Marcin Zegadło: Dużo mówi się o 16-letniej Thunberg. Wytknęła politykom zaniedbania i bezczynność

Marcin Zegadło: poeta, publicysta
Dużo mówi się i pisze o wystąpieniu szesnastoletniej Grety Thunberg podczas szczytu klimatycznego w ONZ. Thunberg używając mocnego przekazu wytknęła politykom ich zaniedbania, bezczynność i działania mające wpływ na ekosystem, na klimat planety
Dużo mówi się i pisze o wystąpieniu szesnastoletniej Grety Thunberg podczas szczytu klimatycznego w ONZ. Thunberg używając mocnego przekazu wytknęła politykom ich zaniedbania, bezczynność i działania mające wpływ na ekosystem, na klimat planety. Zaczęto analizować fenomen Grety.
Here’s what happened when Trump and Greta Thunberg were in the same room at the UN pic.twitter.com/SnG4TPG4eT
— NowThis (@nowthisnews) September 25, 2019
Głos zabierają politycy prawicy i lewicy, specjaliści od marketingu, spece od mediów. A że „panienka” z bogatego domu, a że pochodzi z utopionej w dobrobycie Szwecji, a że zmanipulowana, a że matka z ojcem wykorzystują dziecko w celu zdobycia popularności i tak dalej.
Nie to jednak przykuwa moją uwagę. Najwięcej dzieje się w komentarzach internautów. Tak, tak. Wiem. Jak powiadają ci, którzy lubią mieć rację:
„Internet to śmietnik i wszyscy o tym wiedzą”.
Rzeczywiście. To prawda. Internet to jest śmietnik. Czy jednak nie jest tak, że właśnie w naszych śmieciach można odnaleźć jakąś prawdę o nas? Czy śmieci nie opowiadają naszej historii, w gruncie rzeczy najuczciwiej? Wprost? Czy to co ląduje w koszu to w pewnym sensie nie jesteśmy my sami, tym razem obnażeni, bez strojenia min?
Proponuję, żeby Państwo wspólnie ze mną przyjrzeli się kilku losowo wybranym komentarzom tych, których nazywamy tak pięknie i niezasłużenie „internautami”:
„Zauważyłem dwa istotne problemy w wypowiedzi tej dziewczyny
Minę ma taką jak by ktoś zabrał smartfona i czy aby nie powinna być w szkole, gdzie jest opieka społeczna w jej kraju” – pisze M. M, wczoraj (20:26)
„Nic jej nie zabrali,dzięki temu, że urodziła się tu, a nie np. w Somalii to może być eko. Mam nadzieję do siedziby ONZ przyszła na piechotę, a nie korzystała z żadnych środków transportu, które w/g niej są beee.” – zauważa Tommy, wczoraj (21:14)
„To wzruszające, że SZWEDKA, która całe życie pławi się tak w zasadzie w luksusach podobnie jak jej rodzice i kilka pokoleń wstecz teraz płacze, że ktoś ją okradł z dzieciństwa. (…) Szwedka pożyła w luksusie to już inni nie muszą?” – zauważa ironicznie Zgred, wczoraj (21:38)
„Należy wyłączyć elektrownie , internet, zaprzestać wydobywania wszelkich paliw i surowców! Gdy wrócimy do jaskiń, wtedy będziemy ekologiczni!” – ostatecznie rozstrzyga Greenpeace, 40 min. temu
„Chora biedaczka, to straszne że takie osoby które są ciężko chore psychicznie wykorzystuje tzw. lewica dla swoich celów.” – empatycznie wskazuje Ania, 42 min. temu
„Nie dawać jej broni palnej ani może do ręki. To taki lewicowy Breivik” – szuka analogii fddd, 43 min. temu
„Niezrównoważone, zmanipulowane dziecko” – przenikliwie notuje HELLO, 1 godz. temu.
Pytam więc: jaką wiedzę o nas ukrywa ten śmietnik? Nikt tutaj nie występuje pod własnym imieniem i nazwiskiem. Wszyscy posługują się zmyśloną tożsamością. Dzięki temu, jak zakładam, pozostają szczerzy. W swoich wyznaniach do bólu uczciwi. Wobec siebie uczciwi. W zgodzie ze sobą głoszą własne poglądy. Nawet jeśli nie mają tego w zwyczaju w swojej codzienności. Nawet jeśli wchodzą do tyłków własnym szefom, a konformizmu mógłby uczyć się od nich niejeden członek partyjnej młodzieżówki – tutaj – na tym wysypisku – są prawdziwi. Ponieważ wyjątkowo, mówią, co naprawdę myślą. Sami siebie tym zaskakując. Że wciąż jeszcze to potrafią, a przecież tyle było czasu, żeby się odzwyczaić.
Więc czegóż z tych komentarzy, z tych „śmieci” nieuważnie pozostawionych w koszu Internetu możemy dowiedzieć się o nas samych?
Że jesteśmy bandą bezmyślnych, pozbawionych empatii troglodytów?
Że wyśmiewamy czyjeś oddanie, zaangażowanie, czyjeś schorzenia?
Że pozostając w tradycji naszych przodków odmawiamy głosu dzieciom?
Że jak powiadały nasze babki „dzieci i ryby” głosu nie mają?
A może po prostu, że nikt nie wierzy w klimatyczną zmianę, ponieważ to jedynie jakaś „lewacka zmora”. Czy nie powiedział Pan i Stwórca: „Czyńcie sobie ziemię poddaną”? Więc czynimy.
Jeżeli Internet to jest śmietnik, jak chcą niektórzy, jak powtarzają sobie dla lepszego samopoczucia, to odpowiadam na taką tezę: W porządku. W takim razie zacznijmy się godzić z faktem, że od pewnego czasu żyjemy na śmietniku i że nasze miejsce najwyraźniej jest na wysypisku śmieci.
To nie cytat z Pasikowskiego, Drodzy Państwo, to jest rzeczywistość.
Marcin Zegadło
Roman Giertych: Saga o żołnierzu AK, który kamienicę prezesowi NIK podarować raczył

Roman Giertych
Wszyscy nie dają wiary w zapewnienia pana Banasia, że kamienicę od żołnierza AK uzyskał. A ja wręcz przeciwnie. Nie tylko wierzę w prawdę o żołnierzu, ale łatwo mogę sobie wyobrazić jak to było.
Wszyscy nie dają wiary w zapewnienia pana Banasia, że kamienicę od żołnierza AK uzyskał. A ja wręcz przeciwnie. Nie tylko wierzę w prawdę o żołnierzu, ale łatwo mogę sobie wyobrazić jak to było.
Szef @NIKgovPL Marian #Banaś: 30 lat temu poznałem żołnierza AK, z którym się zaprzyjaźniłem jeszcze w latach 80., W 2007 roku w umowie dożywocia przekazał mi swoją starą kamienicę rodzinną, którą ja wyremontowałem. Stąd się wziął mój majątek#wieszwięcej @WiadomosciTVP
— portal tvp.info 🇵🇱 (@tvp_info) September 23, 2019
Pewnego słonecznego dnia spacerował żołnierz-weteran AK po ulicach starego Krakowa. Dorożki stukały po piastowsko-jagiellońskim bruku, gołębie na rynku wzbijały się obłokiem, a stary żołnierz szedł zamyślony i dumał komu podarować swoją kamienicę.
Młodsi Czytelnicy mogą tego nie wiedzieć, ale każdy, komu siwy włos skroń zdobi wie przecież, że stara tradycja mieszkańców grodu Kraka, to dawać ludziom swój majątek.
Gdy żołnierz właśnie przechodził koło Wierzynka spostrzegł dzielną i mężną postać przyszłego prezesa NIK. Przystanął zdumiony szlachetnością oblicza i rzekł: – Młodzieńcze pójdź szybko ze mną do notariusza, a ja podaruję tobie kamienicę, abyś gospodę dla strudzonych pielgrzymów zbudował.
Mitygował się chwilę nasz przyszły bohater, ale przez szacunek dla zasług bojowych żołnierza dar przyjął. I zaraz też do Unii Europejskiej o wsparcie poszedł, mimo że życzył jej, aby jak najszybciej się rozpadła, bo nam nie tylko niepodległość zabrała, ale Tuska na szefa niegodnie przyjęła.
