Trump w Londynie zaszczycony wszelkimi honoram, Królowa ma jednak spore doświadczenie ze specjalnymi gośćmi
Prezydent USA może być zadowolony. Rodzina królewska zaszczyciła go wszelkimi honorami. Pomimo to Trump nie ma skrupułów, by wykorzystać problemy gospodarzy. To bardzo osobliwa przyjaźń.
The Prince of Wales, The Duchess of Cornwall @ClarenceHouse The Duke and Duchess of Cambridge @KensingtonRoyal, The Duke of York and The Earl and Countess of Wessex are also in attendance at the #USStateVisit banquet at Buckingham Palace. pic.twitter.com/rSWSNV1FKn
— The Royal Family (@RoyalFamily) June 3, 2019
Brytyjska królowa nigdy nie mówi publicznie tego, co sądzi o swoich gościach. Szkoda, bo chętnie dowiedzielibyśmy się, co myśli o tym niezwykłym gościu, który zasiadł do jej stołu w pałacu Buckingham.
Donald Trump jest dwunastym prezydentem USA, którego przyjęła Elżbieta II, ale dopiero trzecim, który został zaproszony na oficjalną królewską kolację. Królowa, zapewne, jak i wielu Brytyjczyków, zastanawia się, dlaczego akurat ten zaszczyt przypadł w udziale takiemu politycznemu gburowi, za jakiego uchodzi Donald Trump. Odpowiedź na to pytanie jest trudna, ponieważ wizyta ta niespecjalnie służy rozdartemu brexitem Albionowi.
‘Mr President, as we look to the future, I am confident that our common values and shared interests will continue to unite us.’
— The Royal Family (@RoyalFamily) June 3, 2019
In her speech, The Queen spoke of the mutual aims and beliefs of the US and the UK. pic.twitter.com/1FRb2O12H7
Donald Trump opowiada się za Borysem Johnsonem jako nowym premierem i zaleca gospodarzom, by włączyli w rozmowy o brexicie jego nacjonalistycznego kompana Nigela Farage’a. Abstrahując od tego, że te rozmowy już dawno się skończyły, jest to afront wobec Theresy May, która jest premierem na wylocie, i ze stanowiskiem pożegna się najpóźniej do końca lipca. Trump opowiada się za twardym brexitem i za jak najbardziej osłabioną Unią Europejską. To postawa odrzucana przez obecną premier.
As part of his second day in the United Kingdom, President @realDonaldTrump and Prime Minister @theresa_may held a joint press conference.
— The White House (@WhiteHouse) June 4, 2019
"Melania and I are honored to return to London as our nations commemorate the 75th anniversary of D-Day and World War II." pic.twitter.com/n5vl6Yb9o3
Dotychczas wszyscy amerykańscy prezydenci, którzy gościli u królowej albo którzy przyjmowali ją w Białym Domu, opowiadali się za silną i odnosząca sukcesy integracją europejską. Elżbieta II przypomniała Trumpowi w czasie swojego przemówienia, że instytucje międzynarodowe są konieczne po to, by strzec pokoju. Premier May wręczyła nawet Trumpowi w prezencie projekt Karty Transatlantyckiej pióra Winstona Churchilla. Wątpliwe, czy amerykański gość zrozumiał te aluzje. Prezydent Trump był najwyraźniej oszołomiony pompą i królewskim przepychem. Ten egoman dziwił się jak dziecko w sklepie z czekoladą i nawet na konferencji prasowej powtarzał w kółko, jakie to było fantastyczne.
Żadnych ulg dla specjalnego przyjaciela
Kiedy narodził się pomysł zaproszenia z wizytą państwową tego ekscentrycznego prezydenta, Londyn spodziewał się wsparcia dla umowy handlowej krótko po opuszczeniu UE. Brexit jednak jeszcze nie nastąpił, a umowa handlowa jest tylko luźną obietnicą.
