Ks. Stanisław Walczak: Europejczyk w Warszawie

Ks. Stanisław Walczak
Zdaję sobie sprawę, że żyjący w zazdrości, nienawiści, pełni chęci podziałów i zamieszania muszą, z wrodzonym warcholstwem, cierpieć męki i udrękę na widok Pana Przewodniczącego. Skoro jednak na głupotę nie ma leku, niechaj sobie cierpią.
Pan Donald Tusk, od 2014 r. przewodniczący Rady Europejskiej, reprezentuje nie tylko wielką część Polaków w Unii Europejskiej, ale reprezentuje ją godnie.
Pan Tusk, wspaniały wzór Polaka-Europejczyka, wygłosił wykład, w którym udowodnił, że Unia Europejska nieustannie trwa przy wartościach naszej cywilizacji, wywodzącej się z klasycznego antyku, wzbogaconego przemożnymi wpływami judeochrześcijańskimi. Nie sposób też zapomnieć, że Europejczycy należą do przeróżnych grup etnicznych i językowych. Dlatego też Unia Europejska jest wzorowym przykładem jedności w różnorodności, co zresztą jest, niepodlegającą dyspucie, cechą charakterystyczną chrześcijan. Unia Europejska jest też wspólnotą wielowyznaniową i wieloświatopoglądową. A jednak 28 krajów, szereg grup językowych, kulturowych, religijnych potrafi spotkać się na jednym forum i decydować o wspólnych celach i wartościach. Na tym polega cywilizacja europejska!
Pan Tusk przedstawił fundamenty, na których spoczywa owa jedność. Tam nikt z Niemca nie chce uczynić Francuza ani z Anglika – Włocha. Nikt też z Polaka nie chce uczynić Węgra czy Fina. Nie na tym polega nasza przeszłość ani nasza teraźniejszość. Przyszłość zaś to wspaniała wizja wielokulturowości całego świata. Bóg bowiem stworzył wszystkich ludzi równymi – prawda, która z trudem dociera do świadomości obecnej grupy rządzącej. Bóg stworzył człowieka, a nie narody i państwa. W opowiadaniu biblijnym dopiero bratobójstwo spowodowało podziały „polityczne”!
Wystąpienie Pana D. Tuska było świadectwem wartości, o które trzeba zabiegać. Jedynie Unia Europejska jest w stanie zapewnić Europie pokój, a Europejczykom godne życie, wolność, swobodę wypowiadania się oraz dobrobyt. A tego pragniemy wszyscy, którzy reprezentujemy cywilizację europejską.
Przedstawiciele 27 państw Europy zdecydowali, że Pan D. Tusk nadal sprawuje wysoką funkcję we Wspólnocie. Zdaję sobie sprawę, że żyjący w zazdrości, nienawiści, pełni chęci podziałów i zamieszania muszą, z wrodzonym warcholstwem, cierpieć męki i udrękę na widok Pana Przewodniczącego. Skoro jednak na głupotę nie ma leku, niechaj sobie cierpią.

Ks. Stanisław Walczak
„Morawiecki tak często mija się z prawdą, że można to uznać za patologię”
W środę 1 maja w Radiu TOK FM Aleksander Kwaśniewski rozmawiał m.in., o 15 latach obecności Polski w Unii Europejskiej. – Nawet przyciskany do muru, jeśli miałbym wskazać na jakieś słabości wynikające z przystąpienia do Unii Europejskiej, to miałbym kłopoty. Polskie rolnictwo się bardzo rozwinęło, zyskaliśmy dopłaty bezpośrednie i to my staliśmy się konkurencyjni wobec Europy. Dzisiejsze obietnice dopłat na tuczniki, to wszystko dzięki Unii Europejskiej. To postęp jeszcze bardziej widoczny na wsi niż w .

Aleksander się do wypowiedzi Morawieckiego, który podkreśla naszą wielką miłość do Unii, walczy wraz z PiS na europejskim ringu o swoje, o lepszą Unię , a nie tylko się w narożniku, pozwalając okładać się innym, jak to było wcześniej, odpowiedział, że nie jest nawet w stanie komentować wypowiedzi premiera Morawieckiego, który tak często mija się z prawdą, że można to uznać za patologię; za patologiczną skłonność do kłamania.
W ocenie Kwaśniewskiego proeuropejski nastrój PiS-u to gra obliczona na wybory. – Proszę pamiętać, że jedną z pierwszych decyzji premier Szydło było zlikwidowanie flag europejskich. – , jak oglądam obrazki wyborcze PiS-u, to aż mi niebiesko i żółto w oczach, tyle jest flag .
Jakie intencje kierują politykami Prawa i Sprawiedliwości? – To jest hipokryzja. To jest coś, w co nie można uwierzyć, bo jest obliczone na naszą krótką pamięć, naiwność. Tak naprawdę oni tej Unii Europejskiej ani nie szanują, nie lubią, ani nie Aleksander
„Ja sam negocjowałem przystąpienie do UE”
Leszek Miller też nie ma wątpliwości, że Morawiecki, który niedawno oznajmił, że sam negocjował wstąpienie Polski do Unii Europejskiej, mija się z prawdą.
W opublikowanym spocie do UE widzimy fragment wystąpienia Morawieckiego, w którym ten mówi „Ja sam negocjowałem wstąpienie Polski do Unii Europejskiej 20 lat temu”. W komentarzu Leszek Miller, krótko i dosadnie puentuje: „Nie sądzę”.