Gdy żołnierz dar swój uczynił to zmarł prędko, biorąc sobie do serca szlachetną śmierć bezdomnych darczyńców samochodów dla Ojca Dyrektora, którzy niedługo po swym pięknym czynie rozstali się bez żalu z tym łez padołem.
Wówczas pogrążony w rozpaczy młody nasz milioner zastanawiał się jak uczcić starego wiarusa. Myślał długo i wspominał opowieść o tym, jak żołnierze lasu musieli po wioskach głowy przed Niemcem chować i aby nie narażać zbytnio ludności jedynie na godzinkę wpadali do poszczególnych chat. Wówczas rzekł: – I w moim Domu Pielgrzyma każdy uczciwy obywatel będzie mógł drzemką godzinną pokrzepić ciało. Jak powiedział, tak zrobił.
I skąd tu cała afera?
Roman Giertych
Prasa o wyroku w Londynie: Czy Johnson musi odejść? Nie ma już nic do stracenia

Wojciech Szymański
Komentując wyrok brytyjskiego sądu najwyższego, który przywraca do pracy parlament, niemieccy dziennikarze piszą o zwycięstwie demokracji.
UK PM Johnson: the law is that UK leaves EU on Oct. 31 https://t.co/60c9FJpklB pic.twitter.com/ZuLXZyJXHs
— Reuters Top News (@Reuters) September 24, 2019
Zamknąć usta przedstawicielom narodu
Komentator gazety „Neue Osnabrücker Zeitung” pisze: „Przedstawiciel narodu próbował, w historycznym momencie, zamknąć usta przedstawicielom narodu, aby w ostateczności przeprowadzić brexit bez umowy. Sąd najwyższy uznał teraz wymuszoną przerwę w obradach parlamentu za niezgodną z prawem i sprowadził Johnsona na ziemię. Wyrok przywraca reputację systemu, który tak bardzo już ucierpiał w wyniku brexitowego zamętu. Politycy tacy jak Johnson podkopują prawo i zasady, wspierając w ten sposób autorytaryzm. Wyrok sądu najwyższego daje temu odpór i jest zwycięstwem demokracji. Nie pozostawia jednak złudzeń fakt, że Johnson i jego brexitowcy przyczyniają się do karlenia pozycji Wielkiej Brytanii na arenie międzynarodowej”.
Kampania kłamstw
W regionalnej gazecie „Mitteldeutsche Zeitung” czytamy: „Wyrok sądu najwyższego to także przekaz dla zwolenników populistów. Bolesna porażka Johnsona udowadnia, jak łatwo rozpocząć kampanię kłamstw i jak łatwo przy jej pomocy dojś do władzy, wyrządzając po drodze ogromne szkody. Johnson spróbował wdeptać w ziemię system parlamentarny, ale poległ. Główny brexitowiec zdaje się łamać sobie zęby na swoim własnym dziele. Podziękowania za to należą się sądowi w Londynie”.
Czy Johnson musi odejść
Opiniotwórczy dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung” ocenia sytuację następująco:
„Będzie musiało upłynąć trochę czasu nim kraj przetrawi wyrok sądu, z jakim współczesna historia nie miała jeszcze do czynienia. Można się spodziewać konsekwencji dla brytyjskiego parlamentaryzmu, pozycji rządu, autorytetu sądów oraz roli głowy państwa. Fala uderzeniowa wyroku nie rozmyje się tylko na progu siedziby premiera z pytaniem, czy Johnson musi odejść. W dniu, w którym w Londynie napisana została konstytucyjna historia, można stwierdzić: Brexit wstrząsa krajem i go podzieli. Są jednak instytucje, które zachowują rozsądek. W Wielkiej Brytanii panują rządy prawa”.
Człowiek, który nie ma już nic do stracenia
Z kolei „Süddeutsche Zeitung” z Monachium ocenia:
„Sąd najwyższy napisał historię prawa. Mocno zaingerował też w aktualną politykę. Funkcjonującej na skraju załamania nerwowego klasy polityczna nie da się jednak zatrzymać. Wściekle będzie kontynuować grę, którą toczy przez ostatnie trzy i pół roku. A któż lepiej nadaje się do wprowadzenia brexitowego dramatu w czwarty wymiar jak nie premier we własnej osobie?
Tak więc Boris Johnson nie poda się do dymisji, choć poprzez rezygnację mógłby zadośćuczynić nadużyciu konstytucji, którego się dopuścił. Będzie przekonywał, że jedynie skorzystał z przysługującego mu prawa do urlopowania parlamentu. Przekory Johnsona nie jest trudno wytłumaczyć. Człowiek ten nie ma już nic do stracenia. Obiecał bowiem, że brexit nastąpi 31 października”.
UK PM Johnson: the law is that UK leaves EU on Oct. 31 https://t.co/60c9FJpklB pic.twitter.com/ZuLXZyJXHs
— Reuters Top News (@Reuters) September 24, 2019
REDAKCJA POLECA
Marcin Zegadło: zawsze fascynowała mnie ta fiksacja prawicy na Stany Zjednoczone

Marcin Zegadło - poeta, publicysta
Odnoszę wrażenie, że sytuacją modelową dla prawicy byłaby amerykańska okupacja. Wtedy poseł Sasin mógłby poczuć się bezpiecznie. Mógłby z jeszcze czystszym sumieniem powiedzieć, że doszło do „absolutnego przełomu”. Cóż to byłby za przełom, gdyby nagle okazało się, że tutaj też jest Ameryka.
Zawsze fascynowała mnie ta fiksacja prawicy na Stany Zjednoczone. Na Amerykę w ogólności. Natomiast, kiedy mowa o amerykańskiej armii, dochodzi wtedy „na prawicy” do pobudzenia o charakterze niemal erotycznym. Wydawać by się mogło, że amerykański żołnierz to jest obiekt westchnień i uniesień prawicowych polityków. To jest jakiś archetyp męskości i ta męskość ich najwyraźniej stymuluje. Tym bardziej że jest w ten archetyp wpisana jakaś przemoc. A ta, z kolei, na prawicy, zawsze cieszy się uznaniem.
Prezydenci @AndrzejDuda i @realDonaldTrump podpisali deklarację pogłębiającą współpracę obronną Polski i USA oraz wzmacniającą bezpieczeństwo całego #NATO.
— Kancelaria Prezydenta (@prezydentpl) September 23, 2019
Dokument m. in. oficjalnie zatwierdził lokalizacje dla amerykańskich wojsk oraz infrastruktury w PLhttps://t.co/sB63hkpVXN pic.twitter.com/kVBTaQOPN5
Więc, kiedy poseł Sasin odnosi się do wizyty Andrzeja Dudy w Stanach Zjednoczonych i mówi o tej wizycie, że jest to „absolutny przełom” w relacjach Polski ze Stanami Zjednoczonymi, nie jestem tym entuzjazmem specjalnie zaskoczony. Przeciwnie. Entuzjazm posła Sasina wydaje mi się „absolutnie” naturalny.
Jacek Sasin: wizyta Andrzeja Dudy w USA to wydarzenie epokowe https://t.co/V3UoAxolGb
— Prawo i Sprawiedliwość Powiatu Łosickiego (@i_prawo) September 24, 2019
Jest tak dlatego, że wizyta dotyczy „obecności Stanów Zjednoczonych w Polsce”, a mówiąc ściśle „deklaracji bardzo silnej obecności Stanów Zjednoczonych w Polsce, z konkretami, ze wskazaniem konkretnych miejsc, gdzie będą ulokowane siły amerykańskie”.
Czyli znowu to, co „Tygryski lubią najbardziej”, mianowicie, amerykańskie wojsko. „Absolutnie”. Amerykańskie „siły”. Siła i moc naszego sojusznika. Cóż bardziej pobudzającego dla posła Sasina.
„Absolutnie” nic.
