Adam Mazguła: Panie Arcybiskupie Sławoju Leszku Głodziu, brzydzę się Panem

Adam Mazguła
Dla mnie to Pan jest tą kanalią, o której wspominał wiadomy prezes z trybuny sejmowej i człowiekiem, którego dopadły wszystkie plagi grzechów głównych. Jest Pan przykładem zakłamania i pazerności. Człowiekiem, bo nigdy mi nie przejdzie przez usta, że generałem, bez honoru.
Panie Arcybiskupie Sławoju Leszku Głodziu,
jestem pod wrażeniem Pańskiego wystąpienia podczas ostatniej pasterki w Oliwie. Gdybym nie znał realiów, pewnie poszedłbym za tymi słowami zatroskanego pasterza. Tyle było emocji, tak wiele troski tylko…, o co, Panie Arcybiskupie? O dobre imię Kościoła, o pomyślność wiernych czy może wyłącznie o interes hierarchów i kościelnych pedofili?
Panie Arcybiskupie,
znamy się dobrze i pewnie pamięta mnie Pan, jako oficera, z organizacji wizyty do ojczyzny Jana Pawła II, bo to ja (szef sztabu jednostki w Opolu) otrzymałem rozkazy przyjęcia pielgrzymów wojskowych i kapelanów. To ja, poprzez ks. Marka, udzielałem Panu porad, co i kiedy nosi się do munduru wojskowego. To mnie odmówił Pan poświecenia sztandaru jednostki, bo nie nadawałem odpowiedniej rangi Pańskiej świętości. Nie przeszkadzało to jednak Jego Świątobliwości w regularnym upijaniu się w Ośrodku Szkolenia Piechoty Górskiej „Jodła”, (który mnie gospodarczo podlegał) na Jamrozowej Polanie.
Spotkaliśmy się na Monte Cassino, gdy pojechałem, by pokłonić się bohaterskim Karpatczykom. Przyjechałem na własny koszt, bowiem zabrakło dla mnie miejsca w oficjalnej delegacji, mimo że byłem dowódcą jednostki karpackiej, a delegacja liczyła kilkaset osób.
Pamiętam, jak w Watykanie zamęczał Pan orkiestrę wojskową wielogodzinnym graniem dla zwrócenie na siebie uwagi.
Spotkaliśmy się również w Iraku, biadolił Pan wtedy na brak zaangażowania żołnierzy w msze polowe, a oni jeździli w konwojach, narażając się na utratę zdrowia i życia, zamiast się modlić.
Po apelu Jego Świątobliwości: „Nie zdejmujcie krzyża ze ściany naszej ojczyzny, to znak zbawienia. To znak naszej ojczyzny” – to ja oficjalnie odpisałem, że „symbolem mojej ojczyzny jest Orzeł Biały, a biskup jest symbolem pychy, kasy i flachy”.
To za to nakazał Pan dyżurnym propagandzistom PiS-u, Goebbelsom naszych czasów zniszczyć mnie wszystkimi możliwymi sposobami, przede wszystkim propagandowym kłamstwem i oskarżyć o wszystkie plagi tego kraju, tworząc mi nowy życiorys na potrzeby Pańskiej zemsty.
Arcybiskupie, nie będę jednak przypominał, kto współpracował z służbami bezpieczeństwa PRL, nie będę wypominał zdrady w Watykanie i niejasnych okoliczności powołania na biskupa polowego Wojska Polskiego oraz awansu z cywila na generała. Prasa regularnie ujawnia te fakty.
Mnie interesuje żołnierski honor oficera i generała. Nie chodzi mi nawet o wiecznie pobrudzony mundur, na skutek ciągłego biesiadowania i załatwianie awansów wszystkim, którzy dostatecznie nisko zginali karki przed biskupem polowym.
Opowiem jednak ciekawą historyjkę.
Pewien zacny kapelan wojskowy nie czuł się dobrze w mundurze i chciał odejść do cywilnej parafii. Biskup polowy zgodził się:
– Oejdziesz i dostaniesz dobrą parafię, jednak pod warunkiem.
Kapelan zwrócił się do dowódcy o zaliczenie mu okresu nauki w seminarium duchownym oraz służby w Kościele do okresu służby wojskowej. Żaden dowódca w tym czasie nie odważyłby się nie wyrazić na to zgody, jak i na przydzielenie dużego wojskowego mieszkania służbowego.
Zaraz, jak tylko zostało to załatwione, kapelan rozchorował się na serce i trafił do szpitala wojskowego. Parę dni później złożył wniosek o rentę do Wojskowej Komisji Lekarskiej. Komisja określiła, że kapelan utracił zdrowie w wojsku i przyznał mu rentę. Kapelan ten nigdy nie był na poligonie ani nie spał w okopie na mrozie, nie był na misji poza granicami kraju, ale komisja orzekła i nikt się nie odwoływał. Pozostało już tylko przesyłanie renty wojskowej, w związku ze służbą wojskową, na wskazane przez biskupa konto i można było spokojnie odejść z wojska i otrzymać ze zasługi bogatą parafię.
Panie Arcybiskupie,
ilu takich kapelanów do tej pory wspomaga Pana i ilu Pan tak ulokował?
Ile takich wyłudzonych rent i emerytur wpływa z MON na Pańskie konto, oprócz Pańskiej nieprzyzwoitej emerytury generała dywizji ze wszystkimi możliwymi dodatkami za uciążliwość służby, mimo że głównie przy biesiadnym stole?
Panie Arcybiskupie,
dla mnie to Pan jest tą kanalią, o której wspominał wiadomy prezes z trybuny sejmowej i człowiekiem, którego dopadły wszystkie plagi grzechów głównych. Jest Pan przykładem zakłamania i pazerności. Człowiekiem, bo nigdy mi nie przejdzie przez usta, że generałem, bez honoru.
To jest jednak sprawa Pańskich wiernych, ale to, jak Pan oszukuje bliźnich i państwo, to sprawa dla prokuratury (nazwiska i fakty do dyspozycji). Teraz ubliża Pan ludziom, szczuje, usprawiedliwia pedofilię w Kościele, gromadzi pałace i złote obrazy, z których kapie paragrafami karnymi, krwią i potem ofiar. Chce Pan narzucić swoje wymyślone prawo dla wszystkich Polaków, tylko nie dla siebie, bo tak Panu smakuje władza bez odpowiedzialności.
Pan poucza innych, jak mają żyć? Co za podłość?
Każdy, kto robiłby podobne rzeczy, dawno siedziałby w kryminale. Tymczasem arcybiskup poucza i grzmi butą, straszy siłą poparcia swoich owieczek?! Wykorzystuje słabość władz rządowych, samorządowych i zwykłych urzędasów, aby zdobywać grunt za przysłowiową złotówkę, dobra i przywileje dla siebie i swoich kolaborantów w kłamstwie, bo Panu się wszystko należy za służbę, komu?
Panie Arcybiskupie Sławoju Leszku Głodziu, brzydzę się Panem i mam nadzieję, że i po Pana przyjdzie prawo i sprawiedliwość. Nie ta obiecana, święta, po śmierci, ale ta ziemska, normalna, dla ludzi.
Bo chyba nie jest Pan Bogiem?
Adam Mazguła
|
Dystrybutorem książki jest Ateneum.
Na terenie Wielkiej Brytanii książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>> |
Adam Mazguła: 27 grudnia 1918 roku wybuchło zwycięskie Powstanie Wielkopolskie