Nie sądzę… pic.twitter.com/A7rJKD3gdP
— Leszek Miller (@LeszekMiller) May 2, 2019
Dariusz Frach / thefad.pl
Miller dla DW: Sądzę, że stratedzy PiS nie wykluczają „polexitu”. PiS nie akceptuje wspólnych wartości
Przeciwnicy przystąpienia Polski do UE, którzy przekonywali do głosowania na „nie”, mieli podobne argumenty jak dzisiejsi eurosceptycy. Chodziło im głównie o to, że Polska utraci suwerenność, że nasza tożsamość rozpłynie się w wielkiej UE i że Polska przestanie być Polską – mówił Leszek Miller w rozmowie dla Deutsche Welle. – Sądzę, że stratedzy PiS nie wykluczają „polexitu”. Z punktu widzenia PiS, najlepszą byłaby integracja oparta wyłącznie na płaszczyźnie ekonomicznej. To znaczy, współpracujemy ze sobą, ale nie mamy wspólnych wartości.

DW: Przed piętnastoma laty wprowadził Pan Polskę do UE. Jaka były wtedy atmosfera w kraju?
Leszek Miller: Pełna oczekiwań, ale także walk politycznych. W czerwcu 2003 roku zorganizowaliśmy referendum, które miało pokazać, czy Polacy życzą sobie przystąpienia do UE na wynegocjowanych warunkach. Musieliśmy ciężko pracować, żeby uzyskać dobry wynik. Wszyscy członkowie rządu jeździli po Polsce, spotykali się z młodzieżą w szkołach, z robotnikami w fabrykach i z rolnikami, którzy mieli największe wątpliwości. Ten wysiłek się opłacił, ponieważ prawie 80 procent uczestników referendum opowiedziało się za wstąpieniem do UE. Było to zwycięstwo sił proeuropejskich.
Czego obawiali się przeciwnicy przystąpienia Polski do UE?
Przeciwnicy przystąpienia Polski do UE, którzy przekonywali do głosowania na „nie”, używali podobnych argumentów jak dzisiejsi eurosceptycy. Chodziło im głównie o to, że Polska utraci suwerenność, że nasza tożsamość rozpłynie się w wielkiej UE, i że Polska przestanie być Polską. Poza tym utrzymywały się obawy rolników, że Niemcy całkowicie legalnie wykupią należące do nich wcześniej tereny, ponieważ ziemia jest w Polsce tańsza niż w Niemczech.
Trzeci argument był taki, że wysokowydajne rolnictwo na Zachodzie zniszczy nasze rolnictwo i nie będziemy mogli niczego eksportować. Były także obawy przed obniżeniem się jakości życia w Polsce.
Większość tych obaw się nie sprawdziła, ale niektóre aspekty ówczesnej walki politycznej są poruszane także dziś, przede wszystkim zarzuty dotyczące utraty suwerenności oraz propagowanie wrogiego wizerunku Niemiec.
Czy oznacza to, że polska polityka nie znalazła w minionych latach zadowalającej odpowiedzi na te obawy?
Mamy mocne kontrargumenty. Bardzo wiele skorzystaliśmy w ciągu ubiegłych 15 lat i dokonaliśmy cywilizacyjnego skoku do przodu. Nasz kraj otrzymał (w formie dotacji, red.) 110 mld euro netto, co oznacza kwotę po odjęciu naszych składek w wysokości 60 mld euro. Gdy jedzie się przez Polskę, te pieniądze widać dosłownie wszędzie. Widzi się je na drogach, dworcach, w miastach i w przedsiębiorstwach.
Nie chodzi tu jedna tylko o pieniądze, chodzi także o swobodę podróżowania, możność wyboru miejsca zamieszkania i miejsca pracy. Wolałbym, oczywiście, żeby młodzi Polacy pracowali w Polsce, ale nikt nie może im zabronić poszukać sobie pracy za granicą.
Polska stoi przez to w obliczu wielkiego problemu demograficznego. Młodzież emigruje, a Polki rodzą w innych krajach unijnych więcej dzieci niż w kraju ojczystym.

Wynika to z różnego poziomu życia. Gdy 15 lat temu wstępowaliśmy do UE polski PKB na głowę mieszkańcy wynosił około 42, 43 procent średniego PKB w UE. Po 15 latach mamy około 70 procent średniego PKB w UE. Średnie zarobki w Polsce są dwa do dwóch i pół raza niższe niż, wynosi unijna średnia. Dlatego część naszych obywateli w dalszym ciągu szuka pracy za granicą i będzie to trwało tak długo, jak długo te różnice będą się utrzymywać. Zmieni się to tylko wtedy, gdy poziom życia i świadczenia państwowe, takie jak opieka lekarska i poziom oświaty, się wyrównają.
Prawicowo-nacjonalistyczna partia PiS odkryła tę lukę, która zwiększyła się po przystąpieniu Polski do UE. Wygrała wybory dzięki swojej polityce socjalnej.
Tak, PiS wystartował z wieloma płatnościami transferowymi, które w oczywisty sposób pomogły wielu Polakom, ale PiS mógł uruchomić te świadczenia socjalne także dlatego, że do Polski wpłynęło te 110 mld euro.
Z danych Eurobarometru wynika, że znaczna część Polaków popiera członkostwo Polski w UE, ale w prognozach przed majowymi wyborami do Parlamentu Europejskiego PiS nadal znajduje się na pierwszym miejscu. Prowadzi w nich zatem partia, która często popada w konflikt z Brukselą. Jakiej UE zatem chcą Polacy?
Są różne wizje Unii Europejskiej. W Polsce nie ma jednej, dominującej. Można spotkać się z wizją euroentuzjastów, którzy życzą sobie jeszcze większej integracji UE, nadania jeszcze większego znaczenia unijnym instytucjom oraz wspólnej, unijnej polityki zagranicznej, finansowej, podatkowej i płacowej. Inni są temu przeciwni i prezentują poglądy zbliżone do wysuniętej przez Charlesa de Gaulle’a koncepcji „europy ojczyzn”, opartej na nadaniu większego znaczenia państwom narodowym i ich znacznie luźniejszej integracji.
