Duda na łamach „Bild am Sonntag” domaga się reparacji od Niemiec

Andrzej Duda na łamach „Bild am Sonntag” domaga się reparacji od Niemiec. Broni przeforsowanego przez rząd RP przymusowego przenoszenia sędziów w stan spoczynku i mówi, że ceni w Niemczech porządek.

Andrzej Duda udzielił wywiadu tabloidowi „Bild am Sonntag”. Fot. Źródło: dw.de

– Moim zdaniem reparacje nie są tematem załatwionym. W polskim parlamencie, Sejmie tą sprawą zajęła się grupa ekspertów. Posłowie omówią to i zdecydują o następnych krokach – powiedział Duda w wywiadzie, który ukazał się w niedzielnym wydaniu „Bilda” – „Bild am Sonntag” (BamS).

Andrzej Duda udzielił wywiadu tabloidowi „Bild am Sonntag”. Artykuł ukazał się 28.10.2018. Fot. Źródło: dw.de

– Nasz zmarły prezydent profesor Lech Kaczyński był w posiadaniu ekspertyz, z których wynika, że wyrządzone Polsce straty wojenne nigdy nie zostały wyrównane. Wymienione ekspertyzy dotyczą szczególnie strat w stolicy – Warszawie, która została zrównana z ziemią. Wstępne wyniki zespołu ekspertów potwierdzają, że za nasze straty nie dostaliśmy odszkodowania. Jest to kwestia prawdy i odpowiedzialności – kontynuował prezydent.

Pojednanie było możliwe

„BamS” pisze w uzupełnieniu wywiadu, że forsowanie przez Dudę tematu reparacji właśnie teraz nie jest przypadkiem, gdyż w piątek w Warszawie odbędą się polsko-niemieckie konsultacje międzyrządowe. Redakcja przypomina, że zajmujący się tym tematem polityk PiS (prawdopodobnie Arkadiusz Mularczyk – DW) twierdzi, iż Niemcy są winne Polsce 690 mld euro. Rząd Niemiec odrzuca postulat reparacji.

Skonfrontowany przez niemieckich dziennikarzy z wypowiedziami polityków Alternatywy dla Niemiec (AfD), którzy bagatelizują nazistowski terror i domagają się zwrotu o 180 stopni w niemieckiej polityce historycznej, Duda odpowiedział – Żaden uczciwy, szczery Niemiec, który poważnie traktuje historię, nie powinien tego mówić. Odpowiedzialność hitlerowskich Niemiec za wybuch wojny, Holokaust i za zabitych sześć milionów polskich obywateli jest oczywista

– Fakt, że żadna niemiecka partia nie kwestionowała dotychczas niemieckiej winy, umożliwił proces pojednania między Polakami a Niemcami – dodał Andrzej Duda.

Wspólne obchody 80. rocznicy wybuchu wojny

Duda poinformował o uzgodnionych z prezydentem Niemiec Frankiem-Walterem Steinmeierem planach wspólnych obchodów rocznicy wybuchu II wojny światowej w przyszłym roku. Uroczystości, które przygotowywane są od miesięcy, mają się odbyć w Wieluniu.

W rozmowie z „BamS” prezydent RP bronił reformy wymiaru sprawiedliwości w Polsce. Zaprzeczył, jakoby którykolwiek sędzia Trybunału Konstytucyjnego został zwolniony. Zastrzegł, że Trybunał Sprawiedliwości UE nie podjął dotychczas decyzji w sprawie przechodzenia w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego.

– Absolutnie nie zgadzam się z opinią, że nasze obecne regulacje ograniczają prawa sędziów czy też są sprzeczne z normami prawnymi – podkreślił.

– Obiektywnym kryterium (wysłania sędziów na emeryturę) jest naturalnie wiek. Chciałbym jednak zupełnie otwarcie powiedzieć, że wśród naszych sędziów konieczna jest zmiana pokoleniowa. Część sędziów orzekała w czasach komunistycznych represji. Nasze regulacje spowodowały, że sędziowie, którzy orzekali w stanie wojennym, przechodzą na emeryturę. To najwyższy czas po upływie 30 lat od demokratycznego zwrotu – mówił Duda.

Polska chce naprawić UE

Prezydent powiedział, że Polska jest zadowolona z członkostwa w Unii Europejskiej, niepokoi się jednak pewnymi zjawiskami i chciałaby „naprawić” Unię. Duda zwrócił uwagę, że coraz więcej krajów ma problemy z Komisją Europejską. Wskazał na spór rządu Włoch z KE o budżet tego kraju.

– Szczególnie niepokojący jest w tym kontekście fakt, że obywatele UE nie sądzą, by była ona demokratyczna, ani że działa ona w sposób transparentny. Dlatego Unia Europejska powinna być wspólnotą państw narodowych, w której demokratyczne instytucje państw członkowskich odgrywają decydującą rolę – wyjaśnił we fragmencie, który ukazał się tylko w internetowym wydaniu „BamS”.

Relokacji uchodźców mówimy Nie

Duda potwierdził sprzeciw Polski wobec przymusowej relokacji uchodźców. Równocześnie zapewnił, że Polska uczestniczy w programach pomocy dla uchodźców i wnosi swój wkład w ochronę granic zewnętrznych UE. Polska, jak podkreślił, wydała w zeszłym roku najwięcej pozwoleń na pracę i pobyt obywatelom spoza Unii.  Zwrócił uwagę, że syryjskie rodziny, którym w 2015 roku zezwolono na pobyt w Polsce, wyjechały do Niemiec. Polskie władze nie mogły zatrzymywać ich siłą.

Imperialistyczne ambicje Rosji

Duda zarzucił Rosji „imperialistyczne ambicje”. – Dlatego musimy wzmacniać wschodnią flankę NATO – powiedział w wywiadzie dla „BamS”. Pozytywnie ocenił dobrą wojskową współpracę z Bundeswehrą. – Nie wolno jednak zapominać, że bezpieczeństwo oznacza także bezpieczeństwo energetyczne. Także tutaj oczekujemy solidarności – zauważył. Ten fragment wywiadu znalazł się też tylko w wydaniu internetowym gazety.

Pytany o to, co uważa za typowo niemieckie, Duda odpowiedział: – Lubię Niemcy. Gdy podróżuje się przez Wasz kraj, widzi się porządek, a domy i posesje są zadbane. Mamy wiele wspólnego. Polacy i Niemcy są dobrymi sąsiadami.

 

REDAKCJA POLECA

 


Manuela Gretkowska: Polska zaczyna się od szkoły i na niej kończy nasz rozwój intelektualny. Hołota ma klepać paciorki zamiast myśleć

Manuela Gretkowska

Manuela Gretkowska

Polska zaczyna się od szkoły i na niej kończy się najczęściej nasz rozwój intelektualny, moralny. Hołota ma klepać paciorki zamiast myśleć, ma klepać po plecach wybitnych idiotów rządzących krajem. Nasza szkoła taśmociąg udręki zwieńczony maturą i pojebstwem.

 

Nic dziwnego, że Sawka ma żółte papiery, a ja idiotyczną żółtą koronę. Wczoraj w Krakowie, na Targach, mogę dodać Książki, ale w takich warunkach że wstyd.

