Brexit. Brytyjska Izba Gmin po raz odrzuca umowę wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej
We wtorek wieczorem brytyjska Izba Gmin ponownie odrzuciła projekt porozumienia w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Premier Theresa May nie przekonała parlamentarzystów do swojego projektu umowy pomimo poprawek wynegocjowanych w ostatniej chwili w Strasburgu z szefem Komisji Europejskiej Jean-Claudem Junckerem.

Theresa May odniosła we wtorek (12.03.19) wieczorem kolejną spektakularną porażkę. Przeciwko porozumieniu opowiedziało się 391 deputowanych, za opowiedziało się 242.
BREAKING: Theresa May’s Brexit deal suffers another huge defeat https://t.co/JzXgpFEYWD pic.twitter.com/mPF706cG0J
— CNN International (@cnni) March 12, 2019
Jednak uzyskane ustępstwa nie wystarczyły, by brytyjscy posłowie zaakceptowali umowę wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Szef partii opozycyjnej Jeremy Corbyn ponownie głosował przeciwko porozumieniu brexitowemu. Również prokurator generalny Geoffrey Cox stwierdził, że nadal dostrzega prawne zagrożenia.
Kolejne głosowania
Na środę i czwartek (13-14.03.19) przewidziane są kolejne ważne głosowania w Izbie Gmin. W środę deputowani rozstrzygną czy Wielka Brytania powinna zdecydować się na wyjście z UE bez porozumienia. W razie porażki tego wniosku, w czwartek otrzymaliby szansę na głosowanie za opóźnieniem brexitu. Jeśli brytyjski parlament nie poprze żadnej z tych opcji, Wielka Brytania opuści Wspólnotę bez umowy o północy z 29 na 30 marca.
Tuż po ogłoszeniu wyników głosowania premier Theresa May powiedziała, że „głęboko żałuje” odrzucenie przez Izbę Gmin wynegocjowanej przez jej rząd umowy z UE. Podkreśliła również, że jutro zagłosuje przeciw opuszczeniu Unii Europejskiej bez jakiegokolwiek porozumienia, a także, że będzie do tego namawiać wszystkich posłów.
– Sama zmagałam się z tym czy ta umowa jest najlepszą z możliwych, ale wiem też jakie potencjalne szkody może nam przynieść opuszczanie UE bez jakiegokolwiek porozumienia – zaznaczyła.
Jeremy Corbyn stwierdził natomiast, że wyjście Wielkiej Brytanii z UE bez jakiejkolwiek umowy w ogóle nie powinno być rozpatrywane, a rząd powinien wziąć pod uwagę propozycje jakie w sprawie renegocjacji umowy składali labourzyści, takich jak utrzymanie pod pewnymi warunkami udziału Wielkiej Brytanii w unii celnej, dostępu do wspólnego rynku czy ochrony unijnych praw.
Zdaniem Corbyn’a premier May wyczerpała już swój czas jako osoba odpowiedzialna za brexit i wezwał do przeprowadzenia przyspieszonych wyborów. Nie wspomniał natomiast ani słowem o możliwości zorganizowania ponownego referendum na temat brexitu.
(df) thefad.pl
20 lat Polski w NATO. „Polska to sojusznik nie tylko na dobre, ale i na trudne czasy, choć to, co się dzieje w wojsku, wcale mnie nie cieszy”

Rozmawiała Monika Sieradzka
Janusz Onyszkiewicz, ur. 1937, były minister obrony (1992-1993 i 1997-2000), były poseł na Sejm i do Parlamentu Europejskiego, były wiceprzewodniczący PE
Zdaniem byłego ministra obrony Janusza Onyszkiewicza obecność wojsk USA w Polsce sprawi, że USA w razie zagrożenia będą bronić Polski. W wywiadzie dla Deutsche Well Onyszkiewicz wspomina wsparcie Niemiec dla wejścia Polski do NATO.

Deutsche Welle: Jak Pan zapamiętał dzień wejścia Polski do NATO, 12 marca 1999?
Janusz Onyszkiewicz: Pamiętam, że wieczorem przed Grobem Nieznanego Żołnierza w Warszawie stawił się cały rząd, a także asysta wojskowa i czekaliśmy na sygnał ze Stanów Zjednoczonych, że dokumenty ostateczne potwierdzające nasze członkostwo w NATO zostały podpisane i doręczone sekretarz stanu pani Madeleine Albright. Wtedy po odegraniu hymnu narodowego została wciągnięta na maszt flaga NATO. To był dla mnie bardzo wzruszający moment, w tamtej chwili miałem poczucie, że dzieje się naprawdę coś naprawdę ważnego, o historycznym znaczeniu.
Spodziewał się Pan, że tak szybko to nastąpi? W kilka lat po rozwiązaniu Układu Warszawskiego?
Janusz Onyszkiewicz: Mogę przywołać tu jedną scenę. W 1993 roku pojawiliśmy się w Brukseli w NATO, pani premier Suchocka i ja, i wtedy dobitnie i oficjalnie zadeklarowaliśmy naszą chęć przystąpienia do NATO. Manfred Wörner, sekretarz generalny NATO, powiedział wówczas na konferencji prasowej, że nie jest to wykluczone i że NATO nie jest sojuszem zamkniętym, że odpowiedni artykuł to przewiduje. Na tym zakończył. A ja odpowiadając na pytania dziennikarzy, powiedziałem o perspektywie pięciu lat. Na pytanie, na jakiej podstawie tak myślę, odpowiedziałem, że nie ma to racjonalnych podstaw poza przekonaniem, że w Europie wszystko dzieje się szybko. No i to się sprawdziło.
DW: Czyli intuicja Pana nie zawiodła. Przekonywał Pan natowskich decydentów, że Polska jest gotowa, ale czy była naprawdę?