Z punktu widzenia partii PiS, najlepszą byłaby integracja oparta wyłącznie na płaszczyźnie ekonomicznej. To znaczy – współpracujemy ze sobą na płaszczyźnie gospodarczej, ale nie mamy wspólnych wartości, nie mamy zasady trójpodziału władzy i nie mamy niezależnego wymiaru sprawiedliwości.
Co pomyślał Pan, gdy Emmanuela Macrona uznano nagle za nowego przywódcę UE?
Podoba mi się jego manifest, w którym pisze, że Europa musi się wyzwolić z impasu dzięki nowym ideom. Szkoda, że ten dokument nie wzbudził żadnej, szerszej dyskusji. Ani premier, ani prezydent nie zajęli wobec niego stanowiska. Manifest Macrona nie wzbudził większego echa w Polsce. Macron jest w tej chwili nieformalnym liderem ruchu proeuropejskiego.
Macron jest zwolennikiem koncepcji Europy dwóch prędkości, to jest Europy opartej na osi Paryż – Berlin, w której nie ma miejsca na Polskę.
Muszę przyznać, że moim zdaniem nie da się uniknąć Europy dwóch prędkości. Europę pierwszej prędkości będą tworzyć państwa strefy euro posiadające wspólny budżet. Polska, niestety, należy do Europy drugiej prędkości.
Jeśli wyobrazimy sobie pociąg jadący w kierunku wspólnej Europy, Polacy będą w nim siedzieć w drugiej klasie. Bardzo mnie to niepokoi, ale liczę na to, że po rządach partii PiS do władzy dojdzie inna orientacja polityczna, która uczyni wszystko, żeby Polska znalazła się w Europie pierwszej prędkości.
W ubiegłych miesiącach w polskich mediach wciąż na nowo pojawiało się hasło „polexitu”. Czy uważa Pan, że wyjście Polski z UE jest realnym scenariuszem?
Sądzę, że stratedzy PiS nie wykluczają „polexitu”. Być może rozumieją przez to coś innego niż Wielka Brytania przez jej brexit. To, co zdarzyło się w Wielkiej Brytanii, ma działanie odstraszające dla jej naśladowców. Ruchy prawicowo-populistyczne, związane z takimi politykami jak Marine Le Pen we Francji, czy Matteo Salvini we Włoszech, nie chcą wyprowadzić tych państw z UE. Uczynią jednak wszystko, żeby zmienić UE w myśl swoich wyobrażeń i zakłócić proces integracji europejskiej. W przyszłości może to doprowadzić do rozpadu UE. Jest to większe zagrożenie niż wyjście tych państw z UE, w której mogą teraz odgrywać rolę konia trojańskiego.
PiS różni się od ruchów politycznych we Francji, czy we Włoszech. Historia polskiej polityki jest inna. Skąd biorą się dziś w Polsce wątpliwości wobec UE?
Wątpliwości te najlepiej oddaje slogan: dawniej Moskwa, dziś Bruksela. Nic się zatem nie zmieniło. My, biedni Polacy, powstaliśmy wreszcie z kolan, na których klęczeliśmy przez cały czas przed Brukselą, tylko dzięki Prawu i Sprawiedliwości. Chęć wyrwania się spod uzależnienia, prawdziwego czy rzekomego, jest w Polsce bardzo silna i wielu Polaków wierzy, że jest tak, jak powiedziałem przed chwilą. Dochodzi do tego problem uchodźców. Kilka lat temu Angela Merkel popełniła błąd. Nie skonsultowała się z innymi przywódcami w UE i obeszła obowiązujące prawo, otwierając na własną rękę granice przed uchodźcami. To silnie wstrząsnęło całą UE.
REDAKCJA POLECA
Adam Mazguła: Jestem Polakiem i Europejczykiem

Adam Mazguła
Jestem Polakiem i Europejczykiem, tak też udekorowałem dom, w którym bezpiecznie mieszkam. Będę go bronił przed faszystami, dyktaturą PiSowskiego - kościelnej krucjaty wstecznictwa, kłamstwa i niewoli ludzi oraz myśli.
Jestem Polakiem i Europejczykiem, dlatego przed moim domem dumnie powiewają dwie flagi.

Urodziłem się i wychowałem na polskiej historii mojej rodziny. Mówię polskim językiem, miałem polskich przodków, mieszkam w Polsce i jej zawdzięczam wychowanie i wykształcenie. Służyłem i walczyłem w jej imieniu, dla jej bezpieczeństwa i stabilności, dla godnego życia wszystkich naszych obywateli.
1 maja 2004 roku Polska stała się członkiem Unii Europejskiej na mocy Traktatu akcesyjnego z 16 kwietnia 2003 roku.
Dla mnie to wielka data, która zwieńczyła pragnienia wielu pokoleń Polaków. Staliśmy się obywatelami europejskiej rodziny wolnych ludzi, których siłą i łączącą ideą jest demokracja, prawa człowieka oraz partnerstwo gospodarcze i polityczne. Było to ostateczne zerwanie z postanowieniami Jałty, które zdradziecko podporządkowały Polskę wpływom Związku Radzieckiego.
Jestem, więc Europejczykiem, członkiem wspólnoty celów i wartości, która zapewnia bezpieczny, z dala od wojen i przemocy, rozwój mojego również kraju. Obywatelem Europy wolności i demokracji, wspólnego rynku i wartości. Europy bez granic, szanującej wszystkie narody, orientacje, kolory skóry i poglądy ludzi.
Jestem Polakiem i Europejczykiem, tak też udekorowałem dom, w którym bezpiecznie mieszkam. Będę go bronił przed faszystami, dyktaturą PiSowsko – kościelnej krucjaty wstecznictwa, kłamstwa i niewoli ludzi oraz myśli.
