Włosi zmieniają prawo. W obronie własnej będą mogli użyć broni palnej
Nowa ustawa o obronie własnej, zafundowana Włochom przez ministra spraw wewnętrznych sprawi, że we Włoszech będzie jak na Dzikim Zachodzie – twierdzą krytycy.

Matteo Salvini, włoski minister spraw wewnętrznych zaliczył następny sukces w swojej ulubionej roli bezkompromisowego szeryfa Włoch. Polityk prawicowej Ligi podczas kampanii wyborczej prawie codziennie obiecywał: „Kiedy ktoś o własnych nogach wchodzi do mojego domu, musi liczyć się z tym, że wyniosą go stamtąd nogami do przodu”.
Teraz Izba Deputowanych dała zielone światło forsowanej przez szefa MSW nowelizacji ustawy o obronie własnej, zezwalającej na częstsze stosowanie broni w przymusowych sytuacjach. Włosi będą mieli prawo szybciej sięgnąć po broń, kiedy ktoś włamuje się do ich domu albo, jak określa to Salvini: „kiedy ktoś wdziera się do mojego domu, do mojej własności, mam prawo bronić się zawsze i wszelkimi sposobami”.
W obronie własnej
Do tej pory sytuacja prawna we Włoszech – w tym zakresie zezwalała zaatakowanej osobie, w groźnej dla niej sytuacji na sięgnięcie tylko po najłagodniejsze środki obrony. W nowej włoskiej ustawie ma być jednak wyraźnie zapisane, że określenie „zawsze” oznacza, że ludziom wolno zawsze sięgnąć po broń w obronie swojego domu czy sklepu przed napastnikami.
– Wszystko inne jest dalekie od realiów – podkreśla minister Salvini. – Jeżeli w odległości metra ode mnie stoi jakiś zamaskowany człowiek, według obowiązującego teraz prawa o obronie własnej, muszę rozważyć, czy chce on mnie zaatakować, czy jego pistolet jest prawdziwy albo, czy jego nóż jest ostry. Według mnie, jeżeli ktoś w nocy zamaskowany stoi w moim pokoju, to go załatwię. Kiedy boję się, mam pełne prawo bronić się we własnym domu – wyjaśniał Salvini.
Ostrzeżenie prawników
W przyszłości w kodeksie karnym ma być zapisane, że już „stan poważnego niepokoju” u zaatakowanych osób usprawiedliwia sięgnięcie po broń. Francesco Minisci, prezes Narodowego Zrzeszenia Sędziów ostrzega przed następstwami noweli Salviniegoo. Zezwala ona bowiem na strzelanie do rzeczywistych czy domniemanych przestępców także w sytuacjach, które nie mają nic wspólnego z obroną własną. – Nawet sąsiad ma prawo strzelać do włamywacza, którego widzi w moim domu, i to też uważane jest za obronę własną – krytykował prawnik.
Dziki Zachód czy prawo do obrony
Krytycy twierdzą, że Włochom grozi sytuacja jak na Dzikim Zachodzie. Minister Salvini odpiera tę krytykę, twierdząc, że we Włoszech teraz jest jak na Dzikim Zachodzie. – Przestępcy są mocniejsi niż przeciętni, uczciwi obywatele – powiedział.
Także minister administracji publicznej, była adwokatka Giulia Andreottiego Giulia Bongiorno podkreśla, że wreszcie w walce z przestępcami prawo stanie się prawem.
– Jeżeli taki ktoś chodzi po moim domu i zbliża do pokoju, w którym jestem razem z dzieckiem, a ja mam przy sobie pistolet, to będę strzelać – powiedziała.
Włoska Liga zapowiedziała przywrócenie porządku we Włoszech i spełnia dane obietnice. Minister Salvini ostentacyjnie odwiedził ostatnio w więzieniu drobnego przedsiębiorcę Angelo Peveriego. 57-latek został skazany na cztery i pół roku więzienia za usiłowanie zabójstwa, ponieważ z broni automatycznej strzelał do trzech złodziei, jednego z nich ciężko raniąc. Próbowali oni ukraść benzynę z jego koparki. Salvini obiecał przychylne rozpatrzenie wniosku osadzonego o ułaskawienie.
Większość w obu izbach parlamentu
Nowelizacja ustawy o prawie do obrony własnej ma poparcie pierwszej izby parlamentu, a do końca miesiąca ma zostać przegłosowana w Senacie. Tym samym Salvini osiągnąłby swój cel, by ustawa weszła w życie jeszcze przed wyborami do Parlamentu Europejskiego.
Jak wynika z sondaży, prawie 40 proc. Włochów było za nowelizacją ustawy o samoobronie, pomimo że liczba zgłoszonych na policję napadów rabunkowych i włamań w ubiegłych czterech latach spadła o ponad 20 proc.
REDAKCJA POLECA
Dariusz Stokwiszewski: Kaczyński i Ziobro w świetle kamer niszczą polskich sędziów! Wieje grozą, bo idą na całość…! Polska ginie zdradzana nocą…!

