejsze było odzyskanie spokoju i koncentracji.
Bad Homburg, czyli zwrot
Trawa nigdy nie była jej ulubioną nawierzchnią, ale to właśnie podczas turnieju w Bad Homburg – poprzedzającego Wimbledon – coś się zmieniło. W grze Polki pojawiła się płynność i lekkość, które zaskoczyły komentatorów. Była zawodniczka i analityczka Andrea Petković zwróciła uwagę na „świeżość” w jej stylu gry.
– Przez większość roku czuło się napięcie. W Bad Homburg to zniknęło. Nadal jest intensywna, ale wygląda na to, że daje sobie więcej swobody – i więcej wybacza.
Więcej czasu, mniej chaosu
Jedną z kluczowych zmian było inne podejście do przygotowań. Po French Open Świątek nie rzuciła się od razu w kolejne turnieje – jak rok wcześniej – lecz zaplanowała tydzień treningów na Majorce, a dopiero potem start w Niemczech.
– W tym roku miałam więcej czasu na trening. Skupiliśmy się na poruszaniu i pracy nóg przed uderzeniem – tłumaczyła.
Inną ważną zmianą była decyzja o zatrudnieniu nowego trenera. Z końcem 2024 roku Tomasza Wiktorowskiego zastąpił Belg Wim Fissette, który wcześniej pracował m.in. z Kim Clijsters i Naomi Osaką. Efekt? M.in. znacząca poprawa serwisu – na Wimbledonie Świątek wygrywała 78% punktów po pierwszym podaniu, co dało jej drugi najlepszy wynik w turnieju.
Sprzyjająca pogoda i… zmieniająca się trawa
W grze Świątek zawsze dominował topspinowy forhend – broń śmiercionośna na ziemi, znacznie mniej efektywna na trawie. Ale i tu natura przyszła jej z pomocą. Tegoroczny Wimbledon rozgrywany był w cieplejszych niż zwykle warunkach – co wpłynęło na charakter nawierzchni.
– Gdy temperatura przekracza 30 stopni, korty nie są już śliskie, piłka się zatrzymuje – gra jest wolniejsza – tłumaczyła Agnieszka Radwańska, finalistka Wimbledonu z 2012 roku. – Zawodniczki z mączki zaczynają czuć się jak w domu.
Wielki finał – niezależnie od wyniku
Nie wiadomo jeszcze, czy Świątek wygra swój pierwszy Wimbledon. Ale nawet jeśli nie, jedno jest pewne: obaliła mit, że trawa to jej słabość. Ten sezon to opowieść o upadku i odbudowie, nie tylko fizycznej, ale przede wszystkim mentalnej. W świecie, gdzie tenis to sport milimetrów i emocji, Iga Świątek przypomniała, że odporność psychiczna bywa najważniejszym elementem wielkoszlemowej układanki.
AC/DC? Led Zepplin? The Rolling Stones? Iga Swiatek loves them all 🎸
— Wimbledon (@Wimbledon) July 10, 2025
The No.8 seed kept her pre-match routines in check before booking her spot in the #Wimbledon final – but off the court, it's a different genre 😁 pic.twitter.com/U7NgBfahqs
Źródło: BBC Sport – https://www.bbc.com/sport/tennis, PAP – https://www.pap.pl, ITIA – https://www.itia.tennis
„To straszne, ale w tych słowach jest prawda”. Duda wywołuje burzę słowami o wieszaniu za zdradę
W jednej wypowiedzi zawarł wszystko, co dzieli dziś Polskę — przemocowy język, napięcia wokół sądów, pogardę dla instytucji. Andrzej Duda zacytował słowa o wieszaniu za zdradę. Reakcje? Lawina.