***
Warto pamiętać, że 1 maja obchodzony w Polsce również Międzynarodowy Dzień Solidarności Ludzi Pracy, święto robotnicze, celebrowane corocznie od 1890 r. ku czci robotników z Chicago, którzy zostali brutalnie spacyfikowani za kampanię domagającą się 8-godzinnego dnia pracy. To piękne, obchodzone w Polsce od 1950 r., majowe święto ostatnio niesłusznie zostało obrzydzone robotnikom i obśmiewane, bo niby „komunistyczne!”
Warto wiedzieć, że 1 maja 1993 r. Polska uznała jurysdykcję Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.
Tego dnia w 2000 r. rozpoczęto wydawanie pierwszych białych tablic rejestracyjnych z flagą Polski.
Również tego dnia w 2001 r. w Polsce odbyła się pierwsza Parada Równości.
Adam Mazguła
Meżczyzna podpalił się przed siedzibą Kancelarii Premiera
Dramatyczne wydarzenia przed Kancelarią Premiera w Warszawie. Mężczyzna podpalił się na terenie Łazienek Królewskich – informuje Radio Zet.
Człowiek podpalił się przed KPRM. Ofiara trafiła do szpitala. Policja otoczyła teren #Warszawa @RadioZET_NEWS pic.twitter.com/Rgy4WRFBvi
— Piotr Drabik (@piotrdrabik) April 30, 2019
Jak informuje dziennikarz radia Zet, nieznana osoba chciała podpalić się pod drzwiami budynku Kancelarii Rady Ministrów na Al. Ujazdowskich w Warszawie. Ofiara trafiła do szpitala. Na miejscu zdarzenia funkcjonariusze policji zabezpieczyli m.in. spalone ubrania oraz kartka, którą prawdopodobnie zostawiła ofiara.
Na miejscu podpalenia policja zabezpieczyła teren. Nie wiadomo dlaczego doszło do tragedii. #Warszawa @RadioZET_NEWS pic.twitter.com/OGAZaiSmBA
— Piotr Drabik (@piotrdrabik) April 30, 2019
Do podpalenia doszło około godziny 14 na terenie Łazienek Królewskich. „Gazeta Wyborcza”, powołując się na relację świadków, podaje, że mężczyzna oblał się łatwopalną cieczą, a następnie się podpalił. „Na miejscu podpalenia policja zabezpieczyła teren. Nie wiadomo dlaczego doszło do tragedii” – napisał na twitterze Piotr Drabik z Radia ZET.
Jak poinformował kapitan Wojciech Kapczyński z zespołu prasowego Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w rozmowie z Gazetą Wyborczą, ogień został ugaszony przed przybyciem straży prawdopodobnie przez pracowników KPRM. – Nasze działania polegały na zabezpieczeniu miejsca zdarzenia i udzieleniu pierwszej pomocy – powiedział. Zgodnie z informacjami warszawskiej straży pożarnej mężczyzna był przytomny i zachował czynności życiowe.
Dariusz Frach / thefad.pl / źródło:Radio Zet
Adam Mazguła: Złodzieje tożsamości Kaczyńskiego

Adam Mazguła
PiS zatrudnia trolli, bo nie prowadzi kampanii wyborczej, tylko skoordynowane działania wojenne przeciwko wszystkim, którzy chcą zabrać im władzę i pieniądze społeczne
Zadzwoniła do mnie koleżanka z pytaniem, czy to prawda, że oficjalnie poparłem na Facebooku działania ONR, MW, bo nie wierzy, że to może być prawda. Że co? Był na stronie PiS-u.
Regularnie, co dwa tygodnie czyszczę ujawniających się trolli podszywających się pod moje nazwisko i imię. Jednak wcale ich nie ubywa. Co najwyżej zmieniają literę w nazwisku, jakąś kreseczkę, a już FB nie interweniuje, nawet po zgłoszeniu. Po tym jest czas uśpienia, przyzwyczajenia się do tej fikcyjnej osoby, aż następuje okres aktywności. Pojawiają się, niby moje wpisy z moimi zdjęciami na stronach związanych z PiS-em lub narodowcami, które mnie kompromitują.
Dzisiaj sprawdziłem ponownie listę potencjalnych trolli z moim nazwiskiem, lub bardzo podobnym, było ich 39 (kilka publikuję).

Jeżeli mnie, skromnego, bezpartyjnego, emerytowanego żołnierza, który jedynie stara się ujawniać bezprawie i oznaki braku przyzwoitości rządzących poprzez opis, to, co robią z aktywniejszymi ode mnie?
Jeśli tak szeroki wymiar mają bezprawne działania ludzi związanych z obecna władzą, to, kim są ludzie tej władzy. Jak trzeba nisko upaść, jak trzeba być bezczelnym i podłym człowiekiem, aby kierować podszywaniem się pod inną osobę, aby ją skompromitować?
Wykształciuchy przestrzegają zasad, ciemnota tych zasad nawet nie widzi. Nie da się grać w szachy z człowiekiem, który uzurpuje sobie prawo do stosowania nawet dla pionków ruchy hetmana.
Butny, nieodpowiedzialny i pazerny aparat PiS-u nie szanuje żadnych zasad, żadnych zapisów Konstytucji RP, ustaw, żadnej moralności, honoru, prawa innych przed nimi. W zasadzie wszystko, co jest niewygodne J. Kaczyńskiemu można zmienić w dowolnej chwili, dowolnym sposobem i dowolnym kosztem, aby tylko wyszło na jego. W Polsce PiS-u nie ma żadnych zasad, więc nie można konkurować z tą partią, bo zasady konkurencji zmienia się w trakcie, a prawo do zmian ma tylko jedna strona.
Normalny człowiek nie musi się wysilać, aby rozumieć, że podszywanie się pod kogoś innego jest bandytyzmem. Jednak dla PiS-u, to normalna wojna o wpływy, zaangażowanie pozytywne, bo w ich ważnej sprawie. Widzę, że nie takie czekają nas miny-niespodzianki przed wyborami.
