UE nie zatwierdzi dziś odroczenia brexitu, o co poprosiła premier May

Przywódcy krajów UE nie zatwierdzą dziś odroczenia brexitu, o co poprosiła premier Theresa May. Chcą jej jednak obiecać krótkie odwleczenie rozwodu, o ile Izba Gmin zatwierdzi umowę brexitową w przyszłym tygodniu.

Przywódcy krajów UE nie zatwierdzą dziś odroczenia brexitu, o co poprosiła premier Theresa May.
Theresa May. Fot. flickr

Brytyjski parlament już dwa razy odrzucił umowę o wyjściu Wielkiej Brytanii z UE, którą rząd Theresy May wynegocjował z Brukselą jesienią 2018 r. W tym tygodniu May chciała poddać tę umowę pod trzecie głosowanie, ale spiker Izby Gmin zablokował te plany. Powołał się na pochodzącą z XVII w. zasadę regulaminu, że takiej samej uchwały nie można ponownie głosować podczas tej samej sesji Izby Gmin. Sęk w tym, że wciąż obowiązująca data brexitu to północ z 29 na 30 marca, a zatem jedynym sposobem na uniknięcie szalenie kosztownego dla Londynu (i szkodliwego dla gospodarki reszty Unii) brexitu bez żadnej umowy jest odroczenie daty rozwodu przez UE.

Theresa May nie rezygnuje z planów nowego głosowania nad umową. Pretekstu do uchylenia sprzeciwu spikera ma dostarczyć dzisiejszy szczyt UE. Powinien formalnie dołączyć do umowy (czyli ją „zmienić”) wynegocjowany w ubiegłym tygodniu dodatek podkreślający, że – w przełożeniu na język brytyjskiej polityki – irlandzki „bezpiecznik” (doraźne rozwiązania w celu uniknięcia kontroli granicznych między Irlandią i Irlandią Płn.) to nie pułapka, by na zawsze uwięzić Londyn w unii celnej z UE.

Unia ponagla Brytyjczyków

May poprosiła Brukselę, by szczyt UE zgodził się na (potrzebne na nowe głosowanie) krótkie odsunięcie brexitu do 30 czerwca (bez obowiązku przeprowadzania majowych wyborów do europarlamentu w Wielkiej Brytanii). Unia odpowiada jednak – „nie, jeszcze nie teraz”. Donald Tusk, po konsultacjach z 27 krajami UE, ogłosił, że krótkie odwleczenie brexitu będzie możliwe, jeśli Izba Gmin przegłosuje umowę brexitową już w przyszłym tygodniu (przed 29 marca). W takim wypadku czas odroczenia byłby potrzebny już tylko na dokończenie pełnej ratyfikacji przez brytyjski parlament.

 

REDAKCJA POLECA

 


Adam Mazguła: Patologia władzy

Adam Mazguła

Adam Mazguła

PiS-owska propaganda posługuje się hasłami, które trafiają do nierozgarniętego elektoratu w sposób niezwykle prosty. Kto bowiem normalny nie zareaguje na hasło nie damy im naszych dzieci, chcemy żyć w normalnych rodzinach, dajemy wam 500+ na dziecko, musimy polepszyć życie emerytów i damy im zapomogę itd. Wszystko to brzmi jasno i przejrzyście, ale takie nie jest.

 

Każdy wie, że rząd ma rządzić w naszym imieniu i dla naszego dobra. Jednak dla każdego oznacza to, coś innego. Dla obecnie rządzących czynność ta ogranicza się do łupienia jednych, aby rozdawać łupy między siebie i sobie sprzyjającym ludziom.

Oczywiste jest, że nie mogą tylko zabierać to, co się przecież im „należy”, tylko dla siebie, bo kto by na nich głosował w następnych wyborach, a władza szybko by się skończyła. Dlatego władza rozumie, że musi się dzielić, chociażby ochłapami ze swoimi wyborcami.

Władza ma tworzyć dla społeczeństwa warunki bezpiecznego rozwoju, a nie ograniczać swoich obywateli dla własnej wygody, wpływów i bogactwa.

W obecnej kampanii wyborczej PiS-owska propaganda posługuje się hasłami, które trafiają do nierozgarniętego elektoratu w sposób niezwykle prosty. Kto bowiem normalny nie zareaguje na hasło „nie damy im naszych dzieci”, chcemy żyć w „normalnych rodzinach”, dajemy wam „500+ na dziecko”, „musimy polepszyć życie emerytów i damy im zapomogę” itd. Wszystko to brzmi jasno i przejrzyście, ale takie nie jest. Wystarczy przypomnieć hasło „jesteśmy za życiem”, a kto jest za śmiercią? Nikt, może tylko PiS-owscy faszyści, którzy rozwijają swoje sztandary w zastraszającym tempie. Ale słychać, że przecież to nie PiS, to nie kościół ich wspiera! Jednak jak to brzmi pięknie. Oni są za życiem, czyli inni są za śmiercią. To samo dotyczy hasła: „nie oddamy naszych dzieci”. A kto je chce zabrać? Nikt! Ale jak to brzmi w sytuacji, gdy związani z PiSem hierarchowie kościoła tuszują sprawę bezkarnego pedofilstwa, rozwiniętego na niewyobrażalną skalę? Takie hasło skierowane do wyborców odwraca uwagę i przykrywa odpowiedzialność sprawców i ich kumpli na niewinnych przeciwników politycznych, którzy chcą dzieci chronić przed złym dotykiem poprzez naukę. Wtedy J. Kaczyński krzyczy, że musimy dzieci chronić, bo opozycja chce je uczyć masturbacji… Więc przekaz do społeczeństwa jest taki, aby chronić dzieci przed opozycją i o to przecież chodzi.

Hasła PiS-u są jasne. Polacy maja się bogacić, kochać dzieci, chronić życie, być dumni ze swojej polskości… Kto nie popiera takich celów? Wszyscy są, za, ale dla ludzi mądrych one są oczywiste i nie wypada nawet o nich mówić.

Problemy tkwią w szczegółach, w sposobie rozumienia tych haseł. Dla prawicy, która zatrudnia tysiące propagandzistów i ludzi od wizerunku, dotarcie w prostym, oczywistym przekazie do parafin, to jest niezwykle skuteczna broń wyborcza. Propaganda sukcesu władzy kwitnie jak za czasów słusznie minionych, albo i znacznie lepiej.