Czy nie czujecie Państwo mrowienia na dnie żołądków? Czy nie wędrują wam po plecach przejmujące dreszcze? Wyobraźcie to sobie: Umundurowani, amerykańscy chłopcy, uzbrojeni po zęby w nowoczesne, śmiercionośne urządzenia i w futurystyczny sprzęt bojowy. I co? Dalej nic? Zero przyjemnego napięcia? No właśnie. Tymczasem chłopcy „na prawicy”, na samą myśl o tym, dostają gęsiej skórki.
Odnoszę wrażenie, że sytuacją modelową dla prawicy byłaby amerykańska okupacja. Wtedy poseł Sasin mógłby poczuć się bezpiecznie. Mógłby z jeszcze czystszym sumieniem powiedzieć, że doszło do „absolutnego przełomu”. Cóż to byłby za przełom, gdyby nagle okazało się, że tutaj też jest Ameryka. Wtedy, poseł Sasin, mógłby używać swojej paraerotycznej retoryki stwierdzając z jeszcze większą (Państwo wybaczą) satysfakcją, że amerykańcy żołnierze „zakorzenią się” w Polsce na stałe. Zakorzenią się „absolutnie”.
Naturalnie wizy dla Polaków jak były tak są. Ale, ostatecznie, jakie to ma znaczenie w obliczu faktu, że nam sojusznik, na terenie kraju, gotów jest zapuścić swój „korzeń”. Żadnego to nie ma znaczenia. Żadnego. „Absolutnie”.
Marcin Zegadło
Roman Giertych. List z odsieczą dla PiS i żądaniem podwyżki: Trzeba aresztować prezesa. Że niemożliwe?

Roman Giertych
Zbyszku działaj! I zamiast tych oczywistych pomysłów uderzenia prokuraturą w opozycję, które kłębią się w głowach lizusowskich doradców, mam lepszy pomysł. Trzeba aresztować prezesa. Że niemożliwe?
Od czterech lat staram się jak mogę i każdego tygodnia bronię i doradzam jak wyjść dobrej zmianie z kolejnych kryzysów. Ale teraz i ja, najwierniejszy z wiernych, wymiękam i żądam zwiększenia poborów.
Od listopada każdego tygodnia mamy jakąś aferę, gdzie poprzednie drobiazgi jak rozbijanie samochodów i niszczenie wojska przez wariatów oraz eksperymenty z samolotem TU-154 uderzającym w brzozę wydają mi się zabawnym epizodem, który wspominam z rozrzewnieniem.
Intensywność wybuchu afer jest tak wielka, że jedna afera przykrywa drugą, a każda wydaje się albo paskudna, albo wredna, albo obrzydliwa, albo przestępcza, a najczęściej wszystko to razem. Toż po tej nieszczęsnej serii ludzie moją ukochaną dobrą zmianę uważają za mafię, która opiera się na oszukiwaniu przy zakupie od życzliwego proboszcza działek, na których ma się zmieścić dom pielgrzyma w kształcie dwóch wież sfinansowanych przez bank zagrabiony za złotówkę, gdzie pokoje będą wynajmowane na godziny, aby móc spokojnie uprawiać pedofilię z czternastolatkami z Ukrainy opłacając alfonsowi gotówką w kopercie i dolatując do przybytku rządowymi samolotami, a ewentualnych denuncjatorów likwiduje w więzieniach.
Obrona w takiej sytuacji może być tylko jedna.
– Zbyszku! Larum grają! Okopy PIS dopadła sfora wilków (co jak mówił prezes zębami kłapią). A ty na koń nie siadasz? (To przenośnia taka, chodzi o wejście do kogoś o 6 rano), a ty za szable nie chwytasz (wejście razem z TVP). Toż drogi „Pancerny Marian” może kosztować znacznie więcej niż 60 zł za godzinkę. Może kosztować parę punktów procentowych i wypad z baru. A to przecież nie może być. Sam dobrze wiesz, że brak większości może oznaczać, że te wszystkie afery zostaną zakwalifikowane nie jako podłe ataki na kryształowych ludzi, ale zupełnie inaczej… Dlatego nie czekając nawet na podwyżkę wzywam: Zbyszku działaj! I zamiast tych oczywistych pomysłów uderzenia prokuraturą w opozycję, które kłębią się w głowach lizusowskich doradców, mam lepszy pomysł. Trzeba aresztować prezesa. Że niemożliwe? Nic innego nie przykryje już bowiem tego szamba, które wylewa się każdego dnia. A przecież wyobraźmy sobie nagłówki wszystkich gazet po samym zatrzymaniu? Wszystkich po prostu zatka, a w tym czasie wyjdziesz przed ludzi i powiesz: nawet prezes, który za to wszystko odpowiada, nie jest ponad prawem. Zostaniesz szefem PiS i ogłosisz: skończył się czas błędów i wypaczeń. Teraz będzie się działa naprawdę dobra zmiana. Jeszcze raz wzywam: działaj. To ostatnia szansa!
Zawsze życzliwy,
Roman Giertych
PS
Prezesem NIK Zbyszku się nie przejmuj. Do piątku zrezygnuje. Chociaż los szefa KNF do tego nie zachęca…
E-papierosy. Nie tak „zdrowe” jak się wielu wydaje

dw
Rośnie popularność e-papierosów zarówno w USA, jak i w Europie. Są bowiem uznawane za „zdrowszą” alternatywę dla klasycznego dymka. Tymczasem przypadki zachorowań oraz nowe badania budzą wątpliwości, czy ta teza jest słuszna.

W Stanach Zjednoczonych wykryto ponad 530 przypadków uszkodzenia płuc po użyciu e-papierosów. Trwa badanie przyczyn, podało Amerykańskie Centrum Kontroli Chorób i Prewencji (CDC). Ponadto wiadomo o sześciu zgonach, które najwyraźniej były powiązane z e-papierosami. Władze USA po raz kolejny przestrzegły użytkowników przed używaniem tego elektronicznego inhalatora nikotyny.
Problem amerykańskicj palaczy?
W Europie, nie odnotowno jednak podobnych przypadków. Wydaje się więc, że przyczyn należy szukać wśród amerykańskich palaczy. Większość tamtejszych poszkodowanych paliła bowiem THC lub THC w połączeniu z nikotyną.
THC to tetrahydrokannabinol, czyli substancja psychoaktywna zawarta w konopiach indyjskich, odpowiedzialna głównie za działanie odurzające w narkotykach.
Szef CDC Robert Redfield potwierdził, że znanych jest ponad 370 przypadków zachorowań. Blisko 67 proc. to osoby pomiędzy 18 i 34 rokiem życia. 16 proc. to niepełnoletni. Trzy na cztery osoby to mężczyźni.
Miętowy i rakotwórczy
W Stanach Zjednoczonych e-papierosy wielokrotnie były już krytykowane. Naukowcy wskazywali, że w e-papierosach oraz tytoniu do żucia prawdopodobnie wykryto kancerogenny środek aromatyzujący „w niepokojąco wysokim stężeniu”. Substancją o nazwie pulegon obecna jest w produktach o smaku miętowym i mentolowym, napisali naukowcy w czasopiśmie fachowym wydawanym przez „JAMA Internal Medicine (Journal of the American Medical Association)”. Specjalne aromaty do e-papierosów powinny zostać zabronione przez rząd, postulowali badacze. .
Prezydent Donald Trump w ubiegłym tygodniu zapowiedział „bardzo ostre” przepisy dla producentów elektronicznych inhalatorów nikotyny, zaś samo użycie e-papierosów określił jako „wielki problem”.
Według badań opublikowanych w magazynie naukowym „Scientific Reports“, e-papierosy mogą także pogłębić inne choroby, np. astmę.
„Większość użytkowników e-papierosów stosuje płynne aromaty, choć istnieją wskazania, że aromatyzowane substancje podczas ich wdychania działają trująco”, wyjaśnia autor opracowania David Chapman z Uniwersystetu Technicznego w Sydney.
E-papierosy są w USA znacznie mniej ograniczone przepisami niż w Niemczech. Niektóre dziedziny w ogóle nie są uregulowane, inne różnią się w poszczególnych stanach. Na przykład nie ma jednej ustalonej górnej granicy zawartości nikotyny. W USA można kupić produkty o zawartości nikotyny dwu- lub nawet trzykrotnie większej niż w Niemczech. THC w e-papierosach jest w Niemczech zakazana, substancja podpada pod ustawę o środkach odurzających.