Duda cytuje, ale się nie dystansuje
– Niedawno jeden człowiek powiedział do mnie bardzo brutalnie: „Wie pan, dlaczego w Polsce jest tyle zdrady i warcholstwa bezczelnego? Bo dawno nikogo nie powieszono za zdradę”. To straszne, ale w tych słowach jest prawda – powiedział Andrzej Duda w opublikowanym 9 lipca wywiadzie dla prawicowych portali Otwarta Konserwa, Nowy Ład i Klubu Jagiellońskiego.
Dalej rozwijał myśl, podkreślając znaczenie kary jako elementu odstraszającego. Kontekst? Spór o reformę sądownictwa i zapowiedzi nowego rozdania w Sądzie Najwyższym.
Nie padło bezpośrednie wezwanie do przemocy, ale słowa — cytowane z aprobatą, bez dystansu — zabrzmiały jak echo politycznych rewolucji, nie demokratycznej debaty. W państwie członkowskim Unii Europejskiej, związanym konstytucją i prawem międzynarodowym, takie wypowiedzi są szczególnie niepokojące – mogą być postrzegane jako przekraczające granice demokratycznego dyskursu.
Skandaliczne słowa prezydenta @AndrzejDuda o sędziach, które kolejny raz patologicznie przesuwają granicę debaty.
— Patryk Michalski (@patrykmichalski) July 10, 2025
– Wiecie państwo, niedawno jeden człowiek powiedział do mnie bardzo brutalnie: "wie pan, dlaczego w Polsce jest tyle zdrady i warcholstwa bezczelnego? Ponieważ… pic.twitter.com/a9lyGHXeo0
Lawina reakcji: od konsternacji po oskarżenia
Wypowiedź momentalnie obiegła media i media społecznościowe. Opozycja nie miała wątpliwości – padła granica. Poseł KO Dariusz Joński stwierdził wprost: „Duda i jego środowisko dążą do wojny domowej”. Kamila Gasiuk-Pihowicz nazwała słowa „haniebnymi” i „niebezpiecznymi”, a Anna Maria Żukowska z Lewicy zasugerowała konieczność reakcji prokuratury, przywołując sprawy o nawoływanie do przemocy z przeszłości.
Publicyści oceniali, że prezydent „chorobliwie łaknie atencji” (Radosław Karbowski), a słowa mogą „skończyć się zabójstwem politycznym” (Roman Giertych).
Słowa Andrzeja Dudy, że należy wieszać jego przeciwników politycznych to moim zdaniem przesunięcie kolejnej granicy w debacie publicznej. Te słowa skończą się jakimś zabójstwem politycznym, bo do tego w swej istocie zmierzają. Są nawoływaniem do zbrodni. Jeszcze kilkanaście…
— Roman Giertych (@GiertychRoman) July 9, 2025
W Polsce aż nazbyt dobrze wiemy, że język nienawiści potrafi poprzedzać czyny. Śmierć Pawła Adamowicza nie była tylko jednostkową tragedią — była konsekwencją atmosfery, którą ktoś wcześniej stworzył. Dlatego nawet cytowane słowa o przemocy, gdy padają z ust prezydenta, nie są tylko retoryką — nabierają ciężaru. Przypominają, jak łatwo słowo może otworzyć drzwi przemocy.
Retoryka odwetu i frustracji
W całej wypowiedzi pobrzmiewa głęboka frustracja – z braku narzędzi, z oporu instytucji, z „niereformowalnego” systemu. Duda mówi o sędziach, którzy jego zdaniem „uprawiają politykę”, i o potrzebie ich usunięcia z zawodu. To narracja znana z czasów reformy Ziobry: sąd jako wróg, nie partner.
Ale teraz — gdy PiS stracił władzę, a nowa większość przywraca wcześniejsze zasady — prezydent nie odpuszcza. W jego narracji sądy są wciąż „rozszalałym żywiołem”, który trzeba ujarzmić. Nawet za cenę języka odwetu.
Zacieranie granic
Wolno cytować, nawet brutalnie. Wolno mówić o zdradzie, karze, winie. Ale w ustach prezydenta, który przysięgał na konstytucję i ma być arbitrem, a nie stroną, takie słowa mają inny ciężar.
