Mounjaro czy Wegovy? Naukowcy porównali dwa popularne leki na otyłość

Pierwsze duże badanie porównawcze najgłośniejszych leków odchudzających ostatnich lat wskazuje wyraźnego lidera. Tirzepatyd (znany jako Mounjaro) okazał się skuteczniejszy niż semaglutyd (Wegovy), choć oba preparaty wyraźnie wspierają pacjentów w walce z otyłością.

Fot. Rachael RenUnsplash

Skuteczność Mounjaro i Wegovy: nowe dane z badania klinicznego

Badacze z Uniwersytetu w Glasgow oraz ośrodka Weill Cornell Medicine w Nowym Jorku przeanalizowali wpływ dwóch leków na osoby zmagające się z otyłością. W badaniu klinicznym – sfinansowanym przez firmę Eli Lilly, producenta Mounjaro – uczestniczyło 750 dorosłych pacjentów, którzy przez ponad 72 tygodnie stosowali maksymalnie tolerowaną dawkę jednego z leków.

Wyniki okazały się jednoznaczne. Średnia utrata masy ciała w grupie przyjmującej Mounjaro wyniosła aż 20 procent, podczas gdy wśród osób stosujących Wegovy redukcja sięgnęła średnio 14 procent. Co więcej, niemal co trzeci pacjent stosujący Mounjaro stracił jedną czwartą swojej wagi, natomiast w grupie przyjmującej Wegovy taki rezultat osiągnęła tylko co szósta osoba.

Jak działają te leki na odchudzanie? Semaglutyd vs tirzepatyd

Oba preparaty działają w podobny sposób – oszukując ośrodek sytości w mózgu, co prowadzi do zmniejszenia apetytu i ograniczenia spożycia kalorii. Semaglutyd, znany pod nazwą handlową Wegovy, naśladuje działanie hormonu GLP-1 wydzielanego po posiłku. Tirzepatyd (Mounjaro) idzie o krok dalej: aktywuje jednocześnie dwa receptory – GLP-1 oraz GIP – co daje silniejszy efekt sytości i, jak pokazuje badanie, skuteczniejszą redukcję masy ciała.

Nie tylko waga: inne efekty leczenia otyłości

Pacjenci przyjmujący Mounjaro średnio zredukowali obwód talii o 18 centymetrów, wobec 13 centymetrów w grupie semaglutydu. Lepsze wyniki odnotowano również w zakresie ciśnienia tętniczego, poziomu glukozy i cholesterolu. Co istotne, częstość występowania skutków ubocznych była zbliżona w obu grupach badanych. Ciekawym wnioskiem jest również to, że kobiety traciły na wadze więcej niż mężczyźni – niezależnie od stosowanego leku.

Który lek odchudzający wybrać? Komentarze ekspertów

Według dr Louisa Aronne’a, który kierował badaniami w nowojorskim ośrodku Weill Cornell, większość osób z otyłością skorzysta z terapii semaglutydem. Jednak w przypadkach skrajnej otyłości to tirzepatyd może przynieść lepsze efekty. Z kolei profesor Naveed Sattar z Uniwersytetu w Glasgow ocenił, że oba preparaty stanowią „dobrą opcję terapeutyczną” – choć jego zdaniem jedni pacjenci zadowolą się 15-procentową utratą wagi, inni będą dążyć do maksymalnych możliwych rezultatów.

Warto zaznaczyć, że Wegovy zyskał już zatwierdzenie do stosowania także w profilaktyce schorzeń sercowo-naczyniowych, takich jak zawał serca. Dla Mounjaro podobne badania są wciąż prowadzone.

Otyłość w Polsce: narastający problem zdrowotny i ekonomiczny

Na tym tle pojawia się pytanie o skalę problemu. Według danych Eurostatu z 2019 roku, otyłość dotyczyła niemal jednej piątej dorosłych Polaków. Jeśli jednak uwzględnić osoby z nadwagą, skala problemu gwałtownie rośnie: z danych Głównego Urzędu Statystycznego oraz raportu NFZ wynika, że ponad 56 procent osób powyżej 15. roku życia miało wówczas nadwagę lub otyłość.

Wraz ze wzrostem masy ciała rosną też koszty zdrowotne. W 2023 roku Narodowy Fundusz Zdrowia wydał na leczenie chorób powiązanych z otyłością ponad 3,5 miliarda złotych – niemal trzykrotnie więcej niż jeszcze dekadę wcześniej. A prognozy nie pozostawiają złudzeń. Według szacunków NCD Risk Factor Collaboration, do końca 2025 roku nawet 30 procent dorosłych mężczyzn i ponad jedna czwarta kobiet w Polsce może zmagać się z otyłością.

Przyszłość farmakologicznego leczenia otyłości

Na rynku farmaceutycznym rośnie więc apetyt na skuteczne leki. W Polsce Mounjaro i Wegovy są dostępne na receptę, jednak – jak informują lokalne media – można je dostać jedynie w wybranych aptekach. Na świecie trwa natomiast intensywny wyścig: testowane są wyższe dawki istniejących preparatów, alternatywne formy podania (np. tabletki), a także zupełnie nowe molekuły o odmiennym mechanizmie działania.

Profesor Sattar nie ma wątpliwości, że rosnąca liczba badań przybliża nas do skutecznych metod leczenia otyłości. Jednocześnie przypomina, że żaden lek nie zastąpi trwałej zmiany stylu życia. Jak podkreśla: „Znacznie lepiej byłoby, gdyby nasze społeczeństwo było zdrowsze, co pozwoliłoby zapobiec rosnącej liczbie osób z otyłością”.


DF, thefad.pl / Źródło: New England Journal of Medicine, BBC, European Congress on Obesity

 


Przeżyć Batyra – gorzkie refleksje Stefana Niesiołowskiego nad stanem polskiej polityki

„To przykre, ale trzeba się z tym pogodzić, jak z przewlekłą egzemą. Batyr, którego nazwiska z obrzydzenia nie chcę wymawiać (…) będzie niestety prezydentem. Nie tacy osobnicy pełnili już ten urząd i Polska ich przeżyła. Moment jest istotnie przykry, a samo oglądanie wyżej wymienionego z tym martwym, odrażającym pseudouśmiechem, wygadującego brednie i kłamstwa jednocześnie, jest czymś koszmarnym” – pisze Stefan Niesiołowski w swoim najnowszym wpisie w mediach społecznościowych.

Stefan Niesiołowski. Fot. wikipedia

Były opozycjonista i polityk ostro krytykuje nie tylko wybór nowego prezydenta, ale również bierność instytucji państwa w rozliczaniu nadużyć poprzedniej władzy. Szczególnie surowo ocenia ministra sprawiedliwości: „Zamiast pisać listy, w których wytykał p. Manowskiej brak legalności izby SN, o której wszyscy wiedzą, że nie jest sądem, powinien zająć się aresztowaniami i oskarżeniami pisowskiej szajki. Minister Bodnar nie jest od pisania skarg i listów do p. Manowskiej, ale od łapania przestępców” – stwierdza.

