Brexit. Brytyjski urząd statystyczny zaprzecza narracji o powrotach do Polski: Polacy nie opuszczają masowo Wielkiej Brytanii

Jakub Krupa
Wbrew dyskusji o „brexodusie”, Polacy nie wracają masowo z W. Brytanii – wynika z danych brytyjskiego urzędu statystycznego ONS. W kraju wciąż mieszka 902 tys. osób legitymujących się paszportem RP.

Najnowsze dane zaprzeczają narracji o powrotach do Polski. W porównaniu z ubiegłym rokiem, szacowana populacja Polaków w okresie do czerwca 2019 roku spadła o ledwie trzy tysiące osób – mniej niż liczba osób, które w tym samym czasie przyjęły brytyjskie obywatelstwo i z tego powodu zniknęły ze statystyk.
Największy spadek w populacji Polaków odnotowano w 2018 roku, kiedy szacowana liczba Polaków zmniejszyła się z 985 tys. do 905 tys. osób.
Jednocześnie oficjalne dane wskazują, że 456 tys. – ok. 50 proc. Polaków – złożyło wnioski w systemie osiedleńczym, pozwalającym na zagwarantowanie swoich praw nawet w przypadku wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Ponad 25 tys. przyjęło od referendum z 2016 roku brytyjskie obywatelstwo. Polskie prawo nie wyklucza posiadania więcej niż jednego paszportu.
Niepewna przyszłość
Barbara Drozdowicz, szefowa największej polskiej organizacji pomocowej East European Resource Centre w Londynie, argumentowała w rozmowie z Deutsche Welle, że „oczekiwania dotyczące powrotów Polaków opierały się na deklaracjach składanych w obliczu wyjścia z Unii Europejskiej. Obecnie coraz więcej osób zauważa, że ten proces się przeciąga lub wręcz spodziewa się, że może nie dojść do jego finalizacji”.
– Ludzie przestali traktować brexit jako zmienną wpływającą na ich decyzje migracyjne. W ich ocenie przyszłość brexitu wciąż jest bardzo niepewna – tłumaczyła.
Jak dodała, po początkowym szoku związanym z wynikiem referendum część Polaków zaczęła planować, jak zabezpieczyć swoją przyszłość, m.in. przez rejestrację w systemie osiedleńczym lub ubieganie się o obywatelstwo. – W ten sposób przygotowali się na najgorsze, co zgasiło tendencje wyjazdowe – oceniła.
Ekspertka zwróciła uwagę na znaczenie punktów pomocowych dla Polaków. Jeden z nich prowadzony jest przez jej organizację w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym (POSK) w Londynie. Można tam uzyskać niezbędne wsparcie ze strony wykwalifikowanych doradców migracyjnych.
– Dzięki wsparciu, wysyłamy sygnały, że istnieje mechanizm pozwalający na dalsze pozostanie w kraju i, że brytyjskie rzędy nie utrudnia dalszego pobytu. Jesteśmy mile widziani – powiedziała. Dodała jednocześnie, że dalsze utrzymanie funkcjonowania punktow pomocowych jest w interesie władz w Londynie, jeśli chcą uniknąć odpływu europejskich migrantów.

Płynne decyzje
Barbara Drozdowicz przyznała, że docierają do niej sygnały o powrotach do Polski. Zaznaczyła jednak, że to „wyjazdy organiczne tych osób, którzy zrealizowali swój cel: odłożyli pieniądze, założyli rodzinę, spłacili hipotekę czy przeszli na emeryturę”. – Te osoby wyjechałyby z Wielkiej Brytanii niezależnie od brexitu – podkreśliła.
Szefowa EERC zwróciła uwagę, że wielu Polaków dopiero teraz przyjeżdża do Wielkiej Brytanii. Chcąc zdążyć przed ewentualnym wyjściem kraju z Unii Europejskiej. – Pamiętajmy, że mobilność w ramach UE to coś innego niż absolutna emigracja, więc te wartości i decyzje są bardzo płynne – powiedziała.
W momencie wejścia Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku w Wielkiej Brytanii było ledwie 69 tys. Polaków. W ciągu zaledwie pierwszych trzech lat, decyzję o emigracji podjęło ponad pół miliona osób. Obecnie stanowią oni największą mniejszość narodową na Wyspach.
REDAKCJA POLECA
Stół – najważniejszy mebel w domu
Nikt chyba nie zaprzeczy, że stół jest jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszy meblem w salonie, a nawet całym domu lub mieszkaniu? To najczęściej właśnie on znajduje się w centrum danego pomieszczenia. To bowiem nie tylko idealne miejsce do spożywania posiłków, lecz także wspólnego spędzania czasu, niejednokrotnie również pracy.

Mebel dla wszystkich
Są takie meble, które znajdują się właściwie w każdym mieszkaniu. Należy do nich z pewnością stół. Nawet w małych mieszkaniach robi się wszystko, aby mógł w nich stanąć stół, choćby miałby być on ograniczonych rozmiarów. Nawet najpiękniejsza i designerska nie zastąpi stołu.
Stoły w ofercie Meblini to szerokie spektrum możliwości, które można dostosować do warunków i potrzeb każdego salonu. Przy stole można przecież nie tylko jeść śniadanie, obiad czy kolację. Można, a czasami nawet trzeba, pracować, przygotowywać potrawy, szyć, a także po prostu relaksować się przy kawie, herbacie lub gorącym cieście.
Stół niejednokrotnie jest przez dzieci również chętnie wykorzystywany jako miejsce do zabawy. Warto więc w takiej sytuacji postawić na sprawdzone, trwałe i funkcjonalne rozwiązanie. Wspólna praca czy zabawa przy stole sprzyjają również integracji rodziny, a także budowaniu bliskich relacji z odwiedzającymi dom gośćmi. Oczywiście w przypadku kawalerki często nie można pozwolić sobie na wyjątkowo duży stół. Szafy przesuwne lub półkotapczany (https://meblini.pl/polkotapczany) to tylko niektóre z rozwiązań, które pozwalają zaoszczędzić miejsce w salonie. Tę zaoszczędzoną przestrzeń warto w takiej sytuacji przeznaczyć właśnie dla stołu.
Dlaczego stół jest taki ważny?
Stół jest ważny w każdym domu nie tylko ze względu na swoją funkcjonalność, ale i na szczególną symbolikę, jaką się mu przypisuje. To miejsce spotkań, niezależnie od rodziny, tradycji, kraju, to właśnie przy stole prowadzi się rozmowy o życiu codzienny, o problemach, o sukcesach, przy stole planuje się podróże i przyszłość. O ile stoły prostokątne mogą być wykorzystane do tego, aby kogoś wyróżnić (na przykład posadzić gości przy dłuższych jego bokach), o tyle okrągły stół wskazuje na równość każdego, kto przy nim siedzi.
W Polsce stołowi dodatkowych ideologicznych znaczeń przydaje jeszcze historia słynnych obrad „Okrągłego Stołu”. Stół to jednak przede wszystkim symbol więzi rodzinnych, miłości, uznania, budowania wspólnoty. Obecnie coraz częściej zapomina się o wspólnym spędzaniu czasu, być może więc zakup nowego, funkcjonalnego stołu stanie się przyczynkiem do większej dbałości o relacje rodzinne.
Stefan Niesiołowski: Są dwa światy

