Krzysztof Bielejewski: Kiedy drugi krzyżyk ratuje świat, czyli jak nie przegrać wyborów na ostatniej prostej

Krzysztof Bielejewski
Jeden krzyżyk więcej może oznaczać koniec demokracji, a jednocześnie... jej ocalenie. Cezary Tomczyk ogłasza protest, dane z tysięcy komisji „mówią jasno: coś tu nie gra”, a głosy nieważne rosną jak po dotknięciu magicznego długopisu. Czy 13 komisji może uratować kraj? Nie wiemy. Ale wiemy jedno: ludziom nie wystarczy już „klik, klik, przegraliśmy, idziemy spać”.
Są takie chwile w życiu politycznym narodu, kiedy jeden krzyżyk więcej może oznaczać koniec demokracji, a jednocześnie… jej ocalenie. Brzmi paradoksalnie? Witamy w Polsce 2025, gdzie wybory to już nie święto demokracji, tylko raczej jej wieczór kawalerski – emocjonalny, chaotyczny i zakończony z kimś, z kim nikt nie planował budować wspólnej przyszłości.
Sztab Rafała Trzaskowskiego ogłosił, że będzie protestował. No i super – w końcu coś się dzieje! Po tygodniach powyborczej nudy, kiedy wszyscy już tylko scrollowali memy z „drugą turą frustracji”, nagle znów poczuliśmy elektryczność w powietrzu. Cezary Tomczyk zapowiedział oficjalny protest wyborczy. Dane z ponad 31 tysięcy komisji mówią ponoć jasno: coś tu nie gra, zwłaszcza tam, gdzie Trzaskowski był górą w pierwszej rundzie. A tu nagle – jak za dotknięciem magicznego długopisu – wzrost głosów nieważnych z podwójnym X. Jakby ludzie nagle nie mogli się zdecydować, czy są bardziej za Rafałem, czy może za ruchem sejsmicznym ręki.
Czy to wystarczy, by podważyć wybory? Pytanie brzmi: czy jesteśmy w Hollywood, czy w Warszawie? Bo tylko w pierwszym przypadku można sobie wyobrazić, że 13 komisji uratuje cały kraj. Eksperci studzą emocje – żeby odwrócić wynik, potrzeba by przeliczyć głosy w tysiącach komisji. I to nie z ciekawości, tylko z realną szansą na korektę rzędu 185 tysięcy głosów. To nie jest korekta – to już nowy egzamin.
Ale wiesz co? Nie szkodzi. Bo właśnie w tej gorączce protestów jest coś pięknego – dowód na to, że nam jeszcze zależy. Że ludziom nie wystarczy „klik, klik, dobra, przegraliśmy, idziemy spać”. Nie. Ludzie chcą sprawiedliwości. Albo przynajmniej – dobrego uzasadnienia, dlaczego jej znowu zabrakło.
Trzaskowski nie rzuca się z widłami na system. On chce – przynajmniej oficjalnie – „bronić demokracji”. Można się śmiać, można przewracać oczami, ale jeśli nawet jedna komisja rzeczywiście zamieniła kandydata A z kandydatem B, to zasługuje to na analizę. Albo chociaż – na porządną kartkę w historii, podpisaną „ups, nasz błąd”.
Nie wiemy, jak to się skończy. Może nic się nie zmieni, może SN pokiwa głową i powie „procedury zachowane, żyjcie dalej”. Ale może – naprawdę może – ten protest otworzy oczy i oczyści sumienia. Jak w teatrze, gdzie finał nie polega na tym, kto kogo pokona, tylko kto zrozumiał więcej.
Więc trzymajmy się tej nadziei, nawet jeśli jest oparta na krzyżyku zrobionym w złym miejscu. Bo może to właśnie ten drugi krzyżyk przypomni nam, że demokracja to nie tylko wybór. To też odpowiedzialność. I trochę szczęścia z długopisem.
Krzysztof Bielejewski
Operacja „Powstający Lew”: Bliski Wschód na krawędzi wojny totalnej
Wieloletnia, asymetryczna wojna cieni między Izraelem a Iranem przerodziła się w otwarty, bezpośredni konflikt. Izraelska operacja o kryptonimie „Powstający Lew”, wymierzona w irański program nuklearny, wywołała natychmiastową i zmasowaną odpowiedź Teheranu. Bliski Wschód stanął na krawędzi wojny totalnej, a społeczność międzynarodowa z przerażeniem obserwuje spiralę eskalacji, która może na zawsze zmienić układ sił w regionie.
'A long night of attacks, with fears of more to come' https://t.co/uDFURIB8ca
— BBC News (UK) (@BBCNews) June 14, 2025
Noc z czwartku na piątek zapisała się jako jedna z najbardziej niespokojnych w najnowszej historii Bliskiego Wschodu. Syreny alarmowe rozbrzmiewały w całym Izraelu, od Tel Awiwu po Jerozolimę, zmuszając mieszkańców do szukania schronienia. To była odpowiedź Iranu na zuchwały i precyzyjny atak, jakiego kilka godzin wcześniej dokonało izraelskie lotnictwo. W kierunku Izraela pofrunęło ponad 150 rakiet balistycznych i setki dronów-kamikadze typu Shahed. Chociaż izraelska obrona przeciwlotnicza, wspierana przez sojuszników, przechwyciła większość pocisków, niektóre zdołały się przebić.
Według wstępnych doniesień, w atakach rannych zostało ponad 70 osób. Niestety, odnotowano również ofiary śmiertelne – jedna kobieta zmarła w wyniku odniesionych ran, a dwie inne osoby zginęły w centralnym Izraelu po bezpośrednim uderzeniu rakiety. Zniszczenia budynków i infrastruktury są znaczące, będąc ponurym dowodem na to, że nawet najszczelniejszy system obrony ma swoje granice.
Cios za cios: Eskalacja, która wymknęła się spod kontroli
Wszystko zaczęło się od izraelskiej operacji „Powstający Lew”. Jak oświadczyły Izraelskie Siły Zbrojne (IDF), jej celem było zniszczenie irańskiego programu nuklearnego i uniemożliwenie Teheranowi wejścia w posiadanie broni jądrowej. Według ocen izraelskiego wywiadu, Iran posiadał już wystarczającą ilość wzbogaconego uranu, by w ciągu kilku dni wyprodukować nawet 15 głowic.