W rozmowie z Theresą May Trump jasno postawił sprawę, że u niego nie ma nic za darmo. Chce np. włączyć do negocjacji rolnictwo i usługi w branży medycznej. Warunkiem podjęcia rozmów jest jednak najpierw zerwanie wszelkich interesów z chińską firmą Huawei i wycofanie się z umowy atomowej z Iranem. Zdaje się, że zwolennicy brexitu wyobrażali sobie to inaczej. Zaczynają zdawać sobie sprawę, że Trump wykorzysta handel jako środek nacisku na rozdarte brexitem państwo. Podobnie jak Chińczyków czy Europejczyków Trump może obłożyć Brytyjczyków cłami, jeśli nie będą posłuszni. Mistrz targowania się przeczuwa słabość Wielkiej Brytanii i nie zawaha się jej wykorzystać.
Perspektywy dla handlu między USA i rzekomo uwolnioną z unijnych więzów Wielką Brytanią były i są całkowicie przeceniane przez zwolenników brexitu i Trumpa. Sam Trump nazywa je „fenomenalnymi”. Obroty w handlu z USA już teraz są wysokie. Wzrost możliwy jest tylko w niektórych sektorach. Obroty w handlu Brytyjczyków z Europejczykami są trzy razy wyższe. Umowa handlowa z UE jest więc z perspektywy Londynu o wiele bardziej istotna niż ta z USA. Żądania, które Trump wysunął teraz w Londynie są nie do pogodzenia z regułami, których trzymać się musi Wielka Brytania, aby mogła dalej negocjować z UE. To nowa ślepa uliczka, w którą szybko zabrnąć może kolejny brytyjski rząd.
Dlaczego więc akurat temu prezydentowi przypadły szczególne zaszczyty w królewskiej oazie wellnessu, jest czymś zagadkowym. Królowa zapewne się dziwi i milczy. Notabene swego czasu przyjęła na państwowym bankiecie także dyktatora Rumunii Nikolae Ceausescu i władcę Zimbabwe Roberta Mugabe. Ma więc spore doświadczenie ze specjalnymi gośćmi.
Trump jest specjalnym gościem także pod względem ignorowania rzeczywistości. Widział tylko małe protesty i ogromne wiwatujące na jego cześć tłumy na ulicach Londynu – stwierdził. To nieprawda. Było dokładnie na odwrót.
Lech Wałęsa: Kaczyński to klasyczny dyktator

Monika Sieradzka
Z Lechem Wałęsą, byłym przywódcą Solidarności i byłym prezydentem RP, rozmawiali dziennikarze Deutsche Welle, De Telegraaf (Holandia), El Mundo (Hiszpania) i Neue Züricher Zeitung (Szwajcaria).
Spory o rocznicę pierwszych wolnych wyborów w Polsce (4.06.1989) to dla Lecha Wałęsy normalne „skrajności”, typowe dla demokracji. W wywiadzie zarzuca PiS dyktatorski styl rządzenia i apeluje do Niemiec o odnowę Europy.

30 lat po 4 czerwca 1989 roku tamtejsze wydarzenia dzielą, a nie jednoczą Polaków. Czy to Pana nie boli?
Dziś mamy nową epokę. Tamte boje i zwycięstwa to rozdział zakończony. Mamy epokę słowa i dobrze, że w tej epoce są skrajności. Dobrze, że istnieje Jarosław Kaczyński. I dobrze, że istnieje Donald Trump. Tacy jak oni zmuszają nas do poszukiwań. Skoro oni postępują źle, to my musimy postępować dobrze. A jak znajdziemy lepsze rozwiązania, to jeszcze im pomniki będziemy stawiać za to, że nas zmusili.
A czy wiadomo, dokąd zmierza dziś Jarosław Kaczyński?
Kaczyński to klasyczny dyktator. Jak tylko mu coś nie wychodzi, to od razu zabiera, rozwiązuje, likwiduje. Ja to rozumiem, też mi różne rzeczy przeszkadzały, gdy byłem prezydentem. Ale to nie znaczy, że trzeba od razu likwidować. Trump postępuje tak samo.
Z dyktatorami jest tak, że oni najpierw chcą dobrze, ale z czasem sami wciągani są przez machinę, w której funkcjonują. Dziś są inne czasy i może dyktator w stylu Kaczyńskiego nie zajdzie zbyt daleko, choć z drugiej strony przykład Węgier pokazuje jednak coś innego. Jeśli Polska podążać będzie tym tropem, to wraz z Węgrami rozsadzą Europę.
