Trump w Londynie zaszczycony wszelkimi honoram, Królowa ma jednak spore doświadczenie ze specjalnymi gośćmi

Prezydent USA może być zadowolony. Rodzina królewska zaszczyciła go wszelkimi honorami. Pomimo to Trump nie ma skrupułów, by wykorzystać problemy gospodarzy. To bardzo osobliwa przyjaźń.

Brytyjska królowa nigdy nie mówi publicznie tego, co sądzi o swoich gościach. Szkoda, bo chętnie dowiedzielibyśmy się, co myśli o tym niezwykłym gościu, który zasiadł do jej stołu w pałacu Buckingham.

Donald Trump jest dwunastym prezydentem USA, którego przyjęła Elżbieta II, ale dopiero trzecim, który został zaproszony na oficjalną królewską kolację. Królowa, zapewne, jak i wielu Brytyjczyków, zastanawia się, dlaczego akurat ten zaszczyt przypadł w udziale takiemu politycznemu gburowi, za jakiego uchodzi Donald Trump. Odpowiedź na to pytanie jest trudna, ponieważ wizyta ta niespecjalnie służy rozdartemu brexitem Albionowi.

Donald Trump opowiada się za Borysem Johnsonem jako nowym premierem i zaleca gospodarzom, by włączyli w rozmowy o brexicie jego nacjonalistycznego kompana Nigela Farage’a. Abstrahując od tego, że te rozmowy już dawno się skończyły, jest to afront wobec Theresy May, która jest premierem na wylocie, i ze stanowiskiem pożegna się najpóźniej do końca lipca. Trump opowiada się za twardym brexitem i za jak najbardziej osłabioną Unią Europejską. To postawa odrzucana przez obecną premier.

Dotychczas wszyscy amerykańscy prezydenci, którzy gościli u królowej albo którzy przyjmowali ją w Białym Domu, opowiadali się za silną i odnosząca sukcesy integracją europejską. Elżbieta II przypomniała Trumpowi w czasie swojego przemówienia, że instytucje międzynarodowe są konieczne po to, by strzec pokoju. Premier May wręczyła nawet Trumpowi w prezencie projekt Karty Transatlantyckiej pióra Winstona Churchilla. Wątpliwe, czy amerykański gość zrozumiał te aluzje. Prezydent Trump był najwyraźniej oszołomiony pompą i królewskim przepychem. Ten egoman dziwił się jak dziecko w sklepie z czekoladą i nawet na konferencji prasowej powtarzał w kółko, jakie to było fantastyczne.

Żadnych ulg dla specjalnego przyjaciela

Kiedy narodził się pomysł zaproszenia z wizytą państwową tego ekscentrycznego prezydenta, Londyn spodziewał się wsparcia dla umowy handlowej krótko po opuszczeniu UE. Brexit jednak jeszcze nie nastąpił, a umowa handlowa jest tylko luźną obietnicą.

W rozmowie z Theresą May Trump jasno postawił sprawę, że u niego nie ma nic za darmo. Chce np. włączyć do negocjacji rolnictwo i usługi w branży medycznej. Warunkiem podjęcia rozmów jest jednak najpierw zerwanie wszelkich interesów z chińską firmą Huawei i wycofanie się z umowy atomowej z Iranem. Zdaje się, że zwolennicy brexitu wyobrażali sobie to inaczej. Zaczynają zdawać sobie sprawę, że Trump wykorzysta handel jako środek nacisku na rozdarte brexitem państwo. Podobnie jak Chińczyków czy Europejczyków Trump może obłożyć Brytyjczyków cłami, jeśli nie będą posłuszni. Mistrz targowania się przeczuwa słabość Wielkiej Brytanii i nie zawaha się jej wykorzystać.

Perspektywy dla handlu między USA i rzekomo uwolnioną z unijnych więzów Wielką Brytanią były i są całkowicie przeceniane przez zwolenników brexitu i Trumpa. Sam Trump nazywa je „fenomenalnymi”. Obroty w handlu z USA już teraz są wysokie. Wzrost możliwy jest tylko w niektórych sektorach. Obroty w handlu Brytyjczyków z Europejczykami są trzy razy wyższe. Umowa handlowa z UE jest więc z perspektywy Londynu o wiele bardziej istotna niż ta z USA. Żądania, które Trump wysunął teraz w Londynie są nie do pogodzenia z regułami, których trzymać się musi Wielka Brytania, aby mogła dalej negocjować z UE. To nowa ślepa uliczka, w którą szybko zabrnąć może kolejny brytyjski rząd.

Dlaczego więc akurat temu prezydentowi przypadły szczególne zaszczyty w królewskiej oazie wellnessu, jest czymś zagadkowym. Królowa zapewne się dziwi i milczy. Notabene swego czasu przyjęła na państwowym bankiecie także dyktatora Rumunii Nikolae Ceausescu i władcę Zimbabwe Roberta Mugabe. Ma więc spore doświadczenie ze specjalnymi gośćmi.

Trump jest specjalnym gościem także pod względem ignorowania rzeczywistości. Widział tylko małe protesty i ogromne wiwatujące na jego cześć tłumy na ulicach Londynu – stwierdził. To nieprawda. Było dokładnie na odwrót.


Lech Wałęsa: Kaczyński to klasyczny dyktator

Monika Sieradzka

Monika Sieradzka

Z Lechem Wałęsą, byłym przywódcą Solidarności i byłym prezydentem RP, rozmawiali dziennikarze Deutsche Welle, De Telegraaf (Holandia), El Mundo (Hiszpania) i Neue Züricher Zeitung (Szwajcaria).

Spory o rocznicę pierwszych wolnych wyborów w Polsce (4.06.1989) to dla Lecha Wałęsy normalne „skrajności”, typowe dla demokracji. W wywiadzie zarzuca PiS dyktatorski styl rządzenia i apeluje do Niemiec o odnowę Europy.

Lech Wałęsa: sygnalizuję światu: nie lekceważcie demokracji, bo w Polsce to zrobiliśmy i do władzy doszli populiści i demagodzy
Lech Wałęsa. Fot. dw.de

30 lat po 4 czerwca 1989 roku tamtejsze wydarzenia dzielą, a nie jednoczą Polaków. Czy to Pana nie boli?

Dziś mamy nową epokę. Tamte boje i zwycięstwa to rozdział zakończony. Mamy epokę słowa i dobrze, że w tej epoce są skrajności. Dobrze, że istnieje Jarosław Kaczyński. I dobrze, że istnieje Donald Trump. Tacy jak oni zmuszają nas do poszukiwań. Skoro oni postępują źle, to my musimy postępować dobrze. A jak znajdziemy lepsze rozwiązania, to jeszcze im pomniki będziemy stawiać za to, że nas zmusili.

A czy wiadomo, dokąd zmierza dziś Jarosław Kaczyński?

Kaczyński to klasyczny dyktator. Jak tylko mu coś nie wychodzi, to od razu zabiera, rozwiązuje, likwiduje. Ja to rozumiem, też mi różne rzeczy przeszkadzały, gdy byłem prezydentem. Ale to nie znaczy, że trzeba od razu likwidować. Trump postępuje tak samo.