Adam-Mazguła
Składam hołd Wielkopolanom, tym, co przyczynili się do zwycięstwa naszej państwowości tamtego czasu, jak i tym, co stanęli do obrony wartości w 1956 roku.
Składam hołd Poznaniakom, którzy i dzisiaj stają w obronie Konstytucji RP, trójpodziału władzy i europejskiego systemu wartości.
Poznaniacy odnieśli zwycięstwo, zwyciężyła rodząca się Polska. Ponieważ jednak było to jedno z nielicznych zrywów Polaków w którym odnieśliśmy zwycięstwo, niewielu z nas wie dostatecznie wiele, o tym, co stało się na poznańskiej ziemi.
Z niezrozumiałych dla mnie powodów władze przez lata dają do zrozumienia Polakom, że obchody i pamięć o bohaterach tamtych czasów jest regionalną sprawą Poznaniaków.
W końcu to oni ginęli za prawo powrotu do ojczyzny, to na powstańcach mszczono się i mordowano ich po wkroczeniu Wehrmachtu w 1939 roku na te tereny.
Władze centralne jakby z zazdrości o wynik tego powstania wstydziły się pamięci o polskich bohaterach tamtych czasów. Może, dlatego, że bliskość i nadrzędność świąt kościelnych nie daje się pogodzić z polską pamięcią narodową.
Tymczasem składam hołd Wielkopolanom, tym, co przyczynili się do zwycięstwa naszej państwowości tamtego czasu, jak i tym, co stanęli do obrony wartości w 1956 roku.

Składam hołd Poznaniakom, którzy i dzisiaj stają w obronie Konstytucji RP, trójpodziału władzy i europejskiego systemu wartości.
Powstanie wielkopolskie – powstanie polskich mieszkańców Prowincji Poznańskiej przeciwko Rzeszy Niemieckiej, toczące się na przełomie lat 1918–1919. Polacy domagali się powrotu ziem zaboru pruskiego do Rzeczypospolitej, umacniającej swoją niepodległość.

Powstanie wielkopolskie wybuchło 27 grudnia 1918 w Poznaniu, w czasie wizyty powracającego do Polski Ignacego Jana Paderewskiego, który w drodze do Warszawy przybył 26 grudnia do Poznania, owacyjnie witany.

Tego samego dnia Paderewski wygłosił przemówienie do swoich rodaków licznie zgromadzonych przed hotelem Bazar. Nazajutrz 27 grudnia swoją paradę wojskową na Świętym Marcinie urządzili Niemcy – zrywano polskie i koalicyjne flagi, napadano na polskie instytucje – doszło do zamieszek, w wyniku których wywiązała się walka, podjęta następnie przez oddziały kierowane przez Polską Organizację Wojskową Zaboru Pruskiego.
Powstańcy w krótkim czasie opanowali całą Prowincję Poznańską z wyjątkiem jej północnych i południowo-wschodnich obrzeży. Powstanie zakończyło się 16 lutego 1919 roku rozejmem w Trewirze, który rozszerzał na front powstańczy zasady rozejmu w Compiègne z 11 listopada 1918 kończącego I wojnę światową.

Było to jedno z czterech, obok powstania wielkopolskiego 1806 roku, powstania sejneńskiego w 1919 roku i II powstania śląskiego w 1920 roku, zwycięskich powstań w dziejach Polski. Pierwsze z polskich powstań z tamtego okresu, które umożliwiło realizację wszystkich założonych celów.
Adam Mazguła / Źródło: Wikipedia
Czy Trump straci stanowisko? Ekspert z USA: „Uważam, że jest to bardzo prawdopodobne”
Przed wyborami 2016 wszyscy eksperci byli zgodni, że Donald Trump nie ma szans. Tylko historyk Allan Lichtman był innego zdania. Na 2019 przewiduje impeachment kontrowersyjnego prezydenta.

Czy w 2019 Donald Trump będzie postępował inaczej niż dotychczas? Przypuszczalnie nie. Czy zmieni się w 2019 jego polityka? Także tego trudno oczekiwać. Czy jednak kontrolowana przez demokratów Izba Reprezentantów, wsparta wynikami śledztwa specjalnego prokuratora Roberta Muellera, może dążyć do usunięcia Trumpa ze stanowiska? – Uważam to za bardziej prawdopodobne, niż to, że do procedury impeachmentu nie dojdzie – prognozuje prof. Allan Lichtman, historyk i politolog na American University w Waszyngtonie.
Lichtman, który w minionych 30 latach trafnie przewidział wyniki wyborów prezydenckich w USA, stał się medialną gwiazdą, kiedy – wbrew wszystkim innym szacunkom – już wcześnie prognozował zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich 2016. Teraz jest przekonany, że od 2019 roku i przez resztę swojej kadencji Trump będzie musiał walczyć o swoje stanowisko. Będzie to walka, którą przegra.
Do tej pory mógł liczyć na kontrolowany przez republikanów Kongres, który chronił go przed procedurą impeachmentu. Listopadowe wybory środka kadencji kompletnie zmieniły sytuację, demokraci mają teraz w Izbie Reprezentantów 30 miejsc więcej. Dla uruchomienia procedury impeachmentu wystarczy przewaga jednego jedynego głosu. Usunięcie prezydenta ze stanowiska długo było tylko teorią, teraz może się stać rzeczywistością.
Presja rośnie
3 stycznia 2019 Izba Reprezentantów zbierze się po raz pierwszy pod batutą demokratów. Czołowi demokraci długo tłumili żądanie impeachmentu wysuwane przez tzw. ruch oporu przeciwko Donaldowi Trumpowi, podobnie jak domaganie się przez szereg członków Kongresu bardziej stanowczej postawy wobec prezydenta. Teraz presja na podjęcie nareszcie zdecydowanych kroków, może rosnąć. – Jeżeli Mueller przedstawi kilka niezbitych dowodów przeciwko Trumpowi, demokraci będą się domagali wniesienia aktu oskarżenia – prognozuje Lichtman. – Myślę, że wyniki śledztwa Muellera są dla Trumpa bardzo dużym zagrożeniem – dodaje.
Lichtman jest pewien, że Mueller ma w ręku szereg informacji, które potwierdzą koneksje bliskich współpracowników Trumpa z Rosją. A to by udowodniło, że wybory prezydenckie 2016 były manipulowane, a tym samym były zamachem na demokrację. – Trudno mi sobie wyobrazić, żeby Mueller inwestował tyle pracy, by w efekcie nie dojść do żadnych wniosków. Spodziewam się raczej bardzo poważnych ustaleń dotyczących rosyjskiego poparcia kampanii Trumpa – podsumował amerykański profesor.
Co robią republikanie?
Lichtman jest nie tylko przekonany, że dojdzie do procesu przeciwko Trumpowi, ale uważa też za wysoce możliwe, że prezydent USA faktycznie zostanie usunięty ze stanowiska – co wielu innych ekspertów ciągle jeszcze uważa za mało prawdopodobne. Wymagałoby to jednak większości dwóch trzecich głosów w zdominowanym przez republikanów Senacie. Znaczna liczba republikanów musiałaby więc głosować za obaleniem własnego prezydenta.
– Scenariusz ten nie jest tak nierealny, jak mogłoby się wydawać – wyjaśnia politolog. Chodzi nie tylko o obciążające informacje w raporcie Muellera, ale także o politykę Trumpa, która pomału odbija się też na republikanach, jak pokazały listopadowe wybory. Aby nie ponieść jeszcze większej porażki w wyborach prezydenckich 2020, wielu deputowanych republikańskich może się odwrócić od Trumpa.
Mike Pence, a nie Nancy Pelosi
– Trump może utracić swoje stanowisko, jeżeli republikanie będą się bali, że pociągnie ich ze sobą w przepaść – argumentuje Lichtman. – Nie są lojalni w stosunku do niego. Jeżeli obawiają się, że utracą poparcie wyborców i odpowiedzialnością za to obciążą prezydenta, mogą być też gotowi do porzucenia go – dodaje politolog. Wpływowi republikanie dokładnie by się przyglądali rozwojowi sytuacji i od niego uzależniliby swoje poparcie dla Trumpa.
– Republikanie wspierali Richarda Nixona, dopóki dowody przeciwko niemu nie stały się tak przytłaczające, że stał się dla nich ogromnym ciężarem – przypomina Allan Lichtman. – Nie twierdzę, że Trump nie przetrwa, ale myślę, że jest to mało prawdopodobne. Bo też przy całym spekulowaniu nie można zapominać o jednym – konstatuje amerykański politolog: – Jeżeli Trump będzie musiał odejść, nowym prezydentem nie będzie demokratka Nancy Pelosi, tylko Mike Pence.
REDAKCJA POLECA
Rafał Sulikowski: Bogowie. Czy ewolucja kosmiczna prowadzi donikąd?