I co wtedy będzie z Europą?
Wtedy wielkie zadanie stanie przed Niemcami. My nie mamy takiej siły, ale Niemcy są tym krajem, który pełni przywódczą rolę w Europie. Niemcy muszą mieć plan. Kiedyś zniszczyli Europę, to teraz mogą budować. Są najlepiej zorganizowani i mają środki. Niech zorganizują Europę tak dobrze, jak to zrobili w swoim kraju.
Jeśli Polacy i Węgry rozwalą Unię Europejską, to od razu trzeba będzie trzeba stworzyć jakąś nową UE i zaprosić do niej wszystkie kraje. Każdy, kto będzie chciał przystąpić, powinien dostać listę piętnastu praw i piętnastu obowiązków, których bezwzględnie trzeba będzie przestrzegać.
Czym dla Pana jest dzisiejsza Solidarność i jak odbiera Pan fakt, że stoi po stronie rządu?
Zarzucano mi kiedyś, że postanowiłem zwinąć sztandary Solidarności. Okrzyknięto mnie zdrajcą. Ale co ja miałem robić? Miałem zostać związkowcem, nie iść do władzy? Mówiłem wtedy: zwińmy sztandary, bo kiedyś będziemy ich potrzebować. Ja miałem wtedy 10 milionów ludzi, dzisiejsza Solidarność ma 500 tysięcy, a zawłaszczyła sobie nasze sztandary i nasze zwycięstwo. Z naszą dawną Solidarnością czegoś byśmy dziś dokonali, gdyby tylko ta druga nam nie przeszkadzała.

Jak przyjął Pan zwycięstwo PiS w wyborach europejskich?
Na razie PiS wygrywa, bo oddaliśmy mu pole. Ich nacjonalizm i populizm to demony ze starej epoki. Dlatego powtarzam: organizujcie społeczeństwo. Ja jestem fanatykiem przekroju społecznego. Jaki przekrój, taka powinna być reprezentacja polityczna. Dotyczy to także mniejszych grup jak na przykład LGBT. Poza tym potrzeba w polityce uczciwej gry. A gdzie dziś u nas uczciwość? Jest pomieszanie pojęć. Prawica jest dziś bardziej lewicowa niż lewica i odwrotnie.
Liczy Pan na powrót Donalda Tuska do polskiej polityki?
Tusk to wybitna indywidualność i świetny teoretyk. Z praktyką u niego już jest nieco gorzej. Parę dobrych lat nie ma go w Polsce, pytanie, jak poradziłby sobie w tych wewnętrznych walkach polskich, czy nie straci na popularności. W każdym razie, jeśli wróci, to ja na niego zagłosuję.
Jakie są dziś największe wyzwania dla Europy i dla Polski?
Dziś sytuacja wygląda tak, jakby z ulic pousuwano wszystkie znaki ruchu drogowego. Trzeba z powrotem poustawiać znaki, ale nie tak, by to było odczuwane jako odbieranie wolności. Niedługo trzeba będzie koniecznie uporządkować na przykład wolność słowa. Dajemy wolność, ale dajemy też odpowiedzialność. Ludzie tego nie rozumieją.
To tak jak z przykręcaniem i odkręcaniem śrubek. Gdy pracowałem jako robotnik, to podczas przykręcania zepsułem może dwie, trzy śrubki. Ale przy odkręcaniu to były już setki. Dziś świat wymaga świadomego porządkowania.
Trzeba też korzystać z istniejących już dobrych rozwiązań. W Polsce mamy na przykład problemy ze strajkiem nauczycieli. Tymczasem wystarczy zajrzeć, jak funkcjonują systemy edukacji w innych krajach i skopiować dobre wzory do Polski. Ile jeszcze guzów sobie musimy nabić, by pójść do przodu?
Stare instytucje trzeba zmieniać. Na przykład NATO powstało jako odpowiedź na Układ Warszawski. Układu dawno nie ma, a NATO czuje się dobrze. Nie należy niszczyć, ale zmieniać trzeba.
Ma Pan na sobie koszulkę z napisem „konstytucja”. Dlaczego?
