Adam Mazguła: Nowy rozdział w historii ziemi

Adam Mazguła

Adam Mazguła

PiS marzy o zapisaniu się w historii Polski i tworzy nowy rozdział również w dziejach ziemi.

 

Najpierw PiS wybije dziki, potem drapieżniki, które nie będą się miały czym żywić i zaatakują zwierzęta domowe. Następnie wytną lasy, bo larwy owadów, które były pożywieniem dzików opanują lasy. Potem wybiją te zwierzęta, które nie będą mogły schować się do lasu, bo ich nie będzie i wyjdą na drogi, do miast roznosząc zagrożenie dla ruchu i zdrowia ludzi…

Tak wygląda „czynienie sobie ziemi poddanej”, które to stwierdzenie jest głównym motorem działania ludzi demolki, zniszczenia i otępienia, których ojcem chrzestnym jest były minister Szyszko i jego rydzykowi wyznawcy.
Tak tworzymy historię naszej planety, na której niedługo nie da się żyć, bo ludzie zniszczą jej faunę i florę.

PiS marzy o zapisaniu się w historii Polski i tworzy nowy rozdział również w dziejach ziemi.

Adam Mazguła

 

 

Książka „Adam Mazguła – Żołnierz gorszego sortu” dostępna w księgarniach na terenie całej Polski i w systemie sprzedaży internetowej.

Dystrybutorem książki jest Ateneum.

 

Na terenie Wielkiej Brytanii książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>>

 


Salvini w Warszawie: nowy sojusz populistów?

Współpraca Kaczyńskiego i Salviniego mogłaby być fundamentem dla nowego eurosceptycznego ruchu populistycznego – zauważa niemiecki dziennik.

Włoski minister spraw wewnętrznych Matteo Salvini. Fot. Źródło: dw.de

„Die Welt” ocenia, że Jarosława Kaczyńskiego i Mattego Salviniego niewiele łączy na poziomie osobistym. „Salvini to lubiący bywać na salonach ekstrawertyczny południowiec ze skłonnościami do bufonady. Kaczyński z kolei to człowiek dyskretny, raczej wycofany, uchodzący za pobożnego”.
Obaj jednak, jak zaznacza gazeta, obaj są świadomi władzy i mają wspólne interesy. „Są przeciwko «islamizacji» ich krajów i obaj chcą odzyskać narodowe kompetencje oddane Brukseli. Wizja Salviniego to Europa regionów. Wizja Kaczyńskiego to Europa ojczyzn”.

Kamień węgielny pod sojusz

„Die Welt” pisze, że podczas wizyty w Warszawie Salivini będzie próbował położyć kamień węgielny pod sojusz między jego partią – Ligą Północną – a Prawem i Sprawiedliwością, co mogłoby stać się fundamentem dla nowego, eurosceptycznego ruchu populistycznego.

Gazeta zaznacza, że jego członkowie nie mają szans na zdobycie większości w nowym Parlamencie Europejskim. „Ale razem z innymi partiami opozycyjnymi powinno to wystarczyć, aby wywrzeć poważną presję na tradycyjne partie. Zwłaszcza w przypadku ważnych decyzji jak wdrażanie postępowań z art. 7 w sprawie łamania zasad praworządności”. „Die Welt” przypomina, że potrzebna jest do tego większość dwóch trzecich w Parlamencie Europejskim.

W trzech frakcjach

Gazeta zaznacza, że partie eurosceptyczne, prawicowo-populistyczne i skrajnie prawicowe są obecnie rozproszone w PE w trzech różnych frakcjach. „W niektórych sprawach, takich jak podejście do Rosji, prezentują one odmienne poglądy. Przede wszystkim są jednak źle zorganizowane, a partyjna dyscyplina nie wygląda najlepiej. Salvini chce to zmienić” – czytamy w „Die Welt”.


Uderzy, czy nie uderzy w Ziemię? Naukowcy z NASA oficjalnie zaprzeczają

Naukowcy z NASA oficjalnie zaprzeczają, że już 1 lutego asteroida uderzy w Ziemię i na zawsze zmieni losy naszej planety.

 

Asteroida 2002 NT7 – bo o niej mowa, jest planetoidą z grupy Apolla o średnicy 1,407 km, została odkryta w lipcu 2002 roku i po wstęnych obliczeniach sklasyfikowano ją jako obiekt bliski Ziemi (NEO) i potencjalnie niebezpieczny.

Naukowcy uznali, że planetoida ta znajduje się na kursie kolizyjnym z Ziemią, a do zderzenia miałoby dojść już 1 lutego 2019. Planetoida otrzymała 0,06 punktów w tzw. skali Palermo i był to pierwszy przypadek w historii obserwacji, gdy obiekt astronomiczny otrzymał dodatnią wartość w tej skali.

Kolejne obserwacje pozwoliły dokładniej obliczyć parametry orbity i dowiodły, że planetoida jednak nie zagraża Ziemi. Co ciekawe, już 1 sierpnia 2002 usunięto ją z tabeli obiektów z wysokim ryzykiem zderzenia z Ziemią. Tak pośpieszne zdementowanie początkowych obliczeń dało początek fafi teorii konspiracyjnych, które zaczęły zarzucać NASA, że dopuszcza się celowego zatajenia faktów.

Naukowcy z NASA oficjalnie zaprzeczają, że już 1 lutego asteroida 2002 NT7 uderzy w Ziemię i na zawsze zmieni losy naszej planety.

Według najnowszych danych 2002 NT7 minie Ziemię 13 stycznia 2019.

 

(df) thefad.pl

 


Adam Mazguła: Patologia i Symulacja

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Jestem pod wrażeniem programów zdrowotnych Pańskiego rządu. Pozwalają one na przykład na kupno droższych „leków refundowanych” niż te bez refundacji. Intryguje mnie także program szybkiego dostępu chorych do specjalistów nie czekaj - umieraj+. Dzięki temu programowi możemy zaoszczędzić na służbie zdrowia, a przy okazji pojawia się kolejny sukces, czyli jesteśmy jednym z najmłodszych społeczeństw europejskich.

Panie Jarosławie Kaczyński,

czy jest Pan w stanie określić, jaki jest cel tej Waszej władzy? To, że zaspokaja ona Pańską próżność jest „oczywistą oczywistością”, ale mnie interesuje, dokąd zmierza mój kraj pod Pana politycznym kierownictwem?

Zgodnie z ofensywą propagandową „mediów publicznych”, które zajmują się jedynie promocją Waszej partii, PiS, jako jedyna partia w naszym kraju, ma jasny cel, spójny program i „spektakularne sukcesy”. Jako jedyna partia w naszej 100-letniej pozaborowej niepodległości, przepełniona jest polskością i patriotyzmem, a jej członkowie – szlachetnością i bohaterskim patosem heroicznej walki o Polskę naszych marzeń.

Jeśli tak jest, to słusznie zmieniamy w kraju nazwy ulic, budujemy pomniki i piszemy nowe podręczniki do historii, żeby przypomnieć zasługi nareszcie odnalezionych bohaterów.

Panie Jarosławie Kaczyński,

powróćmy jednak do PRAWDY, celów Pańskiej partii i jej programu.