Mniej szkodliwe, lecz wciąż niezdrowe
Niemieccy naukowcy podkreślają, że palenie e-papierosów może być przyczyną zachorowań na nowotwory. „W porównaniu z klasycznymi papierosami, elektroniczne inhalatory nikotyny są wprawdzie o wiele mniej szkodliwe, jednak nie są to niewinne gadżety lifestyle’owe”, napisali w raporcie badacze z Niemieckiego Centrum Badań Onkologicznych (DKFZ).
E-papierosy są coraz popularniejsze. Michal Dobrajc, szef niemieckiego Stowarzyszenia Sprzedawców E-Papierosów szacuje, że tylko w tym roku w Niemczech obrót z ich sprzedaży wyniesie 600 do 650 milionów euro. To ok. 25 proc. więcej niż jeszcze rok temu. Obroty ze sprzedaży klasycznych papierosów są jednak wciąż 40 razy wyższe.

E-papierosy w Indiach są nielegalne
Tymczasem bardzo ostro z e-papierosami obszedł się rząd Indii. Nie wolno ich sprzedawać, produkować, importować oraz reklamować. Indyjska minister finansów Nirmala Sitharaman podkreśliła, że elektroniczne inhalatory nikotyny stanowią coraz większe ryzyko szczególnie dla zdrowia młodych ludzi. Wiele organizacji rolniczych w Indiach poparło rządowe zakazy dotyczące e-papierosów. Indie to jeden z największych na świecie producentów tytoniu. E-papierosy są tam więc całkowicie zbędne.
REDAKCJA POLECA
Marcin Zegadło: myślałem, że przebudzenie tego bogobojnego ludu nastąpi. Myliłem się

Marcin Zegadło - poeta, publicysta
Patrzę na moje dzieci i myślę, że nie po to siostra mojej babki dała głowę w Auschwitz, żeby mi teraz rodacy na prawicy urządzali faszystowską Polskę. Będę o tym pamiętał w październiku, przy urnie. Państwo też pamiętajcie. Bo faszyzm nie przychodzi gotowy. On się robi. Powoli. Robi się przez zaniedbanie i przez krótką pamięć
Kiedy dziewięć lat temu przyszedł na świat mój syn, byłem przekonany, że będzie żył w rzeczywistości dużo lepszej od tej, w której ja przeżyłem swoje dzieciństwo i lepszej od tej, w której przeżywam swoją dorosłość. Jednego byłem pewien. Byłem przekonany, że mój syn nie będzie żył w kraju, w którym państwo będzie sankcjonowało przemoc, dogmaty jednej religii i jednego wyznania będą miały wpływ na działania legislacyjne państwa, a telewizja publiczna będzie różniła się od tej z wczesnych lat osiemdziesiątych wyłącznie tym, że spikerzy nie będą umundurowani.
Kiedy w 2016 roku, urodziła się moja córka, nie byłem już tak optymistycznie nastawiony, wydawało mi się jednak, że ten bogobojny ludek, „swój rozum ma” i że istnieje jeszcze jakaś granica, jakaś miara, która sprawi, że ci, którzy próbują zrobić z tego kraju połączenie bananowej republiki, w której katolicka wersja faszyzmu łączy się z putinowską kpiną z demokracji, zostaną w jakiś sposób zweryfikowani, że ten bogobojny ludek nosi w sobie jakiś rodzaj „umiłowania wolności”, o którym tyle napisano na tej ziemi wierszy, którą na stronicach tylu ksiąg opiewa się i hołubi. Głupi ja.
Więc, kiedy wraz z kolejnymi kompromitacjami tej władzy, przy których „ośmiorniczki” to tylko niepoważny numer kilku buców, którym się wydawało, że nikt się nie dowie, kiedy po tym, jak ta władza jawnie i wprost pokazuje, że za nic ma zasady, którymi kierują się zachodnie demokracje, po tym, jak ta władza bije w każdą instytucję, która tę władzę miałaby kontrolować w jej faszystowskich dążeniach, po tym, jak prominentni funkcjonariusze tej władzy przyłapywani są na kłamstwach, oszustwach i szczeniackich numerach z jakimś trollingiem w sieci, po tym, jak ta władza skazuje tych, którzy przeciwko zapędom tej władzy protestują i umarza postępowania przeciwko tym, którzy tych protestujących biją i lżą, kiedy wobec tego, tej władzy wciąż rośnie społeczne poparcie, kiedy im rosną sondażowe słupki, kiedy ten bogobojny ludek wciąż jest tą władzą zachwycony i tę władzę nieustannie, z coraz większą mocą popiera, w imię swojego poczucia sprawiedliwości, w swojej istocie „ludowego” więc ze sprawiedliwością mającą, mniej więcej, tyle wspólnego co „ludność” ma wspólnego z tym, co nazywamy „społeczeństwem”, wobec tego wszystkiego, kiedy przyglądam się moim dzieciom, z ogromną obawą patrzę w przyszłość. Ich przyszłość.
Zastanawiam się, czy mój syn nie zostanie kiedyś „wezwany do służby ojczyźnie z bronią w ręku” i z „głową na karabinie” nie zalegnie w jakimś okopie, kiedy już na wszystkich się obrazimy i zostanie mam wyłącznie „Bóg, Honor i Ojczyzna”. Święta Trójca. Wieczny pretekst i wieczne usprawiedliwienie. Czy moja córka nie zostanie pozbawiona prawa decydowania o własnym ciele i własnej płodności, ponieważ grupa mężczyzn uzna, że to się spodoba jakiemuś Bogu, który dla nich akurat wydaje się, z jakiegoś powodu, punktem odniesienia, ponieważ jakiś bezdzietny, schorowany, starzejący się kawaler uznał, że nie ma moralności poza Kościołem, tak jak kiedyś miało nie być poza nim zbawienia.
Ja tutaj uprawiam taki patos, którego sam się brzydzę, i który mnie samego trochę śmieszy, a trochę przeraża, ale to dlatego, że do niedawna myślałem, że przebudzenie tego bogobojnego ludu nastąpi, kiedy wstrząśnie nim małość tej władzy, jej pokraczność i nieudolność. Myliłem się, ponieważ pokraczność i nieudolność tej władzy jest szyta na miarę, dlatego świetnie się w tym fasonie czuje ów bogobojny ludek.
Dlatego współczuję moim dzieciom, że przyszło im żyć w ojczyźnie „wielkiego papieża Polaka”, ponieważ żadne przebudzenie nie nastąpi. Nie nastąpi dlatego, że po tych wszystkich latach, przez które ten ludek żywił w sobie przekonanie o swojej wyjątkowości, o swoim powołaniu do rzeczy wielkich, po tym wszystkim, co się na tej ziemi wydarzyło i wciąż się wydarza, przebudzenie wiązałoby się z bolesną świadomością, że oto jesteśmy tak głęboko w dupie, że ostatni promyk światła zgasł już lata temu, a nikt nie lubi dnia zaczynać od przykrych prawd na swój temat. Otyły woli wierzyć w to, że ma lekką nadwagę, mniej urodziwy, powtarza sobie, że uroda jest rzeczą gustu, głupiec jest przekonany o swojej wyjątkowości i powołaniu go do rzeczy wielkich. Tak że, jak na razie, śpimy.
A ja patrzę na moje dzieci i myślę, że nie po to siostra mojej babki „dała głowę” w Auschwitz, żeby mi teraz rodacy „na prawicy” urządzali faszystowską Polskę. Będę o tym pamiętał w październiku, przy urnie. Państwo też pamiętajcie. Bo faszyzm nie przychodzi „gotowy”. On się robi. Powoli. Robi się przez zaniedbanie i przez krótką pamięć. Grubo? Być może. Ale w Polsce albo chudo, albo grubo. Nic pośrodku. A ja chciałem, żeby tym razem, było po polsku.