Nie protestuję tylko w Polsce, ale sygnalizuję także światu: nie lekceważcie demokracji, bo w Polsce to zrobiliśmy i do władzy doszli populiści i demagodzy. Łamana jest konstytucja i trójpodział władzy. Do wyborów już teraz chodzi w Polsce poniżej 50 procent wyborców, a może być jeszcze mniej i wtedy już nie będzie mowy o demokracji. Demokracja jest wtedy, gdy po którejś stronie jest większość. Nie zdejmę tej koszulki, dopóki w Polsce i na świecie nie zmieni się istniejący układ. Prawdopodobnie pochowacie mnie w tej koszulce.
REDAKCJA POLECA
Stocznia Gdańska. Zapomniana historia
Stocznia Gdańska to uniwersalne, symboliczne miejsce europejskiej pamięci o ofiarach militaryzmu, nazizmu i komunizmu – mówi Andrzej Trzeciak.

Deutsche Welle: Trudno chyba w Polsce znaleźć kogoś, kto by nie wiedział o Stoczni Gdańskiej, a Pan twierdzi, że jest to miejsce zapomniane. To żart?
Andrzej Trzeciak: Raczej pewnego rodzaju prowokacja. Oczywiście nie jest to miejsce zapomniane. Funkcjonuje tam Europejskie Centrum Solidarności, które dba zarówno o pamięć Solidarności, jak i o pamięć strajków z grudnia ’70, z grudnia ’81, oraz z maja i sierpnia ’88 roku.
Badając całą przestrzeń stoczni, zacząłem w niej dostrzegać inne konteksty, dość odległe od Solidarności zarówno czasowo, jak i przestrzennie. A jednak w szerokiej perspektywie historii europejskiej bardzo bliskie sobie i układające się w ciąg wydarzeń, pewien proces w całości zapisany na jej terenie. Myślę o rozwoju przemysłu odzwierciedlającym projekty polityczne, które doprowadziły do I, a następnie II wojny światowej. Stocznia Gdańska odegrała w tych wydarzeniach bardzo istotną rolę.
DW: I jest pod tym względem wyjątkowa?
– Jest wyjątkowa pod wieloma względami. Wyjątkowe jest to, że zwieńczeniem tego procesu jest Solidarność – wielki polski, pokojowy ruch społeczny. Chcę jednak pokazać, że cała historia stoczni obrazuje historię Europy i procesy, w które byliśmy uwikłani.
Gdańsk był perłą w koronie Rzeczpospolitej. W 1793 roku został jednak zagarnięty przez Królestwo Prus, a w 1807 roku przez Napoleona. Gdy po jego upadku powrócił pod berło Hohenzollernów, pojawił się problem, co począć z takim miastem, za którym z jednej strony stała tradycja silnej niezależności oraz bardzo trwałych związków z polską koroną (od połowy XV do końca XVIII wieku), z drugiej zaś pobrzmiewały echa przynależności do państwa zakonu krzyżackiego (1308-1454), do których najpierw odwoływały się Prusy, a później państwo nazistowskie.

DW: Ale gdzie tu ta stocznia?
– I wtedy właśnie pojawił się pomysł, żeby w Gdańsku ulokować przemysł. I od samego początku mowa była o przemyśle zbrojeniowym, morskim.
Do XIX wieku Prusy nie miały żadnych tradycji morskich, ponieważ od czasów Fryderyka Wielkiego panowało przeświadczenie, że flota jest im niepotrzebna. Wszystkie swoje konflikty rozgrywały na lądzie przy pomocy silnej, dobrze zorganizowanej armii lądowej.
W połowie XIX wieku zaczęły się rysować perspektywy korzyści gospodarczych i politycznych, które mogłoby przynieść posiadanie floty. A do tego w latach 1848-1850, a potem w 1864 roku doszło do wojen z Danią, toczonych także na morzu.

Nieco wcześniej w Gdańsku powstała najpierw pierwsza w Prusach szkoła morska, a następnie baza postojowa dla okrętu szkolnego, którą w 1854 roku przekształcono w Stocznię Królewską – pierwszą rządową stocznię pruską. Od tego momentu zaczął się rozwój wojennych sił morskich Prus, które przejmowały panowanie nad coraz dłuższym pasem wybrzeża. Posiadały już Kłajpedę, Szczecin, Gdańsk, a po wygranych konfliktach z Danią i Austrią w latach 1864 i 1866 zdobyły jeszcze księstwa Szlezwika i Holsztynu.