Nigdy nie wskazał Pan żadnego jasnego celu Waszej władzy, chyba że coś przegapiłem. Jedyne, co usłyszałem w Pana wypowiedziach, to obietnica, że dojdzie Pan do prawdy. Tymczasem wiem, że nigdy Pan tej prawdy nie znajdzie, bo już dawno się Pan z nią minął. Gdzie więc jest ten Pański światły cel?

Obserwując Pańskie działania, domyślam się, że Pana celem – marzeniem jest Wielka Polska Katolicka jako przeciwwaga dla Unii Europejskiej. Państwo wyznaniowe, którego elity, podobnie jak Pan, wywodzą się bezpośrednio od Bolesława Chrobrego; elity zbudowane na szczególnych zasadach programu koryto+ Pańskiej rasy panów. To one z pewnością zapewnią wieczną szczęśliwość nie tylko Waszym rodzinom, ale i pozostałym obywatelom, znanym również pod określeniami: kanalie, gorszy sort, komuniści, złodzieje…

Panie Jarosławie Kaczyński,

domyślam się, że gdyby Pan był uczciwy i wprost mówił, o co Panu chodzi, to nikt mądry, a nawet trochę mniej myślący, nie wspierałby tego celu. Czy więc dlatego grupuje Pan wokół siebie wyznawców, którzy o nic nie pytają? Czy dlatego Pańscy partyjni koledzy, jak oficjalnie przyznali – muszą dopasowywać przekaz propagandowy do poziomu Waszych odbiorców, żeby ci cokolwiek mogli zrozumieć?

Panie Jarosławie Kaczyński,

w zasadzie słyszę od Was tylko o jednym sztandarowym programie socjalnym 500+, z którego wyłączyliście najbardziej potrzebujących, w tym samotne matki. Nie dziwi mnie to, bo nienawidzi Pan kobiet, czego wyrazem jest nie tylko Pański stan cywilny, ale i takie programy PiS-u, jak wpier.ol+, czy obronażycia+, ze szczególnym traktowaniem osób z niepełnosprawnością.

Ciekawe są Wasze programy deformy w oświacie. Ogłupianiewiarą+ zapewnia dopływ przygotowanej młodzieży do program mierny, ale wierny+.

Jako żołnierza interesują mnie Wasze programy z dopiskiem plus: zdrada+, widelce+, miernoty+ czy w końcu limuzyny+, Vipochrona+, … W większości jednak realizowane są tam takie programy z dopiskiem minus jak: śmigłowce -, samoloty-, dowodzenie-, rakiety-…

Jestem pod wrażeniem programów zdrowotnych Pańskiego rządu. Pozwalają one na przykład na kupno droższych „leków refundowanych” niż te bez refundacji. Intryguje mnie także program szybkiego dostępu chorych do specjalistów nie czekaj – umieraj+. Dzięki temu programowi, który nie pozwala doczekać pomocy, mamy nadumieralność osób starszych, więc możemy zaoszczędzić na służbie zdrowia, a przy okazji pojawia się kolejny sukces, czyli jesteśmy jednym z najmłodszych społeczeństw europejskich.

Panie Kaczyński,

nie ma sensu dalsze analizowanie Waszych programów, bo w każdej dziedzinie mamy programy podobne do tych już przytoczonych. Zdaję sobie sprawę, że nie tylko Pan za nimi stoi. Coraz bardziej widać program M. Morawieckiego: kłamstwo+, albo innego magika, czyli długopis+.

Panie J. Kaczyński,

nie macie żadnego ujawnionego celu Waszej działalności politycznej, nie wiemy, na jaką wyspę i dokąd prowadzicie naród. Nie macie żadnego programu rozwoju naszego kraju; ani nawet jednego pozytywnego programu resortowego. Wszystko, co robicie jest zamachem na wolność Polaków przez budowę reżimu katolicko-PiSowskiego, który ma Wam zapewnić dobrobyt i władzę na długie lata.

Nie chcę Waszej bezczelności, która każe wprowadzać faszystów do rządu, nie godzę się na wasze „blondynki” za setki milionów złotych z publicznych pieniędzy. Nie po drodze mi z Waszą wszechobecną korupcją, z fałszywym patriotyzmem i z agresywną kłamliwą propagandą. Pańskie manipulacje opinią publiczną są już nie do zniesienia,

Nie czarujmy się, biorąc powyższe pod uwagę. Bez większej pomyłki można rozszyfrować prawdziwą nazwę PiS: Pozory i Snobizm albo, jak to określa prof. R. J. Kuźniar, Patologia i Symulacja, co oznacza czynienie zła i udawanie (symulowanie), że jest odwrotnie.

Nie czyńcie zła, nie szczujcie na rodaków, nie niszczcie naszego międzynarodowego autorytetu, bo prędzej czy później stanie Pan, wraz ze swoimi wyznawcami, przed sądem za zniszczenie Polski.

Pozostając z życzliwą radą,

Adam Mazguła

Książka „Adam Mazguła – Żołnierz gorszego sortu” dostępna w księgarniach na terenie całej Polski i w systemie sprzedaży internetowej.

Dystrybutorem książki jest Ateneum.

Na terenie Wielkiej Brytanii książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>>


Inicjatywa Polska przygotowała projekt ustawy rozdzielający Kościół od państwa

Stowarzyszenie Inicjatywa Polska przygotowało projekt ustawy, który jest pierwszym etapem rozdziału Kościoła od państwa. Projekt zakłada między innymi zniesienie finansowania lekcji religii oraz ubezpieczeń księży i duchownych z budżetu państwa.

– Ostatnie lata pokazują, że Polsce bardzo potrzeba rozdziału Kościoła od państwa i świeckości, uporządkowania relacji, które ewidentnie zostały zakłócone. Jeśli mamy być krajem demokratycznym, krajem równych praw i równych szans, pewne relacje trzeba przebudować i przemodelować – mówiła w niedzielę na konferencji prasowej przed Sejmem liderka Inicjatywy Barbara Nowacka. Jak zapowiedziała Inicjatywa Polska proponuje „szeroką dyskusję, która pozwoli w następnym parlamencie zacząć działać tak, żeby mieć pewność, że relacje między Kościołem i państwem są zdrowe.” – Nie może tak być, nie ma na to naszej zgody, by Kościół pisał ustawy i wpływał na polityków, jak mają procedować prawo – mówiła Barbara Nowacka.

Jak oceniła „jeśli państwo ma funkcjonować poprawnie, to nie ma powodu, żeby finansować jedną konkretną religię z budżetu państwa”. – Nie zobowiązują do tego żadne umowy, tylko to nasza decyzja – przypomniała.

Projekt stowarzyszenia zakłada m.in. zniesienie finansowania religii w szkołach z budżetu państwa i wprowadzenie finansowania przez związki wyznaniowe i kościoły, które „chcą nauczać zasad swojej wiary w szkole” oraz wpisanie religii na listę zajęć dodatkowych. Inicjatywa Polska domaga się likwidacji Funduszu Kościelnego, chce, żeby księża i duchowni sami opłacali swoje ubezpieczenie społeczne i zdrowotne a także zlikiwdować wszystkie komisje rządowo-kościelnych.