Dariusz Stokwiszewski
Z pisowskim reżimem Ziobry i Kaczyńskiego próbuje walczyć jedynie 10 procent sędziów, drugie tyle się waha, a reszta uległa tzw. „efektowi mrożącemu”! Społeczeństwo nie jest informowane o tym, co się dzieje w rzeczywistości, a sędziowie prześladowani najczęściej milczą!
Z wypowiedzi wielu mądrych i przyzwoitych prawników wynika, że z wrogim państwu, pisowskim reżimem Ziobry i Kaczyńskiego próbuje walczyć (poprzez swą niezłomność i dobre wykonywanie obowiązków) jedynie 10 procent sędziów, drugie tyle się waha, a reszta uległa tzw. „efektowi mrożącemu”! Społeczeństwo nie jest informowane o tym, co się dzieje w rzeczywistości, a sędziowie prześladowani najczęściej milczą! Nie wiem czemu, ale chyba trochę ze wstydu (bo w Polsce to ofiara musi się wstydzić, a oprawca triumfuje), trochę za swoich przełożonych i środowisko, ale być może dlatego, że mają prawo spodziewać się reakcji z naszej strony. I to im się od nas należy! Jako adekwatny przykład (poza całą paletą innych) można podać rozwiązany wydział w sądzie, którym kieruje sędzia Przymusiński tylko po to (jestem o tym przekonany, aby pozbyć się tego sędziego, który pisowcom stoi „ością w gardle”)! Jednak tych przykładów są dziesiątki, a nawet setki, a polski wymiar sprawiedliwości (teraz to tylko resztki tego, co nim było) stał się folwarkiem niejakiego Zbigniewa Ziobry. Człowiek ten wyjątkowo „przysłużył się” temu by z państwa prawa Polska zamieniła się w ziobrowski „dziki zachód, (a może wschód”).
Oto wiersz napisany w Dachau w 1942 roku przez niemieckiego pastora luterańskiego Martinz Niemöllera pt. „Kiedy przyszli…”! Jakże adekwatny do naszej sytuacji!
Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem.
Nie byłem przecież Żydem.
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem.
Nie byłem przecież komunistą.
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem.
Nie byłem przecież socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem.
Nie byłem przecież związkowcem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował.
Nikogo już nie było!
*
Jeśli my dzisiaj nie staniemy w obronie prześladowanych sędziów (choć nie tylko, bo w tej grupie są także prokuratorzy, adwokaci, radcy), to nas nie obroni nikt. Nie można do tego dopuścić; trzeba znowu stanąć w obronie prześladowanej przez miernoty grupy zawodowej, której jedyną „winą” jest to, że ma charakter i nie zgadza się na niszczenie państwa prawa i demokracji! Dziś oni, jutro my i co wtedy?! Znowu peerelowskie procesy wymyślone przez polskiego odpowiednika sowieckiego Jeżyny (Jagody i Berii)?! Czy tego społeczeństwo chce? Tak wiem, jest też grupa miernych i interesownych ludzi, którym to odpowiada, ale większości z nas chyba nie?! My, w to wierzę, nie jesteśmy z tych, którzy dadzą się kupić ludziom, którzy tak na dobrą sprawę powinni stanąć już dawno temu przed sądami karnymi.
Zdaję sobie sprawę z tego, że to nie jest łatwe, ale kto ma zmienić Polskę? Od jakiegoś czasu wiemy, że możemy liczyć tylko na siebie samych, bo nikt nam więcej nie pomoże. Partie są zbyt zajęte własnymi sprawami, a Polskę „naprawią przy okazji”, jak wygrają wybory! Potem zaś zapewne wiele z destrukcyjnych zmian wprowadzonych przez PiS pozostanie, bo każda władza ma to do siebie, że łatwo swoich narzędzi nie oddaje tym bardziej że będzie na kogo zwalić winę!
Potrzebny jest nam prawdziwy przywódca, który porwie społeczne masy i poprowadzi je do zmiany naszej rzeczywistości. Nie wzywam do żadnej rewolucji ani przelewu krwi tylko zgodnego z Konstytucją RP zaprotestowania przeciwko destrukcji państwa, które powierzono nieopatrznie ludziom nieodpowiedzialnym, szkodzącym Polsce, niszczącym wszelkie uniwersalne wartości, ludzi i państwo! Naród musi się zjednoczyć w imię walki z przestępczym łamaniem polskich i europejskich praw, w tym głównie konstytucji RP!
Nie ma zgody na przejęcie państwa przez żadną zorganizowaną, w złych celach, grupę osób bez względu na to, czy nazywa się ona partią, sitwą czy mafią, bo nazwa nie ma tu najmniejszego znaczenia. Najlepszym tego przykładem jest ta, którą nosi partia władzy! Ta nazwa to kpina z Polski i Polaków, Europy i reszty świata! Wszystko to, co robi grupa tych ludzi (władza), na rękę jest jedynie ekspansywnej i dążącej do odbudowy własnych wpływów zaborczej Federacji Rosyjskiej!
Z czystym sumieniem oraz pełnym przekonaniem stawiam pisowskiej władzy zarzut działania (nieważne w tym momencie czy z zamiarem bezpośrednim, czy też z braku wiedzy i umiejętności rządzenia, bo to kiedyś ocenią polskie sądy) na szkodę państwa polskiego! Domagam się tego, aby naród tę pseudowładzę demokratycznie odwołał!
Robie to, dlatego, że tu w Polsce panuje chyba powszechny strach przed nazwaniem rzeczy po imieniu. Tymczasem ci ludzie według mnie po prostu zdradzają Ojczyznę, za co w czasie wojny jest „kula w łeb”, a w czasie pokoju (póki, co jeszcze go mamy) są kary długoletniego więzienia i pozbawienia praw publicznych na zawsze! Ta władza straciła według mnie prawo do rządzenia i legitymację społeczną! Jeśli zostanę do tego zmuszony (bo ktoś będzie „urażony”) wyłuszczę pełne uzasadnienie publicznie, bo jest tyle argumentów, że wystarczy ich na 24 godzinną, czy też nawet tygodniową debatę w gronie specjalistów!
Dariusz Stokwiszewski
Rozwód – porady prawne
Wszystko, co musisz wiedzieć na temat rozwodów. Zapraszamy do lektury!

Niestety w dzisiejszych czasach wiele małżeństw podejmuje decyzję o rozwodzie. Przyczyny całkowitego rozpadu małżeństwa są różne, mogą to być na przykład zdrady, któregoś z małżonków. Co warto w kwestii prawnej wiedzieć na temat rozwodów? Zachęcamy do lektury!
Czym jest rozwód?
Celem rozwodu jest zakończenie małżeństwa. Małżeństwo może otrzymać rozwód, gdy małżonkowie udowodnią, że nastąpił trwały i zupełny rozkład pożycia małżeńskiego – jest to warunek konieczny. Jeśli nie nastąpił rozkład pożycia małżeńskiego, sąd nie musi udzielić rozwodu, nawet w sytuacji, gdy małżonkowie się o to ubiegają.
O rozkładzie pożycia małżeńskiego mówimy, gdy między małżonkami zostaną zerwane wszelkie więzi, zarówno duchowe, jak i fizycznie i gospodarcze – małżonkowie nie prowadzą gospodarstwa domowego.
Rozwód – formalności
Pozew rozwodowy może złożyć każda ze stron. Pozew należy złożyć w sądzie okręgowym w wydziale cywilnym. Właściwy sąd to ten, w okręgu którego znajdowało się Wasze ostatnie wspólne miejsce zamieszkania – jeśli przynajmniej jedno z małżonków w danym miejscu przebywa. Jeśli żadne z małżonków w danym miejscu już nie przebywa, pozew należy złożyć w sądzie okręgowym, do którego przynależy osoba pozwana. Należy też uiścić stosowną opłatę, ok. 600 zł.
Do pozwu należy też dołączyć kilka dokumentów, między innymi:
- skrócony odpis aktu małżeństwa
- zaświadczenie o zarobkach
- odpis pozwu
- jeśli macie dzieci, akt urodzenia każdego z nich
Z orzeczeniem o winie lub bez orzekania o winie
Rozwód może być przeprowadzony z orzeczeniem o winie – rozpadowi małżeństwa może być winna tylko jedna strona bądź obie strony, rozwód może być również przeprowadzony bez orzekania o winie.
Zawinione i niezawinione przyczyny rozwodu to:
- Alkoholizm
- Zdrada
- Agresja i przemoc
- Bezpłodność
- Odmowa współżycia
Aby rozwód był przeprowadzony z orzekaniem o winie jednego z małżonków, trzeba przedstawić dowody potwierdzające taki stan rzeczy. Taka rozprawa zazwyczaj trwa dość długo i w sądzie poruszany jest cały szereg spraw dotyczący życia małżonków. W przypadku rozprawy z orzekaniem o winie strona, która nie ponosi winy może domagać się od strony winnej alimentów.
Przyjmuje się, że o winie współmałżonka mówimy, gdy jego zachowanie narusza normy prawna, jest sprzeczne z dobrymi obyczajami i zasadami współżycia społecznego i wpływają na rozpad małżeństwa.
W przypadku rozwodu bez orzekania o winie sąd uznaje, że żadne z małżonków nie ponosi winy za rozpad małżeństwa. Taka rozprawa zazwyczaj trwa krócej niż ta przeprowadzana z orzekaniem o winie.
Decyzję dotyczącą rozwodu z orzeczeniem o winie lub bez orzekania o winie należy dokładnie przemyśleć, a w razie wątpliwości skorzystać z porady prawnej — taka decyzja będzie miała wpływ na czas i przebieg postępowania.
Rozprawa rozwodowa
Podczas rozprawy sąd orzeka nie tylko o zakończeniu małżeństwa, ale rozstrzyga również kwestie dotyczące:
- władzy rodzicielskiej
- alimentów na rzecz dzieci, ewentualnie na rzecz strony, która nie ponosi winy za rozpad małżeństwa
- na wniosek jednej ze stron zajmuje się podziałem majątku wspólnego
Na koniec
Rozwód to czasami jedyna i najlepsza decyzja. Warto jednak dokładnie przemyśleć czy chcemy ubiegać się o rozwód bez orzekania o winie czy z orzeczeniem o winie, w przypadku wątpliwości warto skorzystać z pomocy specjalistów, fachowe porady prawne pomogą nam znaleźć optymalne rozwiązanie.
Źródło: http://jwc-kancelaria.pl/
Rafał Sulikowski: Jezusowe spojrzenie, czyli mała psychologia prawicy

