Nieznana historia. Kiedy Polacy byli uchodźcami w Afryce

Podczas II wojny światowej 19 tys. Polaków zostało ewakuowanych do Afryki. Ich historię udokumentował kanadyjski filmowiec.

Podczas II wojny światowej 19 tys. Polaków zostało ewakuowanych do  Afryki
Zdjęcie z filmu dokumentalnego Jonathana Durand’a „Memory is our Homeland”

Kiedy jako 20-latek Jonathan Durand wybrał się po raz pierwszy do Afryki, nie opuszczało go osobliwe uczucie, że jest w ojczyźnie. Miał ku temu powody.

To było niezwykłe dla młodego białego mężczyzny z Kanady – wspomina Durand. Dopiero stopniowo zaczął rozumieć, dlaczego to otoczenie wydało mu się wtedy takie swojskie i bliskie. Okazało się, że podczas II wojny światowej i jakiś czas potem w obozie dla uchodźców na terenie dzisiejszej Tanzanii żyła jego babcia z Polski. Jej opowiadania o niezwykłym dzieciństwie spędzonym u podnóża Kilimandżaro wycisnęło trwały ślad w duszy Kanadyjczyka. – Kiedy polska babcia opowiada o safari u podnóża największej góry w Afryce, jej opowiadanie uskrzydla wyobraźnię dziecka – mówi Jonathan Durand w rozmowie z DW.

Jako młody student historii dziwił się, że tak trudno znaleźć mu jakiekolwiek informacje o przeszłości swoich przodków. Również jego profesor nie słyszał nigdy o obozie polskich uchodźców w Afryce. Durand zaczął stopniowo zgłębiać ich historię. Dowody na temat życia babci w niewielkiej miejscowości Tengeru na północy obecnej Tanzanii zmotywowały kanadyjskiego filmowca do udania się w obfitującą w emocje podróż sentymentalną. Wiązała się ona z historią pochodzenia rodziny Duranda, którą w międzyczasie sam przedstawił w formie filmu dokumentalnego. Nosi on tytuł: „Pamięć jest naszą ojczyną” (Memory is our Homeland) i został wyróżniony w 2018 r. na festiwalu filmowym RDIM w Montrealu nagrodą publiczności. Film był refektem trwających dziewięć lat badań oraz podróży autora po Europie Wschodniej, Bliskim Wschodzie i Afryce.

Memory Is Our Homeland | Short teaser trailer from Jonathan Durand on Vimeo.

Historia migracji

Babcia filmowca Kazia Kołodziej (z domu Gerech) mieszkała z rodzeństwem i rodzicami od 1942 do 1949 r. w ubogiej, krytej strzechą lepiance w Tengeru, należącym do Tanganiki – wówczas terytorium mandatowego Wielkiej Brytanii. Żyjąca tam niewielka polska diaspora zajmowała się uprawą warzyw, produkcją butów, mat i innych przedmiotów z sizalu.

Podczas licznych podróży do byłych miejsc obozów polskich uchodźców w Południowej Afryce, Tanzanii i Zambii Durand w rozmowach ze starszymi mieszkańcami przekonał się, że „mają oni dobre wspomnienia o Polakach i że były to często ich pierwsze kontakty z białymi”. Również wśród byłych uchodźców pozostały pozytywne wspomnienia o lokalnej ludności. – Byli wtedy młodzi i to międzynarodowe spotkanie odcisnęło ślad na ich człowieczeństwie. To było przyjazna koegzystencja. Niekiedy świętowali nawet wspólnie nabożeństwa – potwierdza historyk i ekspertka do spraw migracji Julia Devlin z Centrum Uchodźstwa i Migracji przy Uniwersytecie Katolickim Eichstätt-Ingolstadt.

Julia Devlin dobrze zna tło tej niezwykłej odysei 19 tys. ludzi z Polski, którzy różnymi drogami dotarli do Afryki. Przedstawiała ją w opracowaniu naukowym: „Wysiedlenia i emigracja: polska odyseja podczas II wojny światowej” (Deportation und Exil: eine Odysseee im Zweiten Weltkrieg) w 2014 r. Historię tę zapoczątkował niemiecko-sowiecki pakt Ribbentrop-Mołotow o nieagresji z sierpnia 1939 roku, w którym hitlerowskie Niemcy ustaliły de facto ze Związkiem Radzieckim podział między sobą Polski oraz dalszych krajów Europy Wschodniej. Wkrótce oba mocarstwa zaatakowały kraj i zaczęły przeprowadzać czystki etniczne. Setki tysięcy Polaków, wśród nich także Żydzi zostali deportowani przez sowieckie władze na Syberię i do Kazachstanu, gdzie w większości pracowali w obozach karnych oraz kołchozach. Jednak w 1941 r. z dnia na dzień sytuacja wysiedlonych Polaków nieoczekiwanie się zmieniła.

Kazia Gerech – w środku z lewej obok mężczyzny

Przez Iran do Afryki

Po napadzie Niemców na Związek Radziecki alianci weszli w porozumienie z władzą sowiecką, by wspólnie walczyć z Hitlerem. W reakcji na to polski rząd emigracyjny gen. Sikorskiego w Londynie nawiązał kontakt z ZSRR domagając się od władz stalinowskich uwolnienia deportowanych Polaków oraz zgody na utworzenie na terenie ZSRR armii polskiej. Umowa dotycząca jej powstania została podpisana w grudniu 1941 r. Ochotnicy mieli zgłaszać się w okręgu Buzułuku nad rzeką Samarą. Naczelnym wodzem armii został generał Władysław Anders.

Do Buzułuku przybywali nie tylko chętni do walki z nazizmem, lecz także ludność cywilna z dziećmi w nadziei na opuszczenia raz na zawsze Związku Radzieckiego. Ostatecznie opuściło go ogółem 77 tys. wojskowych w ramach armii generała Andersa oraz 43 tys. cywilów – obywateli polskich – bez względu na narodowość (Polaków, Żydów, Ukraińców, Białorusinów).

Z powodu trudności z zaopatrzeniem wojsko oraz ludność cywilna zostali przeniesieni za zgodą władzy sowieckiej do Iranu. Po odpowiednim przeszkoleniu armia Andersa ruszyła dalej do Włoch. Na miejscu została ludność cywilna, z którą nie wiadomo było co robić.