Barbara Nowacka zapytana, czy projekt ustawy uzyskał poparcie partnerów Inicjatywy Polskiej, odpowiedziała: – Nowoczesna ma bardzo zbliżone poglądy w tej sprawie. Jestem przekonana, że będzie po tej samej stronie. Z Platformą oczywiście, tak, jak ze wszystkimi partiami – będziemy rozmawiać.

W ocenie stowarzyszenia zniesieniu finansowania religii z budżetu, państwo zaoszczędzi około 1-2 mld zł, a na ubezpieczeniach duchownych – około 500 mln zł.

 

(df) thefad.pl

 


Dariusz Stokwiszewski. Zapytanie do władz Sejmu: „Czy prawdą jest, że na terenie Sejmu RP, znajduje się siedziba ruchów antyaborcyjnych”?

Dariusz Stokwiszewski

Dariusz Stokwiszewski

Przypominam panu o tym, co sam pan powinien wiedzieć lepiej niż ja, prosty obywatel, że obowiązujący w Polsce konkordat, podpisany przez nasze władze ze Stolicą Apostolską określa w sposób jasny i zrozumiały zasadę rozdziału Kościoła od Państwa!

 

Zapytanie w formie otwartej do władz Sejmu RP, reprezentowanych przez pana marszałka Marka Kuchcińskiego!

 

Panie Marszałku!

Nawiązując do skandalu wywołanego na pogrzebie profesora medycyny, przyzwoitego i szanowanego człowieka, jakim był i nadal w pamięci Polaków jest pan Romuald Dębski, przez polskich samozwańczych „obrońców życia”, których nie można postrzegać inaczej niż jako katolicką ekstremę, która nie tylko nie szanuje dobrych obyczajów, a nawet je skandalicznie i barbarzyńsko łamie, chcę zadać panu ważne pytanie.

„Czy prawdą jest to, że na terenie Sejmu RP, zamienionego przez pana obecnie w niedostępną dla normalnych Polaków twierdzę, znajduje się jakakolwiek siedziba ruchów antyaborcyjnych”?!

Chodzi o Stowarzyszenie katolickie typu pro – life?!

Jeśli miałoby okazać się to prawdą, a istnieje takie przypuszczenie, to nie tylko znaczyłoby to, że dzieje się to wbrew obowiązującej wciąż w Polsce Konstytucji z 1997 r., ale że jest to także działanie niegodne, podstępne i złe dla demokracji, która powoli przestaje istnieć, ale też postępowanie wręcz haniebne ze strony obozu rządzącego.

Przypominam panu o tym, co sam pan powinien wiedzieć lepiej niż ja, prosty obywatel, że obowiązujący w Polsce konkordat, podpisany przez nasze władze ze Stolicą Apostolską określa w sposób jasny i zrozumiały zasadę rozdziału Kościoła od Państwa!

Z poważaniem
Dariusz Stokwiszewski

 

 


Andrzej Markowski-Wedelstett: Czy premier powinien szczekać?

Od wielu lat w polskim parlamencie z coraz większym obrzydzeniem obserwuję potyczki, a właściwie chamskie pyskówki pomiędzy naszymi posłami i senatorami. Są nie tylko nieokrzesane, ale głównie prostackie, często ordynarne, bez cienia krzty finezji, ciętej, rzetelnej, niechby nawet humorystycznej riposty.

Wielu, pewnie większość posłów-interlokutorów, stosujących argumenty niżej pasa, ktoś, kiedyś usiłował kształcić i zapewne przez pomyłkę obdarzył stopniami naukowymi, nawet tymi z górnych półek.

Dawniej profesorzy, doktorzy, adwokaci, nawet zwykli magistrowie i urzędnicy stanowili tzw. klasę średnią, więc zaliczali się do inteligentów. Zresztą bywali inteligenci mogący się szczycić zaledwie minimalną edukacją, rolnicy, zwykli robotnicy. Potrafili zdrowo myśleć i wiedzieć co to godność i kultura osobista. Brzydzili się kłamstwem, fałszem, hipokryzją… Po prostu stosowali dziesięcioro przykazań niezależnie od wyznawanej wiary lub nie w takiego czy innego Boga.

Dlatego często wracam myślami do czasów już mocno historycznych, żałując dawno zakazanych lub zapomnianych możliwości stosowania według mnie wielce sprawiedliwych restrykcji, charakteryzujących się surowymi represjami w stosunku do łamiących ustanowione prawo lub zwyczaje.

Czyż nie godniej i dostojniej by było, gdyby dr (sic!) Kaczyński, zamiast urządzać w sądzie publiczną żenadę, wyzwał byłego prezydenta Wałęsę na pojedynek z dwoma sekundantami w jakimś ustronnym lesie i tam sobie do siebie z pożytkiem dla społeczeństwa postrzelali?

Albo, gdyby niejaką panią Beatę S., co to cudem jakimś wypsnęła się z worka, chcąc sprawdzić właściwość jej racji, jacyś mnisi spławili ją z obciążeniem w głębokim stawie? Ma rację – nie utonie, myli się – utonie…

W starożytności, ale nie tylko, przyczyną pojedynków nie były sprawy osobiste. Toczyły się o dobro publiczne. W Hiszpanii, za panowania Alfonsa VI (1065-1109), takim sposobem rozstrzygnięto właśnie spór natury publicznej: pojedynek miał zadecydować, czy Kościół przyjmie liturgię mozarabską, czy rzymską… Walki gladiatorów na rzymskich arenach, nie były pojedynkami. Zmuszano ich do walk, by dawali krwawe widowiska i ponurą rozrywkę.

Średniowieczne prawo germańskie dopuszczało stosowanie w postępowaniu sądowym tzw. ordaliów, sądów bożych, prowadzonych wobec oskarżonych o przestępstwa kryminalne celem wykrycia ich winy lub dowiedzenia niewinności. Ordaliami były najwymyślniejsze próby, np. próba rozpalonego żelaza.

Jeżeli oskarżony cudem przeżywał przypiekanie rozżarzonymi do czerwoności cęgami wybranych fragmentów ciała, był niewinny. Ale taki sam wynik tej próby u oskarżonej o czary, w czasach św. inkwizycji, świadczył o winie: przeżyła dzięki pomocy sił nieczystych…

W praktyce, osoba, w stosunku do której toczyło się postępowanie sądowe, podczas jednej, czy kilku prób przechodziła katusze i najczęściej umierała na skutek np. szoku pourazowego, upływu krwi, niemożności oddychania. Obojętnie, była winna, czy nie. Innymi pierwowzorami dzisiejszego wariografu, to m.in. próba pławienia, gotowania, próba komunii, próba krzyża…

Próba pojedynku sądowego oparta była na przekonaniu, że sprawiedliwy Bóg nigdy nie dopuści do skazania niewinnego. Odbywała się w obecności sędziów i zebranej gawiedzi według określonych reguł.

Z treści zachowanych dokumentów wynika, że zezwolenie na ordalie po raz pierwszy wydał król Burgundów, Gundebald, w roku 501. Król duński, Frothon III, twierdził, że „spory powinno się rozstrzygać mieczem; szlachetniej jest, aby mężowie rozprawiali się przy użyciu broni, a nie mieląc językiem”.