Janusz Onyszkiewicz: Jeśli za gotowość przyjąć stan polskich sił zbrojnych w porównaniu do krajów będących już członkami NATO, to nie była. Ale też nie było w tym momencie jakichś potężnych wyzwań, przed którymi stał Sojusz, zatem przyjęcie kraju, którego siły zbrojne nie spełniają wszystkich standardów, nie było czymś groźnym. Gdy Hiszpania czy Turcja wchodziły do NATO, to ich armie też nie były gotowe. Oczywiście rozszerzenie NATO nie było czymś, co zostało od razu zaakceptowane i uznane za oczywistość przez naszych zachodnich partnerów. To był pewien proces.
DW: Kto odegrał kluczową rolę w tym procesie?
Janusz Onyszkiewicz: Ja osobiście zapamiętałem z wdzięcznością stanowisko, które bardzo wcześnie zajął ówczesny minister obrony Niemiec Volker Rühe, który powiedział: Polska powinna wstąpić do NATO, a jego głos jako niemieckiego ministra obrony bardzo wiele znaczył. W Ameryce ważną rolę odegrał Zbigniew Brzeziński. Wiadomo było, że jeśli USA nie wyrażą zgody, to nie będzie Polski w NATO. Tu do ratyfikacji polskiego członkostwa wymagana była nie zwykła większość, lecz większość 2/3 głosów w Senacie, ale uzyskanie tej większość w końcu się udało, także dzięki poparciu prezydenta Clintona i sekretarz stanu Madeleine Albright.
DW: Jak zachowywali się Rosjanie? Czy od razu do nich dotarło, że Polska to już nie jest „bliska zagranica”, już nie ich strefa wpływów?
Janusz Onyszkiewicz: Rosjanie oczywiście od samego początku byli przeciwni naszemu członkostwu w NATO i zdecydowanie się temu sprzeciwiali. Chodziło im głównie o Polskę. Z moich rozmów z politykami z Węgier czy Czech wynikało, że Rosjanie nie stawiali oporu w sprawie ich wejścia do NATO. My ten rosyjski opór próbowaliśmy przełamywać, także podczas wizyty Jelcyna w Polsce w sierpniu 1993. W wyniku jego rozmów z Wałęsą udało się go przekonać do wydania komunikatu, w którym były zacytowane fragmenty traktatu z Helsinek (Akt Końcowy KBWE z 1975 – red.) podpisanego przez ZSRR, gwarantującego prawo każdego kraju do wejścia do takiego sojuszu wojskowego, który dany kraj uzna za najwłaściwszy. W ten sposób niejako w sposób ukryty wyrażona została może nie akceptacja, ale przynajmniej brak sprzeciwu Rosji wobec polskiego wejścia do NATO. Pod naciskiem kół wojskowych prezydent Jelcyn bardzo szybko się z tego wycofał.
DW: To wyjście Jelcyna przed szereg, często komentowane jako wpadka, było początkiem przełamywania oporu Rosji?
Janusz Onyszkiewicz: To pokazało, że opór Rosji, choć werbalnie bardzo silny, nie jest oporem o charakterze egzystencjalnym, dlatego można było z procesem rozszerzenia NATO iść dalej i wkrótce okazało się, że Rosja sama się zorientowała, że nie jest w stanie tego procesu zatrzymać. W końcu udało się Rosjan nakłonić do tego, by się pogodzili z wejściem Polski, Czech i Węgier do Sojuszu, a ceną, jaką trzeba było zapłacić, było polityczne porozumienie, które przyjęło później postać porozumienia między NATO a Rosją (Akt Założycielski NATO-Rosja z 1997 r. – red.), w którym obie strony deklarowały, że wyrzekają się użycia siły i groźby użycia siły, że akceptują wszelkie granice i integralność terytorialną państw w naszym regionie i w Europie oraz ustanawiają radę, która miała cały czas dyskutować o sprawach bezpieczeństwa pomiędzy NATO i Rosją.
Ze strony NATO padła też deklaracja, że nie będzie rozwijać znaczących sił zbrojnych na terenie przyjmowanych państw i że nie będzie dyslokować broni jądrowej na tym terenie. Tylko że ta deklaracja, która zawierała także zobowiązanie do respektowania integralności terytorium wszystkich krajów i do nieużywania siły, została przez Rosję złamana. Tymczasem NATO w dalszym ciągu przestrzega litery i ducha tej deklaracji.
DW: Od wejścia Polski do NATO mija 20 lat, jak Pan ocenia ten okres? Czy rzeczywiście jesteśmy prymusem w ramach Sojuszu, bo wydajemy dużo na obronę?
Janusz Onyszkiewicz: Przez cały czas członkostwa nasze wydatki obronne były na poziomie około 2 procent PKB. Myślę, że sprawdziliśmy się jako rzetelny sojusznik. Pokazaliśmy to przede wszystkim Stanom Zjednoczonym, co było o tyle istotne, że gdy zabiegaliśmy o członkostwo, to przekonywaliśmy, że Polska to sojusznik nie tylko na dobrą pogodę, ale i na trudne czasy. Daliśmy temu wyraz, wspierając USA w obu wojnach w Iraku, a także w innych działaniach, które podejmowały USA lub NATO, że przypomnę udział w misji w Iraku już po zakończeniu działań wojennych oraz dość liczną obecność w Afganistanie.
Polskie siły zbrojne w tej chwili są całkowicie zintegrowane z Sojuszem, choć to, co się ostatnio dzieje w wojsku, czyli szybkie i daleko idące zmiany personalne wcale mnie nie cieszą i nie cieszy mnie to, że proces modernizacji polskich sił zbrojnych nie postępuje tak szybko, jak mogłoby to być.
DW: Czy te duże rotacje kadrowe w armii w ostatnich latach nie osłabiają naszej wiarygodności w oczach partnerów z NATO?