– Nikt nie chciał ich przyjąć – tłumaczy Julia Devlin. Ostatecznie rząd Wielkiej Brytanii zadeklarował pomoc, szukając dla nich schronienia w koloniach brytyjskich oraz na brytyjskich terenach mandatowych. W ten sposób byli wysiedleńcy trafili dalej do Tanzanii, Południowej Afryki, Zimbabwe oraz na inne tereny wpływów brytyjskich, niezagrożonych działaniami wojennymi.

Babcia na starych nagraniach

Po zakończeniu II wojny światowej pojawiły się ze strony odpowiedzialnych władz w Afryce naciski, by pozbyć się uchodźców wojennych. − Afrykańskie kraje walczyły o swoją niezależność i nie chciały więcej reliktów władz kolonialnych – wyjaśnia niemiecka historyczka. Polacy opuszczali afrykańskie kraje emigrując do Wielkiej Brytanii, Australii i Kanady. „Do swojej ojczyzny nie mogli wrócić – to był sowiecki kraj”.

Babcia Jonathana Duranda emigrowała z Tanzanii do Anglii w 1949 r. Tam poznała swojego przyszłego męża, byłego więźnia obozu zagłady w Majdanku. Już razem w 1954 r. wyjechali do Kanady.

Obok licznych kamyczków historycznej mozaiki szczególnie jedno odkrycie w wieloletnich poszukiwaniach poruszyło filmowca. W Instytucie Polskim i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie odkrył nagrania filmowe z obozu uchodźców w Tanzanii, w którym żyła też jego babcia. – Zobaczyłem tamtejszy szpital i grupę młodych dziewcząt, idących w stronę kamery. Ta całkiem po lewej, uśmiechająca się i ze skrzyżowanymi ramionami, to była moja babcia – opowiada Durand. Za każdym razem, kiedy widzi te ujęcia, dostaje gęsiej skóry. – Odbieram to jak swego rodzaju nagrodę.

REDAKCJA POLECA


Rafał Sulikowski: Nieodrobiona lekcja Dawkinsa. Jak dyskutować z fundamentalistycznym katolicyzmem?

Póki pozostajemy na socjologicznym poziomie debaty na tematy związane z Kościołem i jego miejscem w ponowoczesnym społeczeństwie, widzimy tylko jedną stronę problemu. Tymczasem problem z religią i szerzej – przesądami, jest głębszy i wynika nie tylko z historii Polski, ale jeszcze głębiej z tego, co Jung nazywał “zbiorową nieświadomością”. Inaczej mówiąc, szkoły nie uczą teorii ewolucji, która – podobnie jak rewolucja Kopernikańska, a potem w dużo mniejszej skali rewolucja mechaniki kwantowej – jest na cenzurowanym.

Na jednym z najlepszych uniwersytetów polskich w dużym ośrodku wielkomiejskim na kierunku biologia w ogóle studenci nie uczą się jednej z najważniejszych teorii, jakie powstały w historii nauki. Bo teoria ewolucji – próbują się bronić jej adwersarze – już dawno przestała być hipotezą roboczą, a nawet teorią i jak żadna inna idea nie zdobyła tylu poważnych argumentów i dowodów paleontologicznych.

Problem w tym, że dyskutujący z Kościołem nie znają się ani na biologii, ani filozofii, a tym bardziej – psychologii religii czy teologii, choćby własnego wyznania. Problem w tym, że spada poziom nauki i edukacji – w szkole nie usłyszysz o najnowszych ustaleniach neuroteologii, “hełmie Boga”, poważnych pracach z kosmologii, które nie tylko wykluczają “stwórcę”, czyniąc go zbędną hipotezą, ale wręcz logicznie argumentują, że kosmos stworzony nie byłby taki, jak jest i jaki poznajemy dzięki nauce, a nie dzięki religii.

Nie przeczę, że ważne są “społeczne” i socjalno-bytowe kwestie kościelne, krytyka zachować tych, którzy ośmielają się nazywać siebie “uczniami Jezusa”, zupełnie nie rozumiejąc nauk moralnych Chrystusa. Istotne są, a obecnie najbardziej palące problemy z pedofilią w Kościele i jego instytucjach, niemniej namawiam gorąco, aby rozpocząć z Kościołem dyskusję podobną do tych, jakie rozgrzewały pierwszych chrześcijan, dyskusje w “oświeconym wieku” dwieście lat temu, debaty w pozytywizmie, potem w kręgach szkoły lwowsko-warszawskiej. Oczywiście, bez wiedzy żadna rozsądna dyskusja nie może mieć miejsca. W 2006 roku ukazała się kolejna książka znanego adwersarza wszelkich religii, Dawkinsa, ale oprócz debaty kilku profesorów, nie zdołała wywołać szerszego społecznego odzewu. Pisał ten autor o “urojonym bogu”, ponieważ jego zdaniem, każda religia błędnie ukazuje pochodzenie kosmosu i człowieka, a nauka coraz bliższa jest prawdy.

Nie jest możliwe jednoczesne wierzenie, że “Bóg stworzył kosmos” i wyznawanie teorii ewolucji, nie można jednocześnie wierzyć w samoistną ewolucję kosmosu i w stworzenie człowieka od razu w dorosłej postaci. Nie jest też prawdą, że większość uczonych to ludzie “głęboko wierzący”.

Znany kosmolog Hawking, zmagając się ze straszną niepełnosprawnością, do końca bronił poglądu, że wszystko, co zdarzyło się w kosmosie, w naszej galaktyce oraz na Ziemi, można po pewnym czasie wyjaśnić naturalnie, w obrębie tego kosmosu, nie wykraczając poza niego na drodze analizy myślowej. Ale ludzie, których ateizm polega tylko na ostentacyjnym “niechodzeniu do kościoła” nie mają żadnej wiedzy merytorycznej, aby obalić dogmaty katolickie, których nie jest zbyt wiele. Kościół po prostu twierdzi, że gdzieś poza ludzkim horyzontem istnieje w jakimś sobie właściwym statusie ontologicznym inny, w domyśle – lepszy świat, a w nim Bóg (w trzech osobach), aniołowie oraz ludzie zbawieni. Innymi słowy każda religia sprowadza się do twierdzącej odpowiedzi na główne pytanie, jakie zadano kiedykolwiek – “co się ze świadomością ludzką dzieje po śmierci?”. I właściwie na tak zadane pytanie od razu daje gotowe, automatyczne odpowiedzi, powtarzane od stuleci w kółko. Tymczasem nie da się z pozycji ontologicznych, jakie obecnie zajmujemy natychmiast w jednym zdaniu odpowiedzieć na to pytanie, bo na tym polega problem “kota Schrodingera” – dopóki żyjemy tu, kot jest i żywy i martwy jednocześnie, dopiero gdy znajdziemy się tam, kot będzie żywy albo martwy.