Fot. Manuela Gretkowska / Facebook

Nieludzki ścisk i w deszczu kolejka do wejścia. Heroizm czytelników, cynizm biznesu. Jedna spryciula wyniosła walizkę towaru za 7 tysięcy. W tym i moje książki, ale nie czuję się okradziona. Państwo polskie okrada artystów skuteczniej. PO zlikwidowało ulgi podatkowe dla sztuki. Jasne, sztuka kojarzy się im ze sztuką bydła i biznesem. Artysta jest warsztatem napędzanym alkoholem, biedę, a talent jest przedsiębiorstwem.

Zagłosuję na PO, ale gdy wygrają natychmiast będę w opozycji. Nie sądzę, żeby zaczęli od zmian w oświacie. Tej polskiej ciemnocie produkującej wysoce specjalizowane nerwice. Nasza szkoła jest przyrządem do tortur. Co z tego, że statystycznie wypadamy lepiej w testach. I te gadki „Och, w Szwecji w USA, jest niższy poziom”. Czego? Szczęścia dzieci? Wiemy o nauczaniu, mózgu tyle, że powinniśmy mieć XXI wieczne metody, a stosujemy średniowieczne.

Polska zaczyna się od szkoły i na niej kończy się najczęściej nasz rozwój intelektualny, moralny. Hołota ma klepać paciorki zamiast myśleć, ma klepać po plecach wybitnych idiotów rządzących krajem. Nasza szkoła taśmociąg udręki zwieńczony maturą i pojebstwem. Przejść szkołę, jak ścieżkę zdrowia i skończyć z powybijanymi na całe życie zębami. Nauczyciele, niewiele mogą. Wybitnie zdolne dzieciaki się uchowają, reszta na przemiał. Jesteśmy bydłem karmionym sieczką wiedzy, rażonym prądem w klasach.

Zamiast pomnika małego powstańca, pomnik polskiego ucznia idącego na rzeź oświaty. A pisarze i czytelnicy zagonieni do zwierzęcych boksów, tyle jesteśmy warci, gdy nauczymy się czytać i pisać.

Podziw budzą tłumy szturmujące targi książki. Skąd się ci ludzie biorą? Dzięki niesamowitym bibliotekarkom? Wybitnym nauczycielom? Pasji, której żaden program oświatowo-polityczny nie zdepcze? To daje nadzieję, jeszcze Polska nie zginęła póki my myślimy o czymś więcej niż żłób, o kimś więcej niż my sami.

 

Manuela Gretkowska

 


Rafał Sulikowski: Prawda nas wyzwoli. Jezus z Nazaretu a nauczanie Kościoła

Rafał Sulikowski

Rafał Sulikowski

Polityka nakazów i zakazów zupełnie nie licuje z wizerunkiem Jezusa z Nazaretu, raczej ze stronnictwami w ówczesnym judaizmie i dzisiejszym islamem.

 

Kościół rzymsko-katolicki twierdzi, że reprezentuje życie, dzieła i nauczanie samego Jezusa z Nazaretu, którego uznaje za wcielonego Boga. W osobie papieża widzi następcę Piotra apostoła, który miał otrzymać misję prowadzenia starożytnego kościoła i depozyt całej wiary chrześcijańskiej.

To samo zresztą twierdzą wszystkie pozostałe nurty tego wyznania – prawosławni nazywają się “ortodoksyjnymi”, a protestanci wierzą, że ich założyciel, Luter, powrócił do stylu życia i wierzeń pierwszych chrześcijan.

Tak czy siak, każda religia, a jest ich na świecie kilka tysięcy i trzy wielkie religie monoteistyczne, twierdzi, że to ona jest prawdziwa, że tylko w niej wierzący wierni znajdą zbawienie, a cała reszta – nie.

Jeszcze nie zdarzyło się, aby wielkie religie współpracowały ze sobą: każda próbuje nawrócić innowierców, czasem siłą, a nawet przemocą fizyczną i terrorem. To, co dziś wyprawia skrajny islam już w średniowieczu wyczyniał Kościół Katolicki, tyle że nie dysponował jeszcze bronią masowego rażenia. Za kilka stuleci islam przejdzie podobny proces, co dziś my i nastanie tam sekularyzacja i laicyzacja, a meczety prawdopodobnie opustoszeją. Do tego czasu jednak islam może podpalić świat.

Wracając na nasze podwórko, zastanówmy się chwilę, czy Kościół Katolicki albo jakikolwiek odłam chrześcijaństwa reprezentuje wiernie nauki Jezusa z Nazaretu? W tym celu szybko zrekonstruujemy istotę i esencję nauczania Nazarejczyka, a potem przyjrzymy się nauce Kościóła Katolickiego.

W XIX wieku powstała tak zwana “kwestia homerycka”, a chodziło tam o autorstwo słynnej epopei “Iliada”, przypisywanej poecie Homerowi. Niektórzy badacze doszli do wniosku na podstawie badań stylistycznych, że ów nigdy nie istniał, a epopeję tę tworzyło wielu autorów, tak, jak Biblię. Podobnie było z kwestią historyczności Jezusa – Renan, autor dzieła “Żywot Jezusa” sądził, że Jezus nie istniał, co potem sparodiował w “Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakow. Jezus miał być jedynie kulturowym archetypem androgynicznym i nikim więcej, a już na pewno nie bogiem.

Dziś wiemy, że Jezus żył realnie i zmarł śmiercią męczeńską w wieku 30 lat, a bezpośrednią przyczyną było zakłócenie porządku publicznego w Jerozolimie podczas największego święta żydowskiego, obchodzonego co rok. Znamy to z religii jako “wypędzenie kupców ze świątyni”. Prawda jest taka, że świątynia w starożytności spełniała różne funkcje, nie tylko sakralne, ale także społeczne, kulturowe, towarzyskie, ekonomiczne i polityczne. Jezus upomniał się o tę podstawową, ale nie rozumiał, jak się wydaje, że “dom Ojca” to także trochę biznes.

Zdarzenie to wykorzystali jako pretekst faryzeusze, od dawna noszący się z zamiarem zabicia Jezusa. Pospiesznie zasądzono wbrew prawu rzymskiemu i nawet żydowskiemu karę śmierci, którą wykonano tego samego dnia po okrutnych torturach, ponieważ zbliżało się święto Paschy i chodziło o to, aby Jezus zmarł szybko. Bywało, że skazańcy, głównie rabusie, pospolici bandyci konali nawet trzy dni.

Mihály Munkácsy - Chrystus przed Piłatem. Fot. wikipedia

Nauka jednak musi przejść do porządku dziennego co do bóstwa Jezusa, co pozostaje tylko kwestią wiary i rozpatrywać jedynie ludzką część osoby Jezusa jako postaci historycznej.

Przyjmujemy więc dla uproszczenia, że Jezus był mesjaszem i prorokiem w rozumieniu Starego Testamentu i w pojęciu islamu, który traktuje Chrystusa jako ostatniego wielkiego nauczyciela moralności przed Mahometem, a nawet czci i z szacunkiem odnosi się do osoby Maryi.