Zdaniem Niesiołowskiego Polska znajduje się dziś w kluczowym momencie politycznym: „Jesteśmy w momencie pisowskiego szturmu na Polskę. Kaczyński liczy, że na fali rozgoryczenia uda mu się zniszczyć koalicję 15 X i dorwać wraz z konfą i jakimiś innymi odpadami do rządów” – przestrzega.

Na szczególne potępienie zasługuje – według autora – nominacja Sławomira Cenckiewicza na szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Niesiołowski określa go jako „człowieka Macierewicza”, który „fałszywie oskarżał Lecha Wałęsę” i miałby – w najostrzejszym ujęciu – być „być może rosyjskim agentem wpływu”. Wpis wiąże tę nominację z szerszym planem politycznym, mającym na celu wyeliminowanie Donalda Tuska z życia publicznego i przejęcie kontroli nad kluczowymi instytucjami państwa przez środowiska związane z PiS.

Poniżej publikujemy pełną treść wpisu Stefana Niesiołowskiego.

Przeżyć Batyra

To przykre, ale trzeba się z tym pogodzić, jak z przewlekłą egzemą lub inną endemiczną chorobą i z wieloma negatywnymi zjawiskami, które nam towarzyszą. Batyr, którego nazwiska z obrzydzenia nie chcę wymawiać, ani innych znanych epitetów, na które swoim życiorysem bardzo zasłużył, będzie niestety prezydentem.

Nie tacy osobnicy pełnili już też ten urząd i Polska ich przeżyła. Moment jest istotnie przykry, a samo oglądanie wyżej wymienionego z tym martwym odrażającym pseudouśmiechem, wygadującego brednie i kłamstwa jednocześnie, jest czymś koszmarnym.

Trudno jednak po p. Hołowni spodziewać się bohaterstwa. W dodatku byłoby to bohaterstwo dość jałowe i symboliczne. Hołownia mógłby odroczyć zaprzysiężenie do czasu wyjaśnienia wszystkich wątpliwości i zastrzeżeń.

Tyle tylko, że to co najwyżej odsunęłoby samo zaprzysiężenie i ewentualnie umożliwiło przegłosowanie i podpisanie przez pełniącego już funkcję prezydenta marszałka najważniejszych ustaw reformujących wymiar sprawiedliwości. Jest to jednak kalkulacja ryzykowna i, znając sprawność działania władzy ustawodawczej, raczej niemożliwa do zrealizowania.

Tak więc, zwłaszcza wobec oświadczenia premiera, że trzeba ze względu na konieczność ustabilizowania sytuacji w państwie, z czym trudno polemizować, uznać wybór Batyra – musimy ten przykry fakt przyjąć do wiadomości.

Nie oznacza to, że nie można oceniać ostatnich wydarzeń w Polsce – tego wszystkiego, co zafundowała nam p. Manowska, neosędziowie i wielu polityków.

Stopień arogancji, podłości, egoizmu i służalczości ze strony np. rzecznika SN p. Stępkowskiego, samej p. Manowskiej, wielu polityków koalicji, dla których stanowiska w rządzie okazały się sprawą absolutnie fundamentalną, bo jeśli nie będą wysokimi dygnitarzami rządu po rekonstrukcji, to oznacza, że rząd „nie dowiezie” obietnic – a to z kolei będzie koniec koalicji i, w domyśle rzecz jasna, Polski.

Cała licytacja atakowania Trzaskowskiego, rządu, Tuska i zapewnienia o swoim uznaniu dla wyboru Batyra przez jego obóz polityczny oraz czegoś w rodzaju radości z tego wyboru, czego najbardziej może wzruszającym przykładem była p. Żukowska, ale nie tylko ona, to żałosny przykład braku charakteru i politycznej wyobraźni oraz jakiejś trudnej do wytłumaczenia małostkowości.

Minister Bodnar zamiast pisać listy, w których wytykał p. Manowskiej brak legalności izby SN, o której wszyscy wiedzą, że nie jest sądem, i skarżyć się, że prokuratorzy zostali niewłaściwie potraktowani i nie udostępniono im skarg obywateli, powinien zająć się aresztowaniami i oskarżeniami pisowskiej szajki.

Mieliśmy do czynienia z pokazem bezsilności i nieskuteczności działania prokuratury. Co z tego, że p. Bodnar nie został dopuszczony do akt i odstąpi od swojego udziału? Co wynika ze wszystkich zastrzeżeń, uwag i skarg na obsadzoną przez PiS izbę i na neosędziów, którzy od dawna istnieją w naszym wymiarze sprawiedliwości na różnych szczeblach?

Minister Bodnar nie jest od pisania skarg i listów do p. Manowskiej, ale od łapania przestępców. Polską przez 8 lat rządziła zorganizowana grupa przestępcza (ZGP) (sąd zezwolił na tę nazwę), której hersztem jest Kaczyński.

Grupa ta wprowadziła w Polsce autorytarny system rządzenia (zgadzam się, że nie mordowała, a stosowane przez nią represje polegały głównie na szkalowaniu, zniesławianiu oraz niedopuszczaniu do zajmowania ważnych stanowisk) polegający na takim mechanizmie, że Kaczyński i krąg wokół niego – który tylko przed nim odpowiadał – podejmował najważniejsze decyzje, jednocześnie zezwalając kraść i rabować, gwarantując pełną bezkarność w zamian za wysługiwanie się reżimowi.

System ten korzystał z poparcia Kościoła, który uzyskał zapewnienia o bezkarności za przestępstwa popełniane przez księży – głównie obyczajowe – a także za gigantyczne dotacje z budżetu państwa.

Najbardziej znanym, ale przecież nie jedynym przykładem takiej korupcji wysokich duchownych jest przykład oligarchy Tadeusza Rydzyka. W zamian za polityczne poparcie reżimu Kaczyńskiego, Rydzyk i wielu innych duchownych otrzymywało pieniądze z budżetu państwa oraz korzystało z bardzo wielu przywilejów i możliwości, jakie dawało „zblatowanie” z PiS.

Tych przykładów jest bardzo wiele. Oto kilka wybranych przykładów jaskrawej ingerencji Kościoła w wybory na rzecz PiS:

„Wieś Szczawa w okolicach Limanowej w Małopolsce… Chrześcijanin może z czystym sumieniem głosować tylko na kandydata, który nie deklaruje sprzeciwu wobec prawa Bożego, jedynym, który spełnia to kryterium, jest Karol Nawrocki…”

„Ostrów Wielkopolski… Dzisiaj też zadecydujemy, czy opowiemy się za Polską, czy za Niemcami. Pan z wami…”

„Parafia w miejscowości Wysoka… Głosujemy na kandydata, który będzie bronił naszej wiary, a nie będzie z nią walczył, oraz kieruje się w życiu osobistym szacunkiem dla religii katolickiej…”

„To w dużej mierze są neobolszewicy, duchowe lub nawet fizycznie dzieci i wnuki tamtych bolszewików. Ich panowanie będzie dla Polski analogiczną katastrofą, jaką panowanie komunistów było dla Rosji. Nie możemy do tego dopuścić… Oddajmy głos, żeby w Polsce mówiono po polsku, myślano po polsku, żeby Kościół cieszył się wolnością.”