Stefan Niesiołowski
Mamy coraz większą pychę i arogancję reżimu, który przestał zwracać uwagę na jakiekolwiek pozory. Nominacje pp. Pawłowicz, Piotrowicza, czy Banasia są tego kolejnym potwierdzeniem.
Są dwa światy – jest taka piękna piosenka mojej ukochanej Agnieszki Osieckiej i słowa te znakomicie pasują do obecnej polskiej smutnej rzeczywistości.
Jeden świat to pisowskie kłamstwa, załgane reżimowe media, puste obietnice, w które nie wierzy nawet ich stękający autor, patriotyczne frazesy jak za komuny i ocean obłudy.
Drugi świat to emeryci przeliczający bilon w aptekach i przy kasach, koszmar gasnącej niewydolnej umierającej służby zdrowia, coraz starsze pielęgniarki i nauczyciele ubożejący niedołężni, podwyżki cen, kryzys rozpaczliwie odwlekany byle do najbliższych wyborów.
Rzeczywistość komunistycznej propagandy była zaprzeczeniem tej realnej, a uśmiechnięte radosne dzieci otaczające towarzysza Stalina i pomniejszych satrapów miały ukryć istnienie gułagu, nędzy zbrodni i strachu.
Teraz nie ma gułagu i zbrodni, strach jeśli jest to przed utratą pracy i zepchnięciem do nędzy, a przemoc to ciągle tylko raczej „wypadki przy pracy” policji jak w Koninie, w przypadku Igora Stachowiaka, czy Barbary Blidy. Ale dwie rzeczywistości mamy tak samo jak w komunizmie, tę smutną ponurą prawdziwą i radosną propagandową chronioną przez barierki, kordony policji pełną limuzyn, flag, biskupów i orderów.
Mamy też coraz większą pychę i arogancję reżimu, który przestał zwracać uwagę na jakiekolwiek pozory. Nominacje pp. Pawłowicz, Piotrowicza, czy Banasia są tego kolejnym potwierdzeniem.
Pytaniem jest – jak długo te dwa światy będą istniały obok siebie i czy dojdzie do ich konfrontacji co z pewnością dla reżimu nie będzie miłe? Jak mówił w obozie internowanych wielki chociaż trochę zapomniany Janusz Szpotański – wierzę w Chronosa. I jak wykazała przyszłość miał całkowitą rację.
Pewną nowością w polskiej polityce jest osoba pana Marszałka Grodzkiego, którego orędzie było pierwszym wystąpieniem polskiego wysokiego polskiego urzędnika państwowego wypowiedziane ludzkim głosem, spokojne rzeczowe, kulturalne.
Zasadniczo różniło się od pisowskiej nowomowy, pełnej pogróżek, kłamstw, insynuacji bełkotliwych wynurzeń pisowskich dygnitarzy powtarzających otrzymany na ogół rano przekaz dnia. Różniło się też od uroczych pod każdym względem wynurzeń i analiz p. Schetyny mających coś z popiskiwania uśmiechniętego kretoszczura.
Dla mojego pokolenia w tym kontraście było coś z kontrastu pomiędzy politykami Praskiej Wiosny, a zwolennikami doktryny Breżniewa. Taka pisowska doktryna Breżniewa polegająca na nie ustępowaniu nigdy w żadnej sprawie i bez względu na wszystko, na twierdzenie, że my pisowcy musimy rządzić, nie możemy nie rządzić bo bez nas nie ma Polski, Polska to my, a reszta to zdrajcy, a w najlepszym przypadku idioci, którymi nie warto się przejmować, właśnie zaczyna się sypać.
Oczywiście Praska Wiosna to tylko daleka historyczna analogia, ale słuchając Marszałka Grodzkiego takie porównanie nasuwało się samo. Spór o to czy można reformować PiS jest moim zdaniem równie jałowy, jak spór o możliwość reformowania komunizmu. Ten zmurszały reżim musi odejść ponieważ nie jest zdolny do rozwiązania żadnego z istotnych problemów, przed którymi stoi nasz kraj. Każdy dzień trwania tego rządu (obojętne Szydło, Morawieckiego czy kogoś w tym rodzaju – niezły byłby rząd Suskiego, Budy, Horały, lub Sasina?, gdyż miałby coś z cesarstwa Romulusa Augustulusa), jest nieszczęściem dla Polski.
Jest niewątpliwie zagadką co p. Schetyna i jego otoczenie chcą ugrać przez jakieś dziwaczne ruchy przy tzw. prawyborach? Same prawybory są bardzo złym pomysłem, gdyż siłą rzeczy wymuszają podczas debaty kandydatów jednej partii spór, który ich osłabia, a z kolei brak sporu rodzi słuszny zarzut, że te całe prawybory to fikcja i ukartowana gra. I tak źle i tak niedobrze.
Twierdzenie, że geniusz Schetyny doprowadził do wprowadzenia drugiego kandydata z PO jest co najmniej niejasne, bo po pierwsze ten kandydat (jeśli to pomysł Schetyny, a tak twierdzi część komentatorów) osłabia Małgorzatę Kidawa-Błońska, którą już skłócił ze Schetyną, a po drugie co się stanie jak wygra prawybory? Kogo w końcu popiera Schetyna, oczywiście poza sobą. Prawybory i jakieś podchody i zagrywki z nimi związane są szkodliwe dla głównego celu jakim jest pokonanie Dudy.
I jeszcze jedno. Jak przemawia Morawiecki, Duda, czy ktoś w tym rodzaju to moim zdaniem szanująca się opozycja powinna opuścić salę sejmową, a nie bezmyślnie kiwać głowami i robić im publiczność. Oni tego błędu nie popełniali.
Stefan Niesiołowski
Sylwia Spurek zaprosiła do akcji Biała Wstążka Przewodniczącego Parlamentu Europejskiego
Sylwia Spurek rozpoczyna kolejną kampanię „16 dni przeciw przemocy wobec kobiet”. Była zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich, a od maja br. posłanka Parlamentu Europejskiego pierwszy raz publicznie wyznaje, że sama była ofiarą przemocy.

Do akcji Biała Wstążka, która jest jednym z motywów kampanii, zaprosiła Przewodniczącego Parlamentu Europejskiego – Davida Sassoli.
Biała Wstążka to akcja wymyślona przez mężczyzn, dla mężczyzn. Mężczyźni ją noszący deklarują, że nie będą akceptować i milczeć w sytuacji, w których dochodzi do przemocy wobec kobiet.
– Polska jest jednym z krajów UE, w którym kobiety są najsłabiej chronione przed przemocą domową – mówi. – Rząd nie gromadzi kompleksowych danych, w szkołach brak jest edukacji na temat przemocy, ofiary nie mają dostępu do specjalistycznej pomocy i wsparcia, a Policja nie posiada uprawnień do natychmiastowej izolacji sprawcy od ofiary.

