Roman Giertych: Trzeba rozliczyć PiS. I dlatego głosuję na Trzaskowskiego

Roman Giertych

Roman Giertych

„Dlaczego ja, katolik, głosuję na Trzaskowskiego?” – pytają mnie znajomi. Odpowiadam, że mam bardzo ważne powody: nie chcę prezydenta zdemoralizowanego, wykonującego wolę Kaczyńskiego. Nie chcę powrotu PiS do władzy ze wszystkimi złodziejstwami i izolacją międzynarodową. Trzaskowski to człowiek uczciwy, skromny i bardzo wykształcony – nie będziemy się go wstydzić. Wspiera proces rozliczenia PiS i daje gwarancję współpracy z demokratycznym rządem. Dlatego 1 czerwca zagłosuję właśnie na niego.

Roman Giertych tłumaczy, dlaczego jako katolik – i zarazem były krytyk części postulatów liberalnej lewicy – odda głos na Rafała Trzaskowskiego. Wbrew pozorom nie chodzi o aborcję, światopogląd czy kwestie obyczajowe. Chodzi o coś znacznie bardziej fundamentalnego: uczciwość, bezpieczeństwo państwa i wiarygodność reprezentacji Polski na arenie międzynarodowej.

Giertych powołuje się na dokumenty watykańskie, ostrzega przed powrotem układów z czasów rządów PiS i nie szczędzi mocnych słów pod adresem kandydata obozu Kaczyńskiego. Opisuje wybór nie jako ideologiczną deklarację, ale jako moralny obowiązek wobec kraju. Dla wielu czytelników jego stanowisko może być zaskakujące – dla innych stanie się punktem odniesienia w coraz bardziej spolaryzowanej debacie przed wyborami prezydenckimi.

Rafał Trzaskowski kandydatem na prezydenta

Poniżej publikujemy pełny tekst Romana Giertycha w oryginalnej wersji.

Dlaczego ja, katolik, głosuję na Trzaskowskiego?

Wielu moich katolickich znajomych zadaje mi to pytanie i przypomina, że przecież zostałem odwołany z funkcji wiceszefa klubu KO za to, że nie chciałem poprzeć projektu Anny Marii Żukowskiej o aborcji, a Trzaskowski ten projekt popiera.

Zawsze im wtedy przypominam to, co napisał Joseph Ratzinger jeszcze gdy był prefektem Kongregacji Doktryny Wiary u Jana Pawła II. 1 lipca 2004 roku w liście do biskupów amerykańskich napisał tak:

„Jeśli natomiast katolik nie podziela stanowiska kandydata popierającego aborcję i/lub eutanazję, ale głosuje na niego z innych powodów, jest to uznawane za daleką współpracę materialną, która może być dopuszczalna w obecności proporcjonalnie ważnych powodów.”

Otóż ja mam bardzo „ważne powody”, aby głosować na Trzaskowskiego.


Po pierwsze, nie chcę Prezydenta Nawrockiego. Nie chcę, aby mój kraj był reprezentowany przez człowieka do szpiku kości zdemoralizowanego, oszusta, lichwiarza, kłamcę i przyjaciela gangsterów zajmujących się handlem ludźmi. I to, że deklaruje on wierność nauce Kościoła, ma dla mnie zerowe znaczenie w sytuacji, gdy nie żyje swoimi deklaracjami.


Po drugie: nie chcę, aby moją Ojczyznę reprezentowała taka „decyzja prezesa”, która będzie we wszystkim wykonywać wolę Kaczyńskiego. Oznaczać to bowiem będzie powrót PiS do władzy – ze wszystkimi złodziejstwami, masowym rabunkiem mienia państwowego oraz izolacją międzynarodową.


Po trzecie, Trzaskowski jest człowiekiem skromnym, uczciwym i bardzo wykształconym. To człowiek, którego nie będziemy się wstydzić. Będzie świetnie reprezentować nasz kraj na arenie międzynarodowej.


Po czwarte, to nie Prezydent w Polsce stanowi prawo, ale Sejm. Jak już powiedział premier Donald Tusk – w tym Sejmie nie ma większości na radykalną zmianę prawa aborcyjnego.

Może znajdzie się większość na jakąś wersję kompromisową (może ma szansę mój projekt, który zakłada, że do 12. tygodnia życia płodu to tylko kobieta, która dokonała aborcji, może zainicjować ściganie karne pomocników czy podżegaczy, a bez jej wniosku postępowania nie ma).

Zresztą trudno sobie wyobrazić jakąś radykalną zmianę w tym temacie, gdy we wczorajszych wyborach większość obywateli poparła kandydatów, którzy opowiadali się za zaostrzeniem i tak bardzo surowego prawa aborcyjnego. A nawet wśród kobiet większość opowiedziała się za kandydatami, którzy nie chcą liberalizacji.

Głosując na Prezydenta RP, wybieramy przede wszystkim reprezentanta, a nie prawodawcę. A w tym obszarze Trzaskowski bije na głowę Nawrockiego.


Po piąte. Rząd potrzebuje współpracującego Prezydenta RP. Jesteśmy dzisiaj o krok od stania się regionalną potęgą. Wybór Trzaskowskiego taką współpracę gwarantuje.


Po szóste, wreszcie – uważam, że PiS trzeba rozliczyć, bo taki rażący brak sprawiedliwości jest dla społeczeństwa demoralizujący. Trzeba ich rozliczyć do szpiku kości.

Bez Prezydenta okazało się to niemożliwe. Wybór Nawrockiego oznaczałby praktyczny koniec albo bardzo duże utrudnienie rozliczeń PiS. Kogo sądy by skazały, to on by ich – na polecenie Kaczyńskiego – ułaskawiał.

Trzaskowski natomiast publicznie i na spotkaniu Zespołu ds. Rozliczenia PiS deklaruje pełne wsparcie dla procesu rozliczenia. Moim zdaniem jest w tym wiarygodny.


Z tych powodów zagłosuję 1 czerwca na Rafała Trzaskowskiego. Jestem przekonany, że większość Polaków uczyni podobnie.

Roman Giertych, opr. Dariusz Frach, thefad.pl

 

 


Dlaczego Braun i Nawrocki zyskują kosztem Trzaskowskiego i Hołowni? Skiba o prezydenckich preferencjach Polaków

Wyniki ostatnich wyborów w Polsce ukazują paradoksy narodowej duszy – tęsknotę za silną ręką, nieufność wobec „pięknoduchów” i fascynację tymi, którzy budzą kontrowersje. Wynik Grzegorza Brauna to nie tylko kolejna karta w politycznym teatrze absurdu, ale i bolesne lustro – pokazujące, kim naprawdę chcemy być jako społeczeństwo. Polska, choć coraz bardziej nowoczesna na papierze, wciąż potrafi głosować sercem pełnym resentymentu i głową odwróconą od przyszłości. Wybieramy ludzi, którzy gardzą kobietami, święcą granaty, a za cnotę uważają umiejętność unikania konsekwencji.

Nie chodzi już o programy wyborcze – te dawno przestały być istotne. Liczy się charyzma spod sutanny, chłopski spryt i pogarda dla słabszych.

