Konklawe bez tajemnic: Jak Watykan wybiera papieża
W sercu Wiecznego Miasta, na skromnym wzgórzu, leży Watykan – najmniejsze państwo świata, które swoją duchową i kulturalną potęgą przyćmiewa wiele globalnych mocarstw. Zajmując zaledwie 44 hektary, jest domem dla Bazyliki św. Piotra, Muzeów Watykańskich i, co najważniejsze, siedziby Kościoła Katolickiego. Od wieków przyciąga pielgrzymów, badaczy i ciekawskich, którzy z zapartym tchem śledzą każdy sygnał płynący z Placu św. Piotra. Nic jednak nie budzi większego zainteresowania niż konklawe – tajemniczy rytuał wyboru papieża, w którym splatają się modlitwa, polityka i pradawne tradycje.
Kaplica Sykstyńska: Świadek historii
Wyobraźmy sobie wnętrze Kaplicy Sykstyńskiej, gdzie pod majestatycznym freskiem „Sądu Ostatecznego” Michała Anioła zbierają się kardynałowie w purpurowych szatach. Powietrze jest ciężkie od ciszy i odpowiedzialności. To tutaj, w otoczeniu renesansowych arcydzieł, podejmowana jest decyzja, która może zmienić losy miliardów wiernych. Kaplica, przygotowana z niezwykłą starannością, staje się fortecą odciętą od świata. Technicy skrupulatnie sprawdzają każdy kąt, by wykluczyć możliwość podsłuchu, a specjalny piec czeka na karty wyborcze, które wkrótce zdecydują o kolorze dymu unoszącego się nad Watykanem. Ten piec, instalowany z precyzją godną teatralnej sceny, jest symbolem konklawe – prostym, a zarazem pełnym znaczeń.
Pod kluczem: Tajemnica konklawe
Słowo „konklawe” pochodzi od łacińskiego cum clave – „pod kluczem”. I choć brzmi to jak relikt średniowiecza, zasada izolacji pozostaje nienaruszona. Gdy papież umiera lub, jak w rzadkim przypadku Benedykta XVI w 2013 roku, rezygnuje, kardynałowie z całego świata zjeżdżają do Watykanu, by wybrać jego następcę. Podczas konklawe kardynałowie mieszkają w Domus Sanctae Marthae – watykańskim pensjonacie, gdzie żyją w ciszy, bez internetu, telefonów i kontaktu ze światem. Korespondencja jest sprawdzana, a rozmowy ograniczone, by zapewnić absolutną poufność. W świecie, gdzie informacje rozchodzą się w ułamku sekundy, taka izolacja wydaje się niemal magiczna, a jednak jest fundamentem tego duchowego procesu.
Demokracja w cieniu modlitwy
W konklawe biorą udział kardynałowie, którzy nie ukończyli 80. roku życia – elita Kościoła, reprezentująca różne kontynenty, kultury i wizje. Każdy z nich, po złożeniu przysięgi milczenia, oddaje głos na specjalnej karcie, zapisując imię kandydata. Teoretycznie papieżem może zostać każdy ochrzczony mężczyzna, ale od wieków wybór pada na jednego z kardynałów. Aby wygrać, kandydat musi zdobyć dwie trzecie głosów, co często prowadzi do gorących debat i subtelnych negocjacji. Głosowania odbywają się dwa razy dziennie – rano i po południu – zgodnie z ustalonym rytmem konklawe, przeplatanym modlitwami i czasem przeznaczonym na indywidualną refleksję.
Po każdym głosowaniu karty trafiają do pieca. Jeśli wynik jest nierozstrzygający, do ognia dodaje się substancję, która barwi dym na czarno – fumata nera, znak, że świat musi jeszcze poczekać. Gdy jednak wybór zostanie dokonany, dym staje się biały – fumata bianca – a tłum na Placu św. Piotra eksploduje radością. Ten prosty sygnał, znany od wieków, pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych obrazów Watykanu, łącząc tradycję z uniwersalnym językiem nadziei.
Ludzkie oblicze konklawe
Choć konklawe jest wydarzeniem pełnym powagi, nie brakuje w nim ludzkich momentów. Historia zna przypadki, gdy proces wyboru papieża zamieniał się w próbę cierpliwości. W 1268 roku kardynałowie w Viterbo przez niemal trzy lata nie mogli dojść do porozumienia. Zdesperowani mieszkańcy zdjęli dach nad salą obrad i ograniczyli racje żywnościowe, co w końcu przyspieszyło decyzję. To wydarzenie zainspirowało Grzegorza X do ustanowienia ścisłych zasad konklawe w 1274 roku, które w zmodyfikowanej formie obowiązują do dziś.
Nie brak też chwil lżejszych. Jeden z kardynałów, zapytany po konklawe, czy głosował na siebie, odparł z uśmiechem: „Nie, ale byłoby to rozsądne!”. Inny, w geście żartu, zapisał na karcie imię Jezusa – głos, rzecz jasna, unieważniono. Te anegdoty przypominają, że za purpurowymi szatami kryją się ludzie zmagający się z presją i odpowiedzialnością, która wykracza poza granice Watykanu.
Globalny wpływ wyboru
Wybór papieża to coś więcej niż religijny rytuał – to wydarzenie o globalnym znaczeniu. Nowy papież, jako lider 1,4 miliarda katolików, ma moc kształtowania dialogu międzyreligijnego, polityki międzynarodowej czy debaty na temat palących problemów, takich jak zmiany klimatyczne czy nierówności społeczne. Gdy w 2013 roku kardynałowie wybrali Jorge Mario Bergoglio, świat był w szoku. Pierwszy papież spoza Europy od ponad tysiąca lat, jezuita o skromnym stylu życia, zrewolucjonizował wizerunek Kościoła. Jego encyklika Laudato Si’, wzywająca do troski o planetę, stała się manifestem nie tylko dla katolików, ale i dla globalnych ruchów ekologicznych. Decyzje podejmowane w Kaplicy Sykstyńskiej rezonują daleko poza murami Watykanu, wpływając na rozmowy w ONZ, na ulicach Ameryki Łacińskiej czy w afrykańskich wioskach.
Ewolucja tradycji
Konklawe, choć zakorzenione w średniowiecznych zwyczajach, nie jest odporne na zmiany. W 1996 roku Jan Paweł II wprowadził modyfikacje, które pozwalały na wybór papieża zwykłą większością w razie przedłużających się obrad. Benedykt XVI cofnął tę zasadę, przywracając wymóg dwóch trzecich głosów, by zapewnić szerszy konsensus. Te subtelne korekty pokazują, że Watykan, mimo konserwatyzmu, potrafi dostosowywać się do wyzwań współczesności. Nawet logistyka konklawe ewoluuje – od prymitywnych pieców po nowoczesne zabezpieczenia, które chronią proces przed wścibskimi oczami mediów.
Watykan: Maleńki gigant
Watykan to nie tylko konklawe. To także Archiwa Apostolskie, skrywające dokumenty sprzed wieków, i Instytut Dzieł Religijnych, który w przeszłości budził kontrowersje. To miejsce, gdzie duchowość spotyka się z dyplomacją, a decyzje podejmowane za Spiżową Bramą wpływają na światową politykę. Maleńkie państwo, otoczone murami, jest gigantem w świecie idei, wiary i kultury.
Gdy następnym razem biały dym uniesie się nad Kaplicą Sykstyńską, świat znów wstrzyma oddech. Kim będzie kolejny papież? Czy poprowadzi Kościół ku większej otwartości, jak Franciszek, czy może skieruje go na bardziej tradycyjną ścieżkę? Odpowiedzi na te pytania kryją się w sercach kardynałów, w ciszy Kaplicy Sykstyńskiej i w tajemnicach, które Watykan strzeże od wieków.