Spurek podkreśla, że „od momentu złożenia wniosku o wydanie nakazu opuszczenia przez sprawcę mieszkania do momentu orzeczenia sądu, upływa średnio 153 dni”. W tym czasie ofiara i sprawca nadal mieszkają w jednym domu.
– Gdyby tylko polska Policja posiadała dodatkowe uprawnienia, kobiety byłyby natychmiast chronione przed dalszym krzywdzeniem. Nakaz zapewniałby ich bezpieczeństwo oraz prawidłowy przebieg postępowania, bo sprawca nie mógłby wpływać na ich zeznania – dodaje. Niestety, mimo, że pierwsze postulaty wprowadzenia policyjnego nakazu opuszczenia lokalu pojawiły się w 2003 r., żaden rząd nie zdecydował się go przyjąć.
W tym roku kampania pod hasłem #TrzymamStronęKobiet ma na celu zwrócić uwagę na szkodliwe mity na temat przemocy domowej, które utrudniają skuteczne rozwiązywanie tego problemu. Zdaniem Sylwii Spurek kobiety nadal bardzo często obarczane są odpowiedzialnością za przemoc, słyszą, że są same temu winne, a sprawca jest usprawiedliwiany.
– W tym roku chcemy również pokazywać konkretne rozwiązania prawne, bez których kobiety w Polsce nie będą skutecznie chronione. Chcę zachęcić wszystkich, aby zaczęli pytać swoich posłów, posłanki, senatorów, senatorki, co chcą zrobić w tej kadencji dla ofiar przemocy domowej – dodaje Spurek.
Według statystyk policyjnych w 2018 r. ofiarami przemocy domowej padło blisko 89 tys. osób, z czego prawie 74 proc. stanowią kobiety. Z kolei największą grupę wśród sprawców przemocy w rodzinie w poszczególnych latach – ponad 90 proc. – stanowią mężczyźni. Jak wynika z danych GUS, ofiarami znęcania się ze strony członków rodziny także najczęściej były kobiety, prawie 80 procent w 2018 r. Na przestrzeni sześciu lat liczba pokrzywdzonych z art. 207 nigdy nie spadła poniżej 19 tys. Ale prawdziwej skali przemocy domowej niestety nadal nie znamy, bo wiele ofiar jej nie zgłasza, nie ma zaufania do Policji, prokuratury, sądów, obawia się o swoje życie, wstydzi się – dodaje Spurek.
Kampania 16 dni przeciw przemocy wobec kobiet została zainicjowana w 1991 roku i od tamtego czasu odbywa się pomiędzy 25 listopada (Międzynarodowy Dzień Przeciwko Przemocy Wobec Kobiet) a 10 grudnia (Międzynarodowy Dzień Praw Człowieka). Wybór tych dat to symboliczne podkreślenie faktu, że prawa kobiet są prawami człowieka.
Drezno. Policja udostępnia zdjęcia skradzionych przedmiotów i nagranie z włamania do galerii klejnotów Grünes Gewölbe

AFP/Reuters/polizei.sachsen/CNN/skd.museum/CNN/kam
Trwają poszukiwania sprawców, którzy dokonali zuchwałej kradzieży w zamku w Dreźnie. Policja opublikowała zdjęcia kilku zrabowanych kosztowności oraz wideo z napaści.

W poniedziałek (25.11.2019), tuż przed godziną 5:00 złodzieje weszli do znajdującego się w sercu Starego Miasta Zamku Rezydencyjnego w Dreźnie. Mieści się tam m.in. jeden z najbogatszych skarbców w Europie, Zielone Sklepienie, gdzie od czasów polskiego króla Augusta Mocnego wystawiana jest słynna kolekcja klejnotów, uznawana za jedną z najcenniejszych w Europie.
To właśnie królewskie kosztowności padły łupem bandytów. Jak poinformowała policja, złodzieje najpierw podpalili skrzynkę transformatorową w pobliżu muzeum, co spowodowało odcięcie prądu i wyłączenie alarmu oraz ulicznego oświetlenia.
Awaria nie uszkodziła jednak monitoringu i napaść zarejestrowały kamery. Widać na nich, jak dwóch mężczyzn wielkim młotem rozbija gablotę, by dostać się do kosztowności. Choć na nagraniu znajdują się dwie osoby, policja nie wyklucza, że sprawców może być więcej. W sumie skradziono trzy komplety królewskiej biżuterii wysadzanej brylantami, rubinami i szmaragdami.
– Wszystko trwało zaledwie kilka minut – przekazała policja, dodając, że poszukiwani uciekli Audi A6. Służby odnalazły porzucony samochód, który został podpalony, najprawdopodobniej w celu zatarcia śladów.
Co skradziono?
Policja upubliczniła nagrania z napadu oraz zdjęcia kilku skradzionych przedmiotów. Wśród nich znajduje się miecz, którego rękojeść ozdobiono dziewięcioma dużymi i aż 770 mniejszymi diamentami. Kolejnym skradzionym przedmiotem jest najstarsze i najsłynniejsze polskie odznaczenie – Order Orła Białego.

Uhonorowany nim Fryderyk August I Wettyn zlecił nadwornemu jubilerowi wykonanie projektu wysadzanego diamentami. Zginęła także Gwiazda Orderu. Klejnot ten był dziełem słynnego szwajcarskiego jubilera Jeana Jacquesa Pallarda, który w centrum ośmioramiennej gwiazdy umieścił dwudziestokaratowy diament i otoczył go maltańskim krzyżem wykonanym z czerwonych rubinów.
Zwischenzeitlich hat die Polizeidirektion #Dresden auch Bilder zu einem Teil der gestohlenen Schmuckstücke aus dem Museum #GrünesGewölbe veröffentlicht: https://t.co/b6a1Lcx1EY pic.twitter.com/jpwrseePuD
— Polizei Sachsen (@PolizeiSachsen) November 25, 2019
Ze zbiorów w Dreźnie zniknęła także przypinka do kapelusza i epolet. Oba klejnoty były częścią galowego stroju Fryderyka Augusta I Wettyna. Przypinkę wykonano z ponad 100 diamentów. Te same kamienie zdobią epolet, w liczbie ponad 230 – informuje CNN.

Kolejne kosztowności, których zdjęcia przedstawiła policja, to ozdoby damskie: broszka w kształcie kokardy wysadzana ponad 660 diamentami oraz sznur pereł.

Skok wszechczasów
Sprawę kradzieży wyjaśnia specjalny zespół śledczy. Funkcjonariusze proszą wszystkich, którzy mają jakiekolwiek informacje na temat sprawy, by zgłaszali się na policję.
W poniedziałek wieczorem szef policji w Dreźnie Joerg Kubiessa powiedział w rozmowie z ZDF, że za wszystkim może stać zorganizowana grupa przestępcza. Istnieje obawa, że złodzieje będę chcieli podzielić biżuterię na mniejsze części lub przetopić, by łatwiej ją sprzedać.