Grzegorz Braun, z jego radykalną retoryką i wizją Polski pod sztandarem tradycji, zdobywa serca tych, którzy – jak ironicznie zauważa Krzysztof Skiba – chętnie oddaliby głos na „katolickich talibów”. Skiba portretuje wyborczy krajobraz jako przestrzeń, w której kobieta najlepiej wygląda w kuchni, a Kościół w centrum państwa. Magdalena Biejat, mimo politycznej sprawności, przegrywa z własną płcią.

Ci, którzy próbują uprawiać politykę w oparciu o uczciwość i kompetencje, w tym krajobrazie wypadają blado. Wygrywają natomiast ci, którzy ucieleśniają spryt, bezczelność i dobrze znany Polakom etos „kombinatora” – jak choćby tajemniczy „Prezes Nawrocki”, człowiek z przeszłością pełną cieni i wpływowych znajomości. Na ich tle Szymon Hołownia, z nieskazitelnym życiorysem i poetyckim wizerunkiem, wydaje się zbyt „miękki”, by wzbudzać zaufanie. Nawet Rafał Trzaskowski – wykształcony, europejski, bez skandali – budzi podejrzliwość. Bo, jak prowokacyjnie pyta Skiba: po co nam lepsi od nas samych?

Poniżej publikujemy pełny tekst Krzysztofa Skiby w oryginalnej wersji.

KOC GAŚNICA ZAKONNICA

Cieszy świetny wynik wyborczy Grzegorza Brauna, który potwierdza, że Polacy uwielbiają zamordyzm i polską odmianę talibów. Za mało mamy wtrącania się Kościoła do polityki. Chcemy więcej tuszowania afer kościelnych i przywilejów dla czarnych sukienek.

Wielu Polaków nie lubi też kobiet. Kobieta zawsze narzeka i stęka, za dużo ględzi, gdy idziemy z kumplami na piwo. A ostatnio to już w ogóle kobietom odbiło, bo zabierają głos i się buntują, tak więc każdy polityk, który widzi rolę kobiety w kuchni, a najlepiej z kocem na twarzy i na kolanach, ma głos kochającego tradycję i ojczyznę Polaka.

Taka na przykład Magdalena Biejat, gdyby była facetem, miałaby o wiele większe szanse, bo mówiła sensowniej niż Zandberg. Biejat to polityk z krwi i kości. Ale niestety baba.

Tak naprawdę to szkoda, że nie startował jakiś muskularny proboszcz o niebieskich oczach, z krzyżem na piersiach i z kropidłem w dłoni oraz z programem „To co nas podnieca, to kościelna świeca”, bo zdobyłby jeszcze więcej głosów niż poczciwy Grigorij, miłośnik demolki i zadymy, czyli Naczelny Mufti Katolickich Talibów Braun.

Wybory potwierdzają też, że Polacy kochają osoby umoczone. Decyzja Prezesa, zwanego Nawrockim, facet z rozległymi kontaktami w półświatku, były załatwiacz panienek z sopockiego Grandu, oszust naciągający emeryta, to są cechy, które powodują, że ten dresiarz przebrany w garnitur, spodobał się wielu naszym rodakom. Lubimy bowiem ludzi skutecznych, sprytnych i śliskich.

Nie cierpimy za to pięknoduchów. Ten Hołownia to powinien tomiki poetyckie wydawać, a nie pchać się do polityki. On nie nadaje się na prezydenta Polaków, bo od razu widać, że niczego ani nie ukradł, ani w życiu nie dał żadnej babie w pysk, a pewnie też nie chleje, ani nawet nie przeklina. To po co nam taki wymoczek?

Dziwi za to spora liczba głosów na Rafała Trzaskowskiego. Dobrze wykształcony, przystojny facet z normalną rodziną i bez powiązań z kryminalistami, mówiący biegle w pięciu językach i opowiadający bajki o tolerancji i o wspólnej Polsce, wydał się wielu podejrzany. Nie chcemy tu nad Wisłą lepszych od siebie.

Krzysztof Skiba, op. Dariusz Frach, thefad.pl

 

 


Wybory prezydenckie 2025. Mała różnica, wielkie emocje. Trzaskowski i Nawrocki w drugiej turze

Niewielka różnica, wysoka frekwencja i dwie wizje Polski na kursie kolizyjnym – tak kończy się pierwsza tura wyborów prezydenckich 2025. Rafał Trzaskowski i Karol Nawrocki zmierzą się w decydującym starciu 1 czerwca.

Pałac prezydencki Warszawa. Fot. Dariusz Frach, thefad.pl

Wieczór wyborczy przyniósł potwierdzenie tego, co od tygodni zapowiadali analitycy: starcie dwóch obozów – liberalno-centrowego i konserwatywno-narodowego – jest nieuniknione. Z badania exit poll przeprowadzonego przez Ipsos dla TVN24, Polsat News i TVP Info wynika, że Rafał Trzaskowski zdobył 30,8 procent głosów. Tuż za nim, z wynikiem 29,1 procent, uplasował się Karol Nawrocki. Różnica zaledwie 1,7 punktu procentowego oznacza, że o wyniku pierwszej tury mógł zadecydować margines błędu statystycznego. Druga tura będzie politycznym referendum nad przyszłością kraju.

Przepustka do drugiej rundy

Trzaskowski, powtórzył wynik z 2020 roku i znów znalazł się w finale. – „Bardzo się cieszę, że wygrałem I turę, ale dużo pracy przed nami. Potrzebna jest determinacja, wasze głosy, przekonywanie wszystkich” – mówił w wieczór wyborczy w Sandomierzu.

Rafał Trzaskowski Fot. screenshot, youtube

Po stronie Prawa i Sprawiedliwości Karol Nawrocki – choć nie był postacią szeroko rozpoznawalną na początku kampanii, w pierwszej turze zebrał poparcie na poziomie 29,1 procent i to on dziś urasta do głównego rywala obozu liberalnego.

Karol Nawrocki Fot. screenshot, youtube

Mentzen na trzecim miejscu, lewica podzielona

Trzecia pozycja przypadła Sławomirowi Mentzenowi, kandydatowi Konfederacji, który uzyskał 15,4 procent. To wynik znaczący – potwierdza silną obecność nastrojów antysystemowych, zwłaszcza wśród młodszych wyborców. Mentzen, dystansujący się zarówno od Trzaskowskiego, jak i Nawrockiego, może w nadchodzących dwóch tygodniach odegrać kluczową rolę w redystrybucji poparcia.

Kolejne miejsca pokazują rozdrobnienie lewicy. Grzegorz Braun, znany z kontrowersyjnych wypowiedzi i radykalnego przekazu, zdobył 6,2 procent. Adrian Zandberg (5,2 proc.) i Magdalena Biejat (4,1 proc.) nie zdołali zbudować wspólnego frontu, co prawdopodobnie kosztowało ich miejsce w górnej połowie stawki. Szymon Hołownia zakończył wyścig z wynikiem 4,8 procent. W porównaniu z wyborami z 2020 roku to dramatyczny spadek i potwierdzenie słabnącej pozycji Polski 2050.

Hołownia popiera Trzaskowskiego

Po ogłoszeniu wyników exit poll, Szymon Hołownia wyraził swoje poparcie dla Rafała Trzaskowskiego w drugiej turze wyborów prezydenckich. – „Rafałowi trzeba życzyć powodzenia, trzeba go wspierać. Będę gorąco zachęcał wszystkich, którzy mi zaufali, żeby w II turze zaufali Rafałowi” – powiedział Hołownia podczas wieczoru wyborczego. Dodał również, że obecne wyniki nie są zgodne z jego oczekiwaniami i patrzy na nie z dużym niepokojem, zwłaszcza w kontekście wysokiego poparcia dla kandydatów głoszących nienawiść i agresję .