Ewangelie tworzyło w starożytności bardzo wiele osób, wielu było też nauczycieli wędrownych, jak sam Jezus, który obchodził ubogie wioski Palestyny i głosił pozytywne nauki o losie ziemskim i uniwersalnym ludzi.

W przeciwieństwie do hierarchii nie urzędował na stałe w Jerozolimie, tylko wybrał mobilny tryb życia. Już to samo mówi, że istotą misji Jezusa było wychodzenie naprzeciw ludziom, a nawet odwiedzanie ich po domach i korzystanie z ich gościny i wyżywienia. Dziś który z księży, poza urzędową zresztą “kolędą”, wychodzi naprzeciw potrzebom ludzi?

Jezus nie działał też charytatywnie — nie miał na to środków, pochodząc z bardzo ubogiej, przeciętnej rodziny z silną figurą ojca i nie (do) obecną matką.

W każdym razie już trybem życia różnił się bardzo od dzisiejszego chrześcijaństwa, przede wszystkim prawosławia i Kościoła Katolickiego, ale także od świadków Jehowy, którzy są nachalni, natrętni i nie umieją nic poza swoimi ustalonymi schematami nawracania katolików.

Idźmy dalej.

Sednem nauk Jezusa jest bezwarunkowa miłość bliźniego, a nawet nieprzyjaciół, a szczytem miłości jest oddanie życia albo poświęcenie się komuś lub czemuś do końca, konsekwentnie. Nie muszę liczyć chyba, ilu spośród hierarchów ma taką hierarchię wartości. Zamiast niej mają swoją odwróconą hierarchię, opartą na piramidzie, której wierzchołek to papież, rzekomo nieomylny wierze.

Gdy rządził Benedykt, nikt z kardynałów nie śmiał go skrytykować, bo był stalowym władcą absolutnym, a gdy tylko przyszedł łagodny Franciszek, zaraz chmara ta albo zgraja pilnujących swoich dochodów i bogactw rzuciła się niczym wilki na owcę i robi swoje. Nie spoczną aż usuną go z urzędu. Na szczęście jednak istnieją jeszcze siły wyższe, w które notabene nikt z nich na serio nie wierzy…

Jezus wreszcie był miłosierny, przebaczał winy, leczył choroby, wskrzeszał podobno zmarłych, czynił cuda na weselach i kochał życie takie po prostu, jakim ono jest.

Hierarchia ze wszystkimi swoimi wymaganiami, których sama nie przestrzega, przypomina bardziej błądzące średniowiecze niż radosną w śpiewie i winie starożytność, ten kojarzący się z ciepłem i olimpiadami złoty, skąpany w słońcu antyk.

Polityka nakazów i zakazów zupełnie nie licuje z wizerunkiem Jezusa z Nazaretu, raczej ze stronnictwami w ówczesnym judaizmie i dzisiejszym islamem.

Jeśli chodzi o treść i nauczanie, skupimy się na tym w kolejnym tekście, bo wymaga to szczegółowych analiz pism założycielskich i współczesnego katechizmu katolickiego.

 

Rafał Sulikowski

 

 


Adam Mazguła: Śmierć, która krzyczy

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Pan Piotr opisał motywy swojego desperackiego czynu. Określił siebie jako „zwykłego szarego człowieka”. Czy nie wyraził tym swojej wielkości? Całe jego przesłanie - to manifest polityczno-społeczny przeciwko rządzącym, ale i przeciwko nam, którzy nie protestujemy, gdy rodzi się ludzka krzywda.

 

Śmierć pana Piotra Szczęsnego, „zwykłego szarego człowieka”, jest aktem krzyku o prawdę, której ani kościół, ani jego partyjni ministranci już nie zakrzyczą. Tak jak nie zakrzyczano śmierci ks. Jerzego Popiełuszki czy dziewięciu poległych górników z „Kopalni Wujek”.

Kiedy rok temu wstrząsnęła mną śmierć w ogniu Zwykłego Szarego Człowieka za wolność, którą kochał i napisałem o tym publicznie, pewien ksiądz Adam, dyrektor szkoły Zakonu Pijarów, wyzwał mnie od komuchów, bo gloryfikuję męczeńską śmierć „chorego psychicznie człowieka”. Sam ksiądz zachwycał się władzą PiS-u, zbrodniami Łupaszki, zakazem aborcji i umieszczał na swoim profilu symbole ONR-u.

Widać wyraźnie, że ta męczeńska śmierć z wyboru, za wolność ludzi, zawaliła świat ludzi wiary nieumiejących samodzielnie myśleć.

Czy pan Piotr nie oddał swojego życia w najbardziej męczeńskiej formie, aby wybawić nas z naszych grzechów i zaniedbań?

Pozwalamy przecież na rozkwit faszystowskiego systemu władzy, który wcześniej zamordował miliony Polaków. Godzimy się na tworzenie bezprawia przez przestępców konstytucyjnych. Milczymy, odzierani z godności, przyzwalamy z wyrozumiałością na katolicki reżim władzy, na kłamstwa i oszustwa. Nie oponujemy, gdy władza gloryfikuje najbardziej nadętych i nieodpowiedzialnych ministrów, często wcześniejszych przestępców, i ludzi szerzących podziały społeczne i zniszczenie. Nie reagujemy, gdy w tym zakłamywaniu historii i współczesnych ocen politycznych uczestniczy kościół katolicki. Ten sam, który miał miłością i braterstwem, miłosierdziem i prawdą walczyć o lepszy świat.

Dzisiaj widać wyraźnie, że zarówno PiS, jak i Kościół katolicki atakują propagandą kłamstwa. Ich czyny i zamiary są odwrotne do głoszonych poglądów. Jeśli krzyczą, że szerzą miłość, to znaczy, że szerzą nienawiść i podział społeczny; jeśli głoszą, że słuchają ludzi, to znaczy, że nimi gardzą; jeśli mówią, że robią coś dla dobra Polski, to znaczy, że nie robią nic dla jej autorytetu i postrzegania w świecie, a tylko dla siebie, swojej partii i biskupów.

To wszystko i wiele innych powodów swojego czynu umieścił pan Piotr w swoim proteście pozostawionym w miejscu samopodpalenia.

Dla władzy i kościoła jego desperacki czyn – to policzek. Widać to w blokowaniu w mediach informacji o tym tragicznym wydarzeniu. Kiedy nie udało się tego zataić, zaczęła się propaganda kłamstwa. Okrzykuje się go chorym psychicznie i rozpowszechnia nieprawdziwe doniesienia lub milczy.

Nie jestem teologiem, ale czy Chrystus nie był podobnie poniżany przy sądzeniu i prowadzeniu go z krzyżem? Słyszę, że bluźnię, bo śmiem porównywać pana Piotra z Jezusem. Ale zdobądźmy się na chwilę refleksji.

Czy nie kpiono z jego poglądów, nie mówiono, że jest obłąkany i czy nie odwracano się od niego?

Czy współcześni Chrystusowi kapłani nie namawiali Piłata do jego stracenia?

Jeśli tak, to wzywam kapłanów do szacunku dla tej męczeńskiej śmierci.

Pan Piotr opisał motywy swojego desperackiego czynu. Określił siebie jako „zwykłego szarego człowieka”. Czy nie wyraził tym swojej wielkości?