O komentarz w sprawie tych spekulacji poproszono dyrektora Zielonego Sklepienia Vaulta Dirka Syndrama. W jego opinii byłoby to „głupie i obniżyło wartość wszystkich klejnotów”. Jak powiedział, wszystkie drogocenne kamienie mają charakterystyczne XVIII-wieczne szlify i nie można ich legalnie sprzedać.
Dyrektorka Państwowych Zbiorów Sztuki w Dreźnie Marion Ackerman odmówiła szacowania wartości skradzionych przedmiotów, mówiąc, że biżuteria miała „nieocenioną wartość kulturową i historyczną”. Podkreśliła, że jest ona „bezcenna”.
Niemieckie media piszą jednak o skoku wszechczasów, szacując, że kosztowności mogły być warte setki milionów, a nawet miliard euro.
Skarbiec polskiego króla
Zamek Rezydencyjny jest centralnym punktem Państwowych Zbiorów Dzieł Sztuki w Dreźnie. Wyjątkowe i aktualne do dzisiaj znaczenie dzieła sztuki otrzymały w XVIII wieku, dzięki Augustowi II Mocnemu i jego synowi Augustowi III. Elektor saski i król Polski nakazał w roku 1720 utworzenie pierwszych zbiorów specjalnych, do których należą m.in. Zielone Sklepienie, Zbiory Rzeźb i Gabinet Miedziorytów. Król nakazał też, by część kolekcji udostępniono publiczności.
W cieszącym się światową sławą skarbcu Zielone Sklepienie, które obecnie pełni rolę muzeum zgromadzono ponad 3 tys. arcydzieł sztuki jubilerskiej i złotniczej oraz cenne wyroby z bursztynu i kości słoniowej, naczynia z kamieni szlachetnych i statuetki z brązu. Do unikalnych eksponatów należą m.in. dzieła drezdeńskiego nadwornego jubilera Dinglingera, takie jak „Dwór Wielkiego Mogula” oraz „Złoty serwis do kawy”.
Jak informuje Reuters, w momencie włamania w zamku nie było jednego z najcenniejszych i najsłynniejszych skarbów – 41-karatowego „Drezdeńskiego zielonego diamentu”. Został on wypożyczony do nowojorskiego Metropolitan Museum of Art. Jest to największy znany zielony diament świata.

Skarby z Zielonego Sklepienia przetrwały naloty bombowe aliantów podczas II wojny światowej. Zostały jednak wywiezione przez Związek Radziecki jako łupy wojenne. Do Drezna powróciły w 1958 roku.
REDAKCJA POLECA
Adam Mazguła: Komu wygasły uprawnienia?

Adam Mazguła
Jeszcze niedawno Andrzej Duda piał z zachwytu nad tempem wymiany uzbrojenia po rosyjskiego i zastępowanie jego innym, głównie naszym. Co obiecywał M. Morawiecki, A. Macierewicz albo M. Błaszczak nawet nie wspominam, bo to wstyd wymieniać te nazwiska publicznie na stronach internetowych ludzi honoru.
O ile pamiętam, po raz pierwszy od 4 lat do dziennikarzy wyszli generał i pułkownik bez polityków PiS-demolki.
W Dowództwie Generalnym RSZ rozpoczął się briefing prasowy Inspektora Sił Powietrznych, gen. dyw. pil. Jacka Pszczoły i Dowódcy 1 Skrzydła Lotnictwa Taktycznego płk. pil. Macieja Trelki dotyczący eksploatacji samolotów #MiG29. pic.twitter.com/iX54NiUK7Y
— Dowództwo Generalne (@DGeneralneRSZ) November 25, 2019
Pewnie żaden tchórzliwy, nieodpowiedzialny wytwórca jadu narodowego i kłamstwa nie chciał wziąć na siebie odpowiedzialności za słowa i decyzje, za które z pewnością staną przed sądem.
Nie chodzi przecież o jakieś tam informacje o wizytach, czy spotkaniach, ale o zdemolowanie polskiej armii, o zniszczenie potencjału obronnego państwa, o bezpieczeństwo narodu.
Jeszcze niedawno Andrzej Duda piał z zachwytu nad tempem wymiany uzbrojenia po rosyjskiego i zastępowanie jego innym, głównie naszym. Co obiecywał M. Morawiecki, A. Macierewicz albo M. Błaszczak nawet nie wspominam, bo to wstyd wymieniać te nazwiska publicznie na stronach internetowych ludzi honoru.
Informował generał, bo już nikt normalny nie wierzy w propagandę sukcesu w wojsku. Samoloty uziemione, śmigłowców, okrętów, systemów rozpoznania i zwalczania celów powietrznych, … – nie ma. W zasadzie nie ma nawet amunicji strzeleckiej, mundurów i butów dla wojska, i o czym tu więcej mówić?
Kwitnie tylko zakupiona w większości z funduszy MON 2,5 tysięczna flota opancerzonych i bogato wyposażonych limuzyn z kierowcami dla VIP-ów, oraz flota samolotów dla Kuchcińskiego, jego żony i im podobnych nadmuchanych krętaczy. W fazie rozkwitu są również bataliony bohaterskich kapelanów wojskowych z przenośnymi ołtarzami, oraz WOT.
Na konferencji o wygaśnięciu uprawnień pilotów do latania samolotami MIG-29 nie wyszedł żaden zawodowy propagandzista, aby odwracać znaczenia słów i bronić kolejnej afery PiS-u i Andrzeja Dudy.
Co za przejaw niespodziewanego zaufania do generałów? Myślałem, że są oni potrzebni jedynie, jako tło do jakże treściwych i odpowiedzialnych przemówień do narodu A. Dudy.
To nie piloci winni są takiemu stanowi rzeczy, a politycy, którym z braku możliwości używania własnych głów i bezkrytyczne posługiwanie się myślami prezesa, dawno wyparowała licencja na reprezentowanie kogokolwiek.
Adam Mazguła
|
Dystrybutorem książki jest Ateneum. Na terenie Wielkiej Brytanii książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>> |
Tomasz T. Koncewicz: Od sprawiedliwości konstytucyjnej do politycznej. Pisane z okazji 33 urodzin Trybunału Konstytucyjnego
Tomasz Tadeusz Koncewicz
Prawnik, adwokat, doktor habilitowany nauk prawnych, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Gdańskiego, specjalista w zakresie prawa międzynarodowego publicznego i prawa Unii Europejskiej