Janusz Onyszkiewicz: Mam nadzieję, że wiarygodności Polska nie utraciła, ale pozycja Polski w NATO uległa daleko idącemu osłabieniu. Nie chcę powiedzieć, że nowi oficerowie są źli, ale oczywiście nie mają takiego doświadczenia, rozeznania i pozycji jak ci, którzy zostali zwolnieni. A trzeba pamiętać, że w sztabie generalnym według oficjalnych informacji przekazywanych przez MON dokonano zmian na 90 proc. stanowisk kierowniczych. Podobnie w cywilnej części ministerstwa. Te zmiany kadrowe są niesłychanie radykalne. To z całą pewnością nie może sprzyjać utrzymaniu kondycji polskich sił zbrojnych na poziomie, jaki miały jeszcze przed tym całym drastycznym działaniem.
DW: Jednocześnie Polska silnie zabiega o wzmocnienie amerykańskiej obecności w Polsce. Co Pan sądzi o tym projekcie?
Janusz Onyszkiewicz: Oczywiście, że dla nas obecność jednostek natowskich, amerykańskich w szczególności, jest bardzo istotna. To trochę przypomina amerykańska obecność wojskową w Berlinie Zachodnim. Przecież Berlin Zachodni wojskowo był nie do obrony, ale wiadomo było, że gdyby nastąpiła próba zawładnięcia Berlina przez stronę radziecką, oznaczałoby to zderzenie z wojskami amerykańskimi i brytyjskimi.
Obecność żołnierzy amerykańskich czy jakiegokolwiek innego kraju NATO na terenie Polski jest istotna, bo to jest to, co po angielsku określa się jako „tripwire”, czyli coś, o co agresor może się potknąć i wyzwolić jakieś inne działania. Tylko dobrze by było, aby ta obecność była traktowana jako obecność w ramach NATO oraz w porozumieniu z naszymi sojusznikami. Bardzo się cieszymy, że bataliony NATO rozmieszczone w Polsce i krajach bałtyckich mają ogólnonatowski, wielonarodowy charakter.
DW: A jednak polskim władzom nie chodzi o jakiekolwiek wojska NATO, ale konkretnie o Amerykanów. Zabiegają też o stałe, a nie rotacyjne stacjonowanie wojsk. Czy nie stałoby to w sprzeczności z ustaleniami między NATO a Rosją?
Janusz Onyszkiewicz: Ustalenia między Rosją a NATO (z 1997 roku – red.) mówią o tym, że NATO nie ulokuje żadnych znaczących sił wojskowych w pobliżu granicy z Rosją. Znaczące siły wojskowe to skala dywizji, w związku z tym jedna brygada jeszcze nie narusza tych ustaleń. A w Polsce nikt nie spodziewa się pojawienia się amerykańskiej dywizji, bo nie ma się skąd pojawić. Natomiast zwiększona obecność Amerykanów w Polsce dawałaby gwarancję, że jeśli doszłoby do jakiejś agresji, to Stany Zjednoczone będą tym krajem, który jako bezpośrednio zaangażowany, realizowałby artykuł 5 Traktatu Waszyngtońskiego, czyli te gwarancje bezpieczeństwa, które Polska ma w ramach NATO.
DW: Bardzo dziękuję za rozmowę.
REDAKCJA POLECA
Adam Mazguła: Czym więcej PiS-u, tym więcej podziałów społecznych. Dokąd J. Kaczyński prowadzi nasz kraj?

Adam Mazguła
Mam wrażenie, że to marsz w nieznane, bez celu, tylko dla ich władzy i niestety wstecz.
Czym więcej w narodzie tematów tabu, zabobonów, braku dyskusji i edukacji, tym więcej patologii społecznej, agresji światopoglądowej i przestępców, nie tylko na niewinnych dzieciach.
Czym więcej kaczyzmu i zjednoczonej prawicy, tym więcej kłamstw, oszustw, agresywnej propagandy i zwichrowanej moralności.
Czym więcej Episkopatu KK w życiu Polaków, tym więcej modlitw o „ojczyznę dojną”, więcej nienawiści, agresji i faszyzmu.
Czym więcej PiS-u, tym więcej podziałów społecznych i fałszywego patriotyzmu.
Czym więcej dudośniadków, tym mniej Solidarności…
Czy ktoś wie, dokąd J. Kaczyński prowadzi nasz kraj?
Nigdy o tym nie słyszałem, chyba, że po jego „prawdę” na jego obiecaną samotną „wyspę szczęśliwości”.
Mam wrażenie, że to marsz w nieznane, bez celu, tylko dla ich władzy i niestety wstecz.
Adam Mazguła
|
Dystrybutorem książki jest Ateneum.
Na terenie Wielkiej Brytanii książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>> |
Brexit: Czy planowane na wtorek głosowanie przyniesienie koniec zamieszania czy zamieszanie bez końca, czyli decydujący tydzień
Brytyjski parlament ma we wtorek (12.03.2019) ponownie głosować nad umową brexitową. Jeśli Theresa May znowu przegra, brexit zostanie zapewne przełożony.

Czy w tym tygodniu brytyjski parlament w końcu zdecyduje co z umową brexitową? I czy planowane na wtorek (12.03.2019) głosowanie przyniesienie koniec zamieszania czy zamieszanie bez końca?
Theresa May do ostatniej chwili przeciąga swoją walkę o wyprowadzenie Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Do oficjalnego terminu brexitu – 29 marca – zostały już niecałe trzy tygodni, ale rezultat toczącego się w Londynie sporu wciąż pozostaje zagadką.