Pojedynkami w średniowieczu były turnieje. Traktowano je jako zabawę. Wprawdzie dopuszczano do walki broń tępą, ale, bywało, że i ostrą. Ta rozrywka wyższych stanów niejednokrotnie kończyła się tragicznie, zranieniem, a nawet śmiercią.

Przekazywane legendy, a także strofy pisanych i śpiewanych, sentymentalnych poematów, opiewały bohaterskie czyny niezwyciężonych, błędnych rycerzy, przemierzających Europę w poszukiwaniu godnych rywali, by potykać się z nimi dla sławy. Tu należy wspomnieć celtycką legendę o królu Arturze i jego dwunastu rycerzy okrągłego stołu, a także bohatera opowieści Cervantes’a, Kichote — staczających liczne pojedynki w obronie sprawiedliwości, cnoty i honoru.

Tu nasuwa się analogia i smucąca mnie refleksja do dzisiaj. Posłanka PiS-u, Krystyna P., słaba kobieta, sama musiała bronić w sądzie swojej cnoty przed napastującym ją Jerzym O. Na kilka tysięcy członków partii rządzącej nie znalazł się ani jeden rycerz, by na ubitej ziemi stanąć w jej obronie z mieczem lub choćby z kijem w dłoni.

Ale wróćmy w dawne czasy. Rozpowszechniające się stosowanie prochu i wynalezienie broni palnej doprowadziło do zasadniczych zmian w uzbrojeniu rycerskim. Ciężkie pancerze i miecze, długie niewygodne kopie, zastąpione zostały broniami lżejszymi. Przeciwnika można już było dosięgnąć z odległości.

W XVI w. pojawił się rapier, o długim, cienkim i ostro zakończonym brzeszczocie. Rapier miał wyjątkowo wygodny uchwyt, z rodzajem kosza, chroniącym rękę przed cięciami. We Włoszech i w Hiszpanii, tamtejsza szlachta doszła do mistrzostwa w „robieniu” tą ulubioną przez siebie bronią.

Ojczyzną szpady dworskiej, bardzo lekkiej, często wymyślnie ozdabianej, była Francja drugiej połowy XVII w. W walce, przy użyciu tych dwóch białych broni, nie decydowała siła fizyczna, ale zręczność i szybkość w jej operowaniu.

Pojedynki na pistolety stały się modne dopiero w XIX w. Pociągnęły za sobą duży wzrost śmiertelności. W walkach na białą broń jedna, czy kilka powierzchownych ran nie musiały eliminować przeciwnika. Rany postrzałowe natomiast były na ogół ciężkie i często kończyły się śmiercią. Tak zakończył życie rosyjski poeta, A. Puszkin, w 1837 r., E. Galois, Francuz, twórca nowoczesnej teorii równań algebraicznych, w 1832 r., czy niemiecki działacz socjalistyczny, F. Lassalle, w 1864 r.

Wiek XIX charakteryzował się również pomysłowością odbywanych pojedynków. Do absurdalnej walki doszło w 1803 r. nad paryskimi błoniami. Nad, bo w powietrzu… Niejacy Peeck i Granpierre wznieśli się na balonach i wystrzelili wzajemnie z muszkietów do powłok swoich balonów. Balon Peecka, trafiony celnym pociskiem pękł, a jego pasażer spadł na ziemię. Oczywiście zginął.

Pierwszym, który zezwolił na odbywanie honorowych pojedynków, był król francuski, Henryk II. W 1547 r. ogłosił odpowiedni akt. Natomiast już jego syn, król Karol IX, do pojedynków był wrogo usposobiony. W 1566 r. wydał edykt, uznający je za zbrodnię majestatu. Groziła kara śmierci. Rozkaz króla nie przyniósł spodziewanych skutków.

Następca Karola IX, Henryk Walezy, zezwolił na pojedynkowanie się tylko w jego obecności. Za panowania Henryka IV, we Francji zginęło blisko 8.000 osób.

Początek wieku XVII przyniósł tragiczniejsze żniwo: w pojedynkach zabitych zostało ponad 30.000 osób. Była to liczba większa od ilości poległych w niejednej ówcześnie prowadzonej wojnie.

Pojedynkom nie zdołały położyć kresu ani groźba kary śmierci, ani infamie, ani kara wygnania, ani klątwy kościelne. W czasach Ludwika XIV pojedynkowały się już kobiety.

Światłe kręgi społeczeństw zawsze uważały takie rozstrzyganie sporów za nonsens. Kościół i kolejni papieże zdecydowanie je potępiali, jako sprzeczne z boskim przykazaniem. Wichman, arcybiskup magdeburski, zgodnie z uchwałami soboru w Walencji, z 855 r., odmawiał pogrzebu chrześcijańskiego tym, którzy polegli w pojedynkach. Kościołowi szli w sukurs panujący z woli Boga, np. królowie Franków, Dagobert II i Karol Wielki, także cesarz niemiecki, Henryk II…

W XIII w. przeciwko ordaliom wystąpili papieże Aleksander III i Celestyn III. Mimo to, np. prawo saksońskie pojedynki usankcjonowało, także magdeburskie i szwabskie. Cesarz Rudolf II okazał pobłażliwość: w 1609 r. wydał Henrykowi Lotaryńskiemu przywilej zezwalający na odbywanie pojedynków tylko w jego obecności na obszarze między Mozelą a Renem. Zdecydowanie przeciw pojedynkom wystąpił sobór Trydencki. Także król szwedzki, Gustaw Adolf, surowo karał ich uczestników.

W nowszych czasach, w XIX w., do przeciwników tego barbarzyńskiego zwyczaju należeli również Polacy: generał-poeta, Franciszek Morawski i historyk, Joachim Lelewel. Niemiecki filozof, A. Schopenhauer w swoich „Aforyzmach” zalecał pojedynkowiczów publicznie chłostać. W 1891 r. papież, Leon XIII, skierował do biskupów austriackich i niemieckich encyklikę, w której definiował pojedynek jako podwójną zbrodnię — zabójstwa i samobójstwa.

Najwcześniej zabrakło pojedynków w Anglii. Zatwierdzony przez parlament dekret królowej Wiktorii przewidywał, że oficer, który kogoś obraził i nie wyraził gotowości naprawienia krzywdy, musiał opuścić korpus oficerski. Dymisję otrzymywał i ten oficer, który przeprosin nie chciał przyjąć.

Znacznie gorzej sprawa przedstawiała się w innych krajach. Kiedy oficerowie austriaccy odmawiali dawania satysfakcji z bronią w ręce, oficerski sąd honorowy nakazywał im opuszczać szeregi wojska. Podobnie działo się w Prusach.

A jak te sprawy toczyły się w Polsce?

Zwyczaj pojedynkowania się Polacy przyjęli z zachodnim prawem feudalno-rycerskim. Prawo magdeburskie zalecało i pojedynki, i tortury. W znalezionym w Elblągu średniowiecznym rękopisie odczytano traktat o ordaliach, dopuszczających próbę pojedynku. Przepisy w tej sprawie ustanawiały, że jeżeli do walki stanąć mają chłopi, mieli się bić pałkami, jeśli chłop wyzwał do odpowiedzialności rycerza, bronią musiały być miecze, natomiast gdy rycerz chłopa pozwał, obaj mieli używać pałek.

