Wyścig o najważniejsze stanowiska w Unii wystartował

Zaczyna się wielka gra o najważniejsze stanowiska w Unii Europejskiej. Donald Tusk chce doprowadzić do wyboru nowego kierownictwa UE już w drugiej połowie czerwca. Pożądani są przedstawiciele z Europy Środkowo-Wschodniej.

Szefowie: KE Jean-Claude Juncker i Rady Europejskiej Donald Tusk
Szefowie: KE Jean-Claude Juncker i Rady Europejskiej Donald Tusk. Fot. Źródło: dw.de

Kadencja szefa Komisji Europejskiej Jeana-Claude’a Junckera kończy się w ostatnim dniu października, a przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska o miesiąc później. Jednak Tusk na czwartkowym szczycie w Sybinie zapowiedział, że chce już w czerwcu doprowadzić do wskazania następców. Wyścig oficjalnie wystartuje 28 maja (dwa dni po eurowyborach) na spotkaniu przywódców UE w Brukseli, już teraz jednak zaczynają się pierwsze przymiarki w zakulisowych rozmowach.

Pierwsza decyzja powinna dotyczyć następcy Junckera. Unijne międzynarodówki wystawiły w eurowyborach swych „głównych kandydatów” (nazywanych w Brukseli z niemiecka „Spitzenkandidatami”) i przekonują, że eurowyborczy głos na centroprawicową Europejską Partię Ludową (czyli w Niemczech na kandydata CDU/CSU, a w Polsce na kandydata PO lub PSL) jest głosem na bawarskiego chadeka Manfreda Webera jako nowego szefa Komisji Europejskiej. A głos na centrolewicę (np. na niemieckich lub polskich socjaldemokratów) ma być zarazem poparciem kandydatury Fransa Timmermansa jako następcy Junckera.

Manfred Weber i Frans Timmermans. Fot. Źródło: dw.de

I choć sondaże przewidują, że po eurowyborach największy klub w Parlamencie Europejskim zapewne znów powinna utworzyć centroprawica, to spekulacje co do „Spitzenkandidatów” są nadzwyczaj niepewne a stanowisko dla Webera i tak pod wielkim znakiem zapytania.

Szanse Webera

Przeszkodą do objęcia stanowisja szefa Komisji Europejskie przez Webera może okazać się arytmetyka – do uzyskania ponad połowy głosów w 751-osobowym europarlamencie, Europejska Partia Ludowa będzie musiała stworzyć koalicję z dwiema-trzema innymi międzynarodówkami (w tym prawie na pewno z centrolewicą). A te wcale nie muszą zgodzić się na Webera. Zwłaszcza, gdyby europosłowie Fideszu odmówili mu poparcia (na co wskazują ostatnie deklaracje Orbana), a centrolewicy udało się przeciągnąć do swej frakcji grecką Syrizę, to te dwa główne kluby (centroprawica Webera i centrolewica Timmermansa) miałyby – wedle ostatnich prognoz, mniej więcej podobną liczbę głosów (po około 155 europosłów).

Znacznie większym kłopotem Webera jest niechęć wielu krajów Unii do samego pomysłu „Spitzenkandidatów”, który nie wynika wprost z unijnego prawa, a zdaniem części prawników Rady UE jest wręcz sprzeczny z Traktatem o UE. Ten zaś stanowi, że „uwzględniając wybory do Parlamentu Europejskiego i po przeprowadzeniu stosownych konsultacji, Rada Europejska przedstawia kandydata europarlamentowi, a ten wybiera go większością głosów”.

Następca Junckera (który sam był Spitzenkandidatem w 2014 r.) musi być zatem zatwierdzony zarówno przez europarlament, jak i przez przywódców UE w Radzie Europejskiej. Jednak zdaniem m.in. francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona to Rada Europejska musi mieć inicjatywę co do nazwisk.

Macron zatopi Spitzenkandidata?

– Wolę decyzję podjętą przez przywódców krajów Unii, którzy mają legitymizację jako premierzy lub prezydenci swych krajów, niż decyzję szefów partii politycznych, którzy nie mają legitymizacji na poziomie unijnym – powiedział Macron w Sybinie.

Grecki premier Aleksis Tsipras przekonywał, że następca Junckera powinien opowiadać się za Unią „solidarną, socjalną i społecznie spójną”, a zatem nie może nim zostać Weber.

– Zapytajcie moich wyborców! Nie mają pojęcia o żadnych „Spitzenkandidatach” – mówił z kolei luksemburski premier Xavier Bettel przeciwny kandydaturze Webera. Natomiast swe poparcie dla Bawarczyka ponownie zadeklarowała Angela Merkel.

Dla sporej części krajów Unii szczyt z 28 maja będzie próbą przekreślenia całej politycznej konstrukcji ze „Spitzenkandidatami”, czyli próbą błyskawicznego odebrania inicjatywy europarlamentowi (nim ten ukonstytuuje się po wyborach), by to Rada Europejska wskazała następcę Junckera i dopiero potem przekonywała europosłów do jego poparcia.

Kogo mogą wskazać przywódcy krajów Unii?

Francuzi otwarcie rozważają promowanie Michela Barniera, który jest od tygodni głównym bohaterem brukselskich spekulacji. Obecnie jest negocjatorem UE ds. brexitu, który z tego powodu regularnie odwiedzał wszystkie kraje Unii, gdzie dał się poznać wszystkim rządom i zdobył ich dość powszechne zaufanie (także w Warszawie).

Michel Barnier. Fot. Źródło: dw.de

O ile Weber nie ma żadnego doświadczenia we władzy wykonawczej, to centroprawicowy Barnier był przez kilka lat francuskim ministrem (m.in. MSZ) i łącznie przez blisko 10 lat komisarzem UE. – Nic nie jest pewne. Barnier ma już ponad 68 lat, więc wybieranie go na pięcioletnią i trudną kadencję nie jest zupełnie oczywiste – tłumaczy nam zachodni dyplomata w Brukseli.

Barnier słabo skrywa swe ambicje, choć jeszcze oficjalnie ich nie potwierdził w przeciwieństwie do – mającej też niemałe szanse – liberałki Dunki Margrethe Vestager, która obecnie jest komisarzem UE ds. konkurencji. Jej ewentualna nominacja będzie mocno uwarunkowana od nowego rządu w Kopenhadze, który wyłoni się po czerwcowych wyborach w Danii.

Margrethe Vestager. Fot. Źródło: dw.de

Berlin stawia na kogoś z Europy środkowej

Jak wynika z naszych rozmów w Brukseli, m.in. Niemcy są dość zdeterminowane, by w nowym rozdaniu zachować równowagę geograficzną wschód-zachód, czyli na jedno z kluczowych stanowisk wyznaczyć polityka z Europy środkowo-wschodniej (teraz taką równowagę zapewnia Tusk).