Skala izraelskiego ataku była bezprecedensowa. Ponad 200 samolotów uderzyło w blisko setkę celów na terytorium Iranu. Potężne eksplozje wstrząsnęły Teheranem, a nad stołecznym lotniskiem Mehrabad unosiły się kłęby dymu. Atakowano ośrodki nuklearne w Natanz i Fordow, bazy wojskowe oraz kluczowe elementy programu balistycznego. Irańskie media donoszą o tragicznych stratach: śmierć mieli ponieść czołowi naukowcy nuklearni, a także, co byłoby wstrząsem dla reżimu, dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej Hossein Salami oraz szef sztabu Mohammed Bagheri. Ambasador Iranu przy ONZ poinformował o co najmniej 78 zabitych i 320 rannych w wyniku izraelskich nalotów.
Odpowiedź Teheranu była natychmiastowa i brutalna. Ajatollah Ali Chamenei zapowiedział ataki odwetowe, grożąc, że jego kraj „nie zadowoli się półśrodkami”. W odpowiedzi Iran odpalił setki dronów Shahed i rakiet balistycznych, które uderzyły w bazy lotnicze Nevatim i Tel Nof oraz okolice siedzib IDF i Mossadu. Według IRNA, ataki były częścią „miażdżącej odpowiedzi” na izraelskie bombardowania.
Nowe ciosy i rozszerzony zakres ataków
W piątkowe popołudnie Izrael przeprowadził kolejne uderzenia na systemy obrony powietrznej Iranu. Według informacji Reutersa, zniszczono kilkanaście wyrzutni rakiet i radarów, co znacząco ograniczyło możliwości odwetowe Iranu. Dodatkowo pojawiły się doniesienia o pożarze na jednym z głównych złóż gazowych w Iranie, co może świadczyć o rozszerzaniu zakresu operacji IDF o cele infrastrukturalne.
Wielka gra o Bliski Wschód: Motywy i sojusze
Decyzja premiera Benjamina Netanjahu o ataku była kulminacją wielomiesięcznych przygotowań. Ostateczna zgoda miała zapaść w listopadzie 2024 roku po zabójstwie lidera Hezbollahu, Hasana Nasrallaha. Netanjahu określił operację jako niezbędną, by zapobiec „nuklearnemu Holokaustowi” i zapewnić bezpieczeństwo nie tylko Izraelowi, lecz także Europie i USA. W piątkowe popołudnie premier oświadczył, że naloty będą kontynuowane „tak długo, jak trzeba”, sugerując możliwość bezpośredniego ataku na Teheran.
Dyplomacja w odwrocie
Międzynarodowa społeczność reaguje z niepokojem. Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres wezwał do deeskalacji: „Izraelskie bombardowania irańskich instalacji nuklearnych. Irańskie ataki rakietowe na Tel Awiw. Dość eskalacji” – napisał na platformie X. Katar, Arabia Saudyjska i ZEA potępiły działania Izraela jako „rażące naruszenie suwerenności Iranu”.
Rozmowy USA z Iranem, planowane na 15 czerwca w Omanie, zostały oficjalnie odwołane. Jak podała omańska telewizja państwowa, kolejne rundy nie są przewidziane w najbliższym czasie. Dyplomacja zeszła na dalszy plan, a kontrola nad dalszym biegiem wydarzeń wymyka się międzynarodowym instytucjom.
Region na krawędzi
Sytuacja pozostaje dynamiczna i nieprzewidywalna. Iran grozi dalszymi atakami, a Izrael zapowiada kontynuację operacji do czasu „całkowitego zniszczenia” programu nuklearnego przeciwnika. Po raz pierwszy od dekad konflikt między tymi dwoma krajami nie jest już konfliktem przez pośredników. To otwarta wojna, której skutki mogą rezonować daleko poza regionem. Analitycy ostrzegają, że obecny stan może utrzymywać się przez wiele tygodni, a nawet miesięcy, prowadąc do coraz szerszej destabilizacji Bliskiego Wschodu.
DF, thefad.pl / Źródło: Reuters, The Guardian, AFP
Krzysztof Bielejewski: Sondażowy kabaret, czyli polityczny talent show bez talentów

Krzysztof Bielejewski
Tak więc, drodzy Państwo, oto nasza polityczna scena: kabaret pomyłek, burleska błędów, teleturniej dla ludzi, którzy nie znają zasad. Gdyby ktoś kiedyś postanowił nakręcić reality show o polskim Sejmie, Netflix by tego nie wziął. Za głupie.
Szanowni Państwo, oto najnowszy ranking sympatii politycznych: PiS i KO ex aequo na prowadzeniu, Konfederacja trzepocze czarnym skrzydełkiem wolności, a na czwartym miejscu – tak, nie śniło się to nawet Braunowi – jego własna partia, Konfederacja Korony Polskiej. Ktoś z Państwa odczuwa jeszcze zaskoczenie? Gratuluję odporności na toksyny.
📊 Gdyby #wyboryparlamentarne odbyły się w najbliższą niedzielę:@ko_klub 28,8%@pisorgpl 28,8%@KONFEDERACJA_ 13,8%@KoronyPolskiej 6,9%@__Lewica 6,1%
— Opinia24.pl (@opinia24) June 13, 2025
⛔ poniżej progu:@TrzeciaDroga_PL 5,1%@partiarazem 4,6%
📌 9–12.06.2025, CATI+CAWI, N=1003, zdecydowani N=599#PulsOpinii pic.twitter.com/y6iF3RH0SM
Jarosław Kaczyński – niegdyś król bagien, teraz najwyraźniej przekształcony w lokalnego satrapę, którego najwyższym celem jest doprowadzenie wszystkich przeciwników do stanu półświadomości. Nie rządzi już, ale z uporem godnym japońskich robaków drąży polityczne truchło PiS-u. Gdyby PiS był piosenką, byłby „Cichym Zapleczem” – nikt go nie słucha, ale każdy się go boi.
A obok niego – Karol Nawrocki, prezydent z siłowni i ustawki. Jego kampania przypominała występ w programie „Mam Talent”, w kategorii „agresywne cardio z elementami nikotynowego stand-upu”. Facet, który był ochroniarzem i teraz udaje, że zna konstytucję. To jakby kucharz z baru mlecznego ogłosił się nowym Gordonem Ramsayem i chciał zarządzać Michelinami. Ale przynajmniej się nie poci. Jego program wyborczy to coś pomiędzy „Światem według Kiepskich” a instrukcją montażu mebli z IKEA – niby coś tam jest, ale nie wiadomo co.
Szymon Hołownia? Coś pomiędzy laleczką Kenem a zakłopotanym kierownikiem działu papierniczego w hipermarkecie. Po raz kolejny potwierdził, że jego strategia polityczna to: „nie wiem, może zapytajmy kogoś?”. Odważny niczym jogurt naturalny, przegrywa w sondażach nawet z upośledzoną wersją Konfederacji, którą kieruje człowiek, co niszczy wystawy w Sejmie, bo nie zgadzają się z jego horoskopem.