Dariusz Frach, thefad.pl
Giertych do wyborców PiS: Kaczyński wybrał oszusta, by szantażem rządzić Polską
„Nie okradaj biednego, bo jest biedny” – Roman Giertych w emocjonalnym liście do wyborców PiS zarzuca Jarosławowi Kaczyńskiemu cyniczny wybór kandydata na prezydenta, Nawrockiego, którego nominację – według autora – motywowała możliwość politycznego szantażu. W tle poruszająca historia ubogiego mężczyzny, którego wykorzystano do celów politycznych. „Kto głosuje na oszusta, wiedząc, że to oszust – sam staje się oszustem” – ostrzega były wicepremier.
Poniżej publikujemy pełny tekst Romana Giertycha w oryginalnej wersji.
List do wyborców PiS
Szanowni Państwo!
Pismo Święte w Księdze Przysłów przedstawia nam jeden z najbardziej wstrząsających nakazów Boga:
„Nie okradaj biednego, ponieważ jest biedny, ani nie uciskaj uciśnionego w bramie, bo Pan broni ich sprawy i odbiera życie tym, którzy ich ograbiają.”
Wyobraźcie sobie, kochani nasi Rodacy, co byście powiedzieli, gdyby media przedstawiły historię działacza PO, który znalazł ubogiego, załatwił dla niego formalności wykupu mieszkania z 90% bonifikatą przysługującą najemcy, następnie to mieszkanie za te 10% kupił, uzyskując w ten sposób nieuprawnioną bonifikatę, a biedakowi zamiast pieniędzy dał mglistą obietnicę opieki, której później nie wykonał.
Biedak więc żył w samotności, opuszczeniu, bez prądu, gazu, światła i jedzenia, a bogacz z PO w tym czasie mieszkał na koszt Państwa w hotelu, jeździł po świecie z asystentkami i czekał spokojnie, aż biedak umrze. Pech jego był taki, że biedak wciąż żył, ale po latach opieka społeczna przyjęła go do DPS-u na koszt gminy.
Wyobraźcie sobie, co byście mówili i słyszeli w swoich mediach, gdyby Tusk takiego działacza zaproponował na Prezydenta RP? Na chwilę sobie to wyobraźcie.
Tymczasem Jarosław Kaczyński to właśnie zrobił. Co gorsza, zrobił tak nie dlatego, że o tym oszustwie nie wiedział. Nie zrobił tak również z tego powodu, że, wiedząc o tej historii, uznał ją za nic nieznaczącą. O nie! Jarosław Kaczyński zrobił tak właśnie dlatego, że wiedział o tej historii i wiedział, że jest znacząca.
To ona właśnie stanowiła „hak” na Nawrockiego, którym Kaczyński chciał się posługiwać, aby przyszły Prezydent był posłuszniejszy niż Duda. Historia pana Jerzego była powodem wyboru Nawrockiego na kandydata PiS. Zapewniała bowiem sposób skutecznego szantażu.
Od prawie 20 lat tłumaczę wam, że Jarosław Kaczyński to zły człowiek. On chce rządzić szantażem, podziałami, nienawiścią i obłudą. Nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem, ale zdołał wkupić się w łaski kościelnych dygnitarzy, tak że zamienił Kościół polski w najsilniejszą strukturę obozu Kaczyńskiego.
Nigdy nie zapomnę widoku największej katolickiej gazety „Tygodnika Niedziela” z całą okładką ze zdjęciem Nawrockiego, zalegającej w kościołach Warszawy. Takie podporządkowanie Kościoła partii, znane bardziej ze wschodnich obrządków, to najgłębsze uderzenie w wiarę w Polsce od czasów Rewolty Pogańskiej na początku XI wieku.
Dosłownie: diabeł ubrał się w ornat i ogonem na Mszę dzwoni. To stare przysłowie oddaje dokładnie to, co się dzieje.
Kaczyński kazał wam głosować na człowieka, który za oszukanie biednego przez 7 lat powinien siedzieć w więzieniu.
Pamiętajcie! Kto głosuje na oszusta, wiedząc, że to oszust, to sam staje się oszustem.
Zbuntujcie się więc wreszcie i przestańcie słuchać tej kłamliwej propagandy, która każdego dnia wylewa się z pisowskich mediów. Wyzwólcie wasze umysły i zastanówcie się.
Czy to przypadek, że tylu ludzi, jak tylko poznało Kaczyńskiego, to od niego odchodziło? Wałęsa, Marcinkiewicz, Michał Kamiński, Dorn, Lepper, Sikorski, Kluzik-Rostowska, Paweł Zalewski, Marek Jurek i wielu, wielu innych, jak tylko poznawało bliżej Kaczyńskiego, to woleli politykę opuścić, niż służyć mu w niszczeniu Państwa. Również to jest mój przypadek.
Czy sądzicie, że tyle osób, które znało Kaczyńskiego blisko, mogło się pomylić, a wy tylko macie rację?
Zostawcie oszusta oszustom, którzy go wam podsuwają, a sami wybierzcie wolność od demagogii partyjnej. Polska potrzebuje godnego Prezydenta RP i takiego z pewnością sobie wybierze. Polska potrzebuje też jedności i wybaczenia. Wspólnie możemy zabliźnić stare rany, ale nie możecie trwać przy Nawrockim, bo to rozbija wspólnotę narodową.
Roman Giertych
opr. DF, thefad.pl
Opiekun starszych, kolekcjoner mieszkań: Skiba o Nawrockim

Krzysztof Skiba
Będąc prezydentem, trzeba być twardym – jak mówił Andrzej Duda – a nie litować się nad emerytami z DPS-u. Ich już nic nie czeka – tylko smutek, samotność i choroby. A taki młody i żwawy pan Nawrocki ma przed sobą wielką przyszłość. Wyłudzanie dóbr materialnych od emerytów ma w Polsce swoją długą tradycję. Ojciec Dyrektor zajmuje się tym od lat. Dobrze, że kampania prezydencka kończy się za 11 dni, bo gdyby trwała dłużej, mogłoby się okazać, że ma tych mieszkań tyle, co żona Morawieckiego działek, a połowa schorowanych mieszkańców DPS to jego dawni znajomi
Z właściwą sobie ironią Krzysztof Skiba komentuje sprawę Nawrockiego – bohatera doniesień o próbie przejęcia mieszkania od starszego mężczyzny i jednocześnie postaci, której majątek, jak wynika z ujawnianych dokumentów, okazał się bardziej rozbudowany, niż wcześniej deklarowano. W zgryźliwym tekście Skiba punktuje cienką granicę między cwaniactwem a politycznym sukcesem, społeczną znieczulicę i to, jak łatwo w Polsce cynizm potrafi przebrać się w garnitur odpowiedzialności publicznej.
Poniżej publikujemy pełny tekst Krzysztofa Skiby w oryginalnej wersji.
OPIEKUN STARSZYCH
To doprawdy oburzające, że czepiają się tego drobnego wyłudzenia mieszkania od emeryta – w brawurowym wykonaniu pana Nawrockiego. Wszak to metoda powszechnie znana wśród bogobojnego kleru i często stosowana.
Oto młody ksiądz Adam, ekonom w Archidiecezji Gdańskiej, usiłował wyłudzić w czasie pandemii mieszkanie od schorowanej 75-letniej parafianki. Sprawę obszernie opisał popularny na Wybrzeżu portal Trojmiasto. Prokuratura Ziobry nie wszczęła w tej sprawie postępowania, mimo że proceder wyłudzenia był ewidentny.
Nawrocki zrobił to samo – tylko po prostu o wiele skuteczniej i sprawniej, co tylko dowodzi jego umiejętności organizacyjnych. A co, chcielibyście na posadzie prezydenta jakiegoś łajzę? Takiego, co mieszka pod mostem albo u mamusi?