Z dyktatorami jest tak, że oni najpierw chcą dobrze, ale z czasem sami wciągani są przez machinę, w której funkcjonują. Dziś są inne czasy i może dyktator w stylu Kaczyńskiego nie zajdzie zbyt daleko, choć z drugiej strony przykład Węgier pokazuje jednak coś innego. Jeśli Polska podążać będzie tym tropem, to wraz z Węgrami rozsadzą Europę.

I co wtedy będzie z Europą?

Wtedy wielkie zadanie stanie przed Niemcami. My nie mamy takiej siły, ale Niemcy są tym krajem, który pełni przywódczą rolę w Europie. Niemcy muszą mieć plan. Kiedyś zniszczyli Europę, to teraz mogą budować. Są najlepiej zorganizowani i mają środki. Niech zorganizują Europę tak dobrze, jak to zrobili w swoim kraju.

Jeśli Polacy i Węgry rozwalą Unię Europejską, to od razu trzeba będzie trzeba stworzyć jakąś nową UE i zaprosić do niej wszystkie kraje. Każdy, kto będzie chciał przystąpić, powinien dostać listę piętnastu praw i piętnastu obowiązków, których bezwzględnie trzeba będzie przestrzegać.

Czym dla Pana jest dzisiejsza Solidarność i jak odbiera Pan fakt, że stoi po stronie rządu?

Zarzucano mi kiedyś, że postanowiłem zwinąć sztandary Solidarności. Okrzyknięto mnie zdrajcą. Ale co ja miałem robić? Miałem zostać związkowcem, nie iść do władzy? Mówiłem wtedy: zwińmy sztandary, bo kiedyś będziemy ich potrzebować. Ja miałem wtedy 10 milionów ludzi, dzisiejsza Solidarność ma 500 tysięcy, a zawłaszczyła sobie nasze sztandary i nasze zwycięstwo. Z naszą dawną Solidarnością czegoś byśmy dziś dokonali, gdyby tylko ta druga nam nie przeszkadzała.

Spotkanie dziennikarzy z Lechem Wałęsą
Spotkanie dziennikarzy z Lechem Wałęsą: sygnalizuję także światu: nie lekceważcie demokracji, bo w Polsce to zrobiliśmy i do władzy doszli populiści i demagodzy. Fot. dw.de

Jak przyjął Pan zwycięstwo PiS w wyborach europejskich?

Na razie PiS wygrywa, bo oddaliśmy mu pole. Ich nacjonalizm i populizm to demony ze starej epoki. Dlatego powtarzam: organizujcie społeczeństwo. Ja jestem fanatykiem przekroju społecznego. Jaki przekrój, taka powinna być reprezentacja polityczna. Dotyczy to także mniejszych grup jak na przykład LGBT. Poza tym potrzeba w polityce uczciwej gry. A gdzie dziś u nas uczciwość? Jest pomieszanie pojęć. Prawica jest dziś bardziej lewicowa niż lewica i odwrotnie.

Liczy Pan na powrót Donalda Tuska do polskiej polityki?

Tusk to wybitna indywidualność i świetny teoretyk. Z praktyką u niego już jest nieco gorzej. Parę dobrych lat nie ma go w Polsce, pytanie, jak poradziłby sobie w tych wewnętrznych walkach polskich, czy nie straci na popularności. W każdym razie, jeśli wróci, to ja na niego zagłosuję.

Jakie są dziś największe wyzwania dla Europy i dla Polski?

Dziś sytuacja wygląda tak, jakby z ulic pousuwano wszystkie znaki ruchu drogowego. Trzeba z powrotem poustawiać znaki, ale nie tak, by to było odczuwane jako odbieranie wolności. Niedługo trzeba będzie koniecznie uporządkować na przykład wolność słowa. Dajemy wolność, ale dajemy też odpowiedzialność. Ludzie tego nie rozumieją.

To tak jak z przykręcaniem i odkręcaniem śrubek. Gdy pracowałem jako robotnik, to podczas przykręcania zepsułem może dwie, trzy śrubki. Ale przy odkręcaniu to były już setki. Dziś świat wymaga świadomego porządkowania.

Trzeba też korzystać z istniejących już dobrych rozwiązań. W Polsce mamy na przykład problemy ze strajkiem nauczycieli. Tymczasem wystarczy zajrzeć, jak funkcjonują systemy edukacji w innych krajach i skopiować dobre wzory do Polski. Ile jeszcze guzów sobie musimy nabić, by pójść do przodu?

Stare instytucje trzeba zmieniać. Na przykład NATO powstało jako odpowiedź na Układ Warszawski. Układu dawno nie ma, a NATO czuje się dobrze. Nie należy niszczyć, ale zmieniać trzeba.

Ma Pan na sobie koszulkę z napisem „konstytucja”. Dlaczego?

Nie protestuję tylko w Polsce, ale sygnalizuję także światu: nie lekceważcie demokracji, bo w Polsce to zrobiliśmy i do władzy doszli populiści i demagodzy. Łamana jest konstytucja i trójpodział władzy. Do wyborów już teraz chodzi w Polsce poniżej 50 procent wyborców, a może być jeszcze mniej i wtedy już nie będzie mowy o demokracji. Demokracja jest wtedy, gdy po którejś stronie jest większość. Nie zdejmę tej koszulki, dopóki w Polsce i na świecie nie zmieni się istniejący układ. Prawdopodobnie pochowacie mnie w tej koszulce.

REDAKCJA POLECA

 


Stocznia Gdańska. Zapomniana historia

Stocznia Gdańska to uniwersalne, symboliczne miejsce europejskiej pamięci o ofiarach militaryzmu, nazizmu i komunizmu – mówi Andrzej Trzeciak.

Stocznia Gdańska to uniwersalne, symboliczne miejsce europejskiej pamięci o ofiarach militaryzmu, nazizmu i komunizmu
Stocznia Gdańska. Fot. dw.de

Deutsche Welle: Trudno chyba w Polsce znaleźć kogoś, kto by nie wiedział o Stoczni Gdańskiej, a Pan twierdzi, że jest to miejsce zapomniane. To żart?

Andrzej Trzeciak: Raczej pewnego rodzaju prowokacja. Oczywiście nie jest to miejsce zapomniane. Funkcjonuje tam Europejskie Centrum Solidarności, które dba zarówno o pamięć Solidarności, jak i o pamięć strajków z grudnia ’70, z grudnia ’81, oraz z maja i sierpnia ’88 roku.

Badając całą przestrzeń stoczni, zacząłem w niej dostrzegać inne konteksty, dość odległe od Solidarności zarówno czasowo, jak i przestrzennie. A jednak w szerokiej perspektywie historii europejskiej bardzo bliskie sobie i układające się w ciąg wydarzeń, pewien proces w całości zapisany na jej terenie. Myślę o rozwoju przemysłu odzwierciedlającym projekty polityczne, które doprowadziły do I, a następnie II wojny światowej. Stocznia Gdańska odegrała w tych wydarzeniach bardzo istotną rolę.