DW: Dzięki Gdańskowi?
– Gdańska stocznia brała bardzo istotny udział w rozwoju potencjału Królestwa Prus. Kolejna stocznia rządowa powstała w Kilonii, czyli wciąż jeszcze nad Bałtykiem, ale w sąsiedztwie ważnych strategicznie cieśnin duńskich, a następna już w Wilhelmshaven nad Morzem Północnym. Gdy w 1871 roku powstało Cesarstwo Niemieckie, wszystkie stocznie rządowe, do tej pory nazywane królewskimi, zostały przemianowane na cesarskie. Plany zbrojeń morskich zaczęły także obejmować stocznie prywatne, leżące w całym pasie wybrzeża, od Bałtyku po Morze Północne.
DW: Czyli ten rozwój przesuwał się w przeciwnym kierunku niż wszelkie inne takie procesy w Europie, ze wschodu na zachód?
– Bo tak zmieniały się priorytety pruskiej polityki morskiej. Najpierw ważny był Bałtyk. Wejście na Morze Północne umożliwiło jednak Prusom wyjście na szersze wody, a w przyszłości konfrontację z Anglią. Na kontynencie wzięły już bowiem wszystko, co było do wzięcia. Pokonały Danię, od której specjalistów adepci pruskiej marynarki uczyli się przedtem okrętownictwa w szkole morskiej w Gdańsku. Wygrały z Austrią, z którą rywalizowały w Związku Niemieckim. W końcu pokonały Francję i w 1871 roku doprowadziły pod własnym prymatem do zjednoczenia Niemiec, które stały się mocarstwem europejskim i światowym.
Jednocześnie dokonywał się swoisty cud gospodarczy. Niemiecka gospodarka stała się trzecią na świecie. Ten cud nie był uwarunkowany rozwojem społecznym, lecz planami podbojów. Po zdobyciu wszystkich celów na kontynencie Niemcy zaczęły rozważać kontynuowanie militarystycznej polityki w wymiarze kolonialnym, można powiedzieć światowym.
DW: Zdaje się, że ważnym momentem było rozpoczęcie produkcji okrętów podwodnych?
– Tak, to był kolejny punkt, który zaznacza tę negatywną, ale wielce symboliczną rolę Stoczni Cesarskiej.
DW: I to się zaczęło w Gdańsku?
– To się zaczęło w dwóch miejscach. Pierwszym była prywatna stocznia Germania w Kilonii, która dostała zlecenie na produkcję prototypu okrętu podwodnego U-1 przyjętego do służby w cesarskiej marynarce w 1906 roku. Stało się tak dlatego, że już wcześniej prowadziła pracę nad jednostką tego typu. Był to okręt Forelle [Pstrąg] zwodowany w 1903 roku. Produkcję okrętów podwodnych zlecili jej także Rosjanie.

Natomiast okręt podwodny U-2 zwodowany w gdańskiej Stoczni Cesarskiej w 1908 roku był już oficjalnym zleceniem niemieckiej marynarki. Od niego zaczęła się masowa produkcja U-Bootów w Gdańsku, Kilonii, a później także w Bremie i Hamburgu.
Gdy wybuchła I wojna światowa większą flotę podwodną niż Niemcy miały i Anglia, i Francja. Bo na samym początku XX wieku niemiecka admiralicja wcale nie była tym zainteresowana. Uważała, że te okręty nie są zdolne do działań ofensywnych i mogą pełnić co najwyżej funkcje rozpoznawcze czy patrolowe. Dopiero zatopienie kilku jednostek przez U-Booty pokazało, że jest to szalenie silna broń ofensywna.
DW: Kiedy to się stało?
– W pierwszych miesiącach I wojny światowej, późnym latem 1914 roku.
DW: Twierdzi Pan, że zwieńczeniem tej historii jest Solidarność. Jak Pan wiąże z nią to, o czym Pan mówił dotąd?
– Co prawda opowiadam historię zbrojeń morskich, ale one są symbolem procesu narastania w Prusach oraz cesarskich Niemczech tendencji militarystycznych, które swój krwawy skutek osiągnęły w czasie I wojny światowej.