Zacierają granicę między wolnością słowa a moralną legitymizacją przemocy. Przypominają, że język polityki nie jest obojętny — że przemoc symboliczna często wyprzedza fizyczną.
Polityka nienawiści czy polityka frustracji?
Jedni mówią: to cyniczna gra. Inni: desperacja. Ale efekt jest jeden – kolejne osunięcie się debaty publicznej w stronę retoryki przemocy. I pytanie, które wraca jak bumerang: co się stanie, gdy ktoś weźmie te słowa na serio?
W świecie, gdzie słowa prezydenta rozchodzą się szybciej niż ustawy, każda wypowiedź to potencjalna iskra. A Polska w 2025 roku to beczka prochu.
DF, thefad.pl
Ośmieszone wybory. Prof. Matczak: To słaba i kwestionowana prezydentura
Wybór Karola Nawrockiego na prezydenta RP może stać się początkiem najpoważniejszego kryzysu legitymacji w historii III RP — ostrzega prof. Marcin Matczak w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Jego zdaniem, procedura zatwierdzenia wyboru przez kwestionowaną izbę Sądu Najwyższego może mieć destrukcyjne skutki dla państwa prawa.
Izba, która nie jest sądem?
Trybunał Sprawiedliwości UE i Europejski Trybunał Praw Człowieka uznały, że Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN nie spełnia standardów niezależności i bezstronności. To właśnie ona potwierdziła ważność wyboru Karola Nawrockiego.
Zdaniem prof. Matczaka oznacza to, że w świetle konstytucji i prawa międzynarodowego nie doszło do właściwego zatwierdzenia wyboru prezydenta. – Sytuacja, w której najważniejszy sąd w kraju nie jest właściwie obsadzony, jest sytuacją tragiczną – podkreśla prawnik.
Słaba i podważalna prezydentura
– Dla mnie to prezydent podważalny – mówi Matczak wprost. W jego ocenie mogą pojawić się sytuacje – polityczne lub sądowe – które zakwestionują legalność działań Karola Nawrockiego, także tych o znaczeniu międzynarodowym. Wskazuje na potencjalne decyzje dotyczące powoływania sędziów, podpisywania ustaw czy reprezentowania Polski na arenie międzynarodowej.
– Prawo i Sprawiedliwość zniszczyło mechanizm, który daje legitymację także ich własnemu prezydentowi. To będzie słaba prezydentura, cały czas kwestionowana – zaznacza.
Nadciąga nowy spór konstytucyjny?
Jeśli dojdzie do zmiany układu sił w Trybunale Konstytucyjnym, możliwy jest scenariusz, w którym nowy skład uzna, że Izba Kontroli została powołana nielegalnie, a jej decyzje – w tym o wyborze prezydenta – są nieważne.
– Co wtedy z decyzjami nowego prezydenta? Czy będą ważne? – pyta Matczak. Ostrzega przed ryzykiem kolejnego chaosu prawnego, który może objąć również akty prawne, nominacje oraz działania dyplomatyczne.
Choć opozycja milczy lub zachowuje w tej sprawie ostrożność, sytuacja może szybko ewoluować, jeśli pojawią się inicjatywy ustawodawcze mające na celu „sanację” decyzji Izby Kontroli lub jej całkowite unieważnienie. Niewykluczone, że obóz rządzący celowo czeka na zmiany personalne w Trybunale Konstytucyjnym, by przeprowadzić ruch w dogodnym momencie.
Hołownia jako prezydent? „Pomysł nietrafiony”
Prof. Andrzej Zoll zasugerował, że marszałek Sejmu mógłby czasowo przejąć funkcję głowy państwa, gdyby Zgromadzenie Narodowe zawiesiło zaprzysiężenie prezydenta. Matczak ocenia ten pomysł jako ryzykowny i potencjalnie szkodliwy.