Rafał Sulikowski
Ludzkość być może nie jest ostatnim etapem rozwoju. Być może niezależnie od naszego, wokół nas pączkują wieloświaty, o których nie mamy teraz pojęcia, a które za miliony lat zleją się w jedność, jak rzeki, łączące się w drodze do wspólnego oceanu…?
Odpowiedzi na tytułowe pytanie w obecnym stanie wiedzy nie znamy. Obecnie jednak żaden z liczących się i poważnych naukowców z głównego nurtu badań nad wszechświatem nie neguje faktu, że w całym kosmosie ma miejsce ewolucja.
Ewolucja to stopniowy, bardzo powolny, rozłożony w niezmiernie długim czasie proces zmian rozwojowych (łac. evolvo – rozwijam), które prowadzą od układów najprostszych (takich, jak DNA czy wirusy i bakterie) do coraz bardziej złożonych, skomplikowanych.
Nie będę przypominał faktów z historii tej idei, która powoli z teorii staje się już faktem empirycznym, wskażę tylko, że gdy powstały pierwsze koncepcje z teorii ewolucji zostały bardzo dobrze przyjęte w świecie akademickim i wśród popularyzatorów nauki pośród szerokich mas pracujących, a bardzo źle w instytucjach religijnych, wspierały bowiem pośrednio ruchy rewolucyjne, dążące do bardzo radykalnej zmiany stosunków społecznych.
Ciekawostką może być fakt, że właśnie nie katolicyzm, a protestantyzm ostro zareagował na nową wizję zmieniającego się ciągle świata.
Katolicy przełknęli w końcu cierpką pigułkę teorii ewolucji, gdy papież Jan Paweł II przyznał, że „to coś więcej niż hipoteza”. Tak, etap hipotezy jest już dawno za nami. Ewolucjonizm jest już teorią naukową. Tłumaczy bardzo dobrze zarówno ontogenezę – rozwój pojedynczej osoby, jak i filogenezę, czyli rozwój ekosystemów, całej przyrody.
Początkowo ewolucjonizm nazywano “teorią doboru naturalnego”, co w skrócie określano jako “walkę o byt” i odnoszono wyłącznie do świata zwierząt. Z czasem rozciągnięto teorię na florę, a potem na świat materii nieożywionej i cały kosmos. Osiągnięto to formułując teorię “big bangu”, czyli wielkiego wybuchu, który miał zapoczątkować rozwój kosmosu, galaktyk i układów planetarnych, powstających wokół gwiazd II generacji.
Darwin niechętnie odnosił się do tej ekstrapolacji swej teorii, bo zdawał sobie sprawę ze społeczno-politycznych możliwych skutków i efektów ubocznych darwinizmu. “Walka o byt” przypominała teorię Wolffa “homo homini lupus jest”, czyli XVIII-wieczną diagnozę, że “człowiek człowiekowi wilkiem”
Niestety, teorię walki o byt pochopnie zrozumiano i w efekcie zarówno komuniści zaczęli mówić o “walce klas”, wspierając globalną rewolucję, jak i naziści, którym podobała się hipoteza, że w walce tej silniejsi wygrywają zawsze i zajmują nisze ekologiczne słabszych. W ekonomii jak Państwo wiecie, “dobry pieniądz wypiera gorszy pieniądz”.
Obecnie skrajni ewolucjoniści uznają teorię Darwina za tłumaczącą dosłownie wszystko, co się da poznać empirycznie i racjonalnie, także to, co uznaje się za niewytłumaczalne oraz samą siebie na koniec. Bo sama teoria ewolucji się rozwijała w kolejnych pokoleniach badaczy
Problemy początkowo nie istniały, ponieważ teorię ewolucji izolowano w
środowiskach naukowych, gdzie nadal obowiązywał newtonowski, statyczny obraz świata. Nie było wtedy mocnego konfliktu między ewolucjonizmem jako światopoglądem obywającym się bez – jak to mówi Dawkins, autor “Samolubnego genu” i “Ślepego Zegarmistrza” – “hipotezy Stwórcy”.
Powstanie i rozwój kosmosu da się zrozumieć bez Boga – tak głosi oficjalne stanowisko coraz większej części badaczy przyrody, przy wsparciu humanistów – filozofów, najczęściej spod znaku nowej lewicy. Tymczasem sprawa z ewolucją prosta nie jest, co jest częścią niej samej. Bo oto izolowane dotąd środowiska – naukowe i religijne – po II wojnie, która – zgodnie zresztą z nowszymi modelami ewolucji nieliniowej – stanowiła z punktu widzenia nauki niewielki, ale potrzebny krok wstecz, starły się gdzieś w latach 60-tych. Odtąd datuje się rozwój silnej, antyewolucyjnej propagandy różnych, nie tylko katolickich, środowisk, wśród których prym wiodą protestanckie nurty amerykańskie.
O ile papież pośrednio przynajmniej otworzył drzwi do dalszych badań, to protestanci zakochani po uszy w Biblii nie mogą pogodzić tych dwóch idei
– stworzenia i ewolucji – sądząc, że prawdziwa może być tylko jedna, a druga – całkowicie fałszywa.
Teoria ewolucji ma bardzo mocne podstawy empiryczne i po prostu zbyt wiele już wytłumaczyła, aby była – jak chcą spiskowcy – zmową ateistycznie zorientowanych naukowców, których jedynym celem życiowym ma być
rzekomo udowodnienie, że nie ma Stwórcy.
Aby zrozumieć z jeszcze innej strony ewolucję, powiedzmy, że ogół naukowców uznaje rozwój kosmosu za samoistny i bezcelowy, to znaczy nieprowadzący do jakiegoś celu ostatecznego.
Oczywiście, jak wspomniałem, ewolucja prowadzi do powstawania coraz bardziej skomplikowanych układów (przykład: powstanie i rozwój mowy u dziecka oraz języków świata w ogóle) z prostszych, ale złożoność wedle nauki to nie świadomie przyjęty na wejściu cel, lecz efekt uboczny, podobnie jak efektem ubocznym ewolucji ma być świadomość, a nawet – samoświadomość ludzka.
Kosmos wcale nie został zaprogramowany dla ludzi, a gatunek ludzki tylko
przypadkiem przejął władzę nad Ziemią. Tak głosi oficjalna interpretacja
ewolucjonizmu. Przeciw takiej, faktycznie dość pesymistycznej wizji ewolucji szybko powstała opozycja, jak to bywa w nauce.
Część badaczy zaczęła szukać celowości – np. najpierw musiała być idea widzenia, a potem “powstało” oko, oraz nieredukowalnych złożoności pewnych układów, które nie mogły powstać z układów prostych. Wskazują, że oko działa jako całość, a pół oka nie, więc jeśli usuniemy źrenicę, to nie ma widzenia, stąd oko musiało powstać “nagle” i od razu całe, więc – człowiek musiał powstać od razu cały. Jeśli usuniemy rękę czy nogę, to człowiek dalej żyje, nawet jeśli usuniemy obie ręce i obie nogi. Ale jeśli wytniemy serce, wątrobę czy nerki – człowiek umiera, nie mówiąc o głowie, czy samym mózgu, a nawet ważnych części mózgu, na przykład tych, które czuwają nad oddychaniem czy ciśnieniem tętniczym. Stąd człowiek nie mógł wyewoluować z istot prostszych, tylko powstał od razu gotowy cały, choć niekoniecznie od razu w dorosłej postaci.