Marcin Zegadło
Stefan Niesiołowski. Przed czym bronimy Polskę

Stefan Niesiołowski
Walczę o to, o co walczę mniej więcej od 50 lat, czyli o niepodległą demokratyczną wolną Polskę. Najpierw idąc przez więzienia, areszty śledcze, podziemie, obozy internowanych, uliczne protesty, z reżimem komunistycznym. Potem przez 25 lat tę demokrację starałem się zabezpieczyć i umacniać jako parlamentarzysta, ale robiłem to, jak widać nieskutecznie, za słabo, może źle. I dziś walczę z pisowską dyktaturą o wolną Polskę.
Oczywiście przy pomocy kartki wyborczej bronimy Polskę przed rządami pisowców. Na razie jeszcze przy pomocy kartki wyborczej, obawiam się, że jeśli oni wygrają to następna obrona będzie możliwa już tylko na ulicach i w masowych protestach. Bronimy Polskę i Polaków przed umieraniem na SOR-ach, przed brakiem lekarstw, lekarzy, pielęgniarek, szpitali, przed koszmarem w edukacji, zniszczeniem środowiska, mordowaniem zwierząt i ich katowaniem, trującymi fabrykami, piecami, grzejnikami, przed rządami ignorantów, nieuków i idiotów.
Bronimy przed policją polityczną, która aresztuje, przesłuchuje, podsłuchuje i prześladuje ludzi niezgadzających się na pisowską dyktaturę, kłamstwo i obłudę odrażającego reżimu, prokuraturą na usługach polityków, biorącą wspólnie z pisowską policją polityczną i reżimowymi mediami aktywny udział w szkalowaniu i opluwaniu przeciwników „dobrej zmiany”.
Bronimy nasz kraj przed nieukami miernotami i aferzystami na najwyższych stanowiskach, przed systemem, gdzie przeciwnik PiS-u jest niszczony i szkalowany na podstawie kłamliwych zarzutów, a zwolennik jest chroniony wobec „domniemania niewinności” i prawa do obrony, gdzie udokumentowane w mediach przypadki kumoterstwa, nadużywania stanowisk, powiązań ze światem przestępców, sutenerów, łapownictwa, korupcji, wątpliwych oświadczeń majątkowych najwyższych urzędników pisowskiego państwa są w nieskończoność „wyjaśniane” przez pisowskie instytucje.
Nie zgadzamy się na zamianę ministerstw mediów i różnego typu organów pisowskiej władzy w zbiorowe hejtowanie ludzi, których najcięższym przestępstwem jest niepodzielanie pisowskiej ideologii wyznawanej przez miernoty, które dorwały się do rządów.
Walczymy z fałszowaniem historii, tworzeniem kultu fałszywych bohaterów, a niszczeniem bohaterów rzeczywistych walki o Wolną Polskę jak Lech Wałęsa, Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek, Władysław Bartoszewski, a także z wprowadzaniem cenzury, polityką kulturalną polegającą na promowaniu pisowskich miernot i wazeliniarzy, finansowaniu propisowskich instytucji, nacjonalistów i religijnych fanatyków, kosztem rozwoju autentycznej twórczości i uniwersalnych wartości.
Nie zgadzamy się na bezmyślną i narażającą Polskę na utratę niepodległości politykę zagraniczną polegającą na niszczeniu naszych relacji z Unią Europejską aż do wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej, z szukaniem sojuszników wśród nacjonalistów i dyktatorskich reżimów, a niszczeniem dobrych relacji z naszymi tradycyjnymi sojusznikami, jakimi są europejskie demokracje, takim przykładem głupiej szkodliwej i bezmyślnej polityki jest między innymi absurdalne żądanie „reparacji wojennych” od Niemiec.
Bronimy Polskę przed wykorzystywaniem Kościoła i religii do politycznych celów pisowskiego reżimu, przed finansowaniem z pieniędzy podatników rozpolitykowanych księży używających religii do walki o władzę i budowania finansowego imperium czego przykładem są między innymi tzw. „dzieła” Tadeusza Rydzyka.
Walczę o to, o co walczę mniej więcej od 50 lat, czyli o niepodległą demokratyczną wolną Polskę, najpierw idąc przez więzienia, areszty śledcze, podziemie, obozy internowanych, uliczne protesty, z reżimem komunistycznym, potem przez 25 lat tę demokrację starałem się zabezpieczyć i umacniać jako parlamentarzysta, ale robiłem to, jak widać nieskutecznie, za słabo, może źle i dziś czasami nawet z tymi samymi, już bardzo nielicznymi ludźmi co dawniej i oczywiście wieloma nowymi niepamiętającymi tamtej niewoli, walczę z pisowską dyktaturą o wolną Polskę.
Propisowski myśliciel p. Nalaskowski napisał w reżimowej gazecie o demonstrantach żądających tolerancji: „nieszczęśnicy, których dopadła tęczowa zaraza, obleśne, grube baby, wędrowni gwałciciele” – to tylko niektóre sformułowania, za co został słusznie zawieszony przez rektora UMK w prawach wykładowcy. Niestety rektor przestraszył się swojej odwagi i w/w przywrócił. Wywołał jednak falę niesłychanej w swej zajadłości reakcji pisowców. Odezwali się też dyżurni pisowcy w liście otwartym:
„W dobie nadzwyczajnej „czujności” i presji rewolucyjnej na reprezentantów konserwatyzmu kulturowego skutecznie chronieni są przed adekwatną reakcją rektorów autorzy brutalnych wypowiedzi „postępowych”, np. profesorowie: Jan Hartman, Magdalena Środa, Stefan Niesiołowski czy dr Leszek Jażdżewski.Takie przejawy nierównego traktowania, a de facto dyskryminacji i represji przywodzą na pamięć przerażające przykłady z epoki minionych totalitaryzmów.”
Jednym słowem p. Nalaskowski przedstawiciel „konserwatyzmu kulturowego” jest prześladowany jak w czasach nazizmu i komunizmu, a chamstwo, które zaprezentował to „protest” (z użyciem środków ekspresji stosownych do rangi problemu). Wywód autorów tego listu jest mętny, a język bełkotliwy, nie warto przytaczać nazwisk, to zawsze prawie te same. Na razie stosują słowne środki „ekspresji” inne myślę będą stosować już inni pisowcy politycy.
Stefan Niesiołowski
Kryzys konstytucyjny w Wielkiej Brytanii w pytaniach i odpowiedziach
Jak wiadomo, Brytyjczycy robią wszystko na odwrót. Jeżdżą lewą stroną ulicy, montują dziwne gniazdka elektryczne i zerkają z nieufnością na turystów zamawiających pół litra piwa zamiast tradycyjnej pinty. Zupełnie inaczej wyszła im też konstytucja.

Niedawno prof. Piotr Mikuli opublikował ciekawe rozważania dotyczące relacji między podziałem władzy a suwerennością Parlamentu Zjednoczonego Królestwa w kontekście Brexitu. Idąc tym tropem postanowiłem zaproponować czytelnikom krótką podróż po zawiłościach brytyjskiego konstytucjonalizmu. Jak odmienny od naszego jest system polityczny ielkiej Brytanii, z całą pewnością przekonał się już niejeden student prawa czy politologii.
Uwaga terminologiczna: formalnie nazwa kraju brzmi “Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej”, natomiast często w języku polskim utożsamia się zarówno zwrot “Zjednoczone Królestwo” jak i “Wielka Brytania” (nazwa wyspy) z całym państwem, podobnie tutaj. Pojawiający się w tekście skrót “UK” wywodzi się od angielskiego United Kingdom, tj. Zjednoczone Królestwo.
Czy Brytyjczycy mają konstytucję?
Krótko: jak najbardziej tak. Z całą pewnością pracownicy naukowi Uniwersytetu w Cambridge, którzy zajmują się prawem konstytucyjnym na co dzień, zrobiliby wielkie oczy, gdyby ktoś z kontynentu zarzucił im, że Wielka Brytania konstytucji przecież nie ma. Nie do końca poprawnie byłoby też powiedzieć, że na wyspach brytyjskich panuje „niepisana” konstytucja, a to dlatego, że wiele z najważniejszych zasad konstytucyjnych ma formę pisaną, bardzo często zresztą wyrażoną w ustawie. Można jednak powiedzieć, że brytyjska konstytucja jest nieskodyfikowana (ang. uncodified w opozycji do unwritten), tj. nie została ujęta w formie jednego dokumentu prawnego tak jak jest to zrobione w krajach takich jak Polska czy Niemcy. Ponadto zasady uznawane za konstytucyjne nie mają formalnie wyższej rangi od pozostałych i nie są „zagwarantowane” (ang. entrenched). Parlament brytyjski może każdą z ustaw zmienić lub usunąć zwykłą większością głosów.