PiS zatrudnia trolli, bo nie prowadzi kampanii wyborczej, tylko skoordynowane działania wojenne przeciwko wszystkim, którzy chcą zabrać im władzę i pieniądze społeczne.
Jeżeli cały aparat państwa, z mediami, służbami, państwowymi środkami finansowymi, w służbowym czasie pracy, za pomocą kłamstw, przekupstwa wyborczego, zaszczuwania i manipulacji prowadzą miesiącami wojnę o władzę, to, jakie zasady obowiązują w naszym kraju? Nawet wybory mogą nie mieć znaczenia, bo zależna od PiS Komisja Wyborcza i tak policzy i ogłosi wiadomego zwycięzcę, nie zauważy przekazywania miliardów złotych dla TVP na wyborczą walkę z opozycją, a pewnie zauważy brak przysłowiowego przecinka w sprawozdaniach innych partii i pozbawi ich pieniędzy.
Kłamcy, trolle i (p)osły PiS-u walczą nawet na mój rachunek. Moje nazwisko stało się dla nich użyteczne. Dziwne, bo czytam regularnie ich artykuły na mój temat, które udowadniają, że jestem nikim i tylko wydaje mi się, że coś wiem i o tym piszę. Podobnie jak oni uważam, że nie jestem ważny, ale, po co im moje nazwisko do ich fake newsów?
Złodzieje tożsamości Kaczyńskiego, to najbardziej zdemoralizowana, bezwzględna i podła brygada walczących pseudo-katolików PiS-u. Zrobię wszystko, by utrudnić im realizację tego zbrodniczego dzieła.
Tymczasem proszę moich znajomych o czujność i sprawdzanie wpisów, które budzą wątpliwości.
Adam Mazguła
|
Dystrybutorem książki jest Ateneum.
Na terenie Wielkiej Brytanii książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>> |
Rafał Sulikowski: Tragedia Magdy Żuk. Co się stało dwa lata temu w Egipcie?

Rafał Sulikowski
Depresja będzie - już jest - chorobą cywilizacyjną XXI wieku, są dostępne nowoczesne, nieszkodliwe terapie i można nie tylko żyć dobrze z depresją, ale i ją nawet pokonać. Można pokonać nawet jeszcze gorsze choroby i o tym powinniśmy zawsze pamiętać
Mijają dwa lata od tragicznej wyprawy Magdaleny Żuk do kurortu egipskiego, która zakończyła się jej niewyjaśnioną do dziś śmiercią. Rodzina tragicznie zmarłej do dziś nie doczekała się oficjalnego raportu ze śledztwa, który by ostatecznie wyjaśnił, co wydarzyło się w Egipcie. Można jednak domniemywać, że zaszedł splot nieszczęśliwych przypadków, prowadzących do nieszczęścia.

Informacje, jakoby Magda cierpiała na depresję, należy traktować poważnie.
Często, zwłaszcza młode kobiety, nie chcą, aby ktokolwiek – nawet rodzina, a może przede wszystkim rodzina, dowiedział się, że podjęły terapię. Wciąż depresja kojarzy się nam przez literaturę i filmy z “wariatkowem” i nie chcemy się przyznać do tak powszechnej już dziś słabości.
Informacje, że mogła być pod wpływem narkotyków, należy też traktować jako bardzo prawdopodobne: osoby z obniżeniem nastroju często “leczą się” same, jest też możliwe, że w kurorcie ktoś wykorzystał jej samotność i dobroć i po prostu coś jej dosypał do piwa. Lecz istnieje jeszcze inna możliwość.
Znane są w literaturze dwa syndromy: jerozolimski oraz tak zwany “syndrom Stendhala”. Ten pierwszy pojawia się u niektórych uczestników pielgrzymek do Jerozolimy w celach religijnych i ma gwałtowny przebieg z halucynacjami wzrokowymi, częściową dezorientacją, zaburzeniami tożsamości i omamami słuchowymi oraz nasilonymi urojeniami.
Osoby pod wpływem “prozy” miejskiej, którą wyobrażały sobie zupełnie inaczej, dostają czasowej psychozy, która mija po powrocie do domu. Są przekonane, że na dachu meczetu czeka na nie Jezus i one mają ogłosić coś ważnego światu. Wzmożone poczucie misji i urojenia wielkościowe oraz posłannicze mają związek z hałaśliwością Jerozolimy, ale przede wszystkim z kontrastem, wywołującym spory dysonans poznawczy: osoby na podstawie filmów o Jezusie czy pobożnych, acz zupełnie nieprawdziwych książek religijnych, inaczej wyobrażają sobie Jerozolimę dawną, a inaczej odbierają tę dzisiejszą. Rozczarowanie miejscem drogiej w końcu pielgrzymki wywołuje u osób podatnych psychicznie reakcję w postaci uznania się za jakąś postać biblijną albo proroka, mesjasza, cudotwórcę czy Matkę Boską. Zostają zwykle w białym prześcieradle, imitującym starożytne tuniki, przewiezieni na hospitalizację do szpitala psychiatrycznego, gdzie dzięki fachowej pomocy w kilkanaście dni odzyskują zdrowie, a remisja jest najczęściej pełna, chybachyba że osoby te były już leczone przed przyjazdem, a pielgrzymkę traktowały jako przeżycie duchowe.