Obawiam się, że dzisiaj niewielu z obywateli pamięta, co tak naprawdę stało się z Trybunałem Konstytucyjnym. Jeżeli mam rację i już zapomnieliśmy o polskim sądzie konstytucyjnym, nasza zbiorowa niepamięć i obojętność jest największym triumfem obecnej władzy.
Dlaczego nie możemy nigdy zapomnieć o polskim sądzie konstytucyjnym
W zderzeniu z codzienną doraźną polityką, gonitwą za newsem i wobec nieustającego przejmowania państwa i jego instytucji (a nawet… Puszczy Białowieskiej), lawiną doniesień z Luksemburga, tragikomedią pozorów i pomyłek wokół wyboru coraz to „lepszych” kandydatów na sędziów konstytucyjnych etc., etc., niezwykle łatwo jest zapomnieć, że w 2015 – 2019 zniszczony został polski sąd konstytucyjny. W 2019 r. mijałaby 33 rocznica jego utworzenia. Mijałaby ponieważ Polska A. D. 2019 nie ma już sądu konstytucyjnego. Coś, co dzisiaj znajduje się przy ul. Szucha 12a to atrapa, której jedynym powołaniem jest serwilistyczne służenie obecnej władzy.
W tych wyjątkowych czasach nigdy jednak dosyć powtarzania, przypominania i pisania: sprawa polskiego Trybunału Konstytucyjnego nigdy nie może stać się sprawą drugorzędną, zepchniętą na dalszy plan w ferworze bieżących wydarzeń.
Eliminacja sądu konstytucyjnego przez większościowego suwerena uderza w nas wszystkich – obywateli. Zabrakło kluczowego elementu kontroli nad ustawodawcą i rządem, którzy w efekcie mogą dzisiaj zrobić (i robią) wszystko. O ile jak odbudować TK jest pytaniem niezwykle trudnym, to kwestia co należy zrobić nie nasuwa żadnych wątpliwości: polski TK trzeba będzie odbudować od podstaw i w tym procesie jego historia i zbudowane w latach 1986 – 2015 orzecznictwo odegrają kluczową rolę.
Skąd przyszedł polski Trybunał Konstytucyjny
Historia polskiego Trybunału Konstytucyjnego dowodzi, że dzięki zróżnicowanemu składowi i pozycji wypracowanej przez kolejne generacje sędziów, udało mu się dobrze wypełniać misję powierzoną mu przez demokratyczne państwo prawne. Dotyczyło to zarówno trudnego okresu, bezpośrednio po powołaniu do życia w 1986 r., dramatycznej transformacji ustrojowej oraz budowania państwa prawa „z niczego” po 1989 r., jak i konstytucyjnej rewolucji wywołanej przez przystąpienie Polski do UE w 2004 r. Powołanie TK w 1986 r. spotkało się z różnymi ocenami: krytycy wskazywali, że sąd z ograniczoną jurysdykcją miał być elementem legitymizującym istniejący system władzy i jako taki nie miał realnych możliwości kwestionowania działań reżimu.
Z drugiej jednak strony, zarzuty te zostały zweryfikowane przez praktykę i wczesne orzecznictwo Trybunału. Już w maju 1986 r. TK wydał pierwszy wyrok i od razu było to rozstrzygnięcie o olbrzymim praktycznym znaczeniu. Stwierdzając niekonstytucyjność rozporządzenia, Trybunał Konstytucyjny podkreślił, że akty wykonawcze do ustaw nie mogą regulować sfery praw i obowiązków jednostek, co wówczas było powszechnie przyjętą i akceptowaną praktyką. W ciągu pierwszych 3 lat istnienia TK konsekwentnie stwierdzał niekonstytucyjność przepisów wydawanych przez władzę wykonawczą i budował swój kapitał jako instytucja, która egzekwuje, na tyle na ile jest to możliwe w realiach politycznych tamtych czasów, [ówczesną] Konstytucję.
Reżim wkrótce zrozumiał, że nie jest w stanie do końca kontrolować sądu, który krok po kroku zdobywał coraz większą niezależność. Okazało się to kluczowe w 1989 r., ponieważ wówczas efektywny sąd konstytucyjny był już postrzegany jako podstawa budowania państwa prawa w nowych realiach politycznych, społecznych i gospodarczych.
Po 1989 r. zmiany konstytucyjne miały charakter stopniowy, a Trybunał Konstytucyjny musiał odnaleźć swoje miejsce w wolnej Polsce.
Okres 1990 – 1997 można nazwać „heroicznym”, ponieważ wówczas orzecznictwo położyło podwaliny państwa prawnego. Skonfrontowany z brakiem tekstu konstytucyjnego (nowa Konstytucja została przyjęta dopiero w 1997 r.), TK sam musiał rekonstruować „sądową konstytucję”, która miałaby odzwierciedlać nowe realia i minimalizować brak tekstu konstytucyjnego. Innej opcji po prostu nie było. Sprawy wpływały i trzeba było je rozstrzygać w najlepszy możliwy sposób. Orzecznictwo szczególną wagę przywiązywało więc do interpretacji nowej klauzuli państwa prawnego i odczytywało ją jako źródło bardziej szczegółowych zasad nie wyrażonych wprost w tekście, jak zakaz działania prawa wstecz, ochrona praw nabytych, nakaz proporcjonalnej ingerencji przez państwo w sferę autonomii jednostki czy ochrona uzasadnionych oczekiwań.
Wracaliśmy więc do Europy z mocnym sądem konstytucyjnym, a fundamenty orzecznicze z okresu heroicznego były drogowskazami i źródłem kontynuacji dla kolejnych generacji sędziów.
Gdy nowa Konstytucja została w końcu przyjęta, nikt nie miał żadnych wątpliwości, że Trybunał Konstytucyjny musi być elementem polskiego ładu konstytucyjnego.
Odzywające się czasami głosy niezadowolenia ze strony polityków obawiających się zbyt dużego wpływu TK, nigdy nie znalazły odzwierciedlenia w próbie majstrowania przy nim. Tak było do czasu wyborów w 2005 r. i następującego po nich dwuletniego okresu rządów PiS, LPR i Samoobrony. Wówczas mieliśmy przedsmak tego, czego jesteśmy świadkami obecnie: kompletnej zmiany narracji konstytucyjnej. Po raz pierwszy od 1989 r. Trybunał stał się instytucją wrogą, którą trzeba zwalczać per fas et nefas (wystarczy przypomnieć niechlubną „rozprawę teczek” w sprawie lustracyjnej, gdy sędziowie orzekający byli szantażowani rzekomo kompromitującymi materiałami z IPN). W tej nowej narracji sąd konstytucyjny przeszkadzał w realizacji projektu IV RP, był instytucją która czyni ten projekt niemożliwym (stąd ukuty wówczas termin „imposybilizm prawny”).
Przedwczesne wybory parlamentarne w 2007 r. przywróciły stan sprzed 2005 r., gdy kontrola konstytucyjności była powszechnie uznaną i respektowaną cechą ustrojową III RP. Dzisiaj historia zatoczyła koło, ponieważ wiemy, co stało się z Trybunałem Konstytucyjnym w 2015 – 2019.
Trybunał Konstytucyjny w demokracji
W Europie doświadczonej jak nigdzie przez totalitaryzmy, demokracja musi być czymś znacznie więcej niż aktem oddania głosu przy urnie. Jednym z mitów założycielskich powojennej Europy było „nigdy więcej” i w tym celu demokracja miała być rozumiana jako nakaz respektowania fundamentalnych wartości i zasad systemowych przez rządzącą większość jak prawa człowieka, niezależność sądów, czy prawa mniejszości. To wobec właśnie tych elementów sąd konstytucyjny ma do spełnienia funkcję gwarancyjną.
Państwo i parlament zawłaszczone przez chwilową większość parlamentarną odchodzą, ale idea „państwa prawa” i sąd konstytucyjny zostają. Podstawowym atrybutem sądu konstytucyjnego w społeczeństwie pluralistycznym jest refleksyjność rozumiana jako odzwierciedlanie i branie pod uwagę różnorodnych postaw, interesów i stanowisk oraz umiejętne (co nie znaczy wolne od błędów!) roztrząsanie za i przeciw każdego z nich. Sąd Konstytucyjny głosem swoich sędziów występuje jako konstytucyjny strateg i dyplomata w jednym, kalkuluje, antycypuje i adaptuje się (podkreślam, że nie oznacza, to iż „ulega”!) do politycznej rzeczywistości.
Dla każdego sądu konstytucyjnego otoczenie polityczne jest normalnym otoczeniem, w którym taki sąd funkcjonuje i z którym jest nierozerwalnie związany. Nie chodzi jednak tylko o to, że sąd konstytucyjny kształtuje politykę, ale o to jak polityka kształtuje sąd i determinuje jego orzecznicze wybory. Nie oznacza to także, co należy mocno podkreślić, że w tym procesie sędziowie konstytucyjni stają się politykami. Gdy o Trybunale Konstytucyjnym mówimy: „sąd polityczny”, opisujemy po prostu rzeczywisty stan rzeczy, w którym wyroki sądu konstytucyjnego mają konsekwencje polityczne, wpływają na proces polityczny i coraz częściej rozstrzygają kontrowersyjne kwestie o charakterze społeczno-politycznym, które politycy chętnie przerzucają do sali sądowej, aby potem być pierwszymi, którzy z wygodnej pozycji krytykują ten sam sąd …
W demokracji liberalnej sądy konstytucyjne nie są powoływane po to, aby być sojusznikami jakiejkolwiek władzy. Gdyby tak miało być, oznaczałoby to zaprzeczenie sensu ich istnienia, czyli kontrolera i cenzora tejże władzy. Oczywiście, że każda władza chciałaby w sądzie widzieć instytucję jedynie aprobującą jej pomysły, ale wtedy oznaczałoby to, że taki słaby sąd konstytucyjny nie spełnia swoich funkcji i w ogóle nie byłby potrzebny.