Mechanika kwantowa wszelkie pytania egzystencjalne sprowadza do kwantów, porcji materii i energii oraz materialnej podstawy ludzkiej świadomości. Bo o świadomość ludzką od wieków toczy się batalia.

Inaczej jeszcze podchodząc do zagadnienia, należy konsekwentnie odmówić teologii prawa do nazywania się nauką w sensie twardym, a poznaniu religijnemu wyjątkowego statusu epistemologicznego. Dlatego drodzy Czytelnicy, zróbmy tak, jak zrobili świadkowie Jehowy: wykuli pismo święte na pamięć i na każde pytanie katolików mają gotową odpowiedź, wywodzącą się ze specyficznego i dosłownego stylu czytania Biblii. Aby pozycję Kościoła hierarchicznego w Polsce osłabić – co paradoksalnie przyniosłoby pożyteczne skutki w różnych sferach życia – należy wykuć teologię, oczytać się w historii, psychologii religii, religioznawstwie, socjologii i psychiatrii, poczytać jakieś kompendia popularyzujące teorię ewolucji, znać największe odkrycia i wynalazki naukowe.

Argumentacja “nie wierzę, bo nie chcę” jest bardzo prymitywnym postawieniem sprawy, choć podkreśla wolną wolę człowieka, lecz to nie wystarczy. Należy wszystkim chrześcijanom, zwłaszcza fundamentalistycznym odłamom post-protestanckim oraz rzymsko – katolickim wykazać, że to, co podają kościoły wiernym do wierzenia ma się tak do rzeczywistości, jak pięść do nosa. Inaczej nie rozbijemy urojonych struktur kościelnych, które mnożą się w tempie zastraszającym, osiągając wymiary pandemiczne.

Memetyka tłumaczy życie i rozprzestrzenianie się idei religijnych na wzór genów w populacji, a także na wzór przenoszenia się wirusów, w tym przypadku – umysłowych.

Coraz więcej ludzi zostaje ukąszonych przez żądło religijne. Należy wytłumaczyć, że nawet jeśli istnieje jakaś nieznana nam jeszcze forma transcendencji, to nie ma nic wspólnego z naszym światem, a póki żyjemy naszym obowiązkiem jest zachować, poprawić i przekazać ten świat – a nie “tamten” – następnym pokoleniom. Toczy się bój o nasze sumienia, wolność i dusze.

Nie dajmy się zarazić fałszywymi memami światopoglądowymi. Pod żadnym pozorem, choćby nie wiem, jaką cenę przyszłoby za to zapłacić. Wolność ludzka nie ma bowiem ceny.

Rafał Sulikowski


WHO bije na alarm. Każdego dnia ponad milion osób zaraża się chorobą weneryczną

Światowa Organizacja Zdrowia bije na alarm. Każdego dnia ponad milion osób w wieku od 15 do 49 lat zaraża się jedną z czterech głównych chorób wenerycznych – poinformowała organizacja WHO w Genewie.

Globalna liczba nowych infekcji wynosi 376 mln rocznie, co oznacza, że co czwarty mieszkaniec Ziemi jest chory na chorobę weneryczną.

Na liście uleczalnych chorób widnieją chlamydiozy, rzeżączka, syfilis (kiła) i rzęsistkowica. Te najczęstsze choroby weneryczne rozprzestrzeniają się przez stosunki seksualne bez zabezpieczeń – wyjaśnia WHO.

Rządy oraz instytucje zajmujące się zdrowiem powinny umożliwić dostęp do diagnozy i terapii dla każdej z zakażonych osób. WHO podkreśla, że gdy choroby te nie są one leczone, mogą mieć bardzo ciężkie lub nawet śmiertelne skutki. Mogą być to schorzenia neurologiczne, choroby serca, niepłodność i podwyższone ryzyko infekcji HIV. W roku 2016 szacunkowo 200 tys. martwych porodów i zgonów noworodków można było złożyć na karb choroby wenerycznej.


Co zrobić z wysłużonym samochodem? Jakie mamy opcje?

W końcu nadszedł ten czas – przesiadamy się ze starego, wysłużonego pojazdu do całkiem nowego i lśniącego. Zanim jednak to zrobimy, musimy się zastanowić, co zrobić z pojazdem, które przechodzi na emeryturę. Jakie mamy sposoby?

Co zrobić z wysłużonym samochodem? Jakie mamy opcje?

Nic nie trwa wiecznie

To oczywiste, że każda rzecz, choćby wydawała się najtrwalsza, a nawet ponadczasowa, z biegiem lat traci na wartości i jakości. Tak jest również z autami, które po długim okresie użytkowania, są w coraz gorszej kondycji, a kolejne naprawy i mówiąc kolokwialnie – reanimowanie trupa – nie mają największego sensu. Pozbyć się takiego pojazdu można na kilka sposobów, ale jak zrobić tak, żeby mieć z tego zysk?

Sprzedajemy… Czy faktycznie to możliwe?

Pierwsze co przychodzi na myśl to znalezienie kupca. I ten pomysł – jak się wydaje – jest najbardziej racjonalny i ma same zalety. Kiedy jednak bardziej zagłębimy się w temat, a raczej sprawdzimy, jak wygląda rynek sprzedaży aut używanych, zobaczymy, że nie rokuje to pozytywnie, bo ofert jest mnóstwo. Oznacza to, że bardzo ciężko przebić się ze swoją ropozycję do świadomości potencjalnych nabywców, a nawet jak to się uda, to musimy rywalizować z konkurencją. Sprzedaż auta używanego, jakkolwiek jest to korzystne finansowo, często kończy się długim oczekiwaniem na kupca, a ten jak nie przychodził, tak nie przychodzi.