Tak mówił dr Artur Dąbrowski, prezes Akcji Katolickiej Archidiecezji Częstochowskiej w Radio Maryja (Robert Walenciak, „Kościół otwarcie wspierał Karola Nawrockiego”, „Przegląd”, 16–22.06.2025 r.).

Jawna, bezczelna agitacja na rzecz kandydata PiS, ale co może jeszcze bardziej uderza, to wyjątkowa prymitywna, wulgarna, nędzna politycznie i marna intelektualnie argumentacja aktywnych w mediach jego przedstawicieli.

Dla dopełnienia całości degeneracji, jakiej ulega od dłuższego czasu polski Kościół, fragment dłuższego tekstu ukazującego walkę gangów kierowanych przez najbardziej znanych i zasłużonych dla tej instytucji najwyższych dostojników tej mafii:

„Cicha wojna o najbogatszą parafię w Polsce podzieliła archidiecezję krakowską. Z odremontowanego niedawno gmachu Prałatówki, położonej na rogu placu Mariackiego i Szpitalnej, musi się wynieść dotychczasowy proboszcz, ks. Dariusz Raś, człowiek Stanisława Dziwisza. Jego miejsce – na razie jako administrator – zajmie ks. Mariusz Słonina, zausznik arcybiskupa Marka Jędraszewskiego. Tak po ponadrocznym boju wygląda pole bitwy, w którą musiał zaangażować się nawet Watykan. Przestrzegam: tam nie ma dobrych bohaterów. To jak walka frakcji w gangsterskiej rodzinie. Jędraszewski i Dziwisz sięgają po różne kościelne narzędzia – np. raporty czy oskarżenia o nielegalnie przeprowadzane remonty – żeby postawić na swoim. W całym zamieszaniu chodzi tylko o jedno: o kasę.”
(Jakub Korys, „Bitwa o parafię Mariacką”, „Newsweek”, 30.06–06.07.2025 r.)

Złudzeń nie miejmy najmniejszych – jesteśmy w momencie pisowskiego szturmu na Polskę. Kaczyński liczy, że na fali rozgoryczenia uda mu się zniszczyć koalicję 15 X i dorwać wraz z konfą i jakimiś innymi odpadami do rządów.

Niedopuszczenie do pisowskiej wznowy jest moralnym i politycznym obowiązkiem patriotów i ludzi, którzy zachowali elementarną zdolność oceny sytuacji. Filarem tego frontu obrony Polski przed nacjonalistami jest Donald Tusk.

Dlatego każdy atak na Tuska, a zwłaszcza brednie w rodzaju, że Tusk się zużył, że należy postawić na kogoś innego, młodszego, nieuwikłanego, itp. – jest działaniem na rzecz pisowskiej wznowy i Kaczyńskiego, który przez 8 lat okradał Polskę, a dziś ją demoluje i pragnie zapewnić swojej ZGP bezkarność i kontynuowanie złodziejstwa.

Przejawem podpalania Polski jest nominacja niejakiego Cenckiewicza – człowieka Macierewicza, związanego z Macierewiczem, fałszywie oskarżającego Lecha Wałęsę i stojącego na czele tzw. komisji ds. wpływów rosyjskich, a faktycznie mającej wyeliminować Tuska z życia politycznego.

Mamy więc na czele Biura Bezpieczeństwa człowieka Macierewicza – a więc być może rosyjskiego agenta wpływu. W Pałacu Prezydenckim – człowieka nienawidzącego Unii i też sympatyka Putina, którą to sympatię dzieli z całym PiS.

Odpowiedzią polskiego rządu powinno być możliwe ograniczenie instytucjom kierowanym przez Nawrockiego i jego grupę funduszy, aby nie uczynili z w/w biura, Pałacu itd. miejsc zatrudnienia pisowskich kundli.

I jeszcze do tego dochodzą finansowane w złotych czasach pisowskich z budżetu państwa nacjonalistyczne bojówki, kierowane przez politycznych lumpów w rodzaju Bąkiewicza, lub podszywających się pod Pana Boga i Matkę Boską kiboli i żuli o pięknych nazwach: „Rycerze Maryi”, „Żołnierze JPII”, „Rycerze Chrystusa Króla” itp.

Miejsce dla tych bojówek nie jest na polskich granicach i patriotycznych uroczystościach, ale w więzieniu. I od tego, kiedy tam się znajdą – razem z takimi patriotami jak Wąsik, Kamiński, Macierewicz, Obajtek, Witek, Morawiecki itd. – zależy przyszłość Polski i demokracji w Polsce.

 Stefan Niesiołowski / opr. DF, thefad.pl

 


Giertych: Tak, panie Marszałku. Jeszcze wyborów nie wygrali, a już dzielą łupy

Roman Giertych

Roman Giertych

Ci, którzy chcą przejąć władzę, już zapowiadają krwawą zemstę i już tworzą listę do wsadzenia do aresztu. Jeszcze wyborów nie wygrali, jeszcze połowa kadencji nie minęła, a oni już dzielą łupy. Tak, panie Marszałku. Nie ma trzeciej drogi pomiędzy zwalczającymi się plemionami. Albo jest się za wolnością, demokracją i praworządnością, albo za zamordyzmem, autorytaryzmem i skorumpowanym systemem prawa

Fałsz Szymona Hołowni

Od początku kampanii prezydenckiej narracja S. Hołowni była fałszywa, albowiem kłamstwem jest twierdzenie o dwóch nienawidzących się plemionach. My wcale nie mamy uczuć nienawiści do PiS. My kochamy Polskę i nie chcemy, aby została poddana pod autorytaryzm w rosyjskim wydaniu. I dlatego walczymy z Kaczyńskim i jego zamachem na Państwo z całych naszych sił. To nas atakują, opluwają, podsłuchują, publikują nasze rozmowy, życząc nam wszystkiego najgorszego.

My natomiast z szacunku dla prawa, praworządności i demokracji nie oskarżamy nikogo bez żmudnie zbieranych dowodów, nie chcemy pakować nikogo do aresztu, zostawiając karanie niezawisłym sądom. Nie działamy nawet wbrew, oczywiście, niekonstytucyjnym ustawom, bo szanujemy prawo, nawet jeżeli jest feralnie uchwalone. Bo czujemy się związani własnymi poglądami na wolność i demokrację i wolimy szkodę polityczną ponieść niż złamać własne poglądy. Dlatego obywatele, jeśli mają do nas pretensje, to nie o autorytaryzm, ale o brak sprawczości.