Oczywiście, Magda nie była ani w Jerozolimie, ani nie była to pielgrzymka religijna, jednak obok tego syndromu jerozolimskiego mamy jeszcze inny: tak zwany syndrom Stendhala. Polega on na zaburzeniu, które przejawia się przyspieszeniem akcji serca, zawrotami głowy, dezorientacją, a czasem nawet halucynacjami u części osób na widok wspaniałych zabytków, dzieł sztuki i innych atrakcji, zebranych w małej przestrzeni. Jako pierwszy opisał go właśnie słynny pisarz francuski w 1817 roku, gdy we Florencji po odwiedzeniu między innymi grobu Dantego czy obejrzeniu “Dawida” Michała Anioła i innych kulturalnych miejsc, doznał “gwałtownego kołatania serca” i musiał po tylu wrażeniach kilka dni spędzić w łóżku z gorączką. Potem kiedy wyszedł na ulicę, ponownie doznał palpitacji, prawdopodobnie związanej z odczuciem obcości tylu wspaniałych dzieł i swojej przy nich małości, lęku i poczucia bycia niegodnym oglądania największych dzieł sztuki.
Podobnym zjawiskiem występującym u niektórych osób w innych sytuacjach jest także reakcja na „przesyt wyboru” podczas zakupów w galeriach handlowych, szczególnie gdy odwiedzają je osoby niezamożne, mające poczucie, że “nie pasują do tego miejsca”, że to “dla bogaczy” i wstydzą się swego prawdziwego statusu społecznego. Także wrażenia odbierane niekiedy podczas słuchania muzyki z okresu romantyzmu mogą dawać podobne efekty.
Czy Magda przeżyła niezdiagnozowany jeszcze jakiś rodzaj “syndromu egipskiego”, który polegałby na lęku przed byciem wśród obcych, nieznanych ludzi, z inną kulturą i tradycjami, albo na skutek przesytu dużą ilością wrażeń na raz? Możliwe i to też trzeba wziąć pod uwagę.
Osobiście rozumiem “wiarę” rodziny w to, że “nie było to samobójstwo” i sądzę, że nie było to ani samobójstwo, ani zabójstwo, lecz nieszczęśliwy wypadek na skutek doznawanych silnych przeżyć wewnętrznych, takich jak poczucie zagubienia, osamotnienia, może nawet uwag i propozycji o charakterze molestowania seksualnego.
Być może Magda była tam bardzo samotna i nie miała do kogo się zwrócić i czuła, że jest zdana na siebie. I to ją przerosło.
Jednak rodzina ma prawo wymagać od prokuratury rzetelnego śledztwa, które uwzględniałoby wszystkie możliwe scenariusze, tego kryminalno-narkotykowego nie wykluczając.
I jeszcze jedno: nie należy się wstydzić takich słów, jak “załamanie nerwowe” czy “depresja”, bo to są zaburzenia takie same, jak grypa czy odra i osoby nimi dotknięte oczekują nie wyśmiewania, ale pomocy, ciepła i troski ze strony wszystkich, z którymi mają kontakt.
Depresja będzie – już jest – chorobą cywilizacyjną XXI wieku, są dostępne nowoczesne, nieszkodliwe terapie i można nie tylko żyć dobrze z depresją, ale i ją nawet pokonać. Można pokonać nawet jeszcze gorsze choroby i o tym powinniśmy zawsze pamiętać.
R.I.P
Rafał Sulikowski
Protest przeciw cenzurze Glińskiego, czyli narodowe jedzenia banana
26 kwietnia z Galerii Sztuki XX i XXI Wieku w Muzeum Narodowym w Warszawie usunięto prace Natalii i Katarzyny Kozyry. – To jest Muzeum Narodowe i pewna tematyka z zakresu gender nie powinna być explicite Stołecznej dyrektor muzeum, profesor Jerzy Miziołek. Oczyszczenia wystawy ze skandalizujących prac miało domagać się Ministerstwo Kultury, resort jednak zaprzecza takim doniesieniom. Miziołek tłumaczył, że decyzję o usunięciu z wystawy „skandalizujących” obiektów podjął po liście oburzonej matki ucznia IV klasy szkoły podstawowej.
Praca Natalii Sztuka konsumpcyjna z 1975 r. przedstawia kobiety jedzące banany. Druga z ekspozycji Pojawienie się Lou Salome (z 2005 roku) ukazuje femme fatale z dwoma psami, które mają twarz Friedricha Nietzschego i Paula .
Usunięciu dzieł z wystawy wywołała falę oburzenia i kpin w mediach społecznościowych. Po sieci krążą szydercze memy i kolaże. Osoby ze świata sztuki i kultury publikują w internecie zdjęcia i nagrania z banami. Użytkownicy mediów społecznościowych używają #, #banana lub #banan.
Jeśli Twoje dziecko z ochotą i apetytem sięga po banany, to wiedz, że coś się dzieje. Że się nim diabeł już interesuje. #Banan to zło! 😎😁😂#BananaGate #BananowyProtest #AndrzejRysuje pic.twitter.com/MdOSTouDPd
— Szymon Komorowski (@szykom89) April 29, 2019
Hej @PiotrGlinski , jest apel do ciebie.#BananWolności #banan #banany pic.twitter.com/6AamLcg02G
— Rob/wolniodpissu2🇵🇱🇪🇺 (@RP7514) April 27, 2019
Słówko na niedzielę 😈 #BananaGate #Banan #Gliński pic.twitter.com/vRrChyDKwd
— Zeki Zevk (@zeki_zevk) April 28, 2019
Tymczasem w Muzeum Narodowym…
— Phil Backensky🇵🇱💯 (@Phil_Backensky) April 28, 2019
😎 #BananaGate pic.twitter.com/5WdxqHaSn5
Liżą banany i należy się nimi zachwycać?
Fala kpin w internecie nie spodobała się Joachimowi Brudzińskiemu: Ja dzieciakowi kupuję w Niemczech (najczęściej w Schwedt obok Szczecina) czy w Brukseli słodycze bez oleju palmowego czy innych świństw i mam się z tego tłumaczyć, tymczasem prawdziwi „europejczycy” liżą banany i należy się nimi zachwycać – skomentował na twitterze.