– Nie wiemy, co zrobi Andrzej Duda. Nie wiemy, czy Hołownia nadal będzie marszałkiem. To rozwiązanie może przynieść więcej szkód niż korzyści – mówi.
Ośmieszone wybory
W rozmowie odniesiono się również do opinii prof. Ewy Łętowskiej, która oceniła, że wybory zostały „ośmieszone”. Matczak przyznaje jej rację. Niewłaściwe procedury, kwestionowany skład sądu, liczne protesty – to wszystko podważa zaufanie do procesu wyborczego i autorytetu głowy państwa.
Prof. Matczak nie zostawia złudzeń – państwo, które nie rozwiąże kryzysu wokół sądownictwa, może za chwilę nie wiedzieć, kto jest jego legalnym prezydentem. I to w czasie, gdy Polska będzie musiała podejmować kluczowe decyzje wewnętrzne i międzynarodowe.
Źródło: Cytaty zawarte w tekście pochodzą z wywiadu prof. Marcina Matczaka opublikowanego przez dziennik „Rzeczpospolita” w dniu 8 lipca 2025 r. i zostały przytoczone zgodnie z zasadą dozwolonego cytatu, w celach analizy i komentarza redakcyjnego.
„Made in Europe”: Europa tworzy własny smartfon z niezależnym systemem operacyjnym
W czasach, gdy technologia stała się narzędziem geopolityki, Europa próbuje odbudować cyfrową suwerenność. Najnowszym symbolem tych ambicji jest smartfon „Made in Europe” – wspólny projekt niemieckiego Gigaset i szwajcarskiego Punkt, który ma być alternatywą wobec dominacji Apple, Google i chińskich gigantów. Czy jednak europejski smartfon ma szansę realnie konkurować na globalnym rynku, czy jest jedynie symbolem dobrze opakowanej niemocy?
Europa odpowiada Trumpowi
Ogłoszenie przez Donalda Trumpa powstania smartfona „Made in USA” spotkało się z szybką reakcją po drugiej stronie Atlantyku. Dwie europejskie firmy – Gigaset i Punkt – połączyły siły, by zaprezentować własne urządzenie, które ma być produkowane w Niemczech i działać na niezależnym systemie Apostrophy, opracowywanym w Szwajcarii.
W tle tej inicjatywy znajduje się trend, który zyskuje coraz większe znaczenie w debacie publicznej: suwerenność technologiczna. Europa – zdominowana przez amerykańskie systemy operacyjne i azjatycką produkcję komponentów – zaczyna szukać własnej drogi. Projekt „Made in Europe” to jeden z pierwszych symbolicznych kroków w stronę tej niezależności.
Czym właściwie jest Apostrophy?
System operacyjny Apostrophy OS, który ma napędzać europejski smartfon, bazuje na Android Open Source Project (AOSP), ale został tak zaprojektowany, by działać bez usług Google. Producent chwali się m.in. segmentową architekturą, która izoluje aplikacje zewnętrzne od wrażliwych danych użytkownika.
Dodatkowym atutem ma być europejska jurysdykcja – dane przechowywane są na serwerach w Szwajcarii, z dala od amerykańskiego nadzoru. System posiada własnego klienta poczty, kalendarz i książkę adresową. Na targach CES 2024 został wyróżniony przez magazyn Wired jako jedna z najlepszych innowacji programowych.
Produkcja w Europie. Czy na pewno?
Gigaset produkuje smartfony w Bocholt, w Niemczech. Fabryka wyróżnia się wysoką automatyzacją i – jak podaje firma w oficjalnych materiałach – 90% mniejszym odsetkiem zwrotów niż średnia rynkowa. Produkcja ma być w pełni zasilana energią odnawialną, co wpisuje się w unijne priorytety zrównoważonego rozwoju.