Całe jego przesłanie – to manifest polityczno-społeczny przeciwko rządzącym, ale i przeciwko nam, którzy nie protestujemy, gdy rodzi się ludzka krzywda.

Rok temu, podczas dnia Wszystkich Świętych wiele środowisk związanych z opozycją rozpowszechniało manifest pana Piotra. Jakże to znamienne, że wszędzie tam pojawiali się „prawdziwi katolicy”, aby kpić z tej śmierci. W jednym z miast symboliczny krzyż z klepsydrą został wyniesiony na śmietnik, w innym –klepsydry zaklejane były apelem ONR-u o nienawiść do islamistów. Już widzę to oburzenie i skandal, gdyby ktoś inny wyrzucił krzyż na śmietnik.

Jak więc widać, jest i krzyż, i śmierć, i wezwanie do miłości międzyludzkiej, ale nie są one tak samo ważne i nie oznaczają tego samego.

Jakże wyraźne jest to zaślepienie PiS-owskich wiernych, którzy rozsiewa nienawistną pogardę, zamiast miłości i szacunku do każdego człowieka.

Bóg, jeśli ma być miłością, musi być w nas, a nie w Waszych kościołach, które często pełnią rolę biur partyjnych PiS-u.

Oni często nie wierzą w Boga, tylko w system, w którym jest im dobrze.

Tymczasem PiS-owska władza, organizując wylęgarnie procesów członków opozycji, dba o to, aby nie było widać symboli ucisku. Nie ma brutalnych aresztowań, nie organizuje się napadów i politycznych morderstw. Nie znaczy to jednak, że nie ma represji i poważnych głosów w partii rządzącej, mówiących o tym, że trzeba budować obozy dla przeciwników i zaostrzać postępowania. Dlatego Piotr Szczęsny w pozostawionym liście napisał:

”Ja, zwykły, szary człowiek, taki jak wy, wzywam was wszystkich – nie czekajcie dłużej!

Trzeba zmienić tę władzę jak najszybciej zanim doszczętnie zniszczy nasz kraj, zanim całkowicie pozbawi nas wolności. A ja wolność kocham ponad wszystko.

Dlatego postanowiłem dokonać samospalenia i mam nadzieję, że moja śmierć wstrząśnie sumieniami wielu osób, że społeczeństwo się obudzi i że nie będziecie czekać aż wszystko zrobią za was politycy – bo nie zrobią!

Obudźcie się! Jeszcze nie jest za późno!

Adam Mazguła z Tadeuszem Kusiem. Fot. Adam Mazguła

W Nysie o 19 00 w dniu 29 października, w rocznicę jego śmierci, pod Pomnikiem Patriotom Polski na placu Mikołaja Kopernika, wzniesionym w hołdzie walczącym o wolność naszych obywateli, organizujemy apel jego pamięci.

Zapraszamy wszystkich, którzy razem z nami chcą złożyć hołd „zwykłemu”, a jakże niezwykłemu człowiekowi.

 

Adam Mazguła

 

 

Książka „Adam Mazguła – Żołnierz gorszego sortu” dostępna w księgarniach na terenie całej Polski i w systemie sprzedaży internetowej.

Dystrybutorem książki jest Ateneum.

 

Na terenie Wielkiej Brytanii książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>>

 


Jak wygrać na obawach ludzi, czyli triumf populizmu. Skąd to się bierze i czy można temu zaradzić?

opr. Andrzej Pawlak

opr. Andrzej Pawlak

Populistyczni politycy cieszą się stale rosnącym poparciem wyborców. Skąd to się bierze i czy można temu zaradzić?


Czy Donald Trump jest populistą, jak twierdzą jego przeciwnicy polityczni? Fot. Źródło: dw.de

Włoski dziennikarz Ernesto Galli della Loggia, piszący dla „Corriere della Sera”, przyznał niedawno, że chociaż urodził się we Włoszech, nie wie, czy umrze w ojczystym kraju, bo go nie poznaje. Włochy się zmieniają, ale zachodzące zmiany nie idą, jego zdaniem, we właściwym kierunku. Gospodarka kuleje, drogi są w fatalnym stanie, komunikacja publiczna nie wywiązuje się ze swych zadań, a urzędnicy nie troszczą się o petentów. Tę listę można ciągnąć w nieskończoność.

Wszystko to budzi uzasadniony niepokój obywateli, którzy nie potrafią znaleźć odpowiedzi na pytanie o przyczyny zmian na gorsze. To samo odnosi się do świata polityki, o czym stale mówi włoski socjolog Marco Revelli. Tradycyjne partie masowe nie odgrywają dziś większej roli. Praktycznie zniknęły ze sceny politycznej po serii wielkich skandali. Ich miejsce zajęli populiści, którzy udzielają wyborcom łatwych odpowiedzi na trudne pytania, twierdzi Revelli.

Elity w ogniu krytyki

Ten problem dotyczy nie tylko Włoch. Jeden z liderów Alternatywy dla Niemiec i współprzewodniczący jej klubu w Bundestagu, Alexander Gauland, wyjaśnił na początku października w artykule zamieszczonym przez „Frankfurter Allgemeinen Zeitung”, kto w Niemczech popiera AfD. Sympatykami tej partii są ludzie zaliczani do klasy średniej, którzy nie mogą przenieść swoich firm do Indii, żeby obniżyć w ten sposób wciąż rosnące koszty produkcji, ale także liczni zwykli obywatele, ciężko pracujący przez całe życie za niską pensję po to, żeby na starość doczekać się głodowej emerytury. Są nimi także Niemcy, dla których słowo ojczyzna wciąż ma jakąś wartość, i którzy nie zgadzają się z zalaniem ich przez falę uchodźców i migrantów z innych kręgów kulturowych. Ci ludzie nie mogą wyemigrować, aby gdzieś indziej pędzić wygodne życie.

Artykuł Gaulanda został ostro skrytykowany. Zarzucano mu ukryty antysemityzm, próbę podgrzewania nastrojów i wrogość wobec cudzoziemców. Z drugiej strony trudno zaprzeczyć, że AfD cieszy się rosnącym poparciem w Niemczech, a więc może winni są nie tylko populiści, ale także rządzący, a przynajmniej część z nich?

Francja widziana z boku

We Francji winą za wzrost popularności ugrupowań populistycznych można obarczyć partie lewicowe. Czyni tak w swoich książkach geograf i socjolog Christophe Guilluy, który przeanalizował upadek francuskiej partii socjalistycznej. W jego przekonaniu we Francji mamy do czynienia z nasilającą się stale pauperyzacją społeczeństwa przy jednoczesnym wzroście znaczenia wielkich koncernów i korporacji. W najtrudniejszym położeniu znaleźli się ludzie o najniższych dochodach, skazani na życie na marginesie społeczeństwa.

„Żadna partia, a przede wszystkim żadna partia o profilu lewicowym, nie reprezentuje ich interesów i nie bierze na serio ich problemów. To samo można powiedzieć o związkach zawodowych”, twierdzi Guilluy. W tej sytuacji wielu Francuzów zwraca się w stronę populistycznych polityków, takich jak szefowa Frontu Narodowego Marine le Pen. Być może właśnie z tego powodu zmienił on niedawno swą nazwę na Zjednoczenie Narodowe, żeby podkreślić w ten sposób, że reprezentuje interesy wielu Francuzów.