DW: I jest pod tym względem wyjątkowa?

– Jest wyjątkowa pod wieloma względami. Wyjątkowe jest to, że zwieńczeniem tego procesu jest Solidarność – wielki polski, pokojowy ruch społeczny. Chcę jednak pokazać, że cała historia stoczni obrazuje historię Europy i procesy, w które byliśmy uwikłani.

Gdańsk był perłą w koronie Rzeczpospolitej. W 1793 roku został jednak zagarnięty przez Królestwo Prus, a w 1807 roku przez Napoleona. Gdy po jego upadku powrócił pod berło Hohenzollernów, pojawił się problem, co począć z takim miastem, za którym z jednej strony stała tradycja silnej niezależności oraz bardzo trwałych związków z polską koroną (od połowy XV do końca XVIII wieku), z drugiej zaś pobrzmiewały echa przynależności do państwa zakonu krzyżackiego (1308-1454), do których najpierw odwoływały się Prusy, a później państwo nazistowskie.

Gdańsk, Długi Targ, zdjęcie z 1894 r. Fot. A. Gottheil
Gdańsk, Długi Targ, zdjęcie z 1894 r. Fot. A. Gottheil

DW: Ale gdzie tu ta stocznia?

– I wtedy właśnie pojawił się pomysł, żeby w Gdańsku ulokować przemysł. I od samego początku mowa była o przemyśle zbrojeniowym, morskim.

Do XIX wieku Prusy nie miały żadnych tradycji morskich, ponieważ od czasów Fryderyka Wielkiego panowało przeświadczenie, że flota jest im niepotrzebna. Wszystkie swoje konflikty rozgrywały na lądzie przy pomocy silnej, dobrze zorganizowanej armii lądowej.

W połowie XIX wieku zaczęły się rysować perspektywy korzyści gospodarczych i politycznych, które mogłoby przynieść posiadanie floty. A do tego w latach 1848-1850, a potem w 1864 roku doszło do wojen z Danią, toczonych także na morzu.

Gdańsk, ul. Długa. Rok 1845. fot. E.Flottwell / kolekcja prywatna

Nieco wcześniej w Gdańsku powstała najpierw pierwsza w Prusach szkoła morska, a następnie baza postojowa dla okrętu szkolnego, którą w 1854 roku przekształcono w Stocznię Królewską – pierwszą rządową stocznię pruską. Od tego momentu zaczął się rozwój wojennych sił morskich Prus, które przejmowały panowanie nad coraz dłuższym pasem wybrzeża. Posiadały już Kłajpedę, Szczecin, Gdańsk, a po wygranych konfliktach z Danią i Austrią w latach 1864 i 1866 zdobyły jeszcze księstwa Szlezwika i Holsztynu.

DW: Dzięki Gdańskowi?

– Gdańska stocznia brała bardzo istotny udział w rozwoju potencjału Królestwa Prus. Kolejna stocznia rządowa powstała w Kilonii, czyli wciąż jeszcze nad Bałtykiem, ale w sąsiedztwie ważnych strategicznie cieśnin duńskich, a następna już w Wilhelmshaven nad Morzem Północnym. Gdy w 1871 roku powstało Cesarstwo Niemieckie, wszystkie stocznie rządowe, do tej pory nazywane królewskimi, zostały przemianowane na cesarskie. Plany zbrojeń morskich zaczęły także obejmować stocznie prywatne, leżące w całym pasie wybrzeża, od Bałtyku po Morze Północne.

DW: Czyli ten rozwój przesuwał się w przeciwnym kierunku niż wszelkie inne takie procesy w Europie, ze wschodu na zachód?

– Bo tak zmieniały się priorytety pruskiej polityki morskiej. Najpierw ważny był Bałtyk. Wejście na Morze Północne umożliwiło jednak Prusom wyjście na szersze wody, a w przyszłości konfrontację z Anglią. Na kontynencie wzięły już bowiem wszystko, co było do wzięcia. Pokonały Danię, od której specjalistów adepci pruskiej marynarki uczyli się przedtem okrętownictwa w szkole morskiej w Gdańsku. Wygrały z Austrią, z którą rywalizowały w Związku Niemieckim. W końcu pokonały Francję i w 1871 roku doprowadziły pod własnym prymatem do zjednoczenia Niemiec, które stały się mocarstwem europejskim i światowym.

Jednocześnie dokonywał się swoisty cud gospodarczy. Niemiecka gospodarka stała się trzecią na świecie. Ten cud nie był uwarunkowany rozwojem społecznym, lecz planami podbojów. Po zdobyciu wszystkich celów na kontynencie Niemcy zaczęły rozważać kontynuowanie militarystycznej polityki w wymiarze kolonialnym, można powiedzieć światowym.

DW: Zdaje się, że ważnym momentem było rozpoczęcie produkcji okrętów podwodnych?

– Tak, to był kolejny punkt, który zaznacza tę negatywną, ale wielce symboliczną rolę Stoczni Cesarskiej.

DW: I to się zaczęło w Gdańsku?

– To się zaczęło w dwóch miejscach. Pierwszym była prywatna stocznia Germania w Kilonii, która dostała zlecenie na produkcję prototypu okrętu podwodnego U-1 przyjętego do służby w cesarskiej marynarce w 1906 roku. Stało się tak dlatego, że już wcześniej prowadziła pracę nad jednostką tego typu. Był to okręt Forelle [Pstrąg] zwodowany w 1903 roku. Produkcję okrętów podwodnych zlecili jej także Rosjanie.

SM U-1 − niemiecki okręt podwodny, wszedł do służby 14 grudnia 1906 roku.
SM U-1 − niemiecki okręt podwodny, wszedł do służby 14 grudnia 1906 roku. Fot. wikipedia

Natomiast okręt podwodny U-2 zwodowany w gdańskiej Stoczni Cesarskiej w 1908 roku był już oficjalnym zleceniem niemieckiej marynarki. Od niego zaczęła się masowa produkcja U-Bootów w Gdańsku, Kilonii, a później także w Bremie i Hamburgu.

Gdy wybuchła I wojna światowa większą flotę podwodną niż Niemcy miały i Anglia, i Francja. Bo na samym początku XX wieku niemiecka admiralicja wcale nie była tym zainteresowana. Uważała, że te okręty nie są zdolne do działań ofensywnych i mogą pełnić co najwyżej funkcje rozpoznawcze czy patrolowe. Dopiero zatopienie kilku jednostek przez U-Booty pokazało, że jest to szalenie silna broń ofensywna.

DW: Kiedy to się stało?

– W pierwszych miesiącach I wojny światowej, późnym latem 1914 roku.

DW: Twierdzi Pan, że zwieńczeniem tej historii jest Solidarność. Jak Pan wiąże z nią to, o czym Pan mówił dotąd?

– Co prawda opowiadam historię zbrojeń morskich, ale one są symbolem procesu narastania w Prusach oraz cesarskich Niemczech tendencji militarystycznych, które swój krwawy skutek osiągnęły w czasie I wojny światowej.