Czy takie działanie jest naiwnością i przesadnym legalizmem? Oceni to historia, ale jedno jest pewne: w niczym nie naruszamy demokracji naszej Rzeczpospolitej.

Ci, którzy chcą przejąć władzę, już zapowiadają krwawą zemstę i już tworzą listę do wsadzenia do aresztu (gdzie mam zaszczytne miejsce zawsze, zaraz po Tusku, a ex aequo z Bodnarem). I listę potencjalnie wyrzucanych z pracy za wspieranie obecnej władzy. Jeszcze wyborów nie wygrali, jeszcze połowa kadencji nie minęła, a oni już dzielą łupy i wskazują na cele dintojry. Nie pamiętają o przysłowiu: nie mów hop, póki nie przeskoczysz.

Nie ma żadnej paraleli pomiędzy Tuskiem a Kaczyńskim. Tusk stoi po stronie demokracji, rządów prawa, sprawiedliwości i uczciwości, a Kaczyński po stronie autorytaryzmu, sądów na telefon, stronniczych jak Manowska i wszechogarniającej korupcji. Dlatego te twierdzenia Marszałka Sejmu, na których oparł swoją kampanię, były od początku fałszywe.

O różnicy pomiędzy Tuskiem a Kaczyńskim Hołownia mógł się zresztą przekonać jeszcze w inny sposób. Przed objęciem władzy wielokrotnie Tusk i Hołownia spotykali się na poufnych spotkaniach. Nigdy nic nie wypłynęło. A Kaczyński na drugim spotkaniu postanowił publicznie upokorzyć lidera Polska 2050. I zrobił to w perfidny, typowy dla siebie sposób.

Tak, panie Marszałku. Nie ma trzeciej drogi pomiędzy zwalczającymi się plemionami. Albo jest się za wolnością, demokracją i praworządnością, albo za zamordyzmem, autorytaryzmem i skorumpowanym systemem prawa. Tertium non datur.

Roman Giertych 


Adam Mazguła: Zbrodniarzom nie podaje się ręki. Zapomnieliście, kogo reprezentujecie

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Z PiS-okupantami zorganizowanej bandy przestępczej rozmawiać można i trzeba, tylko o warunkach ich zbiorowej eutanazji politycznej i odpowiedzialności za dokonane zbrodnie na narodzie. Zbrodniarzom nie podaje się ręki, bo na takie zakłada się kajdanki. Widzę, że już zapomnieliście, że reprezentujecie ponad 10-milionowe społeczeństwo demokratyczne, a nie nierobów i zdrajców. A już organizowanie nocnych spotkań ze zbrodniarzami to zdrada

Kochana Koalicjo Demokratyczna, z PiS-okupantami zorganizowanej bandy przestępczej rozmawiać można i trzeba, tylko o warunkach ich zbiorowej eutanazji politycznej i odpowiedzialności za dokonane zbrodnie na narodzie. O niczym więcej. Zbrodniarzom nie podaje się ręki, bo na takie zakłada się kajdanki.

Widzę, że już zapomnieliście, że reprezentujecie ponad 10-milionowe społeczeństwo demokratyczne, a nie nierobów i zdrajców. A już organizowanie nocnych spotkań ze zbrodniarzami to zdrada. Tylko przypominam przedstawicielom PL2050 i PSL, że to przed swoimi wyborcami trzeba się rozliczyć i wyjaśnić im, kim dla was są.

Tymczasem Sejm ma pracować tylko do zaprzysiężenia Nawrockiego i aż się do tego pali Hołownia. To może poda wyniki wyborów? Bo ja ich przez takich jak on nie znam, więc będę żył bez prezydenta.

Polacy czekają na rozliczenie PiS-drani, a od 6 sierpnia aż 5 tygodni wakacji dla „ciężko pracujących” nierobów i zdrajców klasy próżniaczej. Malediwy, Seszele czekają, też w znacznej mierze na nasz koszt. Przykre, ale już nie wszyscy czekają na wasze przebudzenie. Zawiedliście.

Musicie przeliczyć głosy nawet wtedy, gdy inni tego nie chcą. W przeciwnym razie na wiosnę wybory, a ludzie nie głosują na bezsilność sprawczą, tylko na tych, co załatwiają ich sprawy.

Więc odpoczywajcie – od poparcia.

Adam Mazguła

 


Otyłość to nie wybór. To choroba, która wymaga leczenia i empatii

Ponad jedna piąta dorosłych Polek i Polaków zmaga się z otyłością. Choć medycyna klasyfikuje ją jako przewlekłą chorobę, społeczna percepcja wciąż opiera się na krzywdzących stereotypach. – Otyłość to nie lenistwo ani brak silnej woli – mówi psycholog Adrianna Sobol. – To poważna, śmiertelna choroba, która wiąże się z ponad 200 powikłaniami i wymaga wsparcia na wielu poziomach.

Fot. Bruno / Pixabay


Choroba, którą wciąż traktujemy jak winę

Walka z otyłością to nie tylko kwestia zmiany stylu życia czy diety. To przede wszystkim konieczność zrozumienia, że mamy do czynienia z chorobą o złożonym podłożu – fizycznym i psychicznym. Mimo że wiedza medyczna jasno to definiuje, wiele osób wciąż postrzega otyłość jako rezultat lenistwa, niezdrowego jedzenia lub braku dyscypliny. To nie tylko nieprawda – to także społeczna krzywda.

– Pierwszą i największą barierą w leczeniu jest zrozumienie, że otyłość to choroba – podkreśla psycholog Adrianna Sobol, ambasadorka kampanii „Porozmawiajmy szczerze o otyłości”. – Obwinia się pacjentów, że „sami są sobie winni”. A przecież to schorzenie niesie ponad 200 różnych powikłań, w tym nowotwory, cukrzycę, depresję i choroby serca.


Dane są nieubłagane. Pomoc – wciąż niedostateczna

Według danych, otyłość dotyczy już 21% dorosłych Polek i Polaków. Za jej medyczne rozpoznanie najczęściej odpowiada wskaźnik BMI oraz pomiar procentowy tkanki tłuszczowej – przekraczający 30% u kobiet i 25% u mężczyzn. Skutki nieleczenia są druzgocące: od cukrzycy typu 2, przez stłuszczenie wątroby, po choroby nerek i serca.

Ale mimo tej wiedzy, osoby z otyłością nadal spotykają się z ostracyzmem zamiast empatii. Ich problem często nie kończy się na nadmiernych kilogramach – zaczyna się na psychice. Depresja, lęk, wstyd, poczucie odrzucenia – to codzienność wielu pacjentów. Tymczasem system ochrony zdrowia dopiero „raczkuje” w rozumieniu roli wsparcia psychicznego.