Jednak rzeczywistość jest bardziej złożona. Gigaset należy do hongkońskiej grupy VTech, a system Apostrophy bazuje na kodzie Androida rozwijanym przez Google. O ile więc montaż odbywa się w Europie, to całościowa niezależność pozostaje częściowa i w dużej mierze deklaratywna.
USA i Europa: paralele z Trump Phone
Projekt Gigaset–Punkt przypomina w wielu aspektach ogłoszenie Trump Mobile – smartfona promowanego jako „Made in USA”. Okazało się jednak, że urządzenie T1 8002 ma niemal identyczną specyfikację jak chiński Revvl 7 Pro 5G. Po fali krytyki strona internetowa Trump Organization przestała twierdzić, że telefon powstaje w USA – zamiast tego napisano, że został „zaprojektowany z myślą o amerykańskich wartościach”.
Jak zauważył Ryan Reith z IDC w rozmowie z CNN, pojęcia takie jak „zaprojektowano” czy „zbudowano” są dziś niezwykle płynne. Nawet Apple projektuje swoje urządzenia w Kalifornii, ale montuje je w Chinach i Indiach. Europejski smartfon powtarza więc tę samą niejasność definicyjną.
Chiny już są niezależne
Podczas gdy Europa i USA dopiero deklarują chęć uniezależnienia się technologicznego, Chiny już to realizują. Lokalne marki – Huawei, Xiaomi, Oppo, Vivo – dominują swój rynek, a sprzedaż zagranicznych smartfonów, według danych Chińskiej Akademii Technologii Informacyjno-Komunikacyjnych (CAICT), spadła w maju 2025 roku o blisko 10% rok do roku.
Chiny nie tylko ograniczają konkurencję wewnętrzną, ale też eksportują własną technologię – od smartfonów po chipy i sztuczną inteligencję. Huawei, z własnym systemem HarmonyOS i krajowym łańcuchem dostaw, jest dziś symbolem technologicznej suwerenności w praktyce.
Cyfrowa Dekada i suwerenność UE
Projekt „Made in Europe” to nie tylko gadżet – to element szerszej strategii UE, określanej jako „cyfrowa dekada 2020–2030”. W jej ramach Komisja Europejska stawia sobie cele: zwiększenie udziału UE w globalnej produkcji chipów do 20%, rozwój europejskich chmur obliczeniowych i ograniczenie zależności od zagranicznych big techów.
Inicjatywy takie jak EU Chips Act czy AI Act mają stworzyć podstawy cyfrowej niezależności. Ale rzeczywistość jest trudna: wciąż ponad 75% europejskiej chmury jest kontrolowane przez firmy spoza UE, a 99% systemów smartfonowych to Android lub iOS.
Czy Europejczycy kupią tę narrację?
Urządzenie Punkt MC02, będące prototypem projektu, kosztuje 599 euro – znacznie więcej niż chińscy konkurenci z podobną specyfikacją. Ekosystem aplikacji Apostrophy jest wciąż ubogi, a dostęp do popularnych platform często wymaga obchodzenia standardowych rozwiązań.
Projekt może więc zyskać zainteresowanie wśród świadomych użytkowników i firm ceniących prywatność, ale niekoniecznie zdobędzie masowy rynek.
Jak zauważa Max Weinbach z Creative Strategies, „pełna niezależność technologiczna jest dziś utopią”. Możliwość świadomego wyboru rozwiązań cyfrowych i przechowywania danych w UE to jednak realny krok w stronę cyfrowej podmiotowości.
Suwerenność zaczyna się od decyzji
Smartfon „Made in Europe” to nie rewolucja, ale symbol. Nawet jeśli nie przełamie dominacji Apple i Google, pokazuje, że Europa zaczyna tworzyć własne cyfrowe rozwiązania – nawet jeśli są one jeszcze niedoskonałe. A to pierwszy krok do zmiany.
DF, thefad.pl / Źródło: Politico Europe/, CNN, Reuters