Sąd konstytucyjny, który uchyla niekonstytucyjne przepisy prawa, jest sądem mocnym mocą demokracji, praw konstytucyjnych, na straży których stoi. Prawdziwa demokracja konstytucyjna, a nie demokracja oparta tylko na suwerenności parlamentu à la PIS, to taka, w której mniejszość korzysta z ochrony prawnej w formie pisanej konstytucji, której większość nie może zmienić ani osłabiać. Trybunał Konstytucyjny mamy właśnie po to, aby nam o tym wszystkim przypominać.
Żaden sąd nie może uznawać się za bezbłędny i wolny od krytycznej oceny. Jest tak, gdyż każdy akt sądzenia przez sędziów, jest jednocześnie poddaniem tych samych sędziów pod osąd świata zewnętrznego.
Zapominając o pewnych orzeczniczych potknięciach i niejasnościach (kto ich nie popełnia!), globalna ocena orzecznictwa polskiego Trybunału Konstytucyjnego 1986 – 2015 wypada zdecydowanie pozytywnie i zasługuje na szacunek, sam zaś Trybunał był do niedawna wskazywany jako dowód sukcesu polskiej transformacji ustrojowej, cytowany przez inne sądy konstytucyjne i szanowany.
Historia polskiego TK pokazuje, że jego przetrwanie i sukces były wypadkową dwóch procesów: myślenia długofalowego (trudniejszego) i orzekania z perspektywy „tu i teraz” (łatwiejszego, bo skupionego na konkretnej sprawie). Nasz Trybunał nigdy nie był sądem zamkniętym tylko w tu i teraz, ale rozumiał wagę pytania o to, co dalej. Mimo zawirowań historyczno – ustrojowych umiał odnaleźć się w stale zmieniającej się rzeczywistości prawnej i społeczno – gospodarczej oraz wytrwale budował kapitał pozwalający nie tylko przetrwać, ale i patrzeć w przyszłość.
Sprawiedliwość polityczna na Szucha
Autorytarne reżimy nie zawsze likwidują sądy. Coraz częściej nowi autokraci wykorzystujący prawo i instytucje do nieliberalnych celów rozumieją wiele korzyści z utrzymania sądów i zapewnienia, że są one kontrolowane, a nie zniszczone.
Dla władzy sąd jest zawsze źródłem legitymizacji, które można wykorzystać i przekonywać świat zewnętrzny, że wszystko jest w porządku, skoro sądy… działają.
Świat zewnętrzny widzi faktycznie istniejące instytucje, natomiast my na miejscu wiemy więcej: że to tylko fasada, a w rzeczywistości serce sądu zostało wyrwane, zaś tożsamość niezależnego arbitra zmieniona na zawsze.
Z perspektywy autorytarnego rządu istnieje jednak niebezpieczeństwo, że od czasu do czasu sąd zaskoczy i wyda wyrok, który wyłamuje się z poprawności. Element niepewności nigdy nie zostanie wyeliminowany, skoro zawsze gdzieś zachowa się sędzia, który będzie gotów rzucić wyzwanie władzy i nie akceptować nowej roli politycznej dlań przewidzianej – sprawiedliwości politycznej. Dopiero gdy koszt utrzymania nawet fasadowych sądów okaże się zbyt duży z uwagi na tych ukrytych sędziów, którzy zakłócają planowe funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości. reżim przejdzie do pełnej ofensywy i ujarzmi zupełnie sądownictwo.
W opublikowanej w 1961 r. amerykański politolog i uciekinier z nazistowskich Niemiec, Otto Kirchheimer stworzył termin sprawiedliwości politycznej. Za jego pomocą próbował wyjaśniać, jak władza polityczna rozszerza swoją sferę wpływów poprzez uczynienie z sądów własnych popleczników. Sąd ma realizować cele polityczne, które stawia przed nim świat polityki. Taka “polityczna sprawiedliwość” ma zapewnić pewność rezultatu, który jest zgodny z jej oczekiwaniami i w ten sposób tworzyć „efektywne obrazy polityczne” (w angielskim oryginale effective political images), którymi władza może się pochwalić i manipulować opinią publiczną.
Polityczna sprawiedliwość jest terminem, który idealnie oddaje powołanie fasadowego sądu konstytucyjnego i jego nową rolę w państwie PIS. Dzięki przejęciu Trybunału Konstytucyjnego, sprawiedliwość polityczna stawia pierwsze kroki w Polsce. Sprawiedliwość polityczna działa, ponieważ sąd nie wypełnia już swojej funkcji kontrolnej wobec większościowego ustawodawcy i rządu, a zamiast tego wydaje rozstrzygnięcia oczekiwane. Staje się przedłużeniem parlamentu i władzy wykonawczej, zamiast ich konstytucyjnym pryncypialnym kontrolerem. Rząd dzięki takiemu sądowi konstytucyjnemu na niby tworzy polityczny spektakl i zarządza efektywnymi obrazami z sali sądowej. Spektakl jest z góry ukartowany i przewidywalny. Każdy ma grać swoją rolę, aby stworzyć wrażenie, że sąd działa (skoro każdy może go zobaczyć na żywo), zachowane są pozory poprawności i legalności, gdy nowi sędziowie są wybierani, gdy w rzeczywistości instytucja jest wydmuszką i ma służyć władzy, a nie trzymać w ryzach. Władza nie tylko obserwuje uważnie, jak orzeka ten “niby TK”, ale jest gotowa do ingerencji, ilekroć odchylenia od sprawiedliwości politycznej będą zbyt kosztowne dla rządzących.
Co dalej?
Bezlitosny atak na Trybunał Konstytucyjny zakończył jego żywot w dotychczasowej formie i nie ma powrotu do stanu sprzed 2015 r.
Nieprzypadkowo TK stał się pierwszą ofiarą „nowych” porządków zaraz po wyborach w 2015 r. Nowa władza doskonale rozumiała, że silny i niezależny sąd konstytucyjny to jej śmiertelny wróg, który może pokrzyżować plany budowy IV RP z pogwałceniem obecnie obowiązującej Konstytucji. Zgodnie z nową doktryną, rządząca w Polsce większość chce widzieć w sądzie biernego i słabego potakiwacza, który bezkrytycznie przyklepuje wszystko, co władza mu podsunie.
Takie postępowanie jest jednak zaprzeczeniem podstawowej cechy sądownictwa konstytucyjnego: niezależności od jakiejkolwiek władzy. Jego zadaniem jest efektywnie chronić prawa i wolności konstytucyjne obywateli i przypominać rządzącej większości o granicach, których nie może przekraczać w pogoni za kolejnym sondażem. Ta ostatnia uwaga nabiera szczególnego znaczenia dzisiaj, ponieważ bezwzględne rozprawienie się z Trybunałem dowodzi boleśnie, że w Polsce wybory demokratyczne są cały czas traktowane jako tożsame z demokracją, a mandat uzyskany z wyborów jest rozumiany jako polityczna carte blanche.
Brakuje nam kultury konstytucyjnej, której podstawowym wyznacznikiem jest szacunek dla ograniczeń, bez których nie ma demokracji. Cały czas potrzebujemy więcej aktywności obywatelskiej w obronie podstaw porządku konstytucyjnego i instytucji, które stoją na ich straży.
Społeczeństwo obywatelskie powinno z dumą świętować 33. urodziny sądu, który nam Polakom po prostu się udał i którego dzisiaj niestety już nie mamy.
Nigdy nie możemy zapomnieć, że Polska demokracja jest demokracją liberalną, a nie tylko większościową, zaś istnienie silnego i niezależnego od jakiejkolwiek władzy sądu konstytucyjnego jest zawsze sprawą fundamentalną. Musi być to przedmiotem naszej troski i zainteresowania dzisiaj i, przede wszystkim, jutro. Na razie w 2019 r. możemy tylko, i aż nie zapominać o Trybunale Konstytucyjnym. Ta pamięć obywatelska będzie mieć kluczową rolę do odegrania w długofalowym i fundamentalnym wyzwaniu w przyszłości: odbudowaniu sądownictwa konstytucyjnego w Polsce.
Obawiam się, że dzisiaj niewielu z obywateli pamięta, co tak naprawdę stało się z Trybunałem Konstytucyjnym. Jeżeli mam rację i już zapomnieliśmy o polskim sądzie konstytucyjnym, nasza zbiorowa niepamięć i obojętność jest największym triumfem obecnej władzy.
Mogę tylko pisać, przypominać i wierzyć, że się mylę.
Tomasz Tadeusz Koncewicz
Absolwent prawa uniwersytetów we Wrocławiu i w Edynburgu; Profesor prawa, kierownik Katedry Prawa Europejskiego i Komparatystyki Prawniczej na Uniwersytecie Gdańskim; 2015 - 2016 Fulbright Visiting Professor, University of California, Berkeley; 2017 Visiting Professor Radzyner Law School, Interdisciplinary Center, Herzliya; 2017-18 LAPA Crane Fellow, Princeton University; 2019 Fernand Braudel Senior Fellow, European University Institute, Florencja; Adwokat specjalizujący się w zastępstwie procesowym przed sądami europejskimi; Członek Editorial Board Oxford Encyclopedia of EU Law, Principal Investigator H2020 Reconciling Europe with its Citizens Through Democracy and Rule of law
Zuchwała kradzież w Dreźnie. Złodzieje włamali się do królewskiego skarbca