Głos ludu, głos protestu

Na dalszych miejscach znaleźli się Joanna Senyszyn i Krzysztof Stanowski (po 1,3 proc.), Marek Jakubiak (0,8 proc.), ekonomista Artur Bartoszewicz (0,5 proc.), youtuber Maciej Maciak (0,4 proc.) i Marek Woch (0,1 proc.). Choć ci kandydaci nie odegrali kluczowej roli w tej turze, ich obecność odzwierciedla pluralizm i frustrację części wyborców.

W sumie w wyborach startowało 13 kandydatów. Exit poll wskazuje na rekordową frekwencję – 66,8 procent. To wynik najwyższy w historii wyborów prezydenckich w Polsce po 1989 roku. Oznacza to nie tylko silne zaangażowanie obywateli, ale też rosnącą polaryzację społeczeństwa.

Dwie Polski, jedno pytanie

Zarówno Rafał Trzaskowski, jak i Karol Nawrocki mają teraz dwa tygodnie, by przekonać Polaków niezdecydowanych oraz elektoraty pozostałych kandydatów. Kluczowe będą nie tylko debaty, ale też retoryka – czy pójdzie w stronę mobilizacji własnych, czy prób pojednania.

Druga tura – zaplanowana na 1 czerwca – nie będzie wyłącznie starciem dwóch polityków. To moment, w którym Polacy odpowiedzą sobie na pytanie, w którą stronę powinna zmierzać ich demokracja.


Wyniki badań exit poll przeprowadzonego przez ośrodek Ipsos na zlecenia TVN24, Polsat News i TVP Info:
Rafał Trzaskowski – 30,8%
Karol Nawrocki – 29,1%
Sławomir Mentzen – 15,4%
Grzegorz Braun – 6,2%
Adrian Zandberg – 5,2%
Szymon Hołownia – 4,8%
Magdalena Biejat – 4,1%
Joanna Senyszyn – 1,3%
Krzysztof Stanowski – 1,3%
Marek Jakubiak – 0,8%
Artur Bartoszewicz – 0,5%
Maciej Maciak – 0,4%
Marek Woch – 0,1%

 

Co dalej? Late poll i dane PKW

Przypomnijmy, że zgodnie z danymi Państwowej Komisji Wyborczej, do godziny 17:00 zagłosowało 50,69 procent uprawnionych. Dla porównania, pięć lat temu o tej porze frekwencja wynosiła 47,89 procent. To wyraźny sygnał rosnącego zainteresowania obywateli wynikiem wyborów, który może wpłynąć na rozstrzygnięcia w drugiej turze.

W najbliższych godzinach pracownia Ipsos opublikuje także tzw. late poll – prognozy tworzone na podstawie danych z komisji wyborczych. W ich przypadku błąd pomiaru spada stopniowo: najpierw do 1 punktu procentowego, później nawet do 0,5 punktu. Pierwszy late poll może zostać opublikowany jeszcze w poniedziałek w nocy, kolejny – we wtorek rano.

Na oficjalne wyniki I tury przyjdzie nam poczekać nieco dłużej. – „Mam nadzieję, że te ostateczne wyniki głosowania w I turze wyborów prezydenckich poznamy we wtorek rano. Jest jednak niewykluczone, że wyniki będą znane już w poniedziałek, ale jeśli tak, to późno, około północy. Wszystko zależy od zagranicy” – przekazał w rozmowie z Onetem przewodniczący PKW Sylwester Marciniak.

Ponieważ żaden z kandydatów nie uzyskał bezwzględnej większości głosów, zgodnie z konstytucją odbędzie się druga tura – w niedzielę, 1 czerwca. Wygra ten, kto zdobędzie zwykłą większość głosów. Ważność wyboru prezydenta stwierdzi Sąd Najwyższy.

DF, thefad.pl / Źródło: media

 


Czy AI zastąpi Boga i terapeutę? Eksperci o duchowej roli sztucznej inteligencji

Coraz więcej osób zwraca się po wsparcie do algorytmów — wszechobecnych, coraz bardziej zaawansowanych, a dla niektórych niemal wszechmocnych. Sztuczna inteligencja nie tylko pomaga w codziennych sprawach, ale coraz częściej pełni rolę duchowego przewodnika czy powiernika. Filozofka i terapeuta zwracają uwagę na nowe rytuały i możliwości, jakie oferuje popularyzujący się ChatGPT — zarówno w momentach kryzysu, jak i w poszukiwaniu sensu.

Czy AI zastąpi Boga i terapeutę. Fot. thefad.pl / AI

Sztuczna inteligencja jako nowy bóg?

Zdaniem filozofki Claudii Paganini wiele przemawia za takim poglądem. – Wiele osób postrzega aplikacje AI jako coś więcej niż tylko techniczne rozwiązanie codziennych problemów – powiedziała w niemieckim radiu Deutschlandfunk. Coraz częściej słychać, że na przykład ChatGPT staje się preferowanym rozmówcą w sytuacjach kryzysowych.

Zamiast porannej modlitwy lub medytacji można zacząć dzień od zapytania sztucznej inteligencji, jaka będzie pogoda albo co wydarzyło się w nocy na świecie. – W ten sposób powstają nowe rytuały – wyjaśnia. Nabierają one wymiaru duchowego zawsze wtedy, gdy nie chodzi tylko o uzyskanie informacji, lecz o „znalezienie orientacji i sensu w trudnym położeniu”.

Claudia Paganini zwraca uwagę również na mniej oczywiste konsekwencje korzystania z AI. Podkreśla, że nawet banalna komunikacja z chatbotami wiąże się z realnym zużyciem energii — co w dobie kryzysu klimatycznego i ograniczonych zasobów powinno skłaniać do refleksji. Zwraca też uwagę, że rozwój tych technologii często opiera się na pracy wykonywanej w trudnych warunkach w krajach Globalnego Południa. To tzw. „praca klikowa” — żmudne ręczne szkolenie modeli AI, z którego korzystają m.in. użytkownicy w Europie.

Papież Leon XIV oświadczył niedawno, że rozwój sztucznej inteligencji niesie ze sobą „nowe wyzwania dla obrony godności ludzkiej, sprawiedliwości i pracy”. Zdaniem badaczki kwestia egzystencjalnego zagrożenia dla ludzkości nie jest dziś paląca. Spodziewa się jednak, że w przyszłości AI może stać się konkurencją dla wielkich religii.

Paganini mówi o „nowej fazie historii religii”: po tym, jak w epoce Oświecenia przyjęto założenie, że ludzka racjonalność i odpowiedzialność za siebie zwyciężą, nadzieja ta spełniła się tylko częściowo. – Bez transcendentnego poszukiwania sensu, boskości i pewnych nieracjonalnych elementów człowiek nie jest w stanie poradzić sobie z życiem – podkreśla.