Adam Mazguła. Fot. Renata Zawadzka-Ben Dor

Władza nie jest po to, by nas oszukiwać, wmawiać nieprawdę, odwracać uwagę, zaszczuwać niewygodne grupy społeczne, tworzyć wzorce „prawdziwego Polaka”, tylko po to, aby prześladować każdego innego. Władza ma pochodzić z ludu i być dla ludu takiego, jakim on jest, a nie takiego, jaki sobie wybierze i przekupi dla swojej wygody.

Z przerażeniem obserwuję, jak premier polskiego rządu nawykowo kłamie, a jego ministrowie głównie kradną. Jeśli nie pieniądze i prawa, to pozbawiając nas, godności i sprawiedliwości.

Jak można mówić o uczciwych wyborach, jeśli partia rządząca dofinansowała media publiczne miliardami publicznych złotych, aby chwaliły ich dokonania, odwracały uwagę od niekończących się afer ludzi PiS-u i atakowały pozostałe partie? To jest uczciwość, to jest prawo czy sprawiedliwość? Dla mnie to partia patologii i symulacji.

Nie dajmy się ponieść ich agresji propagandowej i starajmy się wyjaśniać, gdzie i komu się tylko da, tę podłość władzy.

 

 

Adam Mazguła

 

 

 

Książka „Adam Mazguła – Żołnierz gorszego sortu” dostępna w księgarniach na terenie całej Polski i w systemie sprzedaży internetowej.

Dystrybutorem książki jest Ateneum.

 

Na terenie Wielkiej Brytanii książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>>

 


Franciszek udostępni dokumenty z pontyfikatu Piusa XII, zwanego „papieżem Hitlera”

Stefan Dege

Stefan Dege

Zapowiedziane wcześniejsze udostępnienie watykańskich dokumentów dotyczących pontyfikatu Piusa XII pomoże w odpowiedzi na pytanie, jaki był jego stosunek do Holokaustu – mówi ks. prof. Hubert Wolf.

Papież Franciszek zapowiedział, że udostępni dokumenty dotyczących pontyfikatu papieża Piusa XII, już w 2020 roku

DW: Z zasady dokumenty z Tajnego Archiwum Watykańskiego udostępnia się historykom w 70 lat po zakończeniu pontyfikatu danego papieża. Papież Franciszek zapowiedział jednak, że udostępni dokumenty dotyczących pontyfikatu papieża Piusa XII wcześniej, bo już w 2020 roku. Czy spodziewa się Pan jakichś nowych odkryć?

Ks. prof. Hubert Wolf: Trudno powiedzieć. Pontyfikat Piusa XII trwał od 1939 do 1958 r. Od przyszłego roku dostępnych będzie 200 tys. akt o jednostkowej objętości do tysiąca stron. Myślę więc, że uzyskamy odpowiedzi na cały szereg pytań i nastąpi kres spekulacji.

DW: W sztuce Rolfa Hochhutha z lat 60. Pius XII przedstawiany jest jako papież, który milczał w sprawie Holokaustu, „papież Hitlera”. Czy dalej będzie można podtrzymywać tę tezę?

– Nie chcę spekulować. Są dwie możliwe interpretacje. Według pierwszej papież milczał, bo chciał zapobiec czemuś gorszemu. Holenderscy biskupi wtedy protestowali. Reakcją był wzrost skali deportacji. Według drugiej interpretacji papież powinien był koniecznie zabrać głos, bo gdyby to zrobił skala deportacji byłaby mniejsza. To jest ten zarzut, który Hochhuth wysuwa pod adresem papieża.

Trzeba najpierw dokładnie przeanalizować, kiedy papież właściwie otrzymał dokładne informacje. Od kiedy wiedział o tak zwanym „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej”? Od kiedy wiedział o Auschwitz? Od kogo się dowiedział? Jak wyglądał obieg informacji wewnątrz kurii? Z kim papież rozmawiał? Czy były gremia, które dyskutowały na ten temat? Jak było naprawdę z tym domniemanym protestem papieża napisanym dla Radia Watykan, o którym jego gospodyni siostra Pascalina Lehnert pisze w swoich wspomnieniach, że papież spalił ten list protestacyjny w piecu w swoim apartamencie?

Znamy jedynie spekulacje i wszyscy mają nadzieję, że dowiemy się teraz czegoś nowego.

DW: Zna Pan świetnie Watykan. Jak dalece kontrowersje wokół pontyfikatu Piusa XII zaszkodziły Kościołowi katolickiemu?

– Wydaje mi się, że rzeczywiście będzie można zakończyć tę dyskusję, jeśli dotrze się do źródeł. W kontaktach z ocalałymi z Holokaustu to zawsze bardzo frustrujące, kiedy ludzie, którzy to przeżyli, mówią: „Mam nadzieję, że jeszcze dożyję momentu, kiedy otwarte zostaną archiwa i będziemy wiedzieli, jak papież naprawdę zachował się wobec losu naszego narodu”. Tu pomóc może tylko prawda i prawdomówność. Trzeba wszystko położyć na stole.

DW: Czy antysemityzm nazistów nie był wtedy na rękę Kościołowi katolickiemu? Czy nie był wodą na młyn katolickiego antyjudaizmu?

– Biorąc pod uwagę te źródła, które badałem, datowane do 1939 r. byłbym tutaj bardzo ostrożny. Antysemityzm jest dla Kościoła katolickiego, chociażby w kontekście nauki o stworzeniu czymś absolutnie niewyobrażalnym. Jeśli przyjąć, że wszyscy ludzie pochodzą od Adama i Ewy, to nie może być żadnego rasowego antysemityzmu.

Dlatego trzeba podchodzić do tego w sposób bardzo ostrożny. Widać to na przykładzie Piusa XI, który w ostatnich dwóch-trzech latach pontyfikatu wyraźnie rozpoznał, co robią naziści i czym jest rasistowski antysemityzm. Jego wypowiedzi są bardzo jasne, jeśli wspomnieć, chociażby tę audiencję, w czasie której powiedział, że pod względem duchowym my, katolicy, jesteśmy wszyscy Semitami. To jest bardzo jasna wypowiedź. Dlatego chciałbym ostrzec przed kreśleniem linii pokrewieństwa między antyjudaizmem i rasistowsko motywowanym antysemityzmem. Przy czym oczywiście ten antyjudaizm istnieje.

DW: Dziękuję za rozmowę.

 

REDAKCJA POLECA

 


Świat wg ks. prof. D. Oko: genderyści, w prostej linii są dziećmi bolszewików. Traktują nas jak podludzi

– Aby zrozumieć, co robią genderyści, trzeba wiedzieć, że w prostej linii są dziećmi duchowymi (albo nawet fizycznymi) marksistów, bolszewików, komunistów. Tak jak dla ich ojców, kłamstwo jest chlebem powszednim. Wiemy, jak kłamali komuniści. Mówili, że tworzą „raj na ziemi”. – mówił ks. prof. Dariusz Oko w rozmowie dla Radia Maryja.