Apele ostatniej szansy
Jeszcze w piątek (8.03.2019) szefowa brytyjskiego rządu odwiedziła portowe miasto Grimsby, gdzie ponad 60 procent mieszkańców opowiedziało się w referendum za brexitem. Po upadku lokalnego przemysłu rybnego, miejscowość walczy o przetrwanie. May zwróciła się tam z ostatnim apelem do Brytyjczyków, własnej partii i do Unii Europejskiej. Brytyjska premier wezwała UE do „ostatniego wysiłku”, aby w tym tygodniu doprowadzić brexit do celu. Tak, jakby leżało to w interesie Europejczyków, by pomóc Brytyjczykom w wyjściu ze wspólnoty. May ostrzegała też, że konserwatywni dogmatycy w jej partii, nie popierając umowy z Brukselą, sami zagrażają brexitowi.
W niedzielę (10.03.2019) głos zabrał minister spraw zagranicznych Jeremy Hunt i sięgnął po jeszcze ostrzejsze słowa. W telewizji BBC powiedział, że jeśli umowa brexitowa nie znajdzie w tym tygodniu poparcia większości w parlamencie, to pojawi się ryzyko „przegrania brexitu”. Jeśli głosowanie znowu zakończy się porażką, tak jak w styczniu, to będziemy już w 2/3 drogi do „nie brexitu” – mówił, ostrzegając, że będzie to miało katastrofalne skutki dla przyszłości partii konserwatywnej.
Marne perspektywy dla May
Te wygłaszane w ostatnim momencie apele, raczej nie skłonią nikogo do zmiany stanowiska. Wszystko wskazuje na to, że Theresa May we wtorek znowu przegra głosowanie w Izbie Gmin. Decydująca będzie postawa północnoirlandzkiej partii DUP i radykalnych konserwatywnych brexitowców skupionych wokół Jacoba Rees-Mogga.
Wysyłał on ostatnio niejednoznaczne sygnały. Z jednej strony sugerował gotowość do kompromisu, z drugiej strony określał wynegocjowaną umowę brexitową jako „nie do przyjęcia i nie do zniesienia”. Także były minister ds. brexitu i znany zwolennik wyjścia kraju z UE David Davis mówił w niedzielę o „potwornym porozumieniu”. Nie wygląda to na zapowiedź zgody.
Co dalej, jeśli May przegra?
Prowadzone w weekend w Brukseli rozmowy ostatniej szansy na temat poprawek w umowie brexitowej zakończyły się fiaskiem. Negocjatorzy utknęli w martwym punkcie. Jeśli May przegra we wtorek głosowanie w Izbie Gmin, zapowiedziała już następne głosowanie, w którym parlament ma wykluczyć możliwość wyjścia Wielkiej Brytanii ze Wspólnoty bez żadnej umowy. W tym przypadku ze znalezieniem większości nie powinno być problemu.
Następnym krokiem byłoby zmuszenie premier przez parlament do wystąpienia do UE o przesunięcie terminu wyjścia. May prawdopodobnie sama złoży taki wniosek nie czekając na nakaz parlamentu.
Jak długie przedłużenie?
Kontrowersje budzi jednak to, jak długa ma być ta brexitowa dogrywka. Theresa May chce jedynie krótkiego, technicznego przełożenia terminu do końca czerwca. Prawdopodobnie na szczycie UE w Brukseli w połowie marca, brytyjska premier jeszcze raz będzie próbowała nakłonić europejskich przywódców do ustępstw ws. umowy. May już raz się to nie udało, ale jest ona niezwykle uparta.
Ostateczne głosowanie co do umowy brexitowej mogłoby wówczas odbyć się w Izbie Gmin pod koniec marca, trzy dni przed oficjalnym terminem wyjścia ze wspólnoty. Mówi się także o przesunięciu brexitu na jeszcze późniejszy termin. W Unii Europejskiej słychać głosy, aby dać Brytyjczykom czas do końca 2020. Pomysł popierają nawet niektórzy brytyjscy konserwatyści.
Szukając wyjścia z beznadziejnej sytuacji, wspomina się też o drugim referendum. Co jakiś czas powraca też pytanie, jak długo jeszcze Theresa May będzie w stanie utrzymać się na stanowisku wobec brexitowego chaosu, za który sama odpowiada. Nie brakuje prób usunięcia jej z funkcji premiera. Jak dotąd, wszelkie informacje o politycznym końcu brytyjskiej premier, okazują się jednak przedwczesne.
REDAKCJA POLECA
Piotr Surmaczyński: Nie obchodzą mnie pańskie preferencje homoseksualne, ale kwestie wychowania proszę pozostawić rodzicom

Piotr Surmaczyński
Jako ojciec dwójki wspaniałych dzieciaków oświadczam, że nie jestem zainteresowany pana ochroną moich dzieci i nie zgadzam się by przez Pana dyskryminowane były dzieci w mojej ojczyźnie Polsce.
Podobno Hitler był Żydem. Moim zdaniem nie był, bo bycie Żydem to nie tylko kwestia genów. Jednak Hitlerowi jego geny nie przeszkodziły doprowadzić do Holokaustu i wymordować miliony ludzi za to tylko, że Hitlerowcy uznali ich za podludzi.
Natomiast bycie gejem to kwestia preferencji seksualnych. W zasadzie nie obchodzą mnie pańskie preferencje homoseksualne, ale nie podoba mi się, że atakujesz Pan homoseksualistów w Polsce, bo uważasz waść, że są łatwym celem i nikt nie stanie w ich obronie.