Populizm w USA

Podobną analizę można zastosować również wobec USA, w których na triumf wyborczy Donalda Trumpa złożyły się obawy amerykańskiej klasy średniej czy ludzi, którzy wciąż uważają, że do niej należą. Taki pogląd reprezentuje amerykanista z uniwersytetu w Siegen Daniel Stein. W wywiadzie dla Deutsche Welle Stein powiedział:

Nieprawdą jest, jakoby Trumpa wybrali na prezydenta przede wszystkim ludzie o najniższym statusie majątkowym. O jego zwycięstwie przesądziły głosy wyborców z klasy średniej, którzy często nie poznają dzisiejszej Ameryki, którzy lękają się zubożenia i którzy są przeciwni pluralistycznej i otwartej na świat Ameryce.

To właśnie im podoba się ktoś taki jak Trump, który ignoruje obowiązujące do tej pory reguły gry, który zapowiada, że zaprowadzi porządek w Waszyngtonie i na świecie i który obiecuje, że przeforsuje interesy swoich wyborców z pominięciem jakiejkolwiek poprawności politycznej. Na razie jednak twierdzi Stein, pomiędzy wyborczymi obietnicami Trumpa i tym, co rzeczywiście robi, rozwiera się przepaść, ale jego zwolennikom to jakoś nie przeszkadza. Jest to o tyle dziwne, że bez trudu można dostrzec, iż populistyczne hasła głoszone przez Trumpa w kampanii wyborczej mają się nijak do jego polityki na co dzień, w której kieruje się interesami najbogatszych Amerykanów i największych koncernów.

Czym jest populizm?

Zdaniem argentyńskiego politologa Lorisa Zanatty, populiści starają się zawsze przedstawić każdy spór polityczny jako walkę o wszystko i ostateczne starcie dobra ze złem.

W artykule zamieszczonym na łamach dziennika „Clarín”, Zanatta napisał, że „Horyzont poznawczy populizmu wyznacza własny kraj, w którym atmosfera społeczna została podgrzana, wytępienie prawdziwych bądź urojonych grzechów i powrót społeczeństwa do dawnych wartości i czasów, w których było ono jakoby czyste i nieskalane. Chodzi zatem o pryncypia, a raczej o to, co populiści za nie uważają. Populiści starają się stale zaprezentować wyborcom jako awangarda bojowników o słuszną sprawę”

Taka taktyka twierdzi Zanatta, może przez jakiś czas przynosić spodziewane rezultaty. Warto jednak przyjrzeć się uważnie, czy ich diagnozy są prawdziwe, czy za ich obietnicami idą także czyny i jakie one przynoszą skutki. Dopiero wtedy wyrobimy sobie właściwy pogląd na wady i ewentualne zalety populistów, powołujących się nieustannie na bliżej nieokreśloną „wolę ludu”.

 

REDAKCJA POLECA

 

 


Kiedy UE zlikwiduje zmianę czasu?

Tomasz Bielecki

Tomasz Bielecki

Kiedy UE zlikwiduje zmianę czasu? Komisja Europejska chciałaby już w przyszłym roku, ale szanse są coraz niklejsze. Dlatego Austria, która sprawuje teraz unijną prezydencję, zaproponowała odłożenie reformy na 2021 r.

Kiedy UE zlikwiduje zmianę czasu?

Przedstawiciele Austrii w ostatni poniedziałek [22.10] przedstawili ekspertom pozostałych krajów UE w Brukseli projekt przesuwający z roku 2019 na 2021 odejście całej Unii od dwukrotnego zmieniania czasu w ciągu każdego roku. To były zamknięte obrady, ale – wedle nieoficjalnych danych – pomysł Austrii spotkał się z przychylnością bardzo dużej części krajów Unii. Ministrowie z 28 krajów UE będą rozmawiać m.in. na ten temat na swym spotkaniu w Grazu w przyszłym tygodniu.

Ogłoszona we wrześniu propozycja Komisji Europejskiej co do odejścia od zmiany czasu wymaga przegłosowania przez Parlament Europejski oraz unijnych ministrów w Radzie UE.

– Zaproponowaliśmy bardzo ambitny harmonogram, żeby jak najszybciej i już w 2019 r. odpowiedzieć na oczekiwania obywateli. Nie mogę wypowiadać się o propozycjach, których nie ogłoszono publicznie – tak rzecznika KE Mina Andreeva odpowiedziała w piątek [26.10] na pytania o austriacką inicjatywę osłabiającą plany KE. Nie wiadomo, co stanie się z żądaniami dokładnej oceny wpływu odejścia od zmiany czasu (np. na zużycie energii czy – chwalący sobie obecny system – sektor turystyczny), której miała się domagać część państw na obradach kierowanych przez Austrię.

– Projekt Komisji Europejskiej tworzy tyle zamieszenia, że przedstawiciele bardzo wielu państw przyjmują z ulgą pomysły na odwleczenie zmiany – tłumaczy nam jeden z unijnych dyplomatów.

Jean-Claude Juncker popiera jak najszybsze zaniechanie przestawiania zegarków. Fot. Źródło: dw.de

Suwerenność zegarowa w UE

Jednak głównym źródłem zamieszania, którego boi się Rada UE, są ograniczone uprawnienia instytucji Unii w kwestii czasu. Wprawdzie daty przechodzenia z czasu zimowego na letni i z powrotem są regulowane na poziomie wspólnotowym od lat 80. XX w., ale do poszczególnych rządów należy suwerenna decyzja, do której strefy czasowej wpisać swe kraje. Dotychczas nie przyniosło to nadmiernej różnorodności w Unii, w której można wyróżnić trzy bloki geograficzne – z czasem zachodnioeuropejskim (Wlk. Brytania, Irlandia, Portugalia), wschodnioeuropejskim (Litwa, Łotwa, Estonia, Finlandia, Bułgaria, Rumunia, Grecja i Cypr) oraz resztę – m.in. z Polską i Niemcami – z czasem środkowoeuropejskim. Ale odejście od zmiany czasu nieuchronnie wywołałoby w wielu krajach debaty, czy pozostać przy czasie letnim, czy zimowym. A to z kolei mogłoby doprowadzić do wprowadzenia – znacznie bardziej skomplikowanej niż teraz – mozaiki różnych stref czasowych w Unii.

Głównym impulsem dla propozycji odejścia od zmiany czasu były konsultacje społeczne przeprowadzone przez Komisje Europejską, które zakończyły się w sierpniu tego roku. Wynika z nich, że największymi zwolennikami odejścia od zmiany czasu są Polacy i Finowie (po 95 proc.)