Pojawia się jednak pytanie, kogo? Obecne brukselskie przymiarki dotyczą prezydent Litwy. – Dalia Grybauskaite jako następczyni Tuska jednocześnie rozwiązałaby i sprawę równowagi geograficznej, i parytetu płci – przekonuje nas trzech różnych dyplomatów z Europy zachodniej.

Dalia Grybauskaite, tu w rozmowie z Donaldem Tuskiem. Fot Źródło: dw.de

Grybauskaite (byłą komisarz UE, której prezydencka kadencja kończy się w lipcu), już od kilku lat regularnie wymieniano w brukselskich spekulacjach co do najwyższych stanowisk. Zarzucano jej jednak nazbyt „jastrzębi” stosunek do Rosji. – To do przeżycia. Tusk też nie jeździ do Moskwy – mówi dyplomata jednego ze „starych krajów” UE.

Z kolei holenderski premier Mark Rutte od dawna zaprzecza pogłoskom, by to on miał zastąpić Tuska. W Hadze słychać nawet głosy, że Rutte jako „znany pracoholik nie mógłby się spełnić w Radzie Europejskiej”. – On chyba naprawdę nie chce. Jeśli jednak pojawiłyby się mocne naciski ze strony Merkel i Macrona… – mówi jeden z urzędników UE.

W Unii długo panował zwyczaj, by w sprawie najwyższych posad szukać konsensusu. Reguła ta została złamana już w 2014 r., gdy Junckera wybrano przy oficjalnym sprzeciwie Viktora Orbana oraz Davida Camerona. W sprawie Mogherini nie przeprowadzono formalnego głosowania, ale o swym niezadowoleniu poinformowała Grybauskaite (chodziło o stosunek Włoszki do Rosji). – Nie będę uchylał się od poddania kandydatur pod głosowanie – zapowiedział Tusk w Sybinie, ktory sam został mianowany w 2017 r. na drugą kadencję przy sprzeciwie władz Polski.

W odróżnieniu od politycznych rozgrywek z sierpnia 2014 roku, kiedy przewodniczącym Rady Europejskiej został Donald Tusk, Polska tym razem nie będzie liczyć się w grze o stołki. Rząd PiS może co najwyżej próbować zablokować którąś z kandydatur.

 

REDAKCJA POLECA

 

 


Dariusz Stokwiszewski: Pochylmy głowy w smutku przed upadającym państwem lub zróbmy coś, aby je ratować!

Dariusz Stokwiszewski

Dariusz Stokwiszewski

Motywacją większości (choć aż korci mnie dodać, że znakomitej większości ludzi) jest ślepy pęd do władzy i pieniędzy! A Polska? No cóż, przeżyła potop szwedzki, to przeżyje i pisiecki…, a potem również jakiś inny, bo jeszcze jest co „doić”, prawda?

Obraz Polski początku II dekady maja 2019 roku to (być może jeszcze nie dla każdego) odbicie klęski normalności i zaprzeczenia wszystkiemu, co dla innych normalne. To kraj, w którym o losach 38 milionów obywateli decyduje niezwykle wąska grupka ludzi, na której czele stoi fanatyczny i irracjonalny przywódca partii, spełniającej według mnie rolę złośliwego nowotworu na (i tak już od lat) chorym organizmie państwa polskiego. Tego, którego (choć pewnie jeszcze nie dosłownie) może wkrótce zabraknąć „na mapie państw” mających na cokolwiek wpływ w Europie i szerzej, na świecie.

Wspomniana egzekutywa partii PiS i SP rządząca dziś w kraju jest rzeczywiście „fatalną zmianą”, czy jak kto woli „grupą trzymającą władzę”, jakiej w Polsce nie było chyba od zarania jej dziejów! Nie uważam tego stwierdzenia za przesadę, bo nawet jeśli zdarzyła się kiedyś ekipa gorsza od obecnej, to w innych warunkach geopolitycznych i raczej nie składająca się z rdzennych Polaków, którym na sercu powinno leżeć głównie dobro ich ojczyzny, a z obcokrajowców (królowie elekcyjni po śmierci ostatniego z Jagiellonów), bądź najeźdźców. Tym razem RP niszczona jest przez własnych obywateli, którym przez pomyłkę chyba naród powierzył władzę. Ci zaś kierują się tylko własnymi i partyjnymi interesami, stojącymi w jawnej sprzeczności z interesami narodowymi Polski.

Już kilkakrotnie nazywałem rzecz tę po imieniu: to zdrada państwa i narodu, bo tym jest działanie na szkodę własnego kraju. Zdradą jest niszczenie, budowanego w ciągu dziesięcioleci z tak dużym wysiłkiem, demokratycznego państwa prawnego głównie poprzez łamanie jego konstytucji i prawa wynikającego z jej zapisów! Zbrodnią jest niszczenie instytucji państwa, stojących na straży porządku i obowiązującego w nim prawa! Zdradą jest doprowadzenie stanu bezpieczeństwa militarnego państwa do poziomu, jaki mamy dzisiaj (powiedzmy ogólnie i wprost; SZ RP zostały rozbrojone i pozbawione najlepszych dowódców w imię zachcianek człowieka bez jakichkolwiek kompetencji i na dodatek, mogącego mieć cały szereg innych przeciwwskazań do pełnienia tak ważnej oraz zaszczytnej funkcji MON). Przestępstwem jest godzenie w interesy gospodarcze państwa (wrogie przejmowanie spółek SP przez politycznych „komisarzy” obozu rządzącego) poprzez doprowadzenie do ubożenia jego budżetu i wzrostu zadłużenia na skalę dotąd niespotykaną! Sabotażem jest również obniżanie pozycji Polski w instytucjach międzynarodowych (UE, NATO, Rada Europy, ONZ, V4, Trójkąt Weimarski), o których członkostwo Polska przez dziesiątki lat zabiegała bez względu na to, kto nią rządził (rzecz jasna po 1989 r.)! Przestępstwem, bo łamaniem konstytucji są też próby (często zresztą udane) niszczenia ludzi myślących inaczej od partii władzy; inteligencji, ze szczególnym uwzględnieniem np. prawników, co jest z punktu widzenia obywatela pozbawieniem go podstawowych praw do obrony przed represyjnym państwem, ale i naukowców, lekarzy, nauczycieli, funkcjonariuszy etc., a także upolitycznienie wszystkiego tego, co winno być apolityczne!