Ta „specjalizacja” Stoczni Cesarskiej została wykorzystana po raz kolejny w czasie II wojny światowej, kiedy rząd nazistowski zlecił ówczesnej Danziger Werft [Stoczni Gdańskiej, dawniej Cesarskiej], a także działającej po sąsiedzku prywatnej Stoczni Schichaua produkcję okrętów podwodnych dla „Wilczych Stad”.
Stocznia Gdańska jest chyba jedynym w Europie miejscem pamięci nawiązującym do obu światowych konfliktów, a także procesów, jakie miały miejsce po 1945 roku. Mówi nam o ofiarach zbrodniczej wojny podwodnej z czasów I wojny światowej, której symbolem była jedna z największych katastrof morskich w historii – zatopienie transatlantyku Lusitania przez U-Boot zbudowany w gdańskiej Stoczni Cesarskiej.
Podczas II wojny światowej produkowane w Gdańsku U-Booty znowu zatapiały okręty i statki cywilne. Do tego tragicznego bilansu musimy doliczyć jeszcze ofiary pracy niewolniczej w Danziger Werft i Schichau-Werft, gdzie pracowali więźniowie obozu koncentracyjnego w Sztutowie, robotnicy przymusowi i jeńcy wojenni.
Te wydarzenia popadły w zapomnienie. A przecież jeśli dodamy do nich pacyfikację robotniczego strajku w grudniu 1970 roku, okaże się, że Stocznia Gdańska to uniwersalne, symboliczne miejsce europejskiej pamięci o ofiarach militaryzmu, nazizmu i komunizmu.
Mało kto w tak szerokim ujęciu odczytuje symboliczną rolę stoczni. A ja myślę, że fenomen pokojowej rewolucji Solidarności możemy właściwie zrozumieć dopiero w kontekście tych bolesnych i krwawych doświadczeń – polskich, środkowoeuropejskich, europejskich.
DW: Dziękuję Panu bardzo.
REDAKCJA POLECA
Adam Mazguła: Moje myśli wolne są
4 czerwca 1989 roku, w dniu częściowo wolnych wyborów pełniłem obowiązki dowódcy 25 pułku zmechanizowanego w Opolu. Starsi żołnierze pułku pracowali w okolicach Konina na rzecz gospodarki narodowej, a w jednostce szkoliliśmy wtedy dużą liczbę rekrutów, którzy głosowali w koszarach.
Kiedy w poniedziałkowy poranek połączył się ze mną dowódca dywizji, zameldowałem o spokojnym przebiegu wyborów. Nie o to mu jednak chodziło – „ile głosów dostał minister gen. Florian Siwicki?” Kiedy usłyszał odpowiedź, że 15 % – wpadł w szał. Potem długo tłumaczyłem mu, o nowym duchu solidarności, ale to tylko wzmagało agresję generała. – Ty Mazguła się ubierz na wyjściowo i melduj się do raportu!”
Pod gabinetem generała spędziłem sporo czasu i nasłuchiwałem dochodzące do mnie urwane fragmenty telefonicznych rozmów i konsultacji, po czym adiutant przekazał mi polecenie powrotu do jednostki. Później dowiedziałem się, że F. Siwicki w innych jednostkach dostał 12 %.
Dzisiaj, maszerując po ulicach Gdańska, uczestnicząc w spotkanych wolności, wspominam tamten czas przełomu oraz niespodziewanego zwycięstwa nadziei i solidarności. Wspólnie z przyjaciółmi dumnie wznoszę biało-czerwoną flagę i symbole Unii Europejskiej, bo rozumiem, że tamtego dnia naród ostatecznie opowiedział się przeciwko porządkowi jałtańskiemu, radzieckim wpływom i zacofaniu cywilizacyjnemu. Wyniki tych wyborów wskazały pokojową drogę przemian demokratycznych i proeuropejskich.
Dzisiaj, kiedy polskie miasta wypiękniały, zbudowano autostrady, szlaki kolejowe, a Polacy korzystają z pokoju i nieskrępowanej wymiany technologicznej, pracują i uczą się na całym świecie, podróżują bez granic, znaleźli się ludzie, których boli to narodowe szczęście.