Spory, czy zarodek jest człowiekiem, są w tej teorii rozstrzygane na korzyść tezy, że zarodek jest w pełni człowiekiem, bo jeśli usuniemy choćby nanometr zarodka, ów zginie.
Skoro człowiek rozwija się z jednej komórki do postaci dorosłej, to tak samo ludzkość jako całość musi pochodzić od jakiegoś jednego pra-organizmu i tak tylnymi drzwiami wraca kreacjonizm.
Doktryna ta przeważnie bardzo dosłownie tłumaczy dwa słynne opisy
stworzenia ludzkości z Księgi Rodzaju, która z kolei jest monoteistycznie
przerobioną redakcją wcześniejszych mitów babilońskich, poematu o Gilgameszu (gdzie jest też podobny opis potopu i inne legendy, włączone potem do Biblii)
Od lat 60-tych zaczyna się więc trwający do dziś i nadal nierozstrzygnięty
naukowo-religijny spór między kreacjonistami a ewolucjonistami.
Osiągająca w I poł. XX wieku wielkie sukcesy teoria ewolucji musiała zacząć mierzyć się z coraz większymi problemami. Jednak potwierdzenie teorii “big bangu” i rozszerzającego się coraz szybciej kosmosu wzmocniło neodarwinizm.
Znalazł się jednak ktoś, kto zapragnął spróbować pogodzić obie te wizje świata. Był to francuski jezuita (znani są z atencji, jaką darzą naukę) Teilhard de Chardin, który spróbował połączyć tradycyjne opowieści o stworzeniu świata i ludzi z ewolucją. Napisał szereg tomów, bardzo opasłych, gdzie wskazał na to, że ewolucja idzie powoli, ale w pewnych momentach dokonuje skoku naprzód. Takimi punktami był “bing bang”, potem powstanie słońca i planet, potem powstanie materii ożywionej, roślin, zwierząt, potem “hominizacja”, czyli powstanie człowieka i tak dalej.
Poetycką, fascynującą wizję “ewolucji, która niesie nadzieję” wieńczy punkt Omega – najdalszy możliwy do wyobrażenia, ale obecnie niewyobrażalny moment ewolucji kosmicznej – przebóstwienie wszechrzeczy.
W gruncie rzeczy ani kosmos, ani jego “Stwórca” nie są niezmienni – Bóg ewoluuje razem ze swą ludzkością, aż powstanie doskonała harmonia wszystkiego, co zgadza się z niektórymi fragmentami zwłaszcza pism
nowego testamentu i apokalipsy z wyspy Patmos.
Chardin miał mocne podstawy, bo był również przyrodnikiem i opierał się na faktach. Sądził, że ewolucja nie jest ślepa, przypadkowa, że jest ukierunkowana na cel ostateczny – przebóstwienie albo spirytualizacja, uduchowienie materii – i że ma sens. Że tak naprawdę rozwój ludzkości to mozolna teogonia – rodzenie się Bóstwa, jak w kolędzie “Bóg się rodzi”. Czy ta wizja jest aktualna? Przecież żyjemy co prawda w coraz bardziej skomplikowanym świecie, ale coraz gorszym, gdzie zachodzi raczej regres niż postęp. Ale nowsze modele rozwoju sugerują, że okresowe stagnacje i uwstecznienia są jak okresy hossy i bessy na giełdach – normalne. Jesteśmy po prostu w momencie zmiany tysiącleci, nie tylko stuleci i kryzysy w tym czasie są normalne i konieczne. Podobnie było tysiąc lat temu i dwa tysiące, gdy zaczął działać Chrystus.
Także uspokajającą wizję wielkiego jezuity można zastosować i do… siebie, bo okresowe kryzysy, choćby najgorsze, są momentem, gdy robi się dwa
kroki w tył, aby potem skoczyć trzy kroki wprzód.
Czy transhumaniści, którzy chcą wyjść “poza człowieka”, mają rację? Czy
przejmujemy właśnie bierną dotąd ewolucję, dokonywaną poza naszą kontrolą, we własne ręce i będziemy mogli nią pokierować zgodnie z naszą tym razem wolą? Tak sugeruje logika dziejów.
Ludzkość być może nie jest ostatnim etapem rozwoju, jak to sugerowały teorie “korony stworzenia”. Być może niezależnie od naszego, wokół nas pączkują wieloświaty, o których nie mamy teraz pojęcia, a które za miliony lat zleją się w jedność, jak rzeki, łączące się w drodze do wspólnego oceanu…? Pożyjemy, zobaczymy.
Rafał Sulikowski
500 dolarów za granatnik, 100 za pistolet. Policja w Baltimore skupuje nielegalną broń
500 dolarów za granatnik, 100 za pistolet – w Baltimore policja masowo skupuje broni, by ukrócić przestępczość. Akcja jest kontrowersyjna.
Baltimore had a gun buyback program with the following payouts:
— WH Customer Service (@POTUS_CustServ) December 20, 2018
Hi-capacity magazines: $25
Revolvers, pump and bolt-action weapons: $100
Semi-automatic weapons: $200
Full-automatic weapons: $500
Where does an AT4 fit in?
Also how much will you take for President Blunderbuss? pic.twitter.com/4zyDGqoL8t
W 600-tysięcznym mieście Baltimore na wschodnim wybrzeżu USA w przeciągu czterech ostatnich lat co roku zabijanych było z broni palnej 300 osób. Lokalna policja przeprowadziła teraz niezwyczajną akcję, która służyć ma stłumieniu przestępczości: skupuje od ludzi nielegalnie posiadaną broń, gwarantując przy tym pełną anonimowość.
Podczas trzech dni akcji, która miała miejsce w grudniu, zebrano 1860 sztuk broni – jak poinformował rzecznik baltimorskiej policji – w tym także granatnik. Policja płaciła 100 dolarów za rewolwer, pistolet lub karabin, 200 dolarów za karabiny półautomatyczne i 500 dolarów za karabin maszynowy.
Day 2 of the Baltimore Gun Buyback Program https://t.co/rG5xpk587q pic.twitter.com/FZiMhYeMCT
— Baltimore Police (@BaltimorePolice) December 19, 2018
W ten sposób policja chciała zredukować liczbę znajdujących się w obiegu nielegalnych sztuk broni i ograniczyć liczbę aktów przemocy z użyciem broni. Na skup broni miasto przeznaczyło ćwierć miliona dolarów.
W Stanach Zjednoczonych prawo do prywatnego posiadania broni gwarantowane jest konstytucyjnie. W broń wyposażone jest co trzecie domostwo w USA.
Więcej ofiar niż w wypadkach drogowych
Akcja policji jest dość kontrowersyjna. Gazeta „Baltimore Sun” w swoim komentarzu określa ją mianem „ogromnego marnotrawstwa czasu pieniędzy i sił”. „Wiadomo, że przestępcy w ten sposób nie oddadzą swojej broni”.
Szef policji Gary Guttle argumentował natomiast na łamach gazety, że „jeżeli broń nie istnieje, nie ma jej w domu, to nie może zostać użyta ani skradziona”.
W wyniku ataków z użyciem broni palnej w ubiegłym roku w USA ofiarą padło prawie 40 tys. osób. Liczba ta nie była tak wysoka od lat 90-tych.
W roku 2017 z broni palnej zabito więcej osób, niż było ofiar wypadków drogowych. Do kategorii tej zalicza się także samobójstwa.
REDAKCJA POLECA
Piotr Surmaczyński: Niespotykanie spokojny naród