Ta „specjalizacja” Stoczni Cesarskiej została wykorzystana po raz kolejny w czasie II wojny światowej, kiedy rząd nazistowski zlecił ówczesnej Danziger Werft [Stoczni Gdańskiej, dawniej Cesarskiej], a także działającej po sąsiedzku prywatnej Stoczni Schichaua produkcję okrętów podwodnych dla „Wilczych Stad”.

Stocznia Gdańska jest chyba jedynym w Europie miejscem pamięci nawiązującym do obu światowych konfliktów, a także procesów, jakie miały miejsce po 1945 roku. Mówi nam o ofiarach zbrodniczej wojny podwodnej z czasów I wojny światowej, której symbolem była jedna z największych katastrof morskich w historii – zatopienie transatlantyku Lusitania przez U-Boot zbudowany w gdańskiej Stoczni Cesarskiej.

Podczas II wojny światowej produkowane w Gdańsku U-Booty znowu zatapiały okręty i statki cywilne. Do tego tragicznego bilansu musimy doliczyć jeszcze ofiary pracy niewolniczej w Danziger Werft i Schichau-Werft, gdzie pracowali więźniowie obozu koncentracyjnego w Sztutowie, robotnicy przymusowi i jeńcy wojenni.

Te wydarzenia popadły w zapomnienie. A przecież jeśli dodamy do nich pacyfikację robotniczego strajku w grudniu 1970 roku, okaże się, że Stocznia Gdańska to uniwersalne, symboliczne miejsce europejskiej pamięci o ofiarach militaryzmu, nazizmu i komunizmu.

Mało kto w tak szerokim ujęciu odczytuje symboliczną rolę stoczni. A ja myślę, że fenomen pokojowej rewolucji Solidarności możemy właściwie zrozumieć dopiero w kontekście tych bolesnych i krwawych doświadczeń – polskich, środkowoeuropejskich, europejskich.

DW: Dziękuję Panu bardzo.

 

REDAKCJA POLECA

 


Adam Mazguła: Moje myśli wolne są

 

4 czerwca 1989 roku, w dniu częściowo wolnych wyborów pełniłem obowiązki dowódcy 25 pułku zmechanizowanego w Opolu. Starsi żołnierze pułku pracowali w okolicach Konina na rzecz gospodarki narodowej, a w jednostce szkoliliśmy wtedy dużą liczbę rekrutów, którzy głosowali w koszarach.

Kiedy w poniedziałkowy poranek połączył się ze mną dowódca dywizji, zameldowałem o spokojnym przebiegu wyborów. Nie o to mu jednak chodziło – „ile głosów dostał minister gen. Florian Siwicki?” Kiedy usłyszał odpowiedź, że 15 % – wpadł w szał. Potem długo tłumaczyłem mu, o nowym duchu solidarności, ale to tylko wzmagało agresję generała. – Ty Mazguła się ubierz na wyjściowo i melduj się do raportu!”

Pod gabinetem generała spędziłem sporo czasu i nasłuchiwałem dochodzące do mnie urwane fragmenty telefonicznych rozmów i konsultacji, po czym adiutant przekazał mi polecenie powrotu do jednostki. Później dowiedziałem się, że F. Siwicki w innych jednostkach dostał 12 %.

Dzisiaj, maszerując po ulicach Gdańska, uczestnicząc w spotkanych wolności, wspominam tamten czas przełomu oraz niespodziewanego zwycięstwa nadziei i solidarności. Wspólnie z przyjaciółmi dumnie wznoszę biało-czerwoną flagę i symbole Unii Europejskiej, bo rozumiem, że tamtego dnia naród ostatecznie opowiedział się przeciwko porządkowi jałtańskiemu, radzieckim wpływom i zacofaniu cywilizacyjnemu. Wyniki tych wyborów wskazały pokojową drogę przemian demokratycznych i proeuropejskich.

Dzisiaj, kiedy polskie miasta wypiękniały, zbudowano autostrady, szlaki kolejowe, a Polacy korzystają z pokoju i nieskrępowanej wymiany technologicznej, pracują i uczą się na całym świecie, podróżują bez granic, znaleźli się ludzie, których boli to narodowe szczęście.

Polacy zachłysnęli się wolnością. Jednak wiedza i wolność wyzwoliła Polaków nie tylko z niewoli, ale i z ciemnoty zabobonów religijnych gloryfikujących śmierć i posłuszeństwo krzyżom.

W Polsce istnieje zbyt wiele organizacji, które żerują na zacofaniu i posłuszeństwie wiernych. Wolność narodu ich nie interesuje, bo niszczy ich porządek wpływów, uprzywilejowaną pozycję opartą na fałszywych tezach. To oni wolą rozdawać nasze wspólne dobra i pieniądze dla zachowania wpływów, niż oddać ślepo poddany naród. To oni dzisiaj wykupują nas z wolności. Zabierają nam złudzenia, prawo do decydowania o sobie, niszczą idee, dzielą Polaków i stawiają naprzeciwko siebie, aby tylko zachować ich w strefie swoich nieograniczonych wpływów.

Wolność jest w nas i my to rozumiemy! Dlaczego jednak nie wszyscy?
Dlaczego część polityków izoluje się od tego epokowego dla Polski wydarzenia? Mało tego, robią wszystko, aby zagłuszyć ten płynący z wybrzeża głos wolności?

Dziś PiS-kościelne państwo nie chce „zarazy” wolności. Jest w stanie zatruć agresywną propagandą każdy oddech świeżego powietrza, każde spojrzenie sięgające dalej, niż na najbliższy krzyż parafialny.

Przyjdzie jednak czas i większość zrozumie, że 4 czerwca skończyła się wygodna dla wielu ślepota społeczna i poddaństwo, a zaczęła się odpowiedzialność Polaków za swój kraj i wszystkich swoich obywateli.

Sojusz biskupów z PiS-em kiedyś się skończy, ale raz zasmakowana wolność i nadzieja na godne świadome życie przetrwa.

Moja wiara w zwycięstwo wolnych myśli jest mocna i tak już zostanie.

Zawsze z wolną myślą,

Adam Mazguła

 

 

Książka „Adam Mazguła – Żołnierz gorszego sortu” dostępna w księgarniach na terenie całej Polski i w systemie sprzedaży internetowej.

Dystrybutorem książki jest Ateneum.