Ponadto konsultacje wskazują, że – w razie przeprowadzenia tej reformy – największymi zwolennikami pozostania przy czasie letnim byliby Portugalczycy (79 proc. głosów w tych konsultacjach.), Cypryjczycy (73 proc.) oraz Polacy (72 proc.). Natomiast zwolennicy pozostania przy czasie zimowym (a zatem przy czasie „prawdziwym”, bo geograficznym) przeważają m.in. w Finlandii, Danii i Holandii. Gdyby władze Holandii i Polski kierowały się zatem tymi głosami, to oba kraje – choć obecnie są w jednej strefie czasowej – skończyłyby na stałe z jedną godziną różnicy.

– Austriacka prezydencja w Radzie UE dąży do dobrowolnej koordynacji między krajami Unii, by po 2021 r. Unia pozostała przy obecnym, niemozaikowym podziale na trzy strefy czasowe. Jednak sporo rządów po prostu nie ma teraz głowy, by się takimi tematami zajmować – tłumaczy nam jeden z urzędników UE w Brukseli. Gdyby to się nie udało, to wedle najnowszej austriackiej propozycji kraje, które chciałyby pozostać przy czasie letnim, przesuwałby wskazówki zegarów po raz ostatni 28 marca 2021 r., a kraje stawiające na czas zimowy – dopiero 31 października 2021.

Włosi bez entuzjazmu dla reformy

Mocno zróżnicowane zainteresowanie tematem zmiany czasu to spory defekt konsultacji przeprowadzonych przez Komisję Europejską za pomocą formularza internetowego. Wzięło w nich udział około 4,6 mln ludzi (84 proc. za odejściem od zmieniania czasu), a w rozbiciu na kraje to było 3,79 proc. Niemców i 2,94 proc. Austriaków, ale tylko 0,34 proc. Polaków oraz zaledwie 0,04 proc. Włochów.

Włoski wicepremier Matteo Salvini (szef populistyczno-prawicowej Ligi) już we wrześniu krytykował Brukselę za szybkie zajmowanie się tematami popularnymi na Północy, a lekceważenie unijnego Południa np. przy postulatach luzowania unijnych reguł dyscypliny budżetowej czy w kwestiach migracji z Afryki. W niektórych mediach przyjęło to postać bezpośrednich oskarżeń, że „Bruksela zajmuje się niemieckim tematem”, skoro – wskutek wielkości kraju i relatywnie dużego zainteresowanie konsultacjami – Niemcy to około 3 mln z 4,6 mln ich uczestników. A jedyny kraj, gdzie większość opowiedziała się za dalszym zmienianiem czasu, jest Grecja.

Brexitowe powikłania

Konsultacje społeczne to nie sondaż opinii publicznej, ale i takie klasyczne badania zdają się wskazywać na rosnącą niechęć do zmieniania czasu. Opracowanie Parlamentu Europejskiego na ten temat przywołuje sondaż z Niemiec z 2017 r., w którym za odejściem od przestawiania zegarów opowiedziało się 74 proc. ankietowanych, w sondażu we Francji z 2015 r. – 54 proc. ankietowanych, a na Łotwie z 2014 r. – 74 proc. Z kolei litewski Sejm w 2015 r. przyjął nawet uchwałę wzywającą do oddania krajom UE kompetencji w kwestii zmieniania lub niezmieniania czasu.

Jednak są istotne wyjątki, bo w brytyjskim sondażu z 2017 r. za odejściem od zmienia czasu opowiedziało się tylko 38 proc. badanych i zarazem 50 proc. zadeklarowało przywiązanie do obecnego systemu.

Wielka Brytania ma opuścić Unię w marcu 2019 r., a kwestia zegarów może okazać się dodatkowym powikłaniem brexitowym dla Irlandii. Jeśli Unia odejdzie od zmieniania czasu, a Londyn pozostanie przy tym systemie, to – jak w tym tygodniu przypomniała komisja ds. UE w brytyjskiej Izbie Lordów – unijną Irlandię i brytyjską Irlandię Płn. przez część każdego roku po brexicie będzie dzielić godzina różnicy. Tymczasem szukanie sposobów na uniknięcie odbudowy międzyirlandzkiej „twardej granicy” (celnej, VAT-owskiej, związanej z kontrolą towarów pod względem standardów) to teraz najtrudniejszy problem negocjacji umowy brexitowej między Unią i Wlk. Brytanią.

Skąd wziął się pomysł zmiany czasu?

Pomysł dwukrotnego zmieniana czasu w roku jest przypisywany Anglikowi Williamowi Willetowi, który w 1907 r. opublikował broszurę o „oszczędzaniu światła dziennego”. Wśród krajów Europy, której jako pierwsze wprowadziły ten system, były Niemcy i Wielka Brytania (w 1916 r.). Jednak o ile Brytyjczycy trwają nieprzerwanie przy tym systemie, to Niemcy kilkukrotnie go porzucały (po raz pierwszy w 1920 r.), a teraz trzymają się go od 1980 r. Z kolei Polska odeszła od systemu zmieniania czasu (odziedziczonego po zaborcach) w 1919 r., potem porzuciła go po raz drugi w 1949 r. (wprowadziły go władze okupacyjne podczas wojny). Potem zmieniono czas w Polsce w okresie 1957-1964, a następnie od 1977 r. do dzisiaj.

 

REDAKCJA POLECA


Rafał Sulikowski: O co naprawdę chodzi? Problemy Kościoła w pigułce

Rafał Sulikowski

Rafał Sulikowski

Utrzymywanie instytucji Kościoła uważam za nieopłacalne ze względu na wysokie koszty moralne jego działalności. Bóg potrafi, jeśli istnieje, sam o siebie i ludzkość się zatroszczyć.

Problemy Kościoła katolickiego można rozpatrywać na różnych poziomach, od poziomu pojedynczej parafii po globalną organizację kultu religijnego, którym zarządza Watykan.

Watykam. Bazylika św. Piotra. Fot. Anna & Dariusz Frach / thefad.pl

Watykam. Bazylika św. Piotra. Fot. Anna & Dariusz Frach / thefad.pl

Demografia

Pierwszy problem wynika z demografii – katolików jest na świecie już około 2 miliardy. Im większa organizacja, tym trudniejsza logistyka, zarządzanie, transparentność finansów, zasady kariery i awansu, o czym wie każdy menedżer w
dużej korporacji.

Anachroniczna struktura

Struktura anachroniczna – centralne planowanie z Rzymu i polityka pięcia się po szczeblach hierarchii – sprawia, że zgodne z prawem działanie Kościoła jest bardzo trudne. Im większa grupa ludzi zrzeszonych, tym trudniej o przejrzystość, tym większa biurokracja, tym większe rozszczepienie organizacji.

Jedność w wielości

Problemy wynikające z bazy Kościoła – sieci kościołów lokalnych, można ująć w czysto finansowe oraz organizacyjne. Zachować jedność w wielości w sytuacji, gdy Kościół jest na wszystkich kontynentach, w różnych, diametralnie nieraz różnych kulturach, zachować tożsamość i jednolitość nauki – jest prawie niewykonalne.

Kościół ma misję głoszenia nauk moralnych Jezusa Chrystusa i chce być ożywiany tą misją, jednak obecność w prawie wszystkich państwach świata powoduje dalsze problemy. Począwszy od parafii, można mówić tedy o lokalnych kłopotach, wynikających z różnorodności wiernych w sposobie życia, poziomu uczestnictwa w kulturze.

