Głośne „Nie” dla plastiku. UE chce zakazać sprzedaży plastiku jednorazowego użytku

Plastikowe sztućce, słomki i patyczki do uszu wkrótce znikną ze sklepowych półek w UE. Parlament Europejski przegłosował zakaz sprzedaży plastiku jednorazowego użytku.

Fot. Źródło: dw.de

571 europosłów zagłosowało w środę (24.10.2018) podczas sesji plenarnej w Parlamencie Europejskim w Strasburgu za zakazem jednorazowego plastiku. Zgodnie z nowymi przepisami popularne dzisiaj przedmioty, takie jak plastikowe talerze, kubki czy widelce powinny zniknąć z unijnych sklepów w ciągu najbliższych trzech lat (do 2021 r.).

Posłowie z parlamentarnej komisji ds. ochrony środowiska dodali do listy produktów objętych zakazem również cienkie torby plastikowe, produkty zrobione z plastiku ulegającego degradacji tlenowej oraz polistyrenowe pojemniki, wykorzystywane choćby w cateringu.

Dostanie się też przemysłowi tytoniowemu, bo może nie każdy palacz zdaje sobie sprawę z tego, że np. filtry papierosowe zawierają plastik. Dlatego PE chce zredukowania odpadów pozostających po produktach tytoniowych o połowę do 2025 r. i o 80 proc. do roku 2030.

– To jak dotąd najbardziej surowe przepisy, jakie przyjęliśmy w sprawie zakazu stosowania plastiku jednorazowego użytku. Mamy nadzieję na pełne poparcie ze strony Rady – powiedział po głosowaniu belgijski europoseł Frederique Ries z grupy ALDE, sprawozdawca PE w tej sprawie.

To jednak nie koniec zmian. Do 2025 r. o 25 proc. zredukowane ma zostać użycie tych opakowań jednorazowego użytku, dla których w tej chwili nie ma odpowiednich alternatyw lub takich, których wielorazowe odpowiedniki byłyby zbyt drogie. Mowa tu o jednorazowych pudełkach na kanapki czy hamburgery i opakowaniach, w których sprzedawane są mrożone lody lub desery.

Zgodnie z decyzją UE państwa członkowskie powinny wprowadzić programy zachęcające obywateli do używania produktów wielorazowego użytku oraz nadających się do recyklingu i przetwarzania. Z kolei inne plastiki, w tym butelki do napojów, powinny być składowane osobno i przetwarzane. Według nowych przepisów do 2025 r. aż 90 proc. plastików ma być poddawane recyclingowi.

Większość morskich śmieci to plastik

Wyeliminowanie plastiku, zwłaszcza tego, który szybko trafia do śmieci i nie jest przetwarzany, to duży krok w kierunku ochrony środowiska.

Z danych Komisji Europejskiej wynika, że ponad 80 proc. zanieczyszczeń w morzu to plastik, a 70 proc. wszystkich śmieci w morzu stanowią właśnie plastiki jednorazowego użytku. Prowadzone w ostatnich latach badania pokazały, że z powodu bardzo powolnego procesu rozkładu plastik akumuluje się w morzach, oceanach i na plażach. W większości ulega ścieraniu, a jego mikrocząsteczki zjadane są przez zwierzęta jak żółwie, foki, wieloryby i ptaki, ale także ryby czy mięczaki, które potem trafiają na ludzkie stoły.

– Niektórzy wyśmiewali unijną strategię ws. plastiku. A przecież nasze oceany duszą się już od plastiku, do tego najnowsze badania ujawniły, że każdy z nas ma w swoim przewodzie pokarmowym mikroplastik – powiedział podczas debaty w PE komisarz UE Frans Timmermans. – Ze statystyk wynika, że 80 proc. Europejczyków jest za tym, żeby Unia rozwiązała ten problem.

Jak ujawniają unijni urzędnicy, niedopałki to drugie po jednorazowych plastikach produkty zaśmiecające środowisko.

Jeden niedopałek papierosa może zanieczyścić od 500 do 1000 litrów wody, a wyrzucony na jezdnię będzie się rozkładał do dwunastu lat.

Problemem na europejskich plażach są też zgubione lub porzucone sieci i narzędzia połowowe. Według danych KE stanowią one 27 proc. odpadów znajdowanych na plażach.

Niepokój polskich producentów

Decyzji PE przyklasnęli ekolodzy, którzy nazwali ją „zwycięstwem dla planety”. Niepokoju nie kryją jednak producenci tworzyw sztucznych, także w Polsce. Polska jest, obok Niemiec i Włoch, jednym z sześciu czołowych producentów tworzyw sztucznych, głównie plastiku.

Zdaniem Polskiego Związku Przetwórców Tworzyw Sztucznych (PZPTS) Unia powinna się wycofać z restrykcji wobec plastiku, w tym z zakazu sprzedaży plastików jednorazowego użytku, a zamiast tego poprawić recycling tego typu przedmiotów.

„Jeśli obecnie według Komisji większość widocznych odpadów morskich jest wykonana z tworzyw sztucznych, to po wejściu w życie dyrektywy, ta większość będzie składać się z tego samego rodzaju produktów wykonanych z innych materiałów. Ponieważ jest to wyraźnie patologia wynikająca z nieefektywnych systemów gospodarki odpadami” – pisze w oficjalnym stanowisku PZPTS.

Żeby przepisy mogły wejść w życie, decyzję w tej sprawie musi podjąć Rada, czyli ministrowie krajów członkowskich. Negocjacje rozpoczną się w listopadzie tego roku.

 

REDAKCJA POLECA

 


Rafał Sulikowski: Poznajmy… Iran. O nowej książce Aleksandry Chrobak

Rafał Sulikowski

Rafał Sulikowski

Opis Iranu nie jest stereotypowy - ani nie przesłodzony, jak w folderach turystycznych ani nie podręcznikowy, jak w Wikipedii, gdzie poznajemy tylko ogólny zarys problematyki. Głównym przesłaniem książki są powolne, acz systematyczne i systemowe zmiany w społeczeństwie irańskim.

Polska kultura i nasza wiedza o świecie pozostawiają obecnie wiele do życzenia. Polonocentryzm ma się podczas obecnych rządów bardzo dobrze.

Mimo że możemy wyjechać do prawie wszystkich krajów świata, zazwyczaj ograniczamy się do europejskich. Jeśli zaś jedziemy, to nie bardzo rozumiemy inne kultury, więc popełniamy stale jakieś faux-pas, gafy i niezręczności w kontaktach z pozaeuropejskimi narodami. Próbuje ten stan rzeczy zmienić Aleksandra Chrobak, z wykształcenia iranistka, religioznawczyni i polonistka, z pasji i zamiłowania wzięta podróżniczka, która właśnie Iran wybrała jako cel swoich wielokrotnych wojaży.

Książka “Fashionistki zrzucają czadory. Moje odkrywanie Iranu” to bardzo dobra literacka inwestycja do naszej biblioteczki domowej, zwłaszcza gdy ktoś planuje podróż do Iranu. Bez wcześniejszej lektury choćby tylko tej pozycji, lepiej się nie wybierać. Tym bardziej że nie jest to typowy reportaż à la Kapuściński, lecz bardzo “odkuchenna”, skupiona na niepisanych i niespisanych nigdzie uwagach o obyczajach, konwenansach, zwyczajach i pożądanym sposobie zachowania się w kraju, który kojarzy się nam potocznie z brakiem kultury.