Prezes #PiS J. #Kaczyński w #Rzeszów: Inwestujemy w rodzinę, bo rodzina jest podstawową komórką społeczną, która legła u podstaw naszej cywilizacji. #PolskaSercemEuropy #NowaPiątkaPiS pic.twitter.com/sIeQWTyJAS
— PiS Śląskie (@PiS_Slaskie) March 9, 2019
Panie Kaczyński! Wbrew Pana opinii Polacy w większości to wspaniali ludzie. W polskiej tradycji zawsze była tolerancja i otwartość. Nasz kraj, w epoce swojej największej świetności, był wielokulturowy, wielowyznaniowy i wielonarodowy. Rzeczpospolita Obojga Narodów jest w tradycji Polskiej ważniejszym elementem niż epizody przedwojennego antysemityzmu i homofobii, z czego Pan stara się zrobić fałszywy etos polskości.
Mówimy „Nie!” atakowi na dzieci!! Nie damy się zastraszyć. Będziemy bronić polskie rodziny! – powiedział Prezes #PiS Jarosław #Kaczyński w czasie #KonwencjaPiS. #PolskaSercemEuropy #NowaPiątkaPiS 🇵🇱❤️🇪🇺 pic.twitter.com/r4i1jX3gfl
— Beata Mazurek (@beatamk) March 9, 2019
Jako ojciec dwójki wspaniałych dzieciaków, Polak, mieszkaniec Londynu i Europejczyk oświadczam, że nie jestem zainteresowany pana „ochroną” moich dzieci i nie zgadzam się by przez Pana dyskryminowane były dzieci w mojej ojczyźnie Polsce. We wszystkich krajach zjednoczonej Europy dzieci mają dostęp do wiedzy, której pan chce zakazać polskim dzieciakom.
Homofobia to choroba i powinno się ją leczyć, a nie wzmacniać. Karta LGBT jest jak szczepionka przeciwko homofobii. Prawda zawsze jest dobra i dlatego należy powiedzieć jasno prawdę o homoseksualiźmie – zawsze był, jest i zawsze będzie w społeczeństwie polskim. Nie jest to sprawa ideologii ani religii. Polacy mają prawo kochać, kogo chcą. Bo kocha się sercem, a nie penisem.
Wychowanie seksualne jest równie ważne dla dzieci, jak wychowanie komunikacyjne czy rzetelna edukacja. To kwestia przetrwania we współczesnym świecie naszych dzieci.
Proszę się zająć polityką, za co pan bierze pieniądze, a kwestie wychowania proszę pozostawić nauczycielom i rodzicom. Zwłaszcza że sam Pan nie ma własnych dzieci.
Piotr Surmaczyński
Katastrofa lotnicza w Etiopii. Zginęło 157 osób z 35 krajów
Dwie katastrofy lotnicze w ciągu pół roku nasuwają pytanie o bezpieczeństwo nowego modelu Boeinga 737 MAX 8.

Maszyna, która tuż po starcie rozbiła się niedaleko stolicy Etiopii Addis Abeby, została dostarczona etiopskim liniom lotniczych zaledwie cztery miesiące temu. Kilka minut po starcie pilot maszyny zgłosił problemy i poprosił o powrót na lotnisko. Takie pozwolenie uzyskał, krótko po tym samolot się rozbił.
To już druga taka katastrofa w ciągu sześciu miesięcy. Ten sam model Boeinga rozbił się w październiku 2018 r. w Indonezji. I również krótko po starcie. Na pokładzie maszyny Lion Air było wówczas 189 osób.
Nowy model 737 MAX 8
Boeing 737 to najbardziej popularny samolot pasażerski, a 737 MAX to jego najnowszy model. Po pierwszym locie w styczniu 2016 amerykański producent zaczął dostarczać dwa lata temu pierwsze maszyny wersji MAX 8 ze szczególnie paliwooszczędnym silnikiem. Do końca stycznia Boeing przyjął zamówienia na 5011 maszyn, 350 z nich już dostarczył.
Problemy teczniczne
Po katastrofie samolotu Lion Air indonezyjska komisja badająca przyczyny wypadku opublikowała wstępny raport, z którego jasno wynika, że ze względu na poważne usterki techniczne samolot nie powinien był wystartować. Maszyna miała problemy z pomiarem prędkości i czujnikami „kąta natarcia” (tzw. Angle of Attack – AOA). Wskaźnik ten błędnie informuje pilotów, że dziób samolotu jest zbyt wysoko. Powoduje to automatyczną reakcję systemu polegającą na skierowaniu maszyny w dół. Wadliwe wskazania mogą prowadzić do podejmowania błędnych decyzji, a ostatecznie do nagłego nurkowania maszyny.
Indonezyjska komisja nie wskazała jeszcze ostatecznej przyczyny katastrofy, spodziewany jest jeszcze jej raport końcowy. Eksperci jednak krytykują Boeinga, że nie poinformował w wystarczający sposób pilotów i linie lotnicze o nowej automatyce, ani nie przeprowadził wystarczających szkoleń.
Ofiary z Polski i Niemiec
Ethiopian Airlines flight #ET302 has crashed 6 minutes after departure from Addis Ababa Airport en route to Nairobi.
— 10 Plus Entertainment (@10PlusEntertai1) March 10, 2019
The jet is a brand new Boeing 737 MAX 8 (reg: ET-AVJ) – only delivered to the airline four months ago. #Ethiopian #EthiopianAirlineshttps://t.co/sRa3zWMyLg
Maszyna Ethiopian Airlines była w niedzielę (10.03.2019) w drodze z Addis Abeby do stolicy Kenii, Nairobi. Na pokładzie znajdowało się 149 pasażerów i ośmiu członków załogi. Nikt nie przeżył. Wśród ofiar jest m.in. dwóch Polaków i obywatele Niemiec.
Niemiecki MSZ nie potwierdza na razie liczby ofiar z Niemiec. Według Ethiopian Airlines na pokładzie maszyny było pięciu Niemców.
Adam Mazguła: Określiła, o co walczył jej dziadek w Powstaniu Warszawskim. Ciekawy, czy wie o co nie walczył?