Skup aut – optymalne rozwiązanie

Znacznie lepszym, łatwiejszym i szybszym sposobem jest skorzystanie ze skupu aut, bo nie musimy tu rywalizować z innymi ofertami, lecz oddajemy własny pojazd i dostajemy gotówkę od ręki. I wcale nie małą, ale ile będzie to w naszym przypadku, zależy oczywiście od wielu czynników: wieku auta, jego stanu technicznego, ewentualnych usterek i szkód powypadkowych itd. Coraz więcej firm zajmujących się skupowaniem samochodów zamieszcza na swoich stronach internetowych dedykowane kalkulatory, za pomocą których można sprawdzić, ile zarobimy na oddaniu pojazdu. W większości miast znajdują się takie punkty, przy czym w niektórych aglomeracjach, jak Warszawa tych miejsc jest kilka, a takie przykłady znajdziemy pod adresami: https://autoskupwarszawa-flotyodfirm.pl/skup-aut-warszawa-wola/, jak również https://autoskupwarszawa-flotyodfirm.pl/auto-skup-wolomin/.

A może zezłomowanie?

Niektórzy nawet nie podejmują próby sprzedaży auta – zarówno w sposób tradycyjny, jak i w skupie aut – decydując się na szybkie, ale niekoniecznie opłacalne rozwiązanie, a mianowicie zezłomowanie. Najczęściej zostawia się taki pojazd w przeznaczonym do tego miejscu – autozłomie, choć nie zawsze, bo niektóre osoby, zamiast tej opcji, decydują się go rozebrać na części i sprzedać wszystkie sprawne elementy samochodu oddzielnie. Trzeba przyznać, że jest to jakaś opcja, ale nie zapominajmy, że to zajęcie nie dla każdego, bo wymagana jest tu wiedza motoryzacyjna, a poza tym potrzeba mnóstwa czasu, który należy przeznaczyć na ocenę, a następnie demontaż części.

Jak widać, istnieje kilka możliwości, wśród których wymienić można mocniejsze i słabsze strony. Wszystko tak naprawdę zależy od naszej sytuacji i takich kwestii jak to, w jakim stanie jest nasze auto, ile planujemy dostać za niego pieniędzy, czy mamy odpowiednią wiedzę na temat samochodów, by samemu zabrać się za demontaż itp. Wybór nie jest łatwy, a przecież trzeba przyznać, że są inne opcje, na przykład grupa fejsbukowa Autokomis Warszawa – sprzedaż kupno i zamiana, na której bez wychodzenia z domu możemy sprzedać, ale również kupić i zamienić samochód.


Dariusz Stokwiszewski: Większość Polaków nie widzi tego, co się dzieje z Polską!

Nie chcę wpadać w płaczliwy, pretensjonalny i przesadnie pesymistyczny ton, ale jest konieczne świeże spojrzenie na sytuację wewnętrzną w Polsce. Moja diagnoza (w sumie nic nowego) oparta na obserwacji zachowań społecznych mówi, że znaczna część społeczeństwa nadal nie widzi jakiegoś większego zagrożenia ze strony obecnie rządzących. To wielki błąd, za który przyjdzie nam zapłacić!

Można zrozumieć to, że nie wszyscy z nas mają dostęp do wolnych mediów, że nie posiadają też wystarczającej wiedzy i/lub wykształcenia. Jednak to wszystko tylko wówczas, gdy mówimy o bezkrytycznych zwolennikach PiS; oni nie mają nawet woli zrozumienia czegokolwiek, co trąci prawdą. Natomiast dziwi mnie to, że zamiast działać na rzecz wolnej od złej władzy Polski druga strona – czyli wielu z nas – chyba też nie chce zrozumieć tego, że istnieje potrzeba przeprowadzenia gruntownych zmian po stronie środowisk wolnościowych; opozycji, która nawet po majowej przegranej do PE wciąż pozostaje wyjątkowo apatyczna i ogarnięta, jeśli nie chęcią letniego wypoczynku (to wręcz karygodne), to spowodowanym czymś innym – być może – marazmem!

Teraz jest czas nie na to, żeby odpoczywać tylko (tak, jak w 2014 PiS) ruszać w Polskę z wielką kampanią programową i przekonywać Polaków do tego, że Kaczyński, PiS, SP i skompromitowana ‘Razem’ Gowina szkodzą państwu tym, że działają w oparciu o własne partykularne interesy, zwłaszcza o utrzymanie na dłużej władzy! Tak wygląda rzeczywistość. Dzisiejsza opozycja działa jedynie reaktywnie, nie przejawiając większej aktywności. Tymczasem jest o czym mówić Polakom. W kraju mamy dziś aferę za aferą, które „zamiatane pod dywan” mogą zniknąć z czasem z widoku ludzi; Srebrna, SKOKI, ale też sprawy z czasów ministrowania w MON Antoniego Macierewicza, kolesiostwo, nepotyzm m.in. przy obsadzaniu kluczowych stanowisk w SSP. To, o czy napisałem to jedynie wierzchołek „góry lodowej”, która wreszcie zgniecie państwo na miazgę. PiS i Ziobro nie przestali także stosować w stosunku do sędziów i prokuratorów „efektu mrożącego” i zakulisowo ‘rozliczają’ przyzwoitych skądinąd ludzi z grzechów, których ci nie popełnili. Na każdego można bowiem coś znaleźć, zwłaszcza kiedy się chce oraz ma możliwości!

Nic nowego w sprawie łamania prawa i konstytucji nie zaszło; jak było, tak nadal jest. Polska już dawno przestała być demokratycznym państwem prawnym. Krajem rządzi naładowany wielką nienawiścią do wszystkiego, co inne oraz co nowe, jeden człowiek. Prezes Jarosław Kaczyński nie odpowiada za nic, jest bezkarny, a jego słowa „rzucone” w reżimowych mediach są traktowane jako polecenia bezpośrednie, niewymagające formalnego poświadczenia. Tak było ze sprawą jego ewentualnego przesłuchania w sprawie spółki Srebrna i łapówki, którą zgodnie ze słowami austriackiego biznesmena Birgfellnera miał od niego przyjąć. Nie wiem, jakie trzeba mieć dowody, aby do takiego przesłuchania doszło. Jak widać, nie wystarcza nawet nagranie głosu Kaczyńskiego. To kpina ze sprawiedliwości, tak samo, jak kpiną są inne sprawy (Kornela Morawieckiego związana z możliwym wyłudzeniem od księdza – szefa fundacji dla dzieci – 96 tysięcy czy tzw. afera podkarpacka – podobno z marszałkiem Kuchcińskim i innymi ważnymi politykami w tle)!