To, że pan Nawrocki tak dobrze radzi sobie w życiu, dowodzi tylko jednego – jest cwany, podobnie jak pan Obajtek. Wójt Orlenu sprzedał Saudyjczykom Lotos za grosze, to pan Nawrocki, gdy będzie już prezydentem, sprzeda na przykład tę niepotrzebną rezydencję prezydencką na Helu Wielkiemu Bu albo innemu ważnemu inwestorowi.
Będąc prezydentem, trzeba być twardym – jak mówił Andrzej Duda – a nie litować się nad emerytami z DPS-u. Ich już nic nie czeka – tylko smutek, samotność i choroby. A taki młody i żwawy pan Nawrocki ma przed sobą wielką przyszłość.
Wyłudzanie dóbr materialnych od emerytów ma w Polsce swoją długą tradycję. Ojciec Dyrektor zajmuje się tym od lat. I to z jakim skutkiem! Stać go na maybachy i pałace.
Kandydat Nawrocki to człowiek szybszy niż rakieta. Jak zaczynała się debata prezydencka, to Nawrocki miał jedno mieszkanie. Kilka dni później okazało się, że ma jednak dwa. Teraz, po ujawnieniu oświadczeń majątkowych, ma już trzy mieszkania. Doprawdy – tempo Elona Muska.
Dobrze, że kampania prezydencka kończy się za 11 dni, bo gdyby trwała dłużej, mogłoby się okazać, że ma tych mieszkań tyle, co żona Morawieckiego działek, a połowa schorowanych mieszkańców DPS to jego dawni znajomi.
Krzysztof Skiba
opr, DF, thefad.pl
Życzliwy list Giertycha do Nawrockiego. Instrukcja obsługi afery mieszkaniowej
Z przymrużeniem oka i nutą ironii Roman Giertych kieruje list do Karola Nawrockiego, oferując „życzliwą” pomoc w wyjaśnieniu kontrowersji wokół kampanijnej wpadki z mieszkaniem. W charakterystycznym, satyrycznym stylu Giertych proponuje absurdalną wersję wydarzeń, w której Nawrocki jawi się jako dobroczyńca tajemniczego Jerzego, a cała afera mieszkaniowa to efekt nieporozumień i knowań służb. List pełen jest kąśliwych uwag i politycznych aluzji, a całość wieńczy troska „wuja Romka” o losy kampanii i… humor prezesa.
List do Karola Nawrockiego
Szanowny Panie Karolu!
Z wielką troską spoglądam na Pana kampanię, bom życzliwy od dawna dla mego pogubionego powinowatego Jarka. Wiele już widziałem wpadek i klęsk kampanijnych, ale takiej historii jak z tym mieszkaniem to jeszcze nie słyszałem. Dlatego, wiedziony tą życzliwością, postanowiłem przygotować dla Pana spójną wersję wyjaśnień, które powinien Pan dzisiaj przedstawić opinii publicznej.
Powie Pan tak:
Pan Jerzy, spacerując sobie po plaży, wejrzał kiedyś na Pana, gdy Pan się przechadzał w towarzystwie Wielkiego BU. Spojrzał Jerzy na Pana i rzekł:
– Karolu, pójdź, uczynię cię mym opiekunem, stróżem majątku mego i dziedzicem.
Pan, wzruszony prośbą staruszka, przystał na jego szczere łzy i postanowił zająć się biedakiem, który — nie dość że samotny — to jeszcze ciągle na swej drodze spotykał nieżyczliwego prokuratora i sędziego i cierpiał od nich okrutnie, nim jeszcze czasy męczeństwa Darkowo-Marcinowego nadeszły.
Przez wiele lat trwał między wami stan idylli. Pan słał biedakowi lekarstwa i jedzenie, a on Panu obiecał oddać mieszkanie, jak tylko wykupi je od miasta. Aby jednak wykupić, potrzebował pieniędzy, więc je mu Pan dał, ale ponieważ Pan nie miał, to podarował mu Pan pieniądze z tego, co był on Panu winien za opiekę. Tak wynika z oświadczenia Pani Magister Dziennikarstwa, której musimy przecież wierzyć. Czyli jego pieniądze pochodziły z tego, co zaoszczędził z emerytury na tym, co Pan mu kupował, aby Panu zapłacić za te usługi, lecz Pan mu te zaoszczędzone na Pana kwoty podarował — i tak miał na mieszkanie. Zaraz też pobiegł do notariusza i mieszkanie na Pana zapisał. Tak sobie w Panu bowiem upodobał.
Pan zaś stale się nim zajmował, aż któregoś pięknego dnia zniknął pan Jerzy i odnalazł się po pół roku — dopiero dziś. Pan przez cały ten czas poszukiwał swego dobroczyńcy, ale brak czasu, wywołany kandydowaniem, uniemożliwił Panu kontakt z policją albo z opieką społeczną. I nieszczęśliwym trafem pominął Pan w swoim oświadczeniu podczas debaty posiadanie tego mieszkania, co całą aferę wywołało.
Nadto ta zaciekła dociekliwość dziennikarska wydaje się inspirowana przez służby i stanowi zamach stanu, za który Tusk i Bodnar pójdą na dożywocie, a Giertych jeszcze gorzej — bo zdenerwował prezesa.
Życzliwy i martwiący się
– wuj Romek.
opr. DF, thefad.pl
Skiba: Na szczęście ostatni już raz musieliśmy się męczyć słuchając teatralnych wynurzeń prezydenta Dudy

Krzysztof Skiba
Na szczęście ostatni już raz musieliśmy się męczyć słuchając teatralnych wynurzeń prezydenta Dudy z okazji Święta Konstytucji 3 maja. Jak zwykle Duduś wykorzystał swoje wystąpienie do partyjnych bredni, a nie do łączenia Polaków. Nikt po tym prezydenckim spektaklu nie poczuł się dumny, że jest Polakiem. Po raz kolejny mogliśmy podziwiać żenujące chwyty teatralne, którymi posługuje się ten komediowy aktor
Krzysztof Skiba w swojej satyrycznej recenzji przemówienia prezydenta Dudy z okazji Święta Konstytucji 3 maja serwuje czytelnikowi ostry koktajl ironii, przesady i politycznego szyderstwa. Nie bawi się w subtelności – tnie równo, wyśmiewając teatralność Dudy, jego „pauzy mutantów” i rzekomą nieudolność. Każde zdanie to pstryczek w nos, a prezydent jawi się jako karykatura wodza, który zamiast łączyć – dzieli, a zamiast powagi – oferuje farsę.
Skiba trafnie punktuje absurdalność gestów i oratorskich póz, które w nadmiarze stają się autoparodią. Wyliczanka prezydenckich grzechów – od łamania konstytucji po kabaretowe bon moty – buduje obraz nie prezydenta, lecz performera. Ot, satyra na poziomie solidnego kabaretu: rozbawi, zirytuje, ale nie pozostawi obojętnym.
Poniżej publikujemy pełny tekst Krzysztofa Skiby w oryginalnej wersji.
Na szczęście ostatni już raz musieliśmy się męczyć słuchając teatralnych wynurzeń prezydenta Dudy
Na szczęście ostatni już raz musieliśmy się męczyć, słuchając teatralnych wynurzeń prezydenta Dudy z okazji Święta Konstytucji 3 maja.
Jak zwykle przy takich ważnych rocznicach, Duduś wykorzystał swoje wystąpienie do partyjnych bredni, a nie do łączenia Polaków. Nikt po tym prezydenckim spektaklu nie poczuł się dumny, że jest Polakiem, ale za to wszyscy mogli poczuć się przestraszeni, że rządzi Tusk. Fajne jak ptasia kupa na masce czystego samochodu.