Na czym w praktyce polega doktryna suwerenności Parlamentu Zjednoczonego Królestwa?
W pewnym uproszczeniu: odkąd na bruk nieopodal londyńskiego Whitehall upadła ścięta głowa króla Karola I Stuarta, zwanego też przez ówczesne ugrupowanie parlamentarzystów „tyranem, zdrajcą, mordercą i wrogiem publicznym”, w Wielkiej Brytanii władza królewska, jak można się domyślić, stopniowo topniała.1 W wyniku trzech angielskich wojen domowych przyjęte zostały dwie bardzo istotne ustawy: Deklaracja praw (ang. Declaration of Rights po przyjęciu przez parlament nazywana Bill of Rights) oraz Ustawa o następstwie tronu (ang. Act of Settlement). W konsekwencji Wielka Brytania stała się pierwszym państwem o ustroju monarchii parlamentarnej. Suwerenność parlamentu jest obecnie jedną z najistotniejszych zasad ustrojowych w tym państwie.
Najlepiej określa ją jedno zdanie z kultowego już Introduction to the Study of the Law of the Constitution autorstwa A. V. Dicey’ego:
The principle of Parliamentary sovereignty means neither more nor less than this, namely that Parliament thus defined has, under the English constitution, the right to make or unmake any law whatever and, further, that no person or body is recognised by the law of England as having a right to override or set aside the legislation of Parliament.2
W moim tłumaczeniu: Zasada suwerenności parlamentu oznacza ni mniej, ni więcej niż to, że parlament na mocy angielskiej konstytucji ma prawo uchwalać oraz uchylać jakiekolwiek prawo. Co więcej, żadnej osobie ani instytucji prawo angielskie nie przyznaje kompetencji do unieważniania aktów przyjętych przez parlament.
Jak podaje się w częstym przykładzie nie ma formalnie żadnych przeciwwskazań, aby parlament zwykłą większością głosów uchwalił ustawę, w której nakaże ściganie i egzekucję wszystkich niebieskookich noworodków. Nie istnieje w Wielkiej Brytanii sąd konstytucyjny, który mógłby uznać taką ustawę za niekonstytucyjną. Nie ma możliwości usunięcia jej z obrotu prawnego. To, co mogą zrobić sądy, to stosować w takiej sytuacji wykładnię zawężającą na zasadzie „ustawodawca nie mógł pomyśleć czegoś tak absurdalnego, więc z całą pewnością miał na myśli to: […]” lub obudować tę regulację wieloma warunkami. Niemniej, jeśli coś jest w ustawie dosłownie zapisane, nie ma drogi, aby się tego bezpośrednio pozbyć bez woli parlamentu, ze skomplikowanym wyjątkiem na rzecz nadrzędnych regulacji Unii Europejskiej i orzecznictwa TSUE.
Tak pojmowana suwerenność parlamentu jest bardzo różna od zasad przyjętych na kontynencie i niejako „przykrywa” to, co u nas nazywa się zasadą suwerenności narodu. Naród w Wielkiej Brytanii wybiera swoich przedstawicieli do Izby Gmin, ci przedstawiciele nie są jednak później formalnie związani wolą wspomnianego Narodu wyrażoną w ewentualnej konstytucji.
Konsekwencją złej decyzji podjętej przez większość rządzącą w Izbie Gmin może być klęska w następnych wyborach czy gwałtowne protesty społeczne. Trzeba przyznać, że pomimo braku formalnej konstytucyjnej kontroli sądowej brytyjski system znajdował dotychczas sposoby na korygowanie własnych niedoskonałości. Dla przykładu brytyjski Sąd Najwyższy ma możliwość uchwalania niewiążących „deklaracji niezgodności” (ang. Declaration of incompatibility), które uznają daną regulację za niezgodną z Europejską Kartą Praw Człowieka. Taka deklaracja nie uchyla ustawy ani nie ogranicza jej mocy, jest jednak komunikatem skierowanym do parlamentu, że coś należy zmienić, i parlament faktycznie najczęściej do tych zaleceń się stosuje.
Czym są konwenanse konstytucyjne?
Konwenanse konstytucyjne (ang. constitutional conventions) są politycznymi regułami postępowania skierowanymi do osób sprawujących w Wielkiej Brytanii władzę. Ich rolą jest sprawić, by szachiści grali ze sobą spokojnie zamiast wywracać szachownicę z krzykiem i płaczem. Konwenanse przypominają polityczny savoir-vivre – teoretycznie można na dobrym bankiecie wysiorbać zupę i zaplamić obrus, ale czy warto? Cechą charakterystyczną konwenansów jest to, że nie są obwarowane żadną prawną sankcją i nie są egzekwowane przez sądy. Do tych reguł albo się stosuje, albo nie. Rolę odgrywa przede wszystkim długa tradycja oraz sankcje nieformalne takie jak: „jeśli my złamiemy konwenans, partia opozycyjna zrobi to samo jak dojdzie do władzy i każdemu będzie gorzej”, „jeśli złamiemy konwenans, ukarzą nas wyborcy”, „jeśli złamiemy konwenans, w Szkocji wzrośnie poparcie dla niepodległości” i tak dalej. Co może nas zdziwić, pomimo braku formalnej kontroli sądowej i sankcji za niezastosowanie się do tych reguł wygląda na to, że dotychczas sprawnie organizowały one życie polityczne Wielkiej Brytanii. Być może wysoka kultura prawna i polityczna panująca na wyspach oraz wielowiekowa tradycja robiły swoje. To zaczęło się zmieniać z powodu największej kontrowersji ostatnich lat: Brexitu.
Konwenanse mogą być niepisanym zwyczajem, ale mogą być też spisane w formie instrukcji lub nawet zawarte w ustawie. Sam fakt umieszczenia konwenansu w ustawie nie sprawia automatycznie, że jest on możliwy do wyegzekwowania przez sąd. Jeśli wolą parlamentu było, aby konwenans pozostał niewiążący, to zachowuje on swoją naturę. Sądy brytyjskie co do zasady bardzo ostrożnie wypowiadają się w sprawach związanych z polityką i dbają o bezstronność.
O co chodzi z zawieszeniem sesji parlamentu przez premiera Borisa Johnsona?
Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson postanowił za zgodą królewską zawiesić obrady parlamentu do 14 października.3 Ten krok wywołał olbrzymie kontrowersje w UK.
Sama prorogacja (ang. prorogation), czyli zawieszenie obrad parlamentu, nie jest niczym nadzwyczajnym. Okres wspomnianej przerwy kończy się wygłoszeniem przez królową mowy (ang. The Queen’s Speech). W rzeczywistości wspomniana mowa jest pisana przez rząd, który w ten sposób wyznacza swoje cele polityczne i przedstawia parlamentowi agendę na dalszy czas obrad.
Zwyczajowo prorogacja następuje w okolicach nowego roku, poprzednia premier Teresa May nie zdecydowała się jednak na ten krok w obliczu zbliżającego się Brexitu i intensywnych prób przeprowadzania przez Izbę Gmin wynegocjowanego przez nią porozumienia z Unią Europejską. Premier May trzykrotnie próbowała uzyskać ratyfikację parlamentu dla wspomnianego umowy, trzykrotnie poniosła sromotną klęskę, wobec czego podała się do dymisji. Stery przejął Boris Johnson.
Zawieszenie obrad parlamentu byłoby w takiej sytuacji zupełnie naturalne, tym bardziej, że był to jeden z najdłuższych okresów ciągłej pracy tej instytucji w historii UK. Nieprzypadkowo jednak premier wybrał okres przypadający tuż przed planowanym dniem wyjścia UK z UE, wyznaczając również długi, bo pięciotygodniowy, czas prorogacji. Tym sposobem Boris Johnson prawdopodobnie chciał uniemożliwić Izbie Gmin powstrzymanie możliwości tzw. „hard Brexit” czyli bezumownego wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.