Historia Kościoła

Częściowo kłopoty Kościoła wynikają z jego historii – ciągnie się za nim pasmo krwi nie tylko męczeńskiej, ale odwetowa polityka w czasach największej ekspansji Rzymu, czyli średniowieczu.

Kościół przejął sposób zarządzania z upadłego cesarstwa rzymskiego, więc musiał być to styl absolutystyczny – papież jest odpowiednikiem cezara, ma pełną kontrolę nad wszystkim, co się dzieje w Kościele powszechnym i kościołach partykularnych.

Jeżeli proboszcz nowy przychodzi do parafii, musi najpierw poznać środowisko, a to nie jest w stu procentach możliwe, bo nie wszyscy chodzą czy przyjmują kolędę. Gdyby nawet wszyscy mieszkańcy parafii chcieli chodzić, to i tak nie zmieściliby się w świątyni. Nawet gdyby to jakoś rozwiązano, powstają kłopoty już nie tyle logistyczne, co kulturowe i psychospołeczne. Jakie? Kiedy przyjmuję kolędę, nigdy nie ma rozmowy o wierze, o wątpliwościach. Proboszcz czy wikary zakłada, że wszystko jest jasne, wyjaśnione, że nie ma potrzeby zadawania żadnych nowych pytań o wiarę, o moralną legitymację Kościoła do reprezentacji osoby Jezusa Chrystusa. Zakłada, że jestem wierzący a wierzący “poprawnie” nie zadają pytań. Kiedy cisną mi się na usta różne pytania, powiedzmy natury egzystencjalnej, ksiądz kończy kolędę, rozdaje obrazki, pobiera kopertę i pokropiwszy mieszkanie wychodzi do kolejnej rodziny.

Jak tedy ma się rozwijać właściwie pojmowana misja, jeśli Kościół unika rozmowy i dialogu o tym, co stanowi jego treść? Oczywiście, są książki i prasa, jest Internet, ale ksiądz raczej nie powinien zaprzątać mi głowę kolejnym kapiącym dachem czy innymi materialnymi kłopotami. Jakiś niezdrowy materializm czuje się na odległość. Mam potem smutne wrażenie, że jestem dojony i na tym moja rola ma się kończyć.

I tak analogicznie jest na każdym poziomie powyżej parafii aż po Watykan. Działają tu silne procesy grupowe i społeczne, między innymi jak twierdzą psychologowie, im większa grupa, tym mniejszy średni jej poziom inteligencji. Inaczej mówiąc, jeśli geniusz pojawi się w tłumie, to traci nieco ze swego geniuszu, a przeciętni stają się wręcz upośledzeniu w stopniu lekkim. Widać to wyraźnie, gdy ludzie zbierają się i słuchają kazania, którego nie potrafią zanalizować, odbierają je półświadomie, co zwiększa podatność na manipulacje półprawdami, albo wręcz bezczelnymi kłamstwami.

Czy potraficie Państwo przywołać z pamięci jakieś jedno spójne i na wysokim poziomie kazanie?

Właśnie. Dobrych homiletów jest kilku na całą Polskę, a sam papież obecny jest całkowicie osamotniony przez jego otoczenie, które bierze na przeczekanie albo po cichu spiskuje, aby go “zdjąć”.

Poziom nauczania

Kolejny problem to poziom nauczania, który równa w dół i stale się obniża. Podstawowe błędy logiczne w każdej homilii. Specyficzny, dziewiętnastowieczny z ducha styl. Podawanie prawd jedynie wiary jako absolutnych pewników. Dogmatyzm. Zamknięcie na świat, a jednocześnie chęć wpływania na sferę świecką. Brak oczytania, nawet w piśmie świętym. Stresowanie ludzi nakazami i zakazami pod sankcjami metafizycznymi (czyściec, piekło, szeol, etc.). Zmuszanie małych dzieci do spowiedzi, choć z drugiej strony głosi się, że człowiek zaczyna używać rozumu dopiero od 16 roku życia. Polityka ekskluzji inaczej wierzących. Ekskomuniki, klątwy rodem z horroru średniowiecza. Zarządzanie przez strach i wzbudzanie ciągłych wyrzutów sumienia. Głoszenie, że “tylko w kościele jest zbawienie”. Krytykowanie kultury niezależnej, zwłaszcza literatury i muzyki, a także demonizowanie kultur dalekowschodnich. Próżniaczy styl życia hierarchii. Ogłupianie dalsze i tak ogłupionych doszczętnie mas wiernych. Stała walka z naturą człowieka, krytykowanie ekologii i partii zielonych. Nieprzejmowanie się prawami człowieka, o zwierzętach nie wspominając. Szowinizm i antyfeminizm hierarchii kościelnej. Anachroniczne poglądy ontologiczne, etyczne i estetyczne. Postrzeganie dziejów świata jako regresu, czemu przeczą podstawowe fakty. Krytykowanie nauki i techniki przy jednoczesnym korzystaniu z wielu ich dobrodziejstw. Arogancja, pycha i zaściankowość. Wystarczy?

Może tym razem tak. Jeśli ktoś mi powie, że to wszystko prawda, ale… to ja odpowiem, że przy całym tym złu jakiekolwiek czynione dobro nie ma większego znaczenia.

Utrzymywanie instytucji Kościoła uważam za nieopłacalne ze względu na wysokie koszty moralne jego działalności. Bóg potrafi, jeśli istnieje, sam o siebie i ludzkość się zatroszczyć.

 

Rafał Sulikowski

 

 

 


Rośnie liczba miliarderów na świecie. Najszybciej wśród Chińczyków

Majątek miliarderów osiągnął w 2017 r. rekordową wartość, jak wynika z badań agencji doradczej PwC i banku szwajcarskiego UBS.

Kismet Yach, został sprzedany 115 milionów dolarów, do wynajęcia w okresie letnim za 1,35 mln dolarów w okresie letnim. Zimą taniej, do wynajęcia już za 1,2 mln dolarów. Fot. flickr

Klub najbogatszych na świecie rośnie z roku na rok, a wraz z nim wartość ich majątku bijącego rekordy.

Rozwijające się rynki kapitałowe, rosnące ceny nieruchomości oraz wzrost gospodarczy na szerokim froncie spowodowały, że majątek najzamożniejszych ludzi świata w 2017 r. wzrósł w porównaniu z rokiem poprzednim o 19 procent, osiągając rekordową sumę 8,9 bln dolarów. Dane te wynikają z badań agencji doradczej PwC oraz banku szwajcarskiego UBS.

Miliarderzy stają się z roku na rok coraz zamożniejsi. Ich liczba jest nadal przejrzysta: 2158 mężczyzn i kobiet dzieli między sobą potężny majątek, który w przeliczeniu na euro przewyższa ponad dwukrotnie całkowity roczny bilans gospodarczy Niemiec, uchodzących za największą gospodarkę europejską (w 2017 r. 3,3 bln euro). Na każdego miliardera przypada przeciętnie 4,1 mld dolarów.