A co na to Lewica? Partia Razem, czyli akademickie kółko dyskusyjne dla ludzi, którzy wybrali etat w rozczarowaniu. Zandberg to taki polityczny Gandalf, który zgubił mapę do Mordoru i teraz prowadzi swoich hobbitów do wyjścia z Sejmu. Przekroczyli 4,6%, co pokazuje, że wciąż jest w Polsce garść ludzi, którzy mylą program polityczny z manifestem z wykładu filozofii społecznej.
Konfederacja? Mentzenowi właśnie chcą zdelegalizować partię, ale on i tak prowadzi kampanię pod hasłem „Zdelegalizować wszystko – łącznie z logiką”. Jego główny punkt programu to: „Wszyscy nas oszukują, więc róbmy to samo, tylko bardziej”.
I na tle tego wszystkiego, jak jedyny trzeźwy człowiek na weselu – Donald Tusk. Mimo prób zepchnięcia go ze sceny, nadal trzyma pion, zaskakująco nieustępliwy, jakby powiedział: „Jeśli nie ja, to kto? Słucham. Naprawdę chcę usłyszeć wasze propozycje.” I zapadła cisza.
Tak więc, drodzy Państwo, oto nasza polityczna scena: kabaret pomyłek, burleska błędów, teleturniej dla ludzi, którzy nie znają zasad. Gdyby ktoś kiedyś postanowił nakręcić reality show o polskim Sejmie, Netflix by tego nie wziął. Za głupie.
Donaldzie, nie odwracaj się. Nawet jak wszyscy siedzą w piaskownicy i rzucają w siebie łopatkami, to ktoś musi trzymać łopatę z instrukcją obsługi.
Krzysztof Bielejewski
Tykająca bomba pod Londynem. Nowy raport ostrzega przed eksplozją wraku SS Richard Montgomery
U ujścia Tamizy, w spokojnych wodach niedaleko Sheerness w hrabstwie Kent, spoczywa wrak, który przez ekspertów od lat nazywany jest najniebezpieczniejszym na świecie. Amerykański frachtowiec SS Richard Montgomery, zatonął w sierpniu 1944 roku z ładunkiem 1400 ton amunicji. Po blisko 81 latach spoczynku na dnie, jego struktura gwałtownie się rozpada. Brytyjski rząd właśnie opublikował nowy raport. I brzmi on jak ostrzeżenie przed katastrofą.
Here is the SS Richard Montgomery in better times. She was supposed to be delivering cargo to Cherbourg, to supply troops in the Battle of Normandy. She was the only vessel lost in the estuary during WWII (out of 84,000 convoy ships). https://t.co/KCVWKhzTnn pic.twitter.com/8GZcNmyQWM
— Southend & South Essex History (@HistorySouthend) August 20, 2023
Wrak, który się rozpada
SS Richard Montgomery to jednostka typu Liberty, która transportowała uzbrojenie dla aliantów w czasie II wojny światowej. Osiadł na mieliźnie podczas sztormu i przełamał się na pół niedaleko ujścia Tamizy — zaledwie półtorej godziny jazdy od Londynu. Choć część amunicji udało się wówczas wyładować, na pokładzie pozostały setki ton bomb, min morskich, granatów i TNT.
Wrak leży na głębokości 15 metrów, a jego maszty wciąż wystają ponad powierzchnię wody, tworząc ponure przypomnienie o zagrożeniu, które nigdy nie zniknęło. Teraz jednak, jak pokazuje raport opublikowany na początku czerwca przez brytyjskie Ministerstwo Transportu, stan wraku pogarsza się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej.
@guyrbailey This is the estimate radius. pic.twitter.com/Fm7HTmvBMs
— Andy Jacklin (@AndrewJacklin) April 2, 2021
W ciągu zaledwie dwóch lat jego przednia część przesunęła się o pół metra na wschód. Górna lewa burta pękła, dolna prawa uległa wygięciu, a kadłub coraz wyraźniej dzieli się na dwie części. Erozja dna pod dziobem i rufą sprawia, że struktura wraku traci stabilność i może się w każdej chwili zawalić.
Skutki trudne do wyobrażenia
Według wojskowego raportu z 1970 roku, ewentualna eksplozja całego ładunku spowodowałaby słup wody i gruzu o wysokości trzech kilometrów. Fala tsunami, która mogłaby osiągnąć pięć metrów, zalałaby pobliskie Sheerness i inne przybrzeżne miejscowości. Fala uderzeniowa dotarłaby do Londynu, powodując rozległe zniszczenia w infrastrukturze i potencjalne straty ludzkie.
Skala eksplozji mogłaby być porównywalna z wybuchem małej bomby atomowej – bez promieniowania, ale z równie niszczącym efektem. To nie jest hipoteza rodem z filmu katastroficznego, lecz wniosek z analiz sporządzonych przez brytyjskie służby.
Działania władz: zbyt mało, zbyt późno?
W maju 2025 roku wprowadzono strefę zakazu lotów wokół wraku. Samoloty nie mogą przelatywać niżej niż 4000 metrów w promieniu jednej mili morskiej od miejsca zatonięcia. Planowana jest także operacja usunięcia masztów, które — jeśli się zawalą — mogą uszkodzić kadłub i sprowokować eksplozję.
Ale sam ładunek pozostaje nietknięty. Od dekad żadna brytyjska administracja nie podjęła się jego wydobycia. Po części dlatego, że próba neutralizacji podobnego wraku w 1967 roku na Bałtyku zakończyła się eksplozją i śmiercią kilku osób. Od tego czasu dominuje doktryna „nie ruszać”.
Sabotaż? Nowe ryzyko w czasach wojny hybrydowej
W ostatnich miesiącach pojawiły się również głosy ekspertów ds. bezpieczeństwa, że SS Richard Montgomery może stać się celem sabotażu. Przypadek statku towarowego, który niedawno przepłynął niebezpiecznie blisko wraku, wywołał obawy, że incydent mógł być testem systemów reagowania.
W dobie wojny informacyjnej, ataków na infrastrukturę podmorską i destabilizacji energetycznej, wrak u wybrzeży Wielkiej Brytanii może stać się elementem strategicznym — nie tylko reliktem przeszłości, ale punktem zapalnym przyszłości.
Pytanie o czas
SS Richard Montgomery od ponad 80 lat pozostaje milczącym świadkiem historii, lecz jego obecność staje się coraz bardziej niewygodna. Nie chodzi już tylko o przeszłość, ale o realne zagrożenie dla bezpieczeństwa współczesnej Wielkiej Brytanii. Nikt nie ma pewności, kiedy natura, przypadek lub człowiek przerwą ciszę nad Tamizą. Ale jedno jest pewne: czas na działanie nieubłaganie się kończy.