Adam Mazguła
Jakim trzeba być podłym, bezczelnym, nieodpowiedzialnym anty-Polakiem z PiS-u, aby określać tych, co walczyli z okupantem na drodze z nieludzkiej ziemi (np. Syberii), do Berlina - BANDYTAMI?
Jakaś mocarna olimpijka z Warszawy określiła, o co walczył jej dziadek w Powstaniu Warszawskim. Ciekawy jestem, czy wie także, o co nie walczył?
„Nie o taką Warszawę walczył w Powstaniu mój dziadek” mówi Zofia Klepacka, sprzeciwiając się specjalnym przywilejom dla środowisk LGBT w Warszawie i sugerując Prezydentowi Rafałowi Trzaskowskiemu, aby lepiej zajął się wsparciem dla sportu. pic.twitter.com/jDvEIZSOQC
— Magdalena Korzekwa-Kaliszuk (@MagdaKorzekwa) February 21, 2019
Z racji zawodu i zainteresowania rozmawiałem z setkami walczących patriotów w II Wojnie Światowej i wszyscy podkreślali, że walczyli z okupantem, za wolną Polskę, w obronie narodu, regionalnej społeczności i swojej rodziny. Tylko nieliczni, wiedzieli, do jakiej grupy należą. Nie było legitymacji partyjnych, informacji, wyboru i władz, które przemawiały do ludzi. Z resztą politycy schowani byli tak głęboko, że nikt o nich nie słyszał. Jeśli znane były jakieś nazwiska, to był to dowódcy, Sikorski czy Anders, jako patrioci, a nie politycy lewicowi czy prawicowi… Wszystkie oddziały partyzanckie, grupy konspiracyjne, wojsko i ludność cywilna walczyła z okupantem. Walczyła wszędzie i gdzie tylko mogła zaszkodzić wrogom ojczyzny.
Dopiero po wojnie manipulanci partyjni w celu zdobycia władzy określali, kto był, po jakiej stronie.
Jakim trzeba być podłym, bezczelnym, nieodpowiedzialnym anty-Polakiem z PiS-u, aby określać tych, co walczyli z okupantem na drodze z „nieludzkiej ziemi” (np. Syberii), do Berlina – „BANDYTAMI”?
Pewnie wierzą, że ich bohaterski J. Kaczyński w wojennej sytuacji zwołałby konwencje partyjną na Syberii i ustalił, że PiS wyzwoli Polskę, wygra wojnę z hitlerowcami i z Sowietami. Zmotywowaliby rodaków poprzez rozdawnictwo tego, co nie ich, rozdali trochę tego wszystkim zdolnym do walki i wysłali na śmierć, w kolejnych bitwach, bo perspektywa rządów Kaczyńskiego po wygranej wojnie byłaby tak atrakcyjna. Pewnie by tak było, jednak, jeśli wierzyć internetowym przekazom, wtedy przodkowie Kaczyńskiego walczyli mordując Polaków. Dlatego rozumiem narrację PiS-u, że Wojsko Polskie nie było po ich stronie.
Jeśli dzisiaj, ulegając partyjnej agresji propagandowej PiS-u, Z. Klepacka oświadcza, za jej dziadek walczył za patologię i symulację (PiS), po/rozum/mienie, albo faszyzujące dudośniadki to ręczę, że się olimpijka bardzo myli. Z pewnością walczył o wolną Polskę od faszystów, których dzisiaj reprezentuje Zjednoczona Prawica.
Tak ideolodzy J. Kaczyńskiego, jak kiedyś hitlerowcy zawłaszczyli kraj dla partyjnych interesów, szczują na ludzi, którzy nie godzą się na ich dyktaturę, inwestują miliardy publicznych pieniędzy w wyborcze przekupstwo polityczne w masową propagandę sukcesu i dalszy upadek demokracji.
To oni, z orłami na piersiach, z biało czerwonymi sztandarami pozbawiają kolejne grupy Polaków godności, poniżają i ubliżają, wspierają pedofilię kościelną i dewastują edukację, kulturę i dziedzictwo narodowe.
Rodacy, którzy nie posiadają wiedzy, nie mają wyobraźni niech nie uwiarygadniają się przez powoływanie na dziadków czy ojców, bo się bezgranicznie kompromitują.
Adam Mazguła
|
Dystrybutorem książki jest Ateneum.
Na terenie Wielkiej Brytanii książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>> |
Rafał Sulikowski: Złamane prawe skrzydło. Co się stało ze Smoleńskiem?

Rafał Sulikowski
Cicho dziś o Smoleńsku. Smoleńsk należy rozliczyć teraz w drugą stronę. Smoleńsk trzeba rozliczyć tyle że nie z zamachu, którego nie było, ile z tej fali nienawiści, jaka przewaliła się przez Polskę w latach 2010-2015, napędzana specjalnie przez polityków i polityczki prawicy. Można by przypomnieć też inne brednie prawicowe, jest teraz na to czas, wykorzystajmy go dobrze.
Zaraz po wyborach PiS zaczął stopniowo zmniejszać radykalizm narracji smoleńskiej. Wybory zostały wygrane, w dużym stopniu na trumnach smoleńskich i na fali nieprawdopodobnej pomroczności jasnej, jaka zamuliła serca i umysły sporej części Polaków.
– Nikt z nas nie wierzy w zamach – miał się wyrazić któryś z polityków prawicy – ale ludowi potrzeba igrzysk i krwi. Tak – narracja smoleńska doprowadziła do kryzysu rządzącą centrolewicę, a to razem się zbiegło z dotarciem do Polski spóźnionej fali amerykańskiego i południowoeuropejskiego kryzysu ekonomicznego.