Według autorki książki Nowy Bóg klasyczne atrybuty boskości „z przerażającą dokładnością” odnoszą się do zastosowań AI: jest wszechobecna i dostępna, a jej zdolność do analizy danych graniczy z wszechwiedzą. Dotyczy to m.in. diagnostyki chorób, które wcześniej pozostawały nierozpoznane, ponieważ człowiek nie był w stanie dostrzec ich złożonych powiązań.

Sztuczna inteligencja jako terapeuta

Terapia komputerowa brzmi dla wielu osób zbyt śmiało lub wręcz odstraszająco. Jednak po przeprowadzeniu testów terapeuta Klaus Bernhardt jest przekonany, że chatboty mogą być pomocne w niektórych problemach psychicznych – choć z wyraźnie określonymi ograniczeniami.

AI jako pierwszy punkt kontaktu? Klaus Bernhardt dostrzega w tym duży potencjał. – W leczeniu zaburzeń lękowych, łagodnej depresji i wypalenia zawodowego chatbot może osiągnąć naprawdę zadziwiające rezultaty – powiedział w wywiadzie dla specjalistycznego magazynu Psychologie Heute (wydanie czerwcowe). Dotyczy to zwłaszcza aplikacji dostosowanych do indywidualnych potrzeb, zaprogramowanych z myślą o konkretnych przypadkach.

AI może odegrać dużą rolę w przełamywaniu negatywnych przekonań, takich jak: „spotyka mnie tylko samo zło” czy „do niczego się nie nadaję”. To one często stanowią podstawę wielu zaburzeń psychicznych – wyjaśnia Bernhardt, autor książki Terapeuta AI, która niedawno trafiła na rynek. Chatboty mogą prowadzić użytkowników krok po kroku przez proces zmiany, trwający różną ilość czasu – np. gdy chodzi o „wdrożenie niezbędnych zmian, takich jak zmiana pracy”.

Oprócz nieograniczonej dostępności chatboty mogą też zapewnić praktyczne wsparcie – dodaje Bernhardt, który wraz z żoną prowadzi Instytut Nowoczesnej Psychoterapii w Berlinie. – Nawet do tego stopnia, że będą w stanie profesjonalnie sformułować list motywacyjny. Warunkiem jest łatwość obsługi i to, by porady opierały się na solidnej wiedzy terapeutycznej. Bernhardt przez ponad rok testował popularne modele AI i twierdzi, że nie uzyskał od ChatGPT-4 ani jednej odpowiedzi, która byłaby bezsensowna czy niebezpieczna.

Jednocześnie zaznacza, że w wielu przypadkach kontakt z człowiekiem jest nieodzowny – np. przy ostrych kryzysach życiowych, myślach samobójczych, ciężkiej depresji, kompulsjach, schizofrenii, zaburzeniach osobowości typu borderline oraz ciężkich formach hipochondrii i zaburzeń afektywnych dwubiegunowych. Tam, gdzie to możliwe, terapia prowadzona przez człowieka i wsparcie AI mogą się uzupełniać. – Niestety nie jest to regułą – zauważa, wskazując na długi czas oczekiwania na terapię.

 


Czy Rumunia wybierze chaos? Skrajna prawica kontra proeuropejski liberał w decydującej turze wyborów

Keno Verseck

W drugiej turze wyborów prezydenckich w Rumunii zmierzą się skrajnie prawicowy George Simion i proeuropejski liberał Nicusor Dan. Jeśli Simion wygra, może to pogrążyć całą Europę w kryzysie.

George Simion i Calin Georgescu, Fot. thefad.pl / AI

„Demokracja czy nieliberalizm”, „Europa czy izolacja”, „Matematyk kontra chuligan” –Takie nagłówki i podziały dominują dziś w niemal wszystkich niezależnych rumuńskich mediach. Na kilka dni przed drugą, decydującą turą wyborów prezydenckich w Rumunii, która odbędzie się w najbliższą niedzielę (18 maja 2025 r.), nastroje społeczne są bardziej napięte niż kiedykolwiek w ostatnich dekadach. Bez wyjątku, wszyscy komentatorzy i obserwatorzy widzą kraj na rozdrożu, w ważnym momencie historycznym.

W rzeczywistości żadne wybory prezydenckie od upadku dyktatury komunistycznej w latach 1989/90 nie cechowały się tak radykalnym kontrastem między kandydatami i tak głębokimi podziałami społecznymi jak obecne. Rzadko też wynik głosowania był tak trudny do przewidzenia. Obaj kandydaci podkreślają, że nie są częścią „systemu” i nie reprezentują tradycyjnych rumuńskich partii postkomunistycznych.


W stronę chaosu

Z jednej strony George Simion, 38 lat, lider skrajnie prawicowej, prorosyjskiej partii Sojusz na rzecz Zjednoczenia Rumunów (AUR), były chuligan piłkarski, obecnie zdeklarowany „suwerenista” i zwolennik Donalda Trumpa oraz Viktora Orbána. Wygrał pierwszą turę wyborów prezydenckich 4 maja 2025 r. z dużą przewagą, zdobywając niemal 41 procent głosów.

Jego rywalem jest Nicusor Dan, 55 lat, bezpartyjny burmistrz Bukaresztu, matematyk, były działacz antykorupcyjny i zwolennik wyraźnie proeuropejskiego, liberalnego (choć częściowo umiarkowanie konserwatywnego) kursu. W pierwszej turze uplasował się daleko za Simionem, zdobywając jedynie 21 procent głosów.

Stawka tych wyborów jest wysoka – zarówno dla Rumunii, jak i dla Europy. Rumunia to szósty co do wielkości kraj UE i największe państwo Europy Południowo-Wschodniej. Ma najdłuższą granicę UE z Ukrainą, najważniejszą bazę NATO i najistotniejszą tarczę antyrakietową w regionie. Dotychczas była wiarygodnym i przewidywalnym partnerem w UE i NATO. Z prorosyjskim prezydentem o skrajnie prawicowych poglądach sytuacja może diametralnie się zmienić – Rumunia może pogrążyć się w chaosie przypominającym sytuację USA za czasów Trumpa.


Niepewne sondaże

Prezydent nie sprawuje w Rumunii silnej władzy wykonawczej, ale pełni funkcję głównodowodzącego sił zbrojnych oraz przewodniczącego Najwyższej Rady Obrony Narodowej (CSAT). Mianuje premiera, szefów dwóch najważniejszych służb specjalnych i niektórych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, a także reprezentuje Rumunię w UE i NATO. Może uczestniczyć w posiedzeniach rządu. Wszystko to sprawia, że wywiera istotny wpływ zarówno na politykę wewnętrzną, jak i zagraniczną.

W większości sondaży z ostatnich dwóch tygodni Simion prowadził – raz nieznacznie, innym razem wyraźnie. W jednym z najnowszych badań wynik był remisowy. Prognozy wyborcze w Rumunii są jednak wyjątkowo zawodne – żaden instytut nie przewidział tak wyraźnego zwycięstwa Simiona w pierwszej turze.


Nagły zwrot Simiona

W ostatnich latach lider AUR trafiał na pierwsze strony gazet dzięki radykalnym, niekiedy fizycznie agresywnym wystąpieniom. Regularnie zapowiadał, że „zniszczy system”. Czasem wprost, czasem nieco mniej bezpośrednio, sugerował opuszczenie UE i NATO, a także przyłączenie Mołdawii oraz południowo-zachodnich terytoriów Ukrainy do Rumunii. Jego prorosyjskie sympatie i nacjonalistyczna retoryka wobec węgierskiej mniejszości narodowej wywoływały szerokie kontrowersje.