Podkomorzy krakowski, Gniewosz z Dalewic oskarżył królową Jadwigę o zdradę. W obronie jej czci i godności odezwał się Jaśko z Tęczyna, a z nim stanęło dwunastu rycerzy. Przed sądem podczas rozprawy Gniewosz przyznał, że jego zarzut był potwarzą i prosił o wybaczenie. Nie chcąc narazić królowej na niepewny wynik pojedynków, sąd skazał Gniewosza na… odszczekanie obrazy. Skazany usadowił się natychmiast po werdykcie pod ławą w izbie sądowej i publicznie, szczekając głośno, trzykrotnie wyznał, że co powiedział przeciw królowej, było fałszem.

Pomyśleć, co by się działo przed ostatnimi wyborami do samorządów, gdyby skazany przez sądy za kłamstwa premier Morawiecki musiał publicznie, mozoląc się pod ławą sejmową, odszczekiwać swoje fałszywe wyznania… Nie miałby czasu na sprawowanie swoich zasadniczych zajęć (z pożytkiem dla państwa!).

Premier Mateusz Morawiecki musiał wycofać się z kłamstw nt. dróg
Premier Mateusz Morawiecki musiał wycofać się z kłamstw nt. dróg. Fot. flickr

Obrazić honor polskiego szlachcica można było byle jakim słowem.

Marszałek nadworny litewski, Mikołaj Radziwiłł skarżył się w drugiej połowie XVI w. Zygmuntowi Augustowi, „iż wiele popełnianych zabójstw usprawiedliwia się pojedynkami” i domagał się ustanowienia prawa „przeciw stosowaniu tego barbarzyńskiego zwyczaju”. Na nic zdały się jednak uchwały, podjęte w tej sprawie na sejmie koronacyjnym Zygmunta III Wazy, ani podobne, na Litwie.

No cóż, do dzisiaj w Polszcze nie wiele znaczą najdoskonalsze nawet prawa, jeśli nie postępuje za nimi egzekucja. Egzekucja, niestety, od wieków stanowi najsłabsze ogniwo jurysdykcji w Rzeczypospolitej. Szlachta, w związku z tym za nic miała sejmowe uchwały i pojedynkowała się dalej, z imieniem Boga na ustach, po gościńcach i zajazdach, w obozach wojskowych i sejmikach. Coś z tego dotrwało do dzisiejszej Polszczy: nie tylko kmiotki, ale i najwyższe władze wycierając sobie ustawicznie imieniem ojczyzny przepełnione hipokryzją i kłamstwami usta co rusz, niby w imieniu ludu, łamią nie tylko ustanowione niższe prawa, ale i tę najpierwszą, zasadniczą ustawę.

Bogobojni Polacy wstrzymywali się jednak od pojedynkowania, ale tylko… w soboty, święta i w dni poświęcone Matce Boskiej.

Ulubioną bronią Polaka, w takich walkach, była szabla. Także strzelano do siebie pistoletami. Niekiedy w pojedynku brały udział obie te bronie. Szable wyrabiano w pospolitych kuźniach. Jej rękojeść miała graniasty pałąk oraz metalową pętelkę, zwaną paluchem, przytwierdzoną do rękojeści i służącą do pewniejszego uchwytu przez włożenie w nią wielkiego palca. W XVIII w. do szabli dodano szeroki ażurowy furdyment, gardę, skutecznie chroniącą dłoń przed zranieniem.

Modnym strojem ówczesnych awanturników były kaftany i długie rękawice ze skóry łosia, a także wysokie czapki na drucianych rusztowaniach, chroniących przed cięciami głowę.

Za czasów Sasów uwielbiano pojedynkować się na koniach i strzelając z pistoletów. Kto zliczył ile koni, Bogu ducha winnych, zginęło przy okazji?…

I w dobie stanisławowskiej zabijano się, „dając sobie pola”.

W roku 1766 odbył się jeden z najsłynniejszych w dziejach pojedynków: Giovanni Casanova contra Franciszek Ksawery Branicki, powód — kobieta.

Siekano się i dziurawiono w wojsku kościuszkowskim i w Legionach J. H. Dąbrowskiego.

W czasach Królestwa Polskiego głośnym echem przeleciała wieść o waśni księcia Adama Czartoryskiego z generałem Ludwikiem Pacem zakończonej walką. Powabnym powodem była ręka panny Anny Sapieżanki.

Pojedynkowali się także tułacze Wielkiej Emigracji.

Masowo i zaciekle, w XIX w., zaczęli siekać się członkowie niemieckich korporacji studenckich. Trafiali się bursze, bardziej dumni z gęby pokancerowanej bliznami, wyniesionymi z pojedynków, aniżeli z dyplomu ukończenia uczelni.

Nasi akademicy, podczas studiów zagranicznych szybko dali się wkręcić w te śmiertelne tryby, zgodnie z dewizą Polaka: co złe, to smakowite.

Pierwsze reguły pojedynków zaczęto spisywać w XVIII w. Krążyły one, w odpisach, wśród zainteresowanych. W 1777 r., zasady tego rodzaju walk, składające się z 25 artykułów, ułożyła angielska szlachta, mieszkająca w Irlandii. Jednak aż do pierwszej połowy XIX w. wiele walk odbywało się z pominięciem jakichkolwiek reguł.

Opracowania jednolitych przepisów podjął się w 1836 r. paryski „Jockey-Club” zlecając tę pracę hrabiemu Chateavillardowi.

Pierwszy kodeks postępowania biorących udział w pojedynkach ukazał się drukiem pod tytułem „Essai sur le duel”. Rozpowszechnił się nie tylko we Francji, stał się kodeksem międzynarodowym, obowiązującym od Pirenejów do Uralu, a także wzorem dla lokalnych opracowań, w różnych krajach. Pierwszym Polakiem, który podpisał się swoim nazwiskiem pod takim zbiorem praw, był Józef Naimski. Pracę „O pojedynkach” wydał w Warszawie, w 1881 r. Sto kilkanaście lat temu wyszedł drukiem we Lwowie „Pojedynek, jego reguły i przykłady” Witolda Bartoszewskiego. W tym samym roku, 1899, znakomity skądinąd słynny krytyk literacki i publicysta, Wilhelm Feldman, wydał we Lwowie „Kodeks honorowy i reguły pojedynku”.

Największą popularnością cieszył się „Polski kodeks honorowy” Władysława Boziewicza. Pierwszy raz ukazał się w 1919 r.

Czy jego zasady są stosowane również w naszych czasach? Chciałbym.

Naturalna selekcja posłów, senatorów, czy prezesów przeróżnej maści, i innych naszych „kochanych” politycznych lub z politycznego nadania elit, może by wyłoniła ludzi dobrze wychowanych, kulturalnych, rozumnych, pragmatycznych, ogólnie uczciwych… Ale nasi politycy, ci — co rusz trafiani literą prawa są bardziej zestresowani gilotyną kodeksu, niż — choćby w najmniejszej mierze — przygotowani do rozumienia pojęcia HONOR?