Źródło: The Guardian, LBC, GOV.UK
Tusk z wotum zaufania. Zachód ostrzega przed paraliżem: czeka go klincz z prezydentem

Katarzyna Domagała-Pereira
„Zwycięstwo w głosowaniu nad wotum zaufania niczego nie zmieni” – komentują niemieckie media, relacjonując decyzję Sejmu o poparciu rządu Donalda Tuska. Według nich, rząd szykuje się do długotrwałego klinczu z prezydentem-elektem Karolem Nawrockim.
Niemieckie media: klincz z prezydentem Nawrockim
Zagraniczne serwisy odnotowały, że polski parlament „zgodnie z oczekiwaniami” udzielił wotum zaufania proeuropejskiemu gabinetowi Donalda Tuska. Niemiecka agencja prasowa zauważa, że „rząd przygotowuje się teraz do stałego klinczu z przyszłym prezydentem Nawrockim”.
Komentatorzy przypominają, że premier zapowiedział głosowanie po porażce Rafała Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich. Przegrana kandydata Koalicji Obywatelskiej była poważnym ciosem dla obozu rządzącego.
„Wraz ze zwycięstwem Nawrockiego stało się jasne, że centrowo-lewicowy rząd Tuska nie będzie w stanie realizować kluczowych reform, takich jak liberalizacja prawa aborcyjnego czy odpolitycznienie sądownictwa” – oceniają niemieckie media.
Tusk w Sejmie: zapowiedź zmian i kontrole na granicy
Komentatorzy z „Der Spiegel” i niemieckiej telewizji publicznej podkreślili „bojową” postawę Tuska w Sejmie, jego zapowiedzi zmian w składzie rządu oraz ewentualnego wprowadzenia kontroli granicznych z Niemcami.
Zwrócono też uwagę, że „podstawowy problem Tuska” pozostaje – chodzi o prezydenckie weto, którego może używać Karol Nawrocki, by blokować liberalne inicjatywy ustawodawcze. Koalicji rządzącej brakuje obecnie większości kwalifikowanej, by takie weto odrzucać.
„Zwycięstwo w głosowaniu nad wotum zaufania niczego tu nie zmienia” – podsumowują niemieckie media.
Większość za rządem Tuska
11 czerwca Sejm udzielił wotum zaufania rządowi Donalda Tuska. W głosowaniu uczestniczyło 453 posłów. Za było 243, przeciw – 210. Nikt nie wstrzymał się od głosu.
Głosowanie było polityczną odpowiedzią na wybór Karola Nawrockiego na urząd prezydenta. Premier zapowiedział je, jako formę odnowienia mandatu wobec niekorzystnych wyników wyborów prezydenckich.
Zapowiedź działań na granicy z Niemcami
Przed głosowaniem Tusk odpowiadał na pytania posłów, odnosząc się m.in. do sytuacji na granicy z Niemcami. Nowy rząd w Berlinie, kierowany przez kanclerza Friedricha Merza, zaostrzył kontrole graniczne, co – zdaniem polskiego rządu – uderza w mieszkańców regionów przygranicznych.
– Poinformowałem naszych sąsiadów, nie tylko Niemców, że jeśli presja na granicy się nie zmieni, nie zawaham się podjąć decyzji o czasowym wprowadzeniu kontroli również po naszej stronie – powiedział Tusk w Sejmie. – Jest bardzo prawdopodobne, że jeszcze tego lata częściowe kontrole zostaną wprowadzone – dodał.
Premier zaznaczył, że uprzedził o tej możliwości kanclerza Merza podczas wcześniejszych rozmów.
opr. Dariusz Frach, thefad.pl / Źródło: dw.de
REDAKCJA POLECA
script type=’text/Javascript’>
Czyj jest Twój nos? O wyborach, Twardochu i Emmie z Wiednia
Kilku znajomych, tych odważniejszych w pytaniach i bardziej uważnych w lekturze, zapytało mnie ostatnio wprost: dlaczego nic nie napisałeś o wyborach? O tej całej hucpie z liczeniem głosów? Mówili, że z chęcią przeczytaliby mój tekst, że liczyli na jakiś komentarz, może nawet na gest niezgody, choćby na kiwnięcie głową. Dziękuję im za to – za uwagę, za zaufanie. Ale gdybym rzeczywiście zabrał wtedy głos – szybko, jasno i stanowczo – to pewnie natychmiast zostałbym zaszufladkowany. Konformista. Nie chcę nim być. Ale nie mogę też milczeć.
Znam takie dwie historie, które, choć pozornie niewielkie i oddalone od siebie, splecione są w cieniu prawdziwych wydarzeń i fantastycznie oddają tę przedziwną atmosferę, jaka zawisła nad nami wszystkimi. Historie, które niepostrzeżenie przemykają pod radarem wielkich mediów, a jednak – odnaleźć w nich można wszystkie emocje tego politycznego spektaklu: niedowierzanie, znużenie, ironię. Dziś spróbuję je opowiedzieć. Tak, jak je zapamiętałem. Tak, jak się wydarzyły naprawdę.
Resztę zostawiam Tobie, Czytelniku. Ty sam zdecydujesz, czy dokończyć tę opowieść. Albo ją urwiesz – jak tysiące tych, którzy wolą nie widzieć i nie pytać.
Więc wyobraźcie sobie, że wszystko miało swój początek w roku 2015, gdzieś na przedziwnie cudnym biwaku w stanie Wisconsin, pod namiotem, przy ognisku, w blasku spadających gwiazd i tych nieprzyzwoicie ciepłych nocy, w namiocie, pod śpiworem. W takie noce dziś się niemal nie wierzy, a zaledwie kilka lat temu były normalnością. Więc ze znajomymi przy ognisku toczyliśmy, Polacy, długie rozmowy.
Takie o jedzeniu, trunkach i książkach. Znaliśmy się tam wszyscy, wierzyliśmy sobie i ufaliśmy. Łatwo w takim niezwykłym czasie otworzyć się przed znajomymi i powiedzieć coś od serca, po prostu z głowy, kierując się emocjami, dodać coś przejmującego. Byłem wtedy już po lekturze Dracha Szczepana Twardocha, powiedziałem o tym. O książce, która mnie poruszyła i wypchnęła nieco z wygodnych życiowych kolein. Opowiadałem o granicach, których nie ma.