PiS od samego początku z góry, bez żadnych dowodów, żadnych najmniejszych poszlak, zakładał, że Putin zabił prezydenta Kaczyńskiego i 95 najważniejszych osób w państwie. Główny motorniczy smoleńskiego obłąkanego i widmowego tramwaju, czyli A. Macierewicz miał za zadanie utrzymywać legendę smoleńską tak długo, jak się da – co najmniej do wyborów w 2015.
Tusk jest winien – brzmiała narracja, wtórowały jej wściekłe tłumy gromadzące się co miesiąc pod pałacem prezydenckim w stolicy – na szubienicę z nim i resztą “peowców”. Palono kukły, pokazywano ostentacyjnie flagi i różańce, a skrajna prawica po cichu wspierała te seanse nienawiści, urządzane po to, żeby odsunąć od władzy legalnie rządzące partie polityczne. I się udało.
Nakręcony horrendalnie głupi film o Smoleńsku z bombą termiczną jako głównym bohaterem miał dobić tych, którzy ani przez chwilę – jak szczęśliwie piszący te słowa – nie dali się podejść prawicy i kupić szytą grubymi nićmi narrację smoleńską. Powstał film, zbierały się tłumy, z mitu stworzono parareligijną sektę, w której kapłanami byli najważniejsi w PiS-ie politycy, mający za zadanie nakręcanie fali społecznych negatywnych emocji, wzbudzania sensacji. Kilkakrotnie zmieniano zresztą technikę rzekomego mordu – raz dobijano rannych, raz bomba termiczna, innym razem dynamit, którego ślady mieli zacierać Rosjanie, jeszcze ktoś mówił o zestrzeleniu i tak dalej.
Na nic nie zdały się oficjalne komisje – tłuszcza żądała głów i linczu, ludowi trzeba było w tamtych trudnych ekonomicznie realiach dać coś zamiast chleba – więc dano krwawe igrzyska. Zbiorowa psyche wyparła wyjaśnienie naturalne – nieszczęśliwy wypadek, na który złożyło się wiele przyczyn – bo ma zawsze tendencję do szukania jakiegoś sensu, jakichś wrogów, interwentów, zamachowców, rodem z kiepskiego kryminału.
Dlaczego ludziom nie wystarczają wyjaśnienia naturalne? Bo tak skonstruowana jest ludzka psychika i tylko nieliczni potrafią znaleźć sens w sytuacjach pozornie tego sensu pozbawionych, a pozostali – nie.
Cicho dziś o Smoleńsku. Może by tak ktoś zrobił artykuł na temat wszystkich bredni, jakie wypowiadano o katastrofie samolotu z Prezydentem, zebrał razem to wszystko, bo piszący te słowa cierpi na nadmiar obowiązków i nie ma czasu. Trzeba by w takim tekście pokazać po kolei, jak rozwijała się horrendalna narracja, a potem – kult smoleński, sekta czy quasi-religia. Może ktoś by rozliczył choć w artykule tych wszystkich, którzy rzucali oszczerstwa, oczerniali niewinnych, w czym celowała pani Pawłowicz, o ile pamiętam także znani panowie T. i Z., tworzący swoisty duet prawicowy i mnóstwo mniej znanych postaci prawicy.
Smoleńsk należy rozliczyć teraz w drugą stronę – wszystko jest zapisane i może by ktoś przekopał choćby Twittera, by pociągnąć do odpowiedzialności wszystkich, którzy wypowiadali nie tylko brednie, ale i oczerniali, niszczyli dobre imię na przykład starających się wyjaśnić katastrofę śledczych czy nieulegających smoleńskiej presji polityków i działaczy społecznych.
Smoleńsk trzeba rozliczyć to prawda. Tyle że nie z zamachu, którego nie było, ile z tej fali nienawiści, jaka przewaliła się przez Polskę w latach 2010-2015, napędzana specjalnie przez polityków i polityczki prawicy. Można by przypomnieć też inne brednie prawicowe, jest teraz na to czas, wykorzystajmy go dobrze.
Rafał Sulikowski
Prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz w „Die Welt”: PiS pogłębia podziały w społeczeństwie
Prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz zarzuca PiS pogłębianie podziałów w polskim społeczeństwie i zapowiada, że będzie kontynuowała przyjazną wobec uchodźców politykę swego poprzednika, Pawła Adamowicza.

– PiS od 2010 roku pogłębia podziały w społeczeństwie, a szczególnie od przejęcia władzy w 2015 roku. Partia wykorzystuje dla swoich celów katastrofę samolotową w Smoleńsku, w której zginął Lech Kaczyński, brat-bliźniak szefa partii Jarosława Kaczyńskiego oraz inni przedstawiciele polskiej elity – powiedziała prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz w rozmowie opublikowanej w czwartkowym wydaniu (7.03.2019) gazety.
– PiS obarcza opozycję współwiną i rozpowszechnia teorię o zamachu. W ten sposób partia uniemożliwiła wspólne przeżywanie przez ludzi żałoby” – zaznaczyła prezydent Gdańska. Społeczeństwo podzieliło się w zależności od tego, czy wierzy się w katastrofę, czy w zamach. – To jedna z przyczyn tego, że nie mamy do siebie dziś zaufania – dodała.
Dulkiewicz zastrzegła, że po śmierci jej poprzednika – Pawła Adamowicza, w Gdańsku udało się wspólnie zorganizować żałobę i nie doszło do wykorzystania emocji. – Pokazaliśmy, że jesteśmy wspólnotą – podkreśliła.
Prezydent Gdańska powiedziała „Die Welt”, że odczuła na własnej skórze „nienawiść w internecie”. – Pseudodziennikarze na prawicowych portalach rozsiewali plotki, wymyślali informacje o moim pochodzeniu czy przeszłości. Nie oszczędzili nawet mojej córki. Doprowadziło to do tego, że dostawałam pogróżki. Straszne – mówiła następczyni Adamowicza.