Ostatnio Simion niespodziewanie się wyciszył. Jak na swoje standardy – zachowuje spokój, unika wulgaryzmów i krzyków. Nie mówi już o wyjściu z UE i NATO, lecz o „szacunku i godności Rumunii”, która – jak twierdzi – będzie partnerem „na poziomie oczu, a nie na kolanach”.

Pozostała jednak antyukraińska propaganda – m.in. rozpowszechnianie kłamstw o rzekomym faworyzowaniu uchodźców z Ukrainy. Nie zmienił się także fakt, że Simion ma ograniczoną wiedzę o administracji, gospodarce, polityce UE, sprawach zagranicznych i obronnych.


Orban, Węgrzy i paradoks historii

Zaskakująco, Simion uzyskał wsparcie od Viktora Orbána, który w kampanijnym wystąpieniu pochwalił go za politykę suwerenności. Po raz pierwszy od lat wywołało to napięcie z węgierską partią mniejszości narodowej w Rumunii – UDMR. Ugrupowanie ostro zdystansowało się od Simiona ze względu na jego wcześniejsze ataki na Węgrów i wezwało około 1,2 mln rumuńskich Węgrów do głosowania na Nicusora Dana.


Nienawiść do systemu

Dan obiecuje kurs proeuropejski, oparty na praworządności, przejrzystości i wsparciu dla Ukrainy. Jako burmistrz Bukaresztu pokazał, że potrafi przeprowadzać reformy – choć nie spełnił wszystkich zapowiedzi. Problemem jest jego nadmierna ostrożność. W debatach z Simionem bywa błyskotliwy, ale często unika konfrontacji.

Zapowiedział, że jeśli wygra, na premiera mianuje Ilie Bolojana – doświadczonego samorządowca, byłego burmistrza Oradei. Problem w tym, że Bolojan jest wieloletnim działaczem Partii Narodowo-Liberalnej (PNL), a więc częścią znienawidzonego przez wielu Rumunów establishmentu. To może osłabić szanse Dana.

Tymczasem Simion – choć przedstawia się jako „pogromca systemu” – w rzeczywistości reprezentuje kontynuację narodowo-stalinowskiego modelu władzy odziedziczonego po Ceausescu, którego echa trwają w strukturach partii AUR. Mówi się, że miał mianować na premiera Calina Georgescu – prorosyjskiego ezoteryka i byłego współpracownika reżimu.

Georgescu, skrajnie prawicowy polityk, miał zakaz ubiegania się o urząd prezydenta. Karierę zawdzięcza dawnym dyplomatom Ceausescu i byłym agentom Securitate. Sam wskazuje Mirceę Malitę – wieloletniego ambasadora Rumunii przy ONZ i w USA – jako jednego ze swoich mentorów. Według doniesień, Georgescu utrzymywał także powiązania z siecią generała Securitate Mihaia Caramana – byłego szefa wywiadu zagranicznego i szpiega NATO.

Obywatelski działacz i były opozycjonista Gabriel Andreescu podsumowuje w eseju: „Zwycięstwo George’a Simiona byłoby ostatnim etapem wskrzeszenia dawnych komunistycznych sieci władzy”.

REDAKCJA POLECA

script type=’text/Javascript’>

 


Czy mówienie w kilku językach czyni nas mądrzejszymi? Oto, co mówi nauka

Już od najmłodszych lat słyszymy, że nauka języków obcych rozwija umysł. Czy jednak wielojęzyczność naprawdę czyni nas inteligentniejszymi? A może to tylko mit, podsycany ambicjami rodziców i aspiracjami edukacyjnymi społeczeństw? Badania naukowe rzucają nowe światło na ten fascynujący temat, ukazując, jak języki zmieniają nasz mózg i otwierają nowe horyzonty.

Fot. thefad.pl / AI

Mózg wielojęzyczny: neuroplastyczność w akcji

Nauka nowego języka to nie tylko zdobywanie słówek – to prawdziwy trening dla mózgu. Neurobiolodzy z Uniwersytetu w Toronto odkryli, że osoby dwujęzyczne wykazują wzmożoną aktywność kory przedczołowej, odpowiedzialnej za kontrolę poznawczą, rozwiązywanie problemów i elastyczność myślenia. Co więcej, badania z 2024 roku przeprowadzone w Niemczech na syryjskich uchodźcach pokazały, że nauka języka niemieckiego fizycznie zmienia strukturę mózgu, zwiększając objętość istoty szarej w obszarach związanych z językiem i funkcjami wykonawczymi.

Wyobraźmy sobie Martę, młodą programistkę z Krakowa, która biegle mówi po polsku, angielsku i niemiecku. Każdego dnia, przełączając się między językami, jej mózg żongluje dźwiękami, gramatyką i znaczeniami. Obszar Broca, kluczowy dla budowania zdań, współpracuje z obszarem Wernickego, który pomaga rozumieć słowa, tworząc nowe połączenia neuronowe. Jak wyjaśnia Jennifer Wittmeyer, neuronaukowiec z Elizabethtown College, takie zmiany poprawiają łączność między regionami mózgu, co ułatwia koncentrację, zapamiętywanie i kreatywne myślenie.

Jednak wielojęzyczność nie jest magicznym kluczem do wyższego IQ. – To nie tak, że nauka języków automatycznie czyni nas mądrzejszymi – mówi Arturo Hernandez, neuronaukowiec z University of Houston. – Zwiększa się nasz repertuar językowy, ale to nie to samo co inteligencja.

Psycholodzy z Harvardu dodają, że choć języki wspierają pamięć roboczą i umiejętności analityczne, inteligencja to złożony konstrukt, na który wpływają także genetyka i środowisko.

Przewaga dwujęzyczności: od dzieciństwa po starość

Dzieci, które uczą się dwóch języków od najmłodszych lat, rozwijają się w sposób szczególny. Badania Ellen Bialystok pokazują, że osiągają lepsze wyniki w testach funkcji wykonawczych, takich jak planowanie czy empatyczne rozumienie perspektywy innych. Kuba, pięciolatek z polsko-hiszpańskiej rodziny, wykazuje większą zdolność do zrozumienia, że inni mogą myśleć inaczej niż on sam. Dlaczego? Mózgi dzieci cechują się większą plastycznością, co ułatwia im przyswajanie nowych dźwięków i struktur gramatycznych bez potrzeby tłumaczenia na język ojczysty.

Zdolności rozwinięte w dzieciństwie mogą procentować przez całe życie. Według wyników opublikowanych w „Neurology” (2013), u osób wielojęzycznych demencja rozwija się średnio o 4,5 roku później niż u osób jednojęzycznych – prawdopodobnie dzięki lepiej rozwiniętej rezerwie poznawczej. Ich mózgi, przyzwyczajone do ciągłego przełączania języków, lepiej radzą sobie z uszkodzeniami związanymi z wiekiem. Badania z Uniwersytetu w Reading sugerują, że jeśli języki nie są używane na co dzień, ich korzystny wpływ na funkcje poznawcze może się z czasem osłabiać.