I wtedy ktoś rzucił pytanie – niby żartem, ale z tym błyskiem, co zdradza, że pod powierzchnią wrze, że zaraz wybuchnie: „To powiedz, jaka będzie Polska za dziesięć lat?” Zmierzchało. W rękach mieliśmy butelki z piwem i ślady po komarach. A jednak wszyscy na moment zamilkli. Jakby to było ważne. Jakby te śmiechy, kiełbasa i ognisko były tylko zasłoną dymną dla czegoś większego – lęku, sam nie wiem. Nienawiść była ogromna. Odepchnięcie i napad na mnie, na autora, na książkę. Nikt jej nie czytał. Twardoch był zły, pojawił się nie w tym miejscu.
Potem były inne książki, inni autorzy, inne wieczory – ale tamten biwak pozostał we mnie jak znak wodny na kartce, który widoczny jest tylko w odpowiednim świetle. Nie zmieniły się moje emocje, nie wygasło to pierwotne zdziwienie. Zmienili się tylko znajomi. Aż któregoś dnia wpadł mi w ręce Chołod.
Wojna w Ukrainie już trwała – pełnoskalowa, bezczelna i naga. Ruskie, pewni swojej racji i krwi, rozpełzli się po mapie jak karaluchy po starej kuchni. A ja, z niepokojem, ale i ciekawością, zacząłem wgryzać się w kolejne rozdziały tej książki. Nie było łatwo. Czasem musiałem się zatrzymać na kilka dni, przełknąć rozdział, dać sobie czas, by to wszystko się we mnie ułożyło.
I tu zaczyna się moja historia, ta związana z wyborami. Ta, która długo dojrzewała.
Doskonale rozumiem, że ani Hartman, ani Gretkowska – choć krzyczeli, tłumaczyli, apelowali – nie poruszyli niczyjego sumienia po drugiej stronie. Nie zmienili nastawienia, nie złagodzili wrogości. Ich słowa spłynęły jak deszcz po blaszanym dachu. To fakt. Ale we mnie wciąż siedziała zadra tamtego spotkania przy ognisku i tamtych słów.
W Chołodzie Konrad Widuch relacjonuje z chłodnym dystansem: „Chyba że w wieczną ciemność, jak nieszczęsny entomolog profesor na ławie przez Gabaidzego z Rebanem rozciągnięty.” To zdanie, niemal rzucone mimochodem, zawiera w sobie jedną z najbardziej brutalnych scen powieści – gwałt w rosyjskim więzieniu. Ale ta scena nie istnieje dla samego efektu szoku. Wpisana jest w większy kontekst, w pejzaż systemowej przemocy, który nie rozróżnia między wykształconym a prostym, między godnym a upadłym.
To moment, w którym człowiek, niezależnie od tytułów, statusu czy dokonań, może zostać sprowadzony do roli ciała – udręczonego, zbezczeszczonego, milczącego. Profesor, entomolog, człowiek nauki – staje się w tej scenie nie tylko ofiarą, ale i symbolem: bezradności rozumu wobec brutalnej siły.
I niech nikt nie zrozumie mnie opacznie. To nie jest literackie „pornograficzne okrucieństwo”. To zimne światło rzucone na mechanizm dehumanizacji, w którym gwałt staje się nie aktem pożądania, lecz narzędziem kontroli, upodlenia, strachu. To scena, która odsłania głęboką ranę, jaką taki system zadaje całemu społeczeństwu. Ranę, która owocuje takimi komentarzami.
A teraz czas na drugą część tej opowieści. Tamta pierwsza zakończyła się głosem kobiety – takiej prawdziwej, cielesnej, obecnej w mediach społecznościowych – a ta kolejna otwiera się historią innej kobiety, z innego czasu i świata, ale wciąż z krwi i bólu. Emma Eckstein. Rok 1895. Wiedeń.
Emma cierpiała na chroniczne bóle brzucha, stany depresyjne, może coś jeszcze, czego nie da się teraz nazwać. Zgłosiła się po pomoc. I trafiła na doktora Wilhelma Fliessa – bliskiego współpracownika Zygmunta Freuda, człowieka pełnego teorii, przekonań i ostrych narzędzi chirurgicznych.
Fliess gorliwie wierzył w istnienie tzw. odruchu nosowo-płciowego – teorii, według której nos i genitalia są ze sobą ściśle powiązane, niemal jak naczynia połączone. Uważał, że wiele kobiecych dolegliwości – od problemów menstruacyjnych po stany nerwicowe – da się leczyć właśnie przez nos. Dosłownie. Chirurgicznym usunięciem małżowin nosowych. Albo kokainą.
Jak się pewnie domyślacie, Emma poddała się operacji. W tamtych czasach zaufanie do lekarza było niemal świętością – a Fliess, choć nie był laryngologiem, miał teorię, miał koneksje i miał Freuda za plecami. Po zabiegu Emma cierpiała coraz bardziej. Ból, krwawienie, gorączka. W końcu okazało się, że w jej nosie pozostawiono… pół metra gazy. Zwykły, ludzki błąd. Tylko że w tym wypadku – błąd kosztował zdrowie, zaufanie, godność.
Mimo tego incydentu Fliess nie zrezygnował. Freud również nie. Teoria nasogenitalna, choć z dzisiejszej perspektywy absurdalna, przez jakiś czas funkcjonowała całkiem poważnie w medycznych kręgach. Bo kiedy coś zaczyna się wpisywać w dominujący paradygmat – wystarczy, że powtórzy się to kilka razy, opublikuje, powtórzy na konferencji, powie z przekonaniem – a staje się „prawdą”. Przynajmniej na chwilę.
I właśnie dlatego te dwie historie – profesora z rosyjskiego więzienia i Emmy z gabinetu w Wiedniu – wracają do mnie teraz, w tej przedziwnej atmosferze wyborczego wrzenia. Bo pokazują, jak łatwo ulec błędnym teoriom, kiedy są wygodne. Jak łatwo dać się przekonać, gdy mówi do nas ktoś pewny siebie, w garniturze, z mikrofonem albo z tytułem naukowym. Jak łatwo przyjąć, że oni wiedzą lepiej, że to już wszystko zostało przemyślane.
Tyle że historia – zarówno ta medyczna, jak i polityczna – pełna jest takich właśnie ślepych zaułków. Teorii, które miały być zbawieniem, a okazały się farsą. Obietnic, które miały uleczyć kraj, a doprowadziły do jego gorączki.
Wybory prezydenckie to nie test na lojalność wobec partii. To nie egzamin z powtarzania haseł z billboardów lub ich zrywania. To nie konkurs piękności, w którym wygrywa ten, kto mówi najgłośniej i najprościej.
To chwila – może jedna z niewielu – kiedy naprawdę warto być Emmą, ale taką, która zada pytanie, zanim się położy na stole. Taką, która sprawdzi ręce, zanim zaufa. Taką, która nie odda własnego nosa w cudze ręce – niezależnie, czy to ręce lekarza, polityka czy medialnego kaznodziei.