DW
Złodzieje wdarli się do drezdeńskiego zamku, gdzie od czasów Augusta Mocnego wystawiana jest słynna kolekcja klejnotów. Straty mogą być liczone w setkach milionów euro.

Złodzieje włamali się w poniedziałek nad ranem do słynnej drezdeńskiej galerii sztuki „Zielone Sklepienie”, dysponującej jedną z najbogatszych kolekcji klejnotów w Europie.
Nie wiadomo na razie, ile eksponatów skradziono. Dziennik „Bild” twierdzi, że może chodzić o największą kradzież dzieł sztuki w powojennej historii Niemiec. Łupem złodziei miały paść klejnoty o wartości setek milionów, a nawet miliarda euro. Policja, jak dotąd, nie potwierdza tych informacji. Przyznała jedynie, że doszło do włamania, a sprawcy są poszukiwani.
Das #LKA ist vor Ort und untersucht den Tatort.#GrünesGewölbe #Dresden pic.twitter.com/nOksCDJvx6
— Radio Dresden (@RadioDresden) November 25, 2019
Diamenty, złoto, kość słoniowa
Galeria „Zielone Sklepienie” to część skarbca znajdującego się na zamku w Dreźnie. Elektor saski i król Polski August II Mocny kazał w latach 1723-1729 przebudować skarbiec i udostępnić jego zasoby publiczności. Zgromadzono tam należące do króla dzieła sztuki jubilerskiej i złotniczej, obiekty z kości słoniowej, kamieni i drogocenne brązy.
Reagując na informacje o włamaniu premier landu Saksonia Michael Kretschmer powiedział, że nie da się zrozumieć historii Saksonii bez „Zielonego Sklepienia”.
„Bild” podaje, że sprawcy weszli na teren zamku około piątej nad ranem. Wcześniej podpalili skrzynkę transformatorową, co odcięło dopływ prądu do zamku i wyłączyło alarm. Do wewnątrz wdarli się przez okno.
REDAKCJA POLECA
Londyn. Czy Rosja ingerowała w kampanię brexitową?

rozmawiał Jurij Rescheto
Jak donoszą brytyjskie media, Rosja ingerowała rzekomo w kampanię brexitową. Oligarcha Lebiediew wymieniany jest jako jeden ze sponsorów akcji.