A jest, jak pokazała Chrobak, dokładnie przeciwnie – w porównaniu z irańską, nasze kultury europejskie są bardzo zubożone i wręcz prostackie. Tam czuje się magię, powiew lekkości lotów na perskich dywanach i dreszcz obcowania ze specyficznym klimatem kraju, w którym podobno kiedyś zakładano rajskie ogrody.

Kiedy słyszymy nazwę kraju “Iran”, automatycznie myślimy o tyranii religijnej, zwłaszcza wobec kobiet oraz zagrożeniu nuklearnym ze strony tego kraju. Poza stereotypami niewiele więcej wiemy o tym mezopotamskim regionie, podobnie jak o pozostałych krajach tego regionu i okolic. Dlatego tak ważne było, aby ktoś zajął się w Polsce tym tematem, a uczyniła to Aleksandra Chrobak, autorka wcześniejszego bestselleru “Beduinki na Instagramie”.

Autorka ma szczególne kompetencje, aby pisać na ten temat – studiowała nie tylko iranistykę, ale i polonistykę oraz religioznawstwo w Krakowie, skąd wyjechała zwiedzać Iran. Opanowała język perski, dzięki czemu mogła swobodnie rozmawiać z ludźmi z tego kraju.

Opis Iranu nie jest stereotypowy – ani nie przesłodzony, jak w folderach turystycznych ani nie podręcznikowy, jak w Wikipedii, gdzie poznajemy tylko ogólny zarys problematyki. Głównym przesłaniem książki są powolne, acz systematyczne i systemowe zmiany w społeczeństwie irańskim.

Stereotyp zachodni, który każe postrzegać Iran jako islamski “ciemnogród” jest tylko częściowo prawdziwy: oczywiście istnieją środowiska konserwatywne, a nawet skrajnie radykalne, podkręcane przez ortodoksyjnych mułłów, którzy grzmią na zgniły Zachód i gromią nowe trendy w ubieraniu się.

Właśnie modzie poświęca autorka najwięcej miejsca. Niegdyś jednobarwne, w czerni wszechobecnych czadorów, dziś społeczeństwo irańskie barwnieje – zwłaszcza młodzież ma gdzieś zalecenia mułłów i ubiera się coraz bardziej wzorując się na zachodnich trendsetterkach.

Pisarka buduje narrację osobistą. Wszędzie była osobiście i wszystko, co opisuje zna z osobistego widzenia i bezpośrednich rozmów z napotykanymi w irańskich miastach Irańczykami.

Umiejętność zachowania się w Iranie jest papierkiem lakmusowym relacji społecznych. Irańczycy są niezwykle przyjaźni i grzeczni, czasem graniczy to ze sztucznością i dobrym aktorstwem, ale tego wymaga wielowiekowa tradycja etykiety. Wywodzi się jeszcze z czasów dworskich oraz współczesnej sztuki dyplomacji.

Jak mawiał Goethe, “wer den Dichter will verstehen, muss in Dichter’s Lande gehen”, czyli “aby poznać poetę, trzeba poznać jego kraj rodzinny”. Tak właśnie robi Chrobak, która opanowała pisane i niepisane obyczaje, tak, że rzadko popełnia gafy, które na początku z powodu różnic kulturowych są nieuniknione. Cóż, człowiek uczy się na błędach i bardzo dobrze.

Książka napisana jest i wydana przez wydawnictwo “ZNAK” bardzo profesjonalnie, stylistycznie wirtuozowska, tak, że co chwila uczymy się nowych słówek irańskich i staroperskich i obcujemy z naprawdę niedocenioną kulturą, która przedstawiana jest w mediach zachodnich po prostu kłamliwie i to w sposób celowy i zaplanowany.

Iran czeka na dalsze odkrycie, bo można być pewnym, że na jednej książce się nie skończy.

Warto zapamiętać nazwisko pisarki, bo pisze rewelacyjnie, a przy tym przeczytać może ją i profesor uniwersytetu, jak i średnio rozgarnięty dwunastolatek i obydwaj na tym wiele skorzystają. Naprawdę warto.

 

Rafał Sulikowski

 

 


Adam Mazguła: Bohaterowie odchodzą

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Odszedł człowiek wielkiego formatu, żołnierz, patriota, przyjaciel. Zawsze uśmiechnięty, życzliwy, oddany sprawom naszej ojczyzny

 

19 października w Otwocku zmarł w wieku 99 lat wielki człowiek, patriota i mój wieloletni przyjaciel

Pułkownik Edmund Brzozowski.

Płk Edmund Brzozowski. Fot. Adam Mazguła

Kawaler Orderu Wojennego Virtuti Militari, Krzyża Walecznych, Krzyża Komandorskiego Orderu Odrodzenia Polski, Prezes Stowarzyszenia Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie „Karpatczycy”, kombatant i uczestnik bitwy o Monte Cassino- bohater kampanii włoskiej, liniowy żołnierz, oficer 1 Batalionu Strzelców Karpackich.

Walczył na stokach Monte Cassino, bił się o Ankonę i Bolonię.

Wspaniały człowiek, mężny żołnierz, zawsze uśmiechnięty, życzliwy i pogodny przyjaciel.

Edmund Brzozowski w 1939 roku uczestniczył w Wojnie Obronnej jako junak Junackich Hufców Pracy. W styczniu 1940 roku został aresztowany przez NKWD podczas próby przekroczenia granicy i skazany na 5 lat łagrów, jako „wrogi element narodowy”. Przebywał w obozach w Kotłasie (Republika Komi). We wrześniu 1941 roku, po podpisaniu układu Sikorski – Majski, udał się w rejon formowania i wstąpił do Armii Polskiej w ZSRR. Po ewakuacji ze Związku Sowieckiego, wraz z armią gen. Andersa przez Persję i Palestynę dotarł do Egiptu. Tam został włączony do tworzonej 3.Dywizji Strzelców Karpackich, która później weszła w skład 2. Korpusu Polskiego. Następnie po trwających prawie rok ćwiczeniach w Iraku w grudniu 1943 r. 2. Korpus Polski został skierowany do Włoch.

Przeszedł jako oficer liniowy cały szlak bojowy elitarnych „Karpatczyków”.

Po II wojnie światowej zamieszkał w Wielkiej Brytanii. Do Polski Edmund Brzozowski powrócił w 2006 roku i zamieszkał w Otwocku.

Dopóki zdrowie mu pozwalało był częstym gościem naszej jednostki wojskowej. Przekazywał nam tradycje karpackie w 1992 roku i często szukał okazji, aby przyjechać z Londynu i spotkać się ze swoimi następcami.

Często gościł w moim domu, gdzie całymi godzinami dyskutowaliśmy o historii i czasach współczesnych.

Odszedł człowiek wielkiego formatu, żołnierz, patriota, przyjaciel. Zawsze uśmiechnięty, życzliwy, oddany sprawom naszej ojczyzny.

Cześć jego pamięci!

Chwała bohaterowi!

 

Edmund Brzozowski z A. Mazguła i K. Klar Fot. A. Mazguła

Msza żałobna odbędzie się 30 października w Katedrze Polowej Wojska Polskiego o 10 00, po czym odbędzie się odprowadzenie zwłok na Powązki. Szczegóły będą znane później.

 

 

Adam Mazguła

 


Tęsknicie za zwykłymi żarówkami?

Andrzej Duda spotkał się we wtorek w Berlinie z prezydentem Niemiec Frankiem-Walterem Steinmeierem. Po południu wzięli udział w XIX Forum Polsko-Niemieckim „Europa 1918-2018: historia z przyszłością”.