 

Na terenie Wielkiej Brytanii książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>>


Miażdżacy raport Towarzystwa Dziennikarskiego o propagandzie TVP przed wyborami do Europarlamentu

Przez dwa przedwyborcze tygodnie Towarzystwo Dziennikarskie monitorowało codzienne wydanie „Wiadomości” TVP. Liczono materiały wyborcze, oceniano ich bezstronność, sumowano prezentowany czas wypowiedzi przedstawicieli poszczególnych partii, analizowano też treść zapowiedzi materiałów na tzw. „paskach”. Szczegółowe dane Towarzystwo Dziennikarskie przedstawiło w załączonym raporcie.

propagandzie TVP
Malowanie haseł w ramach akcji protestacyjnej podczas I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „Telewizja kłamie”, Solidarność. Gdańsk, wrzesień 1981 r. Fot. PAP/PAI/Wojciech Kryński

Wnioski wynikające z analizy są jednoznaczne. Z całą odpowiedzialnością stwierdzamy, że Telewizja Publiczna działała wyłącznie jako organ propagandowy rządzącej partii. Wszystkie materiały wyborcze w „Wiadomościach” propagowały wyborcze hasła PiS lub dezawuowały stanowisko opozycji. Politycy rządzącego ugrupowania mieli ogromną przewagę w dostępie do widzów, a paski z zapowiedziami materiałów brzmiały jak cytaty z wypowiedzi na wiecach wyborczych PiS.

Wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego w „Wiadomościach”, 10 – 24 maja 2019

Z polityków najdłużej i najczęściej był pokazywany prezes PiS, Jarosław Kaczyński. Wypowiedzi J. Kaczyńskiego były wielokrotnie powtarzane. 12 maja był obecny w 3 tematach przez dwie minuty i dwie sekundy (2’2”), nazajutrz w 4 tematach przez 2’5”, w tym w relacji z programu TVP2 „Pytania na Śniadanie”, w którym gościł przed południem. W ostatnim dniu J. Kaczyński wystąpił także jako „Gość Wiadomości”, co dało mu następne 8 minut i 32 sekundy wypowiedzi; w sumie miał ich więc prawie 21 minut.

W pierwszej piątce najczęściej występujących w „Wiadomościach” polityków czworo to politycy obozu PiS: Jarosław Kaczyński, Beata Szydło, Zbigniew Ziobro i Joachim Brudziński. Lider opozycyjnej Koalicji Europejskiej, Grzegorz Schetyna, był na czwartym miejscu, na szóstym premier Mateusz Morawiecki, za nim Donald Tusk i Rafał Grupiński (nagrany z ukrytej kamery i pokazywany przez 7 dni), dalej prezydent Andrzej Duda i Mariusz Błaszczak, który zamykał pierwszą dziesiątkę.

Powtarzanie informacji na te same tematy w kolejnych dniach

LGBT. Nagrane ukrytą kamerą rozmowy z uczestnikami marszu opozycji „Polska w Europie” w sobotę 18 maja wykorzystane zostały przez siedem kolejnych wydań „Wiadomości”, z niewielkimi uzupełnieniami. Twarze osób nagrywających polityków KE zostały rozmyte.

Pedofilia. „Wiadomości” wprost nie informowały o filmie braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” o ukrywaniu pedofilii przez hierarchię kościoła katolickiego w Polsce, dostępnym na portalu You Tube od 11 maja, który osiągnął ponad 20 mln wyświetleń; w „Wiadomościach” były tylko odniesienia do pedofilii w innych niż kościelne środowiskach.

Odszkodowania płacone przez Polskę i dla Polski. Kwestie amerykańskiej ustawy 447 (coroczny raport dla Kongresu o stanie odzyskiwania bezspadkowego mienia żydowskiego za granicami USA) i sprawa mienia żydowskiego w Polsce były łączone ze stratami, jakie Polska poniosła podczas wojny.

Euro. Opozycja chce wprowadzenia euro w Polsce, rząd broni przed tym gospodarkę.

Podczas ciszy wyborczej, w sobotę 25 maja, „Wiadomości” nadały relację z Bari na południu Włoch, które zbiedniało, bo wprowadzono Euro oraz o wyjeździe z Wielkiej Brytanii 116 tys. Polaków z powodu Brexitu. Goście „Wiadomości” dyskutowali czy Polska powinna spieszyć się z wprowadzeniem Euro.

Sukces polskiej gospodarki. Materiały przekrojowe przedstawiające stan polskiej gospodarki oraz sukcesy branż i firm.

Platforma Obywatelska. Analiza działania obecnie i w przeszłości głównej partii opozycyjnej, prawie codziennie w „Wiadomościach”, często w dwóch i więcej kolejnych tematach.

Kreowanie fałszywych informacji (fake news).

24 maja: „On gardzi Polakami, gardzi Polską. Tusk szkodzi Polsce” – stwierdza po francusku „dziennikarz z Belgii” w programie TVP Info, zapowiedzianym w „Wiadomościach” 24 maja. Nazajutrz media ujawniają, że Sebastien Meuwissen nie jest „dziennikarzem z Belgii”: mówi po polsku i w 2018 r. był stażystą w TVP2, a pracuje dla portalu Visegrad Post. Na swoim profilu na FB jako miejsce zamieszkania podaje Warszawę.

Podsumowanie

Telewizja Publiczna bezwstydnie uprawiała nachalną propagandę rządzącej partii lekceważąc ustawowy obowiązek bezstronności pluralizmu. Ponad miliard złotych przekazanych przez rząd TVP powinien być doliczony do wyborczych wydatków Komitetu Wyborczego Prawa i Sprawiedliwości.

Złowrogą rolę odgrywa też Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji zobowiązana prawem do nadzorowania przestrzegania przez TVP reguł bezstronności. Rada od ponad 3 lat nie reaguje na skargi pod adresem TVP.

Dostęp do bezstronnej i rzetelnej informacji o kandydatach w wyborach i programach rywalizujących w wyborach partii, zrównoważona prezentacja kandydujących polityków, to nie tylko obowiązek publicznych mediów ale też podstawowy warunek uczciwych i rzetelnych wyborów. Przekształcenie tych mediów w propagandową tubę rządzących narusza równość szans rywalizujących ugrupowań i stawia pod znakiem zapytania rzetelność i uczciwość przeprowadzonych wyborów.

Można je przecież fałszować nie tylko przy wyborczej urnie.

RaportTD12NPobierz

Źródło: Towarzystwo Dziennikarskie


Dariusz Stokwiszewski: Nie pozwólmy, aby w Polsce powtórzył się „grudzień 1970”!

 

W dniu 14 grudnia 1970 r., w Stoczni Gdańskiej wybuchł strajk wywołany ogłoszonymi dwa dni wcześniej podwyżkami na artykuły pierwszej potrzeby, głównie na żywność. Rozpoczęło to falę strajków i manifestacji ulicznych, które objęły większość Wybrzeża.

Trzy dni później, 17 grudnia w Gdyni wojsko otworzyło ogień do robotników idących do pracy. Było to najtragiczniejsze wydarzenie na Wybrzeżu, w wyniku którego zginęło 45 osób, a 1.165 odniosło mniej lub bardziej poważne rany. U podstaw protestów legło niezadowolenie społeczeństwa, które czuło się oszukane przez komunistyczną władzę!