Andrzej Markowski-Wedelstett

Urodzony w 1936 roku dziennikarz popularnonaukowy. Z wykształcenia matematyk. Długoletni wykładowca szkół wyższych.

 (df) thefad.pl / Źródło: monitorkonstytucyjny.eu


Piotr Surmaczyński: Przyszłego koalicjanta, PO może upatrywać w Biedroniu i jego ruchu

Piotr Surmaczyński

Piotr Surmaczyński

Szansę na przyszłego koalicjanta po wyborach, PO może upatrywać w bardzo popularnym, świetnie zorganizowanym i zmotywowanym Robercie Biedroniu i jego ruchu. Razem możemy więcej, ale nie w jednej koalicji do wyborów Europejskich.

Ataki zwolenników Koalicji Obywatelskiej na Roberta Biedronia są bez sensu. Biedroń to zupełnie inny elektorat od wyborców, o których zabiega PO, walczące przede wszystkim o „odbicie kościoła PiSowi” . Naiwne jest także nawoływanie by Robert Biedroń przyłączył się do odbijania przez POwców kościoła PISowi.

Przede wszystkim projekt Biedronia wydaje się być zupełnie świecki i dążący do sekularyzacji państwa. O ile dobrze zrozumiałem, to w koncepcji państwa proponowanej przez Roberta Biedronia jest miejsce dla kościoła, ale na takich samych zasadach, na jakich funkcjonują wszystkie inne organizacje społeczne i religijne w Polsce.

Ludzie, którzy przychodzą na spotkania z Biedroniem, traktują kwestię emancypacji państwa od kościoła jako jeden z priorytetów. Dla KO priorytetem jest jedynie odsunięcie PiS od władzy, a drogę do realizacji swego celu katolicka opozycja widzi właśnie w odzyskaniu przychylności kościoła. Zatem szumnie reklamowany plan Nowackiej zapowiada się na sukces równie wielki, jak słynny program „Ratujmy kobiety”.

Moim zdaniem Nowacka jest jedynie listkiem figowym, który ma przysłonić religijny charakter programu PO i mówiąc wprost oszukać progresywnych wyborców. Na dodatek nie ma pewności, czy Nowacka osobiście zaprezentuje 6 stycznia „wunder waffen” (program wyprowadzenia religii ze szkoły?) KO, bo dzień ten jest wolny od pracy i Nowacka może musieć pojechać na wakacje, jak to miało miejsce w przypadku ratowania przez nią kobiet.

Jeśli Biedroń nie stworzy komplementarnej do KO opozycji to ludzie, którzy teraz chcą na niego głosować, zostaną w domach. Na pewno nie możecie liczyć, że zagłosują na przewodniczącego Schetynę i jego sprawdzoną w wyborach w 2015 ekipę. Mało prawdopodobne jest także, by Nowacka przyciągnęła elektorat lewicowy do konserwatywno-katolickiej koalicji. Lewica panią Barbarę lubi, ale nie popiera. Poparcie dla organizacji, którą reprezentuje Nowacka, nie jest chyba nawet badane.

Równie mizerną wartością jest obecność w KO Nowoczesnej, której elektorat to około 3%. Nowoczesna powstałą jako liberalna alternatywa do liberalno-religijnej PO Kopacz i Schetyny. Nie wierzę, że łącząc się z PO uda się tej nowej Nowoczesnej zachować stary elektorat. Jaką grupę elektoratu wnosi do KO Nowoczesna Lubnauerowej? Prawdopodobnie połowę 3% poparcia Nowej Nowoczesnej – to błąd statystyczny. Druga część to mogą być niezorientowani, którzy ciągle myślą, że Nowoczesna to partia sympatycznego pana Ryszarda Petru – ludzie, którzy ciągle wierzą, że „wszystkie Ryśki to porządne chłopy”. Nowoczesna na razie się nie liczy w grze wyborczej. Jednym z powodów straty poparcia swojego elektoratu Nowoczesnej jest jej koalicja z PO. Zyskali posłowie Nowoczesnej, ale kosztem swojego elektoratu. Nowoczesna już nie jest atrakcyjna, dla tych, którzy szukali w niej alternatywy dla PO, bo praktycznie zjednoczyła się z partią Grzegorza Schetyny.

Porównywanie Biedronia do Kukiza także wydaje się kompletnie nietrafione. Obaj politycy stoją na przeciwnych biegunach życia publicznego w Polsce. Rozumiem, że to ma być pewien rodzaj złośliwości, ale co zwolennicy KO chcą w ten sposób osiągnąć? Przekonać Biedronia by nie tworzył własnego projektu, tylko zapisał się do PO? Pewnie dla Roberta Biedronia byłaby to tańsza i łatwiejsza opcja.

PO razem z przystawkami dostaną około 25% poparcia. Taki wynik KO zapewniłby Biedroniowi, że z jego popularnością, dostanie się do Parlamentu Europejskiego z list KO. Dla wielu polityków, nawet z obozu władzy, jest to wielkim marzeniem.

Możliwe, że Patryk Jaki skusi się na powrót do PO, bo słychać z Nowogrodzkiej, że nie ma szansy na jedynkę na liście do Parlamentu Europejskiego z PiS. Patryk Jaki kandydował już kiedyś z list PO do rady miasta Opola, więc precedens już jest. Jednak w takim towarzystwie trudno wyobrazić sobie Roberta Biedronia.

By pokonać PiS, muszą powstać siły opozycyjne, które do 25% tak zwanej Koalicji Obywatelskiej dorzucą co najmniej 25,1% głosów sił demokratycznych, by w przyszłym parlamencie stworzyć koalicję, która odsunie Pisowców od władzy. Można liczyć na lewicę.

Ewentualnym graczem po stronie demokratycznej będzie także KORD. Przede wszystkim jednak szansę na przyszłego koalicjanta po wyborach, PO może upatrywać w bardzo popularnym, świetnie zorganizowanym i zmotywowanym Robercie Biedroniu i jego ruchu. Razem możemy więcej, ale nie w jednej koalicji do wyborów Europejskich.

 

Piotr Surmaczyński

 

 


Dariusz Stokwiszewski: Antyaborcjoniści nie uszanowali pogrzebu prof. Romualda Dębskiego. Uroczystość ochraniała policja

Dariusz Stokwiszewski

Dariusz Stokwiszewski

Wy tzw. obrońcy życia jesteście dla mnie najbardziej okrutną, obłudną, zakłamaną i niegodną żadnego szacunku grupą ludzi miernych i bez serca! Nawet starożytni barbarzyńcy nie przerywali uroczystości pogrzebowych!

 

W piątek 4 stycznia odbył się pogrzeb prof. Romualda Dębskiego, wybitnego ginekologa i położnika. Uroczystości odbyły się w kościele Niepokalanego Poczęcia NMP w Warszawie. Spokojny przebieg ceremonii niestety zakłócili przedstawiciele Fundacji Pro – Prawo do Życia, którzy domagali się ekskomuniki profesora. Interweniowała policja, ale szkoda, że żadnego łotra nie zamknęła!