 Ludzie w Polsce zastanawiają się, dlaczego nie mogą kupić w sklepie normalnej żarówki tylko energooszczedną. Dlaczego? Bo Unia zabroniła

Andrzej Duda. Fot. internet

– Mam poczucie, że my, w ramach Unii, mamy niedosyt demokracji. I wielu ludzi sobie zadaje pytanie, dlaczego Unia Europejska zabrania tego, dlaczego zabrania tamtego – mówił Duda podczas spotkania – Ludzie w Polsce zastanawiają się, dlaczego nie mogą kupić w sklepie normalnej żarówki tylko energooszczedną. Dlaczego? Bo Unia zabroniła – zaznaczył.

Tęsknicie za zwykłymi żarówkami?

No, to panie Duda, pozwoli Pan, że coś wyjaśnię.

Polecę trochę skrótami, żeby Pan zrozumiał i żeby nie zanudzić. Z góry przepraszam za pewne uproszczenia.

Zatem:

  1. Mamy w Polsce ok. 14, 5 mln gospodarstw domowych (nie wspominam o placówkach handlowych, biurach, fabrykach itd.)
    Załóżmy, że w każdym takim gospodarstwie domowym są używane tylko 2 żarówki o mocy 100W przez np. 6 godzin dziennie. Daje nam to 1, 2 kWh na dobę, czyli przez rok 438 kWh, czyli ogółem – to 6351 MWh.
  2. Wynika z tego, że aby wyprodukować z węgla taką ilość energii należy spalić go 1270 ton.
  3. Wyprodukowany w takim spalaniu dwutlenek węgla – to 4 648 200 kg.
  4. Żarówka energooszczędna zużywa ok. 20% tej energii.
  5. Stosując takie żarówki zaoszczędzimy 1016 ton węgla i wyprodukujemy o 3 718 560 kg mniej CO2.

Napisałbym jeszcze, ile mniej będzie ten węgiel kosztował, ale niestety nie udało mi się sprawdzić, po ile kupujecie ten węgiel z Rosji i ile straci na tym Wasz rosyjski mocodawca..

To tak w skrócie. Na życzenie (za parę złotych) mogę Wam to dokładnie obliczyć, ze szczegółami. Proszę zauważyć, że to, co policzyłem dotyczy tylko 2 żarówek i tylko w gospodarstwie domowym.

Myślę, że zadając takie pytanie na forum UE ośmieszył Pan nie tylko siebie! Naprawdę teraz taką wiedzę mają uczniowie szkoły podstawowej.

 

Jacek Drożyński

 

 

 


Zabójczy mikroplastik w naszych organizmach

DW, tagesschau.de / stas

Drobinki mikroplastiku zostały znalezione w ludzkim stolcu i to u testowanych osób z różnych zakątków globu, także z Polski. Było to pierwsze takie badanie.

Zabójczy mikroplastik w naszych organizmach

Austriaccy naukowcy po raz pierwszy wykazali istnienie mikroplastiku w ludzkim stolcu. Drobinki mikroplastiku zostały znalezione we wszystkich próbkach pobranych od ośmiu testowanych osób – poinformowały we wtorek Uniwersytet Medyczny w Wiedniu i austriacka agencja ochrony środowiska.

Przeciętnie było to 20 cząstek mikroplastiku na każde 10 gramów stolca. – Plastik jest wszechobecny w naszym życiu i ludzie są wystawieni na jego działanie w najróżniejszych formach – stwierdził Philipp Schwabl, główny autor badania. Jak jednak przyznał, nie spodziewał się, że „wyniki będą pozytywne w każdej próbce”.

Mikroplastik stosowany jest m.in. w paście do zębów. fot. pixabay

Osoby uczestniczące w pilotażowym badaniu miały od 33 do 65 lat, pochodziły z różnych kontynetów i nie znały się. Przez tydzień każda z nich prowadziła dziennik spożywanych pokarmów, po czym została pobrana od nich próbka stolca. W jadłospisie każdego z tej ósemki znajdowała się żywność zapakowana w plastik lub napoje w plastikowych butelkach. Większość jadła też ryby lub owoce morza, nikt nie stosował wyłącznie diety wegetariańskiej. – Bardzo prawdopodobne, że w czasie pakowania środków spożywczych na różnych etapach ich produkcji, nasza żywność zostaje skażona plastikiem – przypuszcza Schwabl.

Uczestnicy badania pochodzili z Austrii, Finlandii, Holandii, Japonii, Polski, Rosji, Wielkiej Brytanii i Włoch.

Naukowcy zaskoczeni różnorodnością tworzyw sztucznych

– Mogliśmy udowodnić istnienie dziewięciu różnych rodzajów tworzyw sztucznych wielkości od 50 do 500 mikrometrów – powiedziała Bettina Liebmann z austriackiej agencji ochrony środowiska. Naukowców zaskoczyła zwłaszcza różnorodność znalezionych rodzajów plastiku. Najczęściej występowały polipropylen (PP) i politereftalan etylenu (PET).

Jest bardzo prawdopodobne, że jedząc ryby połykamy też cząstecznki mikroplastiku. Fot. pixabay

Grupa testowanych osób była za mała, żeby naukowcy mogli stwierdzić związek między sposobem odżywiania się i obciążeniem organizmu plastikiem. Jest to ciągle jeszcze niemal dziewiczy temat, do tej pory niewiele wiadomo na temat mikroplastiku w ludzkim organizmie. Dlatego naukowcy skoncentrowali się najpierw na małej grupie. Teraz natomiast będą zabiegali o możliwość przeprowadzenia badań na szerszą skalę.

Zagrożenie dla zdrowia?

Prawie każde zwierzę regularnie wchłania razem z pokarmem mikroplastik. Jego cząsteczki wędrują np. od glonów po tuńczyka, a ostatecznie trafiają też do organizmu człowieka. Naukowcy ostrzegają, że mikroplastik może też odbić się na ludzkim zdrowiu. – Szczególnie nas niepokoi możliwy wpływ mikroplastiku na pacjentów z chorobami przewodu pokarmowego – zauważył autor badania Philipp Schwabl. Badania przeprowadzone na zwierzętach wykazały obecność znacznych ilości mikroplastiku w ich jelitach, a cząsteczki mikroplastiku znajdowały się nawet w krwiobiegu, układzie limfatycznym i wątrobie.

330 tys. ton mikroplastiku rocznie tylko w Niemczech

Mikroplastik to mikrocząstki tworzyw sztucznych o średnicy 5 mm lub mniejszej. Czasami są stosowane celowo, na przykład w pastach do zębów czy peelingach. Inne odrywają się od większych plastikowych obiektów, na przykład cząsteczki włókien tkanin uwalniają się podczas prania.

Mikroplastik przedostaje się do środowiska także przez ścieranie się opon lub kruszenie gruzu.

Badanie zlecone przez niemieckie uczelnie, koncerny chemiczne, producentów kosmetyków, służby gospodarki wodnej i zakłady utylizacji odpadów wykazały, że tylko w Niemczech przedostaje się rocznie do środowiska blisko 330 tys. ton tzw. pierwotnego mikroplastiku.

Wtórny mikroplastik powstaje w procesie wietrzenia i rozpadu większych części z tworzyw sztucznych. Jednak wiedza o tym, w jaki sposób powstaje mikroplastik, rozprzestrzenia się i jakie wywołuje skutki ciągle jeszcze jest bardzo niekompletna. Dlatego niemieckie ministerstwo edukacji i badań zainicjowało zakrojone na dużą skalę badanie z 18 projektami i udziałem blisko stu partnerów ze środowiska naukowego i gospodarczego, a także miast i gmin.