Po raz kolejny mogliśmy podziwiać żenujące chwyty teatralne, którymi posługuje się ten komediowy aktor. W zasobie jego tanich chwytów, takich jak podnoszenie głosu, robienie pseudopoważnej i groźnej miny, podnoszenie podbródka do góry niczym włoski dyktator, są też długie przerwy między wypowiadanymi zdaniami.
I nad tymi pauzami w mowach prezydenckich chciałbym się trochę zatrzymać. Pauza to zawsze ważny element monologu aktorskiego. Należy jednak wiedzieć, jak i w którym miejscu ją stosować.
Przekombinowanie z pauzą lub jej nadużywanie może dać efekt odwrotny, czyli komiczny. Bo pauza zwykle służy temu, aby wygłaszany tekst nabrał powagi i dostojności.
Niestety, w wypadku aktora Dudiego szastanie pauzami, doprowadzone wręcz do zabawnego absurdu, powoduje, że słuchacz nabiera pewności, iż ma do czynienia z mutantem, osobą opóźnioną w rozwoju i nie w pełni władz umysłowych.
Istnieją dwie teorie dotyczące prezydenckich przerw w przemówieniach publicznych. Pierwsza mówi o tym, że pauza jest po to, bo Jędruś zastanawia się, co sam przed chwilą powiedział. Druga sugeruje, że to „cytaty z Agaty”, bo małżonka milczy permanentnie i milczenie to jej znak rozpoznawczy.
Myślę, że ciągle uczący się prezydent Duda do końca swojej kadencji nie opanował umiejętności robienia sensownych przerw we własnych przemówieniach. Strzela nimi jak z karabinu maszynowego, co przynosi jedynie wiadomy efekt komediowy zamiast uroczystej zadumy.
Cała jego dziesięcioletnia kadencja zostanie zapamiętana jako wielka PRZERWA dla Polski. Można było w tym czasie zrobić jako prezydent coś sensownego. Niestety, zapamiętamy tylko trzynaście wstydliwych decyzji prezydenta łamiących konstytucję (tak wyliczyli prawnicy), infantylne rapowanie o ostrym cieniu mgły, dyspozycyjność partyjną i pomocnictwo Kaczorowi w rozbijaniu wspólnoty narodowej, dialogi z Leśnym Ruchadłem, olanie Frankowiczów, którym w kampanii obiecał pomoc, blokowanie ustawy o mowie nienawiści (bo hejt się prezydentowi bardzo podoba i jest składnią gniazda szerszeni z Nowogrodzkiej) oraz haniebny cytat na poziomie żulerki prawicowej: „LGBT to nie ludzie, to ideologia”.
Tak, Andrzej Duda powinien mieć pseudonim jak rdzenni Amerykanie w hollywoodzkich westernach – czyli Wódz Plemienia Wielka Pauza. W myśleniu.
Krzysztof Skiba
opr. DF, thefad.pl
Świat w rękach wariata. Skiba: „Mamy prze**bane”

Krzysztof Skiba
Byłoby to śmieszne, gdyby Trump był komikiem. Byłby to pyszny żart, gdyby jego autor uczył ludzi, jak przyrządzać owsiankę. Może dałoby się te kpiny zrozumieć, gdyby Trump był lewicowym aktywistą albo tancerzem w nocnym klubie. To jednak jest niestety aktualny prezydent USA. Świat jest w rękach wariata. Mamy prze**bane.
Czy satyra polityczna ma jeszcze sens, skoro rzeczywistość sama staje się żartem? Krzysztof Skiba odpowiada: tak, bo śmiech to ostatnia forma sprzeciwu wobec grozy. Jego portret Donalda Trumpa jako „głupka w papieskiej szacie” to coś więcej niż kpina – to akt rozpaczy nad światem, który zapomniał, czym jest powaga władzy.
— The White House (@WhiteHouse) May 3, 2025
Polityczny absurd jako codzienność
Zdjęcia Donalda Trumpa ucharakteryzowanego na papieża, opublikowanego – jak donoszą media – na oficjalnej stronie Białego Domu, to nie tylko gest bezguścia. To, zdaniem Skiby, znak czasów, w których powaga została zastąpiona performansem, a kompetencje – autopromocją.
Obrazek groteskowy? Tak. Ale tym bardziej niepokojący, gdy przestaje być wyjątkiem, a zaczyna ilustrować codzienność polityczną.
Granica groteski i władzy
„Byłoby to zabawne, gdyby Trump był komikiem” – pisze Skiba. Ale nie jest. Trump jako rockman, gwiazda telewizji śniadaniowych, aktywista LGBT czy nawet tancerz nocnego klubu – w każdym z tych wcieleń groteska byłaby dopuszczalna. Świat jest w rękach człowieka, który nie dorasta do swojej funkcji.
Satyra jako krzyk bezradności
„Mamy prze**bane”. To nie żart, satyryczna forma przestaje tu bawić, a zaczyna niepokoić. Wpis Skiby staje się nie tyle satyrą na Trumpa, co satyrą na nasze czasy. Czasy, w których granica między groteską a władzą została bezpowrotnie zatarta.
WARIAT
Na oficjalnej stronie Białego Domu zamieszczono zdjęcie Donalda Trumpa w roli papieża. Byłoby to śmieszne, gdyby Trump był amerykańskim komikiem. Byłoby to zabawne, gdyby był gwiazdą rocka. Byłby to pyszny żart, gdyby jego autor był gwiazdą telewizji śniadaniowych i uczył ludzi jak przyrządzać owsiankę. Może dałoby się te kpiny z wierzących i bogobojnych katolików zrozumieć, gdyby Trump był popularnym ateistą i lewicowym aktywistą, albo tancerzem w nocnym klubie dla społeczności LGBT.
To jednak jest niestety aktualny prezydent USA. Zwykły głupek o mentalności urwisa z podstawówki.
Przepowiednie futurologów i pisarzy się spełniły. Świat jest w rękach wariata.
Mamy prze**bane.
Krzysztof Skiba
opr. DF, thefad.pl
Smartfon w twojej dłoni: Przyjaciel czy sabotażysta zdrowia psychicznego?
Wyobraź sobie chwilę ciszy: siedzisz przy stole, wokół rozchodzi się zapach świeżo zaparzonej kawy, a twoje myśli płyną swobodnie. Nagle dłoń odruchowo sięga po smartfon – powiadomienie, lajk, kolejny filmik. Zanim się zorientujesz, minęła godzina. Smartfon, nasz nieodłączny towarzysz, stał się czymś więcej niż narzędziem, stał się portalem do świata, który kusi, uwodzi, ale i wyczerpuje. Przyjrzyjmy się temu z bliska, łącząc naukowe fakty z refleksją nad współczesnym życiem.
Dopamina na zawołanie: Mechanizm cyfrowego uwodzenia
Każde dotknięcie ekranu to mikrochwila przyjemności. Powiadomienie o lajku, nowy post na X, zabawny filmik – wszystko to wyzwala w mózgu dopaminę, neuroprzekaźnik odpowiedzialny za uczucie nagrody. Naukowcy z Uniwersytetu Stanforda porównują scrollowanie mediów społecznościowych do gry na automatach: nieprzewidywalność treści sprawia, że wracamy po więcej.
Statystyki są wymowne: przeciętny użytkownik dotyka smartfona ponad 2600 razy dziennie, a młodzi ludzie spędzają przed ekranami średnio siedem godzin. To czas, który mógłby być poświęcony na rozmowy, pasje czy sen.
Ta cyfrowa pętla przyjemności ma jednak swoją cenę. Badania opublikowane w The Lancet wskazują, że nadmierne korzystanie z mediów społecznościowych zwiększa ryzyko lęku i depresji, szczególnie wśród młodzieży. Bezsenność, rozdrażnienie, trudności z koncentracją – to objawy, które coraz częściej łączymy z nieustannym byciem „online”. Smartfon, niczym absorbujący towarzysz, nieustannie przyciąga naszą uwagę, pozostawiając nas z uczuciem emocjonalnego zmęczenia. Czy naprawdę tego chcemy od relacji, która miała ułatwiać życie?