Genderyzm filozoficzny jest pochodną marksizmu

– Trzeba pamiętać, że marksiści, kiedy doszli do władzy, dopuścili się największych zbrodni w dziejach, przynajmniej 150 mln ofiar. Jeśli ktoś jest w stanie mordować dziesiątki milionów ludzi, to tym bardziej jest w stanie kłamać w najgorszy sposób, tak jak kłamali i kłamią komuniści. Genderyzm filozoficzny jest pochodną marksizmu. Działają tu podobne schematy. To są ateiści, którzy na miejscu Boga stawiają inne wartości. Genderyści szczególnie na miejscu Boga stawiają seks. Chcą absolutnej władzy nad światem. Nie udało im się przy pomocy kłamstwa, że chcą wyzwalać robotników, to teraz jest następne kłamstwo: że wyzwalają mniejszości seksualne – ocenił duchowny.

Maniacy seksualni

Zdanem ks. Oko, „ukrytym założeniem genderystów” jest niedopuszczenie do „żadnej krytyki homoseksualizmu”. – Jeżeli nie wolno powiedzieć jednego krytycznego słowa o homoseksualistach, to znaczy, że są to istoty doskonałe, idealne, które nie podlegają żadnej krytyce, czyli istoty boskie, bo tylko Bóg nie ma żadnych wad. Taka jest logika postępowania genderystów. (…) Jeżeli nie można by zupełnie krytykować homoseksualistów, to nie można by krytykować np. homoseksualistów-pedofili, czyli ludzi, którzy żyją jak maniacy seksualni, co jest częste u homoseksualistów – uważa ks. Oko, który już od 15 lat zajmuje się tematyką ideologii gender.

– Sami homoseksualiści mówią, że żyją jak maniacy seksualni. Geje ze Stanów Zjednoczonych wskazują, że średnio mają 500 partnerów seksualnych w życiu (…). Cała literatura gejowska i biografie to potwierdzają. (…) To są gejowskie standardy: niesamowita rozpusta, wielość partnerów, czyli nieopanowanie na poziomie zmysłowym. – ocenił.

„Homoideologowie traktują nas jak podludzi”

– Homoideologowie szczególnie napadają na księży, plują, mieszają nas z błotem.- uważa ks. Oko i jako przykład podaje film „Kler” – Tak ohydne rzeczy można mówić o księżach, a gejów nie można krytykować. – podkreślil – Księży można poniżać w dowolny sposób, nawet najbardziej niesprawiedliwy. (…) Oni traktują nas jak podludzi, bo nie pozwalają nam mówić prawdy, chcą nas zastraszyć. To, co robią jest sprzeczne z prawami człowieka, pętają wolność słowa. To tak, jakby nam zabronić mówić, że dzień jest jasny, a noc jest ciemna – zaznaczył w rozmowie z Radiem Maryja.

Dariusz Frach, thefad.pl / Źródło: Radio Maryja


Dariusz Stokwiszewski: Oto czym się skończą dla Polski obietnice „Ojca Narodu”

Dariusz Stokwiszewski

Dariusz Stokwiszewski

„Wódz” obieca nam jeszcze więcej, a liczba tych obietnic może być w odwrotnie proporcjonalna do czasu, jaki nam pozostał do wyborów – tzn., im krócej do nich, tym więcej obietnic! No cóż; tak jest zawsze wtedy, kiedy traci się grunt pod nogami i wyczuwa nadchodzący czas rozliczeń przed wymiarem sprawiedliwości!

Niedawno na jednym z pisowskich „spędów” w Katowicach bezdzietny „Ojciec Narodu Polskiego” – nieoficjalny i nielegalny przywódca, którego na tych wyreżyserowanych uroczystościach wita się równie uroczyście, jak północnokoreańskich Kimów, przekazał Polakom „dar serca” – obietnice w postaci tzw. „piątki Kaczyńskiego”! Obietnice puste, co ludzie światli wiedzą, a zaprogramowani i bezkrytyczni fani „wodza” (ciemna masa i ludzie interesowni, no bo jak to inaczej nazwać) „kupują” z zachwytem! Wspomniany „wódz” obieca nam zresztą jeszcze więcej, a liczba tych obietnic może być w efekcie odwrotnie proporcjonalna do czasu, jaki nam pozostał do wyborów – tzn., im krócej do nich, tym więcej obietnic! No cóż; tak jest zawsze wtedy, kiedy traci się grunt pod nogami i wyczuwa nadchodzący czas rozliczeń przed wymiarem sprawiedliwości!

W „Gazecie Prawnej” ukazał się ciekawy i fachowy artykuł, który opisuje to w sposób w pełni profesjonalny, stąd tutaj pozwolę sobie jedynie na podanie myśli przewodniej, a ta brzmi, jak następuje:

„Obietnice PiS oznaczają przekroczenie reguły wydatkowej. Sytuacja jest trudna i będzie wymagała wielu ryzykownych zabiegów księgowych”! Wiem, na czym to może polegać!

Co najciekawsze; z informacji autorów artykułu (M. Chądzyńskiego, G. Osieckiego, B. Godusławskiego) wynika, że minister finansów nie godzi się na złamanie, zawieszenie i/lub likwidację zawartej w prawie zasady powstrzymującej państwo przed nadmierną „hojnością”.

Mój komentarz do treści artykułu jest następujący: Co to może i będzie oznaczać dla naszego państwa? Otóż ni mniej, ni więcej jak tylko to, że zrealizowanie w oparciu o przyszłoroczny budżet „piątki Kaczyńskiego”, w tym 500 + na pierwsze dziecko, ale i trzynastej emerytury dla seniorów prawdopodobnie „spali na panewce”!

Planowany budżet zostanie przekroczony aż o 58 mld zł! Na to nie chce się zgodzić pani minister finansów w rządzie premiera Morawieckiego, która zdawać sobie musi sprawę z odpowiedzialności, jaką na siebie bierze i z tego, że prawdopodobnie stanie się przysłowiowym „kozłem ofiarnym” działań Kaczyńskiego, który skrupułów nie posiada; to dla niego pojęcie abstrakcyjne, co łatwo i przystępnie wyjaśnia nauka psychologii!