Polska wreszcie ma ogromny problem z elitami, których tak naprawdę nie ma, a jeśli już znajdzie się ktoś mogący być wzorem człowieka i obywatela, z odpowiednimi także kwalifikacjami merytorycznymi, to jest publicznie opluwany i zaszczuwany. Oczywiście nie jest to tylko problem dnia dzisiejszego, bo w najnowszej (po 1989 r.) historii Polski niewielu ludzi zapisało się wielkimi zgłoskami, a ci nieliczni są oczerniani (często nawet po ich śmierci) przez polityczne środowiska „skrajnej prawicy” (cudzysłów stąd, że one prawicę udają), które przypisują sobie przymioty, jakowych nie posiadają: monopol na patriotyzm, katolicyzm, prawość, nieskazitelność, gdy tymczasem wielu członków tych środowisk to osoby „ubabrane po uszy” w świństwa i patologie! Ujawniane zaś coraz częściej, przez niektóre, wolne jeszcze media afery są przykrywane i tuszowane. Osoby je zgłaszające zastrasza się i dezawuuje dla obniżenia wiarygodności. Przykładem mogą być: afera SKOK, afera podkarpacka (według osoby zawiadamiającej służby) z udziałem pierwszych osób w państwie, czy też wreszcie afera „Srebrnej”, do której przyznał się przecież publicznie (bo cała Polska słyszała te nagrania) prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Sam prezes, który teraz kluczy i co kuriozalne (w przeciwieństwie do osoby, którą jak wynika z nagrań, przesłuchiwano przez wiele godzin już kilkanaście razy, choć mieszka za granicą) nie został jeszcze ani razu przesłuchany przez prokuraturę, działającą pod politycznym naciskiem Zbigniewa Ziobry, człowieka butnego i mściwego – według mnie gotowego na wszystko. Tym bardziej że zarówno on, jak i Kaczyński nie mają już gdzie się cofnąć, bo stoją „pod przysłowiową ścianą”, za którą już tylko trybunały i sądy!

Biorąc to wszystko pod uwagę, jak również nieustające działania destrukcyjne, według mnie, szkodliwej dla Polski władzy, państwo nasze stanęło właśnie nad krawędzią tego, co nazwać można wieloaspektowym upadkiem – i to z wysoka! Tym, co mnie martwi jest brak adekwatnej reakcji nie tylko ze strony całego środowiska sędziowskiego jak też prokuratorskiego, ale zwłaszcza ze strony partii i większości środowisk politycznych. Według mnie, w ten sposób rodzi się współodpowiedzialność za ewentualną tragedię państwa polskiego. Uważam, że wciąż funkcjonuje coś, co zwiemy tzw. „poprawnością polityczną”! No bo to sędziemu, prokuratorowi, doktorowi, profesorowi „nie wypada rzecież zniżać się” do poziomu języka wroga publicznego. A ja pytam, dlaczego tak jest panie i panowie sędziowie, prokuratorzy, profesorowie, doktorzy, lekarze? Dlaczego? Czyżbyście prywatnie nie używali słów brzydkich, których użycie czasem przynosi ulgę? Nawet jeśli nie (w co nie wierzę, bo znam osoby na bardzo wysokich stanowiskach i z równie wielkim wykształceniem, które to robią nagminnie w sytuacjach prywatnych), to wypadałoby nazwać rzecz po imieniu: bandytę, bandytą; złodzieja, złodziejem etc.!

Kiedy jedna z osób ze środowiska dziennikarskiego przed wykładem Donalda Tuska na UW zabrała głos, mówiąc wprost o pewnych patologiach, to z wielkim zażenowaniem obserwowałem eakcje niektórych siedzących tam polityków i nie tylko. Konsternacja, bo facet powiedział rzecz powszechnie wiadomą: „król jest nagi”! A oni? No cóż, gdyby tylko mogli to ze swojej „naturalnej, wrodzonej skromności i poprawności” zapewne by autorowi wypowiedzi dokopali, bo przecież świat na to patrzył (sic!). I co z tego, że ten zakłamany świat patrzył i słuchał?! Ano to, że później to komentował i z entuzjazmem nawet, bo oto znalazł się pierwszy odważny! Sam prezydent Donald Tusk następnie już w innym miejscu wypowiadał się przychylnie, co ogólnie zostało zaliczone mu na plus i nawet zyskało uznanie w UE, która także jest do pewnego stopnia ograniczona tymi, „nie na czasie” już, zasadami poprawności. Tyle tylko, że tu w Polsce chodziło o coś innego. Słuchacze i adresaci słów dziennikarza od zawsze mieli dobre relacje, co nie zawsze wychodziło Polsce na pożytek, a w przyszłości może być też im przydatne (sic!).

No tak, zatem konkluzja nie może być inna niż taka, że motywacją większości (choć aż korci mnie dodać, że znakomitej większości ludzi) jest ślepy pęd do władzy i pieniędzy! A Polska? No cóż, przeżyła potop szwedzki, to przeżyje i pisiecki…, a potem również jakiś inny, bo jeszcze jest co „doić”, prawda!

Polska ginie, a kto tego nie widzi jest, bądź ślepy, głupi lub niesamowicie wyrachowany! Wierzę jednak w to, że choć nie elitami Polska stoi, to ma jeszcze naród, ma patriotów chcących coś zmienić na lepsze. Być może, że to on stanie na wysokości zadania i robi to, co dawno już temu powinni zrobić ludzie zawodowo zajmujący się polityką. Usunie owo potężne zło, jakim jest dzisiejszy obóz rządzący PiS i SP w nadchodzącej sekwencji wyborczej (dwa razy w tym roku i raz w przyszłym)! Przyszłego prezydenta RP nie tak dawno gościliśmy w Polsce – to Pan Donald Tusk. Teraz zaś czas na wybór porządnych osób, które stworzą Parlament i rząd! Jednak przedtem domagajmy się od kandydatów jednej ważnej rzeczy: rozliczenia tych, którzy zniszczyli Polskę! Bez tego bowiem nowy rząd i Parlament stracą swoją wiarygodność i już zawsze będą podejrzewane o to, że są w coś zamieszane!

Dariusz Stokwiszewski


Adam Mazguła: Delfin, kompromitacja +

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Wątpliwości, co do Pana wartości moralnych rozpoczęły się u mnie, kiedy złożył Pan kwiaty, oficjalnie i z honorami pod tablicą Brygady Świętokrzyskiej, jedynej uzbrojonej polskiej formacji II WŚ, która współpracowała z Gestapo i innymi hitlerowcami organizacjami faszystowskimi.

 

Panie Mateuszu Morawiecki,

czytam o Panu, słuchałem Pańskich wystąpień i oczom oraz uszom nie wierzę. Jak taki człowiek może być premierem naszej ojczyzny? Przecież utrzymywanie Pana na stanowisku premiera to kompromitacja partii, która rekomendowała Pana na to stanowisko i narodu, który ma Pan prawo reprezentować.

Wątpliwości, co do Pana wartości moralnych rozpoczęły się u mnie, kiedy złożył Pan kwiaty, oficjalnie i z honorami pod tablicą Brygady Świętokrzyskiej, jedynej uzbrojonej polskiej formacji II WŚ, która współpracowała z Gestapo i innymi hitlerowcami organizacjami faszystowskimi. Szczególnie przeraził mnie termin tego skandalu, bo w czasie fali krytyki po marszach faszystów w Polsce, które były nie tylko ochraniane przez polską policję, ale i falą jej represji w stosunku do tych obywateli, którzy przeciwko temu protestowali.