Rafał Sulikowski
Typowy Kowalski, który głosuje na prawicę, święcie wierzy, że biskupi, którzy agitują za prawicą, mają świętą rację, bo tak go nauczono. Święcie wierzy w stworzenie, a nie ewolucję - bo tak go uczono.
Nadal będę upierał się, że w polityce chodzi nie o same tylko projekty, programy wyborcze, skok na stołki i kasę i tak dalej. Uznaję, że chodzi o “coś więcej”, że problem ma głębsze podłoże niż tylko społeczno-środowiskowe, o czym tu często piszemy.
Zabawmy się więc przez chwilę w psychoanalityka i połóżmy przeciętnego, statystycznego prawicowca na przysłowiową kozetkę. Co usłyszymy, a czego nigdy nie usłyszymy? Zapraszam do krótkiej analizy.
Kiedy psychoanalityk zapytałby przeciętnego wyznawcę prawicy, jak wspomina swoje dzieciństwo, mógłby usłyszeć, że ojciec był bardzo surowy, a jednocześnie patriarchalnie nieobecny i niedostępny, za to matka była za bardzo opiekuńcza i nadobecna. Mógłby usłyszeć, że za dobre czyny pacjent nie był nagradzany, za to za “wyskoki” był karany nadmiernie. Drążąc dalej, usłyszałby, że rodzice byli bardzo religijni, ojciec rano wyśpiewywał godzinki, a matka często siadała z różańcem w ręce i modliła się o zwycięstwo “świętej Matki Kościoła”.
Kiedy psychoanalityk zapytałby o pożycie rodziców, okazałoby się, że hołdowali oni tradycyjnemu podejściu do seksu, który należało uprawiać z myślą o potomstwie i jak najrzadziej, żeby “nie rozbudzać demona seksu”.
Lęki seksualne matki pacjent wymieniłby, dziwiąc się, że wyssał je z mlekiem, a twarde, patriarchalne podejście ojca do spraw ziemskich – “był przesadnie uczciwy” – pomagało mu mieć nabożny szacunek do pracy i do prywatnej własności. Takie samo podejście miała zresztą matka, która mówiła, że “Pan Bóg dał człowiekowi ręce, aby sam zarobił na utrzymanie”, a kto “nie pracuje, niech też nie je”.
Następnie dowiedzielibyśmy się, że rodzice w ogóle nie umieli się relaksować, ani wyjść na prywatkę czy zabawę, które kojarzyły im się z karnawałem, a ten – pod wpływem lektur pobożnych książek – z grzechem, przede wszystkim “tym grzechem”. Jakim? Tym – powiedziałby jasno pacjent, a następnie opowiedziałby, jak co tydzień był prowadzony do kościoła, a w każdy “pierwszy piątek” do spowiedzi. “Księża uczyli nas, że sfera seksu to brud i plugastwo” – mógłby ciągnąć monolog adept prawicy i “to mi zostało”. Okazałoby się też, że pacjent albo z trudem znalazł partnerkę życiową, z którą wziął rzecz jasna “ślub, bo bez ślubu to grzech”, albo nie znalazł, bo “matka przeganiała wszystkie”. Zazdrosna jest miłość Pana, znaczy się matki – ten znaczący lapsus wymknąłby się niejako przypadkiem, ale że w psychoanalizie przypadków nie ma, więc terapeuta mógłby w tym momencie postawić sprawę na ostrzu noża i zapytać, jakie życie erotyczne prowadzi pacjent. W zależności od stanu cywilnego odpowiedziałby, że “robię to sam, ale bardzo tego żałuję, spowiadam i postanawiam mocno się poprawić i już nigdy tego nie zrobić”, albo “nie śpimy z żoną, bo nie stać nas na więcej niż dwójkę dzieci, a ona boi się wpadki”. “Dlaczego nie stosujecie środków zapobiegawczych?” – dociskałby analityk, lecz odpowiedź byłaby już gotowa: “Bo nam nie wolno”. I tu zapadłoby znaczące, ciężkie milczenie, a wreszcie terapeuta zacząłby z nieco innej beczki.
Życie przeciętnego prawicowca jest ciężkie. Zewsząd czyha zło, które ma różne imię w różnych kręgach kulturowych.
To, co robią panowie Terlikowski i Ziemkiewicz, to wprowadzanie średniowiecznego światopoglądu opartego na teocentryzmie do nowoczesnej polityki. Tak naprawdę chodzi o zniszczenie autonomii rzeczy świeckich, o to, żeby wrócić do sakralnego węzła sojuszu tronu z ołtarzem ponad nowożytną separacją spraw metafizycznych i ziemskich.
Typowy Kowalski, który głosuje na prawicę, święcie wierzy, że biskupi, którzy agitują za prawicą, mają świętą rację, bo tak go nauczono. Święcie wierzy w stworzenie, a nie ewolucję – bo tak go uczono. Kowalski ma autorytety, ale jest krytyczny wobec mitycznego “salonu”, bo nauczono go, że III RP to “mafijno-biznesowy układ”. Czyta prawicowe tygodniki, bo tam “piszą świętą prawdę”. Jest za Polską heteroseksualną, białą, z silną figurą ojca, jednolitą kulturowo, a lista lektur z konieczności jest okrojona. No bo co prawda indeksu już nie ma, ale wewnętrzna “prawość” nakazuje większość “świeckiej literatury” wyrzucić na makulaturę. Ale Biblii też nie czyta – tym razem z szacunku do świętych pism. Życie toczy się między pracą, zazwyczaj etatową, bo Kowalski nie zakłada biznesu, gdyż nauczono go, że “bogaci to złodzieje” – a kościołem i domem. Ale w domu panuje nuda, jak to w rodzinach prawicowych, gdzie jedynym tematem są okropni “lewacy”, którzy zaprowadzają nowy porządek świata, gdzie nie “będzie miejsca dla Boga”, w domyśle – władzy biskupów. Oczywiście prawa człowieka – nie. Prawa zwierząt i ochrona przyrody – nie. Pachnie lewactwem za bardzo. Prawa kobiet – no nie! Macice nie są własnością kobiet, tylko Kościoła, który decyduje, kto z kim ma być i ile ma mieć dzieci. Edukacja? Tak, ale jeśli na biologii nie będzie teorii ewolucji, tej wszawej i plugawej hipotezy, pysznej i mającej czelność łączyć człowieka z resztą przyrody. Kino? Tylko filmy typu “Pasja” i ewentualnie jakiś dokument, który dowodzi, że to Kościół katolicki we wszystkim ma rację. Teatr? Nie – aktorzy prowadzą rozwiązłe życie. Biznes? Broń cię Panie Boże – biznes to złodziejstwo. Uczciwi ludzie – pojęcie uczciwości i biegunowo przeciwne pojęcie “zdrady” są na pierwszym miejscu w prawicowym słowniku – pracują na skromnym etacie, zarabiają tyle, żeby starczyło do pierwszego i nie myślą o żadnych “uniwersytetach”, ani “biznesach”. Prawa niepełnosprawnych – nie, szczególnie tych “psycholi”, którzy zachorowali, bo się “źle prowadzili”.
Smutne jest życie prawicowca. Przyklejony uśmiech, udawanie, że się jest szczęśliwym, to charakterystyczne smutne, jezusowe, a zarazem pełne jakiejś litości i jednocześnie cichego wyrzutu w stosunku do “upośledzonych lewaków” spojrzenie z okładek tygodników opinii, ze wspólnych zdjęć prawicy. Spojrzenie, które już dawno skazało lewicę na wieczne męki, tylko dlatego, że “sami się wykluczyli”.
Ulubionym motywem narracji prawicowej jest “samowykluczenie” – “sami się wykluczacie!” – woła w natchnieniu jeden czy drugi. “Nikt was nie wyklucza!” – wtóruje inny. Oczywiście, prawica przecież nikogo nie wyklucza. Z wyjątkiem tych, których już dawno skreśliła. Na ich szczęście. Może nawet wieczne, kto wie.
Rafał Sulikowski
Kolejny, drugi już pacjent w historii wyleczony z wirusa HIV