O ile jednak to, że ludzie „umoczeni” w afery, posiadający pełnię władzy wykorzystują swoje możliwości do ukrycia spraw ich kompromitujących, to bardzo zastanawiające jest milczenie opozycji, której liderzy muszą być zorientowani w wielu ‘nieczystych sprawach’. Takich rzeczy nie da się ukryć; no może przed przysłowiowym Kowalskim, ale nie przed rządzącymi przez osiem lat partiami! W 2011 roku, kiedy to miała miejsce afera ze wspomnianą „pożyczką” 96 tysięcy, dokonaną przez Kornela Morawieckiego szefem WBK we Wrocławiu był, związany z PO, Mateusz Morawiecki! To za jego wiedzą musiano pożyczki udzielić! Pod koniec 2018 roku zainteresowany zwrotem pieniędzy ksiądz wystąpił w sejmie w towarzystwie polityka PO Borysa Budki i Romana Giertycha. Opowiadał rzeczy straszne o tym, że służby specjalne naszły o szóstej rano 94 letnią kuzynkę, którą się ksiądz opiekował. Szukano, jak mówił, potwierdzenia pożyczki, które ksiądz uzyskał wcześniej od Kornela Morawieckiego.

Takie przykłady można mnożyć i należy je nagłaśniać właśnie teraz, bo to już ostania możliwość przekonania społeczeństwa do wyrugowania szkodliwej, jak nigdy dotąd w ciągu ostatnich 30 lat, władzy. Mój apel do środowisk opozycyjnych jest następujący:

Najwyższy już czas, aby na bok odłożyć sprawy ambicjonalne kojarzące się jedynie z układaniem list i władzą, a zacząć działać tylko i wyłącznie dla dobra Polski. Tylko to ma podstawy i legitymację społeczną. Mamy dość sporów o stanowiska, kolesiostwo oraz innych patologii, skrywanych pod szczytnymi hasłami patriotyzmu, którego w rzeczywistym działaniu nie widać! Polskiej opozycji niezbędny jest nowy lider, którym powinna być osoba ciesząca się dużym zaufaniem społecznym, mająca doświadczenie oraz wiedzę odpowiednie przymioty moralne. Mamy takich ludzi tylko trzeba dać im szansę!

Do czytelników: ludzie zacznijcie myśleć samodzielnie – to naprawdę nie boli!

Dariusz Stokwiszewski

 

 


Marcin Zegadło: Michalik odchodzi z Superstacji. Kurczy nam się niezależny głos. Nadszedł czas dla mediów obywatelskich

Eliza Michalik, dziennikarka Superstacji, postanowiła pożegnać się z kanałem po tym, jak jego zarząd zdecydował, że odtąd w stacji nie będzie miejsca na programy publicystyczne o tematyce politycznej. Michalik twierdzi, że bez tego nie wyobraża sobie dalszej pracy. Odchodzi.

Niepokojąca jest deklaracja zarządu Superstacji, w której ten powołując się na badania, stwierdza, że rezygnuje z formatów politycznych, ponieważ jego widzowie po politykę sięgać będą, ich zdaniem, gdzieś indziej.

Powiedzmy, że możemy przyjąć to wyjaśnienie za wystarczające. Czy nie jest jednak trochę tak, że ta sytuacja obrazuje początek być może niepokojącego trendu, mianowicie, wychodzenia telewizji komercyjnych z formatów politycznych w obawie budzenia ewentualnej, spodziewanej niechęci rządzących. Jest już bowiem niemal pewne, że PiS weźmie drugą kadencję i prawdopodobnie weźmie ją w cuglach, a Platformy, PSele, kulejąca lewica i rozentuzjazmowany Biedroń z Wiosną na doczepkę, ciągnąć się będą w ogonie, przez kolejne cztery lata dramatycznie usiłując być opozycją o skuteczności polskiego napastnika podczas meczu piłki nożnej. Zgodzą się Państwo, że tego rodzaju skuteczność, możemy nazwać „umowną”, jeżeli nie „symboliczną”.

Skoro telewizje niepubliczne, kalkulując w ten sposób, wycofają swoje formaty z debaty publicznej, żeby zapewnić sobie bezpieczne pod PiSem funkcjonowanie. Liczy się bowiem przede wszystkim zysk.

Pozostanie nam TVN, który wciąż prezentował będzie w ciepłym świetle dobrze znanych pieszczochów tej stacji, POLSAT przejmie tych, którzy wcześniej zatrudnieni byli w TVP, odkąd jednak na swój widok w lustrze podczas porannych ablucji dostawać zaczęli torsji, szukać poczęli na rynku mediów komercyjnych z nadzieją, że im zostanie zapomniane i tak dalej.

Czy nie stanie się tak jak stać się powinno, to znaczy, czy druga kadencja PiSu nie będzie dobrym czasem dla mediów obywatelskich? Tych, w których zysk nie jest żadnym kryterium i punktem odniesienia. Czy istotna i cokolwiek znacząca debata publiczna, polityczne forum nie przeniesie się, nie powinno jak najszybciej przenieść się do sieci. Czy nie powinniśmy zwrócić oczu w kierunku takich projektów jak na przykład #MediumObywatelskie, konsekwentnie tworzone i mozolnie budowane przez dziennikarza Kubę Wątłego jako faktycznie niezależny głos w debacie publicznej. Być może język, którym zdarza się posługiwać Wątłemu, nie jest „bezpieczną kontrowersyjnością” Moniki Olejnik, ale zdarza mi się słyszeć tam rzeczy, które zwykle mówi się poza kadrem, a przecież pierwszym krokiem dla każdego totalitaryzmu, nawet tego pokracznego w pisowskim wydaniu, jest zmusić ludzi, żeby mówiąc rzeczy niepopularne, ściszali głos. Kuba Wątły TV3, to tylko przykład tego rodzaju aktywności. Mam nadzieję, że takich inicjatyw będzie przybywać.

Mam również nadzieję, że Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar, którego działalność w obecnej sytuacji politycznej jest bezcenna, że Adam Bodnar, który na Twitterze wyraża zaniepokojenie z powodu odejścia Elizy Michalik z Superstacji pisząc, że to odejście „to niezwykle ważny powód do refleksji nad stanem wolności mediów w Polsce”, „czy nie kurczy nam się kolejny raz przestrzeń debaty publicznej?”, czy ten sam Rzecznik Praw Obywatelskich nie powinien zauważyć przedsięwzięć takich jak #MediumObywatelskie Wątłego, czy my nie powinniśmy zupełnie serio zainteresować się naszą możliwą aktywnością w sieci w tym kształcie lub po prostu wspierać tych, którzy podejmują takie działania za nas, często konfliktując się z własnym środowiskiem.