Mówiąc jeszcze inaczej „szanowny i dobroduszny prezes” po pierwsze: „dał” nam z naszych pieniędzy przedwyborczy „prezent – łapówkę” (bo budżet na dłuższą metę tego nie wytrzyma), po drugie nie zapomni tego odebrać (to już się dzieje w formie ukrytych podwyżek, opłat za media, podatków, które rosną w zastraszającym tempie)! Po trzecie, „łże jak pies” udając patriotę i męża stanu, którym nie był nigdy, nie jest, i nigdy nie będzie! Człowiek to bowiem totalnie odrealniony pozbawiony według mnie jakichkolwiek uczuć wyższych, stąd niezdolny do postępowania ukierunkowanego na coś innego, niż własna, chora wizja wielkości i mania władzy, która stała się już obsesją.

Nie ma sensu rozpisywać się obszerniej, gdyż czytelnicy nie lubią (co wynika z moich dokładnych obserwacji) czytać zbyt długo, nawet jeśli tekst jest ważny; większość woli wytłuszczone i kolorowe hasła, co ja potępiam i nie dbam o popularność, choć bardzo przykre jest dla mnie to, że wielu tak lekceważy sobie sprawy państwa, choć tłumaczę sobie też, iż każdy z nas ma inną percepcję, ale też i potrzeby zmysłowe. Stąd jedynym moim przekazem niech będzie poniższe, wytłuszczone zdanie, które nie po raz pierwszy wygłaszam:

PiS działa na szkodę państwa polskiego i Polaków. Ta partia (choć może nie zwyczajni członkowie i fani, którzy z różnych względów się z nią utożsamiają), chce za wszelką cenę utrzymać permanentną władzę, co gdyby miało się spełnić, będzie jednoznaczne z unicestwieniem Polski, jak państwa cywilizowanego – członka elitarnego Klubu Państw Demokratycznych w tym UE i NATO! Apeluję więc o to, aby nikt nie uległ jej demagogom rodzaju Jarosława Kaczyńskiego (emanacji zła), Zbigniewa Ziobry, osoby współodpowiedzialnej (podobnie jak Andrzej Duda, którego wymieniam na trzecim miejscu, bo jego realna rola w rządzeniu sprowadza się tylko do sygnowania tego, co Kaczyński i Ziobro wymyślą) i pozostałej hierarchii układu rządzącego! Musimy zdać sobie też sprawę z tego, że rządy premiera obecnego rządu są czysto ceremonialne. Oddawanie więc głosu na taką władzę jest przykładaniem ręki do zdrady i niszczenia własnej ojczyzny!

 

Dariusz Stokwiszewski

 

 

 


Co dalej z brexitem? UE przygotowuje się do porażki Theresy May

Deutsche Welle

Brytyjczycy chcą przesunięcia brexitu. Co się jednak może wydarzyć, jeśli premier Theresa May nie przetrzyma kryzysu? Unia Europejska rozważa rozmaite scenariusze.

Co dalej z brexitem? UE przygotowuje się do porażki Theresy May
Theresa May. Źródło: dw.de

Według brytyjskiego dziennika „Observer” przywództwo UE z troską rozważa scenariusz, na wypadek, gdyby brytyjska premier Theresa May nie przetrzyma utrzymującego się kryzysu rządu w Londynie. Jak podaje dziennik, sekretarz generalny Komisji Europejskiej Martin Selmayr przedyskutował możliwe rozwiązania na spotkaniu ambasadorów 27 państw Wspólnoty. – Wyobraźcie sobie, że Brytyjczycy mają nowego pełnomocnika ds. brexitu albo nowego premiera. Co wtedy? – pytał Selmayr na tym spotkaniu.

Jeśli May poda się do dymisji, zajdzie niebezpieczeństwo, że nowy szef rządu domagać się będzie kolejnych negocjacji lub wycofa wniosek o odroczeniu przewidzianego na 29 marca brexitu, który wynika z obowiązującego w dalszym ciągu artykułu 50.

Czy Londyn może sparaliżować UE?

Decydujące jest wotum brytyjskiego parlamentu dla odroczenia terminu wyjścia z UE. Jednak, aby do tego doszło, potrzebna jest również zgoda 27 państw członkowskich Unii.

Zdaniem dziennika „Observer” dlatego sekretarz generalny Komisji Europejskiej domaga się odroczenia brexitu na krótki termin. Gdyby w tym czasie miało dojść do dymisji premier May, zachodziłoby ryzyko, że nowy premier mógłby podjąć próby blokowania procesów politycznych w UE.

Dużym problemem są też majowe wybory do Parlamentu Europejskiego. Jego pierwsza sesja w nowym składzie przewidziana na lipiec, odbędzie się po raz pierwszy bez brytyjskich deputowanych. Sytuacja ta zdaniem Martina Selmayra może doprowadzić do poważnych problemów prawnych w UE.

Z kolei inny wariant zakłada, że możliwy następca Theresy May mógłby z taktycznych względów zagrozić wycofaniem wniosku o termin odroczenia. Wielka Brytania pozostałaby wtedy w Unii, ale nie byłaby reprezentowana w Parlamencie Europejskim. Zdaniem Selmeyra pojawia się wtedy kwestia, czy decyzje PE mogłyby w ogóle obowiązywać? Prowadziłoby to do długotrwałych sporów natury prawnej. Z kolei proces ich wyjaśniania mógłby wywołać paraliż decyzyjny w UE.

Według brytyjskiego dziennika sekretarz generalny KE pragnie zapobiec temu i dlatego przekonuje, że Londyn przed otrzymaniem terminu odroczenia brexitu musi złożyć odpowiednie gwarancje. Premier May powinna we wniosku o odroczenie zapewnić, że Wielka Brytania w tym okresie nie będzie ingerować w długoplanowe decyzje Unii. Gwarancje te muszą obowiązywać również możliwych następców Theresy May.

„Głosowanie bez szansy na zwycięstwo”

Tymczasem wciąż niejasne jest, czy i kiedy dojdzie do planowanego trzeciego głosowania nad wynegocjowaną przez premier umową brexitową z Brukselą. Jak powiedział w niedzielę (17.03.2019) kanałowi telewizyjnemu Sky News brytyjski minister handlu Liam Fox, możliwe, że rząd zrezygnuje w nadchodzącym tygodniu z głosowania. Wszystko zależy od tego, czy zarysuje się w parlamencie niezbędna większość. Gdyż zdaniem Foxa „głosowanie bez żadnej szansy na zwycięstwo nie ma sensu”.

Brytyjskie media przypuszczają, że odbędzie się ono we wtorek, 19 marca. Jeśli parlamentarzyści poprą umowę z UE, wówczas zgodnie z planem brytyjskiej premier termin brexitu zostałby odroczony o trzy miesiące do końca czerwca tego roku. Umowa wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej została już dwukrotnie odrzucona przez Izbę Gmin.