Alexander Freund
Transplantacja komórek macierzystych w ramach terapii nowotworowej pozwoliła usunąć wirusa HIV. Niemieccy naukowcy studzą jednak emocje. Dla przykładu, przypomina się, że u niemowlęcia w USA przez 27 miesięcy po terapii nie stwierdzono obecności HIV, jednak później wirus ponownie się ujawnił.

Nikt nie chce mówić o przypadku uzdrowienia, ale doniesienie, że drugi pacjent w historii po przeszczepie komórek macierzystych pozbył się wirusa HIV, znalazło się na nagłówkach wszystkich gazet na świecie.
Naukowcy z University College w Londynie poinformowali we wtorek (5.03.19), że u chorego na HIV mężczyzny określanego mianem „londyńskiego pacjenta”, 18 miesięcy po specjalnej transplantacji komórek macierzystych nie stwierdzono już obecności wirusa.
Pacjent cierpiał także na chłoniaka Hodgkina w zaawansowanym stadium, dlatego po chemoterapii otrzymał od dawcy komórki macierzyste szpiku kostnego z blokującą infekcję mutacją genu CCR5, który doprowadził do remisji. Ta mutacja genu kodującego receptor CCR5 uodparnia na atak określonych odmian wirusa, gdyż bez tego białka nie są one w stanie wniknąć do komórek.
Podobny przypadek miał miejsce 12 lat temu w berlińskiej klinice Charite. Wtedy Timothy Ray Brown zwany „berlińskim pacjentem” był pierwszą osobą z wirusem HIV, którą uleczono. Poza infekcją HIV cierpiał on też na białaczkę. Po napromieniowaniu zastosowano u niego dwukrotnie przeszczep komórek macierzystych, doprowadzając do remisji. Londyńscy specjaliści działali na wzór niemieckich kolegów w 2008 r.
Nadzieja dla chorych
Drugi przypadek uleczenia HIV został przyjęty entuzjastycznie przez świat medyczny.
– Powtórzenie jest decydującym kryterium naukowej wiarygodności – powiedział Hans-Georg Kräuslich dyrektor oddziału wirusologii kliniki uniwersyteckiej w Heidelbergu. Zdaniem Gerda Fätkenheuera prezesa Niemieckiego Towarzystwa Chorób Zakaźnych (DGI) drugi przypadek pokazuje, że uleczenie „berlińskiego pacjenta” nie jest pojedynczym przypadkiem, lecz jest z „zasady powtarzalny”. Dodaje to skrzydeł naukowcom, którzy szukają sposobów uleczenia HIV oraz pozwala zawężyć liczbę obecnych strategii leczenia.
Niemieccy naukowcy studzą emocje
– To dodający nadzieję znak, ale wciąż żaden dowód na uzdrowienie – studzi emocje wirusolog Hans-Georg Kräuslich. Dla przykładu, przypomina się, że u niemowlęcia w USA przez 27 miesięcy po terapii nie stwierdzono obecności HIV, jednak później wirus ponownie się ujawnił.
Gero Hüter, który zajmował się w 2008 r. „berlińskim pacjentem” wskazuje, że niektórzy chorzy na AIDS, po takiej terapii szybko umierali z powodu komplikacji lub chorób nowotworowych.
Także w przyszłości przeszczep komórek macierzystych nadal nie będzie żadną opcją w przypadku wirusa HIV. Ten rodzaj terapii jest poważną ingerencją, która „w obliczu długotrwałej, dobrze znoszonej i skutecznej terapii antywirusowej nie jest uzasadniona, o ile nie przemawiają za nią inne medyczne wskazania” – uważa wirusolog Hans-Georg Kräuslich. W obu wspomnianych przypadkach przeszczep przeprowadzono z powodu chorób nowotworowych, a nie z powodu wirusa HIV.
Na świecie żyje z HIV co najmniej 37 mln ludzi. Terapię antyretrowirusową (ARV) otrzymuje zaledwie 59 proc. z nich. Co roku umiera około miliona zarażonych osób. Jednocześnie przedmiotem troski ekspertów jest nowa odmiana wirusa odpornego na stosowaną dotąd terapię.
REDAKCJA POLECA
Adam Mazguła: Panie Kaczyński, podobają się Panu przesłane listy z kulą i obiecanką śmierci dla Prezydenta Lecha Wałęsy