 

REDAKCJA POLECA

 

 

 

 


Problemy seksualne Polaków

Seks przestaje być w Polsce tematem tabu. Coraz częściej się o nim rozmawia, a Polacy stają się otwarci nie tylko na nowe doświadczenia, ale również rozwiązywanie problemów w sferze seksualnej. Szacuje się, że na zaburzenia seksualne cierpi około 40% Polaków. Poradzenie sobie z nimi wymaga niekiedy udania się do specjalisty i podjęcia właściwego leczenia.

Problemy seksualne Polaków

Męski problem

Mężczyźni niechętnie przyznają się do problemów w sferze intymnej. Rola społeczna, jaką narzuca dotychczasowe wychowanie, zakłada, że mężczyzn ma być silny emocjonalnie i fizycznie oraz nie pokazywać słabości. Przyznanie się do kłopotów seksualnych godzi w poczucie męskości, co znacznie wpływa na postrzeganie siebie i swojej wartości w związku.

Największe problemy sprawiają mężczyznom przedwczesny wytrysk oraz brak erekcji. Kłopoty ze zbyt wczesnym wytryskiem wbrew pozorom nie spotykają jedynie młodych i niedoświadczonych mężczyzn. Z tym problemem boryka się blisko 40% panów. Mogą one być spowodowane zaburzeniami hormonalnymi lub chorobami niektórych narządów.

Dużo bardziej wstydliwym i godzącym w męskość problemem jest brak erekcji lub niemożność jej utrzymania. Te kłopoty trudno jest ukryć przed partnerką, a od jej reakcji w dużej mierze zależy, w jaki sposób mężczyzna poradzi sobie z tą sytuacją. Początkowo panowie często próbują radzić sobie sami. Wielu z nich dopiero po czasie sięga po pomoc specjalisty, która okazać się może nieodzowna. Na leczenie problemów z erekcją duży wpływ ma ich przyczyna. Na kłopoty z potencją wynikające z zaburzeń neurologicznych lub psychologicznych pomóc mogą środki farmakologiczne, np. Viagra. Popularne niebieskie tabletki są dostępne jedynie na receptę. Wiele środków nabyć można też bez recepty, a ich szeroki wybór oferuje Apteka Kamagra. Środki takie jak Viagra będą jednak nieskuteczne w przypadku, np. zaniku ciał jamistych prącia lub problemów związanych z ciśnieniem.

Mężczyźni cierpią również na spadek pożądania i libido, który może być związany z przechodzonymi chorobami lub wiekiem.

Kobieta z problemami

W polskim społeczeństwie kobiecie problemy z seksualnością są dużo częściej akceptowane niż problemy męskie. Wynika to z roli kobiety, która nadal postrzegana jest jako „słabsza płeć”, a więc bardziej narażona na dysfunkcje w sferze seksualnej. Niektóre z damskich kłopotów są uznawane za powikłania ciąży i porodu. Należą do nich, np. osłabienie mięśni dna miednicy, nieprawidłowe wygojenie się krocza lub nietrzymanie moczu. Panie borykają się także z chorobami wynikającymi z zaburzeń hormonalnych, mających swoje źródło głównie w tarczycy i przysadce mózgowej, które odpowiedzialne są m.in. za wydzielanie żeńskich hormonów płciowych.

Polki narzekają najczęściej na zmniejszenie potrzeb seksualnych, brak orgazmu i zaburzenia pożądania. Spadek libido może być spowodowany przyjmowaniem źle dobranych doustnych środków antykoncepcyjnych. U pań znacznie częściej niż u panów problemy w sferze seksualnej związane są z kłopotami emocjonalnymi. Na problemy w związku, w pracy lub w życiu rodzinnym kobiety reagują spadkiem pożądania.

Leczenie problemów seksualnych

Seksuolodzy i psycholodzy podkreślają, że wiele problemów seksualnych rozwiązać można terapią lub za pomocą środków farmakologicznych. Wiele zależy również od wzajemnego wsparcia partnerów i ich podejścia do procesu leczenia. Pierwszym krokiem jest szczera rozmowa i decyzja o podjęciu leczenia. Terapia wspierana farmakologią jest bardzo skuteczna w przypadku zaburzeń pochodzenia kulturowego, społecznego i psychologicznego.

Materiał zewnętrzny


Dariusz Stokwiszewski: Krajobraz po pierwszej bitwie… ! Co dalej z Polską?!

Dariusz Stokwiszewski

Dariusz Stokwiszewski

PiS zaczyna zwalniać, co może stanowić podstawę do umiarkowanego optymizmu, ale nie do wielkiej euforii, której sam na początku nieco uległem. Partia Kaczyńskiego nie była w stanie wygrać na tyle, aby przejąć większość sejmików. Jednak nawet tam, gdzie się to udało niekoniecznie będzie rządzić. To pozytyw, który jednak nie pozwala nam spokojnie czekać na kolejne, nieczyste ruchy pisowskiej pajęczyny.

 

Europejska prasa o sytuacji w Polsce
Już dwa dni po naszych wyborach samorządowych w polskiej i międzynarodowej prasie pojawiły się pierwsze, pogłębione analizy sytuacji w Polsce. Według większości z nich PiS zaczyna zwalniać, co może stanowić podstawę do umiarkowanego optymizmu, ale nie do wielkiej euforii, której sam na początku nieco uległem. Partia Kaczyńskiego nie była w stanie wygrać na tyle, aby przejąć większość sejmików. Jednak nawet tam, gdzie się to udało niekoniecznie będzie rządzić. To pozytyw, który jednak nie pozwala nam spokojnie czekać na kolejne, nieczyste ruchy pisowskiej pajęczyny. Naprawdę jest się czego bać, o czym jeszcze pod koniec artykułu!

Trwoga, kłótnie i panika w PiS
Kaczyński zdaje sobie sprawę z nie najlepszej sytuacji i nastrojów w partii, która wynika z wielu powodów. Po pierwsze: w PiS wrze – zwalczają się poszczególne koterie, a duce musi znaleźć jakiegoś kozła ofiarnego przegranej. Patryk Jaki wydaje się być tutaj „naturalną ofiarą”, no, ale póki wódz nie wywali Ziobry (co jest tylko kwestią czasu), to musi robić „dobrą minę do złej gry”. Chyba nie muszę dodawać, że skłóceni są wszyscy ze wszystkimi; Morawicki z Ziobrą i betonem dawnego zakonu PC, który od lat służy „dyktatorkowi” (tłumaczyłem już, dlaczego nie „dyktatorowi”). Ci wszyscy wzajemnie się nienawidzą. MM jest dla betonu ciałem obcym, a Ziobro już Kaczyńskiego zdradził, czego nasz „bohater stanu wojennego” nie wybacza nigdy nikomu! Poza tym zrobił już swoje. Dopóki prezio żyje i rządzi jest względny spokój. Kiedy już odejdzie (jak każdy z nas, choć pewnie nieco głębiej, ze względu na swoje specjalne zasługi w „krzewieniu wiary… w Rydzyka” – nie Boga) do „Krainy Wiecznych Łowów”, nastanie chaos i „bratobójcza” walka o schedę po nim. Przewiduję zatem upadek tego nienaturalnego, pazernego tworu – „zjednoczonej prawicy” – szkodzącego Polsce i Polakom.