FOMO: Iluzja życia, którego nie masz
Przeglądanie mediów społecznościowych to jak spacer po galerii idealnych obrazów. Przyjaciel na egzotycznych wakacjach, koleżanka z perfekcyjnym makijażem, influencer z życiem jak z okładki magazynu. Ten wyreżyserowany świat budzi FOMO – lęk, że coś nas omija. Według raportu NASK, 68% młodych Polaków czuje się bardziej akceptowanych w sieci, ale jednocześnie presja idealnego wizerunku obniża ich samoocenę.
W Polsce, gdzie smartfony ma 97% dorosłych, porównywanie swojej codzienności do wyreżyserowanych zdjęć z wakacji czy kolacji staje się codziennością, szczególnie wśród młodych mieszkańców dużych miast, gdzie życie społeczne często toczy się także online.
To paradoks: szukamy połączenia, a znajdujemy poczucie niedostatku. Ten mechanizm dotyka także sfery intymnej. Media społecznościowe promują wyidealizowane ciała i związki, które wydają się nieosiągalne. Zamiast cieszyć się bliskością z partnerem, porównujemy się do wyretuszowanych zdjęć, zapominając, że prawdziwa więź rodzi się w autentyczności – w śmiechu, spojrzeniu, wspólnym milczeniu. Jak pisał filozof Zygmunt Bauman, współczesne relacje są „płynne”, a technologia tylko potęguje tę ulotność, oddalając nas od tego, co naprawdę ważne.
Phubbing: Cichy złodziej bliskości
Ta cyfrowa presja nie ogranicza się do samooceny – wkrada się także do naszych najbliższych relacji, gdzie ekran staje się nieproszonym gościem. Wyobraź sobie wieczór we dwoje: delikatne światło świec, cicha muzyka, a naprzeciwko ktoś, kto sprawia, że czas zwalnia. I nagle – brzęk powiadomienia. Partner sięga po telefon, a magia chwili pryska. To zjawisko, zwane phubbingiem, czyli ignorowaniem bliskiej osoby na rzecz ekranu, staje się plagą współczesnych relacji. Badania przeprowadzone przez Uniwersytet w Kent wykazały, że 70% par odczuwa, że technologia zakłóca ich bliskość.
Phubbing to nie tylko problem romantycznych związków. Przyjacielskie rozmowy, rodzinne kolacje – wszędzie tam, gdzie powinien królować kontakt, ekran staje się barierą. A przecież prawdziwa bliskość wymaga obecności. Nie filtra na Instagramie, nie lajka, ale spojrzenia, które mówi więcej niż tysiąc słów. Technologia miała nas łączyć, a tymczasem często buduje niewidzialne mury.
Odzyskać siebie: Sztuka świadomego życia
Na szczęście smartfon nie musi być panem naszego życia. Droga do równowagi zaczyna się od małych kroków. Wieczorem odsuń telefon od łóżka – niech cię nie kusi przed snem. Spróbuj chwili bez ekranu: spaceru, podczas którego słyszysz szelest liści, albo rozmowy, w której nikt nie zerka na powiadomienia.
Niedawno znajoma opowiadała mi, jak jeden wieczór bez telefonu – spędzony na gotowaniu z partnerem, wśród śmiechu i przypadkowo rozsypanej mąki – przypomniał jej, jak smakuje prawdziwa bliskość. Takie momenty, choć proste, mają moc przywracania równowagi.
Badania z Uniwersytetu Harvarda pokazują, że regularne przerwy od technologii poprawiają jakość snu, zmniejszają stres, a nawet wzmacniają więzi międzyludzkie. Warto też spojrzeć na siebie z łagodnością. Media społecznościowe mogą kusić obrazem perfekcji, ale prawdziwe życie to niedoskonałości – zmarszczki, które opowiadają historie, poranna kawa w niepasujących kubkach, ciche wieczory z bliską osobą. Zamiast gonić za lajkami, celebruj to, co masz. Może nie jesteś na okładce magazynu, ale masz historie, które czynią cię wyjątkowym.
Życie poza ekranem
Smartfon to niezwykłe narzędzie – łączy nas z odległymi światami, dostarcza wiedzy, inspiruje. Ale jak każdy dar, wymaga umiaru. Następnym razem, gdy poczujesz pokusę, by sięgnąć po ekran, zatrzymaj się na moment. Rozejrzyj się. Może obok jest ktoś, kto czeka na twoje spojrzenie? Może czeka na ciebie chwila, która nie potrzebuje hasztagu, by być niezapomnianą? Życie offline ma smak, którego żaden algorytm nie odda. Spróbuj go posmakować.
Dariusz Frach, thefad.pl / Źródło: Stanford University, The Lancet, NASK
Krzysztof Skiba: Porzucona flaga Nawrockiego – symbol hipokryzji PiS w walce o władzę

Krzysztof Skiba
„Porzucić to można idiotyczne towarzystwo, ale flagę?” – pyta Krzysztof Skiba, opisując skandal, gdy Karol Nawrocki zostawił flagę narodową po debacie w Końskich, traktując ją jak „zużyty rekwizyt”. Dla PiS, jak pisze Skiba, symbole narodowe to tylko narzędzia w walce o władzę, a Nawrocki, „oflagowany barwami narodowymi jak trybuna na 1 maja za komuny”, ma służyć Kaczyńskiemu do ułaskawiania partyjnych kolegów. Gdy Rafał Trzaskowski zaopiekował się porzuconą flagą, zadał cios kampanii rywala, ujawniając, że „skoro zostawił flagę, zostawi też Polskę” i wszystkie swoje obietnice
Karol Nawrocki, kandydat PiS na prezydenta, porzucił flagę narodową po debacie w Końskich, traktując ją jak zużyty rekwizyt w wyborczym spektaklu – pisze Krzysztof Skiba w tekście „Porzucona flaga”. Flaga, przyniesiona dla efektu, została zapomniana w ferworze powtarzania partyjnych sloganów, co obnaża prawdziwe oblicze populistów. Jak zauważa Skiba, dla PiS symbole narodowe nie mają wartości – liczy się tylko władza, a Nawrocki, „oflagowany barwami narodowymi jak trybuna na 1 maja za komuny”, ma służyć Kaczyńskiemu do ułaskawiania partyjnych kolegów oskarżanych o korupcję. Gest Rafała Trzaskowskiego, który zaopiekował się porzuconą flagą i przyniósł ją na debatę w Superekspressie, to „majstersztyk kampanii”, symbolizujący różnicę między autentycznością a cynizmem. Skiba podkreśla, że Nawrocki, porzucając flagę, pokazuje, że zostawi też Polskę i swoje obietnice, służąc jedynie „Prezesowi z Nowogrodzkiej”.
PORZUCONA FLAGA
Porzucić to można niezdrowy styl życia, nierealne marzenia, idiotyczne towarzystwo, ale flagę?
Porzucona przez Karola Nawrockiego na debacie w Końskich flaga narodowa znalazła się wczoraj podczas debaty w studiu Superekspressu. Flagą zaopiekował się Rafał Trzaskowski i przyniósł ją do studia.
To nie pierwszy przypadek, gdy flagi narodowe wykorzystuje się jako coś w rodzaju rekwizytu. W 2014 roku lokalni działacze PiS, odsłaniając pomnik smoleński w Sejnach, potraktowali flagę jako płótno do przykrywania obelisku. Po otwarciu pomnika flagę rzucono niczym niepotrzebną szmatę z tyłu za pomnik, razem z innymi „śmieciami”.