Adam Mazguła
Panie Jarosławie Kaczyński, ilu jeszcze ofiar chce Pan wskazać do represji? Czy dlatego Lech Wałęsa dostaje pogróżki, bo nie jest Pan na jego miejscu, czy kolejni prezydenci miast, bo nie są z „dobrej zmiany”?
Panie Jarosławie Kaczyński,
czy podobają się Panu przesłane listy z obiecanką śmierci dla Prezydenta Lecha Wałęsy i prezydentów największych polskich miast, jeśli nie wycofają się w ciągu 7 dni z polskiej polityki?
Jak Pan myśli, dlaczego takie pogróżki otrzymali tylko ci prezydenci, którzy nie należą do Zjednoczonej Prawicy? Czy przesłanie wcześniej wiadomych „wyroków śmierci”, za które nie ścigają organy państwa, albo teraz bojowego naboju naszemu nobliście jest czymś normalnym w kraju rządzonym przez odpowiedzialnych ludzi?
Nie wierzę, ale ludzie mówią, że to Pańskie środowisko stoi za tą prowokacją, aby odwrócić uwagę od Spółki Srebrna i całego wysypu Waszych afer. Dlatego bardzo mnie obchodzi, czy ktoś wie, albo, chociaż próbuje ustalić, kto organizuje te obietnice dalszych morderstw politycznych, już nie tylko w Gdańsku?
Panie J. Kaczyński,
podobnie jak Pan, wszyscy chłopcy chcą być piękni, przystojni, wysocy, silni i budzić westchnienia pięknych kobiet. Każdy chce być odważny, bogaty i posiadać władzę. Jednak ludzi Bóg obdarzył nierówno. Dlatego są też ludzie mali, podli, nienawidzący kobiet i z racji swoich mało akceptowanych cech, ciągle upokarzani przez środowisko. Dorastanie w uprzywilejowanej, bogatej rodzinie, w domu bohatera, bez nadmiaru obowiązków, z załatwianiem nawet promocji do klasy maturalnej, bez odbycia obowiązkowej służby wojskowej, staje się nie do zniesienia, kiedy przyjdzie żyć samodzielnie w normalnym świecie. Tacy ludzie stają się złośliwi, zawiedzeni życiem, ale chowają się za maską normalności. Nie przestają też marzyć o zemście na ludziach, za ich wszystkie cechy, dobre i złe, których nie posiada zazdrośnik.
Panie J. Kaczyński,
czy Pan ma takie cechy, które każą Panu niszczyć ludzi i mścić się za to, że są od Pana inni? Pytam, bo ludzie mówią, że Pan kocha wszystkich, ale tylko ze swojej „rasy panów”. Mówią, że dlatego rozdaje im Pan miliony złotych, bo każdy z nich ma podobny kompleks niedowartościowanego człowieka. Dlatego wspólnie stworzyliście sobie wyspę bezprawia i pazerności. Całą złość kierujecie jednak na tych, którzy nie należą do rasy panów, bo nie należą do ludzi sfrustrowanych i zawiedzionych życiem. Nazwał ich Pan ludźmi gorszego sortu, kanaliami i mordercami, którzy odpowiadają nie tylko za katastrofę smoleńską, ale za całe zło tego świata. Czy dlatego państwo PiS chroni bojówki rasistowskie, aby to one w Waszym imieniu walczyły z tym złem? Czy dlatego, nie ściga się faszystów w Polsce PiS-u, nie delegalizuje ich organizacji, mimo, że nakazuje to zarówno Konstytucja RP jak i Kodeks Karny? Czy dlatego podejmuje Pan współpracę z faszystami i pozwala na terroryzowanie społeczeństwa obywatelskiego?
Panie J. Kaczyński,
widzę, że nie jest Pan człowiekiem szczególnie odważnym, dlatego wychował Pan hydrę, skłócił społeczeństwo, wskazuje wrogów i namawia do represji rękami przestępców, kiboli i narodowców, których nazywa Pan patriotami.
Jak Pan myśl, Kto odpowiada za pokazowe morderstwo polityczne Pawła Adamowicza czy Barbary Blidy? Dlaczego ochraniacie morderców, którzy torturami zamęczyli przypadkowo zatrzymanego Igora Stachowiaka? Jak Pan myśli, kto odpowiada za śmierć 54 byłych pracowników służb państwa polskiego, których fałszywymi oskarżeniami zaszczuli Pańscy posłowie za pomocą ustawy represyjnej?
Panie Jarosławie Kaczyński,
dokąd Pan zmierza? Ilu jeszcze ofiar chce Pan wskazać do represji? Czy dlatego Lech Wałęsa dostaje pogróżki, bo nie jest Pan na jego miejscu, czy kolejni prezydenci miast, bo nie są z „dobrej zmiany”?
Czy dlatego pielęgnuje Pan pamięć o ludobójcach wyklętych, aby wykorzystać dla swoich niecnych celów zagubionych młodych ludzi, którymi Pan manipuluje wmawiając, że są patriotami?
Panie Jarosławie Kaczyński,
kiedy następnym razem policja będzie pacyfikować pokojowe protesty przeciwko odradzającemu się faszyzmowi, kiedy prokuratura nie będzie wszczynać postępowań karnych przeciwko tym, co grożą innym śmiercią, kiedy sam Pan wystrzeli z kapiszona, aby Pańscy zwolennicy mogli zrobić z niego mordercze narzędzie, niech Pan ma odwagę przyznać, że to Pan wyzwala w Polakach nienawiść i buduje faszyzm.
Cechą prawdziwego mężczyzny jest odpowiedzialność. Tymczasem widzę u Pana gen strachu, chęć działania jedynie z ukrycia z wykorzystaniem innych, bez osobistej odpowiedzialności. Jednak każdy, nawet człowiek tchórzliwy odpowiada za swoje czyny.
Tymczasem módl się Pan, aby groźby dla Lecha Wałęsy i prezydentów miast okazały się niegroźne dla ich życia i zdrowia.
Zawsze z życzliwą radą,
Adam Mazguła
|
Dystrybutorem książki jest Ateneum.
Na terenie Wielkiej Brytanii książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>> |
Raport o północno-koreańskich pracownikach zatrudnianych w Polsce

Jacek Lepiarz
Koreańczycy z Północy pracują w nieludzkich warunkach po 12 godzin na dobę, jak zwykle jednak godzą się ze swoim losem. Pracownik ze stoczni w Gdyni przerwał milczenie i opowiedział jak zmuszano go do pracy po 12 godzin dziennie w warunkach urągających godności – rozprawa w tej sprawie odbędzie się przed sądem w Holandii.

Jak pisze autor materiału, warszawski korespondent „Die Welt” Philipp Fritz, poszkodowany robotnik z Korei Północnej pracował w stoczni w Gdyni. Twierdzi, że został wysłany przez reżym w Pjognjang do Polski, gdzie zmuszano go do pracy po 12 godzin dziennie w urągających godności warunkach.
Fritz podaje, że chodzi o stocznię Crist w Gdyni. Przypomina na wstępie o wcześniejszej sprawie koreańskiego spawacza Chon Kyongsu. Pracujący w 2014 roku w tej samej stoczni Koreańczyk spłonął żywcem. Jak się okazało, pracował bez odpowiedniego kombinezonu ochronnego. „Nikogo nie oskarżono, ponieważ Chon Kyongsu nie był oficjalnie zatrudniony przez firmę Crist. Polski wymiar sprawiedliwości nie miał kompetencji” – pisze dziennikarz „Die Welt”.
Polskie władze nie wykazywały gotowości do współpracy
Zdaniem Fritza tym razem sprawy mogą się potoczyć inaczej. Spotkanie z poszkodowanym jest niemożliwe, ponieważ jego nazwisko utrzymywane jest w tajemnicy. „Ze względów bezpieczeństwa nie mogę podać miejsca pobytu” – mówi reprezentująca go adwokat Barbara van Straaten. Prawniczka z Holandii jest bardzo ostrożna.
„Chodzi nie tylko o zagrożenie ze strony reżymu północnokoreańskiego, lecz także o polskie władze, które w przeszłości nie wykazywały gotowości do współpracy przy wyjaśnianiu podobnych przypadków” – pisze Fritz.
Ilu pracowników z Korei Północnej pracuje w Polsce?
Niemiecki dziennikarz zwraca uwagę, że dla polskich firm Koreańczycy stanowią rezerwuar taniej siły roboczej. Dla władz północnokoreańskich robotnicy przymusowi są natomiast pożądanym źródłem dochodów. ONZ szacuje, że Północna Korea zarabia rocznie w ten sposób od 1,2 do 2,3 mld dolarów. W ponad 40 krajach na świecie pracuje 50 tys. obywateli Korei Północnej, często w jeszcze gorszych warunkach – czytamy w „Die Welt”.
Autor zwraca uwagę na problem z ustaleniem, ilu Koreańczyków z Północy pracuje w Polsce. W 2015 roku wystawiono dla nich 466 pozwolenia na pracę. Nie wiadomo jednak, czy nadal pracują, czy też wyjechali z Polski.
Powołując się na eksperta rynku pracy, Fritz pisze, że obecnie w polskich przedsiębiorstwach może pracować maksymalnie 800 Koreańczyków.
Akt oskarżenia i brak zaufania do polskich władz
Jak podaje „Die Welt”, proces odbędzie się przed sądem holenderskim, ponieważ akt oskarżenia skierowany jest przeciwko firmie holenderskiej, z którą Crist kooperował. Nazwa firmy też utrzymywana jest w tajemnicy.
„Polskie organa ścigania nie były w stanie wyjaśnić w przeszłości przypadków z udziałem północnokoreańskich pracowników. Brak zaufania do polskich władz może być powodem, dla którego van Straaten i jej klient zadecydowali się na obejście i skarżą przedsiębiorstwo, które pośrednio korzystało z pracy przymusowej, a nie bezpośrednio, jak w przypadku Crist” – wyjaśnia Fritz.
Crist zaprzecza informacjom o zatrudnianiu Koreańczyków z Północy. „Żeby było jasne: nigdy nie zatrudnialiśmy robotników północnokoreańskich” – powiedział „Die Welt” Tomasz Wrzask, menedżer od PR w firmie Crist. „Przed kilku laty współpracowaliśmy z firmą Armex, która specjalizowała się w pracownikach z branży stalowej” – tłumaczył. „Oni współpracowali z wieloma firmami, także z naszą stocznią i to oni zatrudnili Koreańczyków z Północy” – mówi przedstawiciel stoczni.
Fritz przyznaje, że Armex rzeczywiście w 2014 roku pośredniczył w zatrudnianiu Koreańczyków. Był jedną z dwóch firm, które zajmowały się kierowaniem północnokoreańskich robotników do pracy w stoczniach.
Tomasz Wrzask argumentuje, że Armex przedłożył wszystkie wymagane dokumenty, co oznacza, że nie było powodów do podejrzeń. „To dziwne, że nazwa naszej firmy pojawia się w prasie, a nazwa firmy holenderskiej nie. To są podwójne standardy” – powiedział.
Niepokojące raporty: polskie władze nie chcą egzekwować standardów prac
Fritz wspomina o badaniach prowadzonych w latach 2016-2018 przez naukowców z Ośrodka Badań nad Azją w holenderskiej Lejdzie. Pracownicy tej placówki prowadzili poufne rozmowy z północnokoreańskimi robotnikami w Polsce.
Z raportów tej grupy badawczej wynika, że polskie władze nie są w stanie, bądź nie chcą egzekwować europejskich standardów pracy – pisze dziennikarz.
Koreańczycy nie mogą poruszać się swobodnie po kraju, są poddawani ideologicznym naciskom i izolowani od świata. Pracują sześć dni w tygodniu po dwanaście lub więcej godzin. Dostają niskie wynagrodzenie, pozwalające jedynie na przeżycie. Największa część zapłaty transferowana jest do władz w Korei, niewielka część do rodzin robotników. Za niesubordynację pracowników w Polsce karane są ich rodziny w Korei. Grozi im nawet zesłanie do obozu pracy – pisze Fritz.
Niniejszy artykuł prezentuje opinie wyrażone na łamach niemieckiej prasy i niekoniecznie odzwierciedla stanowisko redakcji
REDAKCJA POLECA
Rafał Sulikowski: Kościelny szczyt wszystkiego