Co sprawiły wybory
W dużych miastach opozycja, skupiona zresztą głównie na nich, wygrała. Dobrze, się stało, bo gdyby PiS przejął władzę w Warszawie to „potykalibyśmy się” o pomniki najważniejszej ofiary „zamachu smoleńskiego”, w Krakowie zaś (mam nadzieję na to, że zwycięży tam mimo wszystko rozsądek i Jacek Majchrowski) przybyłby na Wawelu kolejny katafalk nowego – starego „bohatera – władcy Polski”! Szaleństwo osiągnęłoby swoje apogeum! Skrzek słyszany byłby zewsząd, a potulne samorządy robiłyby to, co dusze wodza i jego lokajów by zapragnęły. Miejmy nadzieję na to, że to początek końca „pisowsko – solidarno – ziobrystowsko – gowinowskiej” kliki! Napisałem tu o miastach największych, a co z tymi małymi i średnimi? One, w większości poległy opuszczone przez partyjnych notabli zajętych sobą (sic!).

Co z mojego punktu widzenia najgorsze; otóż przypuszczam, że w wielu miejscach (w cichej zmowie z PiS) umocniły się dotychczasowe – często mające dużo za uszami gminne, miejskie i powiatowe kliki, którym (tak właśnie podejrzewam, w oparciu o opinie ludzi dobrze zorientowanych), zagwarantowano „odpuszczenie grzechów” za przygotowanie tego, aby PiS – owcy masowo weszli do samorządów z zachowaniem odpowiednich parytetów, co i tak cieszy strony. Dotychczasowe sitwy się dodatkowo umocniły z „błogosławieństwem” sitw centralnych. Proszę uwierzyć, że to mogło mieć miejsce, a jeżeli pisze w trybie przypuszczającym, nie używając tutaj nazwisk i nie wymieniając miast, to tylko dlatego, aby wszelakim PRZESTĘPCOM z obu stron nie dać powodu do postawienia mnie przed sądem. Będziemy ich działania monitorować!

Co przewiduję w perspektywie roku
PiS będzie chciało zrobić wszystko, by nie stracić władzy, zwłaszcza przewagi, jaką ma w parlamencie. Będzie także chciało uzyskać jak najwięcej głosów w wyborach do PE – to pewne! Do czego może się to obrzydliwe „towarzystwo” (to moja o nich opinia, dotycząca także uwikłanych w kłamstwa oraz delikty pewnych osób z dotychczasowych samorządów) posunąć?! Myślę, i raczej słusznie, że do wszystkiego!

Dla PiS najważniejsze jest zdobycie największego jak to możliwe, wpływu na media. Wybory z 21 października wykazały, że jest on zbyt mały, a media reżimowe „cienkie”, takie, jak poziom intelektualny większości „pisowskiej elity”! Kaczyński już wygraża paluchem w kierunku mediów prywatnych. Czekamy na, to kiedy przejdzie do czynów. A tak się stać może, bo to człowiek straszny; bez uczuć wyższych i nastawiony na propagowanie nienawiści, którą chyba żyje od urodzenia (może koledzy go i słusznie nie lubili?). Dobrze, że jest przy tym tchórzliwy, więc może nie uda mu się swoich „chorych marzeń” zrealizować.

Niedzielne wybory ukazały słabość PiS na tyle, że można z dużą pewnością stwierdzić, że wybory do PE będą druzgocącą klęską tym bardziej że nawet jeśli pisowcy zdobędą jakieś mandaty, to staną się politycznym outsiderem oraz niestosownym partnerem do czegokolwiek. W instytucjach unijnych przewagę stanowią ludzie normalni, kulturalni oraz dobrze wykształceni. Nie widzę tam miejsca dla naszych „bohaterów”! Porażka w największych miastach – którą PiS próbuje bagatelizować ciesząc się z miejsc w sejmikach i w „poukładanych z nim” samorządach (o czym już pisałem, i które jednak nie dają mu tego, o czym marzył) – jest porażająca. Dyktatorek nie może jej przeboleć, a znając choleryczny (wręcz paskudny) charakter tego człowieka, pisowcy przeżywają z nim teraz powyborczy „horror za horrorem – sądny dzień”, co i dobrze!

Skrzek, skrzek rany boskie, jak za to zapłaci kraj? Pisowców mi nie żal …! Niech się nawet wzajemnie powystrzelają w Kosmos! Chociaż Marsjanie by nam tego nigdy nie darowali zapewne. Mieliby i słusznie pretensje, że siejemy jakąś chorobę zakaźną!

Szantaż skierowany do mieszkańców dużych miast też niewiele dał! Nie przejęły się tym, że mogą nie dostać pieniędzy z państwowej (czyli naszej własnej) kasy, jeśli nie wybiorą na burmistrza czy prezydenta nominata PiS. Pisowskie obietnice z kategorii „wszystko +” pobudziły jedynie najgorszy, bezkręgowy oraz bezmyślny elektorat ludzi pazernych, chcących bez pracy żyć na koszt podatnika. Mądrzy ludzie nie poddali się „skrzeczącej propagandzie”! Nie do końca zaś udana próba zniszczenia sądownictwa i czystka w Trybunale Konstytucyjnym oraz w Sądzie Najwyższym, obudziły uśpione do niedawna jeszcze postawy obywatelskie większości Polaków.

Następne są wybory do Parlamentu Europejskiego, a nikt przy zdrowych zmysłach nie wyśle tam „wilków czyhających” na klęskę UE! Szanse na zwycięstwo, nawet wśród „pisowskiego ciemnego ludu (jak mawiają niektórzy pisowscy politycy np. ten od miski z ryżem, i reżimowej TV)”, są nikłe, co z wielką radością stwierdzam! Poza tym niejaki Andrzej Duda bredził coś o UE, jako o wyimaginowanej wspólnocie, a inny – z długim od kłamstw nosem – dodał jeszcze, że unijne pieniądze wystarczają „aż” na budowę chodników (sic!).

Skądinąd „szkoda”, że politycy UE tak mało wiedzą o „wielkości braci Kaczyńskich” i samego PiS, bo wówczas zrozumieliby, że Polska wszystko zawdzięcza tym dwóm, plus Mateuszowi Morawieckiemu, który według nieoficjalnych i niepotwierdzonych jeszcze badaniami naukowymi informacji, doprowadził też do przyjęcia przez księcia Mieszka I chrztu w 966 roku. O innych wiekopomnych czynach nie będę wspominać, aby nie kadzić wymienionym panom, znanym z ich „niesamowitej i nieskalanej skromności”, a także z czystych, bo nieużywanych sumień!

Podsumowanie
Teraz należy się zastanowić nad tym, co brunatny, pisowski reżim zechce zrobić, aby: primo – nie oddać zagrożonej i upadającej władzy i secundo – nie stanąć przed sądami i trybunałami. A nazbierało się „tego zła” sporo! Martwi mnie to o tyle, że do tego czasu może zdarzyć się coś strasznego, co spowoduje wewnętrzne niepokoje z możliwymi dla Polaków konsekwencjami. Nie chcąc podsuwać pomysłów moimi przypuszczeniami nie podzielę się nimi dla dobra nas wszystkich. Jednak uważajmy na siebie, bo mamy do czynienia z ludźmi bardzo niebezpiecznymi, którzy gotowi są raczej na niemal każdy scenariusz. Dyktatorek jest nieszczęściem Polski, tak jak nieszczęściem samorządów są niektórzy, co podkreślam, skażeni swoją haniebną przeszłością, a także teraźniejszymi działaniami, ludzie dawnego PRL (w tym także ZOMO, MO, prokuratury), żerujący na społeczeństwie od dziesiątek lat i bezkarnie robiący wszystko, co im przyjdzie do łbów!

Niektórym z nich zapewne wydaje się, że „drukując” wybory są godni pełnić uzyskane w ten sposób funkcje. Myśląc tak, ubliżają inteligencji większości społeczeństwa! Nie da się zakłamać ani zatuszować rzeczywistości żadnemu przestępcy. Sprawiedliwość się o nich kiedyś upomni!