Po latach podobnie postąpił Karol Nawrocki, który w ferworze powtarzania napisanych mu sloganów zapomniał zupełnie o fladze, którą sam przyniósł do studia w Końskich. Flaga była mu potrzebna tylko na użytek wyborczego show. Gdy już odegrała swoją rolę, została porzucona niczym zużyty rekwizyt lub dwie pucie z Grand Hotelu w Sopocie.
Oto prawdziwe oblicze populistów, którzy na jękach i stękach narodowych budują swoją narrację, czują się lepszymi i jedynymi prawdziwymi Polakami, ale dla nich ani flaga, ani to, co naprawdę polskie, nie ma większego znaczenia, bo chodzi tylko o dorwanie się do władzy. Kaczyńskiemu Nawrocki na fotelu Pierwszego Obywatela potrzebny jest przecież nie do prowadzenia jakiejś polityki zagranicznej (której Kaczor i tak do końca nie rozumie), tylko do seryjnych ułaskawień jego ludzi, którym stawiane będą niebawem zarzuty o korupcję i złodziejstwa na masową skalę. A żeby ten kumpel kryminalistów mógł wygrać wybory, oflagowano go barwami narodowymi jak trybunę na 1 maja za komuny. W tamtych czasach sługusy Moskwy także udawały czasem patriotów.
Przejęcie porzuconej flagi przez jego konkurenta to majstersztyk tej kampanii. To wpadka większa niż gdyby specjaliście od robienia pompek spadły gacie w trakcie debaty z Senyszyn.
Trudno o lepszy symbol. Skoro zostawił flagę, zostawi też wszystkie swoje obietnice, zostawi Polskę, o której tak dużo mówi, i będzie służył tylko Prezesowi z Nowogrodzkiej, który jest autorem jego tymczasowej homologacji jako wyborczego robota.
Piję zdrowie tego, który zaopiekował się flagą zostawioną w studiu.
Krzysztof Skiba
opr. Dariusz Frach, thefad.pl
Debata prezydencka „Super Expressu” 2025: emocje, kontrowersje i historyczne starcie kandydatów
W poniedziałkowy wieczór, 28 kwietnia 2025 roku, Polska wstrzymała oddech. W studiu „Super Expressu” rozpoczęła się debata prezydencka, która już teraz zapisała się w historii jako jedno z najważniejszych wydarzeń kampanii przed wyborami zaplanowanymi na 18 maja. Po raz pierwszy na jednej scenie stanęli wszyscy trzynastu kandydatów na urząd prezydenta, od weteranów polityki po zaskakujących outsiderów. Nietypowa formuła, w której to oni sami zadawali sobie pytania, zamieniła debatę w polityczny teatr pełen emocji, merytorycznych wymian i momentów, które wstrząsnęły widzami. Od antysemickich wypowiedzi Grzegorza Brauna, przez szokującą deklarację Macieja Maciaka o admiracji dla Władimira Putina, po iskry lecące między Rafałem Trzaskowskim, Szymonem Hołownią i Sławomirem Mentzenem – to nie była zwykła dyskusja. To była opowieść o Polsce, jej podziałach i nadziejach, które wyborcy będą ważyć przy urnach.
Scena gotowa, światła włączone
O godzinie 18:00 studio „Super Expressu” rozbłysło światłami reflektorów. Transmisja na żywo ruszyła nie tylko w telewizji, ale i na YouTube oraz platformie X, gdzie widzowie już od 17:15 podglądali kulisy przygotowań. W studiu zasiedli: Rafał Trzaskowski, prezydent Warszawy i kandydat Koalicji Obywatelskiej, Szymon Hołownia, marszałek Sejmu z Polski 2050, Sławomir Mentzen, dynamiczny lider Konfederacji, Magdalena Biejat z Nowej Lewicy, Grzegorz Braun, kontrowersyjny poseł Konfederacji, Karol Nawrocki, historyk popierany przez PiS, oraz mniej znani, ale równie zdeterminowani kandydaci: Adrian Zandberg, Joanna Senyszyn, Krzysztof Stanowski, Artur Bartoszewicz, Marek Woch, Maciej Maciak i Marek Jakubiak.
Formuła debaty była odważnym eksperymentem. Zamiast pytań od dziennikarzy, kandydaci sami wybierali, komu i o co zapytają – dwa pytania kierowali do wybranych rywali, jedno do osoby wylosowanej. W drugiej części każdy miał 90 sekund na własne przesłanie. Moderatorzy, z wicenaczelnym „Super Expressu” Janem Złotorowiczem na czele, mieli tylko pilnować czasu i gasić pożary, gdy dyskusja wymykała się spod kontroli. Jak zauważył portal TVN24, taka konstrukcja faworyzowała medialnych weteranów, ale otworzyła też drzwi dla mniej znanych twarzy, które mogły zaskoczyć.
Napięcie w studiu było wyczuwalne od pierwszych sekund. Hołownia, wchodząc na scenę, wręczył Trzaskowskiemu symboliczną „torbę z prezentami od kontrkandydatów”, żartobliwie nawiązując do wcześniejszych debat. „Sławek, do zobaczenia wieczorem!” – rzucił wcześniej na X, szykując grunt pod starcie z Mentzenem. Trzaskowski, z kolei, nie tracił czasu i zaatakował Nawrockiego, przypominając o „porzuconej fladze” z debaty w Końskich. Symboliczne gesty, jak pisała „Gazeta Wyborcza”, stały się narzędziem budowania narracji, które miały zostać w pamięci wyborców.
Przeglądam graty z ostatniej debaty. Okazuje się, że kandydat @SlawomirMentzen potrzebował instrukcji od sztabu, co ma zrobić ze zdjęciem. Sławek, do zobaczenia wieczorem! pic.twitter.com/AaOcmXMiUX
— Szymon Hołownia (@szymon_holownia) April 28, 2025
Burza na scenie: Starcia, które wstrząsnęły Polską
Debata szybko przeszła od uprzejmości do ognia. Jednym z elektryzujących momentów było starcie Szymona Hołowni z Sławomirem Mentzenem. Wszystko zaczęło się od sporu o czas wystąpień, ale temperatura wzrosła, gdy Mentzen zarzucił marszałkowi zmienność poglądów. „Pan się zachowuje jak w podstawówce. Pan ciągle zmienia zdanie” – rzucił lider Konfederacji, wytykając Hołowni dawne poparcie dla euro i likwidacji gotówki. Hołownia nie pozostał dłużny: „Kłamie pan” – odparł, a jego riposta wywołała falę komentarzy na X. Mentzen, jak później pisał na platformie, widział w Hołowni polityka, który „wczoraj chciał euro, a dziś mówi, że czasy się zmieniły”. Marszałek tłumaczył, że Polska nie jest gotowa na wspólną walutę, a gotówka to fundament wolności Polaków, próbując ugasić pożar wśród konserwatywnych wyborców. „Interia” zauważyła, że to starcie pokazało Hołownię jako polityka gotowego na ostrą walkę, ale wciąż dbającego o wizerunek mediatora.
Jeszcze większy szok wywołał Grzegorz Braun. Jego antysemickie wypowiedzi, w których porównał politykę Izraela do działań Rosji i nazwał żółty żonkil – symbol pamięci o powstaniu w getcie warszawskim – „znakiem hańby”, wstrząsnęły studiem. Mówił o „judaizacji” i „ukrainizacji” Polski, atakując Trzaskowskiego za udział w obchodach rocznicy powstania w getcie. Prezydent Warszawy nie wytrzymał. „To są bohaterowie naszej historii! Ja tego nie będę słuchał!” – krzyknął, odchodząc od mównicy w geście protestu. Magdalena Biejat, kandydatka Nowej Lewicy, zapowiedziała zgłoszenie sprawy do prokuratury, pisząc na X: „Demokracja to przestrzeń dla poglądów, ale nie dla nienawiści”. Braun, nie zrażony, chwalił się na platformie, że „przeciągał pręt po kracie”, dziękując zwolennikom za wsparcie pod studiem. „TVN24” i „Onet” ostrzegały, że jego słowa mogą zaostrzyć debatę o mowie nienawiści, a wykluczenie Brauna z Konfederacji w styczniu 2025 tylko podkreśla jego radykalizm.