Piotr Surmaczyński
Różnorodność powinna być naszym atutem, a nie przekleństwem. Powinniśmy umieć szanować odmienność i być na nią otwartymi. Nasza kultura, tożsamość narodowa i historia są na tyle silne, że bezpiecznie możemy być otwarci na przedstawicieli innych narodów i kultur
Pewnego dnia jechałem w Warszawie Uberem na lotnisko. Kierowca, który mnie wiózł, miał problem ze znalezieniem drogi z centrum na Okęcie. Normalnie uznałbym, że cwaniak chce mnie naciągnąć i jechać okrężną drogą, ale w Uberze znasz cenę przejazdu jeszcze przed rozpoczęciem kursu, więc pomyślałem, że facet nie zna miasta.
Zagadałem do niego. Okazało się, że miałem rację. Kierowca nie tylko nie znał Warszawy, ale także nie mówił po polsku. Mężczyzna pochodził z Białorusi. Na szczęście znam trochę język rosyjski, więc udało mi się podpowiedzieć po rosyjsku „warszawskiemu” taksówkarzowi jak dojechać z centrum na Okęcie.
W drodze trochę także rozmawialiśmy. Dowiedziałem się od mojego rozmówcy, że jest u nas już 2 tygodnie i od początku pracuje. Na pytanie „jak się panu podoba w Polsce” mój szofer odpowiedział bez wahania: „fajno, ludzie takie spokojne” czym szczerze mnie rozbawił. Po chwili refleksji pomyślałem, że może my sami myślimy o sobie gorzej, niż jesteśmy postrzegani przez innych.
Rzeczywiście, mimo „bardzo napiętej sytuacji politycznej” w Polsce ciągle, wbrew temu, co nam się wydaje, potrafimy prowadzić dialog. Jeśli porównać sytuacje podziału na „dwa plemiona” w Polsce i na przykład w Hiszpanii czy Irlandii, gdzie w wyniku różnic w poglądach światopoglądowych i religijnych doszło do wieloletnich i krwawych wojen domowych, można uznać, że jesteśmy narodowo zjednoczeni.
Naszym Politykom i duchownym nie udało się na szczęście doprowadzić Polaków do konfliktu na tak wielką skalę, jak w Hiszpanii czy Irlandii północnej. Zamach majowy i Stan wojenny wprawdzie ciągle stanową wstydliwe i bolesne karty w historii naszego narodu, ale są one mniej krwawe niż konflikty w obrębie innych wielkich narodów.
Także skala represji „władz komunistycznych” w Polsce po drugiej wojnie światowej była o wiele mniejsza niż to, co zrobiono po rewolucji w Rosji czy na Ukrainie. Nie umniejszając cierpień ofiarom pokolenia Moczara i Łupaszki, trochę mniej niż pół wieku po tragicznym okresie powojennym Polacy byli w stanie siąść razem przy okrągłym stole i pokojowo przejść z dyktatury socjalistycznej na wzór radziecki do demokracji stylizowanej na zachodnią. Jednak zarówno czerwona dyktatura, jak i liberalna demokracja były w Polsce nacechowane indywidualnym polskim umiarkowaniem i dystansem do politycznych dogmatów. Nawet zniewoleni przez „komuchów”, a potem przez „liberałów” potrafiliśmy zachować swoje poczucie wolności nieujarzmionego narodu wolnych ludzi.
Myślę, że Polacy są w sumie nastawieni do siebie bardzo pokojowo, życzliwie i potrafimy zachowywać do problemów większy dystans niż inne narody, z czego powinniśmy być dumni. Przynajmniej tak nas widzi pewien białoruski kierowca Ubera w Warszawie.
Podejrzewam, że we wszystkich polskich rodzinach istnieją konflikty światopoglądowe i polityczne. Mimo tego większość z nas potrafi z tym żyć i porozumiewać się ponad podziałami. Politykom i księżom polskim na szczęście nie udaje się tworzyć podziałów zbyt głębokich, byśmy nie potrafili je przezwyciężać. To jest nasza siłą jako narodu. Naszą cechą narodową, Nie dajmy się przekonać naszym liderom, że „z drugą stroną nie można rozmawiać”.
Nie tylko można, ale także trzeba prowadzić dialog ponad podziałami politycznymi i światopoglądowymi. Różnice zawsze będą istniały. Mamy do nich prawo. Żaden naród nie jest homogeniczny. Nie możemy pozwolić sobie wmówić, że jesteśmy „dwoma plemionami”. Nie możemy pozwolić nikomu narzucić jednolitego wzorca polskości. Mamy prawo różnić się wiarą, akcentem, poglądami politycznymi, gustem muzycznym i kulinarnym. Mamy prawo nawet do innych preferencji seksualnych i sympatii politycznych. Mamy prawo być inni w wielu aspektach, ale nie powinniśmy pozwolić politykom i duchownym z tych różnic tworzyć podziały społeczne.
Różnorodność powinna być naszym atutem, a nie przekleństwem. Powinniśmy umieć szanować odmienność i być na nią otwartymi. Nasza kultura, tożsamość narodowa i historia są na tyle silne, że bezpiecznie możemy być otwarci na przedstawicieli innych narodów i kultur. Dużo bardziej prawdopodobne jest to, że będziemy polonizować cudzoziemców, którzy zdecydują się u nas osiedlić i żyć między nami niż że im uda się nas „czeczenizować” czy „syryjczyć”.
Musimy uwierzyć w potęgę polskości. Siłę, która pokona wszelkie podziały społeczne i kulturowe. Nie możemy ciągle pozwalać wmawiać sobie „polsko-polskiej wojny”. Nasze doświadczenia, preferencje, poglądy są indywidualne, ale nasze ojczyzna jest wspólna.
To od nas zależy, jak będziemy rządzeni, jak nam się będzie żyć po wyborach. To nie prawda, że tylko PiS lub PO mogą rządzić Polską. Naszym krajem powinni rządzić obywatele.
To nie prawda, że Politycy, których wybieramy, mają prawo za nas podejmować decyzje. Oni biorą na siebie obowiązek sprawowania władzy w naszym imieniu. Obecnie demokracja w Polsce jest w fasadowa. Mamy wpływ tylko na to, komu będziemy służyć. Potem w sejmie politycy ustalają za nas zasady, według jakich mamy żyć. Jedni robią to mniej drudzy bardziej estetycznie, ale żadna ze stron obecnego teatru politycznego nie jest zainteresowana tym, co chcą obywatele. PiS jeździ po Polsce i przekonuje do swoich pomysłów politycznych, które ustala z biskupami. PO robi w zasadzie to samo, ale będąc w opozycji, nie otrzymuje bezpośrednich rozkazów kleru, ale starają się wkupić w łaski duchownych odgadując ich życzenia
Na spotkaniu autorskim, na którym promowałem napisaną wspólnie z Mateuszem Kijowskim książki pod tytułem „Buntownik”, jeden z czytelników zadał mi pytanie: „na kogo mam głosować”. Wbrew pozorom nie odpowiem nikomu na to pytanie. Nie mam do tego prawa i w demokracji nikt takiego przywileju nie ma, by mówić innym kogo mają wybrać. Wybory to nie tylko prawo które nam przysługuje, ale także odpowiedzialność, którą wszyscy obywatele ponoszą. Skoro my ponosimy konsekwencje naszych wyborów, to nikt inny nie ma prawa za nas decydować na kogo mamy głosować. To jest istota demokratycznego wyboru. Tę decyzję musimy podejmować indywidualnie.
Jednak mogę zasugerować mojemu czytelnikowi, na kogo moim zdaniem nie powinien głosować. Nie powinniśmy głosować na tych, których nie obchodzi nasze zdanie w kwestiach politycznych. Poseł, który słucha się prezesa swojej partii, a nie znajduje czasu na wsłuchiwanie się w potrzeby swoich wyborców nie powinien nigdy zasiadać w parlamencie. Musimy od osób, które zabiegają o nasze głosy wymagać, by realizowały nasze interesy. Płacimy im z podatków by nas reprezentowali więc mamy prawo od nich wymagać by się nas słuchali, a nie byśmy to my byli im podporządkowani, tak jak to ma miejsce obecnie.
Nie powinniśmy głosować z jakichkolwiek innych powodów niż własny interes. Polityk nie ma prawa wymagać od nas poparcia, jeśli nie zamierza działać bezpośrednio w naszym interesie. Polityk, nawet ten, na którego nie głosowaliśmy, ma obowiązek zachować szacunek do każdego obywatela, bo nawet jeśli nie zawdzięcza nam wyboru, to pobiera wynagrodzenie z naszych pieniędzy za pracę, którą ma wykonywać w naszym interesie.
Jedyną władzą nad politykiem powinien być jego elektorat i jeśli jakiś polityk wsłuchuje się tylko w głos na przykład kościoła katolickiego, powinien mieć poparcie jedynie od duchownego, którego polecenie realizuje. Kościół jako całość reprezentowany przez biskupów czy nawet papieża nie ma prawa ingerować w Politykę, bo w demokracji nie można cedować prawa do głosu. Nawet bardzo głęboko wierzący ludzie nie mogą oddać swojego prawa do dysponowania głosem na rzecz swojego kościoła. Księża mogą mówić wiernym jak mają żyć, ale nie mogą mówić na kogo mają głosować, bo wywieranie presji na wyborcę jest łamaniem demokracji i powinno być traktowane jak oszustwo wyborcze.
Nie pozwólmy zatem siebie oszukiwać. Jesteśmy na tyle mądrzy, że powinniśmy sami wiedzieć na kogo mamy głosować. Wymagajmy od naszych polityków nie tylko spełniania obietnic wyborczych, ale przede wszystkim realizowania naszych oczekiwań i dbania o nasze interesy. Taka polityka naprawdę jest możliwa.
Piotr Surmaczyński
Bożonarodzeniowe przesłanie papieża Franciszka: „Nasze różnice są bogactwem”
Głównym przesłaniem papieskiego orędzia na święta Bożego Narodzenia były stosunki międzyludzkie, globalne kryzysy i wojny.