Więcej niż IQ: pomosty między kulturami

Wielojęzyczność to nie tylko korzyści poznawcze, ale także społeczne i emocjonalne. Osoby posługujące się kilkoma językami lepiej rozumieją niuanse kulturowe i są bardziej elastyczne w kontaktach międzykulturowych.Marta, biegle mówiąca po niemiecku, bez trudu odnajduje się w pracy z berlińskim start-upem, a jej hiszpańscy znajomi cenią to, że potrafi mówić ich językiem. Każdy język to nowe okno na świat: angielski uczy precyzji, hiszpański – ekspresji, a japoński – subtelności.

Nauka języków poszerza horyzonty, łącząc ludzi ponad granicami. Jak mówi Hernandez, „więcej języków to więcej pojęć i pomysłów”, co wzbogaca nie tylko umysł, ale i życie.

Języki jako inwestycja w przyszłość

Czy wielojęzyczność czyni nas inteligentniejszymi? Nie ma prostej odpowiedzi. Nauka języków zmienia mózg, wzmacnia elastyczność umysłu i buduje odporność poznawczą, ale nie zastąpi innych czynników, jak edukacja czy ciekawość świata. To jednak inwestycja, która procentuje: od lepszych wyników w nauce po głębsze relacje i dłuższą sprawność umysłową.

W świecie, który staje się coraz bardziej współzależny, umiejętność komunikowania się w wielu językach przestaje być luksusem, a staje się narzędziem codziennego funkcjonowania. Warto z niej korzystać – nie tylko dla kariery, ale i dla lepszego zrozumienia samego siebie i innych.

Dariusz Frach, thefad.pl / media

 


Adam Mazguła o pierwszej komunii: jak Kościół przejmuje kontrolę nad dzieckiem

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Każde dziecko chce być akceptowane, kochane i ważne. W wieku siedmiu–ośmiu lat dowiaduje się nagle, że do kochania nie są już rodzice i dziadkowie, ale ważniejszy jest Bóg i jego namiestnik – ksiądz. Z dziecięcego punktu widzenia to zawalenie się systemu wartości, a cały ten rytuał staje się początkiem podporządkowania i kontroli, które nie kończą się nawet po śmierci — bo cmentarze też przekazano religii.

W Polsce nikt nie pyta siedmiolatka, czy chce wstąpić do Kościoła — po prostu się go do tego prowadzi. W bieli, z różańcem w ręku, przez tłum wzruszonych krewnych, pod czujnym okiem księdza. Dla wielu dzieci to pierwszy moment, gdy słyszą, że ich serce nie należy już do mamy, taty czy babci, ale do Boga — reprezentowanego przez człowieka w sutannie. I choć wszystko owinięte jest w rytuał, prezent i uśmiech, to właśnie wtedy zaczyna się coś znacznie poważniejszego: proces podporządkowania, w którym religia miesza się z władzą, a dziecięca ufność staje się narzędziem kontroli.

Adam Mazguła nie zostawia tu złudzeń — to nie jest opowieść o duchowości, lecz o systemie, który od chrztu po cmentarz rości sobie prawo do sumienia człowieka. Systemie, który uczy miłości do księdza zanim dziecko zdąży zrozumieć, czym w ogóle jest miłość. I który za swoją świętość nie odpowiada przed nikim — ani Bogiem, ani państwem, ani społeczeństwem. W imię tradycji, ciszy i białego opłatka.

Poniżej publikujemy pełny tekst Adama Mazguły, który od lat krytycznie komentuje relacje państwa z Kościołem. Tym razem Mazguła przygląda się pierwszej komunii świętej jako momentowi symbolicznego podporządkowania dziecka religijnemu systemowi. Jego głos jest mocny, kontrowersyjny, ale też prowokujący do refleksji nad tym, komu i czemu naprawdę powierzamy nasze dzieci.

Fot. thefad.pl / AI

Do pierwszej komunii – marsz!

Każde dziecko chce być akceptowane, kochane i ważne. Dla naszych pociech najważniejsza jest mama, później tata i zaraz potem w hierarchii ważności do kochania ustawiają się rozpieszczający dzieci babcie i dziadkowie.

Dziecko w wieku ok. 7–8 lat dowiaduje się nagle, że do kochania nie są rodzice i dziadkowie, ale ważniejszy jest Bóg i jego namiestnik – ksiądz. Z dziecięcego punktu widzenia, to zawalenie się systemu wartości. Na dodatek całemu aktowi powierzenia dziecka Bogu towarzyszy długi proceder przygotowań, chodzenie wraz z rodzicami na spotkania z księdzem i tłumaczenie dziecku o jego nowym obowiązku miłości.

Oczekują więc na tę miłość, której nie rozumieją, przyjmują wolę rodziców i spodziewają się uznania ze strony otoczenia i rodziny za okazane posłuszeństwo. Przed nimi piękne białe stroje, ochy i achy nad ich wyglądem i postawą, ale przede wszystkim uczta na ich cześć i pierwsze drogie prezenty od całej rodziny! Wmawia się dzieciom, że to wszystko dla nich — staną się ważniejsi i bardziej dorośli, będą odpowiedzialni za swoje grzechy.

Obiektem tej nowej najważniejszej miłości dziecka nie może być przecież wiszący na krzyżu okaleczony, obolały i umierający Chrystus, ale dobry i miły ksiądz. W oczach dziecka to on reprezentuje Boga, tak pięknie mówi niezrozumiałe rzeczy, że wszyscy przed nim klękają. To jego trzeba kochać i jemu poprzez spowiedź powierzać swoje tajemnice. To on jest gospodarzem domu bożego i to on daje Boga do buzi. Zresztą rodzice klękają przed nim, dając wzorce dziecku. Wie o tym ksiądz i często wykorzystuje tę sytuację, czasem w okrutny sposób. Jeśli nawet krzywda wyrządzona dziecku wyjdzie na jaw, to wierni i tak będą bronić księdza przed wymiarem sprawiedliwości, a biskup, co najwyżej, przeniesie go do innej parafii.

Na bazie pozyskanych duszyczek w okresie największego zaufania dziecka do ludzi, rodzice oddają je pod system indoktrynacji i kontroli poddańczej. Tak powstaje imperium kontroli Kościoła nad życiem małego dziecka, które nie skończy się nawet po jego dorośnięciu i po śmierci, bo cmentarze też przekazano religii.

Rodzice mają konstytucyjne prawo wychowywać dzieci zgodnie ze swoją wolą i przyjętym przez siebie wzorcami. Szkoda jednak, że często nie pozwalają dzieciom żyć i dorastać w szacunku do wszystkiego, co je otacza. Nie pozwalają poznawać świata swoimi oczyma, oceniać go, kochać, do czasu, gdy staną się pełnoletnie i dokonają świadomego wyboru wiary i religii, zgodnie z ich zdobytą wiedzą o życiu i świecie.

Nie liczę na rezygnację duchownych z dotychczasowych praktyk łapania wiernych, gdy tylko pojawi się szansa. Nie odpuszczą żadnej duszyczce, tak jak nie odpuścili milionom innych zamordowanych w bestialski sposób za wiarę. Powtórzę, wiarę, czyli swoisty system poddaństwa i wpływów określonego boga. System, który od poczęcia, chrzest, poprzez pierwszą komunię, indoktrynację religijną w szkole, ślub, aż po pochówek na oddanym duchownym cmentarzu jest jednym wielkim ciągiem kontroli i wyzysku człowieka, bez jego woli. Bo zanim obywatel stanie się świadomy, już dawno wielkie żarna religijne zmielą jego pojęcie świata na materiał ugniatanego poddaństwa, realizowanego na klęczkach i klepiącego bezmyślnie regułki ciemnoty.