Demokracja to przestrzeń ścierania się poglądów. Czasem skrajnych. Ale ta wolność ścierania się poglądów nie może być usprawiedliwieniem propagowania nienawiści. I to powinno łączyć wszystkich ponad podziałami.
— Magda Biejat (@MagdaBiejat) April 28, 2025
W sprawie nienawistnych wypowiedzi @GrzegorzBraun_, które padły…
Chwilę później studio zamarło po raz kolejny. Maciej Maciak, niezależny kandydat, w odpowiedzi na pytanie Marka Jakubiaka przyznał, że „podziwia Władimira Putina”. Cisza, która zapadła, została przerwana ironicznym okrzykiem Krzysztofa Stanowskiego: „Brawo dla Putina!”. Trzaskowski nazwał deklarację „niebywałą”, a Adrian Zandberg pytał, dlaczego Maciak unika nazywania Putina zbrodniarzem. Kandydat tłumaczył, że antyrosyjskie nastroje są polityczną grą, ale jego słowa tylko dolały oliwy do ognia. „Super Express” relacjonował, jak memy o Maciaku zalały X, a internauci wyśmiewali jego kandydaturę jako „prorosyjską”. „Wprost” zauważył, że choć Maciak jest marginalnym graczem, zyskał chwilową rozpoznawalność, która może mu pomóc w budowaniu niszy.
Rafał Trzaskowski i Karol Nawrocki również nie szczędzili sobie ciosów. Prezydent Warszawy zarzucił kandydatowi PiS, że jest „pacynką w rękach Jarosława Kaczyńskiego” i pytał, czy zatrudniłby Antoniego Macierewicza w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Nawrocki, historyk i szef IPN, ripostował, że jest kandydatem obywatelskim, wspartym przez „Solidarność” i komitety lokalne, a Macierewicz to zasłużony opozycjonista. „Panie zastępco Donalda Tuska, nie rozumie pan logiki poparcia partyjnego?” – rzucił, próbując odwrócić narrację. „Newsweek” pisał, że to starcie było kwintesencją polaryzacji PO-PiS, która wciąż definiuje polską politykę.
Adrian Zandberg, lider Partii Razem, wniósł do debaty powiew merytoryczności. Krytykował duopol PO-PiS za rosnące kolejki do lekarzy i ceny mieszkań, pytając Trzaskowskiego o nepotyzm w spółkach Skarbu Państwa, a Brauna o jego stosunek do Putina. Trzaskowski odparł, że Zandberg „wygodnie recenzuje władzę”, zamiast wziąć odpowiedzialność w rządzie. „Polityka” chwaliła Zandberga za precyzyjne pytania, choć sondaże CBOS (marzec 2025) dają mu tylko 2% poparcia, co ogranicza jego szanse.
Głosy z drugiego planu
Nie tylko liderzy sondaży przyciągali uwagę. Joanna Senyszyn, reprezentująca Lewicę, pytała Mentzena o sprzedaż ziemi Kościołowi za ułamek wartości, zarzucając mu brak wiedzy o skali problemu. Mentzen tłumaczył, że kościoły powinny być traktowane jak NGO-sy, ale Senyszyn nie odpuściła, nazywając jego odpowiedź naiwną. Krzysztof Stanowski, dziennikarz i zaskakujący kandydat niezależny, zadał Trzaskowskiemu pytanie o wojnę hybrydową, wskazując na różnice między kryzysem migracyjnym z 2015 roku a presją na granicę w 2022. Trzaskowski bronił polityki rządu, zarzucając PiS „dziurawą granicę” i chaotyczne wizy. Magdalena Biejat rzuciła wyzwanie Nawrockiemu, pytając o sprzeciw wobec podatku katastralnego, i Mentzenowi, przywołując jego słowa o „hipotetycznych” ciążach z gwałtu. „Ta dziewczynka została zgwałcona przez wuja” – przypomniała, wywołując konsternację. Mentzen obstawał, że takie przypadki są rzadkie, ale jego słowa spotkały się z ostrą krytyką Biejat.
Każdy z kandydatów wnosił do debaty coś innego. Marek Woch, hydraulik i kandydat Bezpartyjnych Samorządowców, mówił o problemach wsi, które zna z autopsji. Artur Bartoszewicz, antysystemowy kandydat, krytykował partie za „botoks i logopedów”, obiecując demokrację bezpośrednią. Marek Jakubiak z Kukiz’15 apelował o „zejście na ziemię” i walkę z kłamstwami rządu. Ich głosy, choć mniej donośne, przypominały, że kampania to nie tylko pojedynek gigantów.
Kulisy: Logistyka i emocje za sceną
Za błyszczącą fasadą debaty kryła się machina logistyczna. „Wprost” szacuje, że koszty organizacji, transmisji i zabezpieczenia sięgnęły setek tysięcy złotych, podobnie jak debata w Końskich, która pochłonęła 600 tys. zł. Przygotowania trwały tygodnie, a „Super Express” relacjonował kulisy na X, pokazując kandydatów w garderobach i nerwową atmosferę przed wejściem na scenę. Formuła wzajemnych pytań, inspirowana debatami w USA, była ryzykowna – jak zauważył „TVN24”, groziła chaosem, co uwidoczniło się podczas wystąpień Brauna i Maciaka. Internauci chwalili profesjonalną scenografię, ale krytykowali moderację za zbytnią pobłażliwość wobec kontrowersyjnych wypowiedzi.
Echo w mediach i na ulicach
Debata przyciągnęła miliony widzów, a jej echo rozbrzmiewało w mediach i na platformie X. Donald Tusk, komentując na żywo, ogłosił: „Rafał Trzaskowski wygrywa tę debatę, i to w formule »wszyscy na jednego«”.
Rafał Trzaskowski wygrywa tę debatę. I to w formule „wszyscy na jednego”.
— Donald Tusk (@donaldtusk) April 28, 2025
Wiesław Władyka w „Polityce” porównał wydarzenie do starć Wałęsy z Kwaśniewskim, sugerując, że może zmienić dynamikę kampanii. „Interia” ostrzegała, że skandale Brauna i Maciaka mogą przyćmić merytoryczne wątki, takie jak polityka migracyjna czy podatki. „Onet” spekulował, że antysemickie słowa Brauna mogą dotrzeć do Izraela, wywołując reakcje międzynarodowe.
Na X debata była prawdziwym fenomenem. Trzaskowski promował ją hasztagami #DebataSE i #Trzaskowski2025, Mentzen krytykował rywali za „prorosyjskość”, a memy o Maciaku i jego „podziwie dla Putina” zalały internet. „Torba Hołowni” stała się viralem, a internauci podzielili się na obozy: zwolennicy Trzaskowskiego chwalili jego emocjonalną reakcję na Brauna, fani Mentzena doceniali jego ciętą retorykę, a kibice Zandberga widzieli w nim głos rozsądku.
Debaty, które zmieniają historię
Debaty prezydenckie od dekad kształtują wybory. „Sprawdzam” Kwaśniewskiego w 1995 czy starcie Kennedy’ego z Nixonem w 1960 pokazały, że jeden moment może przechylić szalę. Debata „Super Expressu” przypominała pojedynek Wałęsy z Miodowiczem w 1988, gdzie emocje i bezpośrednie konfrontacje przyciągały miliony. Prof. Szymon Ossowski w „TVN24” zauważył, że formuła z wieloma kandydatami daje szansę outsiderom, jak Krzysztof Bosak w 2020 czy Adrian Zandberg w 2015. Czy Maciak lub Stanowski zapiszą się w pamięci wyborców? Czas pokaże.