Bo prawem każdego obywatela – i jedyną gwarancją, że nie zostanie użyty – jest myśleć samodzielnie. Kwestionować. Pytać. I wybierać – nie według partyjnej instrukcji, lecz według sumienia.
Dariusz Lachowski, dariusz.us
Kiedy humanoidy pojawią się w naszych domach? Eksperci studzą entuzjazm
Chociaż firmy technologiczne prześcigają się w prezentacjach humanoidalnych robotów, a chińskie „gniazda robotów” tętnią inwestycjami, eksperci są zgodni: przed nami jeszcze długa droga. Humanoidy wciąż są zbyt zawodne i zbyt drogie, by zrewolucjonizować rynek pracy czy domowej opieki. Ich przyszłość zależy nie tylko od przełomów technologicznych, ale i od decyzji politycznych, etycznych oraz społecznych.
Roboty na pokaz – jeszcze nie na rynek
Choć niektóre media sugerują, że humanoidalne roboty są już o krok od masowego wdrożenia, rzeczywistość okazuje się znacznie mniej spektakularna. Sun Lining, dziekan Wydziału Mechaniki i Inżynierii Elektrycznej Uniwersytetu Soochow w Suzhou (prowincja Jiangsu, Chiny), ocenia, że przynajmniej pięć lat dzieli nas od momentu, w którym humanoidy osiągną funkcjonalność i niezawodność porównywalną z przełomem, jaki przyniosło pojawienie się iPhone’a.
Dzisiejsze humanoidy działają głównie w kontrolowanych środowiskach. Firma Tesla rozwija projekt Optimus, a chińskie start-upy, takie jak Unitree czy Agibot, pokazują roboty poruszające się w laboratoriach i fabrykach. Jednak jak podaje „Financial Times”, do masowego użytku domowego wciąż bardzo daleko.
Gniazda robotów – inkubatory przyszłości czy medialna fasada?
Szanghajska dzielnica Zhangjiang Hi-Tech Park, okrzyknięta przez media „doliną krzemową robotyki”, to jedno z wielu tzw. „gniazd robotów” – centrów, w których przecinają się linie badawcze uniwersytetów, start-upów i przemysłu. To właśnie tam tworzy się infrastruktura pod przyszły rynek robotyczny.
Jak zauważa chiński serwis Shine, mimo intensywnych inwestycji i postępów w rozwoju kluczowych komponentów – takich jak robotyczne dłonie czy czujniki – rozwój humanoidów nadal napotyka poważne bariery. Brakuje im stabilności, wszechstronności i przystępnej ceny. Sama idea „gniazd robotów” może się okazać bardziej narzędziem marketingowym niż realnym zwiastunem przełomu technologicznego.
Technologia kontra rzeczywistość: co jeszcze nie działa?
Największe wyzwania to wciąż precyzyjne sterowanie ruchem, zdolność adaptacji do zmiennych warunków oraz długoterminowa niezawodność. Aby mogły funkcjonować w codziennym środowisku, roboty muszą skutecznie reagować na otoczenie, omijać przeszkody i bezpiecznie współdziałać z ludźmi.
Integracja zaawansowanych modeli AI z fizyczną platformą nadal pozostaje wyzwaniem. Oprogramowanie to jedno, ale jego synchronizacja z realną maszyną – z jej silnikami, czujnikami i mechaniką – wymaga kolejnych lat testów i rozwoju. Dodatkowo wysokie koszty produkcji skutecznie blokują upowszechnienie.
Kto napędza wyścig robotyczny?
Chiny przodują w produkcji komponentów robotycznych, a władze w Pekinie postrzegają robotykę jako strategiczny filar rozwoju przemysłowego. Według doniesień Bloomberga, intensywne wsparcie państwowe oraz ukierunkowana polityka przemysłowa znacząco przyspieszają rozwój sektora, ale jak dotąd nie przełożyły się one na przełom na rynku konsumenckim.
Na Zachodzie rozwój robotyki napędzany jest głównie przez prywatne firmy. Tesla z projektem Optimus oraz Boston Dynamics inwestują w długoterminowy rozwój technologii, stawiając na synergię AI i mechaniki. Prognozy wskazują, że globalny rynek humanoidów wzrośnie z 3,28 miliarda dolarów w 2024 roku do 66 miliardów dolarów w 2032 roku. Mimo to, obecne przychody pochodzą głównie z wąskich zastosowań przemysłowych i badawczych.
Technologia, która zmieni wszystko? Niekoniecznie
Historia robotyki to historia rozczarowań. Już w latach 80. i 90. wieszczono nadejście domowych androidów, które miały zastąpić pomoc domową i pracowników produkcji. Prognozy te się nie sprawdziły, a i dzisiaj wiele wskazuje, że optymizm firm technologicznych może być częściowo napędzany oczekiwaniami inwestorów.
Poważnym wyzwaniem pozostają także kwestie etyczne, prywatności oraz wpływu na rynek pracy. Czy humanoidy mogą realnie zastąpić ludzi w opiece nad osobami starszymi? Co się stanie, jeśli zawiodą w sytuacjach krytycznych? Takie pytania, wciąż pozostające bez jednoznacznej odpowiedzi, mogą znacząco opóźnić społeczną i regulacyjną akceptację tej technologii.
DF, thefad.pl / Źródło: Financial Times, Bloomberg, MIT Technology Review
Kaczyński stawia wszystko na nowego prezydenta. Czy PiS wróci do władzy?

Jacek Lepiarz
Jarosław Kaczyński domaga się dymisji premiera Donalda Tuska, by umożliwić swojej partii powrót do władzy. Kluczowa rola w budowaniu prawicowego sojuszu może przypaść nowemu prezydentowi – Karolowi Nawrockiemu.
Nowy prezydent i wezwanie do dymisji Tuska
Warszawski korespondent „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung”, Stefan Locke, przypomniał, że Jarosław Kaczyński już kilka godzin po zwycięstwie Karola Nawrockiego wezwał do utworzenia technicznego, ponadpartyjnego rządu. Było to, jego zdaniem, de facto wezwanie do dymisji Donalda Tuska, który w październiku 2023 roku odsunął PiS od władzy.
Premier odpowiedział kontrofensywą, zapowiadając, że „się nie cofnie”. Jego słowa Locke przytacza jako dowód, że polityczna walka w Polsce wchodzi w nową fazę.
Walka o władzę rozgorzała na nowo
„Dwa lata przed następnymi wyborami parlamentarnymi walka o władzę w Polsce rozgorzała na nowo” – pisze Locke. To może być ostatni polityczny pojedynek Tuska i Kaczyńskiego – dwóch liderów, którzy od dwóch dekad kształtują polską scenę polityczną.