Psycholog na pierwszej linii frontu

– Pacjenci boją się prosić o pomoc, wstydzą się. A przecież psychika odgrywa kluczową rolę w leczeniu – mówi Sobol. – Może zwiększać ryzyko choroby, ale też jest niezbędna do utrzymania remisji. Bez wsparcia emocjonalnego proces leczenia może się nie udać.

Dostępność pomocy psychologicznej w Polsce pozostaje jednak dramatycznie niska. Czas oczekiwania liczony jest w miesiącach, często latach. Problem nie dotyczy wyłącznie infrastruktury – to również kwestia społecznej świadomości. Dlatego tak ważna jest edukacja i kampanie, które pokazują prawdę: że otyłość nie jest wyborem, a chorobą, którą trzeba leczyć kompleksowo.


Edukacja i empatia – fundament skutecznej terapii

Kampania „Porozmawiajmy szczerze o otyłości”, realizowana przez Novo Nordisk od 2020 roku, stara się przełamać tabu. Jej celem jest nie tylko zwiększenie świadomości społecznej, ale także zachęcanie do otwartej rozmowy – bez wstydu, bez uprzedzeń, bez fałszywego moralizmu. Bo zanim lekarz zapisze receptę, pacjent musi poczuć, że nie jest sam.

op. DF, thefad.pl / Źródło: newseria

 


Hołownia mówi „zaprzysiężę”. Giertych odpowiada: „To konstytucyjne nadużycie”

Szymon Hołownia zapowiedział, że 6 sierpnia odbierze przysięgę od nowo wybranego prezydenta Karola Nawrockiego – jeśli Sąd Najwyższy nie stwierdzi nieważności wyborów. W jego ocenie kontrowersje wokół legalności Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych nie mogą blokować zaprzysiężenia prezydenta wybranego przez obywateli. – „Nie będzie kombinowania, nie będzie zamachu stanu” – podkreślał Hołownia w licznych wystąpieniach medialnych.

Do tej zapowiedzi odniósł się Roman Giertych, publikując analizę prawną, w której wskazuje na ryzyko konstytucyjnego nadużycia. Jego zdaniem uchwała Państwowej Komisji Wyborczej, która wskazała na możliwość wpływu incydentów na wynik głosowania, osłabiła domniemanie ważności wyborów. W tej sytuacji – argumentuje Giertych – akt zaprzysiężenia bez jednoznacznej uchwały legalnej izby Sądu Najwyższego nie ma podstawy prawnej.

Roman Giertych: Co to za ważne wybory, których wyniku nie jesteśmy pewni?

Fot. screen shot / youtube


Ponieważ pan Marszałek Sejmu trochę wywołał mnie do tablicy, to przedstawię swój pogląd prawny. Uprzejmie zaznaczę, że wskazuję na ten pogląd nie jako poseł, ale jako adwokat z uprawnieniami wystarczającymi do zasiadania w każdej izbie SN.

Argument Marszałka Sejmu, że nieważność Izby SN nie może blokować zaprzysiężenia prawidłowo wybranego Prezydenta, jest słuszny.

Problem polega na tym, że – jak słusznie też mówi jeden z członków PKW, mec. Ryszard Kalisz – przyjęcie uchwały PKW o treści „incydenty mogły mieć wpływ na wynik głosowania” oznacza, że brak jest domniemania ważności wyborów. Bo co to za ważne wybory, których wyniku nie jesteśmy pewni? Tak więc po tej uchwale PKW sytuacja się prawnie odwróciła. Do zaprzysiężenia uchwała SN jest niezbędna, bo domniemanie ważności wyborów zostało podważone przez samą PKW i tylko SN może je przywrócić.

PKW stwierdziła, że ocenę, czy incydenty miały, czy nie miały wpływu na wynik, musi podjąć prawnie uznana izba SN wolna od neosędziów. Skoro zaś takiej uchwały nie ma i PKW przekreśliła uchwałą domniemanie ważności, to na jakiej podstawie Marszałek Sejmu ma zaprzysiąc Prezydenta? Przecież Marszałek Sejmu nie jest prawdziwą izbą SN, aby przekreślić albo nawet zinterpretować uchwałę PKW. Brak jest podstawy prawnej do zaprzysiężenia, bo nie wiemy, czy incydenty, o których mówi PKW, miały, czy nie miały wpływ na wynik wyborów.

I żadne argumenty typu: „nie umiecie przegrać” nie mają żadnego znaczenia.

Takie jest prawo i Konstytucja. Dopóki ważnie działający SN nie rozstrzygnie kwestii protestów wyborczych i nie stwierdzi ważności wyborów, to uchwała PKW stwierdzająca możliwość wpływu fałszerstw wyborczych na wynik pozostanie niezmienna, a z jej treści nie można odczytać pewnego wyniku. Na marginesie uważam, że publikacja z adnotacją uchwały neoizby lub brak tej publikacji nie ma żadnego znaczenia prawnego. Status Izby Nadzwyczajnej SN nie podlega bowiem interpretacji rządu. Ta sprawa przesądzona jest wyrokiem trzech izb SN oraz licznymi wyrokami trybunałów międzynarodowych i rząd jest zobowiązany stosować te orzeczenia. Dlatego też przy każdej promulgacji aktu tej izby SN jest zawarta adnotacja, iż nie jest to sąd w rozumieniu Konstytucji i traktatów.

Takie jest moje rozumowanie i bardzo wielu prawników takie podziela. Podobnie wypowiadali się b. prezesi TK, sędziowie SN i profesorowie prawa. Nieznane mi są żadne wypowiedzi autorytetów prawnych, które mówiłyby co innego.

Tak naprawdę jedynym rozwiązaniem (za wyjątkiem ciekawej propozycji prof. Zolla) w takiej sytuacji byłoby zwrócenie się Marszałka Sejmu do PKW o nakazanie ponownego przeliczenia głosów i wydanie uchwały o treści niebudzącej żadnych wątpliwości. Wówczas wszyscy przyjęliby tak ustalony wynik.

Roman Giertych, opr. DF, thefad.pl 


Jak grać w ruletkę? Podstawy gry

Trudno wyobrazić sobie kasyno bez gry w ruletkę. Popularna gra polega na… rzuceniu kulki i obserwowaniu na jakim polu się zatrzyma. Teoretycznie nic skomplikowane, ale jak to wygląda w praktyce? Jakie są zakłady w ruletce? Co może zrobić, by zwiększyć szanse na zwycięstwo? Jak przyszykować się do gry? Oto pigułka, która pozwoli zrozumieć, czym jest prawdziwa ruletka.