Pańska rasistowska postawa stała się powszechna w codziennych komentarzach i postawie. Jaskrawym przykładem była wypowiedź o „flotylli tratw kur…, która przypłynie i coś tam zrobi, a my nie wiadomo, co wtedy zrobimy” i dalej ”Jak ja ich nienawidzę. Wszystkich ich bym zamordował.”

Panie M. Morawiecki,

każe Pan do nich strzelać, czy może tylko odpychać tratwy i topić? Czy to Pańska wrażliwość chrześcijańska każe tak postępować, czy może tylko wiara na pokaz, telewizyjna, dla kariery? Pytam, bo przeczytałem i takie zdanie: w ramach rechrystianizacji Europy „Polska nie zwycięży bronią, ale modlitwą, pokutą, wielką miłością bliźniego i różańcem. Trzeba ufać i modlić się. Jedyną bronią, której Polska, używając, odniesie zwycięstwo, jest różaniec.” Czy więc dlatego rozbraja Pan armię i zatrudnia we wszystkich instytucjach państwowych wysoko płatnych kapelanów?

Panie M. Morawiecki,

nienawidzi Pan ludzi i ma ich za… Chińczyków? Poniża Pan ich zaangażowanie w odbudowę kraju kpiąc, że „byli na tyle głupi, że pracowali za miskę ryżu i to dalej działa.”

Czy można bardziej dobitnie ubliżyć całym pokoleniom Polaków, którzy odosobnieni, bez kredytów i pomocy, sami odbudowali swój kraj z kompletniej ruiny?

Jak się okazuje, odbudowali kraj dla takich krętaczy i mitomanów, którzy z wrodzoną sobie pogardą poniżają ich wysiłek.

Panie M. Morawiecki,

regularnie ubliża Pan całym grupom społecznym. Na skale międzynarodową opowiada Pan o wszystkich polskich sędziach nazywając ich zbrodniarzami komunistycznymi i współpracownikach faszystowskich Niemiec, ubliża nauczycielom, niepełnosprawnym i wszystkim, którzy nie należą do zjednoczonej prawicy.

Pan nie rozumie także polskiej mowy, o czy świadczy chociażby ten cytat z Kochanowskiego: „Szlachetne zdrowie, prawda, ile trzeba cię trzeba cenić, jakby tak, tak, jako smakujesz, aż się zepsujesz, czyli wtedy dopiero wiemy, kiedy brakuje nam tego zdrowia”.

Ciekawe myśli przekazał Pan z trybuny mówiąc: „Gdańsk to perła, klejnot, bursztyn. Nie Amber”. To, jaki język Pan zna, bo nie wiem już, czy „amber” dalej znaczy bursztyn.

Panie M. Morawiecki,

pańskie rozumienie ekonomii wyraża się słowami, że „podatki to pewne dobro, to rozwój cywilizacyjny”, bo za PO był to haracz. Czy dlatego wprowadza się ciągle nowe podatkowe dobro, aby i tak dojść do niewyobrażalnego wręcz zadłużenia kraju?

Pod koniec pierwszego kwartału zadłużenie sektora finansów publicznych przekroczyło 989 mld zł. Żeby spłacić taki dług, każdy obywatel musiałby zasilić z własnej kieszeni państwowy budżet o około 26 tys. zł.

Pańska znajomość historii, jako wykształconego historyka jest porażająca, bo wypowiedział Pan i takie słowa: że Katyń, jak Gusen, to niemiecka zbrodnia na polskich intelektualistach. Chociaż nam całe życie wydawało się, że to akurat zbrodnia w Katyniu została dokonana przez Sowietów.

Panie M. Morawiecki,

dlaczego, nieustannie, od roku prowadzi Pan kampanie wyborcze PiS-u, zamiast kierować krajem? Wszyscy widzimy, że to nie do Pana należą najważniejsze decyzje, ale nawet te mniejszej wagi ktoś powinien podejmować.

Ponadto, jak Pan rozlicza się z partiami z kosztów na kampanie polityczne? Czy za Pańskich podwładnych ministrów też państwo dostaje od PiS-u zwrot kosztów?

Koszty są duże, czy więc nie tam widzi Pan oszczędności na program 5+, bo czas pracy całej plejady wysoko opłacanych osobistości, którzy zajmują się sprawami partii i zabezpieczeniem materiałowym i technicznym jej kampanii, to miliardy. Taka kasa to chyba więcej niż oszczędności z uszczelnienia VAT?

Panie M. Morawiecki,

zbudował Pan swoja karierę w oparciu o legendę ojca, który zdradził i podzielił Solidarność, oraz na opowiadanych bajkach o sobie, jako młodocianego patrioty. Każdy Pański awans to setki opowiadań o elektrycznych samochodach i innowacjach technologicznych, a tak naprawdę mrzonkach, a nie na otwartych głowach na przyszłość.

Tymczasem, Pańskie kłamstwa są powszechne i nawet sądy wydały w tej sprawie wyroki.

Zapoznałem się z tezami książek Tomasza Piątka „Morawiecki i jego tajemnice”, oraz Piotra Gadzińskiego i Jakuba N. Gadzińskiego „Delfin”, które właśnie wchodzą na rynek wydawniczy. Książki walą w gruzy resztę Pańskiego autorytetu. Opisują one nie tylko Pańską błyskawiczną karierę opartą na kłamstwach i manipulacjach, ale i o powiązaniach z mafią i służbami bezpieczeństwa.

Mateusz Morawiecki
Fot. wydawnictwa

Podobnie jak autorzy książek uważam, że tylko takie powiązania mogły tak zdemoralizowanego mitomana zaprowadzić na tak wysokie stanowisko w Polsce. Mało tego, jak wiadomy Antoni i Tadeusz, stanowicie elitę kadrową partii rządzącej. Jeżeli tak jest, to czyje interesy reprezentuje obecna partia władzy w Polsce?

Panie M. Morawiecki,

pędzony rozwojem kariery, budując swój wizerunek na patriotyzmie opowiedział Pan o naszych barwach narodowych: „Nasza biało-czerwona polityka nie jest biała, czyli uległa, ani czerwona, czyli komunistyczna. Jest biało-czerwona.” Mam wrażenie, że świadomie, czy tez nie, trafił Pan w sedno i opisał siebie.

Panie Mateuszu Morawiecki,

czy ma Pan jakieś zalety, jakieś zdolności, które daje się zweryfikować i uzasadni Pana wysoką pozycję społeczną? Jeśli tak, to proszę je przedstawić, jeśli nie, to nie kompromituj Pan kraju, nie ubliżaj swoją obecnością Polski.

Dość kłamstw, faszyzmu, indolencji, ubliżania Polakom, fałszywej wiary, zakłamywania historii, kompromitowania Polski na arenie międzynarodowej, przekrętów finansowych i dzielenia Polaków.

Dość kompromitacji +! Odejdź Pan i zabierz ze sobą ten wstyd.

Zawsze z życzliwa radą,

Adam Mazguła

Cytaty i stwierdzenia na podstawie książki Piotra Gadzińskiego i Jakuba N. Gadzińskiego -„Delfin”.