Czy Rosja znów maczała palce w nieswoich sprawach? Brytyjski tygodnik „Sunday Times” podaje nazwiska dziewięciu bogatych Rosjan, którzy rzekomo finansowo wspierali konserwatywną partię brytyjskiego premiera Borysa Johnsona. Informacje te pochodzić mają, jak twierdzi redakcja, z raportu parlamentarnej komisji śledczej ws. rosyjskiej politycznej ingerencji w Zjednoczonym Królestwie. Raport ten miał być opublikowany 10 listopada. Jednak brytyjski rząd wstrzymał jego publikację ze względu na wybory, które rozpisano na 12 grudnia.
Rosyjski oligarcha Aleksander Lebiediew jest jednym z trzech Rosjan, którzy rzekomo mieli współfinansować kampanię brexitową. Rosyjski bankier kupił między innymi brytyjską gazetę „The Independent”, „Evening Standard” i stację telewizyjną London Live. W biografii oligarchy wyraźnie widać jego przeszłość w KGB, gdzie był oficerem – i bliskie relacje z rosyjskim rządem. Nie zaprzecza on, że w przeszłości kilkakrotnie spotykał się z prezydentem Władimirem Putinem. Jednak zarzuty finansowania brexitu nazywa „absurdalnymi”. Brytyjskie media krytykują go m.in. za to, że był obecny na przyjęciu, które organizował syn Aleksandra Lebiediewa, brytyjski biznesmen Jewgienij Lebiediew w kwietniu 2018 w swojej posiadłości we Włoszech, i na które zaprosił także ówczesnego brytyjskiego ministra spraw zagranicznych Borisa Johnsona. Jak bliskie są w rzeczywistości relacje rodziny Lebiediew i Johnsona? O tym z oligarchą rozmawiała Deutsche Welle.
DW: Czy to prawda, że jest Pan zaprzyjaźniony z Borisem Johnsonem?
Aleksander Lebiediew: Nie nazwałbym tego przyjaźnią tylko znajomością. Ale może Jewgienij, mój syn jest z nim zaprzyjaźniony.
Kiedy spotkał się Pan z Borysem Johnsonem ostatni raz?
Przed dwoma albo trzema laty. Ogólnie widzieliśmy się ponad 10 razy.
Ale teraz chodzi o przyjęcie w willi we Włoszech…
To było przyjęcie urodzinowe mojego syna. Ja sam z Johnsonem się nie widziałem. On był zmęczony i chciał się zrelaksować. Czy mam teraz powiedzieć, że go widziałem czy że go nie widziałem? W każdym razie nie rozmawiałem z nim.
A Pana syn? Kiedy widział Johnsona ostatni raz?
Tego nie wiem, proszę jego zapytać, oni przyjaźnią się od lat.
Czy Pana syn dawał pieniądze konserwatywnej partii premiera Johnsona?
Nic mi o tym nie wiadomo. On jest co prawda właścicielem gazet, które teoretycznie mogłyby wywierać wpływy, ale nie sądzę, żeby wykorzystywał je w ten sposób. Bardzo trudno jest zresztą wywrzeć wpływ na brytyjskich dziennikarzy. Jestem pewien, że mój syn nie dawał pieniędzy ani konserwatystom, ani Partii Pracy, ani nikomu innemu.
A Pan sam?
Pan chyba żartuje. Ja nie mam na to pieniędzy.
Jak Pan sądzi, dlaczego pomimo tego są takie podejrzenia?
To fake newsy „Guardiana”. Oni chcą, żeby Jeremy Corbyn został premierem i chcą skompromitować Borisa przy pomocy KGB! To widać jak na dłoni. Odczekajmy aż będzie raport rządu. Domagałem się jego natychmiastowego opublikowania i jeszcze raz podkreślam moje żądanie. Sam chciałbym wiedzieć, co tam dokładnie napisano, zanim będę to komentował.
REDAKCJA POLECA
„Tak, byłam ofiarą przemocy”. Sylwia Spurek rozpoczyna kampanię 16 dni przeciw przemocy wobec kobiet
Sylwia Spurek rozpoczyna kolejną kampanię 16 dni przeciw przemocy wobec kobiet i publicznie wyznaje: tak, byłam ofiarą przemocy.
„Sylwia Spurek, posłanka do Parlamentu Europejskiego, jestem samodzielna, umiem być niezależna, merytoryczna – tak, byłam ofiarą przemocy” – mówi w spocie zapowiadającym kampanię 16 dni przeciw przemocy wobec kobiet. Spurek to była zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich, a od maja br. posłanka Parlamentu Europejskiego. Autorka projektu pierwszej ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie (2005), potem w 2015 koordynowała w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów prace związane z ratyfikacją Konwencji antyprzemocowej Rady Europy. Podobnie jak miliony innych Polek, była ofiarą przemocy.
Kampania 16 dni przeciw przemocy wobec kobiet została zainicjowana w 1991 r. i od tamtego czasu odbywa się pomiędzy 25 listopada (Międzynarodowy Dzień Przeciwko Przemocy Wobec Kobiet) a 10 grudnia (Międzynarodowy Dzień Praw Człowieka). Wybór tych dat to symboliczne podkreślenie faktu, że prawa kobiet są prawami człowieka.

Według statystyk policyjnych w 2018 r. ofiarami przemocy domowej padło blisko 89 tys. osób, z czego prawie 74 proc. stanowią kobiety. Z kolei największą grupę wśród sprawców przemocy w rodzinie w poszczególnych latach – ponad 90 proc. – stanowią mężczyźni.
Jak wynika z danych GUS, ofiarami znęcania się ze strony członków rodziny także najczęściej były kobiety, prawie 80 procent w 2018 r.. – Ale prawdziwej skali przemocy domowej niestety nadal nie znamy, bo wiele ofiar jej nie zgłasza, nie ma zaufania do Policji, prokuratury, sądów, obawia się o swoje życie, wstydzi się – dodaje Spurek.
W tym roku kampania pod hasłem „Trzymam stronę kobiet” ma na celu zwrócić uwagę na szkodliwe mity na temat przemocy domowej, które utrudniają skuteczne rozwiązywanie tego problemu. Zdaniem
Sylwii Spurek kobiety nadal bardzo często obarczane są odpowiedzialnością za przemoc, słyszą, że są same temu winne, a sprawca jest usprawiedliwiany.

– W tym roku chcemy pokazać konkretne rozwiązania prawne, bez których kobiety w Polsce nie będą skutecznie chronione. Chcę zachęcić wszystkich, aby zaczęli pytać swoich posłów, posłanki, senatorów, senatorki, co chcą zrobić w tej kadencji dla ofiar przemocy domowej – dodaje Spurek.
Jak co roku jednym z przewodnich motywów kampanii jest symboliczna Biała Wstążka, akcja wymyślona przez mężczyzn i dla mężczyzn. Mężczyźni noszący białą wstążkę, deklarują, że nie będą akceptować i milczeć w sytuacji, w których dochodzi do przemocy wobec kobiet.
Spurek poinformowała, że w tym roku wysłała list do prawie tysiąca wpływowych mężczyzn z prośbą o włączenie się w kampanię. – To ważne, bo bez zaangażowania mężczyzn nie uda nam się tego problemu rozwiązać – dodaje.