Profesor Romuald Dębski był uważany za jednego z najlepszych specjalistów w dziedzinie ginekologii w Polsce. Na jego oddziale wykonywano nawet najbardziej skomplikowane zabieg. Zmarł 20 grudnia 2018. Został pochowany 4 stycznia 2019. Miał 62 lata

*

Mój komentarz:

wy tzw. „obrońcy życia” jesteście dla mnie najbardziej okrutną, obłudną, zakłamaną i niegodną żadnego szacunku grupą ludzi miernych i bez serca! Nawet starożytni barbarzyńcy nie przerywali uroczystości pogrzebowych!

Wy zatem jesteście gorsi od nich i to pod wieloma względami!

Teraz użyję pytania – argumentu: gdzie jesteście, gdy potrzebują was rodziny osób chorych i upośledzonych? Gdzie byliście, kiedy w sejmie protestowały osoby niepełnosprawne i ich rodziny?! Gdzie jesteście, jak porzucane są dzieci? Gdzie, gdy je katują zwyrodniali rodzice? Kiedy, gdzie i komu pomogliście poza pokazówkami, które mają na celu waszą promocję?! Gdzie, kiedy i komu?!

Dla mnie nie jesteście przyzwoitymi ludźmi, nie uważam was też za osoby mogące nosić miano katolika! Jeśli jest niebo, a ja jako katolik w nie wierzę to wy, z większością waszych błądzących, pazernych na bogactwo i zaszczyty „pasterzy” nigdy go nie zobaczycie!

Za waszą podłość, którą kierujecie w stronę przyzwoitych, pozostawionych samym sobie ludzi traficie wprost w ramiona szatana, który na was czeka z utęsknieniem. Ja zaś, za to, co robicie, wami gardzę!

Ta podwójna moralność, jaką stosujecie, eliminuje was z grona ludzi porządnych!

Mam nadzieję na to, że Bóg wam tego nie wybaczy, bo pogarda dla majestatu śmierci i to jeszcze tak przyzwoitego człowieka, jakim był pan profesor, czyni z was zwykle bestie! Oby was Bóg ukarał tak, jak na to zasługujecie, a wasze sumienia – czyste, bo nieużywane – po nocach nie dawały wam spać spokojnie! Bądźcie po stokroć przeklęci …!

 

Dariusz Stokwiszewski

 

PS. A na ekskomunikę nikt tak bardzo nie zasługuje, jak wy …! Nikt poza wami nie jest bowiem tak perfidnie dwulicowy i zakłamany! Przynosicie wstyd i hańbę wierze i prawdziwemu KK. Gdyby teraz Jezus zstąpił ponownie na ziemię (idea paruzji wg św. Pawła), to byście go raz jeszcze ukrzyżowali! Tego jestem pewien.

 

 


Rafał Sulikowski: Efekt kozetki. Dlaczego współcześnie nie ma tylu objawień religijnych?

Rafał Sulikowski

Rafał Sulikowski

Uciekanie w zaświaty, podczas gdy tyle czeka na ludzkość pracy, aby przetrwać biologicznie i kulturowo, jest mało moralne. Dopóki większa część ludzkości głoduje, nikt nie ma prawa do zajmowania się hipotetycznymi zaświatami.

Jednymi z ostatnich objawień religijnych w katolicyzmie były uznane po latach przez Kościół katolicki prywatne wizje i objawienia świętej Heleny Kowalskiej, znanej jako Siostra Faustyna (1905-1938).

Ta krótko żyjąca zakonnica drugiego chóru, pracująca w klasztorze jako pomoc kuchenna, ogrodniczka i furtianka, twierdziła w swych zapiskach, wydanych potem drukiem jako słynny “Dzienniczek”, że doznaje intensywnych doświadczeń religijnych, wśród których były wizje, objawienia, cuda i uzdrowienia, bilokacja, teleportacja i inne fenomeny parapsychologiczne, a także mocne przeżycia z duszami zmarłych.

Pochodziła z tradycyjnej, biednej, ale wielodzietnej rodziny z centralnej Polski. Ojciec był bardzo surowy, co jest zgodne z ówczesną figurą niedostępnego, surowego ojca i miłosiernej matki. Stało się to w pobożności polskiej niemal archetypem. Ojciec był zabobonnie religijny i rano wyśpiewywał godzinki budząc za wcześnie domowników.
Maria Faustyna Kowalska

Już jako dziecko w wieku 7 lat miała usłyszeć wyraźny wewnętrzny głos, który wzywał ją do “życia doskonalszego”, jednak nikt jej w tym nie utwierdzał. Dopiero w wieku 18 lat po domniemanej wizji Chrystusa zaczyna się poszukiwanie klasztoru, mimo wyraźnego zakazu rodziców, którzy chcieli, aby święta pozostała z nimi na wsi i pomagała przy gospodarstwie. Jednak los chciał inaczej – święta po wielkich trudach znajduje jedyny zakon, gdzie ją przyjęto i wkrótce potem zaczynają się problemy zdrowotne. Z czasem, prawdopodobnie z powodu braku dobrego ogrzewania w klasztorach, gdzie przebywała, zapada na gruźlicę, która doprowadza do przedwczesne śmierci w wieku zaledwie 33 lat.

Czy rzeczywiście jest dzisiaj sens wierzyć w zapewnienia Heleny Kowalskiej, że “widziała Jezusa”?

Przez wiele lat jej postać była niejako pod parasolem ochronnym Kościoła. Mimo że w czasie swego życia sprawiała hierarchii liczne problemy, nigdy nie ogłoszono, że jej domniemane wizje nie są autentyczne. Wielkim promotorem tej świętej był sam Jan Paweł II, głoszący – jak ona sama – że “Bóg jest miłosierny”.

Właściwie już samo przypomnienie, że najbardziej potrzebującymi miłości Boga ludźmi są czyniący jakieś zło, było w tym czasie rewolucyjne i trąciło herezją, stąd przez jakiś czas Kongregacja D/s Nauki Wiary zakazała kultu w formach podanych przez Kowalską. Zakaz ten zniesiono krótko po Soborze Watykańskim II, w którego duchu napisany został “Dzienniczek” i na krótko przed rozpoczęciem pontyfikatu JPII.

Pytanie jednak jest całkiem inne, fundamentalne: czy w świetle dorobku psychiatrii można jeszcze uznawać prywatne objawienia, w tym domniemane objawienia Siostry Faustyny za autentyczne?

Większość doniesień o cudach Kościół odrzuca jako naturalne, ewentualnie jeszcze nieznane nauce, która może kiedyś je rozstrzygnie. Każde rzekomo nadnaturalne zjawisko należy próbować wyjaśniać naturalnie, a dopiero po wyczerpaniu takiej możliwości, można pozostawić je jako “jeszcze niewytłumaczalne”, co nie znaczy, że kiedyś nie znajdzie się wyjaśnienie. Psychiatria nie uznaje tedy żadnych “wizji”, traktując je jak grę wyobraźni, a nawet halucynacje i fantazje urojeniowo-omamowe.

Podchodząc z ostrożnością do zbyt pochopnych i przedwczesnych wniosków, należy zadać pytanie, które brzmi tak: czy gdyby poddano Siostrę Faustynę standardowemu obecnie leczeniu psychiatrycznemu, jej wizje i głosy by znikły?