Zasady gry w ruletkę

By zasiąść do gry w ruletkę, nie trzeba wielkiego przygotowania. Zasady gry są banalnie proste, bo w tym konkretnym przypadku gracz nie może tak naprawdę zrobić nic, by wpłynąć na wynik rzutu. Gracz wchodzi do kasyna, siada do stołu i bierze się za obstawianie zakładów. Kładzie żetony na macie do obstawiania, gdzie są wyznaczone pole na zakłady. Te dzielą się na wewnętrzne i zewnętrzne (o nich dalej). Kiedy następuje koniec obstawiania, krupier wprawia w ruch obrotowy maszynę, czyli koło ruletki. Od razu też rzuca kulką w przeciwnym kierunku do tego, w którym obraca się koło. Na kulkę działa energia kinetyczna. Kiedy zostanie wytracona, kulka zatrzyma się w określonym przedziale, który jest opisany danym kolorem (czerwone i czarne) oraz liczbą (jest ich 37 lub 38).

W tym momencie następuje rozliczenie obstawionych przez graczy zakładów. Gracz wygrywa wówczas, jeśli położny żetony na polu, które spełnia warunki określonego zakładu. Tych jest naprawdę dużo i wszystko zależy od tego, na jaki zakres się decyduje. Zakłady są rozliczane w określonym stosunku do postawionej kwoty w zależności od tego, jak bardzo (nie)prawdopodobny był obstawiony zakład.

Czym się różni ruletka amerykańska od europejskiej?

Podczas gry w ruletkę gracz może wybierać między dwoma wariantami ruletki. Kasyna proponują albo ruletkę amerykańską, albo ruletkę europejską. Różnice między nimi nie są przesadnie znaczące – ale są. Zasady gry w ruletkę są w ich przypadku takie same, ale jest minimalna rozbieżność w budowie koła. Dotyczy pola zera. W systemie europejskim zero jest jedno, w amerykańskim kasyna proponują dwa zera (zero i podwójne zero). O co z nimi chodzi?

Otóż zero to pole, które sprzyja kasynu. Jeśli gracz obstawia czerwone i czarne lub parzyste-nieparzyste, to zero… nie należy do żadnej z tych grup. Stąd szansa na wypadnięcie któregoś z tych wariantów nie wynosi idealnie 50 procent, ale jest ciut mniejsza. Jako że system amerykański ma dwa zera, to automatycznie kulka ma jeszcze jedno dodatkowe pole, które może przysporzyć graczowi biedy. Zakłady zewnętrzne (wspomniane czerwone/czarne i parzyste/nieparzyste) automatycznie przegrywają z zerem.

Oczywiście istnieją gracze ruletkowi, którzy mają system polegający na obstawianiu zera na planszy zakładów. W ruletce europejskiej prawdopodobieństwo jego trafienia wynosi 1 do 37, a w amerykańskiej – 1 do 38 (zero i podwójne zero to dwa osobne pola). Trafiając jedną liczbę, jaką jest zero, krupier w systemie europejskim wypłaci hazardziście obstawione zakłady w stosunku 35 do 1, czyli da mu 35 razy więcej niż ten włożył do gry.

Podstawy gry w ruletkę

Kluczem by zrozumieć zasady gry w ruletkę jest przyswojenie, jakie zakłady są możliwe do obstawiania, zasiadając przy kasynowej maszynerii. Te dzielą się na zewnętrzne i wewnętrzne, a ich nazwa jest zależna od tego, w jakim miejscu planszy do obstawiania zakładów znajduje się pole z zakładem.

Można powiedzieć, że popularniejsze, a już na pewno bardziej prawdopodobne są zakłady zewnętrzne. Wyższa szansa trafienia oznacza też jednak niższą wygraną. Jeden gracz może obstawić w tym przypadku większą liczbę miejsc na kole. Nazwa zakładów zewnętrznych wzięła się od tego, że żetony kładzie się na zewnątrz maty do obstawiania ruletki. Przykładowe zakłady zewnętrzne dostępne do obstawiania w ramach każdego kasyna to:

  • parzyste/nieparzyste – typuje się, czy liczba, na której zatrzymana zostanie kulka, będzie parzysta czy nieparzysta. To tzw. zakład równej szansy, bo jest rozliczany w stosunku 1:1 (wygrywa się równowartość postawionej kwoty)
  • wysokie/niskie – znane również jako high/low. Kolejny zakład równej szansy, gdzie obstawia się, czy liczba znajdzie się w zakresie 1-18 czy 19-36.
  • czerwone/czarne – znane jako red/black. Obstawia się kolor, zakład równej szansy
  • Tuzin – obstawia się dwanaście numerów na kole do ruletki w zakresach 1-12, 13-24, 25-26. Rozliczenie następuje w proporcji 2:1 (wygrywa się dwa razy więcej niż zagrało) Znany jako dozen bet
  • Kolumny – wskazuje się konkretną kolumnę liczb, a tych liczb w danej kolumnie jest także 12, więc i proporcja rozliczenia wynosi 2:1

Dodatkowo podczas gry w ruletkę w kasynie są jeszcze zakłady wewnętrzne, wewnątrz pola do obstawiania. Te są znacznie bardziej precyzyjne, mniej prawdopodobne do trafienia, ale oferują znacznie wyższe rozliczenie. Przykładowe zakłady wewnętrzne to:

  • straight up bet – zakład w ruletkę na jedną liczbę, rozliczany jako 35:1

  • split – zakład na dwa sąsiadujące numery, będący połową straight upu, rozliczany jako 17:1

  • street bet – trzy numery w rzędzie na planszy gry, rozliczenie 11:1

  • corner – zakład na cztery numery, które mają wspólny róg, rozliczenie 8:1

  • six line – zakład na sześć numerów, mający największe szanse spośród zakładów wewnętrznych. Rozliczany jako 5:1


Trump chce przejąć TikToka. Znalazł kupca i chce zgody Chin

Donald Trump ponownie stawia TikToka w centrum geopolitycznego sporu z Chinami. W niedzielnym wywiadzie dla Fox News prezydent USA poinformował, że znalazł kupca dla amerykańskiej części chińskiej aplikacji. Tożsamość tajemniczej „grupy bardzo bogatych ludzi” ma ujawnić w ciągu najbliższych dwóch tygodni.

Fot. thefad,pl / AI

TikTok na celowniku Waszyngtonu

W rozmowie na antenie „Sunday Morning Futures with Maria Bartiromo” Trump stwierdził: „Mamy kupca dla TikToka. Prawdopodobnie będę potrzebował zgody Chin, ale myślę, że prezydent Xi to zaakceptuje”. Szczegóły transakcji nie zostały ujawnione, ale zapowiedź wywołała lawinę spekulacji. „Za jakieś dwa tygodnie powiem, kto to jest” – dodał prezydent.

TikTok, należący do chińskiej firmy ByteDance, od lat budzi kontrowersje w USA. Główne obawy dotyczą ochrony danych użytkowników oraz ewentualnego wpływu władz w Pekinie na algorytmy rekomendacji i treści wyświetlane amerykańskim użytkownikom. Potencjalny zakaz lub sprzedaż platformy może wpłynąć na codzienne korzystanie z aplikacji przez miliony młodych Amerykanów.