***

W Polsce 2019 roku nikt już nie ogłasza podwyżek cen; one rosną z dnia na dzień bez wiedzy społeczeństwa. Dziś obowiązuje jedynie słuszna propaganda PiS, która niczym nie różni się od byłej peerelowskiej propagandy sukcesu; obie nie mają nic lub niewiele wspólnego z prawdą. Czasy PZPR i Władysława Gomułki już na szczęście przeminęły, ale retoryka tamtych lat pozostała. Obecna władza „odrobiła także lekcję” manipulacji społeczeństwem. Jedną ręką rozdaje iluzoryczne korzyści w postaci programów „coś tam +”, drugą niemiłosiernie wyciąga z naszych kieszeni niemal tyle, co dała. Inaczej nie może gdyż wbrew „zaklęciom” kłamców (których jedynym celem jest utrzymanie się przy władzy za wszelką cenę) budżet państwa nie tylko jest pusty, ale nasze zadłużenie wciąż rośnie. Natomiast owe hasłowe 500+ realnie daje około 250, góra 300+!”

Jednak znacznie gorsze są próby „kneblowania ust” Polakom protestującym przeciw łamaniu prawa, w tym Konstytucji RP z 1997 r. A to dzieje się od 2015 r., tj. od czasu przejęcia rządów przez „dobrą zmianę” (PiS, SP i nic znaczącą bez nich resztę). Z pełną odpowiedzialnością można rzec, że Polska przestała być państwem demokratycznym. Grozi jej co najmniej utrata znaczenia w świecie zachodnim. Słabe są też nadzieje na to, że uśpiony mamoną naród przebudzi się z letargu, gdyż blisko jego połowa nie ma świadomości tego w jakim kierunku, jako państwo, zmierzamy. A być może wypiera ze świadomości czarne scenariusze tego, co się może zdarzyć.

Ta bardziej świadoma część społeczeństwa z kolei nie widzi większych możliwości co do tego, aby sytuację zmienić i to z różnych powodów; od zwykłego strachu począwszy, na oportunizmie kończąc. Niestety nie mamy ani zjednoczonej opozycji, ani tak bardzo jej potrzebnego przywódcy. Trwa jedynie walka o partykularne wewnątrzpartyjne interesy i władzę rozumianą w tym przypadku (rządzi jednoosobowo J. Kaczyński), jako wzięcie tego, co po splądrowaniu Polski pozostało. Z bólem, co chcę tu podkreślić szczególnie, sam nie potrafię wskazać więcej niż kilku, no może kilkunastu autorytetów moralnych, które mogłyby patronować naszej walce z pisowskim złem. Na pewno nie ma żadnego autorytetu po stronie obozu tej władzy; ani jednego! Nie ma go i nie było, gdyż partia Kaczyńskiego i jej przystawki od początku zorientowane były tylko na władzę i to jest najbardziej tragiczne. Nie ma w tym obozie ani dobrego przykładu, ani tego, co nazwać można byłoby działaniem wynikającym z pobudek patriotycznych. Prywata i raz jeszcze prywata! Najlepszym dowodem na to są dotychczasowe afery na czele z tą, która dotyczyła bezpośrednio Kaczyńskiego i Spółki „Srebrna”! Ten człowiek jest bezkarny, co powoduje to, że demokratyczny świat nie uważa nas już za wiarygodnych partnerów w jakimkolwiek zakresie. Polska, jako demokratyczne państwo prawne nie istnieje!

Oby nie doszło w kraju do rozlewu krwi, bo to byłaby jedna z największych tragedii w dziejach narodu. Myślę, że obecnie rządzący byliby w stanie (w krytycznej dla nich sytuacji) wykorzystać do stłumienia protestów, gdyby do takich miało dojść nie tylko Policję, ale również wojsko! Nie wierzę, że całość tychże formacji zachowałaby się przyzwoicie! Zbyt wielu rządzący kupili sobie zwolenników rozdając szlify generalskie „na lewo i prawo”! Tym bardziej że w normalnych warunkach ludzie owi nie mieliby szans na to, aby te szlify nosić! Tacy też ludzie, mając dług wdzięczności, są w stanie wykonać każdy rozkaz. Oczywiście nie wszyscy, ale bez wątpienia znaleźliby się i tacy, którzy nie zawahaliby się wystąpić przeciw narodowi!

Pisałem we wprowadzeniu czym zakończyły się podwyżki cen w 1970 r. Teraz sytuacja jest jeszcze bardziej złożona, bo Polaków uciska wewnętrzny wróg, który wywodzi się z tego samego pnia politycznego, co nasza dzisiejsza opozycja. Tyle tylko, że prezes partii stworzył coś, co nazwać można „konglomeratem wcielonego zła”, a także bezideowego skupiska ludzi bez ambicji, którzy dla korzyści własnych pozwolili się ubezwłasnowolnić. Można byłoby nad tym przejść do porządku dziennego, gdyby nie to, że ludzie ci grają Polską, jej bezpieczeństwem i przyszłością! To może jeszcze tak jasno się nie rysuje, ale (chciałbym się bardzo mylić) to tylko kwestia czasu, kiedy Polska stanie się „dyktaturą proletariatu” na wzór byłego ZSRR bądź hybrydą tego oraz narodowego socjalizmu znanego z lat 30. XX w. Temu jeszcze można zapobiec, ale trzeba to już zacząć robić, choć szanse na zwycięstwo w jesiennych wyborach i tak uważam za nikłe!

***

Kilka dni temu, 1 czerwca 2019, w Poznaniu odbył się II Kongres Prawników Polskich. Wzięli w nim udział przedstawiciele większości środowisk prawniczych. Sędzia Krystian Markiewicz, szef Stowarzyszenia Sędziów „Iustitia” w wystąpieniu powiedział: prawo, a zwłaszcza konstytucja, powinny jednoczyć ludzi, bo to fundament, na którym opiera się nasze państwo. Jeśli one zaczną kruszeć, możemy pogrążyć się w kompletnym chaosie (http://www.tvn24.pl).

Według mnie, w Polsce ów fundament od jakiegoś już czasu przestał istnieć; uległ erozji i powoli się rozpada. Potrzebne są działania, które ten trend zatrzymają, ale tutaj konieczny jest wysiłek całego narodu i wsparcie ze strony demokratycznych struktur zachodu (a zwłaszcza UE, RE, OBWE, TSUE, ale także NATO, które może mieć znaczący wpływ na to, czy rząd nadzorowany przez Jarosława Kaczyńskiego się opamięta). Dziś Polska dryfuje bowiem w stronę Federacji Rosyjskiej, która chętnie ją przyjmie w orbitę wpływów oraz zagwarantuje prezesowi i jego następcom to, na co ci szczególnie liczą: możliwość rządzenia z pominięciem prawa i demokracji. Sama nazwa PiS, tj. „prawo i sprawiedliwość” nie ma nic wspólnego ze znaczeniem tych pojęć – Nic! Bezprawie zaś zagwarantować może im tylko Putni, bo wolna Europa na taki układ nie pójdzie! Nie od dziś wiadomo, że celem Putina jest unicestwienie UE; polski rząd ułatwia mu sprawę!