Odpowiedź ta jest bardzo trudna i złożona – może niektóre przeżycia dałoby
się tak wyjaśniać, ale co z kluczowymi dla kultu miłosierdzia bożego wizjami Jezusa czy pochodzącymi z natchnienia modlitwami, co wreszcie z treścią “Dzienniczka”? Nie wiadomo.

Tak naprawdę nikt jeszcze ani nie potwierdził naukowo, ani nie obalił przeżyć Siostry Faustyny jako nadprzyrodzonych, a badania przecież wciąż trwają. Mimo to można pokusić się o wstępne oceny.

Szukając naturalnego objaśnienia wizji i objawień zakonnych świętej Heleny Kowalskiej, należy zwrócić się do dzieciństwa, a także choroby gruźliczej.

W trakcie przebiegu gruźlicy, o czym wiedzą lekarze, może dojść do dużej gorączki, a nawet halucynacji, mylnie branych jako “wizje”. Świadczą one raczej na korzyść tezy, że nie znamy jeszcze wszystkich możliwości umysłu, a nie za istnieniem sfery ducha niezależnej od przyrody.

Umysł poddany presji, żyjący w stresie, w ciągłej atmosferze podejrzeń, wśród obcych sióstr, które miały zazdrościć Faustynie jej wizji i objawień – może czynić cuda. Nie znaczy to jednak jeszcze o tym, że ma rzeczywisty, a nie wyobrażeniowy kontakt z jakkolwiek pojmowaną Transcendencją. Nie znaczy to znowu, że nie istnieje żadna obiektywna transcendencja, tylko że są obszary, gdzie lepiej się nie zapuszczać, gdy się ma słabą psyche.

Faustyna najwyraźniej zakaz ten złamała i cena, jaką zapłaciła za swoją wyjątkowość i poczucie własnej wielkości, maskowane urojeniami bycia “największą nędzą” – była ceną najwyższą. Oddała bowiem niejako życie i poświęciła normalne, ludzkie drogi za chwile, kiedy czuła, że jest wszechmocna, wypełniona “Bogiem po brzegi”.

Niestety, chwile te nie tyle wskazują, jak chcieliby niektórzy ludzie Kościoła, na istnienie sfery ducha niezależnej od materii, co na fakt, że póki co nie znamy wszystkich możliwości ludzkiego umysłu, a także możliwości zbiorowej nieświadomości, z której rezerwuaru czerpiemy idee, koncepty czy symbole, przejawiające się w snach, marzeniach, psychozach czy mitach. Zbyt mało jeszcze wiemy o naturze, by zacząć zajmować się “tamtym światem”.

Teologowie bardzo chętnie rezygnują z dorobku nauk przyrodniczych, sądząc mylnie, że poznanie naturalne jest jałowe i skazane na jakieś granice, mimo że jak dotąd to poznanie naukowe i techniczne właśnie się sprawdza w budowie świata i jego “infrastruktury”, a nie teologia czy inne nauki humanistyczne. Jałowe są raczej rozważania, jak te czynione tutaj, a płodne jest zaprojektowanie i wyprodukowanie mostów, lekarstw czy nowych materiałów w przemyśle kosmicznym. Jałowe są dociekania o duchach, teoriach spiskowych, a płodne są właśnie odrzucane przez większość ludzi nauki ścisłe, z których notabene bardzo chętnie korzystają, choćby kupując laptopy czy mieszkając w domach zbudowanych jako żywo przez robotników, a nie przez anioły czy Boga. Stąd zajmowanie się tematami humanistycznymi powinno następować po solidnej dawce nauk przyrodniczych, a nie odwrotnie.

Nie da się badać rzekomo nadnaturalnych fenomenów bez próby ich naturalnego objaśnienia, a tak czyni Kościół, bo bardzo wygodne jest twierdzenie, że jak czegoś nie da się naturalnie wyjaśnić, to musi to od razu
być dowodem na istnienie Stwórcy.

Tymczasem nauka bardzo dobrze tłumaczy zarówno powstanie kosmosu, jak i człowieka, a jeszcze lepiej – jego własne wytwory kulturowe, techniczne czy psychologiczne i nie potrzeba od razu przeskakiwać do tematów mistycznych, z pogranicza irracjonalności czy snu na jawie.

Nauka stworzyła świat, jaki znamy, jaki widzimy na co dzień, a religia stanowi tylko niewielki wycinek rzeczywistości, choć zarazem ma ona ambicje zagarnięcia wszystkich dziedzin życia.

Pomijając fakt, że to się nigdy nie uda, mniemać wolno, że z czasem, gdy nauka i medycyna coraz lepiej zaczną udowadniać swoją użyteczność w czynieniu życia ludzi mniej traumatycznym, religie stracą na znaczeniu, szczególnie te oparte na powierzchownym kulcie zewnętrznym, że nastanie epoka “nowej nauki”, bardziej skomplikowanej niż obecna, a zarazem lepiej odpowiadająca na potrzeby i pragnienia zwykłych ludzi. Z czasem zapewne powstanie jedna dyscyplina metanaukowa i jedna metareligia, oparta – jak chcieli filozofowie Oświecenia – na zredukowanych do minimum praktykach i przekonaniach religijnych.

Obecny konflikt między dzisiejszą nauką a obecną religią dotyczy zagadnień bioetycznych, takich jak to, czy zarodek jest osobą ludzką, czy klonowanie jest etyczne i czy w nauce wolno wszystko?

To, że nauka twierdzi o czymś, że to jest możliwe technicznie, oczywiście nie znaczy, że jest to moralne, ale z drugiej strony dawniej więcej spraw było postrzeganych jako nieetyczne, a obecnie nawet religie korzystają z niektórych możliwości technicznych dawniej przeklinanych ze wszystkich ambon świata.

Jeszcze niedawno na serio zastanawiano się nad etycznością przetaczania krwi i niektórymi zagadnieniami transplantologii, a dziś nie niosą one żadnych większych kontrowersji z wyjątkiem radykalnych grup protestanckich, zasłaniających się jak zwykle Pismem Świętym.

To wśród radykalnego chrześcijaństwa, a nie w katolicyzmie, więcej jest zakazów, rzekomo podpartych autorytetem biblijnym. Protestanckie przywiązanie do “wiecznej Biblii” wymaga odrzucenia niemal całej nowoczesności, zbudowanej raczej na podejrzliwości wobec pism starożytnych, tworzonych z pewną odgórną intencją autorów, bardziej polityczną niż nam się dziś wydaje.

Dopóki nie zrozumiemy tych procesów, nie pójdziemy naprzód w poznawaniu tego jedynego świata, jaki mamy do dyspozycji. Uciekanie w zaświaty, podczas gdy tyle czeka na ludzkość pracy, aby przetrwać biologicznie i kulturowo, właśnie jest bardzo mało moralne. Dopóki większa część ludzkości głoduje, nikt nie ma prawa do zajmowania się “hipotetycznymi zaświatami”.

Już nieraz historia przyznawała rację raczej działaczom społecznym niż mistykom. I tym razem pewnie będzie podobnie.

 

Rafał Sulikowski