Ja dzieciakowi kupuję w Niemczech (najczęściej w Schwedt obok Szczecina) czy w Brukseli słodycze bez oleju palmowego czy innych świństw i mam się z tego tłumaczyć, tymczasem prawdziwi „europejczycy” liżą banany i należy się nimi zachwycać😂 pic.twitter.com/paOI9Wc9hG
— Joachim Brudziński (@jbrudzinski) April 29, 2019
Adam Mazguła: Panie Mariuszu Błaszczak, szczególne wyrazy pogardy Panu przesyłam

Adam Mazguła
Bohaterowie Powstania Warszawskiego mają po 100 lat i więcej. To cud, że jeszcze możemy ich podziwiać i ze wzruszeniem oddawać honory. Powinien Pan bić im pokłony i ochraniać bardziej, niż swego kacyka z Nowogrodzkiej.
Panie Mariuszu Błaszczak,
szczególne wyrazy pogardy i dezaprobaty przesyłam Panu Ministrowi Obrony Narodowej, za odmowę żołnierzom AK dofinansowania „Biuletynu Informacyjnego”, czasopisma kombatantów, którego historia sięga czasów okupacji.
Bohaterowie Powstania Warszawskiego mają po 100 lat i więcej. To cud, że jeszcze możemy ich podziwiać i ze wzruszeniem oddawać honory. Ale co o tym wiedzą propagandziści i ograniczeni polityczną ideologią IPN karierowicze PiS-u?
Powinien Pan bić im pokłony i ochraniać bardziej, niż swego kacyka z Nowogrodzkiej. Jeśli, jak słyszę, źle wypełnili wniosek, to ich prawo popełnić w tym wieku błędy. Nawet osobiście powinien Pan im pomóc. Widać bardziej obchodzi Pana współczesny przemarsz faszystów przez Warszawę, niż tych, którzy podjęli walkę o godność narodu polskiego w czasach pogardy dla śmierci.
Przestań Pan upokarzać wojsko, traktując generałów jak scenografię do propagandowych filmików promujących swoje genialne pomysły. Filmuj się Pan ze swoimi politycznymi kolegami, a nie z apolitycznymi najważniejszymi dowódcami wojskowymi. To nie Pana klasa.
Organizuje Pan defiladę 3 maja. Pozwoli Pan, że zapytam, a z jakiej okazji? Chyba nie jest Pan aż takim hipokrytą, że po tym, jak wielokrotnie głosował Pan za łamaniem Konstytucji RP w Sejmie, przygotował i wdrożył bezprawną, rasistowska ustawę represyjną, po tym, jak szkalował Pan obywateli z koszulkami z napisem Konstytucja… chyba nie będzie Pan świętował 3 maja. Bardziej Panu pasuje świętować pamięć Targowicy.
Prezentuje Pan postawę dewastacyjną wobec naszego porządku prawnego, pogardy dla Konstytucji RP, dzielenia Polaków historią i ma Pan krew na rękach, co najmniej 56 byłych funkcjonariuszy. Jak Pan śmie jeszcze pokazywać się ludziom, jak Pan może organizować święto konstytucyjne?
Panie Mariuszu Błaszczak,
wzywam Pana do natychmiastowej dymisji.
Nie dorósł Pan nie tylko do stanowiska, ale do jakiejkolwiek funkcji publicznej.
Pozostając zawsze z życzliwa radą,
Adam Mazguła
|
Dystrybutorem książki jest Ateneum. Na terenie Wielkiej Brytanii książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>> |
Jak Polki radzą sobie na emigracji, czyli emigracja po sukces
Wczoraj Rzym i Bonn, jutro Frankfurt – przemierza Europę, aktywizuje Polki-emigrantki. Prowadzi bloga dla tych, którzy – jak pisze – odważyli się żyć za granicą. Dr Ada Tomczak ma misję i coś ważnego do przekazania.

– Nie interesuje mnie, ile macie dzieci. Interesujecie mnie WY – mówi Ada do Polek, uczestniczek warsztatów w Bonn. – Porażką jest jedynie szczebel drabiny do sukcesu, a chodzi tylko o to, by ta drabina była przystawiona do właściwej ściany. I ja chcę wam pomóc znaleźć tę ścianę – zapewnia.
Ada, a właściwie doktor Adriana Tomczak cztery lata temu wyemigrowała do Niemiec. – Zaczęłam się czuć mocno ograniczana miejscem, w którym żyłam. Niewielka miejscowość, ja z doktoratem nauk społecznych, mąż – emeryt służb mundurowych, w kwiecie wieku. Ada przed wyjazdem z Polski pracowała jako trener, prowadziła szkolenia z motywacji.
– Pomyślałam, że wykorzystam moją wiedzę. Byłam nastawiona na to, by dawać, ale rzeczywistość mnie zaskoczyła – wspomina. – Szybko okazało się, że to ja potrzebuję wsparcia. Bo samotność i poczucie wyobcowania dotyka każdego z nas, nawet największą optymistkę, jaką jestem. Zdradza nas obcobrzmiące nazwisko, akcent, religia, kultura, światopogląd. Blokada językowa i źle pojmowana grzeczność sprawia, że nie potrafimy zawalczyć o swoje. Pierwsze lata są najtrudniejsze, najbardziej wymagające – wspomina przed publicznością.
Polki sobie radzą
Ada lubi pisać i na emigracji zakłada bloga „Emigracja po sukces”. Powstaje fanpejdż „Polki sobie radzą” oraz „Polki sobie radzą. Społeczność przedsiębiorczych emigrantek” – gdzie matki, żony, jak i „harpie biznesu” wspierają się w każdym wymiarze. Administratorka przeczesuje internet w poszukiwaniu przydatnych linków. Podrzuca je swojej, nie tylko damskiej społeczności, której zasięg idzie w dziesiątki tysięcy.