Książka „Adam Mazguła – Żołnierz gorszego sortu” dostępna w księgarniach na terenie całej Polski i w systemie sprzedaży internetowej.

Dystrybutorem książki jest Ateneum.

Na terenie Wielkiej Brytanii książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>>


„Tylko nie mów nikomu”, film Tomasza Sekielskiego o pedofilii w Kościele powinien wstrząsnąć każdym

W czwartek odbył się prasowy pokaz filmu Tomasza Sekielskiego „Tylko nie mów nikomu” o pedofilii w polskim Kościele. W swoim reportażu dziennikarz ujawnia dowody na molestowanie dzieci przez niektórych duchownych, stawia w konfrontacji ofiary molestowania seksualnego z ich oprawcami. Sekielski skupia się nie tylko na księżąch pedofilach, ale też na „systemie ochrony sprawców”. Ukazuje jak przez lata hierarchowie przenosili do innych parafii księży z prawomocnymi wyrokami za pedofilię.

Fot. screen YouTube.com / Sekielski

Konfrontacja

Dokument Tomasza Sekielskiego to opowieść o dziewięciu księżach-pedofilach i ich ofiarach. Jeden z nich, mocno przejęty, że jego dawne przestępstwa zostają właśnie ujawnione, tak próbuje tłumaczyć molestowanie siedmioletnich dziewczynek: może to był we mnie taki objaw ojcowskiej miłości?

Jedna z ofiar, dziś 39-letnia Anna odwiedziła w Domu Księży Emerytów w Kielcach, księdza Jana A., staruszka z trudem poruszającego się po swoim pokoju. Duchowny szybko rozpoznaje swoją ofiarę i pamięta, jak skrzywdził dziewczynkę, choć Anna miała wtedy tylko 7 lat.

Ks. Jan A. przyznaje, że nie tylko Anna jako dziecko była jego ofiarą. Fot. screen YouTube.com / Sekielski

„Tylko nie mów nikomu” to także opowieść o tym, że mimo licznych zapewnień ze strony hierarchów, z Kościołem nadal jest coś nie tak. Film ujawnia przypadki dopuszczania duchownych oskarżanych i skazywanych za pedofilię do pracy z dziećmi, do odprawiania mszy i udzielania sakramentów.

Znane nazwiska księży

Jednym z nich jest zmarły niedawno w wieku 79 lat ks. Franciszek Cybula, kapelan i spowiednik prezydenta Lecha Wałęsy, od lat 70. zarejestrowany jako TW „Francko”. Molestowany przez duchownego dorosły już mężczyzna spotkał się z księdzem kilka miesięcy przed jego śmiercią. Podczas nagranej pod koniec listopada 2018 roku konfrontacji duchowny nie zaprzeczał, mówił, że chłopiec sam chciał, by on „go popieścił”. – Była chwilka pieszczenia i… wracaliśmy do swoich spraw – mówił ks. Cybula o swoich relacjach z 13 letnim wówczas chłopcem.

Cybula zmarł w lutym br. Jego pogrzeb celebrował arcybiskup metropolita gdański Sławoj Leszek Głódź. Mimo że wcześniej było wiadomo o podejrzeniach molestowania i powołano komisję do ich zbadania.

Kolejnym znanym nazwiskiem jest ks. Eugeniusz M., kustosz sanktuarium w Licheniu. To on uczynił z Lichenia jedno z najpotężniejszych sanktuariów, przed którym stoi jego pomnik, gdzie klęka u stóp Jana Pawła II.

Premiera już w sobotę

Film „Tylko nie mów nikomu” został sfinansowany, dzięki publicznej zbiórce. 2,5 tysiąca osób wpłaciło na jego produkcję łącznie ok. 450 tysięcy złotych.

 

Film zostanie wyemitowany w sobotę 11 maja o godz. 14:30 na kanale youtube.com/sekielski w serwisie YouTube.

 

Dariusz Frach / thefad.pl


Marcin Zegadło: Przy obecności polskich faszystów u stóp „świętego obrazu” tęczowa aureola to dziecinna igraszka

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Przeorowi Jasnej Góry nie podoba się Matka Boska na śmietnikach, tymczasem od kilku lat sam robi śmietnik z jasnogórskiego sanktuarium. Obecność antysemickich ugrupowań oraz szalejący u stóp „świętego obrazu” nacjonalizm to są realne zagrożenia, to jest ziarno, które przeor posiał i sieje

 

Przeor Jasnej Góry o. Marian Waligóra zabrał głos w sprawie Tęczowej Matki Boskiej. Naturalnie potępił to, co się wydarzyło. Przeorowi nie podoba się tęczowa aureola oraz to, że wizerunki Matki Boskiej „na kolorowo”, zostały umieszczone przez Elżbietę Podleśną na śmietnikach i przenośnych toaletach.

Nie dodał jednak, że stało się to bezpośrednim sąsiedztwie parafii, w której w Wielkanoc urządzono Grób Pański „udekorowany” tekturowymi pudłami z napisami „LGBT”, „GENDER”, w bezpośrednim sąsiedztwie umieszczając kartony z napisami „ZDRADA”, „KŁAMSTWO”, „KRADZIEŻ”. Robi wrażenie, prawda? Zwłaszcza na dzieciach. „LGBT” i „KŁAMSTWO” obok siebie. Bez słowa wyjaśnienia, takie odpowiednio zaspojlerowane przez katechetkę skojarzenie zostanie u dziecka na długo. No, ale o to przecież chodziło, tym od Chrystusa i miłości do bliźniego. Czyż nie?

Przeor zauważył również, że: „Nikt nie chciałby, żeby nasze własne mamy ktoś w ten sposób szkalował. My jako ludzie wierzący, katolicy, właśnie tak podchodzimy do obecności Maryi w tajemnicy życia Kościoła.” O tak! W „tajemnicach życia” Kościół nie ma sobie równych. Jest ich co niemiara. Jedna bardziej tajemna od drugiej. Ale do rzeczy.

Staram się wyobrazić sobie fotografię mojej mamy na tojtoju lub śmietniku. To wciąż przystojna kobieta. Być może, rzeczywiście, nie bardzo wiedziałbym, co z tym faktem począć, jednak mówię to z całą stanowczością, nie czułbym się tym obrażony. Albo przeor użył złego przykładu, albo należy uznać, że nie kocham własnej matki.

Co więcej, zastanawiam się również, dlaczego przeor uważa, że bardziej uwłacza Matce Boskiej fakt, że jej wizerunek został umieszczony na śmietniku, niźli fakt, że pod jej obrazem gromadzą się, co roku polscy faszyści, którym przeor Waligóra jest tak przychylny, w których dostrzega jakiś potencjał, który, być może, on i jego bracia w wierze, zamierzają przekuć w państwo wyznaniowe, jakąś „Wielką Polskę Katolicką”, bez Żydów, bez gejów, lewaków, uchodźców, bez nieposłusznych żon, bez krnąbrnych dzieci, bez antykoncepcji, bez aborcji, bez in vitro, pożycia przedmałżeńskiego i czego tam jeszcze dusza przeora zapragnie.