Są przypadki, że w „reżyserowaniu” rzeczywistości nie dorównałby im Andrzej Wajda czy nieżyjący Kazimierz Dejmek. A przecież część z nich to zwykli prostacy, często nieumiejący się wypowiedzieć w języku ojczystym. Ludzie, którzy bezczelnie kupują innych pozbawiając ich przy tym także człowieczeństwa! Ludzie, którzy traktują od lat samorządy, jak swoje dojne krowy! Z takimi będziemy walczyć kontrolując ich, aż do uzyskania dowodów win! Chcę wierzyć, że nie uda im się odpowiedzialności, ciążącej na nich, uniknąć pomimo możliwego parasola ochronnego póki, co!

Jako że niewiele się zmieniło trzeba walczyć nadal i nie ustawać w tej walce pomimo tego, że wielu członków polskiego społeczeństwa nie zasługuje na jakąkolwiek pomoc czy też troskę ze względu na brak kręgosłupa moralnego i poczucia etyki, lenistwo, totalny brak wiedzy i wyobraźni oraz całego szeregu innych niezbędnych cech!

 

Dariusz Stokwiszewski

 


Rośnie zapotrzebowanie na zabójstwa zlecene przez agentów tajnych służb

Notker Oberhäuser

Notker Oberhäuser

Sprawa Chaszodżdżiego i Skripala dowodzi, że tajne służby coraz częściej działają otwarcie, nie licząc się ze skutkami. Czy kryje się za tym ich słabość, czy może przeciwnie – nowa strategia? Eksperci są jednomyślni.

Fot. flickr

Coraz częściej mamy do czynienia z zabójstwami na zlecenie dokonywanymi przez agentów tajnych służb. Wystarczy wspomnieć o sprawie Dżamala Chaszodżdżiego i Siergieja Skripala, uprowadzeniu w biały dzień w Berlinie przez funkcjonariuszy wywiadu wietnamskiego skorumpowanego przedsiębiorcy z tego kraju szukającego schronienia w Niemczech, albo o zamordowaniu przyrodniego brata północnokoreańskiego dyktatora Kim Dżong Una. Wygląda na to, że różne państwa i ich tajne służby prowadzą swoje operacje na całym świecie nie dbając zbytnio o ich zamaskowanie i niezostawianie śladów. O ich tajności nie może już być dłużej mowy.

– „Mokra robota” ponownie ma wysoką koniunkturę – twierdzi niemiecki ekspert ds. tajnych służb Erich Schmidt-Eenboom. Ten termin pochodzi z żargonu KGB i oznacza zabójstwo na zlecenie. Schmidt-Eenboon uważa, że do zasadniczej zmiany w sposobie działania tajnych służb doszło w roku 2006, w którym były rosyjski agent Aleksander Litwinienko został otruty w Londynie izotopem polonu 210. Przez 23 dni lekarze z University College Hospital w Londynie walczyli o jego życie. Bez powodzenia. Na kilka godzin przed śmiercią Litwinienko powiedział w wywiadzie dla dziennika „The Times”: „Te sukinsyny mnie dopadły, ale wszystkich ich nie złapiecie”.

W późnych latach 90. Aleksander Litwinienko był odpowiedzialny za wewnętrzne śledztwo w sprawie praktyk korupcyjnych w Federalnej Służbie Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej (FSB), następczyni Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego (KGB). Szefem FSB był wówczas Władimir Putin. Litwinienko popadł w niełaskę przełożonych, ponieważ pozwolił sobie na krytyczną opinię, że nie robią niczego, aby zwalczyć wszechobecną korupcję. Kiedy w 1998 roku Litwinienku ujawnił plany zamordowania oligarchy Borisa Bieriezowskiego został aresztowany i umieszczony w areszcie śledczym pod zarzutem nadużycia władzy. W roku 2000 udało mu się uciec z Rosji przez Turcję do Wielkiej Brytanii, w której otrzymał azyl polityczny. Do dziś jego zamordowanie nie zostało wyjaśnione do końca, ale zdaniem Schmidta-Eenboona kryje się za nim FSB.

Aleksander Litwinienko (2006) został otruty polonem. Fot. Źródło: dw.de

Czy tajne służby działają nieprofesjonalnie?

W podobny sposób, przy użyciu trucizny, przeprowadzono na początku marca 2018 roku w Salisbury w Wielkiej Brytanii zamach na życie oficera rosyjskiego wywiadu wojskowego Siergieja Skripala i jego córki Julii. Chociaż oboje zostali ciężko zatruci, udało im się przeżyć zamach. Jego sprawcy posłużyli się substancją, która przypomina wynaleziony jeszcze w czasach ZSRR bojowy środek paralityczno-drgawkowy „nowiczok”.

Czy tajne służby zaczęły działać niedbale, czy też za ich pozorną niefrasobliwością kryje się jakaś nowa strategia? – Można rzeczywiście zauważyć, że służby wyszły z ukrycia i nie starają się upozorować dokonanych przez siebie zabójstw na np. wypadek samochodowy. Staranne maskowanie przeprowadzonych przez nie operacji jak gdyby wyszło z mody i służby coraz częściej działają z otwartą przyłbicą; przestały się kryć – konstatuje prof. Wolfgang Krieger z Uniwersytetu w Marburgu. Krieger jest wysoko cenionym ekspertem ws. międzynarodowych tajnych służb.

Sergiej Skripal z córką Julią zostali otruci nowiczokiem. Fot. Źródło: dw.de

Rosyjskie służby bezlitośnie ścigają zdrajców

Skripal pracował dla rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU, ale był także agentem brytyjskiego wywiadu zagranicznego MI6. W 2004 roku został aresztowany pod zarzutem zdrady kraju i skazany na 13 lat więzienia. Nie odsiedział wyroku do końca, ponieważ w roku 2010 został zwolniony w ramach międzynarodowej wymiany agentów. Skripal przeniósł się do Wielkiej Brytanii, w której otrzymał azyl polityczny.

Dla Kriegera sprawa Skripala w pokazowy sposób ilustruje metodę działania radzieckich i rosyjskich służb specjalnych. Zdrajca, który przeszedł na stronę wroga, nie może liczyć na ich względy. – Ściga się ich bezlitośnie począwszy od lat dwudziestych ubiegłego wieku. Różnica polega na tym, że wtedy operowano w ścisłej tajemnicy starając się upozorować zabójstwo na samobójstwo albo zwykły wypadek. W latach 20. i 30. zdarzyło się na przykład, że kilku byłych radzieckich agentów wypadło przez okno. Wyglądało to na wypadek, ale zapewne ktoś im w tym pomógł – tłumaczy prof. Krieger.

Skripala także można uznać za zdrajcę, ponieważ, jak się wydaje, po przeniesieniu się do Salisbury nie prowadził spokojnego życia emeryta tylko, jak twierdzi Schmidt-Eenboom, nadal współpracował aktywnie z brytyjskim wywiadem. Na przykład w Pradze dopomógł MI6 ujawnić czynnych agentów rosyjskich, których znał ze służby w GRU.

– W roku 2016 przebywał w Tallinie i udzielił Estończykom cennych informacji, które pomogły im ujawnić trzech agentów rosyjskich. Poinformował także hiszpańskie tajne służby o stosunkach rosyjskiej mafii działającej w tym kraju z wysokimi rangą politykami w Moskwie. W dalszym ciągu pracował zatem na rzecz zachodnich służb wywiadowczych, co jego byłym kolegom w Rosji na pewno się nie podobało – wyjaśnia Schmidt-Eenboom.