Osobiście stawiałbym na powrót byłego premiera Donalda Tuska i objęcie przezeń roli lidera opozycji, ale doskonale wiem o tym, że temu nie sprzyja sytuacja w PO, którą dziś zdominował Grzegorz Schetyna; człowiek może i dobry do administrowania, ale na pewno nie do pozycji charyzmatycznego lidera. Jeśli zdrowy rozsądek nie zwycięży nad partykularnymi ambicjami i skutkować będzie próbą swego rodzaju marginalizacji pana Donalda Tuska to wybory jako takie będą kolejną porażką, której następstwa trudno jest dziś przewidzieć. To może być epilog tak pięknie rozpoczętej na początku lat 90. XX w. drogi do pokojowego rozwoju i bezpieczeństwa nie tylko Polski, ale też całej Europy! Jeszcze trochę czasu pozostało, choć wszystkiego odrobić się nie da; zbyt wiele już PiS zniszczyło. Potrzeba lat na powrót do normalności, ale jeśli PiS nadal utrzyma władzę, to będzie koniec Polski, jaką znaliśmy jeszcze niedawno.

Dariusz Stokwiszewski

 

 


Roman Giertych: Wygramy

 

Gdy 4 czerwca 1940 roku Winston Churchill przemawiał w Izbie Gmin sytuacja Wielkiej Brytanii była dramatyczna. Właśnie ostatnie łodzie z ledwo ocalonymi pod Dunkierką żołnierzami brytyjskimi docierały na plaże Wyspy. Mowa Churchilla przeszła do historii:

„Będziemy bić się we Francji, na morzach i oceanach, bić się będziemy z coraz większą ufnością i z coraz większą siłą w powietrzu, bronić będziemy naszej Wyspy bez względu na cenę, bić się będziemy na plażach, bić się będziemy na polach i na ulicach, bić się będziemy wśród wzgórz i nie poddamy się nigdy (…)”

Tydzień temu ponieśliśmy porażkę i nasza reakcja musi być taka sama. Będziemy się bić o każdy głos, o każdego człowieka, o każdą wioskę, miasteczko, miasto. Będziemy bo mamy o co.

Nie jest to zwykła walka wyborcza. I trzeba sobie to jasno powiedzieć. Ci którzy nami rządzą nie są godni aby podać im rękę z jednego powodu: oni nie próbują wygrać wyborów (to jest polityce normalne), oni próbują wprowadzić nam dyktaturę jednej partii, gdzie dla swoich będzie bezkarność i kasa, a dla przeciwników więzienie i nędza. To jest ich plan. Chcą nam zabrać wolność, a z demokracji uczynić fasadę. Metody którymi się posługują to kłamstwo, kłamstwo i jeszcze raz kłamstwo. Używają naszych, publicznych pieniędzy do oszukiwania ludzi, do lżenia przeciwników, do rzucania podłych oszczerstw. Złamali umowę społeczną, którą jest Konstytucja i przekupują biedniejszych ludzi aby im dali głos w zamian za pożyczony pieniądz. Na końcu ci biedniejsi mają oczywiście ponieść największą cenę tego braku wolności, bo biednemu zawsze wiatr w oczy.

Wybory które są przed nami: parlamentarne i prezydenckie to nie jest walka o to, kto będzie rządził demokratycznym państwem. To walka o to, aby była demokracja, a nie rządy monopartyjne. To walka o to, czy będziemy cywilizacyjnie zachodem, czy wschodem. To walka o to, czy nasze dzieci będą się chować w wolnym kraju, czy w PRl-bis.

Dlatego apeluję do wszystkich: przestańcie biadolić i narzekać. I nie myślcie, że ktoś się w dyktaturze monopartyjnej urządzi. Albo będziecie głosić chwałę Jarosława Kaczyńskiego, wielbić ojca Rydzyka, kochać Jacka Kurskiego, składać kwiaty pod pomnikami Lecha Kaczyńskiego albo nie będziecie władzy potrzebni.

Każda niezależna osoba, przedsiębiorca, dziennikarz, prawnik, lekarz, fachowiec będzie o tyle tylko wolny, o ile na to pozwoli mu partia. Nie będziecie mieli żadnej prywatnej własności, bo ona będzie należeć do Państwa, a wy będziecie mogli najwyżej jej używać do czasu, aż Państwo nie zechce jej zabrać.

Nie będziecie mieli żadnego prawa do opinii, chyba że będzie ona wychwalała wodza i partię. Nie będzie żadnych symetrystów, bo symetrysta, to będzie jednak malkontent. A władza chce wielbicieli, a nie malkontentów. Nie będzie też żadnych praw, bo prawa będą strzegli sędziowie-urzędnicy. Za złe wyroki będą ich karać, to będą wydawać „dobre”. Taka jest cena najbliższych wyborów. Z tą informacją musimy trafić do każdego Polaka.

Warunkiem zwycięstwa jest pokora. Powtórzę: POKORA.

Przestańmy obrażać się na biedniejszych ludzi, którzy często z rozpaczy zagłosowali na tę bandę oszustów i krętaczy, bo ci obiecali im pieniądze. Musimy dotrzeć do źródeł tej rozpaczy, a tym źródłem jest brak solidarności społecznej. Mam prawo o tym mówić, gdyż byłem pierwszy, który rozpoczął programy rodzinne: becikowe i ulgę podatkową na każde dziecko. My musimy nie tylko programy rodzinne PiS potwierdzić, ale je rozszerzyć, gdyż błędem 30 lat naszej wolności było to, że zapomnieliśmy o tych, którym w życiu nie udało się.

Podpiszmy Akt Solidaryzmu Narodowego, który będzie zobowiązaniem do sprawiedliwego podziału dóbr narodowych. Proponuję tutaj, aby opozycja zapowiedziała zwiększone opodatkowanie bogatych na rzecz biednych.

Ostatnie lata były zbyt wielkim narastaniem rozwarstwienia społecznego. Zapewnijmy społeczeństwo o Bezpieczeństwie Kulturowym, czyli o tym że będziemy się nawzajem szanować przy całej naszej różnorodności. I nie będziemy patrzeć bezczynnie zarówno na to, jak ktoś obraża osobę ze względu na jej wybory osobiste lub życiowe, ale również ze względu na wiarę. Szyderstwa z osób wierzących muszą być potępione na równi z szyderstwami wobec innych postaw. A próby rozliczania ludzi Kościoła z grzechów (słuszne jeżeli grzechy były przestępstwami) nie mogą oznaczać podważania roli i znaczenia Kościoła. Nie oznacza to oczywiście, że nie będziemy ostro krytykować kleru za polityczne używanie Kościoła, co jest niestety nagminną praktyką ostatnich lat.

Jestem przekonany, że taki program oparty na trzech punktach: masowej aktywności w tłumaczeniu dlaczego monopartyjność oznacza koniec wolności, Solidaryzm Społeczny i Bezpieczeństwo Kulturowe przyniesie zwycięstwo.

I to naprawdę nie ma znaczenia, kto z opozycji zdobędzie mandaty, funkcje etc. To jest walka o wszystko. Dlatego musimy wszyscy włączyć się w społeczną kampanię na rzecz naszej wolności. Musimy dotrzeć do ludzi. Być na placach, ulicach, targach. Docierać do każdego poszczególnego człowieka i z pokorą, ale i zaciętością tłumaczyć, tłumaczyć, tłumaczyć.