Rafał Sulikowski
Celibat nie jest stanem naturalnym, co przyznaje sam Kościół. Większość ludzi w ogóle nie nadaje się do celibatu. Kościół musi, jeśli chce przetrwać, wsłuchać się w głos seksuologów, którzy dostrzegają opresyjność dokumentów o seksualności człowieka. Problem antykoncepcji, seksu przedmałżeńskiego i masturbacji samotnych są tematami tabu. Seks jest poddany wielkiemu ciśnieniu opresyjnego nauczania
Watykański szczyt (odbył się w dniach 21-24 lutego br.) oficjalnie zwołany został przez papieża Franciszka w celu zaradzenia pladze pedofilii. Niestety, szczyt niczego nie zmienił i w dalszym ciągu nie zmieni.
Skostniałe i inercyjne struktury kościelne są tak podsterowne, że nic się nie uda. Szczyt prawdopodobnie zwołano, aby sprawić dobre wrażenie i stworzyć nowy PR, pokazać, że coś robią, że uznają rzekomo swoje winy i że coś się zmieni. Nie zmieni się nic bez radykalnej zmiany kościelnego nauczania na temat ludzkiej seksualności. Tłumiona w celibacie energia libido wyraża się w czynach pedofilskich, homoseksualizmie, związkach z kobietami, ukrywanymi przez parafie, zwłaszcza w mniejszych ośrodkach, przez molestowanie i w różnych innych formach.
Celibat nie jest stanem naturalnym, co przyznaje sam Kościół. Większość ludzi w ogóle nie nadaje się do celibatu. Kościół musi, jeśli chce przetrwać, zwołać jak najszybciej III Sobór Watykański i dokumentnie zmienić podejście do seksu. Należy wsłuchać się w głos seksuologów, którzy dostrzegają opresyjność dokumentów o seksualności człowieka. Problem antykoncepcji, seksu przedmałżeńskiego i masturbacji samotnych są tematami tabu. Od encykliki “Humanae vitae” seks jest poddany wielkiemu ciśnieniu opresyjnego nauczania, którego jedynym celem jest związanie ludzi z Kościołem. Biskupi redagujący kolejne dokumenty doskonale znają ludzkie potrzeby i pragnienia. Wiedzą, że stawiając wymagania, których ludzie nie są w stanie spełnić, zwiążą ludzi z systemem penitencjarnym w Kościele.
Większość ludzi samotnych i młodzieży regularnie współżyje albo się masturbuje. Demonizując w sposób neurotyczny seks, Kościół łapie na lep wszystkich “wielkich grzeszników”, a nazywając naturalne czynności “złem”, grzechem czy pokusą wywołuje masywne poczucie winy. Aby się od niego uwolnić, ludzie przychodzą do spowiedzi, wyznają swoje “winy”, proszą o przebaczenie i przez chwilę odczuwają ulgę.
Niestety, sytuacje nazywane niesłusznie przez Kościół “grzechem” mają tendencje do powtarzania się, więc cały cykl się powtarza. W ten sposób penitenci stale szturmują konfesjonały, a przy okazji wrzucają “co łaska”, więc wraz z nimi płynie rzeka pieniędzy. I tak człowiek, chcąc niechcąc wpada w pułapkę przeważnie do końca życia.
Absolutnym wymaganiem czasu jest zwołanie soboru i przeredagowanie opresyjnego nauczania o seksualności ludzkiej, odwołanie zakazu antykoncepcji w sytuacji, gdy narzucane naturalne planowanie rodziny nie jest skuteczne, a z moich obserwacji i wielu wypowiedzi katolików wynika, że NPR nie jest bardziej skuteczne niż antykoncepcja, a przeważnie jest o wiele mniej skuteczne, szczególnie jeśli katolicy nie umieją się nim posługiwać i są celowo wprowadzani w błąd.
Opresja kościelna nasila się obecnie. Mechanizmy obronne, izolowanie się od świata, wzrastający integryzm, parcie ku skrajnemu nauczanie, rosnąca opozycja wobec Franciszka sprawia, że obecny szczyt do walki z pedofilią nie przejdzie do historii Kościoła, przeciwnie – będzie przywoływany jako towarzyskie spotkanko biskupów świata, którzy przyjechali, wysłuchali kilku historii spośród tysięcy, pomodlili się, wyrazili skruchę, po czym rozjechali się i “będzie, tak jak jest”.
Ten szczyt był wcale niepotrzebny. Potrzebna jest nowa encyklika, jeśli Kościół chce dotrwać do roku 2033, kiedy zapewne mają odbywać się wielkie uroczystości dwutysiąclecia od śmierci Chrystusa. Na razie nie jest pewne, czy katolicyzm dotrwa do następnego synodu. Każda inna instytucja, w której poziom przestępstw byłby podobny, musiałaby ulec samorozwiązaniu. Kościół tego nie zrobi, bo zbyt wielkie interesy prowadzi na świecie pod pretekstem nowej ewangelizacji.
Na razie fala stłumionego erosa przyniosła tylko nową pedofilizację i nic ponadto. Dopóki ludzie świeccy będą bali się Kościoła i przyznawali mu rację absolutną we wszystkim, dopóty nic się nie zmieni. Pozostaje tylko odejść i pójść własną drogą. Ale nie każdy jest odważny i zdecyduje się na taki radykalny krok wobec tak radykalnego zła w Kościele.
Najgorsze, że większość katolików jak gdyby nigdy nic dalej praktykuje, nie uświadamiając sobie, w czym naprawdę biernie biorą udział. I wszystko pozostaje po staremu.
Rafał Sulikowski
Maraton wyborczy. Młodzi politycy opozycji mogą zagrozić Kaczyńskiemu
W Polsce rozpoczyna się maraton wyborczy, który zdecyduje o przyszłości kraju. Młode pokolenie polityków opozycji może zagrozić hegemonii PiS – pisze „FAZ” zastrzegając, że nic nie jest przesądzone.