Posunięcie premiera zostało zaskarżone do sądów w Szkocji, Anglii oraz Irlandii Północnej. W przeciwieństwie do legislatywy, egzekutywa może być rozliczana ze swoich posunięć przez sądy o ile nie są to decyzje całkowicie związane z polityką. Na ten moment sąd w Irlandii Północnej oraz londyński Wysoki Trybunał (ang. High Court) odrzuciły skargi, uznając że decyzja premiera jest warunkowana politycznie i sądy nie powinny się co do niej wypowiadać. Z kolei szkocki Sąd Apelacyjny uznał posunięcie Johnsona za nielegalne. Sprawa znajdzie zapewne finał w brytyjskim Sądzie Najwyższym.
Dodatkowy smaczek nadaje zagadnieniu fakt, że parlament zdążył we wcześniejszych ustawach zawrzeć postanowienie, które może wymuszać regularne zwoływanie jego obrad chociażby w kontekście monitorowania prób ustanowienia nowego rządu Irlandii Północnej (mowa o The Northern Ireland (Executive Formation etc.) Act 2019).
Czy królowa mogłaby odmówić premierowi zgody na prorogację?
Formalnie tak. W praktyce nie. Kiedy przeglądałem komentarze brytyjskich internautów pod artykułami dotyczącymi prorogacji, bardzo często wzywali oni królową do odmowy wyrażenia swojej zgody na zawieszenie sesji parlamentu lub krytykowali jej decyzję, zastanawiając się jaka jest w takim razie jej rola. Jak widać sami Brytyjczycy nie zawsze do końca wiedzą co może, a czego nie może ich monarcha. Zgodnie ze starym konwenansem konstytucyjnym, brytyjski monarcha działa za poradą swego rządu i nie może tej rady zignorować, o ile nie chodzi o wąski zakres arbitralnych kompetencji przynależnych tylko jej bądź jemu. Królowa nie pełni roli sądu konstytucyjnego i nie należy do niej weryfikacja takiej rady. Jeżeli sąd bądź parlament uznają, że premier naruszył zasady konstytucyjne, stwierdzą zapewne, że królowa została złą radą wprowadzona przez rząd w błąd. Jak już było wspomniane wcześniej, konwenanse konstytucyjne są prawnie niewiążące. Formalnie zatem monarcha zachowuje w Wielkiej Brytanii ogromną władzę. Czy jednak ktoś wyobraża sobie, że królowa nagle złamie wielowiekową tradycję? Tak bezprecedensowy krok przeczyłby żelaznej regule, że monarcha nie zajmuje bezpośrednio stanowiska w sporze politycznym i prawdopodobnie doprowadziłby do rychłego końca brytyjskiej monarchii parlamentarnej.
Czym jest dewolucja?
Choć jest to sprzeczne z powszechnym wyobrażeniem, Wielką Brytanię należałoby traktować jako państwo unitarne, to jest jednolite, z jednym ośrodkiem władzy zlokalizowanym przede wszystkim w Westminsterze. W Izbie Gmin zasiadają przedstawiciele ze wszystkich regionów UK, a parlament, jak wiadomo, jest suwerenny i ma prawo uchwalania i znoszenia każdego prawa. Poszczególne części składowe Zjednoczonego Królestwa inne niż Anglia, tj. Walia, Szkocja i Irlandia Północna zachowują jednak znaczną autonomię. Walia i Irlandia Północna posiadają własne zgromadzenia, a Szkocja parlament, wszystkie te części mają również odmienną od brytyjskiej egzekutywę, tj. własne rządy. Proces przejęcia kompetencji przez inną instancję jest nazywany w naukach prawnych dewolucją, w tym przypadku dewolucja polega na przeniesieniu niektórych kompetencji z Westminsteru do poszczególnych instytucji w częściach składowych UK. Należy jednak pamiętać, że źródłem tych kompetencji jest zawsze wspólny parlament w Londynie. Nie jest to zatem układ federalny taki jak w Niemczech. Nikt tu nie zawiera wiążącego paktu. Układ federalny leżałby w sprzeczności z doktryną suwerenności parlamentu i wielowiekową polityką Anglików. Tak jak parlament może dać, tak i może zabrać, tj. znieść instytucje dewolucyjne w Szkocji, Walii i Irlandii Północnej. Dotychczas Londyn przekazywał w ręce poszczególnych regionów tzw. „kwestie dewolucyjne” (ang. devolved matters), tj zagadnienia związane dla przykładu z edukacją czy zdrowiem publicznym. Z kolei polityka obronna i zagraniczna Wielkiej Brytanii pozostają w wyłącznej gestii Parlamentu Zjednoczonego Królestwa oraz Rządu Jej Królewskiej Mości.
Czy Brexit może doprowadzić do rozpadu Wielkiej Brytanii?
Kiedy ostatnio odwiedzałem Anglię niektórzy z moich rozmówców żartowali, że United Kingdom stało się Disunited – Podzielonym Królestwem Wielkiej Brytanii. Brexit tworzy cały szereg napięć na linii samorządów regionalnych i centralnego ośrodka władzy. Nie jest tajemnicą, że za wyjściem UK z UE głosowali przede wszystkim Anglicy i Walijczycy. Szkoci oraz Irlandczycy z Północy byli przeciw. Obecna premier Szkocji, Nicola Sturgeon, zaczęła prowadzić na tym tle kampanię zmierzającą do ogłoszenia drugiego referendum w sprawie niepodległości Szkocji, czemu Westminster z całą pewnością będzie przeciwny.
Jednocześnie rząd i parlament brytyjski zaczęły ostatnimi czasy łamać utrwalony konwenans konstytucyjny, mówiący że władza centralna co do zasady nie wtrąca się w sprawy przekazane jurysdykcji regionalnej, tj. opisane akapit wyżej devolved matters. Konwenans, jak każdy inny, jest niewiążący i nie może być egzekwowany przez sądy, a suwerenny parlament w Londynie może, jak pamiętamy, uchwalić i znieść jakiekolwiek prawo. Niemniej fakt ten tworzy duże napięcie polityczne na linii Edynburg – Londyn.
Czym jest Sewel Convention i czy Parlament Zjednoczonego Królestwa potrzebuje zgody Szkotów, żeby wystąpić z UE?
Konwenans konstytucyjny, o którym mowa wyżej, tj. mówiący, że władza centralna nie powinna wtrącać się w sprawy regulowane przez instytucje regionalne, nazywany jest Konwenansem Sewela. Lord Sewel, wówczas podsekretarz stanu w Biurze ds. Szkocji (ang. Scottish Office), znany też później na Wyspach Brytyjskich pod mniej chlubnym pseudonimem jako „Lord Coke”, był autorem rekomendacji, że w zwyczajnych okolicznościach Westminster nie powinien regulować spraw przeznaczonych szkockiej legislatywie bez zgody tej legislatywy, tj. Parlamentu Szkockiego. Po referendum ws. niepodległości Szkocji, którego wynik dla Anglików był korzystny, tj. Szkoci postanowili w UK pozostać, konwenans został ujęty w ramy ustawowe poprzez Scotland Act 2016. Jak wiadomo jednak, samo wpisanie konwenansu konstytucyjnego do ustawy nie czyni z niego wiążącego prawa o ile nie jest to wyraźna intencja Parlamentu Zjednoczonego Królestwa.
Zagadnienie znalazło się przed Sądem Najwyższym jako element słynnej Miller Case. W pewnym uproszczeniu: Parlament Szkocki nie wyraził zgody na uchwalenie Withdrawal Act, tj. ustawy o wyprowadzeniu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Westminster uchwalił ustawę i tak, ignorując sprzeciw. Bo mógł (nie mamy Pana płaszcza i co nam Pan zrobi?). Szkoci zarzucili, że jest to naruszenie Konwenansu Sewela, tj. uchwalenie regulacji dotyczącej spraw dewolucyjnych bez zgody Parlamentu Szkockiego. Pytanie brzmiało: czy Konwenans Sewela przez to, że znalazł się w ustawie, nabrał mocy wiążącej i może być egzekwowany przez sąd? Sąd Najwyższy odpowiedział: nie. Z tekstu przepisów wynika, że nie było takiej intencji ustawodawcy. Konwenans to nadal konwenans, a więc savoir-vivre, a nie twarde prawo.