Myślę, że mamy przed sobą czas pewnej próby. To będzie trudny czas, ponieważ w cenie będzie (tak, użyję tego słowa) – odwaga, a to jest zawsze jakiś deficyt.

#MediumObywatelskie

Marcin Zegadło


75. rocznica lądowania aliantów w Normandii

Jan Walter

Jan Walter

6 czerwca 1944 r. uważany jest za początek końca hitlerowskich Niemiec. 170 tys. żołnierzy aliantów wylądowało w Normandii. Do dziś widoczne są jednak różnice w postrzeganiu tego wydarzenia.

6 czerwca 1944 r. uważany jest za początek końca hitlerowskich Niemiec
D-day, 6 czerwiec 1944. Fot. Navy Seabee Museum,

Dopiero w 2004 r. Gerhard Schröder, jako pierwszy kanclerz RFN, zaproszony został do udziału w uroczystościach 60. rocznicy lądowania Aliantów w Normandii. 10 lat później, podobnie jak teraz, w uroczystościach udział wzięła także Angela Merkel. Tym razem nie w Normandii, lecz w Portsmouth w Wielkiej Brytanii, skąd 5 czerwca 1944 oddziały Sprzymierzonych wyruszyły bez wyzwolić zachodnią część kontynentu spod niemieckiego jarzma.

Lądowanie w Normandii ma podobne znaczenie jak niemiecka kapitulacja 8 maja 1945 r. – to dzień wyzwolenia, jak w 40. rocznicę zakończenia wojny w 1985 r. powiedział prezydent Niemiec Richard von Weizsaecker. Mało kto, także w Niemczech, widzi to dziś inaczej, choć wtedy słowa te wywołały kontrowersje. – Pytanie, czy my, Niemcy, zostaliśmy wyzwoleni czy zwyciężeni zniknęło na śmietniku historii – mówi niemiecki historyk Gerd Krumeich. Jednak zgoda co do historycznego znaczenia obu tych dat nie oznacza, że nie ma różnic w jej postrzeganiu.

Narodowe legendy

Różnice takie istnieją, chociażby między samymi ówczesnymi aliantami. W USA „D-Day” przedstawiany jest jako czysto amerykańskie zwycięstwo. W hollywoodzkich filmach żołnierze innych narodów, jeśli w ogóle, odgrywają marginalną rolę. Brytyjczycy przeszkadzają, Francuzi są elementem lokalnego kolorytu, albo scen miłosnych, Kanadyjczycy, Polacy, Francuzi czy inni, którzy brali udział w bitwie o Normandię, są po prostu pomijani.

To postrzeganie, pisze brytyjski historyk James Holland, właśnie ze względu na popularność amerykańskich filmów, panuje także w Niemczech. Dla niego jest oczywiste, że była to wspólna operacja Aliantów, a jeśli ktoś odgrywał wiodącą rolę to raczej Brytyjczycy. I przytacza na to argumenty – oprócz gen. Dwighta D. Eisenhowera, głównodowodzącego wojsk USA, sztab dowódczy składał się z samych Brytyjczyków. Trzy czwarte okrętów i łodzi desantowych pływało pod brytyjską flagą. Podobnie było w powietrzu. Dwie trzecie samolotów należało do RAF. Także liczba poległych była porównywalna, mimo wysokich strat Amerykanów na plaży „Omaha Beach”. W rzeczywistości zarówno Brytyjczycy, jak i Amerykanie zajęli po dwa odcinki plaż, piąty przypadł w udziale Kanadyjczykom. Po stronie Aliantów w czasie lądowania 6 czerwca poległo łącznie 4400 żołnierzy. Polscy żołnierze wylądowali wprawdzie później, lecz polskie samoloty i okręty brały udział w bombardowaniu i ostrzale niemieckich pozycji . 6 czerwca Polacy nie ponieśli żadnych strat.

Afront wobec Francuzów

W lądowaniu w Normandii wzięło udział 177 Francuzów.

Musieli oni czekać we Francji długo na uznanie ich zasług. Wprawdzie już w 1945 r. dowódca francuskiego oddziału Philipp Kieffer został odznaczony Legią Honorową to jednak dopiero w 1984 r. na plaży w Ousitreham stanął poświęconym im pomnik. To tam 6 czerwca 1944 wylądowali oni wspólnie z Brytyjczykami na plaży o kodzie „Sword”.

Dla przywódcy „Wolnych Francuzów” i powojennego prezydenta Francji generała Charlesa de Gaulle’a „Operacja Overload” wiązała się z nieprzyjemnymi wspomnieniami.

Kiedy powstawały plany desantu de Gaulle walczył w Londynie o uznanie kierowanego przez niego „Komitetu Wolnej Francji” jako legalnego rządu na emigracji. Wiele państw uznawało wtedy tzw. rząd Vichy, który zawarł z hitlerowskimi Niemcami zawieszenie broni a De Gaulle’a skazał zaocznie na karę śmierci.

Brytyjski premier Winstona Churchill i prezydent USA Franklin D. Roosevelt byli sceptycznie nastawieni do de Gaulle’a. Dlatego o planowanym desancie poinformowali go dopiero na kilka dni przed rozpoczęciem operacji. Tego afrontu de Gaulle nie zapomniał do końca życia. Dlatego w 20. rocznicę inwazji obchodził nie w Normandii, ale w południowej Francji, gdzie w sierpniu 1944 czwartego wylądowały liczne oddziały „wolnych Francuzów”.

D-Day i Niemcy

Pojęcie D-Day nie jest szczególnie popularne w Niemczech – przyznaje historyk Krumeich. Gdyby zapytał o to studentów, najpewniej sięgneliby do Wikipedii. Dla niego to logiczne. Dla młodszych Niemców to zbyt odległe wydarzenie. Nie jest ono też związane z doświadczeniami represji, klęski, okupacji i innych zdarzeń, które składają się na kulturę pamięci. Poza tym – dodaje niemiecki historyk – 6 czerwca to dopiero początek końca III Rzeszy, a to nie wystarczy, by uczynić z tego „definitywnie wielkie święto dla wszystkich”.