Paradoks polega na tym, że przeorowi nie podoba się Matka Boska na śmietnikach, tymczasem od kilku lat sam robi śmietnik z jasnogórskiego sanktuarium, które ufam, dla wielu katolików, w tym kilku bliskich mi osób, jest w ten sposób profanowane.

Obecność antysemickich ugrupowań oraz szalejący u stóp „świętego obrazu” nacjonalizm to są realne zagrożenia, to jest ziarno, które przeor posiał i sieje. Przy tych wydarzeniach tęczowa aureola na wizerunku Matki Boskiej to niepoważna, dziecinna igraszka. Ale tego Waligóra nie zauważa. Waligórze podoba się młodzież wierna „katolickiej Polsce”, a że to będzie Polska „dla nikogo”, Polska na marginesie Europy, Polska, która wcześniej czy później wpadnie w objęcia totalitaryzmu, jeśli nie rodzimego, to z całą pewnością tego, który przyjdzie do niej ze Wschodu, to już przeora nie obchodzi. Ostatecznie znowu będzie można oddawać życie za ojczyznę. Umierać pięknie. Śmierć za ojczyznę jest dla takich jak przeor Waligóra wyjątkowo fotogeniczna. Sienkiewicz by się nie powstydził. Nie wiem tylko, czy przeor zdaje sobie sprawę, że jak przyjdzie, co do czego to umierać nie będzie komu. Historia uczy, że ci, którzy najgłośniej krzyczą o ojczyźnie i zwycięstwie, pierwsi suną zakurzonymi limuzynami „trasą na Zaleszczyki”.

Taki to jest, mniej więcej, patriotyzm, taka wiara i taka odwaga. Ale jak zwykle, katolicy pierwsi do obrażania. Nie chce być inaczej.

Marcin Zegadło

 

 


Elektryczne autostrady. W Niemczech otwarto testowy odcinek dla ciężarówek napędzanych prądem

W Hesji otwarto pierwszy testowy odcinek autostrady dla ciężarówek napędzanych prądem z biegnących górą przewodów. Jeśli test przebiegnie pozytywnie, nastąpi elektryfikacja kolejnych autostrad.

Na niemieckich autostradach przybywa ciężarówek. Niemiecki rząd walcząc z emisją dwutlenku węgla, zakłada w swoich planach klimatycznych, że do 2050 roku doprowadzi do bezemisyjnego transportu towarowego. Jeden ze sposobów jest właśnie testowany w Hesji. W ramach projektu ELISA (Zelektryfikowany Innowacyjny Ciężki Transport Drogowego na Autostradach) na pięciokilometrowym odcinku autostrady zainstalowano pięć przewodów nad prawym pasem w obu kierunkach.

W najbliższych latach na tej „e-Highway” będą kilka razy dziennie jeździć ciężarówki napędzane prądem doprowadzanym z przewodów elektrycznych nad autostradą. Energia będzie doprowadzana z odnawialnych źródeł. Na realizację projektu niemiecki rząd przeznaczył 15 milionów euro.

Ambitny cel ochrony środowiska

Zbudowany system pozwoli sprawdzić w praktyce, jak elektryczne ciężarówki są w stanie zintegrować się z tradycyjnym ruchem drogowym, np. podczas manewru wyprzedzania, gdy zostaną zmuszone do opuszczenia swojego pasa. Zakłada się, że po odłączeniu od naziemnej linii zasilającej, ciężarówka będzie napędzana naładowaną wcześniej z górnych przewodów baterią, do której ma też trafiać energia uwalniana podczas hamowania. Po rozładowaniu baterii hybrydowy silnik diesla ma umożliwić przemieszczanie się pojazdu po drodze standardowej.

Wkrótce podobne projekty wystartują w Badenii – Wirtembergii i Szlezwiku – Holsztynie. Testy pozwolą na zgromadzenie danych, które określą opłacalność rozbudowy tej technologii na kolejnych autostradach.

W Niemczech każdego roku przewozi się drogami towary o łącznej wadze 4,5 miliarda ton. Ponad 70 procent przewożone jest samochodami z silnikami spalinowymi. Pociągi towarowe jako opcja przyjazna środowisku, przewożą zaledwie 20 procent towarów. Przeniesienie znacznej części transportu na tory wydaje się mało realne. Osiągnięcie ambitnego celu, jakim jest bezemisyjny transport towarów w roku 2050, zależy więc od nowych rozwiązań. Jeśli ta koncepcja okaże się sukcesem, transport drogowy w Niemczech czeka rewolucja.


Marcin Zegadło: Zaszczuty przez rówieśników, nazywany „pedziem”. Kiedy popełnił samobójstwo miał 14 lat

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

Marcin Zegadło - poeta, publicysta

To czy fakt orientacji seksualnej naszego dziecka będzie dla niego udręką zależy od tego, jak wychowamy nasze dzieci, zależy od tego, czy otworzymy im głowy, nauczymy rozumieć, że nie wszyscy jesteśmy tacy sami, że nic w tym złego

 

Ten chłopiec miałby dzisiaj 18 lat. Miał na imię Dominik. Kiedy popełnił samobójstwo 7 maja 2015 roku, był czternastolatkiem. Został zaszczuty przez rówieśników, był nazywany „pedziem”, był dręczony i poniżany, ponieważ zdaniem kolegów odbiegał od „heteronormatywnych wyobrażeń”.

Miał na imię Dominik. Kiedy popełnił amobójstwo 7 maja 2015 roku, był czternastolatkiem. Został zaszczuty przez rówieśników, był nazywany "pedziem"

Oni oczywiście widzieli to inaczej. Dla nich był inny, a tym samym gorszy. To wystarczyło. Tymczasem „Tęczowe piątki”, które miały uczyć w szkołach tolerancji, równości i dialogu były gromione przez prawicowe media i prawicowych polityków, tych samych, którzy dzisiaj ścigają za tęczowe aureole. Kiedy spędzam czas z trzyletnią córką na szkolnym boisku słowo „pedał” odmieniane jest przez chłopców i dziewczyny przez wszystkie przypadki.

Bycie gejem wciąż jest w tym kraju „przywarą”, co gorsze nie tylko pośród „niemądrych” dzieci, ale i pośród dorosłych. Figura geja wciąż bawi w kabaretach, filmach, stendapach. Ten rodzaj przemocy musi być znany zarówno rodzicom, jak i nauczycielom. Z czego wynika brak reakcji? Z zaniedbania czy „heteroseksualnej normy”?

To nie jedyna ofiara sytuacji, w której za swoją „inność”, ktoś jest wykluczany z grupy rówieśniczej, spychany na margines, pozbawiany podmiotowości. Kiedyś w tekście dla noizz.pl pisząc o samobójczej śmierci innego czternastolatka, który popełnił samobójstwo z tego samego powodu, pytałem rodziców jaką mają gwarancję, że ich dziecko nie będzie homoseksualne i dlaczego uważają, że to ma kogokolwiek unieszczęśliwiać.