Głównym przesłaniem orędzia na święta Bożego Narodzenia, wygłoszonego z balkonu Bazyliki św. Piotra w Rzymie, było braterstwo. – Dlatego moje życzenie dobrych Świąt Bożego Narodzenia są życzeniami braterstwa. Braterstwa między ludźmi każdego narodu i kultury. Braterstwa między ludźmi różnych idei, ale zdolnych do wzajemnego szacunku i słuchania drugiego. Braterstwa między ludźmi różnych religii. Jezus przyszedł, aby objawić oblicze Boga wszystkim, którzy Go szukają – podkreślił papież.
– Nasze różnice nie są stratą ani zagrożeniem, ale bogactwem – powiedział w świątecznym orędziu.
Nawiązując do narodzin Jezusa Chrystusa jako Zbawiciela, niosącego chrześcijanom pokój, Ojciec Święty domagał się jeszcze intensywniejszych zabiegów na rzecz rozwiązania konfliktów szczególnie na Bliskim Wschodzie. – Izraelczycy i Palestyńczycy powinni znów podjąć dialog, by zakończyć konflikt trwający już od 70 lat, który „rozdziera kraj” – apelował papież Franciszek.
Jako zwierzchnik Kościoła katolickiego zaapelował do międzynarodowej społeczności o większe zaangażowanie na rzecz politycznego rozwiązania konfliktu syryjskiego. –Trzeba zakończyć podziały i realizację partykularnych interesów, aby syryjscy uchodźcy znów mogli powrócić do ojczyzny i mogli tam żyć w pokoju.
Pamięć o ofiarach wypędzeń
Nawiązując do regionów targanych konfliktami w Afryce, papież Franciszek przypomniał o milionach ludzi, którzy stamtąd uciekli lub zostali wypędzeni. Zaznaczył, że potrzebna jest im pomoc humanitarna i wsparcie w politycznych i społecznych procesach pojednania.
Papież Franciszek zachęcał także Północną i Południową Koreę, by dalej zabiegały o pojednanie i zbliżenie. Muszą one dojść do zgodnych rozwiązań, które zapewnią wszystkim postęp i pomyślność. Papież zaapelował także o przezwyciężenie politycznych konfliktów na Ukrainie, w Wenezueli i El Salvadorze.
Po orędziu papież odmówił ze zgromadzonymi na placu św. Piotra modlitwę „Anioł Pański” i udzielił apostolskiego błogosławieństwa „Urbi et Orbi”. Na zakończenie złożył życzenia „dobrego i świętego Bożego Narodzenia”.
REDAKCJA POLECA
Ludzkość stała się chciwa i nienasycona. Liczy się miłość, a nie majątek – papież Franciszek podczas pasterki