 

REDAKCJA POLECA

 


Dariusz Stokwiszewski: Nienawiść jednego człowieka jak jad zatruła Ojczyznę

Nie ma jednej Polski, bo tego nie chce pewien „mały” duchem i przymiotami człowiek, który swą wrodzoną i zakodowaną chyba genetycznie nienawiścią, zatruł serca i umysły Polaków. Zatruł jadem, który rozlał się jak toksyczna i nieuleczalna zaraza, i nie pozwala nam Polakom czuć się jedną wspólnotą narodową, którą łączy przecież ta sama kultura, historia, obyczaje, postrzeganie świata i chyba (czasem zaczynam w to wątpić) dążenia do własnego szczęścia i życia w bezpiecznym i stabilnym kraju.

Uczestniczka Powstania Warszawskiego, sanitariuszka Hanna Stadnik, która znała ojca braci Lecha i Jarosława Kaczyńskich, mówiła, że przestrzegał on przed oddaniem synom jakiejkolwiek władzy. W tvn24 mówiła: Rajmund Kaczyński był moim kolegą ze zgrupowania ‘Baszta’. Kiedy Lech Kaczyński został prezydentem Warszawy i gdy mu gratulowaliśmy, ojciec bliźniaków powiedział: „Moim dzieciom nie wolno dawać władzy. Zniszczą każdego, kto jest od nich lepszy, bo są złośliwi”! (Zródło: Fakty po faktach TVN 24). Nic dodać, nic ująć!

Na nieszczęście dla Polski, Jarosław Kaczyński (bo o nim mowa) dziwnym trafem zyskał w ciągu czterech ostatnich lat decydujący wpływ na wszystko to, co się dzieje w kraju. Osobiście uważam to za dramat! Biorąc jeszcze pod uwagę jego charakter; kłótliwość, brak woli do koncyliacji a wręcz przeciwnie, wywoływanie sporów zwykle niemających uzasadnienia, nie powinien pełnić żadnych odpowiedzialnych funkcji! Nie będąc także samemu jakąkolwiek wybitną postacią, gromadzi wokół siebie osoby o równie „niskich lotach”, których jedynym „atutem” jest nieograniczona spolegliwość wobec próżnego i aroganckiego „wodza” i jego kaprysów. Nie, żeby się z nimi fraternizował! On ich ma za kogoś gorszego i wykorzystuje czysto instrumentalnie, a jako człowiek bez jakiejkolwiek empatii i innych uczuć wyższych (to nie tylko moja opinia) pozbędzie się każdego z nich, kiedy przestaną być mu przydatni. Doświadczyło już tego wielu jego dawnych ludzi!

Tak dzieje się już od lat na wszystkich poziomach władzy. Polonista (wg mnie słaby) jest wiceministrem spraw wewnętrznych, „policjant ideologiczny PiS” dostał tekę ministra edukacji i szczególny przypadek, gdy siostra nowej minister Witek została inspektorem w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (była salową w domu dziecka). Nie zapominamy o techniku ogrodnictwa na fotelu marszałka Sejmu czy charakteryzatorze z tytułem technika na funkcji ministra w KPRM. Tak w uproszczeniu wygląda struktura państwa, w którym najbardziej przydatną cechą dla jakiegokolwiek kandydata jest jego spolegliwość wobec władz partyjnych! A zatem nie matura, a chęć szczera zrobi z ciebie oficjela pisowski działaczu. Nie ucz się, bo nie warto; szkoda czasu!

Na dodatek powszechnie przyjęta oraz obowiązująca w tzw. „dobrej zmianie” retoryka nienawiści, wszechobecne kłamstwa, populizm, judzenie na innych, ale też niszczenie ogromnego dorobku poprzednich pokoleń Polaków w tym: osłabianie pozycji Polski na arenie międzynarodowej, jej zdolności obronnych m.in. poprzez skłócenie się niemal ze wszystkimi i brak jakiejkolwiek wiarygodności, demontaż armii i niszczenie ludzi, którzy ośmielają się mówić prawdę. Nie mniej szkodliwe jest obsadzanie ważnych stanowisk w gospodarce narodowej (SSP) przez osoby zupełnie nieprzygotowane merytorycznie, o braku cech moralnych nie wspominając.

Tym, co w tym wszystkim najtragiczniejsze to polityczne korumpowanie społeczeństwa poprzez rozdawnictwo pieniędzy, na które państwa nie stać. Zafałszowywanie obrazu stanu finansów publicznych przez stosowanie różnych, niegodnych praktyk kreujących stan Polski niezgodny z rzeczywistością jest zbrodnią. To musi się zemścić i to w ciągu najbliższych dwóch, trzech lat. Na dodatek, wygrane (nie chcę tu analizować przyczyn) przez PiS i sprzymierzeńców wybory do PE spowodowały, że grupa niekompetentnych pod wieloma względami, pałających niechęcią do UE zasili skład jej parlamentu, gdzie nie mając ani znaczenia, dobrej woli, ani możliwości będzie szkodzić i jeszcze brać za to ogromne wynagrodzenie.

Temu wszystkiemu patronuje Jarosław Kaczyński, człowiek który (gdyby państwo było w pełni demokratyczne i sprawne w sensie wymiaru sprawiedliwości) powinien stanąć pod zarzutami i to z wielu różnych powodów. Nie tylko ze względu na aferę ze spółką Srebrna w tle, którą nieformalnie zarządza jednoosobowo i podejrzenie łapówkarstwa (mówią o tym taśmy i osoba poszkodowana, którą prześladuje prokuratura). Powinien otrzymać również zarzut działania na szkodę państwa polskiego, na co przykładów jest wiele! Osłabianie bezpieczeństwa Polski kosztem osiągania partykularnych interesów to najcięższy i haniebny dla każdego Polaka zarzut. Niestety, Jarosław Kaczyński nie mając wielu typowych i normalnych dla przeciętnego człowieka przymiotów nie umie i nie chce przyznać się do ani jednego „grzechu”! Brak poczucia jakiejkolwiek winy oraz wyrzutów sumienia w sytuacji, kiedy „za uszami” ma się rzeczy czasem straszne, jest tak przecież typowe dla jasno określonych w psychologii i socjologii zachowań i postaw!