Jeżeli zjednoczeni i zdeterminowani będziemy potrafili się zaangażować, to obronimy Polskę przed katastrofą, która pod dalszymi rządami PiS jest nieuchronna. Być może to najważniejsza walka naszego pokolenia. Musimy ją wygrać!

Roman Giertych

 

 


Jaki grozi, twórcy „Soku z Buraka” odpowiadają: dostaje Pan czkawki, gdy Polacy się z was śmieją

– Będziemy to powtarzać do znudzenia. Aż pewien mały mózg zrozumie… SokzBuraka to społeczność satyryczna. – odpowiadają twórcy „Soku z Buraka” Patrykowi Jakiemu, który złożył doniesienie do prokuratury na facebookową stronę „Sok z buraka” i zapowiedział, że przygotowuje działania cywilne i to takie, które będą bolały”.

Patryk Jaki złożył doniesienie do prokuratury na facebookową stronę "Sok z buraka"
Patryk Jaki. Fot. Youtube

W czwartek w rozmowie w RMF FM Patryk Jaki poinformował, że złożył doniesienie do prokuratury na facebookową stronę „Sok z buraka”. – Teraz szykuję kolejne działania, które są absolutnie konieczne. Chcę powiedzieć każdy, kto oglądał „SokzBuraka” wie, że codziennie jest tam nieprawdopodobna ilość fejków, kłamstw, manipulacji. (…) Przygotowuję również działania cywilne i to takie, które będą bolały dla ludzi którzy prowadzą tego typu fejki. Jeszcze raz chcę powiedzieć – najwyższy czas skończyć z fejkową polityką w Polsce. Codziennie pojawiają się tam nieprawdziwe informacje, w które ludzie wierzą i najwyższy czas z tym skończyć. Przy okazji – korzystając z tego, że jestem w tym studiu – każdy kto obserwuje ten profil i podaje dalej te informacje – niech się zastanowi. (…) Dlatego powiedziałem też o narzędziach cywilnych, pracuję nad tym i wkrótce naprawdę zaboli – powiedział

Do zarzutów i gróźb Jakiego odnieśli się twórcy „Soku z Buraka”.

Będziemy to powtarzać do znudzenia. Aż pewien mały mózg zrozumie…
SokzBuraka to społeczność satyryczna. Nawet do pięt nie dorastamy publicznej telewizji w szerzenie kłamstw i pomówień. A od poziomu dna gazety polskiej czy innych szmatławych tytułów braci karnowskich trzymamy się z daleka.

Wiemy, że dostaje Pan czkawki, gdy Polacy się z was śmieją. Ostatnio codziennie 😁

Wiemy też, że kłamstwo i manipulacja to środki dla was typowe. Potwierdził to już prawomocnie sąd nazywając waszego premiera kłamcą. Pan idzie dzisiaj w jego ślady!

Po tym, co powiedział pan w mediach na nasz temat internauci czekają na informację, który post Soku był sponsorowany w trakcie kampanii wyborczej?

Albo pokaże pan link, albo jesteś pan kolejnym manipulantem. Wystarczy wejść na stronę soku i sprawdzić transparentność strony. To są publiczne dane. Reklamy polityczne czy ogólnopolskie są od dawna JAWNE!
No proszę. Czekamy.
Gdzie są dowody???

Brzydzimy się tym, jak bardzo potraficie oszukiwać ludzi. Jak bezkarnie pomawiacie i oskarżacie kłamiąc.

A my wszyscy będziemy z was się śmiać.
Do końca waszych nędznych rządów i o jeden dzień dłużej.
A przy Pana nazwisku już na zawsze pozostanie hasztag #JakiWstyd

 

Dariusz Frach / thefad.pl

 


Elton John o Brexicie: „Jestem Europejczykiem. Nie jestem głupim, kolonialnym, imperialistycznym angielskim idiotą”

W środę wieczorem podczas koncertu w Weronie we Włoszech Elton John w sposób zdecydowany odniósł się przeciwko brexitowi. Ze sceny do swoich fanów powiedział, że „wstydzi się” swojego kraju głosującego za opuszczeniem Unii Europejskiej. – Jestem Europejczykiem. Nie jestem głupim, kolonialnym, imperialistycznym angielskim idiotą – mówił.

W środę wieczorem w Weronie podczas swojej światowej trasy konsertowej „Farewell Yellow Brick Road”, Elton John powiedział:

– Wstydzę się mojego kraju za to, co zrobił. To dzieli ludzi. (…) Mam śmiertelnie dość polityków, zwłaszcza brytyjskich polityków. Mam śmiertelnie dość Brexitu. Jestem Europejczykiem. Nie jestem głupim, kolonialnym, imperialistycznym angielskim idiotą.

Elton John nie po raz pierwszy wyrażał swój sprzeciw przeciwko Brexitowi. W lipcu ubiegłego roku powiedział: – Nie sądzę, by ludzie w Wielkiej Brytanii usłyszeli prawdę (…) Obiecano im coś, co było totalnie śmieszne i nieopłacalne ekonomicznie.

 

Dariusz Frach / thefad.pl

 


Ujawniono majątek Morawieckiego: ponad 5 mln oszczędności, dom, mieszkanie, działki i drogie meble

W piątek opublikowano oświadczenie majątkowe Mateusza Morawieckiego.

Z dokumentu wynika, że na 31 grudnia 2018 premier miał około 5 milionów 380 tysięcy złotych oszczędności, dwa domy jeden o powierzchni ok. 150 m2 położony na działce wraz z zabudowaniami gospodarczymi i domkami letniskowymi oraz drugi o powierzchni około 100 m2 na działce o wielkości około 3100 m2. Ponadto mieszkanie, które razem z meblami wyceniono na ok. 1 mln zł.

Szef rządu ujawnia w swoim oświadczeniu, że jest posiadaczem kilku zestawów mebli o wartości powyżej 10 tys. zł: zabudowę kuchenną wartą około 60 tysięcy złotych, dwa meble warte odpowiednio 60 tysięcy i 65 tysięcy złotych oraz meble z zabudową o wartości około 70 tysięcy złotych.

Morawiecki ma również 50 procentowy udział w segmencie (szeregówce) o powierzchni 180 metrów kwadratowych położonej na działce o powierzchni około 400 metrów kwadratowych. Posiada też działkę rolną o powierzchni około 20 tysięcy metrów kwadratowych.

Wykazał ponadto, że posiada uprawnienia do akcji określonych kwotowo do 350 tysięcy złotych. Zaznaczył jednak, że nie wie, czy te uprawnienia mogą zaistnieć w praktyce.

Przyznał też, że udzielił pożyczki siostrze w wysokości około 300 tysięcy złotych.

OŚWIADCZENIE MATEUSZA MORAWIECKIGO DOSTĘPNE JEST TUTAJ >>

Dariusz Frach / thefad.pl