Deutsche Welle
W homilii wygłoszonej na pasterce w Bazylice św. Piotra Ojciec Święty krytykował brak umiaru i niesprawiedliwość na świecie.

– Ludzkość stała się chciwa i nienasycona. Niepohamowana chciwość kładzie się cieniem na całą historią ludzkości, nawet dziś, gdy – paradoksalnie – nieliczni jadają wystawnie, podczas gdy zbyt wielu żyje bez nawet kromki chleba niezbędnej do przetrwania – mówił papież. „Dzieciątko w stajence w Betlejem pokazuje drogę do nowego stylu życia, opartego nie na konsumowaniu i gromadzeniu dóbr, ale na dzieleniu się i dawaniu.
Zaznaczył, że nazwa miejsca Betlejem oznacza „dom chleba”, tam właśnie Bóg narodził się w stajence, w żłóbku, aby objawić się ludziom i oddać się im jako oddać im jako pokarm. – W ten sposób Boże Narodzenie przerywa spiralę chciwości i brak umiaru.
Żłóbek ukazał, że, pożywkę życiu dają nie posiadane dobra, tylko miłość nie chciwość, tylko miłość bliźniego, nie zbytek, z którym ktoś się obnosi, tylko prostota, w której się żyje. Przy okazji Bożego Narodzenia ludzie powinni zadać sobie pytanie, czy faktycznie potrzebują do życia tak wielu materialnych przedmiotów i skomplikowanych przepisów na życie.
W służbie słabym
Papież Franciszek znany jest ze swojego zaangażowania na rzecz biednych i wykluczonych w społeczeństwie. Częstokroć już zapraszał do Watykanu bezdomnych i uchodźców lub spotykał się z więźniami.

Na pasterkę do Bazyliki św. Piotra przybyło prawie 10 tys. wiernych, liczni kardynałowie i biskupi.
Pierwszego dnia świąt Bożego Narodzenia papież wygłosił kazanie z balkonu Bazyliki św. Piotra i udzielił błogosławieństwa Urbi et Orbi. Papież Franciszek w czasie swojego pontyfikatu celebruje uroczystości bożonarodzeniowe już po raz szósty. Jest ona zwierzchnikiem Kościoła katolickiego, który na całym świecie liczy prawie 1,3 mld wiernych.
REDAKCJA POLECA
„Islam dzieli świat na wiernych i niewiernych. W chrześcijaństwie zresztą tak samo”. Rozmowa z polskim muzułmaninem
Polski publicysta i wyznawca islamu Piotr Ibrahim Kalwas przez 8 lat mieszkał w Egipcie, teraz żyje na Malcie. Fascynacja światem arabskim i religią islamską przełożyła się na jego model życia.

DW: Jak przechodzi się na islam?
Piotr Ibrahim Kalwas: Jak na każdą inną religię – to bardzo indywidualna sprawa. Od strony formalnej jest to wypowiedzenie muzułmańskiego wyznania wiary, a intencje to sprawa zupełnie prywatna.
DW: Co praktycznie zmienia się wtedy w życiu?
Piotr Ibrahim Kalwas: To jest różnie: jeden staje się neofitą, fundamentalistą i człowiekiem coraz bardziej zamkniętym na innych. To dosyć częste niestety. Ktoś inny zanurza się w świat mistycyzmu, sufizmu, jakiejś kontemplacji i medytacji.
Jeszcze ktoś inny – to przeważnie kobiety – robi to zupełnie formalnie i bez żadnych duchowych podtekstów, dla świętego spokoju, żyjąc z orientalnym mężem. Rodziny może tego nie wymuszają, bo nie ma takiego obowiązku w islamie, ale naciskają na kobiety. Czasami chrześcijanie albo żydzi przechodzą na islam, jeżeli chcą wejść w związek małżeński z muzułmaninem czy muzułmanką, i potem tej religii w ogóle nie praktykują. Niektórzy robią to z powodów politycznych.
DW: Co przekonało pana do tej religii?
Piotr Ibrahim Kalwas : To było bardzo dawno temu, przed 18 laty. Byłem wtedy innym człowiekiem. To była potrzeba wiary, Boga, zagubienie, poszukiwanie sensu życia. Takie rzeczy trochę banalne, ale i ważne. Chyba wszyscy ludzie, którzy konwertują na jakąś religię, mają jakieś cele i marzenia.
DW: Ale dlaczego islam, a nie np. buddyzm?
Piotr Ibrahim Kalwas : Nie odpowiem pani jednoznacznie. Nie wiem. To są problem z dziedziny duchowej, które trudno wyrazić słowami. Coś było takiego, co skierowało mnie do islamu. Decyzja przyjęcia jakiejkolwiek religii jest zawsze duchowym, irracjonalnym posunięciem, które trudno wytłumaczyć.
DW: Czy zna Pan wielu polskich konwertytów na islam?
Piotr Ibrahim Kalwas : Teraz nie znam, kilkanaście lat temu w Warszawie znałem kilku, teraz utrzymuję z nimi sporadyczne kontakty. Natomiast wiem, że islam w całej Europie przyjmuje teraz wielu młodych ludzi i także w Polsce to zjawisko narasta. Mieszkam od ponad 12 lat poza Polską, a poza tym niespecjalnie mnie ciągnie do jakiejkolwiek wspólnoty, ani muzułmańskiej, ani żadnej innej.
Obserwuję, co młodzi muzułmanie wypisują na swoich forach czy pokazują na YouTubie. Dostrzegam dużo więcej agresywności wśród tych młodych ludzi, niepokojącego fundamentalizmu. Mam nadzieję, że odpowiednie służby mają na to oko.
DW: Islam jest religią, którą chce misjonować i resztę świata uważa za niewiernych…
Piotr Ibrahim Kalwas : Teoretycznie tak, chociaż to zależy od szkoły i od samego muzułmanina i jego oglądu świata. Ale rzeczywiście, islam dzieli świat formalnie na wiernych i niewiernych. W chrześcijaństwie zresztą tak samo mówi się o ludziach, którzy są poza Kościołem, i dogmat mówi, że nie będą zbawieni.
W islamie ludzi niemuzułmanów traktuje się nawet podświadomie jako tych niewiernych, gorszych. Muzułmanin traktuje niemuzułmanina jak kogoś, komu trzeba pomóc i go nawrócić.
Kiedy opowiedziałem jednemu znajomemu, że umarła mi babcia i on się tym strasznie przejął. Bardzo mnie to zdziwiło, bo on jej w życiu nie widział, ale potem w rozmowie okazało się, że on to tak strasznie przeżywał, bo żałował, że nie umarła jako muzułmanka.
DW: W Europie, w powszechnym mniemaniu największe zagrożenie występuje właśnie ze strony muzułmanów. Faktem jest też, że w Europie jest ich coraz więcej. Dlaczego ludzie tak się ich boją?
Piotr Ibrahim Kalwas : Przeciętny człowiek, Europejczyk patrzy na fakty, na to, co się dzieje, co widzi w mediach, na przykład na zamachy terrorystyczne. A kto je robi? Wiadomo. Ale faktem jest, że problemy dotyczące wspólnot imigranckich w Europie to problemy związane przede wszystkim z muzułmanami: z przemocą wobec kobiet, przemocą na tle fundamentalizmu, nietolerancją. Lęk ten wzmógł się jeszcze w okresie ostatnich 2-3 lat w związku z ogromnym napływem muzułmanów po arabskiej wiośnie, po wojnie w Syrii, Libii.
Jest to także lęk przed ludźmi, którzy żyją zupełnie inaczej, według innych kanonów obyczajowych, kulturowych i się słabo integrują. Gdy patrzy się w Europie na dzielnice zamieszkałe w przeważającej części przez muzułmanów, to widzi się, że są one najsłabiej zintegrowane.
DW: Co pana zdaniem jest największą przeszkodą w integracji?
Piotr Ibrahim Kalwas : Religia i jej wykładnia, która nie przystaje do kultury europejskiej. To nie dotyczy tylko fundamentalistów, tylko większości przeciętnych muzułmanów. Większość tych, którzy przyjechali do Europy, to ludzie prości, niewykształceni. To są ludzie mocno zanurzeni w religijnym postrzeganiu widzeniu świata, kosmosu. W Europie tak się nie myśli. Oni dzielą świat na wiernych – niewiernych, na świat haram i halal, czyli zakazanego i dozwolonego. Są tak wychowani. Nie znaczy, że są źli z gruntu, bo nie są, Jest to tylko u nich mocno zakodowane w psychice. Przybywając do Europy, nie pozostawiają tych swoich nawyków i wizji świata na granicach Unii Europejskiej. Oni je przywożą ze sobą. Dlatego mają problem z integrowaniem się później w po oświeceniowej Europie, która jest zlaicyzowana, otwarta, tolerancyjna i liberalna. Nasza cywilizacja galopuje, natomiast ich cywilizacja stoi w miejscu, a tym samym się cofa.
DW: Czyli nie ma co żywić nadziei na to, że ludzie mieszkający w jednym kraju, pod jednym dachem, których dzieli religia, będą w stanie się dogadać?
Piotr Ibrahim Kalwas: Niekoniecznie. Jest dużo pozytywnych przykładów, również w Niemczech, muzułmanów, którzy się znakomicie zintegrowali. Tylko ci, którzy po części urodzili się już w Niemczech, są z sekularyzowanymi muzułmanami. Oni nie porzucili swojej religii, tylko trochę jak chrześcijanie w Europie, traktują religię jako sprawę prywatną. Dostosowali się do sposobu życia na zachodzie.
DW: W Niemczech religia jest czymś ważnym, ale nie ma charakteru politycznego i o niej nikt publicznie nie mówi. Każdy ją uprawia w zaciszu swojego dywanika i ołtarza.
Piotr Ibrahim Kalwas : Religii nie narzuca się nikomu formalnie. Podobnie jest w innych zachodnich krajach. Muzułmanie się integrują i będą się integrować, ale będzie to mniejszość tych, którzy tu przybywają. Będzie to ta mniejszość, która upodobni się w praktykowaniu islamu do Europejczyków wyznających katolicyzm czy protestantyzm.
W islamie jest inny problem: jest to religia holistyczna, całodobowa, obejmująca każdy aspekt życia. Z punktu widzenia dogmatów i doktryn religijnych islamu wyznawca, który spycha tę religię w prywatność, staje się heretykiem. Islam to jest coś, co się praktykuje non stop: to wolno – tego nie wolno, to wolno jeść – tego nie wolno, z tą osobą mogę się spotkać – z tą nie, to mogę wypić – tego nie mogę, to mogę dotknąć – tego nie, tej muzyki mogę słuchać – tej nie. To jest bezustanne pilnowanie się. Muzułmanin, który naprawdę chce praktykować islam, to ktoś, kto praktykuje go bez przerwy, z pełną świadomością haram i halal.
DW: To ja zapytam przewrotnie: i pan sam też tak żyje?
Piotr Ibrahim Kalwas : Nie, nigdy tak nie żyłem. Może na samym początku, w pierwszych miesiącach, w pierwszym roku, w takim afekcie neofity. Ale nie mam takiej konstrukcji psychicznej, żeby stać się poddanym, bo to jest poddaństwo. Ale większość muzułmanów, np. w Egipcie, gdzie żyłem przez 8 lat, tak właśnie żyje. To są na co dzień normalni ludzie, funkcjonujący w społeczeństwie, którzy przez cały czas mają gdzieś z tyłu głowy to poczucie obecności siły wyższej, która ich obserwuje. Tak jest właściwie w każdej religii, ale w chrześcijaństwie od czasów średniowiecza już nikt nie myśli, że stoi za nim anioł, jeden i drugi, i patrzy na jego czyny. W cywilizacji islamu to jest wciąż żywe. Stąd rodzi się w ludziach wieczne poczucie winy. Ze strachu przed bóstwem ludzie boją się przemyśleć niektóre rzeczy do końca, bo boją się przekroczyć jakieś granice. To różni ludzi orientu i zachodu.
DW: Chętnie opuścił pan Egipt?
Piotr Ibrahim Kalwas:Z jednej strony tak, a z drugiej strony tęsknię za tym krajem, ale musieliśmy wyjechać. Napisałem moją książkę „Egipt: haram halal”, bardzo kontrowersyjnie ocenianą przez wielu muzułmanów i niemuzułmanów. Ale przede wszystkim dlatego, że coraz intensywniej zacząłem pisać dla polskich mediów o realiach egipskich, o religii i polityce, bo to jest tam splecione ze sobą, i zacząłem się po prostu trochę bać. Póki co pisze po polsku, więc mało kto to rozumiał w Egipcie, ale jednak. Dyskutowano o tym na różnych forach muzułmańskich, a w globalnym świecie to się roznosi błyskawicznie. Dwa lata temu, kiedy wyjeżdżaliśmy na Maltę, bardzo wielu dziennikarzy zostało wydalonych z Egiptu w trybie natychmiastowym. Postanowiliśmy więc dla pewności wyjechać na spokojnie. To były względy polityczne.
Bycie dziennikarzem w krajach muzułmańskich, szczególnie kiedy nie ma się akredytacji jak ja, będąc tylko obserwatorem świata i pisarzem, to nie jest łatwe zadanie. To są kraje, gdzie cenzura polityczna, policyjna i obyczajowa jest bardzo silna. A ja nie chciałem pisać tylko o kuchni i kurortach.
REDAKCJA POLECA
Piotr Surmaczyński: Biedroń chce zlikwidować wszystkie kopalnie. Pomysł pozbawiony powagi?