Szkoda, że Polska i Polacy muszą po raz kolejny doświadczać tragedii bycia narodem źle rządzonym. Czasem odnoszę wrażenie, że wisi nad nami jakieś fatum, które pewnego dnia spowoduje, że tym razem na zawsze możemy zniknąć z mapy świata jako państwo suwerenne. Oby do tego nie doszło, jednak aby tak było, należy od władzy odsunąć ten szkodliwy układ i naprawić to, co w ciągu czterech lat rządów PiS, SP, partii Gowina etc. zostało zniszczone. Musimy także odbudować wizerunek Polski w świecie, który ludzie tacy jak Kaczyński zdeprecjonowali, a nawet nieodwracalnie zniszczyli!

Dariusz Stokwiszewski


Lvbet sprawdź czy to dobry bukmacher

Oferta dla nowych klientów w serwisie LVbet

Wybierając nowy serwis bukmacherski zazwyczaj zwracamy szczególną uwagę na powitalny bonus dla nowych użytkowników. Pod tym względem, doskonałym wyborem dla każdego gracza jest legalny serwis bukmacherki LVbet. Mimo zaledwie kilkuletniego stażu na rynku, bukmacher mieści się w czołówce najchętniej wybieranych operatorów. Duży wpływ na obecny stan rzeczy bez wątpienia ma atrakcyjny kod promocyjny dla nowych użytkowników.

Lvbet sprawdź czy to dobry bukmacher

Jak otrzymać ekskluzywny bonus w LVbet?

To bardzo proste! Wystarczy jedynie zarejestrować konto w serwisie bukmacherskim i wyrazić chęć otrzymania bonusu powitalnego dla nowych klientów. Obecnie, operator proponuje wszystkim użytkownikom specjalny LVbet kod promocyjny, z którym możemy otrzymać ekskluzywny prezent na start. Dla nowych graczy przewidziano zarówno bonus bez depozytu, jak również atrakcyjną premią depozytową. Dobry bonus daje nam większą swobodę obstawiana zakładów i sprawia, że mamy większe szanse na zanotowanie satysfakcjonujących wygranych.

Freebet na dobry początek

LVbet posiada bardzo nowoczesny i przyjemny dla oka serwis. Znajdziemy w nim zakłady sportowe w obrębie kilkudziesięciu dyscyplin sportowych, a także szeroką ofertę na esport. Wykorzystując freebet, czyli bonus bez depozytu, możesz bez ryzyka strat zapoznać się z ofertą bukmachera i obstawić pierwszy zakład bez konieczności wpłaty swoich środków. Pozytywne LVbet opinie bardzo wysoko oceniają promocję dostępną w serwisie. Freebet jest przyznawany w formie premii kursowej i pozwala na obstawienie bardzo lukratywnego kuponu.

Premia do pierwszych wpłat

Im więcej środków na start, tym większa szansa na zyskowną i opłacalną grę. Dzięki temu możemy lepiej zarządzać kapitałem i dobierać stawki adekwatne do ryzyka. Nowi użytkownicy LVbet mogą się wzbogacić nawet o dodatkowe 1500 PLN. Bukmacher do dwóch pierwszych wpłat przyznaje premie o wartości 1000 i 500 PLN. Aktualnie jest to jedna z lepszych promocji bukmacherskich na rynku.

Opinie na temat bukmachera LVbet

Bukmacher LVbet zbiera pozytywne recenzje i często jest umieszczany w czołówce najlepszych, legalnych operatorów na rynku. Pozytywne opinie chwalą serwis za całokształt. Obszerną ofertę zakładów, ciekawe promocje, LVbet bonus powitalny, a także program lojalnościowy dla aktywnych typerów. W serwisie nie brakuje specjalnych turniejów, w których typując określone wydarzenia sportowe możemy walczyć o atrakcyjne nagrody.


Grecja oficjalnie zażądała od Niemiec reparacji wojennych

DW

Rząd w Atenach oficjalnie wezwał Berlin do podjęcia konkretnych rozmów ws. odszkodowań za zbrodnie Wehrmachtu dokonane podczas okupacji hitlerowskiej. Dla Niemiec temat jest zamknięty i nie podlega negocjacjom.

Grecja wezwała Berlin do podjęcia konkretnych rozmów ws. reparacji wojennych
Fot. Marco Verch / flickr

Ateny już pod koniec kwietnia zapowiedziały, że przekażą niemieckiemu ministerstwu spraw zagranicznych notę werbalną – najczęściej stosowane w korespondencji dyplomatycznej pismo – dotyczącą podjęcia rozmów na temat reparacji wojennych. Grecki parlament zobowiązał wówczas rząd Aleksisa Tsiprasa do zażądania od Niemiec odszkodowania za zbrodnie popełnione w Grecji podczas II wojny światowej. W 2016 roku komisja ekspertów greckiego parlamentu oszacowała sumę odszkodowań na około 290 mld euro.

„Znaczenie moralne i materialne”

Ambasador Grecji w Berlinie przekazał niemieckiemu MSZ notę werbalną we wtorek (4.06.2019). Grecki resort spraw zagranicznych zwrócił w niej uwagę na szczególne „moralne i materialne znaczenie” reparacji wojennych dla greckiego społeczeństwa.

Podczas okupacji hitlerowskiej w Grecji miały miejsce nie tylko liczne akcje pacyfikacyjne i inne zbrodnie dokonane na ludności cywilnej. Niemieccy żołnierze tak plądrowali niektóre części Grecji, że wybuchła w efekcie klęska głodu pociągnęła za sobą szacunkowo 300 tys. ofiar.

Premier Grecji Alexis Tsipras wyjaśnił, że zakończenie programu pomocowego dla Grecji jest odpowiednim momentem do wszczęcia rozmów reparacyjnych. Jednocześnie zaznaczył, że ważne jest dla niego, by kontakty z Niemcami odbywały się „jak równy z równym” i na przyjacielskiej stopie.

Niemcy odrzucają roszczenia

Berlin wielokrotnie odrzucał możliwość wypłaty dalszych odszkodowań za zbrodnie hitlerowskie dokonane podczas II wojny światowej. Rząd w Berlinie argumentuje, że wszystkie roszczenia finansowe Grecji zostały zaspokojone. Dotyczy to także ewentualnych żądań spłaty przymusowej pożyczki udzielonej przez Grecję nazistowskim Niemcom w początkach lat 40-tych XX wieku. W 1960 r. Niemcy zapłaciły Grecji zadośćuczynienie w wysokości 115 mln marek zachodnioniemieckich.

Prawnicy i historycy mają sprzeczne zdania na temat prawa Grecji do dalszych odszkodowań.

 

REDAKCJA POLECA