Według „FAS”, Kaczyński czuje się wzmocniony zwycięstwem Nawrockiego, którego wprowadził do Pałacu Prezydenckiego mimo oporu wewnątrz PiS. Podobnie działał przed dekadą, forsując kandydaturę Andrzeja Dudy. W efekcie PiS kontroluje dziś najwyższy urząd w państwie oraz przysługujące mu prawo weta. Koalicja Tuska nie dysponuje wymaganą większością dwóch trzecich, by to weto przełamać.
Wotum zaufania i próba siły
By umocnić swoją pozycję, premier Donald Tusk zamierza wystąpić w parlamencie o wotum zaufania. Jak przewiduje „FAS”, głosowanie wygra, ale „Kaczyński tak łatwo nie odpuści”. Wybór Nawrockiego pokazał, że prawica – w tym Konfederacja – może dziś liczyć na realną większość.
Prawicowe partie zmuszone do współpracy
Choć liderzy partii prawicowych różnią się personalnie i ideowo, zdają sobie sprawę, że tylko wspólnie mogą pokonać obóz rządzący. „Zbliżenie (między partiami prawicowymi) będzie postępowało, a ośrodkiem łączącym tego procesu będzie Pałac Prezydencki z Karolem Nawrockim” – cytuje Locke opinię Tomasza Pietrygi z „Rzeczpospolitej”.
Nowy prezydent – inny niż Duda
Nawrocki zawdzięcza wybór Kaczyńskiemu, ale – w przeciwieństwie do Andrzeja Dudy – nie należy do jego bezpośredniego zaplecza. Zdaniem Pietrygi, z czasem stanie się bardziej niezależny i może zbliżyć się do Konfederacji, z którą łączy go pokoleniowe pokrewieństwo.
Instrument powrotu do władzy: weto
Jak zaznacza Locke, głównym narzędziem politycznej presji będzie prezydenckie weto. Nawrocki – spłacając swój polityczny dług – może systematycznie blokować ustawy rządu Tuska. W ten sposób uniemożliwi mu realizację kluczowych obietnic, takich jak przywrócenie praworządności czy rozliczenie nadużyć poprzedniej władzy.
Ta sytuacja może prowadzić do frustracji wyborców Platformy i nasilenia napięć wewnątrz koalicji rządzącej. „W koalicji wrze, co może doprowadzić do przyspieszonych wyborów przed planowanym terminem w 2027 r. PiS jest na to przygotowany” – pisze Locke, podkreślając, że partia Kaczyńskiego i Konfederacja dysponują już dziś niewielką większością.
DF, thefad.pl / Źródło: dw.de
REDAKCJA POLECA
Zamienili głosy Trzaskowskiego i Nawrockiego. Komisja pomyliła zwycięzcę
W krakowskiej komisji wyborczej nr 95 doszło do poważnej pomyłki przy liczeniu głosów w drugiej turze wyborów prezydenckich. Głosy oddane na Rafała Trzaskowskiego i Karola Nawrockiego zostały błędnie przypisane odwrotnie. Komisja przyznała się do błędu, ale na formalną korektę było już za późno. Sprawą zajmują się teraz instytucje wyborcze i – być może – Sąd Najwyższy.
Błąd, który zmienił układ
W pierwszej turze wyborów prezydenckich, która odbyła się 18 maja, komisja nr 95 przy ul. Stawowej w Krakowie odnotowała zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego, który uzyskał 550 głosów. Karol Nawrocki miał wówczas 218 głosów. Tym większe zdziwienie wzbudziły wyniki z II tury, ogłoszone po głosowaniu 1 czerwca: według oficjalnego protokołu, Nawrocki zdobył aż 1132 głosy, a Trzaskowski tylko 540.
Lokalne media opisały sytuację jako „wyborczy cud”, a mieszkańcy zaczęli dopytywać o przyczyny tak gwałtownej zmiany. Jak się okazało – nie bez powodu.
Komisja przyznaje się do pomyłki
Komisarz wyborczy w Krakowie, Rafał Sobczuk, potwierdził w rozmowie z PAP, że członkowie obwodowej komisji wyborczej zgłosili pomyłkę jeszcze przed oficjalnym zatwierdzeniem wyników. „Komisja głosy, które były oddane na jednego kandydata, przypisała drugiemu. Taki dostarczyła protokół i takie dane zostały wprowadzone do systemu” – powiedział Sobczuk. Błąd tłumaczono zmęczeniem i nieporozumieniem przy sporządzaniu dokumentów.
Choć członkowie komisji zauważyli pomyłkę, nie udało się jej już skorygować przed przekazaniem wyników do systemu wyborczego. Okręgowa Komisja Wyborcza w Krakowie prowadzi postępowanie wyjaśniające, ale jej kompetencje są ograniczone.
KBW: nie możemy poprawiać wyników
Na pytania o możliwość skorygowania danych odpowiedział rzecznik Krajowego Biura Wyborczego Marcin Chmielnicki. W rozmowie z Polską Agencją Prasową zaznaczył, że obecnie wyniki mogą być zweryfikowane wyłącznie przez Sąd Najwyższy – i to tylko w ramach rozpatrywania protestów wyborczych.
„Odpowiedzialność za właściwe ustalenie wyników w danym obwodzie ciąży na obwodowej komisji wyborczej, złożonej z przedstawicieli różnych komitetów, często w obecności mężów zaufania i obserwatorów społecznych” – przypomniał rzecznik.
Sąd Najwyższy może rozstrzygnąć
Jak poinformował przewodniczący Rady Miasta Krakowa Jakub Kosek, złożenie protestu wyborczego jest już przygotowywane. Do Sądu Najwyższego mogą go złożyć wyborcy, komitety oraz osoby, które uznają, że nieprawidłowości mogły mieć wpływ na wynik głosowania. Termin upływa 7 czerwca.
Jeśli protest zostanie uznany, Sąd Najwyższy może zdecydować o ponownym przeliczeniu głosów w danym obwodzie, a nawet unieważnieniu wyników głosowania w tej komisji.
DF, thefad.pl / Źródło: PAP, Onet, Bankier
Głodówka i autofagia. Jak organizm „pożera” uszkodzone komórki, gdy przestajesz jeść
Czy organizm może sam się leczyć, gdy przestajemy jeść? Naukowcy od lat badają autofagię – proces, w którym komórki „pożerają” własne uszkodzone części, by się oczyścić i zregenerować. Dzięki badaniom Yoshinoriego Ohsumiego wiemy, że głodówka nie jest tylko ascetyczną praktyką, ale może uruchamiać głęboko zakorzenione mechanizmy obronne i naprawcze. Pytanie brzmi: jak daleko sięgają ich możliwości?