„Zdrajcą trzeba gardzić”

Aleksander Guzak, były oficer prowadzący Litwinienki, tak streszcza sposób obchodzenia się rosyjskich służb z renegatami. – Wychowałem się na sowieckich ideałach. Zdrajcą trzeba gardzić, złapać go, zastrzelić albo powiesić i nasikać na jego grób – powiedział dziennikowi New York Times.

– Do tego dochodzą historycznie napięte relacje między Rosją a Wielką Brytanią. Po zakończeniu zimnej wojny większość zachodnich wywiadów zredukowało monitorowanie ZSRR I późniejszych państw postsowieckich. Nie dotyczy to jednak Brytyjczyków – mówi Schmidt-Eenboom. – Widać to było w czasie wojny w Czeczenii, gdzie brytyjskie służby zaznaczały swoją obecność. To właśnie w Czeczenii brytyjski MI6 zwerbował wielu byłych rosyjskich agentów.

– Dodatkowych napięć między Wielką Brytanią a Rosją dostarczają rosyjscy oligarchowie, którzy chętnie osiedlają się nad Tamizą. Wielu z nich z pomocą rosyjskiego systemu dorobiło się w Rosji olbrzymich majątków i z bezpiecznego Londynu chętnie polemizują z rosyjskim prezydentem – mówi Krieger.

Dżamal Chaszodżdżi został zabity w konsulacie Arabii Saudyjskiej w Stambule. Fot. Źródło: dw.de

Sygnał do naśladowców

Przypadek saudyjskiego dziennikarza Dżamala Chaszodżdżego, zdaniem prof. Kriegera, wpisuje się w aktualny trend odstraszania od zdrady. – Chaszodżdżi wywodzi się z saudyjskiego aparatu władzy i w tym sensie także i on jest renegatem – uważa ekspert. Władze saudyjskie twierdzą, że zginął on przypadkowo w czasie kłótni i bójki w konsulacie. Tureccy śledczy podejrzewają natomiast, że został tam zamordowany z premedytacją. Przemawia za tym ich zdaniem fakt, że w tym celu do konsulatu przebył aż 15-osobowy zespół. – Typowe jest to, że jego członkiem był lekarz. Wiemy, że współczesne tortury prowadzone są zawsze pod nadzorem lekarza. Znamy to z Guantanamo albo z Abu Ghraib w Bagdadzie – mówi Schmidt-Eenboon. Z tego powodu wersję Saudyjczyjków uważa za całkowicie niewiarygodną.

Sięgając po nietypowe trucizny lub paradujący przed kamerami monitoringu tureckich służb bezpieczeństwa agenci obcych wywiadów dostarczają śledczym niemalże swoich wizytówek. Dyletanci? Michael Mueller, ekspert ds. wywiadu i autor wielu publikacji na ten temat wzrusza ramionami. – Służby nie działają w dyletancki sposób. W ten sposób wysyłają one sygnał do potencjalnych naśladowców – „możemy, będziemy, jesteśmy w stanie, i w razie czego nikt nie jest w stanie nas zatrzymać”.

 

 

REDAKCJA POLECA

 


Start misji BepiColombo. Sonda leci zbadać Merkurego

 Fabian Schmidt

Fabian Schmidt

Europejska Agencja Kosmiczna ma powody do zadowolenia. Start misji BepiColombo przebiegł pomyślnie. Lot do Merkurego potrwa ponad siedem lat.

Europejska Agencja Kosmiczna ma powody do zadowolenia. Start misji BepiColombo przebiegł pomyślnie. Lot do Merkurego potrwa ponad siedem lat.

Próbniki sondy BepiColombo: MPO i MMO. Fot. Źródło: dw.de

Sonda misji BepiColombo wystartowała w sobotą o 3:45 czasu polskiego z kosmodromu Kourou w Gujanie Francuskiej. Na orbitę wyniosła ją rakieta Ariane 5. Start przebiegł pomyślnie i już po 27 minutach lotu sonda oddzieliła się od rakiety. Po około pół godzinie przesłała pierwszy sygnał radiowy do centrum kontroli lotów Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) w Darmstadt.

Ambitna misja ESA i JAXA

BepiColombo to wspólna misja Europejskiej Agencji Kosmicznej ESA i jej japońskiego odpowiednika JAXA. Ma na celu zbadanie powierzchni, wewnętrznej struktury Merkurego i jego magnetosfery. Naukowcy mają poza tym nadzieję, że uzyskają informacje, czy w kraterach tej planety położonych po przeciwnej stronie od Słońca znajduje się lód.

Merkury, który jest najmniej zbadaną planetą Układu Słonecznego, budzi zainteresowanie naukowców ponieważ na jego powierzchni panują skrajne temperatury. Podczas długiego dnia jego powierzchnia rozgrzewa się do 430 stopni Celsjusza, a w nocy oziębia się do temperatury minus 180 stopni. Merkury praktycznie pozbawiony jest atmosfery. Planeta ma zaledwie 4 tys. 878 km średnicy, a więc jest tylko nieco większa od Księżyca.

Wcześniej w kierunku Merkurego wysłano już dwie sondy kosmiczne. W 1975 roku amerykańska misja Mariner 10 po raz pierwszy przesłała na Ziemię zdjęcia tej planety, a wlatach 2011-2015 na jej orbicie znajdowała się sonda Messenger.

Musimy uważać, żeby nie polecieć na Słońce

Lot na Merkurego to najbardziej skomplikowana misja kosmiczna ESA. Potrwa ponad siedem lat. Dopiero w 2026 roku sonda BepiColombo osiągnie swój cel. W tym czasie sonda będzie używała napędu jonowego i asyst grawitacyjnych Ziemi, Wenus i samego Merkurego. Podczas lotu sonda okrąży raz Ziemię, dwa razy Wenus i sześć razy Merkurego. Jak żartobliwie oświadczyl prezes ESA Wörner „Musimy uważać, żeby nie polecieć na Słońce, co oznacza, że przez cały czas musimy hamować sondę”.

Jeśli misja przebiegnie zgodnie z planem, to po dotarciu do Merkurego, planety położonej najbliżej Słońca, od sondy oddzielą się dwa próbniki. Pierwszy z nich, Mercury Planetar Orbiter (MPO), będzie badał powierzchnię Merkurego okrążając go na orbicie o wymiarach 400 na 1500 kilometrów, a drugi, Mercury Mahnetospheric Orbiter (MMO), wyprodukowany przez japońską agencję JAXA, wejdzie na orbitę eliptyczną wokół Merkurego i zbada jego magnetosferę. Oba próbniki będą okrążały Merkurego przez około roku i przesyłały w tym czasie wyniki pomiarów na Ziemię.

W sumie na pokładzie obu próbników znajduje się 16 różnych instrumentów pomiarowych. Zostały tak skonstruowane, żeby mogły wytrzymać skrajne wahania temperatury. Niektóre z nich są wręcz mikroskopijne. Na przykład czujnik badający promieniowanie ma wymiary dwa na trzy milimetry. Wykonano go z jednego kawałka krzemu.

Nazwa sondy pochodzi od włoskiego matematyka i inżyniera, Giuseppe (Bepi) Colombo, który wynalazł manewr asysty grawitacyjnej, bez którego niemożliwe byłyby dotychczasowe loty międzyplanetarne. Colombo pomógł NASA w ustaleniu trajektorii lotu sondy Mariner 10. Wysłany w 1973 r. Mariner 10, był do 14 stycznia 2008 roku jedynym statkiem kosmicznym, który dotarł do planety Merkury. Wykonał on pierwszy manewr asysty grawitacyjnej z pomocą Wenus.