Ostatnia prosta: Co przed nami?
Debata „Super Expressu” była trzecią w kampanii, po starciach w Końskich i Telewizji Republika. Przed kandydatami jeszcze trzy spotkania: 4 maja w wPolsce24, 9 maja w Telewizji Republika i wielki finał 12 maja w TVP, TVN i Polsacie. Wybory odbędą się 18 maja, a druga tura, jeśli potrzebna, 1 czerwca. W weekend przed debatą Trzaskowski mobilizował zwolenników w Poznaniu, a Nawrocki otrzymał poparcie Andrzeja Dudy w Łodzi. „Gazeta.pl” donosi, że Trzaskowski traci w sondażach, ale jego emocjonalne wystąpienie mogło wzmocnić go wśród centrowych wyborców. Mentzen i Hołownia walczą o niezdecydowanych, a Biejat i Zandberg mobilizują lewicę.
Polska patrzy w przyszłość
Debata „Super Expressu” była czymś więcej niż politycznym starciem. Była lustrem, w którym Polacy zobaczyli swoje podziały, nadzieje i lęki. Od merytorycznych pytań Zandberga po skandaliczne słowa Brauna – każdy znalazł w niej coś, co go poruszyło. Czy Trzaskowski utrzyma przewagę? Czy Mentzen przekona młodych? Czy Nawrocki zdobędzie serca wyborców PiS? Odpowiedź poznamy przy urnach. Jedno jest pewne: emocji w tej kampanii nie zabraknie.
DF, thefad.pl / Źródło: media
Bolesław Chrobry: Król, który stworzył Polskę
W wielkanocny poranek 1025 roku Gniezno wstrzymało oddech. W katedrze, spowitej zapachem kadzideł i śpiewem chórów, dokonywało się wydarzenie, które na zawsze miało zmienić losy ziem polskich. Bolesław, syn Mieszka I, klękał przed arcybiskupem Radzimem-Gaudentym. Gdy święte oleje spłynęły na jego skronie, a korona zabłysła w światłach świec, Polska narodziła się jako królestwo.
Rysunek Jana Matejki z cyklu Poczet królów i książąt polskich. Fot. domena publiczna
„Wzbudziło to wielki gniew Niemców” — notował kronikarz Wipon. Ale dla Polaków był to znak: po dekadach walk, politycznych intryg i zbrojnych starć, ich państwo zostało oficjalnie uznane na arenie międzynarodowej.
Droga do korony
Bolesław Chrobry objął władzę nad krajem, który choć rozległy, był wewnętrznie niespójny i zagrożony przez potężnych sąsiadów: Niemcy, Czechy i Ruś Kijowską. Po śmierci Mieszka I w 992 roku sytuacja wewnętrzna wymagała zdecydowanych działań. Młody władca nie zwlekał: szybko rozprawił się z macochą Odą i jej synami, przejmując pełną kontrolę nad krajem. Według niektórych źródeł nakazał nawet oślepienie części doradców swojego ojca, lojalnych wobec Ody.
Już we wczesnej młodości wyróżniał się politycznym instynktem i żądzą władzy. Zarządzając Krakowem w imieniu księcia czeskiego, zdobywał cenne doświadczenie, które później wykorzystał, budując własną potęgę. Sojusz z Ottonem III oraz udział w walkach z Wieletami tylko umocniły jego pozycję w Europie.
Marzenie o nowym Świecie
Na przełomie X i XI wieku Europą zawładnęła idea odnowy Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Otton III marzył o świecie czterech równorzędnych królestw: Italii, Galii, Germanii i Sklavinii — ziemi Słowian. Bolesław, widząc w tej wizji szansę dla Polski, aktywnie wspierał cesarza.
Kluczowym momentem stało się męczeństwo św. Wojciecha. W 997 roku biskup praski, pragnąc schrystianizować Prusów, poniosł śmierć z ich rąk. Bolesław, wykupując ciało męczennika i sprowadzając je do Gniezna, uczynił ze swojej stolicy centrum kultu świętego. Akt ten miał wymiar zarówno religijny, jak i polityczny: Świadczył o duchowej sile nowo powstałego państwa.
Niektórzy kronikarze podkreślają, że to właśnie Bolesław, a nie jego ojciec Mieszko I, rzeczywiście umocnił chrześcijaństwo w Polsce. Jego polityka zjednoczenia kościoła i utworzenie arcybiskupstwa w Gnieźnie przyczyniły się do trwałej zmiany duchowego oblicza kraju.
Zjazd Gnieźnieński: manifestacja siły
Wiosną 1000 roku Gniezno stało się sercem Europy. Otton III, pielgrzymując do grobu św. Wojciecha, przybył do stolicy Polan. Kronikarze, w tym Thietmar z Merseburga i Gall Anonim, opisywali sceny pełne przepychu: tysiące wojowników, chorągwie trzepoczące na wietrze, błyszczące zbroje.
Podczas uczty cesarz zdjął diadem i nałożył go na głowę Bolesława, nazywając go „bratem” i „współpracownikiem cesarstwa”. Wręczył mu kopię włóczni św. Maurycego, symbol władzy. W zamian otrzymał relikwię — ramię św. Wojciecha.
Zjazd zakończył się ustanowieniem niezależnej metropolii kościelnej w Gnieźnie oraz biskupstw w Krakowie, Wrocławiu i Kołobrzegu. Polska uzyskała duchową suwerenność, oddzieloną od niemieckiej prowincji kościelnej.
Wojna i legenda
Po nagłej śmierci Ottona III w 1002 roku wizja uniwersalnego cesarstwa upadła. Nowy cesarz, Henryk II, zmierzał ku konfrontacji. Bolesław, nie zamierzając ustępować, zbrojnie opanował Łużyce i Milsko oraz wmieszał się w walki dynastyczne w Czechach.
Wojny polsko-niemieckie przeciągały się latami. Kulminacyjnym momentem było oblężenie Niemczy w 1017 roku. „Nigdy nie słyszałem o oblężonych, którzy z większą wytrwałością broniliby swoich murów” — pisał Thietmar.
W 1018 roku w Budziszynie podpisano pokój: Polska zatrzymała Łużyce i Milsko. W tym samym roku Bolesław ruszył na Kijów, by wesprzeć zięcia Świetopełka. Wyprawa zakończyła się zdobyciem miasta i legendarnym wyszczerbieniem miecza — Szczerbca — o bramę kijowską. Kroniki wspominają, że podczas zdobycia Kijowa Bolesław nie cofał się przed bezwzględnością, a jednym z najbardziej kontrowersyjnych czynów było uprowadzenie księżniczki Przedsławy.
Triumf w Gnieźnie
Śmierć Henryka II w 1024 roku otworzyła drogę do spełnienia marzeń Bolesława. W Wielkanoc 1025 roku, po uzyskaniu zgody papieża Jana XIX, został koronowany w Gnieźnie. Polska stała się królestwem, a korona nie była darem cesarskim, lecz symbolem suwerennej państwowości.
Niedługo potem Bolesław odszedł, pozostawiając koronę swojemu synowi, Mieszkowi II. Pamięć o nim przetrwała nie tylko w legendzie Szczerbca czy polach Wielkopolski. Gall Anonim nadał mu przydomek „Magnus” — Wielki, a współcześni podkreślali jego odwagę i bezwzględność, która budziła podziw, ale i strach. Historia zapamiętała go jako człowieka, który potrafił zmieniać bieg dziejów.
Dariusz Frach, thefad.pl / Źródło: media