– Świat jest pełen aktywnych, wykształconych Polek, które prowadzą interesy, lub pracują na etacie, godząc karierę z obowiązkami rodzinnymi i udzielaniem się w „nowych ojczyznach” – mówi Ada. To o nich pisze Polka, przeprowadza wywiady, które następnie umieszcza na administrowanych przez siebie stronach. – Kto może być ich bohaterem? Na przykład Ty! – zachęca Adriana dziewczyny z Bonn do podzielenia się swoimi historiami – o stawianiu pierwszych kroków na swoim, ale też o emigracji widzianej oczami kobiety. Chcę, by historie sukcesów inspirowały inne kobiety do działania – dodaje.
Wśród dziewczyn, które opisuje Ada, są Kaja i Ania – przewodniczki po Portugalii, Bożena z Włoch – dziś dietetyczka i naturoterapeutka, Beata – stylistka. Wszystkie one przebranżowiły się lub wróciły do dawnych, niemal zapomnianych pasji. Dziś zarabiają nimi na życie.
Najtrudniejsze początki? Wcale nie
– Decyzja o emigracji to jedna z najprostszych decyzji, przekonuje Ada. – I nie ważne, jak przygotujemy się do emigracji, jak byśmy jej pieczołowicie nie planowali, rzeczywistość zawsze da nam po nosie. Czasami tak, że trudno utrzymać pion.
W tym, co mówi Ada, nie ma przesady. Na spotkaniu w Bonn jest Ewka*. Lata życia z mężem na odległość, on w Niemczech, ona w kraju. W końcu decyzja o wyjeździe. Jednak najtrudniejsze okazuje się przed nią: alkoholizm i narkomania partnera. Małżeństwo nie przetrwa tej próby, ale Polka wychodzi z tego mocniejsza.
Teraz Ewa definiuje się na nowo. Pracuje, jest niezależna finansowo, ale brakuje jej kontaktów z Polakami. – Potrzebuję tych relacji, brakuje mi takiego babskiego, „polskiego kopa” – mówi wprost. Chce coś zmienić, choć wśród Niemców czuje się naprawdę dobrze.
Dziesięć przysiadów przed lodówką
– Historia świata nie jest dla nas, kobiet zachęcająca, bo to historia męskich podbojów, w której kobiety zawsze krok za facetami. Taka jest też emigracja. Kobieta najczęściej przyjeżdża „za mężem”, często już jako matka, która chce przede wszystkim w nowym miejscu stworzyć dom. Trzeba tę inną codzienność jakoś ujarzmić. Siłą rzeczy potrzeby kobiet są często na szarym końcu – kwituje Ada. Momenty ogromnych wahań i rozterek nie ominęły też Ady – Gdy było źle, powiesiłam na ścianie swój doktorat i patrzyłam na niego. Przypomniałam sobie, jak było ciężko go zdobyć. I mówiłam do siebie: no skoro tego dokonałam, to nie ma rzeczy nie do zdobycia.
– Te warsztaty mają być początkiem Waszego nowego życia. Mamy naprawdę niewiele czasu i warto wypełnić go najlepiej, jak umiemy, ale z głową – dodaje i przytacza swój ulubiony przykład. – Agatha Christie 5 lat szukała wydawcy swojej pierwszej książki, a my często jesteśmy rozczarowane emigracją, bo chcemy za dużo od razu – tłumaczy Adriana podczas spotkań z Polkami. – Ale jeżeli już w końcu przystąpimy do działania, to włącza się u nas tryb „max” – jak chudnąć, to od razu 20 kg, jak miłość – to na całe życie. Jednym słowem, za wysoko stawiamy sobie poprzeczkę i wkurzamy się, gdy strącamy ją przy pierwszej próbie. A tak naprawdę zaczyna się od 10 przysiadów przy lodówce. – Za każdym razem, gdy otworzysz lodówkę, zrób 10 przysiadów. To na początek – dodaje.
Jakby euro leżało na ulicy
Adriana na swojej drodze spotyka kobiety, które chcą osiągnąć sukces, ale materialny. – Nie daj się zapędzić w kąt i wmówić, że sukces to pieniądze. Chociaż czasami tak jest i tego też nie można się wstydzić! Szczególnie będąc w Polsce – dodaje. Często jest tak, że ciężko pracujesz na to, co masz, a tłumaczysz się przed innymi, jakbyś ukradł. Po pewnym czasie masz już tego dość. I odechciewa się nawet tych wizyt w Polsce. – Ile już razy sama słyszałam „Pani zarabia w euro, stać Panią na to”. Tak, jakby euro leżało na ulicy.
Ada zachęca uczestniczki warsztatów do mierzenia wysoko, ale osiągania celów małymi krokami. I zawsze tylko jeden cel. – Ciesz się z tego, że uda się je zrealizować. Bo nie chodzi o to, by te sukcesy były jakieś spektakularne, ale by naprawdę się cieszyć nawet małymi kroczkami. Powiedzcie mi, czym się cieszycie? Wasze małe sukcesy? – zachęca do zwierzeń Ada.
Polak, jak nie zaszkodzi, to już pomógł
– Do niedawna w zasadzie byłam tu na emigracji „przy mężu” i przyznam się, dopiero teraz – po dwunastu latach, poszłam na kurs i mam certyfikat językowy B1 – mówi jedna z uczestniczek spotkania. Asia stawia również pierwsze kroki w marketingu bezpośrednim. Dobrze jej idzie, ale nie czuje wsparcia od tych, od których oczekiwałaby go najbardziej – najbliższych znajomych. – Widzę, że obserwują moje posty na moim profilu, ale nie lajkują, nie udostępniają…
– Jest takie powiedzenie i trudno z nim dyskutować, że Polak jak nie zaszkodzi na emigracji, to już pomógł. Jednak generalnie odcinaj się od ludzi toksycznych, buduj wspierające otoczenie.
REDAKCJA POLECA