Historia pełna zwrotów akcji

Nie jest to pierwsza próba Trumpa, by wpłynąć na losy TikToka. W 2020 roku, podczas swojej pierwszej kadencji, forsował sprzedaż platformy amerykańskiemu inwestorowi – wśród kandydatów była firma Oracle. Po objęciu urzędu przez Joe Bidena działania te przybrały bardziej regulacyjny charakter, ale nie doprowadziły do przejęcia.

Po powrocie do Białego Domu w 2025 roku Trump trzykrotnie przedłużał termin sprzedaży TikToka, ostatnio w czerwcu, wyznaczając ostateczny termin na 17 września. W międzyczasie, w majowym wywiadzie dla NBC News, stwierdził: „Mam w sercu ciepłe miejsce dla TikToka”, co sugeruje jego niejednoznaczny stosunek do platformy. Trump aktywnie korzystał z TikToka, by dotrzeć do młodszych wyborców, co kontrastuje z jego wcześniejszymi próbami zablokowania aplikacji.

Chiny i Sąd Najwyższy w tle

Reakcja Pekinu pozostaje nieznana, jednak wcześniej chińskie władze wielokrotnie zaznaczały, że każda sprzedaż TikToka będzie wymagać ich zgody – szczególnie w kwestii eksportu technologii algorytmicznych, które uznają za strategiczne. Wiosną 2025 roku rozmowy o sprzedaży aplikacji utknęły w martwym punkcie po tym, jak Pekin odpowiedział sprzeciwem na nowe taryfy handlowe wprowadzone przez administrację Trumpa.

W Stanach Zjednoczonych sprawa TikToka trafiła jednocześnie do Sądu Najwyższego, który analizuje konstytucyjność zakazu aplikacji. Werdykt może wpłynąć na ostateczny kształt relacji między technologią a polityką w USA.

Co oznacza „amerykańska część TikToka”?

TikTok formalnie należy do chińskiej firmy ByteDance, ale w USA działa poprzez lokalną strukturę operacyjną. Kiedy amerykańscy politycy mówią o „sprzedaży amerykańskiej części TikToka”, mają na myśli zestaw elementów związanych z obecnością platformy na terenie Stanów Zjednoczonych. Chodzi o dane użytkowników gromadzone na terytorium USA, zespół pracowników i biura obsługujące lokalny rynek, infrastrukturę techniczną – w tym serwery i centra danych – oraz wersję aplikacji dostosowaną do amerykańskiego użytkownika.

Celem takiego wydzielenia jest ograniczenie wpływu Chin na działalność TikToka w USA oraz dostosowanie się do regulacji związanych z bezpieczeństwem danych. Propozycje sprzedaży nie obejmują całej firmy ByteDance, lecz jedynie ten wyodrębniony segment działalności.

Przyszłość aplikacji w zawieszeniu

Tożsamość potencjalnych nabywców TikToka wciąż pozostaje nieznana. W mediach pojawiają się spekulacje o udziale znanych postaci, takich jak YouTuber MrBeast, który dysponuje ogromnym zasięgiem wśród młodej widowni, startup Perplexity AI rozwijający własne narzędzia sztucznej inteligencji, czy inwestor Kevin O’Leary, znany z programu „Shark Tank”.

Eksperci podkreślają jednak, że ewentualna transakcja wymagać będzie zatwierdzenia zarówno przez stronę chińską, jak i amerykańskie agencje regulacyjne. Choć Trump zapowiada rychłe ujawnienie szczegółów, przyszłość TikToka w USA nadal pozostaje niepewna. Platforma znalazła się w centrum nie tylko kampanii wyborczej Donalda Trumpa w 2024 roku, lecz także szerszej debaty o kontroli nad danymi, suwerenności cyfrowej i relacjach z Chinami.

DF, thefad.pl / Źródło: Reuters, Fox News, Business Insider


„Needle spiking” – ataki igłami na kobiety w klubach i na festiwalach

Alexander Freund

W klubach, na festiwalach i masowych imprezach coraz częściej dochodzi do przypadków kłucia kobiet igłami – jak na przykład podczas Fête de la Musique we Francji. „Needle spiking” ma przede wszystkim wywołać strach.

Fot. David Jackson / Unsplash

Needle spiking – na czym polega ta nowa forma przemocy?

W Europie trwa sezon festiwali, koncertów plenerowych i masowych imprez. Wraz z nim powróciły doniesienia o atakach. Po Fête de la Musique we Francji aż 145 kobiet zgłosiło się na policję – poinformowało francuskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.

Większość poszkodowanych to nastolatki i młode kobiety w wieku od 14 do 20 lat. Zgłaszały nagłe ukłucia – najczęściej w ramię lub bark – w tłumie, podczas koncertów. Policja prowadzi śledztwa w sprawie spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu m.in. w Paryżu, Metz, Rouen i Tours.

Ataki te traktowane są jako forma przemocy seksualnej, choć nadal nie ma pewności, czy rzeczywiście dochodzi do podania substancji. Strach jednak rośnie – beztroska atmosfera letnich festiwali i masowych imprez dla wielu kobiet przestała istnieć.

Czy needle spiking jest realnym zagrożeniem?

Termin „needle spiking” oznacza potajemne nakłuwanie igłą lub strzykawką. Celem może być podanie substancji pozbawiającej przytomności lub ograniczającej możliwość obrony. Szczególnie narażone są kobiety w tłumie – na parkiecie, pod sceną, w klubie.

Ofiary często nie zauważają ataku od razu. W zgiełku imprezy ból może pozostać niezauważony. Dopiero później odkrywają zaczerwienienie, siniak lub nakłucie. Często towarzyszą im zawroty głowy, mdłości, dezorientacja.

Prawdopodobieństwo, że kobiety faktycznie były atakowane igłami, jest wysokie. Jednak zdaniem lekarzy i medyków sądowych nie jest jasne, czy możliwe jest dyskretne wstrzyknięcie substancji. Wątpliwości budzi też czas potrzebny na taki atak – w tłumie i przy ruchu ofiary.

Jakie substancje są używane w drink i needle spiking?

Większość specjalistów wskazuje, że silne objawy – halucynacje, luki w pamięci, utrata kontroli – wynikają raczej z podania substancji w napoju, tzw. „drink spiking”. Popularną substancją jest GHB – kwas gamma-hydroksymaślanowy – znany jako płynny ecstasy lub krople K.O.

GHB działa po 10–30 minutach, może wywoływać euforię, senność, a w większych dawkach utratę przytomności. W połączeniu z alkoholem lub stymulantami może być szczególnie groźny. Inne stosowane substancje to ketamina oraz benzodiazepiny („tranquilizery”).

Ustalenie, czy i jaka substancja została podana, jest bardzo trudne – wiele z nich szybko znika z organizmu.