Piotr Surmaczyński
Nawet jeśli górnicy zachowają miejsca pracy w kopalniach to i tak poumierają razem z rodzinami na raka spowodowanego zatruciem powietrza. Biedroń ma odwagę powiedzieć, że trzeba to zmienić. Powinniśmy go za to chwalić, a nie krytykować.
Wiele osób stara się zdyskredytować pomysły Roberta Biedronia związane z energetyką. Hasło o zamknięciu wszystkich kopalń uważają za utopijne i dowodzące braku powagi pomysłów Roberta. Moim zdaniem jest odwrotnie.
To pokazuje, że Biedroń myśli bardzo odpowiedzialnie o rozwoju naszej ojczyzny. Na pytanie, co zrobić z górnikami z zamkniętych kopalni odpowiedź jest prosta: zatrudnić w innych gałęziach gospodarki. Jakich? To jest właśnie zadanie do opracowania na przyszłość.
Kiedy JFK obiecał Amerykanom, że do końca dekady Amerykanin wyląduje na księżycu, nie istniały jeszcze technologie, które pozwalały zrealizować ten plan. Istniała natomiast głęboka wola polityczna prezydenta, by stworzyć warunki amerykańskim naukowcom, inżynierom i astronautą, by osiągnąć ten trudny cel.
Podobnie Biedroń w 2018 roku nie musi mieć opracowanych szczegółowych planów jak sprawić by w 2035 Polska (17 lat po Niemcach) mogła zamknąć ostatnią kopalnie i uniezależnić polską energetykę od węgla.
Obecny rząd idzie w przeciwnym kierunku niż cały nowoczesny świat. Nawet bogate w węgiel Chiny odchodzą od starych technologii na rzecz OZE.
Polityka, którą proponuje PiS i KO, polegająca na utrzymywaniu polskiego górnictwa, powoduje nie tylko stagnację rozwojową, ale także dewastuje nasze środowisko.
Nawet jeśli górnicy zachowają miejsca pracy w kopalniach to i tak poumierają razem z rodzinami na raka spowodowanego zatruciem powietrza. Biedroń ma odwagę powiedzieć, że trzeba to zmienić. Powinniśmy go za to chwalić, a nie krytykować.
Piotr Surmaczyński