To czy fakt orientacji seksualnej naszego dziecka będzie dla niego udręką zależy od tego, jak wychowamy nasze dzieci, zależy od tego, czy otworzymy im głowy, nauczymy rozumieć, że nie wszyscy jesteśmy tacy sami, że nic w tym złego i że każdy ma prawo być szczęśliwym z sobą samym, własnym ciałem i kimś z kim chce być lub tym, kogo kocha. I chociaż trąci to banałem, jest w tym i prawda i metoda. I tym powinniśmy zająć się zarówno my sami, jak i państwo, które jak na razie sprawuje szczególną opiekę nad uczuciami wiecznie poranionych katolików.

Tymczasem katechetka w szkole mojego syna krytykuje u dziewczynek dziecięcą biżuterię w barwach tęczy. Gdzie jesteśmy i komu przyjdzie zapłacić za to życiem?

Marcin Zegadło

 

 


Rafał Sulikowski: Szczęście Rosjanina w Polsce. O wspomnieniach Aloszy Awdiejewa

Rafał Sulikowski

Rafał Sulikowski

Awdiejew był naukowcem językoznawcą, tłumaczem, lektorem języka rosyjskiego dla Polaków, twórcą nowego kierunku komunikatywnego w badaniach lingwistycznych i nauczaniu języków obcych. Aktywnie uprawiał sport. Był estradowcem, aktorem, ale w dziedzinie artystycznej przede wszystkim jazzmanem

 

Wielu z Państwa Aloszy Awdiejewa przedstwiać nie muszę: artysta, naukowiec, człowiek-orkiestra. Rosjanin zakochany w Polsce, której obywatelstwo przyjął w latach 70-tych.

Alosz Awdiejew - naukowie, językoznawca, tłumacz, lektor języka rosyjskiego dla Polaków, twórca nowego kierunku komunikatywnego w badaniach lingwistycznych
Alosza Awdiejew. fot. wikipedia

Właśnie ukazały się nakładem WAM-u wspomnienia z całego życia
tego niezwykłego człowieka. Książka bardzo ciekawa, wnikliwa, szczegółowa, inspirująca. Narracja jest prowadzona klasycznie, czyli chronologicznie: autor opisuje wczesne lata i dzieciństwo, naukę w liceum, przeprowadzkę do Mołdawii, studia językoznawcze, zainteresowania i pasje muzyczno-sceniczne, epizody aktorskie w teatrze czy filmie i życie prywatne.

Najwięcej jednak wnosi czytanie tych wspomnień jako antidotum na obecną alergię antyuchodźczą: okazuje się, że Awdiejew doskonale przystosował się do życia w Polsce, której kulturę nie tylko polubił, ale i
pokochał.

Ważne są te wątki, które stale wracają. Każdy cudzoziemiec potencjalnie
może zasymilować się z kulturą zastaną, jednocześnie ubogacając ją własną, przywiezioną, autentyczną kulturą. Istotne jest rozróżnienie na kulturę rdzenną Rosjan, kulturę rosyjską i ruską i pseudo-kulturę okresu radzieckiego, który trwał ponad pół wieku.

Awdiejew był naukowcem językoznawcą, tłumaczem, lektorem języka rosyjskiego dla Polaków, twórcą nowego kierunku komunikatywnego w badaniach lingwistycznych i nauczaniu języków obcych. Aktywnie uprawiał sport, grając w tenisa. Był estradowcem, aktorem, ale w dziedzinie artystycznej przede wszystkim jazzmanem, mającym własny zespół i współpracujący z Piwnicą Pod Baranami i Piotrem Skrzyneckim.

Żyjąc i pracując w Krakowie, poznał niemal całą śmietankę artystyczną miasta, stale nostalgicznie tęskniącą do czasów największego rozkwitu
sztuki polskiej, jakimi był polski modernizm.

Awdiejew potrafił godzić życie rodzinne (miał po kolei trzy żony, ma dwójkę synów i wnuki, obecnie mieszka w domu pod Krakowem), naukowe i artystyczne, jeżdżąc z konferencji i sympozjów naukowych na występy nie tylko po całej Europie, ale i świecie. Uwielbiał podróże i poznawanie
nowych miejsc, a przez jakiś czas przebywał w Irlandii, zgłębiając tamtejszy język, wywodzący się z języka celtyckiego.

Czytając te barwne wspomnienia wybitnego Rosjanina, świadomie wybierającego życie w Polsce i kogoś, kto zrzekł się obywatelstwa radzieckiego na rzecz naszego, nie mogę nie mieć wrażenia, że to bardzo rzadki przypadek, aby ktoś tak potrafił uznać obce za swoje a swoje pozostawić daleko w tle. Nie znaczy to, że decyzja o przyjeździe do nas była łatwa – nawet ZSRR to była mimo wszystko do pewnego stopnia i czasu jego Ojczyzna. Ale racje za przybyciem do Polski okazały się mocniejsze – u nas nie było komunizmu, łagrów i kołchozów, którymi usiany był kraj rad. Był – zwłaszcza za Gierka, kiedy Awdiejew przybył – socjalizm z dość, mimo wszystko, ludzką twarzą, o czym teraz masowo zapominamy. Książka otwiera więc oczy na fakt, że nie mieliśmy w II poł. XX wieku najgorzej, że w krajach radzieckich było o wiele gorzej. I nie chodzi tylko o to, że w gruncie rzeczy panowała u nas specyficzna odmiana socjalizmu, ale o wolność, którą – paradoksalnie, mając porównanie ze swoim krajem – odczuł Alosza Awdiejew, kiedy pewnego poranka stanął na peronie Dworca Głównego w Krakowie. Warto przeczytać tę książkę, mając to wszystko w pamięci.

Rafał Sulikowski

 

 

 


Adam Mazguła: Producent jadu

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Panie Jarosławie, czy nie zauważył Pan, że to Pan walczy z kościołem poprzez przyznawanie mu nienależnych przywilejów, tworzenie parasola ochronnego nad przestępstwami kleru, przez tworzenie dominacji jednej państwowej wiary, a nawet agresji religijnej? Stworzył Pan partię kultu religijnego i mieszają się Panu priorytety.

 

Panie Jarosławie Kaczyński,

nie jest Pan moim idolem w żadnej dziedzinie życia, ale podziwiam Pana za upór, z jakim dokonuje Pan produkcji jadu i pod postacią dobrodusznego dziadka fajtłapy, trzymającego się już blisko kościoła, tworzy fronty wojny między Polakami.

Usłyszałem ostatnio stare Pana hasło:

„Kto podnosi rękę na Kościół, chce go zniszczyć, ten podnosi rękę na Polskę”.

Panie Kaczyński, kto podnosi rękę na Kościół, kto chce go zniszczyć, kto podnosi rękę na Polskę?