Ten bezkrytyczny rodzaj kontroli człowieka poprzez wiarę jest tak silny, że nie pozwala swobodnie myśleć, kieruje naszym zachowaniem i jest gotowy na każdy rodzaj poświęcenia.
Duchowni poprzez powołanie się na Boga wzywają do działania, bo Bóg wzywa, to się Bogu nie podoba, lub rozgrzeszają w stylu: „Bóg tak chciał”. Poddanie bywa tak chore, że pozwala oddać swoje dziecko dla pedofila, albo uzasadnia mordowanie innych w najokrutniejszych wojnach religijnych, oczywiście, w imię Boga.

Tymczasem biskupi w praktyce nie podlegają polskiemu prawu i nie ponoszą odpowiedzialności za swoją przestępczą działalność. Mało tego — obecny rząd i pożal się Boże Duda, publicznie okazują poddaństwo tym biskupom. Tak więc żyjemy w kraju, w którym rządzi mafijna władza pozorów i tylko pozorów.

Mistyczny Bóg Chrystus, który nie żyje od dwóch tysięcy lat, został z woli Dudy nawet królem Polski, a jego matka królową. Tak abdykował Duda i stał się strażnikiem wiary i władzy biskupów. Prawo do ich świętości posiadają największe kanalie społeczne, zakłamani swoją bezczelnością. Ci biskupi jednak nie biorą odpowiedzialności za swoje czyny, bo zawsze można powiedzieć, że Bóg tak chce. Oni biorą sobie tylko system kontroli nad społeczeństwem, bogactwo, władzę, bezkarność, zabawę i radosne bezprawie. Wszystko to za zasłoną świętości zatroskanej i bezkarnej.

Każdy obywatel ma prawo do wolności wyznawania swojej religii, ale — do jasnej cholery — dzieci też mają to prawo! Pozwólcie naszym dzieciom chociaż dorosnąć, aby mogły podejmować decyzje religijne w sprawie nie waszego, ale swojego prywatnego życia!

Adam Mazguła

 

 


Krzyż w kropeczki. Skiba punktuje Dudę za medal dla lidera Bayer Full

Krzysztof Skiba

Krzysztof Skiba

Andrzej Duda postanowił zakończyć swoją prezydenturę gestem symbolicznym — i jak przystało na konsekwentną głowę państwa, nie zawiódł. Wśród ostatnich odznaczonych znalazł się Sławomir Świerzyński z Bayer Full, człowiek, który dał Polsce „Majteczki w kropeczki” i całkiem sporo playbacku. Bo przecież jeśli nagradzać, to nie wybitnych, tylko wiernych. A Świerzyński nie tylko śpiewał, ale też mówił to, co Duda chciał usłyszeć.

Na pożegnanie z Pałacem Prezydenckim Andrzej Duda postanowił zostawić po sobie trwały ślad — nie tyle w historii, co w rubryce „kontrowersje”. Złoty Krzyż Zasługi trafił do Sławomira Świerzyńskiego, lidera zespołu Bayer Full i autora niezapomnianych „Majteczek w kropeczki”, hymnu barów piwnych, wesel z wódką w plastiku i telewizyjnych playbacków.

Trudno się dziwić, że nie padło na Seweryna Krajewskiego, Agnieszkę Holland czy Krystynę Jandę. W końcu Świerzyński, poza sceną, zasłużył się również wiernością światopoglądową, porównując prezydenckie przemowy do miodu spływającego z ust i potępiając „ideologię LGBTQ” z zapałem większym niż politycy partii rządzącej. To bohater swoich czasów — czasów, w których miernota bywa mylona z masowością, a nagroda nie idzie w parze z twórczością, tylko z poglądami.

Duda odznaczył artystę, który mówi i myśli tak jak on. A że śpiewa nieco gorzej? Cóż, nie od dzisiaj wiadomo, że pod żyrandolem najlepiej brzmią echa własnych przekonań.

Fot. facebook.com/bayerfull

Poniżej publikujemy pełny tekst Krzysztofa Skiby w oryginalnej wersji.


KRZYŻ W KROPECZKI

Podniosła się fala oburzenia wśród artystów, że Andrzej Duda przed wyprowadzką z Pałacu puścił smrodliwego bąka w postaci medalu dla lidera Bayer Full.

A komu miał dać swój medal? Sewerynowi? Holland? A może Jandzie?

Sławomir Świerzyński słusznie otrzymał ważne polskie odznaczenie, czyli Złoty Krzyż Zasługi, bo artystycznie zasłużył się bardzo, chociażby piosenką „Majteczki w kropeczki”, którą śpiewano na każdym weselu rodzin patologicznych, w każdej knajpie z piwem i frytkami i w policyjnych izbach dziecka.

Trzeba zaznaczyć, że prezydent RP jest po to, aby pod żyrandolami medale wręczać — nie twórcom, którzy są wybitni, proponują coś ambitnego, ale tym, którzy mają podobne poglądy. A Świerzyński zgadza się z Dudą bardziej niż Agata.

To on przekonywał w poprzedniej kampanii prezydenckiej, że Dudzie, gdy mówi, to „miód spływa z ust”. No takich porównań poetyckich to w Polsce nie było od czasów Bieruta i Stalina. A więc Sławek to artysta wyjątkowy.

On jest też wyjątkowy na innym polu kukurydzy. Jako jeden z nielicznych ma spore sukcesy w robieniu plagiatów. Ma ich w swoim dorobku sporo i nawet przegrał kilka procesów z tymi, którzy poszli do sądu, wkurzeni faktem, że ukradł im piosenki.

Bo plagiat to jest zwykła kradzież, a takich kombinatorów PiS podziwia i nagradza, bo to przecież ich styl i świat, który jako starzy cwaniacy świetnie znają i rozumieją.

Sławek ma też wielkie zasługi we wciskaniu kitu, bo przez kilka lat bajerował polską widownię opowieściami o swych wielkich podbojach w Chinach i setkach milionów sprzedanych tam płyt. Ten sukces Bayer Full w Chinach to był większy niż chiński mur. Aż pewnego dnia okazało się, że to taka sama lipa jak kariera Natalii Janoszek w Bollywood.

Wciskanie kitu także cenione jest na prawicy, a już ten numer z Chinami, co to niby od Pekinu po Szanghaj szalały za Świerzyńskim i jego zespołem, to mistrzowska ściema i zamulanie na poziomie mistrza Kurskiego.

Więc jak miał Duduś nie docenić tego wspaniałego artysty przez wielkie De? A poza tym medale daje się takim, których piosenki się lubi. A kto tam dziś rozumie skomplikowane piosenki Janerki, Nosowskiej czy Maleńczuka?

Świerzyński sprawdził się w przełomowych momentach historii Polski. Gdy była z tego kasa, to był w PSL, a gdy PiS doszedł do władzy, to trajkotał tak jak Anżej na wiejskich festynach.