W 2016 roku świat nauki zatrzymał się na chwilę, kiedy ogłoszono laureata Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny. Został nim japoński biolog Yoshinori Ohsumi, który przez dekady badał mechanizm, który brzmi tajemniczo, ale okazuje się kluczowy dla zrozumienia zdrowia człowieka: autofagia. To proces, który można nazwać „komórkowym sprzątaniem” – komórka rozkłada i recyklinguje własne, uszkodzone lub zbędne elementy. Jednak to, co brzmi jak biologiczna ciekawostka, może mieć fundamentalne znaczenie dla leczenia chorób cywilizacyjnych, starzenia się, a nawet… praktykowania kontrolowanej głodówki.
Ohsumi nie należał do gwiazd nauki ani medialnych ekspertów. Swoje badania prowadził w skromnym laboratorium na Tokijskim Instytucie Technologicznym, gdzie przez lata udoskonalał eksperymenty na drożdżach – pozornie prostych organizmach. To właśnie na nich odkrył, że komórki potrafią aktywnie „pożerać” uszkodzone części swoich struktur, wykorzystując je jako paliwo lub budulec. Zidentyfikował przy tym geny odpowiedzialne za ten proces, udowadniając, że autofagia nie jest anomalią, lecz fundamentalnym mechanizmem przetrwania występującym także u ludzi.
Głodówka a oczyszczanie organizmu na poziomie komórkowym
Kiedy organizm nie otrzymuje pokarmu, uruchamia procesy oszczędzania energii. Jednym z nich jest właśnie autofagia: komórki zaczynają porządkować swój wewnętrzny świat, rozkładając zbędne lub uszkodzone błony, organella, białka. W efekcie organizm oczyszcza się i regeneruje. To tę obserwację zaczęli na nowo odkrywać zwolennicy postu przerywanego i kontrolowanej głodówki, powołując się często właśnie na badania Ohsumiego. Naukowiec nigdy nie rekomendował tego rodzaju praktyk jako lekarstwa, ale jego prace stały się punktem wyjścia do dalszych badań nad tym, jak organizm adaptuje się do ekstremalnych warunków.
Autofagii w medycynie
Co ciekawe, autofagia nie jest wyłącznie mechanizmem obronnym. Odgrywa kluczową rolę w walce z nowotworami, chorobami neurodegeneracyjnymi czy infekcjami wirusowymi. Komórki potrafią bowiem rozpoznać zainfekowane fragmenty i zneutralizować je poprzez autolizę. Problem zaczyna się wtedy, gdy mechanizm ten zostaje zaburzony. Zaburzenia autofagii wiążą się m.in. z chorobą Parkinsona, Alzheimera, a także z niektórymi formami cukrzycy typu 2. W kontekście nowotworów autofagia pełni ambiwalentną rolę – może zapobiegać rozwojowi raka, ale też wspierać przetrwanie komórek nowotworowych w warunkach stresu.
Komórki wiedzą, co zniszczyć. Dlaczego autofagia jest selektywna
Choć sama idea autofagii znana była już od lat 60., to dopiero precyzyjne badania Ohsumiego pozwoliły zrozumieć, jak ten proces przebiega molekularnie. Pokazał, że komórki nie działają chaotycznie – potrafią wybiórczo niszczyć jedne struktury, a oszczędzać inne. To była rewolucyjna obserwacja. Nagroda Nobla dla japońskiego biologa była nie tylko wyrazem uznania dla jego pionierskiej pracy, ale również sygnałem, że współczesna medycyna coraz więcej uwagi poświęca mechanizmom samoorganizacji i regeneracji.
Naturalny mechanizm, bez suplementów i leków
W czasach, gdy medycyna coraz częściej sięga po interwencje farmaceutyczne, odkrycie Ohsumiego przypomina o ogromnym potencjale tego, co dzieje się w ciele bez udziału zewnętrznych leków. Autofagia jest procesem, który nie wymaga suplementów ani skomplikowanych terapii. To zdolność odziedziczona ewolucyjnie, aktywowana przez prosty, ale radykalny sygnał: brak.
Jak zauważa dr Damian Parol, dietetyk i popularyzator nauki: „Nagroda Nobla dla Ohsumiego nie była za głodówki”. Proces autofagii może być aktywowany nie tylko przez post, ale również przez inne czynniki, takie jak aktywność fizyczna czy stres oksydacyjny. Dlatego, choć post przerywany wzbudza dziś duże zainteresowanie, potrzeba więcej rzetelnych badań, by zrozumieć, jak różne formy stylu życia wpływają na ten proces u ludzi.
Historia badań Ohsumiego to lekcja cierpliwości i naukowej pokory. Dzięki jego pracy, rozpoczętej na drożdżach, a sięgającej najgłębszych mechanizmów ludzkich komórek, zaczynamy rozumieć, jak niezwykle złożone, a jednocześnie eleganckie są mechanizmy przetrwania. Autofagia nadal inspiruje naukowców i lekarzy do poszukiwań terapii, które będą wspierać naturalne zdolności organizmu do regeneracji. To dopiero początek drogi.
Autofagia w badaniach. Fakty i otwarte pytania
Komentarze krytyczne wobec praktyk takich jak post przerywany czy detoks komórkowy słusznie zwracają uwagę na to, że wiele badań nad autofagią prowadzonych jest na organizmach modelowych: drożdżach, muszkach owocowych, myszach. Mechanizmy opisane przez Yoshinoriego Ohsumiego dotyczą komórek drożdżowych, ale wiele z tych samych genów i szlaków molekularnych występuje również u ludzi. Dlatego badania te uznano za przełomowe.
Nie oznacza to jednak, że można bezpośrednio przekładać wyniki eksperymentów na drożdżach na skuteczność np. postu u ludzi. Rzeczywiście, nie ma jeszcze rozstrzygających dowodów klinicznych na to, że głodówka wywołuje autofagię w sposób, który przekłada się na mierzalne korzyści zdrowotne. Istnieją jednak przesłanki pośrednie: zmiany w poziomach hormonów, aktywacji określonych ścieżek metabolicznych (np. mTOR, AMPK), obserwacje z badań zwierzęcych oraz wyniki badań eksperymentalnych z udziałem ludzi.
W artykule celowo zachowano ostrożność: Ohsumi nie promował głodówki, a jego prace dotyczyły procesów komórkowych. Opisywane zjawiska nie powinny być traktowane jako rekomendacja dietetyczna, lecz jako ilustracja tego, jak organizm może reagować na brak pożywienia w skali mikroskopowej. To temat wymagający dalszych badań.
Dariusz Frach, thefa.pl / Źródło: NobelPrize.org, Nature, Cell