Geneza needle spiking w Europie

Pierwsze przypadki needle spiking odnotowano w Wielkiej Brytanii w 2021 roku. Kobiety zgłaszały ataki w klubach – ukłucia w ramię, nogę, plecy. Szybko podobne doniesienia napłynęły z Hiszpanii, Belgii, Holandii, Niemiec i Francji.

Wraz z tym zjawiskiem nasiliła się przemoc wobec kobiet w przestrzeni publicznej. Po ostatnich atakach we Francji zatrzymano dwunastu mężczyzn. Wszyscy zaprzeczyli zarzutom i zostali zwolnieni – nie znaleziono bowiem żadnych dowodów rzeczowych, takich jak igły, strzykawki czy ślady substancji.

Psychologia strachu i mizoginia

Francuskie MSW potwierdziło, że w mediach społecznościowych krążyły wcześniej informacje o planowanych atakach. Mizoginiści, naśladowcy i awanturnicy dzielą się poradami nt. przemocy wobec kobiet – needle spiking może być jedną z takich „taktyk”.

„Celem jest pokazanie kobietom, że przestrzeń publiczna nie jest dla nich bezpieczna ani beztroska.” – mówi Félix Lemaître w rozmowie z „Libération”. Autor książki „La Nuit des hommes” wskazuje, że za atakami stoi toksyczna męskość i ideologia dominacji.

Celem jest zastraszenie – przez ból, zagrożenie zakażeniem, utratą kontroli. W sieci needle spiking często łączony jest ze strachem przed HIV. Lekarze uspokajają, że takie zakażenie jest mało prawdopodobne. Ale lęk przed infekcją – zupełnie uzasadniony.

„Strzykawki przechodziły z rąk do rąk. Były przekazywane między napastnikami” – powiedział po atakach Éric Henry z Alliance Police Nationale.

Jak kobiety mogą się bronić przed needle spiking?

Nie istnieje całkowicie skuteczna ochrona. Zakrywające ciało ubrania dają jedynie złudne poczucie bezpieczeństwa. Najważniejsze to świadomość – organizatorów, uczestników, służb.

Bezpieczniej poruszać się w grupie, nie przyjmować napojów od obcych, nie zostawiać drinków bez nadzoru. Po ataku należy natychmiast zawiadomić bliskich, organizatorów i policję. Niezależnie od objawów – udać się do lekarza.

Unikanie imprez to, w teorii, najbezpieczniejsze wyjście. Ale byłoby też formą kapitulacji. To właśnie o to chodzi sprawcom – by kobiety same rezygnowały z obecności w przestrzeni publicznej.

REDAKCJA POLECA

script type=’text/Javascript’>

 


Polak, kosmonauta z Platformy w kosmosie? Nie ten, co trzeba! – Skiba o absurdach prawicy

Krzysztof Skiba

Krzysztof Skiba

Sensacją ostatnich dni jest historyczny lot drugiego Polaka w kosmos, który jako pierwszy z naszych rodaków wylądował na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Wśród zwolenników prawicy niestety nie ma wielkiej radości z tego faktu, a wręcz panuje prawdziwe oburzenie. Kosmonautę Sławosza obciąża nie tylko żona, która ma tajskie korzenie i jest w partii zdrajców narodu. Mówi też biegle trzema językami, co jest fatalnie odbierane nie tylko na Podlasiu. Polak nie wziął ze sobą w kosmiczną podróż ani różańca, ani krzyżyka, ani Biblii. Wziął w kosmos polską flagę, ale to za mało na nasze standardy

Sensacją ostatnich dni jest historyczny lot drugiego Polaka w kosmos, który jako pierwszy z naszych rodaków wylądował na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Wśród zwolenników prawicy niestety nie ma ani wielkiej radości z tego faktu, a wręcz panuje prawdziwe oburzenie. I rzeczywiście trudno nie przyznać racji krytykującym.

Sławosz Uznański-Wiśniewski. Fot. sreen shot / youtube, European Space Agency, ESA

Żoną kosmonauty Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego jest posłanka Platformy Aleksandra Wiśniewska. To już nie było kandydatów na pilotów takich, co mają żony z jakiejś porządnej partii, np. od prawdziwego Polaka Brauna albo z PiS? To ewidentna zdrada Donalda Trumpa. Dlaczego w tej sprawie nie interweniował Andrzej Duda? Mógł czekać jak zwykle przy windzie i podczas robienia selfie szepnąć prezydentowi USA, że ten facet, którego w ramach programu kosmicznego będą wystrzeliwać na orbitę, to jest niepewny politycznie.

Kosmonautę Sławosza obciąża nie tylko żona, która ma tajskie korzenie i jest w fatalnej partii zdrajców narodu. Duże kontrowersje elektoratu prawicy budzi sam kosmonauta.

Sławosz ukończył co prawda Politechnikę Łódzką, ale ma na koncie także francuskie uczelnie. Na przykład na Uniwersytecie w Marsylii zrobił doktorat. Co już samo w sobie jest obciążeniem. Co innego, gdyby miał dyplom MBA Collegium Tumanum, jak wielu polityków PiS. Mówi też biegle trzema językami, co jest fatalnie odbierane nie tylko na Podlasiu.

Sławosz pracował w Szwajcarii w słynnym instytucie naukowym CERN w Genewie, a nie, jak każe polska tradycja, na budowie przy azbeście.

Dalej jest już tylko gorzej. Za co się nie wziął, wszystko źle. Napisał książkę o promieniowaniu, a było przecież tyle dobrych tematów, którymi jako naukowiec mógł się zająć. Na przykład coś o historycznym znaczeniu Lecha Kaczyńskiego czy o gangsterze Nikosiu, jak to jest teraz modne wśród prawdziwych patriotów.

I teraz coś, co wzbudza największe oburzenie. Polak nie wziął ze sobą w kosmiczną podróż ani różańca, ani krzyżyka, ani Biblii. Wziął w kosmos polską flagę, ale to za mało na nasze standardy. Prawdziwy polski patriota z PiS przemyciłby jeszcze kilku kumpli, pęto dobrej kiełbasy krakowskiej, zbiór gorących przemówień Jarosława, słoik domowego smalcu i wiadro wody święconej od Rydzyka.

Fot. Dariusz Frach, thefad.pl / AI

To wszystko oczywiście wina upiornych rządów Donalda Tuska. Po prostu wzięli w kosmos swojego. Gdyby PiS był u władzy, poleciałby ktoś o wiele bardziej kompetentny. Na przykład słynna córka leśnika, kuzyn Sasina lub teściowa Błaszczaka.

Jest jeszcze coś, co absolutnie wyklucza Uznańskiego ze wspólnoty polskiej. Nie nadużywa ani alkoholu, ani snusa. No i to dziwne imię „Sławosz”. Kto do tego dopuścił? Czy polski kosmonauta nie mógłby się nazywać jakoś tak po ludzku, na przykład Jarosław, albo chociaż Karol?

Krzysztof Skiba