No i jest jeszcze coś, co bardzo łączy prezydenta zwanego Długopisem ze Sławkiem z Bayer Full. Obaj twierdzą, że „LGBTQ to nie ludzie, to ideologia”. Sławek i Andrzej to są dopiero ludzie. Obaj wybitni w miernocie.

Kto wie, może kiedyś nagrają wspólną płytę? Andrzej będzie rapował, a Sławek ruszał ustami z playbacku.

 Krzysztof Skiba

opr. Dariusz Frach, thefad.pl


Hołownia i filozof, czyli jak chłop na mądre gadanie reaguje śmiechem

OBSERWATORIUM POLEMICZNE

Zbigniew Moskal

Zbigniew Moskal

„Co on pieprzy?!”, „Ale bełkot!”, „Co on bredzi?” – takie komentarze zalały internet po rozmowie Szymona Hołowni z Krzysztofem Stanowskim. „Zapanowała oto przedziwna moda na uznawanie myślenia za przejaw snobizmu”, a kiedy ktoś mówi „w sposób przemyślany”, coraz częściej słyszy: „najlepiej to wyśmiać, prawda?”. Bo dziś, gdy „filozof trafi między chłopów”, śmiech wygrywa z refleksją.

Zebrało się towarzystwo na YouTube – czyli współczesnym rynku, na którym lud nie przychodzi już z koszykiem po ziemniaki, tylko z popcornem po rozrywkę. Spotkanie Szymona Hołowni z Krzysztofem Stanowskim w Kanale Zero miało być rozmową dwóch poważnych panów o poważnych sprawach. Wyszło jak zwykle, czyli: Hołownia coś mówi, a komentariat krzyczy: „Co on pieprzy?!”.

Ale pozwólcie, że coś wyjaśnię. Nie, Hołownia nie mówi niezrozumiale. On po prostu mówi… zrozumiale dla ludzi, którzy rozumieją. I tu leży pies pogrzebany (a obok niego cała sekcja komentarzy z YouTube’a).

Zapanowała oto przedziwna moda na uznawanie myślenia za przejaw snobizmu, a składnego zdania – za atak na inteligencję narodu. Kiedyś, gdy ktoś mówił w sposób przemyślany, mówiono: „O, mądry człowiek!”. Dziś mówimy: „Ale bełkot!”. Co się stało? Czyżby nastąpiła zbiorowa migracja mas szarych komórek do ciepłych krajów?

Wypowiedzi Hołowni porównałbym do klasyka – do sytuacji, gdy filozof trafił między chłopów. Chłopy, nie rozumiejąc, o czym mówi, śmiały się do rozpuku. Nie dlatego, że filozof mówił głupio. Tylko dlatego, że ich umysły, nieprzyzwyczajone do subtelniejszych tonów refleksji, postanowiły ratować się śmiechem. Bo przecież jak coś jest niezrozumiałe, to najlepiej to wyśmiać, prawda?

Tyle tylko, że ten śmiech – o, tu jest pies pogrzebany nr 2 – jest jak granat wrzucony we własne okopy. Bo kpiąc z Hołowni, kpicie z jego wyborców. A ci, jakby nie patrzeć, będą potrzebni w drugiej turze. No, chyba że planujecie wygrać sami ze sobą. Ale ostrzegam: w takim układzie możecie przegrać z kretesem.

A zatem, drodzy komentatorzy, zanim znów napiszecie coś w stylu: „co on bredzi?”, może najpierw warto… spróbować zrozumieć. Albo chociaż udawać. W końcu jesteśmy w Polsce – kraju, gdzie wszyscy są ekspertami od wszystkiego. Dlaczego więc nie być też ekspertem od Hołowni?

Ale uwaga: myślenie bywa zaraźliwe. I może się okazać, że po kilku zdaniach zaczniecie… sympatyzować z marszałkiem. A to dopiero byłby skandal.

Zbigniew Moskal

 


Biały dym nad Watykanem: Kardynał Robert Prevost nowym papieżem

Watykan, 8 maja 2025 r. – O godzinie 18:12 czasu środkowoeuropejskiego nad Kaplicą Sykstyńską uniósł się biały dym, zwiastujący wybór nowego papieża. Tysiące wiernych zgromadzonych na Placu św. Piotra przyjęło ten znak z entuzjazmem. Chwilę później z balkonu Bazyliki św. Piotra kardynał protodiakon Dominique Mamberti ogłosił: Habemus Papam!

Nowym papieżem został kardynał Robert Francis Prevost, który przyjął imię Leon XIV. To pierwszy w historii papież pochodzący ze Stanów Zjednoczonych i zarazem pierwszy augustianin wybrany na Stolicę Piotrową od XIII wieku.

Leon XIV – nowy papież po śmierci Franciszka

Konklawe rozpoczęło się 7 maja 2025 roku po śmierci papieża Franciszka. Wybór jego następcy nastąpił już drugiego dnia obrad. Choć Watykan nie ujawnia szczegółów głosowań, według relacji agencji Reuters decyzja zapadła stosunkowo szybko – w jednej z popołudniowych tur 8 maja. Nowego papieża wybrało grono 133 kardynałów elektorów.

Leon XIV, urodzony w Chicago w 1955 roku, przez wiele lat pełnił funkcje duszpasterskie i misyjne w Ameryce Łacińskiej. Był m.in. biskupem diecezji Chiclayo w Peru. Od 2023 roku kierował Dykasterią ds. Biskupów w Watykanie – jedną z kluczowych instytucji Kościoła odpowiedzialną za nominacje biskupów na całym świecie. Uznawany jest za duchownego umiarkowanego, otwartego na dialog i kontynuatora reform Franciszka.

Przesłanie jedności i otwartości

Po ogłoszeniu wyboru, Leon XIV ukazał się wiernym z loggii bazyliki i udzielił pierwszego błogosławieństwa Urbi et Orbi. W krótkim przemówieniu podkreślił konieczność „budowania mostów w podzielonym świecie” i wezwał do modlitwy za Kościół i ludzkość. Jego słowa spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem tłumu, który skandował: Viva il Papa!

Imię „Leon XIV” to świadome nawiązanie do Leona XIII – papieża przełomu XIX i XX wieku, twórcy społecznej nauki Kościoła. Nowy następca św. Piotra zdaje się tym wyborem podkreślać, że Kościół nie może być obojętny wobec współczesnych wyzwań: niesprawiedliwości, ubóstwa, migracji, zmian klimatycznych i erozji wspólnoty.

Wyzwania dla nowego pontyfikatu

Leon XIV rozpoczyna pontyfikat w czasie napięć geopolitycznych, spadku religijności w krajach rozwiniętych oraz rosnącej roli Kościołów lokalnych w Ameryce Łacińskiej, Afryce i Azji. Przed nim kontynuacja reform Kurii Rzymskiej, dalszy rozwój synodalności, odpowiedź na skandale nadużyć oraz umacnianie pozycji Kościoła w świecie coraz bardziej laickim i spolaryzowanym.

Choć oficjalna data inauguracji pontyfikatu nie została jeszcze ogłoszona, uroczysta msza odbędzie się najprawdopodobniej w ciągu najbliższego tygodnia. W oczekiwaniu na ten moment, oczy świata kierują się na Watykan, gdzie historia Kościoła katolickiego otwiera nowy rozdział.

Dariusz Frach, thefad.pl / Źródło: reuters