W Polsce rozpoczyna się maraton wyborczy, który zdecyduje o przyszłości kraju. Młode pokolenie polityków opozycji może zagrozić hegemonii PiS – pisze „FAZ”, zastrzegając, że nic nie jest przesądzone.
Warszawski korespondent „FAZ” Gerhard Gnauck zwraca uwagę na przewodniczącego PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza. Zdaniem niemieckiego dziennikarza 37-letni lider może być jednym ze zwycięzców maratonu wyborczego w Polsce, zaczynającego się wyborami do Parlamentu Europejskiego w maju br., a kończącego się wyborami prezydenckimi w roku przyszłym.
Kosiniak-Kamysz należy do nowego pokolenia w polskiej polityce. Jego atutem jest młody wiek, a równocześnie doświadczenie w pracy w rządzie. Od 2011 do 2015 roku polityk PSL był ministrem pracy w rządach Donalda Tuska i Ewy Kopacz – przypomina Gnauck.
Autor wyjaśnia, że PSL jest silna na prowincji, ale w wyborach parlamentarnych nie może być pewna wyniku powyżej progu wyborczego. Kosiniak-Kamysz ucieleśnia „nowy PSL” – łączący tradycję i katolicką spuściznę z tematami w rodzaju ochrony środowiska i zielonej energii.
Pragmatyzm PSL
„PSL jest przede wszystkim pragmatyczny” – ocenia Gnauck. Po 1989 roku partia wchodziła w koalicję zarówno z postkomunistami jak i z liberalnym skrzydłem polityków wywodzących się z Solidarności.
„Dzięki temu pragmatyzmowi PSL może przeżyć swoją drugą wiosnę, jeśli wyborcy będą mieli dosyć polaryzacji spowodowanej grasującym w Europie populizmem. Wtedy może wybić godzina Kosiniaka-Kamysza” – spekuluje Gnauck dodając, że niektórzy obserwatorzy widzą młodego lidera jako premiera.
PiS traktuje ostatnio PSL jak swojego wroga i zwalcza partię chłopską wszystkimi dostępnymi środkami. Przestraszyło to PSL do tego stopnia, że przyłączyła się do Koalicji Europejskiej – szerokiego sojuszu na wybory do Parlamentu Europejskiego.
Na lewicy Nowacka
Jak zaznacza Gnauck, partnerem Kosiniaka-Kamysza w Koalicji Europejskiej będzie między innymi inna nadzieja polskiej polityki – Barbara Nowacka. Autor zwraca uwagę na lewicowe tradycje jej rodziny i podkreśla, że jej politycznym celem są prawa kobiet i rozdział Kościoła od państwa.
– Zebraliśmy ponad 40 tysięcy podpisów – mówiła dziś @barbaraanowacka z @inicjatywaPL tuż przed złożeniem w @KancelariaSejmu petycji ws. ustawy o świeckości państwa #AgencjaAIP pic.twitter.com/JdAtA9B5zg
— AIP (@AgencjaAIP) February 27, 2019
Gnauck pisze, że jednym z głównych tematów kampanii wyborczej będzie miejsce Polski w Europie. PiS co prawda twierdzi, że nie chce „polskiego Brexitu”, jednak opozycja ostrzega, że mając nawet dobre zamiary, można, jak brytyjski premier David Cameron swoim referendum, osiągnąć efekt przeciwny do zamierzonego.
W wyborach do PE Koalicja Europejska może uzyskać wynik w granicach 35 proc., mniej więcej tyle samo co PiS – przewiduje Gnauck.
Biedroń walczy na własną rękę
Autor przypomina, że do koalicji nie wszedł Robert Biedroń. Lider „Wiosny” pojmuje na swój sposób polską tradycję: wzorem dla niego nie jest marszałek Józef Piłsudski, lecz bojowniczki o prawa kobiet, które w 1918 roku w śniegu godzinami wystawały przed jego willą, by skłonić go do przyznania praw wyborczych kobietom. Biedroń uważa, że osiągnie sukces, działając na własną rękę. Sondaże dają mu wynik w granicach 10 proc.

Młode pokolenie polityków, nieobciążone walkami z okresu zwrotu w 1989 roku, może stworzyć opozycji nowe szanse. Ich młody wiek nie daje jednak gwarancji na sukces – zastrzega Gnauck, dodając, że PiS też ma w swoich szeregach młodych utalentowanych działaczy.
Na korzyść PiS przemawia fakt, że młodzi wyborcy w Polsce są obecnie nastawieni konserwatywnie i patriotycznie. Pewną rolę mogą odegrać też najnowsze obietnice socjalne – dodatek 500+ na pierwsze dziecko i trzynasta emerytura.
REDAKCJA POLECA
Gdyby nie było Skody, Czechy byłyby innym, dużo biedniejszym krajem
Gdyby nie było Skody, Czechy byłyby innym, dużo biedniejszym krajem. Tak było sto lat temu, tak było w czasach komunistycznych i tak jest dzisiaj, gdy Skoda staje się firmą globalną.

Ta historia zaczyna się w 1859 roku, kiedy to hrabia Arnoszt Valdsztein (Ernst Graf von Waldstein) otwiera w Pilźnie fabrykę produkującą maszyny i urządzenia dla browarów, cukrowni, kopalni i kolei. W 1866 roku jej głównym inżynierem staje się Emil Szkoda (Emil von Škoda). Trzy lata później odkupuje ją od hrabiego. Tak powstają Szkodove zavody, czyli Zakłady Szkody. Czyli krótko: Skoda.
Od armat do aut
Fabryka rozwija się dynamicznie i w początkach XX wieku jest już największym przedsiębiorstwem przemysłowym Austro-Węgier. Produkuje głównie broń i amunicję.
Po I wojnie światowej traci rynki zbytu. Przed plajtą ratuje Skodę francuski koncern zbrojeniowy Schneider. Przejmuje kopalnie i huty, zaczyna produkować lokomotywy i samochody.
W 1925 roku kupuje fabrykę Laurin & Klement w Mladej Boleslavi, która powstała w 1895 i zaczęła produkować rowery, w 1899 motocykle, a od 1905 samochody. Na wyjeżdżających z zakładu pojazdach pojawia się marka Skoda i logo autorstwa malarza Frantiszka Michla: uskrzydlona strzała.
Skody (co najmniej) dwie
Pod niemiecką okupacją firma staje się częścią Zakładów Hermanna Göringa. Po II wojnie światowej zostaje znacjonalizowana i podzielona. Fabryka samochodów znów jest odrębną firmą. Nazywa się AZNP – Zakłady Samochodowe, Przedsiębiorstwo Narodowe i nadal produkuje skody.
Po aksamitnej rewolucji, w 1990 roku słowo „Skoda” wraca do nazwy zakładu. Od tego momentu pojawiają się w Czechach dwie Skody: jedna w Pilźnie, druga w Mladej Boleslavi.
W latach 90. poszczególne części pilzneńskiej fabryki usamodzielniają się jako kolejne Skody. Na przykład Skoda JS produkuje urządzenia dla elektrowni jądrowych. W sumie jest ich około 25. Następczyni Zakładów Szkody nazywa się Skoda Transportation.