Chińczycy szybciej zamożni

Miliarderów przybywa przede wszystkim wśród Chińczyków. W 2017 r. majątek najbogatszych osób w tym kraju wzrósł o 39 proc. do 1,12 bln dolarów. Jak wynika dalej z badań, do klubu miliarderów należy obecnie 373 Chińczyków. Rok wcześniej było ich 318. Najbogatsi Chińczycy liczą przeciętnie 55 lat i są najmłodszymi miliarderami na świecie, gdzie przeciętna wieku wynosi 64 lata.

Miliarderzy w Niemczech

Również w Niemczech przybywa miliarderów. Ich liczba wzrosła ze 117 do 123, (o pięć procent), co odpowiada największemu przyrostowi w skali europejskiej. Co piąty z 414 miliarderów w Europie pochodzi z Niemiec. „Bardzo wielu miliarderów, głównie w Niemczech, to zazwyczaj przedsiębiorcy od pokoleń” – wskazuje Maximilian Kunkel specjalista od zarządzania majątkiem akcjonariuszy w niemieckim oddziale banku UBS. Wg niego sukces finansowy obiecują inwestycje w konsumpcję, handel detaliczny, nieruchomości oraz biotechnologię.

Najzamożniejsi: Quandt i Klatte

Według rankingu miesięcznika „Manager Magazin” za najbogatszych w Niemczech uchodzą najwięksi udziałowcy koncernu samochodowego BMW (47 proc.) rodzeństwo Stefan Quandt oraz Susanne Klatten, których majątek oszacowano na 34 mld euro. Z majątkiem 33 mld euro na drugim miejscu plasuje się rodzina Reimann z Manheim, do których należy jeden z największych koncernów kawowych na świecie. Na trzecim miejscu znajduje się Dieter Schwarz, założyciel dyskontera Lidl z majątkiem wysokości 25 mld euro.

 

 


Dariusz Stokwiszewski: Projekcje możliwej przyszłości Polski na bazie historii!

Dariusz Stokwiszewski

Dariusz Stokwiszewski

Boję się o Polskę i o nas wszystkich, bo jesteśmy w rękach ludzi szalonych! Szaleństwo zawsze prowadzi do nieszczęścia, do katastrofy i zniszczenia!

 

Zastanawiam się nad tym, co teraz teoretycznie może się w Polsce wydarzyć? To tylko taka moja prywatna prognoza, trochę z przymrużeniem oka, jednakże oparta na historii, w tym przypadku ZSRR. No bo, co by nie rzec, to w naszej, pisowskiej rzeczywistości wszystko jest możliwe!

Wyobraźmy sobie taką sytuację, że nasza siła przewodnia – PiS wspierany przez różne, podobne mu nihilistyczne środowiska, nastawione na czerpanie korzyści z rujnowania kraju zechce, wbrew UE i postępowej części narodu, kontynuować swoje „reformy”!

Gdyby jednak okazało się, że opór Polaków jest zbyt silny, to musiałby zareagować. Nie wiem, jak będzie, ale napiszę co, w podobnej do tej sytuacji, zrobił Włodzimierz I. Lenin po wyborach z 25 listopada 1917 roku, przegranych przez bolszewików!

Otóż Lenin, przeczuwając możliwe bolszewickie nieszczęście postąpił następująco:

  • natychmiast rozwiązał Zgromadzenie Narodowe;
  • wprowadził „dyktaturę proletariatu”, cokolwiek by to miało znaczyć;
  • obiecał stworzenie bezklasowego społeczeństwa (u nas to „gorszy sort” pełniłby chyba rolę burżuazji);
  • zawiesił („czasowo”) prawa i wolności obywatelskie;
  • zakazał działalności partii politycznych;
  • zniósł wolność słowa i prawo do strajku
  • wprowadził sądy doraźne;
  • przeciwników z lewa i prawa określił „wrogami ludu – kontrrewolucjonistami”;
  • stworzył tajną policję „Czeka” w celu fizycznej eliminacji wrogów (w ciągu pół roku zamordował 50 tysięcy Rosjan);
  • ogłosił rozpętanie masowego terroru, bo uznał, że rewolucji nie można robić bez plutonów egzekucyjnych;
  • znalazł niejakiego Feliksa Dzierżyńskiego na wykonawcę (u nas nie byłoby z tym problemu – wyobraźmy sobie to po wyjściu z UE) – to tylko hipoteza;
  • sam Dzierżyński powiedział, że nie potrzebna jest sprawiedliwość, bo wojna trwa na najokrutniejszym froncie tzn. wewnętrznym;
  • zaczęto prześladowania ludzi, konfiskaty mienia i majątków!
  • reżim Lenina opierał się na trzech filarach:
    • partii zdyscyplinowanych bolszewików;
    • politycznej policji;
    • czerwonej gwardii przekształconej później w Armię Czerwoną!

Można byłoby wyliczyć tu jeszcze parę faktów, ale i te są przerażające na tyle, aby ulec atmosferze strachu. Boję się o Polskę i o nas wszystkich, bo jesteśmy w rękach ludzi szalonych! Szaleństwo zawsze prowadzi do nieszczęścia, do katastrofy i zniszczenia!

 

Dariusz Stokwiszewski

 

 


Suszarki do rąk w publicznych toaletach są fabryką zarazków! Powinny zostać wycofane

Zdaniem naukowców, suszarki powinny zostać wycofane z publicznych toalet. Powód? Ludzie źle myją ręce!

Suszarki do rąk w publicznych toaletach są fabryką zarazków!

Fot. wikipedia

Publiczne toalety, w których zainstalowano suszarki do rąk, mają o wiele więcej bakterii w powietrzu i na powierzchniach niż toalety, gdzie używa się papierowych ręczników. Urządzenia, które wydmuchują strumień ciepłego powietrza, działają bowiem jak wirówki z bakteriami, rozprzestrzeniając je dookoła. Bakterie pochodzą ze źle umytych rąk, na które skierowane jest ciepłe powietrze z suszarki, która następnie rozdmuchuje zarazki po całym pomieszczeniu.

Ręczniki o wiele zdrowsze

W roku 2014 naukowcy z Uniwersytetu w Leeds dowiedli, że suszarki do rąk rozprowadzają w łazience 27 (!) razy więcej bakterii niż papierowe ręczniki. Teraz, ci sami naukowcy wykazali w kolejnych badaniach, że publiczne toalety z suszarkami do rąk zawierają o wiele więcej bakterii niż te z ręcznikami z papieru.

Odporne mikroby

Jeszcze bardziej niepokoi fakt, że w niektórych publicznych toaletach odkryto zarazki odporne na antybiotyki. Ten rodzaj mikrobów staje się coraz większym problemem na całym świecie, szczególniew szpitalach i domach opieki. Według naukowców suszarki do rąk między innymi w tego rodzaju miejscach publicznych powinny być zakazane.

Papierowe ręczniki, jak twierdzą badacze, absorbują dużą część wody, a wraz z nią bakterie, które po myciu pozostały na rękach. Dzięki temu zarazki nie mogą się rozprzestrzeniać w pomieszczeniu. Ważne jest też to, by ludzie po skorzystaniu z toalety bardzo dokładnie myli ręce mydłem i ciepłą wodą, a następnie – jeśli mają taki wybór – używali papierowych ręczników, a nie suszarek.

 

REDAKCJA POLECA