Wychowałem się w skromnej, biednej rodzinie, na peryferiach naszego kraju, a nie w luksusach inteligencji komunistycznej na Żoliborzu. W przeciwieństwie do Pana, bez problemu, sam decydowałem o promocji do kolejnej klasy, dopuszczeniu do matury i pomyślnych egzaminach na studiach. W przeciwieństwie do Pana służyłem całe życie mojej ojczyźnie w wojsku, jako instruktor harcerski, jako działacz karpackich tradycji…

Ponownie, w przeciwieństwie do Pana, z domu wyniosłem święte słowa: moja Ojczyzna, moja Polska, moi kochani rodacy, mój piękny kraj… Żyję w takim przekonaniu, że to nie moja własność, a rodzaj deklaracja przynależności wyryta w moim sercu. To ten kawałek matki ziemi, to środowisko, narodowość, język… Mój, ale wspólny z innymi podobnie myślącymi jak ja, dla wspólnej pomyślności, dla radości obcowania z bliźnimi wychowanymi na wspólnej historii i dobra całego narodu…

Z rodzinnego domu wyniosłem służbę dla Polski i Polaków. Takich, jakimi są, i całe życie staram się być tej służbie wierny.

Panie Jarosławie Kaczyński, jak służyć dzisiaj Polsce i Polakom, jeśli tyle podziałów zrobił Pan w naszym środowisku i w naszych głowach?

Prowadzi Pan wojnę wewnętrzną na sorty, na kanalie, na komunistów, złodziei, rasę Panów i innych, którzy, mimo, że mieszkają tu i mówią polskim językiem nie są według Pana prawdziwymi Polakami. Co Pan chce zrobić z tymi, którzy nie są Panu wierni, nie szczują na innych bliźnich, i nie są Pańskimi Polakami?

Panie Jarosławie,

teraz, korzystając z uprzywilejowanej pozycji partyjnej odgrzewa Pan następny front walki miedzy rodakami. Dlaczego Pan to robi? Jak Pan może być tak nieodpowiedzialny?

Czy nie zauważył Pan, że to Pan walczy z kościołem poprzez przyznawanie mu nienależnych przywilejów, tworzenie parasola ochronnego nad przestępstwami kleru, przez tworzenie dominacji jednej państwowej wiary, a nawet agresji religijnej? Stworzył Pan partię kultu religijnego i mieszają się Panu priorytety.

Dzisiejsi biskupi, którzy dzisiaj zachowują się jak bogowie, to najczęściej niedawni współpracownicy znienawidzonych służb, którzy stworzyli na bazie swoich kancelarii diecezjalnych i parafialnych biura wyborcze Pańskiej partii i agitują.

To Pan upartyjnił państwo do tego stopnia, że myli się Panu Polska z PiS-em. Doszło do tego, że dla Pana walka z reżimem partyjno – kościelnym jest walką o Polskę, a dążenie Polaków do przestrzegania podstawowej wolności, o swoje prawo do wyznawanej wiary, podnoszeniem ręki na kościół.

Przecież to dążenie do normalności i bunt przeciwko Pańskim fobiom i chorobie władzy za wszelką cenę, jest powodem krytyki i wyborem innego politycznego lidera, a na pewno nie podnoszeniem ręki (którą jak Cyrankiewicz, sugeruje Pan odrąbać?).

Panie Jarosławie Kaczyński,

to Pan podniósł rękę na podstawy naszego istnienia, na Konstytucję, na wolności, na prawo, na Polaków innego sortu, na nasze układy międzynarodowe, na tolerancję i prawdę.

To Pan podniósł rękę na Polskę i przynajmniej na sporą część Polaków! A kościół, niech się broni sam i spowiada przed wiernymi. To nie ma nic wspólnego z Polską, a tylko z wypaczeniami, jakie funduje nam Wasza władza kultu religijnego i producentów jadu.

Pozwolę sobie jeszcze na jedną uwagę. Zawiesił Pan swoją rękę nad moją głową i trzyma już 3 lata, a językiem szczuje i namawia innych do nienawiści. Nie sadzi Pan, że kiedyś ta ręka i ten język powinny… oschnąć?

Zawsze z życzliwą radą,

Adam MAZGUŁA

Książka „Adam Mazguła – Żołnierz gorszego sortu” dostępna w księgarniach na terenie całej Polski i w systemie sprzedaży internetowej.

Dystrybutorem książki jest Ateneum.

Na terenie Wielkiej Brytanii książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>>


Andrzej Saramonowicz: Niech Gowin zaprzeczy, że Kościół w Polsce nie jest instytucją obciążoną skandalami pedofilskimi

Andrzej Saramonowicz

Andrzej Saramonowicz

Może się pan Gowin nie zgadzać z tym, czy Kościół w Polsce przestał być sumieniem narodu, ale niech publicznie zaprzeczy, że nie jest to instytucja obciążona niewyjaśnionymi skandalami pedofilskimi i opętana walką o pieniądze.

Pan Jarosław Gowin – doświadczony polityczny lawirant i człowiek, przy którym nawet dżdżownica może się pochwalić twardym kręgosłupem – napisał, że w swoim wystąpieniu poprzedzającym wykład Donalda Tuska na UW Leszek Jażdżewski z „Liberte” porównał polski Kościół do świni.

No to zajrzyjmy do tekstu Jażdżewskiego. O Kościele szef Liberte powiedział tak:

„Kościół katolicki w Polsce, obciążony niewyjaśnionymi skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze i o wpływy stracił moralny mandat do tego, aby sprawować funkcję sumienia narodu”.

Może się pan Gowin nie zgadzać z tym, czy Kościół w Polsce przestał być sumieniem narodu, ale niech publicznie zaprzeczy, że nie jest to instytucja obciążona niewyjaśnionymi skandalami pedofilskimi i opętana walką o pieniądze.

No to co z tą świnią? Szukam dalej i znajduję to:

„Dziś agendę tematów dnia układają nam czarnoksiężnicy, którzy liczą, że przy pomocy zaklęć i manipulacji złymi emocjami będą wstanie zdobyć władzę nad duszami Polaków. Ale rywalizacja na inwektywy i złe emocje z nimi nie ma sensu, dlatego że po kilku godzinach zapasów ze świnią w błocie orientujesz się w końcu, że świnia to lubi.”

I kto to są ci czarnoksiężnicy, panie ministrze? Pan nam tłumaczy, że to polscy księża. Pańskie prawo. Kwestia postrzegania polskiej rzeczywistości.

Ja jestem jednak pewien, że znajdą się z powodzeniem i tacy, którzy dadzą sobie niejedno uciąć, iż chodzi o czarnoksiężników z Hogwarthu. Wie pan, tych, o których powieści polscy księża palą przed kościołami, czego Pan – tak mocno zatroskany o dobre obyczaje i jakość publicznego dyskursu – nigdy nie potępił.

A może o członków polskiego rządu?

Diabli wiedzą.

Andrzej Saramonowicz