Volkswagen w Skodzie
Tu się kończy opowieść o fabryce w Pilznie. Dalej będzie już tylko o Skodzie Auto. Taką nazwę od 1997 roku nosi fabryka w Mladej Boleslavi, którą rząd premiera Czech Petra Pitharta sprzedał 16 kwietnia 1991 niemieckiemu Volkswagenowi.
Pośpiech był wskazany, bo głęboko zadłużonej firmie groził krach. Niemiecki koncern obiecywał zaś zainwestować 9 miliardów marek, podwoić produkcję w ciągu czterech lat, zacząć produkować samochód klasy średniej, zachować markę i logo firmy, a przede wszystkim utrzymać zatrudnienie.
Skodę Auto chciało też przejąć Renault, czemu sprzeciwili się się pracownicy. Zagrozili strajkiem, Francuzi bowiem obiecywali mniej.
Dwa pomyślne zbiegi okoliczności
Pierwszym szczęśliwym przypadkiem w najnowszych dziejach fabryki okazała się jej szybka sprzedaż. W Czechosłowacji miała się właśnie zacząć kuponowa prywatyzacja. Gdyby udziały w Skodzie zostały rozdane, jej losy mogłyby się potoczyć całkiem inaczej.
Drugim szczęśliwym przypadkiem była decyzja, aby już na początku Volkswagen nie przejął całej firmy, lecz na jedynie 31 procent jej akcji.
We wrześniu 1993 roku konsorcjum 40 banków miało w Londynie pożyczyć koncernowi półtora miliarda marek na inwestycje w firmie. Jednak dzień wcześniej VW zrezygnował z kredytu. Rzekomo już go nie potrzebował.
Czesi w to nie uwierzyli. W zamian za zgodę na podwyższenie udziału w Skodzie do 70 procent jej akcji wymusili na VW umowę do umowy, na mocy której zgodzili się wprawdzie na zmniejszenie inwestycji do czterech miliardów marek i zrezygnowali z obiecanej fabryki silników, ale uzyskali do 2000 roku prawo weta wobec strategicznych decyzji dotyczących przyszłości firmy.

Od favorita do kodiaqa
Na tym przykre niespodzianki się skończyły. W 1994 roku produkowanego od siedmiu lat Favorita zastąpiła Felicia, pierwsza Skoda spełniająca zachodnie standardy.
W 1996 roku zadebiutowała Octavia. Volkswagen spełnił tym swoją najważniejszą obietnicę, że będzie w Czechach produkować samochód klasy średniej. Trzy lata później do produkcji weszła mała Fabia. W 2001 roku wyjechała z zakładu ostatnia felicia i zaczęła się produkcja miejskiego Citigo i Superba – limuzyny z górnej klasy średniej.
Na następny wóz – kombi roomster – trzeba było czekać pięć lat. Na SUV yeti – kolejne cztery. W 2011 pojawił się w ofercie kompaktowy rapid. W 2017 roku Yetiego zastąpiły dwa nowe SUV-y: mniejszy Karoq i większy Kodiaq. Kolejny, Kamiq, przedstawiony będzie w marcu na salonie w Genewie.
Globalna Skoda
W 1991 Skoda sprzedała 123 tysiące Favoritów i ich wersji kombi – Formanów. Po pięciu latach ta liczba podwoiła się – niemal w takim czasie, jak VW obiecał. Na kolejne podwojenie sprzedaży trzeba było jednak czekać dziesięć lat, do 2006 roku. Osiem lat później padła magiczna granica miliona samochodów. W 2018 roku czeska córka Volkswagena sprzedała 1.253.700 aut.
Dziś Skoda to już nie tylko Mladá Boleslav, Kvasiny i Vrchlabi, czyli jej trzy czeskie fabryki (w ostatniej produkowane są skrzynie biegów). Auta z uskrzydloną strzałą w logo wyjeżdżają dziś z zakładów w Chinach, Indiach, w Rosji, Kazachstanie, na Ukrainie, Słowacji, w Algierii, a także w Niemczech.
Największym rynkiem zbytu są Chiny. Skoda sprzedała tam w ubiegłym roku 341 tysięcy samochodów. Na drugim miejscu są Niemcy (177 tysięcy), na trzecim rodzime Czechy (94 tysiące), na czwartym Rosja (82 tysiące).
Najwięcej aut Skoda sprzedaje w Europie: 486 tysięcy w Zachodniej, 213 tysięcy w Środkowej i 46 tysięcy we Wschodniej (bez Rosji). Łącznie odpowiada to trzem piątym sprzedaży globalnej.
To się jednak wkrótce może zmienić. 19 stycznia Skoda Auto otworzyła w indyjskim mieście Chakan, 140 kilometrów na wschód od Bombaju, centrum technologiczne. 250 pracowników za 250 milionów euro ma tam stworzyć nową platformę i części do samochodów, które Skoda i Volkswagen chcą zacząć produkować na indyjski rynek już wkrótce, i to w liczbie do pół miliona rocznie.

Powód do dumy
Skoda była dla Czechów od dziesiątek lat powodem do dumy. Była wszak jedyną fabryką za żelazną kurtyną, która produkowała wyłącznie własne samochody, a nie kopie zachodnich, czy auta na licencji. I jedyną, której udało się zaistnieć na Zachodzie, choć wtedy jej główną zaletą była niska cena.
Po przejęciu Skody Volkswagen nie zrobił z niej montowni golfów czy polo. W jej zakładach powstają auta zaprojektowane w Czechach. Niektóre, jak Felicia czy Octavia, noszą te same imiona, co wcześniej produkowane modele. Niemcy i Anglicy nadal je kupują. Jednak coraz częściej nie dlatego, że są tańsze, lecz bo są po prostu dobre. To między innymi i z tego powodu liczba sprzedawanych przez Skodę aut rosła niemal przez wszystkie lata od momentu wejścia do niej VW.
Dziesiąta część gospodarki
Od co najmniej 24 lat Skoda jest największym eksporterem w Czechach. Wygrała wszystkie 24 edycje czeskiego konkursu na eksportera roku. W 2017 roku zarobiła za granicą 366 miliardów koron (ponad 14 miliardów euro). To aż 9 procent czeskiego produktu krajowego brutto.
Według ankiety Czech Top 100 Skoda Auto jest także największą pod względem wielkości przychodów i najbardziej dochodową czeską firmą. W 2017 roku jej przychód osiągnął 407 miliardów koron, a zysk przed opodatkowaniem wyniósł 39 miliardów koron.
W końcu Skoda to także jeden z największych czeskich pracodawców. Zatrudnia niemal 32 tysiące osób.
Bez Skody Auto czeska gospodarka byłaby o jedną dziesiątą mniejsza. W przeliczeniu na jednego mieszkańca to aż dwie trzecie tego, co jeszcze dzieli Polskę od Czech. To naprawdę sporo.
REDAKCJA POLECA