 

REDAKCJA POLECA

 


Pięć lat aneksji Krymu

Aneksja Półwyspu Krymskiego w marcu 2014 roku przyniosła Putinowi wśród Rosjan rekordowej popularności. Pięć lat później nie tylko spadły jego notowania, ale zmieniły się także nastroje społeczne.

Fot. flickr


Jeśli dzisiaj w kręgach ekspertów pada jeszcze określenie „efekt Krymu” lub „krymska premia” to są one używane wyłącznie w czasie przeszłym. A wyniki sondaży dotyczących prezydenta Władimira Putina osiągnęły znowu poziom sprzed aneksji ukraińskiego półwyspu pięć lat temu.

Wtedy zamaskowani i ciężko uzbrojeni mężczyźni przejęli na Krymie władzę. 16 marca 2014 r. rząd rosyjski przeprowadził tam sprzeczne z prawem referendum, które doprowadziło do oderwania Półwyspu Krymskiego od Ukrainy. Pomimo że jego wynik nie został zaakceptowany przez międzynarodowe gremia polityczne, Władimir Putin zadecydował jednostronnie 18 marca 2014 r. o „przyłączeniu Krymu do Rosji”. W Kijowie akt ten postrzegany jest jako początek okupacji, w Moskwie jako „zjednoczenie”.

Euforia w społeczeństwie

Decyzja szefa Kremla wywołała w społeczeństwie rosyjskim falę euforii. A popularność prezydenta Putina wzrosła gwałtownie z 60 do 80 procent. – Można to porównać wyłącznie ze stanem upojenia – mówi Nikołaj Pietrow z Rosyjskiej Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Moskwie. – Wtedy, w 2014 r., ludzie mieli uczucie, że wszystko funkcjonuje, wszystko jest dozwolone. Upajano się ponownie odzyskaną wielkością. Niemalże w takim samym stopniu zaniknęło w społeczeństwie uczucie obawy i troski – wyjaśnia Pietrow.

Konstantin Gaase z moskiewskiego Centrum Carnegie jest pewny, że „efekt Krymu” był zjawiskiem jednorazowym, którego nie można porównać z żadnym innym wydarzeniem w rosyjskiej historii. Zdaniem eksperta „próba powtórzenia tego efektu nie byłaby możliwa”. Bowiem efekt ten „nie ograniczał się wyłącznie do propagandy, lecz wydarzenia na Krymie dały wielu Rosjanom możliwość wypowiedzenia otwarcie tego, na co wcześniej by się nie odważyli”.

Otrzeźwienie wśród pragmatyków

Aleksej Titkow z organizacji pozarządowej Komitet Inicjatyw Społeczeństwa Obywatelskiego rozróżnia dwie grupy Rosjan, które popierały działania Putina na Krymie. Razem stanowią one dwie trzecie społeczności rosyjskiej. Jak wskazuje Titkow, „jedna z nich podejmuje tematy wojenne, skłania się ku radykalnym poglądom i rozwiązaniom, jak wojskowa interwencja, czy całkowite zerwanie stosunków z Zachodem”. Drugą grupę cechuje większa ostrożność i pragmatyzm i właśnie w tej grupie doszło w ubiegłych latach do największych przemian. A że „krymska premia” nie ma już takiej siły przyciągania, można było zauważyć latem 2018 r. Po ogłoszeniu przez rząd reformy emerytur i związanym z tym podniesieniem wieku emerytalnego, notowania Putina poleciały na łęb na szyję osiągając obecnie 64 procent. Jednak zdaniem ekspertów otrzeźwienie w społeczeństwie pojawiło się już wcześniej. – Liczba osób przekonanych o tym, że sankcje jedynie szkodzą, zaczęła rosnąć już w 2014 r. – uważa Titkow. Kiedy w 2015 r. władze rosyjskie zezwoliły na zniszczenie nielegalnie sprowadzonych do Rosji produktów z zagranicy, wielu Rosjan było rozczarowanych. Co prawda nadal popierali politykę zagraniczną Kremla, wyczuwali jednak, że sytuacja ulega wyraźnie pogorszeniu.

Krym nie jest już tematem

Nowy etap w rozwoju rosyjskiego społeczeństwa nie ma jeszcze określenia, ale cechuje go rozczarowanie, frustracja i rewizja dotychczasowej oceny sytuacji.

Jak dotąd Kreml nie znalazł jeszcze nic, co mogłoby zastąpić „efekt Krymu”. W pozyskaniu większego poparcia społecznego i podniesienia w nim nastrojów, mogłoby pomóc twarde zwalczanie korupcji. W opinii Alekseja Titkowa to „scenariusz na wzór Singapuru czy Chin”. Obecna władza z różnych powodów nie może tego przeprowadzić i ogranicza się do wyłapywania pojedynczych, niegroźnych przypadków nadużyć burmistrzów czy gubernatorów.

Wraz z „efektem Krymu” zaniechana została całkowicie w Rosji debata społeczna nt. prawdziwej przynależności Półwyspu Krymskiego. Inna rzecz, że nigdy nie była ona prowadzona na dużą skalę. Większość Rosjan zaakceptowała aneksję jako stan faktyczny. Jak podkreśla Konstantin Gaase z Centrum Carnegie, „nawet opozycja przestała o tym mówić”. Jednym z prominentnych krytyków polityki Putina był lider opozycji demokratycznej w Rosji Borys Niemcow, który został zastrzelony w lutym 2015 roku. – Przy tym kwestia przynależności Krymu jest w świetle prawa międzynarodowego wciąż aktualna i bolesna – wskazuje Gaase. W jego opinii konflikt ten może stać się dla rosyjskiego społeczeństwa i państwa jednym z największych problemów w nadchodzących 10-20 latach.

 

REDAKCJA POLECA

 

 


Roman Giertych: Dość szyderstw z chorego posła

Roman Giertych

Roman Giertych

Mam nadzieję, że po tej informacji zakończy się fala hejtu, szyderstw i drwin, która spotyka go od pierwszego sejmowego wystąpienia.

Zwrócił się do mnie o wystąpienie na drogę sądową przeciwko Telewizja Republika pan poseł Zbigniew Ajchler. Przed kilku laty stacja ta naśmiewała się z niego sugerując, że był pod wpływem alkoholu podczas wystąpienia sejmowego. Te drwiny Telewizji Republika powtarzane są obecnie przez część mediów w ramach podsumowań kończącej się kadencji.

Zapowiadam, że w imieniu mego Mandanta wszystkie tego typu sugestie będę ścigał na drodze sądowej.