Polacy zachłysnęli się wolnością. Jednak wiedza i wolność wyzwoliła Polaków nie tylko z niewoli, ale i z ciemnoty zabobonów religijnych gloryfikujących śmierć i posłuszeństwo krzyżom.
W Polsce istnieje zbyt wiele organizacji, które żerują na zacofaniu i posłuszeństwie wiernych. Wolność narodu ich nie interesuje, bo niszczy ich porządek wpływów, uprzywilejowaną pozycję opartą na fałszywych tezach. To oni wolą rozdawać nasze wspólne dobra i pieniądze dla zachowania wpływów, niż oddać ślepo poddany naród. To oni dzisiaj wykupują nas z wolności. Zabierają nam złudzenia, prawo do decydowania o sobie, niszczą idee, dzielą Polaków i stawiają naprzeciwko siebie, aby tylko zachować ich w strefie swoich nieograniczonych wpływów.
Wolność jest w nas i my to rozumiemy! Dlaczego jednak nie wszyscy?
Dlaczego część polityków izoluje się od tego epokowego dla Polski wydarzenia? Mało tego, robią wszystko, aby zagłuszyć ten płynący z wybrzeża głos wolności?
Dziś PiS-kościelne państwo nie chce „zarazy” wolności. Jest w stanie zatruć agresywną propagandą każdy oddech świeżego powietrza, każde spojrzenie sięgające dalej, niż na najbliższy krzyż parafialny.
Przyjdzie jednak czas i większość zrozumie, że 4 czerwca skończyła się wygodna dla wielu ślepota społeczna i poddaństwo, a zaczęła się odpowiedzialność Polaków za swój kraj i wszystkich swoich obywateli.
Sojusz biskupów z PiS-em kiedyś się skończy, ale raz zasmakowana wolność i nadzieja na godne świadome życie przetrwa.
Moja wiara w zwycięstwo wolnych myśli jest mocna i tak już zostanie.
Zawsze z wolną myślą,
Adam Mazguła
|
Dystrybutorem książki jest Ateneum.
Na terenie Wielkiej Brytanii książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>> |
Miażdżacy raport Towarzystwa Dziennikarskiego o propagandzie TVP przed wyborami do Europarlamentu
Przez dwa przedwyborcze tygodnie Towarzystwo Dziennikarskie monitorowało codzienne wydanie „Wiadomości” TVP. Liczono materiały wyborcze, oceniano ich bezstronność, sumowano prezentowany czas wypowiedzi przedstawicieli poszczególnych partii, analizowano też treść zapowiedzi materiałów na tzw. „paskach”. Szczegółowe dane Towarzystwo Dziennikarskie przedstawiło w załączonym raporcie.

Wnioski wynikające z analizy są jednoznaczne. Z całą odpowiedzialnością stwierdzamy, że Telewizja Publiczna działała wyłącznie jako organ propagandowy rządzącej partii. Wszystkie materiały wyborcze w „Wiadomościach” propagowały wyborcze hasła PiS lub dezawuowały stanowisko opozycji. Politycy rządzącego ugrupowania mieli ogromną przewagę w dostępie do widzów, a paski z zapowiedziami materiałów brzmiały jak cytaty z wypowiedzi na wiecach wyborczych PiS.
Wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego w „Wiadomościach”, 10 – 24 maja 2019
Z polityków najdłużej i najczęściej był pokazywany prezes PiS, Jarosław Kaczyński. Wypowiedzi J. Kaczyńskiego były wielokrotnie powtarzane. 12 maja był obecny w 3 tematach przez dwie minuty i dwie sekundy (2’2”), nazajutrz w 4 tematach przez 2’5”, w tym w relacji z programu TVP2 „Pytania na Śniadanie”, w którym gościł przed południem. W ostatnim dniu J. Kaczyński wystąpił także jako „Gość Wiadomości”, co dało mu następne 8 minut i 32 sekundy wypowiedzi; w sumie miał ich więc prawie 21 minut.