 

REDAKCJA POLECA

 

 

 

 

 


Czy Brexit oznacza koniec tanich lotów?

Steffen Weyer

Steffen Weyer

Nieuregulowane wyjście Wielkiej Brytanii z UE boleśnie mogłyby odczuć linie lotnicze i pasażerowie. Czarny scenariusz to poważne ograniczenie ruchu między Wyspami i kontynentem. Branża szykuje się na najgorsze.

Czy Brexit oznacza koniec tanich lotów?

Fot. Źródło: dw.de

Twardy brexit jest coraz bardziej prawdopodobny i zagraża m.in. pasażerskiemu ruchowi lotniczemu między Wielką Brytanią a UE. Linie lotnicze takie jak Ryanair, Easyjet i British Airways, ale też niemieckie, choćby Tuifly i Condor już teraz starają się zadbać o to, by pod koniec marca przyszłego roku ich maszyny nie musiały zostać na ziemi. – W sytuacji niepewności politycznej musimy się przygotować na scenariusz „no-deal” – mówi szef Thomas Cook Airlines Christoph Debus.

Problem tkwi w europejskim rynku usług transportu lotniczego. Od lat 90-tych ubiegłego wieku na przykład irlandzki przewoźnik może oferować także loty na terenie Hiszpanii albo brytyjski loty z Berlina na Majorkę. Przedtem loty zagraniczne mogły świadczyć tylko towarzystwa lotnicze z krajów wylotu i przeznaczenia. Nowa swoboda umożliwiła rozwój tanich linii lotniczych i sprawiła, że ceny podróży lotniczych stały się przystępne dla wszystkich. Dzisiaj jest oczywistością, że np. irlandzki Ryanair i brytyjski Easyjet wiozą pasażerów z Niemiec nad Morze Śródziemne. Czy tak zostanie, nie wiadomo.

29. marca 2019

O ile nie dojdzie do umowy ws. brexitu, 29 marca 2019 Wielka Brytania opuści UE i wspólny rynek lotniczy. Brytyjskie linie lotnicze mogą utracić wówczas prawo do oferowania lotów na przykład z Londynu do Frankfurtu czy na Majorkę. Loty wewnątrz UE znalazłyby się poza ich zasięgiem. Chyba że politycy zdołają wypracować przejściowe rozwiązanie. Jakby nie było, od nowa muszą zostać uregulowane także zasady świadczeń oferowanych przez unijnych przewoźników do Wielkiej Brytanii.

O prawie do świadczenia usług decyduje nie tylko to, gdzie dane towarzystwo lotnicze ma swoją siedzibę, ale też do kogo należy. Unijne linie lotnicze muszą należeć w ponad 50 procentach do właściciela z UE. Dlatego brexit może też uderzyć w niemieckich przewoźników. Na przykład wakacyjna linia lotnicza Condor należy w 100 proc. do brytyjskiego biura podróży Thomas Cook. W Niemczech oferuje jednak przede wszystkim loty czarterowe biura podróży Neckermann.

Przewoźnicy mają w szufladach awaryjne plany na wypadek twardego brexitu i jak mówi szef Thomas Cook Airlines Christoph Debus: „Myślę, że nasze rozwiązania się obronią”. Ale nie ma żadnego wiążącego prawnie bezpieczeństwa. Niewykluczone więc, że koncern sprzeda większość swoich akcji zależnym spółkom. Na przykład Lufthansa i szereg innych linii lotniczych założyły fundacje, by rozwiązać prawne przeszkody związane z filiami za granicą.

Planować przyszłoroczny urlop czy lepiej odczekać?

U światowego lidera branży turystycznej TUI sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana. Według obecnego stanu rzeczy, akcjonariusze z UE byliby po brexicie w mniejszości, a loty brytyjskiej linii lotniczej Tui i niemieckiej Tuifly zagrożone. – Jeżeli nie wiadomo, co się stanie, przygotowujemy się na każdą możliwość – próbuje uspokoić akcjonariuszy i pasażerów szef TUI Fritz Joussen.

Jasne, że żaden przewoźnik i żadna firma turystyczna nie chcą dezorientować klientów. Mają oni z czystym sumieniem rezerwować loty i podróże na przyszłe wakacje na zasadzie „jakoś to będzie”. Dla linii lotniczych pasażerowie są kwestią egzystencji, można więc wychodzić z założenia, że zrobią wszystko, żeby latać dalej. Tak przynajmniej próbują uspokoić pasażerów przewoźnicy.

Chociaż niektórzy biją na alarm. I tak szef Ryanair Michael O’Leary zagroził brytyjskim akcjonariuszom, że w razie twardego brexitu ograniczy ich prawa. Dzięki temu Ryanair – taką przynajmniej nadzieję ma Dublin – nadal będzie uważany za unijnego przewoźnika. Branża ma jednak wątpliwości. – Nawet jeżeli jest odpowiedź na pytanie, kto kontroluje linię lotniczą, otwarta pozostaje kwestia własności – mówi jeden ze znawców tematu.

Tani przewoźnik Easyjet założył tymczasem spółkę-córkę w Wiedniu, która ma mu zapewnić unijne prawo do świadczenia uslug. Easyjet ma swoją siedzibę w Wielkiej Brytanii, ale w blisko jednej trzeciej należy do jego współzałożyciela, przedsiębiorcy Steliosa Haji-Ioannou i jego grecko-cypryjskiej rodziny. Trudno powiedzieć, czy Easyjet nadal będzie dzięki temu zaliczany do linii lotniczych UE.

„Byłoby szaleństwem…”

Czasu na wyjaśnienie sytuacji pozostaje niewiele. Od 2016 r., gdy Brytyjczycy opowiedzieli się za opuszczeniem Unii Europejskiej, linie lotnicze domagają się od rządu w Londynie i Brukseli bezpieczeństwa prawnego. Eksperci nie wykluczają, że w najgorszej sytuacji od końca marca część ruchu lotniczego w Europie zostanie na jakiś czas unieruchomiona. Zdaniem hamburskiego doradcy lotniczego Geralda Wissla z Airborne Consulting, byłby to fatalny scenariusz. – Byłoby szaleństwem, gdyby między UE i Wielką Brytanią nie było dłużej żadnych połączeń – stwierdza.

Zagrożone byłyby nie tylko podróże urlopowe i służbowe. Na szali ważą się losy mnóstwa miejsc pracy, nie tylko w liniach lotniczych. Brytyjczycy są na przykład uważani za ważne źródło dochodów w wakacyjnych regionach Europy Południowej. Gdyby w przyszłości mieli zostać w domu, dotkliwie mogą to odczuć zwłaszcza małe ośrodki wypoczynkowe.

Branża lotnicza ma nadzieję, że Wielka Brytania i UE mimo wszystko wyjdą z negocjacyjnego impasu i do połowy grudnia osiągną porozumienie. Pozostaną wówczas dwa lata na wypracowanie umowy o transporcie lotniczym między Wyspami a kontynentem. Ekspert Wissel jest przekonany, że przynajmniej dla usług lotniczych będzie istniało jeszcze do 2020 r. przejściowe rozwiązanie, całkowicie w duchu reguł „Open Sky” („otwartej przestrzeni powietrznej”). – Linie lotnicze mogłyby wówczas latać z UE i Wielkiej Brytynii, tak jak robią to do tej pory – podsumowuje Gerald Wissel.

 

REDAKCJA POLECA