Pan poseł Zbigniew Ajchler od ponad dwudziestu lat choruje na Parkinsona. W jego przypadku ta choroba neurologiczna jest całkowicie opanowana, lecz wywołuje skutki w postaci nieco nadmiernie zauważanej ekspresyjności. Nie chcę publikować zaświadczenia o chorobie, lecz jeżeli którykolwiek z dziennikarzy pragnie się o tym przekonać, to udostępnię zaświadczenie do wglądu w siedzibie kancelarii.

Pan poseł jest pod opieką najlepszych specjalistów od leczenia Parkinsona w Polsce i osiągnął sukces w postaci opanowania skutków tej choroby. Osiąga również olbrzymie sukcesy gospodarcze i publiczne (prowadzenie wielu firm, wielokrotny mandat radnego, a obecnie posła). Jednakże neurologiczne konsekwencje pierwszego etapu choroby są w jego zachowaniu czasami obecne.

Mam nadzieję, że po tej informacji zakończy się fala hejtu, szyderstw i drwin, która spotyka go od pierwszego sejmowego wystąpienia.

Roman Giertych
Adwokat


Dariusz Stokwiszewski: To nie czas na płacz, a na działanie. Polskę przejęli wrogowie narodu!

Dariusz Stokwiszewski

Dariusz Stokwiszewski

Co będzie, gdy siły demokratyczne rzeczywiście przegrają wybory i te i następne oraz prezydenckie?! Będziecie znowu udawać, że wierzycie i czekać do 2024 roku na kolejne?!

Przeczytałem właśnie wspólny artykuł obrońców Gerarda Birgfellnera, panów: Dubois i Giertycha dotyczący zaniechań prokuratury okręgowej w Warszawie w sprawie „afery Kaczyńskiego” (z budową wież za 1,3 mld zł w tle)! Jestem poruszony tym, co czytam i tym, co jest dla wszystkich od dawna jasne. Nie jestem prawnikiem, a politologiem, ale na tyle dobrze wykształconym, by umieć czytać i odbierać przekazy medialne z pełnym zrozumieniem. Jako politolog i osoba badająca rzeczywistość polityczną, ale również publicysta mam nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek relacjonować i interpretować to, co się wokół dzieje i z tego prawa korzystam. Tym bardziej że Ojczyzna jest zagrożona!

Od niemal trzech i pół roku w Polsce gwałcona jest Konstytucja RP, a także przepisy międzynarodowe, które kolejne polskie rządy po 1989 roku parafowały. Łamane są też w konsekwencji konstytucyjne prawa obywateli! Sprawujący władzę od jesieni 2015 r. rząd, jako pierwszy w nowożytnej historii naszego państwa zdradził własny naród. Na czele władz stoi w sposób nieuprawniony partyjny kacyk Jarosław Kaczyński – główny sprawca tego, że Polska z kraju demokratycznego stała się zohydzonym wyrzutkiem Europy. W tym dziele destrukcji polskiej państwowości bardzo aktywny udział biorą też co najmniej dwie ważne w hierarchii osoby uważające się za prawników: Andrzej Duda prezydent RP oraz Zbigniew Ziobro, pełniący (niegodnie) zaszczytne funkcje; ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego.

Ludzie ci w według mnie niemal permanentnie i z uporem godnym lepszej sprawy, w pełni świadomie, zamiast służyć Ojczyźnie, popełniają przestępstwa, za które w każdym normalnym demokratycznym państwie grożą wysokie kary więzienia, z pozbawieniem praw publicznych nawet na zawsze. Tymczasem w „Polsce – prywatnym folwarku” Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry wszystko uchodzi „im” bezkarnie! Zarzuty, za które winni stracić władzę i stanąć przed sądami (jedyne moje wątpliwości odnoszą się do tego, czy tylko polskimi, bo w tle są także TSUE i sąd austriacki) przedstawiam niżej.

Ludzi tych, ja osobiście (opierając się przy tym na właściwych przepisach prawa oraz dokumentach o obronności – poniżej ich fragment) traktuję w kategoriach zdrajców stanu i Ojczyzny, tylko tacy szkodzą własnemu państwu niszcząc je świadomie!

Oto moje uzasadnienie na potwierdzenie zawartych w niniejszym tekście tez:

Kategorie: „żywotnych, ważnych i innych istotnych interesów państwa” – określa SBN z 2007 (z jej aktualizacjami do 2014 włącznie), konstytucja. Jako ciekawostkę dodam tu, że tę SBN z 2007 roku zatwierdził ówczesny prezydent RP Lech Kaczyński! Wymienione kategorie interesów państwa podaje również (poprzedzona dwuletnimi pracami nad Strategicznym Przeglądem Bezpieczeństwa Narodowego) „Biała Księga Bezpieczeństwa Narodowego Rzeczypospolitej Polskiej”! Oczywiście ta władza jej prawdopodobnie nie uznaje, choć sama nie stworzyła niczego, co miałoby większy sens! Raczej odwrotnie: zrujnowała polskie zdolności obronne, co samo w sobie jest już sabotażem oraz zdradą Ojczyzny! Zrujnowała polską demokrację, zniszczyła trybunały i sądy, a także większość instytucji państwa! Takie rzeczy czyni tylko najeźdźca wobec wrogiego sobie państwa! Tak uważam, stąd jestem gotów tego stanowiska bronić wszędzie; na każdym forum i przed każdą instytucją, nawet pisowską! Bo nie zawsze chodzi tylko o to, żeby wygrać! Czasem wystarczy zamanifestować to, co boli, aby świat się dowiedział!

Fragment mojej monografii wydanej w 2014 roku przez Akademię Obrony Narodowej dotyczący Strategii Bezpieczeństwa Narodowego z 2007 roku:

Za nadrzędny cel strategiczny stojący przed Polską, w pierwszych dekadach XXI wieku SBN z 2007 roku uważa zapewnienie korzystnych i bezpiecznych warunków realizacji jej w/w interesów przez eliminację wszelkich zagrożeń, redukowanie ryzyka, odpowiednie oszacowanie podejmowanych wyzwań, i umiejętne wykorzystywanie pojawiających się szans. W efekcie interpretacja tych interesów narodowych sprowadza się to do:

  • zapewnienia niepodległości i nienaruszalności terytorialnej RP, suwerenności w decydowaniu o jej wewnętrznych sprawach (życia narodu, organizacji ustroju państwa);
  • stworzenia warunków rozwoju cywilizacyjnego i gospodarczego, decydujących o możliwościach działania narodu i państwa;
  • zapewnienia obywatelom możliwości korzystania z konstytucyjnych wolności, praw człowieka i obywatela, stworzenie bezpiecznych warunków do godziwego życia i rozwoju narodu w wymiarze materialnym i duchowym;
  • zapewnienia Polsce pełnych możliwości aktywnego kształtowania jej stosunków międzynarodowych, a także zdolności skutecznego działania poprzez obronę interesów narodowych promowanie wizerunku wiarygodnego uczestnika życia międzynarodowego, w tym realizacji zobowiązań sojuszniczych, stanowiących o wiarygodności państwa polskiego;
  • zapewnienia bezpieczeństwa, ochrony i opieki obywatelom RP przebywającym poza granicami kraju;
  • promocji gospodarki RP, wspierania polskich przedsiębiorców, a także budowy jej prestiżu w otoczeniu międzynarodowym;
  • zapewnienia poczucia bezpieczeństwa prawnego obywateli RP;
  • ochrony duchowego i materialnego dziedzictwa narodowego oraz zapewnienia możliwości jego bezpiecznego rozwijania we wszystkich sferach aktywności narodowej, w tym zwłaszcza ekonomicznej, społecznej i intelektualnej;
  • ochrony środowiska naturalnego i ochrony przed skutkami klęsk żywiołowych, a także katastrof spowodowanych poprzez działalność człowieka;
  • zapewnienia szerokiego dostępu do informacji, podniesienia poziomu edukacji narodowej i stworzenia silnego zaplecza naukowo-badawczego, połączonego z potencjałem wytwórczym, poprawiającym konkurencyjność gospodarki.

Czy zatem znajdzie się ktoś kompetentny (może być dr hab. Jacek Czaputowicz – hm!), kto mnie zechce przekonać co do tego, że obecny polski rząd PiS i SP nie złamał któregoś z tych zapisów. A nawet jeśli się ten jeden czy dwa przykłady jakoś (na siłę znajdą), to będzie twierdził, że ta władza nie działa wbrew interesom Polski? Jeśli tak, to ja chętnie podejmę rzeczową polemikę i nie ma znaczenia, na jakim to będzie forum! Natomiast jeśli okaże się, że większość złamał, to będzie znaczyło, że działa na szkodę państwa, że dopuścił się zdrady racji stanu, a więc też zdrady Rzeczypospolitej Polskiej! I ja właśnie takie poczucie mam, a ponadto biorąc pod uwagę przestępstwa popełniane w świetle reflektorów przez niektórych prominentnych przedstawicieli tej władzy (parę przykładów znalazła już sama prokuratura), a także próby „zamiatania pod tzw. dywan” spraw przestępczych, będących tajemnicą poliszynela, mam także wrażenie tego, jakby na szczytach władzy stała jakaś zorganizowana grupa przestępcza. Nie twierdzę tego, że w 100 procentach tak jest, ale jest mnóstwo podstaw do takiego stwierdzenia! Stąd, mam też nadzieję na to, że ludzie ci zostaną wkrótce rozliczeni co do jednego, gdyż nie umiem sobie wyobrazić tego, by po zniszczeniu państwa prawa mieli pozostać tu, gdzie są obecnie – przy władzy. Według mnie nie są tego absolutnie godni.

Ponadto partia władzy wbrew konstytucji RP ochrania, a nawet gloryfikuje środowiska neonazistowskie i skrajnie narodowe (tu: wiceminister z ONR, który stoi pod zarzutami prokuratorskimi), pozwala także na bezkarność oprawców, w stosunku do pokojowo manifestujących przeciwników nazizmu i wieszających fotki polityków na szubienicach! Biorąc to pod uwagę, uważam, że po usunięciu w wyniku wyborów od władzy powinna zostać zdelegalizowana wraz z innymi partiami niedemokratycznymi (ONR, MW etc.)!

Proszę nie bagatelizować tego, co piszę, bo pod rządami PiS Polska może przestać istnieć! Czas się nam dramatycznie kończy, stąd nie można według mnie czekać aż do wyborów, które mogą też być sfałszowane, a nawet jeśli nie, to tak ustawione, aby opozycja nie zdobyła władzy. Poniżej postaram się krótko to wyjaśnić.

SN (zwłaszcza dwie nowe izby) jest wbrew pozorom pisowski. Sądy powszechne także są zdominowane przez sędziów (przynajmniej niektórzy z prezesów), którzy bądź to się przestraszyli „efektu mrożącego”, bądź dla kariery zrobią wszystko! Już „za chwilę tzw. prezes TK – mgr Julia Przyłębska wskaże dwóch nowych sędziów PKW – to także stanie się pisowskie, a jako takie, wyznaczy „pisowskich komisarzy”, którzy pod byle jakim pozorem mogą sobie unieważniać listy kandydatów podnosząc tym samym konieczny dla osiągnięcia przez opozycje „próg wyborczy”! Z kolei swoją drogą prokuratura, jak już wielokrotnie bywało, może stawiać kandydatom zarzuty z oskarżenia publicznego (zamiast pozostawić to osobom prywatnym, które z tego, czy z innego względu czują się dotknięte), co ich wyeliminuje z walki o mandaty! Czy jeszcze trzeba coś dodawać? No może tylko otuchy i wiary w to, że „ktoś” zacznie działać jeszcze przed wyborami!

Na koniec test dla tych, którzy często otwierają usta jedynie dla krytyki, bo zwykle sami nie są w stanie napisać 10 zdań poprawnie. Otóż drodzy malkontenci uważający, że opozycja nic więcej zrobić nie może i musi czekać do wyborów, proszę o odpowiedź, albo przemyślenie własnej postawy:

Proszę powiedzieć, co będzie, gdy z w/w czy innych powodów siły demokratyczne rzeczywiście przegrają wybory i te i następne oraz prezydenckie?! Będziecie znowu udawać, że wierzycie i czekać do 2024 roku na kolejne?!

 

Dariusz Stokwiszewski

 


Robert Biedroń: Jestem europejskim fundamentalistą. Tak jak są pisowscy talibowie, tak ja jestem europejskim talibem

Niemcy poradzą sobie bez Polski, ale Polska bez Niemiec nie – mówi Robert Biedroń. Lider Wiosny opowiada się w wywiadzie dla Deutsche Welle za europejską współpracą z Berlinem i Paryżem.

Robert Biedroń: Jestem europejskim fundamentalistą. Tak jak są pisowscy talibowie, tak ja jestem europejskim talibem
Robert Biedroń – konwencja wyborcza partii Wiosna, Kielce, 19.02.2019 r. Fot.
Jarosław Roland Kruk / Wikipedia, licencja: CC-BY-SA-3.0

Deutsche Welle: Krytyczna wobec Kościoła, bardzo liberalna światopoglądowo, proekologiczna partia Wiosna może zostać – według aktualnych sondaży – trzecią siłą w polskiej polityce. Czy coś się zmienia w polskim społeczeństwie, czy to raczej przekorna reakcja na rządy PiS-u?