W pierwszej piątce najczęściej występujących w „Wiadomościach” polityków czworo to politycy obozu PiS: Jarosław Kaczyński, Beata Szydło, Zbigniew Ziobro i Joachim Brudziński. Lider opozycyjnej Koalicji Europejskiej, Grzegorz Schetyna, był na czwartym miejscu, na szóstym premier Mateusz Morawiecki, za nim Donald Tusk i Rafał Grupiński (nagrany z ukrytej kamery i pokazywany przez 7 dni), dalej prezydent Andrzej Duda i Mariusz Błaszczak, który zamykał pierwszą dziesiątkę.
Powtarzanie informacji na te same tematy w kolejnych dniach
LGBT. Nagrane ukrytą kamerą rozmowy z uczestnikami marszu opozycji „Polska w Europie” w sobotę 18 maja wykorzystane zostały przez siedem kolejnych wydań „Wiadomości”, z niewielkimi uzupełnieniami. Twarze osób nagrywających polityków KE zostały rozmyte.
Pedofilia. „Wiadomości” wprost nie informowały o filmie braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” o ukrywaniu pedofilii przez hierarchię kościoła katolickiego w Polsce, dostępnym na portalu You Tube od 11 maja, który osiągnął ponad 20 mln wyświetleń; w „Wiadomościach” były tylko odniesienia do pedofilii w innych niż kościelne środowiskach.
Odszkodowania płacone przez Polskę i dla Polski. Kwestie amerykańskiej ustawy 447 (coroczny raport dla Kongresu o stanie odzyskiwania bezspadkowego mienia żydowskiego za granicami USA) i sprawa mienia żydowskiego w Polsce były łączone ze stratami, jakie Polska poniosła podczas wojny.
Euro. Opozycja chce wprowadzenia euro w Polsce, rząd broni przed tym gospodarkę.
Podczas ciszy wyborczej, w sobotę 25 maja, „Wiadomości” nadały relację z Bari na południu Włoch, które zbiedniało, bo wprowadzono Euro oraz o wyjeździe z Wielkiej Brytanii 116 tys. Polaków z powodu Brexitu. Goście „Wiadomości” dyskutowali czy Polska powinna spieszyć się z wprowadzeniem Euro.
Sukces polskiej gospodarki. Materiały przekrojowe przedstawiające stan polskiej gospodarki oraz sukcesy branż i firm.
Platforma Obywatelska. Analiza działania obecnie i w przeszłości głównej partii opozycyjnej, prawie codziennie w „Wiadomościach”, często w dwóch i więcej kolejnych tematach.
Kreowanie fałszywych informacji (fake news).
24 maja: „On gardzi Polakami, gardzi Polską. Tusk szkodzi Polsce” – stwierdza po francusku „dziennikarz z Belgii” w programie TVP Info, zapowiedzianym w „Wiadomościach” 24 maja. Nazajutrz media ujawniają, że Sebastien Meuwissen nie jest „dziennikarzem z Belgii”: mówi po polsku i w 2018 r. był stażystą w TVP2, a pracuje dla portalu Visegrad Post. Na swoim profilu na FB jako miejsce zamieszkania podaje Warszawę.
Podsumowanie
Telewizja Publiczna bezwstydnie uprawiała nachalną propagandę rządzącej partii lekceważąc ustawowy obowiązek bezstronności pluralizmu. Ponad miliard złotych przekazanych przez rząd TVP powinien być doliczony do wyborczych wydatków Komitetu Wyborczego Prawa i Sprawiedliwości.
Złowrogą rolę odgrywa też Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji zobowiązana prawem do nadzorowania przestrzegania przez TVP reguł bezstronności. Rada od ponad 3 lat nie reaguje na skargi pod adresem TVP.
Dostęp do bezstronnej i rzetelnej informacji o kandydatach w wyborach i programach rywalizujących w wyborach partii, zrównoważona prezentacja kandydujących polityków, to nie tylko obowiązek publicznych mediów ale też podstawowy warunek uczciwych i rzetelnych wyborów. Przekształcenie tych mediów w propagandową tubę rządzących narusza równość szans rywalizujących ugrupowań i stawia pod znakiem zapytania rzetelność i uczciwość przeprowadzonych wyborów.
Można je przecież fałszować nie tylko przy wyborczej urnie.
Źródło: Towarzystwo Dziennikarskie