Na marginesie warto zauważyć, że nawet gdyby konwenans stał się wiążącym prawem to nic nie mogłoby powstrzymać Parlamentu UK przed jego zniesieniem w przyszłości. Parlament może uchwalać i znosić jakiekolwiek prawo.
Westminster może wszystko, ale konsekwencje polityczne takich posunięć są znaczne. Niewykluczone, że w Szkocji poparcie wobec niepodległości będzie rosło.
Czy parlament może w praktyce powiedzieć Borisowi Johnsonowi: non possumus?
Od strony teoretycznej zagadnienie to rozwijał w swoim artykule prof. Mikuli. W praktyce odpowiedź wydaje się brzmieć „tak”, i to niezależnie od zasady podziału władz. Jak było powiedziane wielokrotnie, Westminster zgodnie z doktryną suwerenności ma prawo uchwalać i uchylać jakiekolwiek prawo. Skoro mógłby teoretycznie nakazać ściganie niebieskookich noworodków, to tym bardziej może zobowiązać premiera, aby ten nie doprowadził do bezumownego Brexitu. Nie ma sądu konstytucyjnego, który mógłby takie zobowiązanie uznać za niekonstytucyjne. Tak też pisze prof. Mikuli: „Jeśliby założyć, że ustawa ingeruje w uprawnienia egzekutywy, brak konstytucji w znaczeniu formalnym powoduje, że każda ustawa będzie uchylać normę wywodząca się z innych źródeł, w tym z prerogatywy. Ustawa ma charakter prawnie wiążący, musi być zatem wykonana i żaden sąd nie stwierdzi jej niekonstytucyjności”.
Co więcej, z doktryny suwerenności parlamentu wynika jeszcze jedna ważna zasada: parlament nie może zobowiązać się na przyszłość. Uchwalona wcześniej ustawa o wystąpieniu z UE niezależnie od jej treści i przyznanych rządowi kompetencji do negocjowania warunków Brexitu może być w każdym momencie „zmieniona”, nadpisana. Z tego samego powodu też żadna kadencja parlamentu nie może na mocy obecnie panujących zasad wiążąco nadać jakimś ustawom wyższej rangi, na przykład wymuszając wyższą większość głosów do ich zmian czy przeprowadzanie obowiązkowego referendum, jak ma to miejsce przy zmianie konstytucji wielu krajów europejskich. Każdy aktualnie „panujący” parlament jest suwerenny, a więc nigdy nie może być on związany wcześniejszymi decyzjami. Zwykła większość głosów wystarczy do usunięcia każdej normy z systemu prawnego.
Słowo na koniec
Osobom wychowanym w kontynentalnej tradycji prawnej system panujący w Wielkiej Brytanii zwykle wydaje się przedziwny, nie inaczej jest z prawem konstytucyjnym. Kiedy stykałem się z jego zawiłościami po raz pierwszy uderzyło mnie jak dobrze ten system działa pomimo braku skodyfikowanej konstytucji czy jednolitej sądowej kontroli konstytucyjnej. Szokujące wydaje się, że niektóre z najważniejszych brytyjskich zasad ustrojowych są zaledwie formalnie niewiążącymi konwenansami! Czy łatwo nam sobie wyobrazić, że politycy w naszym kraju dobrowolnie stosowaliby się do takich “reguł gry”, nie próbując ich łamać? Być może skuteczność brytyjskiego modus operandi brała się z poczucia wielowiekowej tradycji oraz z faktu, że osoby piastujące wysokie stanowiska w państwie wywodziły się z określonego kręgu intelektualnego (słynne oxbridge), co oczywiście miało również swoją wadę w postaci ekskluzywizmu i oddalenia od reszty społeczeństwa. Tutaj ten “hymn” pochwalny się kończy.
Nadchodzący Brexit doprowadził do tak mocnych podziałów społecznych w Wielkiej Brytanii oraz tak skomplikował życie polityczne, że rządzący przestają stosować się do zasad. Widoczne jest to zarówno na linii parlament – rząd, jak i na linii Westminster – poszczególne regiony.
Morał według mnie jest z tego następujący: populizm jest w stanie podgryźć każdy system prawny. Nie jest wcale tak istotne czy mamy jedną konstytucję, czy rozproszone zwyczaje, czy w naszym kraju funkcjonuje sąd konstytucyjny, czy też sądy konstytucyjności ustaw nie weryfikują. Wszystko zamyka się w jakości kultury politycznej i prawnej. Albo chcemy się stosować do zasad, albo nie. Jeśli nie chcemy, to nic nas nie powstrzyma.
Cyprian Liske / monitorkonstytucyjny.eu
Manuela Gretkowska: Znowu politycy przydrożni, plakatowe kurwyborcze

Manuela Gretkowska
PiSowcy obowiązkowo na niebieskim tle nieba i niewinności, kolorze maryjnym. Fotografują się ze wsparciem prezesa albo Morawieckiego. A powinni z Jezusem albo Maryją. Są przecież partią, która wygrała, jak twierdzi Kaczor, dzięki poparciu Boga
Znowu politycy przydrożni, plakatowe kurwyborcze. PiSowcy obowiązkowo na niebieskim tle nieba i niewinności, kolorze maryjnym. Fotografują się ze wsparciem prezesa albo Morawieckiego. A powinni z Jezusem albo Maryją. Są przecież partią, która wygrała, jak twierdzi Kaczor, dzięki poparciu Boga. Przekaz wyborczy pisu jest prosty: Nie myśleć, modlić się.
Prawicowiec ze Szczecina poszedł w dobrym kierunku, przerobił się na świątka.

Wczoraj w Katowicach Kaczyński nazwał kampanię Koalicji kłapaniem zębami wilka przebranego za Kapturka. Wilcze oczy miał Tusk. W porównaniu z nim Kidawa Błońska jest grzecznym owczarkiem niemieckim. Ale na Śląsku, nie wypadało mówić o przebranych za Niemca 🙂
Za to Kaczor udaje Babcię, jak Smoleń panią Pelagię. Do tej fałszywej Babci, co rozdaje 500, każdy biegnie z koszyczkiem, po więcej.
Bilbordy Kidawy – Błońskiej są tragikomiczne. Tragiczne, ponieważ podobne miała Gronkiewicz Waltz w wyborach prezydenckich. Przegrała, proponując pojednawczo i kobieco „Zaopiekujemy się Polską”. Katastrofalne ładowanie polityczek w rolę sióstr miłosierdzia: zaopiekują się, pogodzą, podetrą tyłek zasrańcom. Bilbord jest komiczny, bo drugi człon nazwiska kandydatki Koalicji podpisuje plecy pocieszanej kobiety, pokrzywdzonej? Odwrócona jest tyłem. Kandydatka też patrzy troskliwie w bok. Spece od propagandy uznali pewnie, że frontalne spojrzenie jest zbyt konfrontacyjne. A tu chodzi o dobroć. Godzenie zwaśnionych. Ktoś skrzywdził w kłótni Kidawę, Błońska się nią zaopiekuje.
Problem, że my się nie kłócimy. My, naród Polski konstytucjonalnie demokratyczny, jesteśmy dymani przez uzurpatorów. Tak, jesteśmy bezbronni, ale to nie awantura domowa, to przedsmak wojny domowej. Rzeź w instytucjach państwowych, strukturach państwa. Szubrawcy Kasty rządzą prawem, Objawienie Towarzyskie objawia Konstytucję. Nie trzeba nas pocieszać, trzeba to towarzystwo rozpędzić i po dobroci się nie da. Już zaklepało sobie stołki sejmowe na później.
Plakat Kidawy Błońskiej w realu naszych ulic wygląda jak bilbord, gdzie w cieniu grzyba atomowego, troskliwa matka mówi dzieciom „Tylko sprzątnijcie zabawki”. A idzie zagłada, demokracji.
P.S. LEWICO nie rozklejaj plakatów, w ogóle się nie rozklejaj i nie wieszaj, sondaże idą w górę.
Manuel Gretkowska