Robert Biedroń: W DNA każdego społeczeństwa jest grupa ludzi, którzy cenią sobie demokrację, cenią sobie rozdział państwa od Kościoła, cenią sobie czyste powietrze i pewne standardy szczęśliwego i lepszego życia, więc to nie jest żaden fenomen. To jest coś, co funkcjonuje w naturalny sposób w polskim społeczeństwie. Myślę, że funkcjonowało też wcześniej, ale nie miało wiarygodnej reprezentacji politycznej. Wiosna wyartykułowała tylko potrzeby i pragnienia dużej części wyborców. Nie uważam, że wynika to z jakiegoś przesilenia i zniechęcenia do tego, co robi obecna władza. Oczywiście, to jest wypadkową tego wszystkiego. Ale myślę, że są ludzie, którzy od dawna cenią takie wartości i oczekują swojej reprezentacji.

DW: Jednak czy partia Wiosna nie jest zjawiskiem sezonowym? Osiem lat temu był już Ruch Palikota, który zakwitł i szybko przekwitł.

– Myślę, że w XXI wieku partie będą się pojawiały i znikały, będąc odpowiedzią na potrzebę chwili. Ale w naszym przypadku jest to coś trwałego. Bardzo ważne jest w tym wszystkim to, aby zachować wiarygodność.

DW: I co Pan zrobi, żeby tej wiarygodności nie stracić?

– Będę przeciwieństwem tego, co zrobiła np. Nowoczesna. Kiedy przyszło do głosowania w sprawie projektu Ratujmy Kobiety, wyciągnęli karty do głosowania i za tym projektem nie zagłosowali. Trzeba zawsze stać po stronie swoich wartości.

DW: Skoro mówimy o obronie swoich wartości. Zanosi się na ostry przedwyborczy atak na środowiska LGBT w Polsce. Czy będzie Pan ich bronił?

– Przecież ja sam jestem częścią środowiska LGBT, więc sam się muszę bronić w tym kontekście. Ale myślę, że Jarosław Kaczyński przelicytował. Dzisiaj już nie da się straszyć gejami i lesbijkami tak jak kiedyś. Polacy wiedzą, że geje i lesbijki są częścią tego społeczeństwa. To oczywista oczywistość. Wiele osób zrozumiało też, że równouprawnienie jest częścią demokracji. Nie da się walczyć o demokrację nie walcząc o prawa ludzi LGBT.

DW: Rozmawiamy w Berlinie. Jakich życzyłby Pan sobie stosunków polsko-niemieckich?

– Dobrosąsiedzkich! My jesteśmy partnerami. Powinniśmy traktować naszych przyjaciół po niemieckiej stronie tak jak najlepszego sąsiada na świecie. Dla nas Niemcy są najlepszym sąsiadem, nie ma alternatywy. W naszym interesie są dobre koleżeńskie stosunki z tym silnym graczem nie tylko w Europie, ale i na świecie. I to, co się teraz dzieje w polityce polsko-niemieckiej jest kompletnie nierozsądne. Z Niemcami mamy do wyjaśnienia wiele spraw, choćby Nord Stream 2, ale Niemcy mogą być dla nas partnerem w rozwiązywaniu wielu problemów.

DW: Ale mamy z tym partnerem trudną historię. Czy Polska powinna domagać się od Niemiec reparacji za drugą wojnę światową?

– Oczywiście, że nie. To głupota. Czy Niemcy powinni zacząć domagać się oddania Słupska albo Wrocławia? Polacy chcą mieć w Niemczech dobrego sąsiada, chcą razem rozwiązywać problemy europejskie, chcą siedzieć razem przy wspólnym stole z Angelą Merkel i Emmanuelem Macronem, żeby załatwiać polskie problemy w Europie. Wywracanie stolika nie ma sensu. Niemcy poradzą sobie bez Polski, ale czy Polska poradzi sobie bez Niemców, kiedy Putin grasuje w Europie?

DW: A propos Emmanuela Macrona. Jak podobają się panu propozycje Macrona ws. reformy Unii Europejskiej?

– Są odważne. On sam nazwał je renesansem dla Europy. Brakuje polityków, którzy przedstawiają jakąś wizję przyszłości Europy. Co prawda są w tych propozycjach rzeczy, które mi się nie podobają…

DW: Na przykład?

– Taki francuski egoizm, patrzenie na przyszłość Europy z francuskiej perspektywy. Ale są też rzeczy, które mi się bardzo podobają. Na przykład wspólna polityka unijna związana z klimatem. To dla Polski bardzo ważne. Każdego roku 45 tys. osób umiera ze względu na zanieczyszczone powietrze.

DW: A jakiej chciałby pan Unii Europejskiej?

– Ja jestem europejskim fundamentalistą. Tak jak są pisowscy talibowie, tak ja jestem europejskim talibem. Uważam, że w interesie Polski jest bycie w Unii i rozwiązywanie realnych problemów. Nie należy zajmować się w Unii krzywizną banana, ale na przykład problemem zachorowalności na nowotwory, problemem braku mieszkań, zanieczyszczenia powietrza, niskich płac.

DW: Jak Unia Europejska powinna podejść do sprawy migracji? Jesteśmy otoczeni przez dużo biedniejsze regiony w Azji, Afryce. Jest wielki ciąg do Europy. Co Unia powinna robić?

– Unia powinna prowadzić rozsądną politykę. Nie politykę otwartych drzwi bez dyskusji. Nie da się, po tym, co zrobił PiS, wytłumaczyć Polkom i Polakom, że powinniśmy szeroko otworzyć drzwi i każdego wpuścić do Europy. Ale da się zainwestować w edukację, żeby przygotować ludzi do dyskusji na temat uchodźców i w pewnym momencie zacząć poważną debatę na temat tego, jak w mądry sposób prowadzić politykę imigracyjną w naszym kraju.

DW: Czy Angela Merkel dobrze postąpiła nie zamykając granic przed uchodźcami w 2015 roku?

– To była polityka Niemiec, taką decyzję podjęła Angela Merkel. Polski rząd podjął zupełnie inną i uważam, że podjął złą decyzję. Angela Merkel zapłaciła cenę za swoją politykę. Ale to pokazuje najlepiej, jak pilnie potrzebujemy europejskiej, unijnej polityki dotyczącej imigracji, bo z jednej i z drugiej strony to nie zadziałało.

Rozmawiał Wojciech Szymański