Jak zaznaczyła, państwowa telewizja TVP oraz „inni zbliżeni do rządu dziennikarze” wykazali się powściągliwością i powstrzymali się przed atakami na nią.
Według Dulkiewicz, Gdańsk ma ambicje stania się „miastem wzorcowym” także, jeśli chodzi o integrację uchodźców, o co zabiegał od lat Adamowicz. – Pawłowi było wstyd z tego powodu, że Polska nie przyjęła właściwie żadnego uchodźcy. Był chrześcijaninem, był bardzo wierzący, stąd jego zaangażowanie – tłumaczyła.
– Chcę kontynuować jego dziedzictwo – zapowiedziała nowa prezydent Gdańska, Aleksandra Dulkiewicz.
REDAKCJA POLECA
Seria skandali zepchnęła PiS do defensywy. Czy szereg dobrodziejstw socjalnych zapewni Kaczyńskiemu kolejne zwycięstwa?
Seria skandali zepchnęła PiS do defensywy. W walce o przychylność wyborców, polski rząd zaproponował szereg dobrodziejstw socjalnych. Czy zapewnią one partii Jarosława Kaczyńskiego kolejne zwycięstwa?

„W maju ponad jedna czwarta mieszkańców Polski ucieszy się nie tylko z powodu nadejścia wiosny: 9,7 mln polskich emerytów otrzyma nadzwyczajną wypłatę w wysokości ponad 200 euro. Prezent od rządu kierowanego przez narodowo-populistyczną partię Prawo i Sprawiedliwość (PiS) nadejdzie kilka dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego 26 maja, pierwszymi z trzech wyborów w ciągu jednego roku” – pisze Florian Hassel w komentarzu „Plamy na czystych rękach” opublikowanym w piątkowym (8.03.2019) wydaniu „Sueddeutsche Zeitung”.
PiS w defensywie
„PiS znalazł się w roku wyborczym w defensywie, a opozycja demonstruje nową siłę” – stwierdza autor będący warszawskim korespondentem wiodącej niemieckiej gazety opiniotwórczej.
Seria skandali
Hassel przyznaje, że „nacjonalistyczna polityka” i „konfrontacja z UE” nie odebrały co prawda PiS wyborców, jednak partia, która w 2015 roku, po skandalach poprzedniego rządu, przejęła władzę w glorii siły o czystych rękach, „wstrząsana jest szeregiem małych i dużych skandali”.
Zdaniem „SZ” rysy pojawiły się także na wizerunku szefa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Na poparcie swojej tezy Hassel przypomina o „skandalu” z planowaną budową dwóch wieżowców przez spółkę Srebrna w Warszawie. Autor zwraca uwagę, że austriacki biznesmen Gerald Birgfellner, który doprowadził do ujawnienia sprawy, przesłuchany został aż cztery razy, natomiast Kaczyński ani razu. Prokuratura nie podjęła dotychczas decyzji o wdrożeniu śledztwa lub umorzeniu postępowania.
TVP w rękach rządu
„Rząd kontroluje publiczną telewizję TVP, która przede wszystkim na wsi jest jedynym źródłem informacji dla wielu Polaków, i wykorzystuje ją do propagandy. Dlatego wielu wiernych wyborców PiS nie dowiaduje się o takich sprawach lub dowiaduje się o nich w sposób wypaczony” – pisze Hassel.
Pomimo tego – zaznacza – poparcie dla PiS spadło z 40 proc. do w zależności od sondażu, 35 lub nawet 29 proc.
Niemiecki dziennikarz zwraca uwagę, że na kongresie programowym PiS 23 lutego mało mówiono o programie, a dużo o nowych „dobrodziejstwach” dla ludności, jak choćby specjalnej wypłacie dla emerytów czy zwolnieniu młodych osób z podatku.
„Koszt tych wszystkich dodatkowych wypłat szacowany jest na 2 proc. polskiego PKB. Rząd ma pieniądze. Koniunktura w Polsce jest dobra: ściśle połączona z niemieckim przemysłem, zorientowana na konsumpcję gospodarka rośnie w tempie 5 proc. Wpływy z podatków nie maleją” – stwierdza Hassel. Natomiast jeśli chodzi o inwestycje w oświatę, opiekę zdrowotną i infrastrukturę, rząd nie realizuje wyznaczonych wcześniej celów.
Ne będzie powtórki z 2015 r.
Hassel przypomina, że w 2015 roku PiS zdobył tylko 37,6 proc. głosów, pomimo tego mógł rządzić z absolutną większością, ponieważ kilka innych partii nie przekroczyło progu wyborczego. „Powtórka tego sukcesu jest w świetle aktualnych sondaży nieprawdopodobna” – pisze dziennikarz „SZ”.
Szanse Koalicji Europejskiej
W osobnym materiale zamieszczonym w tym samym wydaniu „SZ” Hassel przedstawia niemieckim czytelnikom Koalicję Europejską – szeroki sojusz partii opozycyjnych. Jego zdaniem polska opozycja „ma jak najbardziej szansę na odsunięcie narodowo-populistycznego PiS od władzy”.
Niemiecki dziennikarz wspomina też o „Wiośnie” Roberta Biedronia – potencjalnym partnerze Koalicji Obywatelskiej. Zastanawia się również nad szansą powrotu do polityki Donalda Tuska.
Powracając jeszcze raz do zapowiedzi socjalnych świadczeń rządu kierowanego przez PiS, Hassel cytuje fragment wypowiedzi do wyborców szefa SLD Włodzimierza Czarzastego: „Zostawimy wam to, co dał wam PiS, ale zwrócimy wam to, co PiS zabrał”. Chodzi o likwidację niezawisłego wymiaru sprawiedliwości – wyjaśnia autor.
REDAKCJA POLECA




