Pornografia uzależnia. Co dziesiąty chłopiec w wieku od 14 do 16 lat ogląda ją kilka razy dziennie
W Polsce mamy realny problem z oglądaniem pornografii przez dzieci. Według badań Instytutu Profilaktyki Zintegrowanej 22% chłopców w wieku od 14 do 16 lat ogląda ją kilka razy w tygodniu, 11% – robi to, co najmniej raz dziennie. Zagrożenie uzależnieniem od pornografii jest więc u dzieci ogromne. Tymczasem kontakt z nią w młodym wieku może mieć bardzo negatywne skutki, również w dorosłości.
Łatwy dostęp
Kiedyś pornografia nie była tak powszechna, jak teraz. Dzisiaj głównie za sprawą internetu dostęp do niej jest prosty. Wystarczy kilka kliknięć i dziecko może bez problemów dotrzeć do nieodpowiednich dla siebie treści, nawet przypadkowo. Mogą się z nimi zetknąć już kilkulatki.
Duże zagrożenie
Szkodliwość oddziaływania treści pornograficznych na dzieci jest bardzo duża. Po pierwsze mowa o realnym ryzyku uzależnienia. Jest niebezpieczeństwo, że dla wielu młodych ludzi stanie się ono poważnym problemem życiowym.
Po drugie kontakty z pornografią wpływają w negatywny sposób na rozwój psychiczny, emocjonalny i społeczny dziecka. Może to skutkować tym, że wytworzy sobie ono patologiczny obraz seksu, oderwany od miłości oraz innych uczuć, i w przyszłości będzie miało trudności ze zbudowaniem zdrowego związku z drugą osobą, niejednokrotnie postrzeganą przedmiotowo. Dorośli, którzy w dzieciństwie mieli częstą styczność z pornografią, nierzadko nie radzą sobie też z własną seksualnością, ponieważ od swojego życia erotycznego oczekują tego, z czym zetknęli się w materiałach pornograficznych.
„Pornografia równie mocno uzależnia, jak narkotyki czy alkohol, a mechanizm powstawania tego uzależnienia jest dokładnie taki sam […]. Efektem może być niezdolność do zawierania i utrzymywania relacji, a w życiu zawodowym problem z motywacją czy ze skutecznym działaniem” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Izabela Karska, psycholog ze Stowarzyszenia Twoja Sprawa.
Konieczna rozmowa
Jak chronić dziecko przed pornografią? Bardzo ważne jest zabezpieczenie urządzeń mających dostęp do internetu, z których dziecko korzysta. Przede wszystkim powinniśmy jednak z nim o pornografii pomówić. Rozmawiajmy w sposób naturalny, otwarty, nie róbmy z niej tabu. Wyjaśnijmy, na czym polega zjawisko pornografii oraz jakie zagrożenia się z nią wiążą. Poza tym dajmy dziecku do zrozumienia, że przy nas może czuć się bezpiecznie i jesteśmy po to, żeby mu pomagać.
Rafał Sulikowski: Nerwica eklezjogenna: fakt kliniczny czy medialny fake?

Rafał Sulikowski
Ostatnio papież Franciszek stwierdził, że “grzechy cielesne są najlżejsze, bo ciało jest słabe, a duch mocny”. Oby jak najszybciej problem ten został poddany społecznej i kościelnej debacie, na czym obie strony - wierni i instutytucja - tylko zyskają.
Pojęcie “eklezjogennej nerwicy” zrobiło w ostatnich latach pewną karierę, choć nadal nie ma pewności, czy kryje się za nim adekwatna rzeczywistość kliniczna i czy nie jest to – jak chcą przedstawiciele różnych kościołów i instytucji religijnych, nie tylko rzymskokatolickich – element walki z religią.
Sami twórcy tego pojęcia twierdzą, że nie jest ich celem walka z religią, lecz pomoc słabszym członkom kościołów w adaptacji do stawianych przez nie wymagań moralno-poznawczych, które gdy są zbyt wygórowane mogą, choć nie zawsze, prowadzić do zaburzeń nerwicowych.
Nerwica to pojęcie z przełomu XIX/XX wieku, które już ma dobrze sformułowane definicje, doczekało się listy objawów i proponowanych terapii, a zajmowali się tym zagadnieniem najwięksi psychologowie tacy, jak Freud, Jung, a zwłaszcza Karen Horney w słynnej książce “Neurotyczna osobowość naszych czasów” z połowy XX wieku.
Wielu psychiatrów sądzi, że nerwice nie są chorobą endogenną (w przeciwieństwie na przykład do psychoz, depresji psychotycznych czy zaburzenia afektywnego dwubiegunowego), czyli nie wynikają z określonej kombinacji genetycznej, zaburzeń spowodowanych zakłóceniami w neurotransmisji w mózgu, ani nadużywaniem środków psychoaktywnych. Sądzi się powszechnie, że w nerwicach działają czynniki zewnętrzne wobec pacjenta (psychogenne, środowiskowe, osobowściowe) i że najlepszym wyjściem nie jest stosowanie leków uspokajających, które uzależniają, ale solidna psychoterapia oraz inne terapie nie-farmakologiczne.
Jako pierwsza dokładnym opisem nerwic jako takich zajęła się psychoanaliza, której twórcą był Freud, odkrywca podświadomości i kompleksu Edypa. Był zdania, że nerwica powstaje, gdy popędy (id) są zbytnio tłumione przez superego, będące strażnikiem sumienia moralnego, a w pracy “Kultura jako źródło cierpień” dowodził, iż za wiele nerwic i neuroz odpowiedzialna jest kultura, a przykłady podawane dotyczyły współczesnej mu kultury wiktoriańskiej, wyjątkowo mocno represjonującej popędy i instynkty naturalne, szczególnie o charakterze seksualnym.
Początkowo z racji wysokiej pozycji kościołów, ich potęgi i zakresu oddziaływania psycholodzy niechętnie pisali o ważnej roli wymagań moralnych w powstawaniu nerwic w kościele. Obawiając się o swoje kariery pisali ogólnie o neurotycznym modelu alienacji człowieka w uniformistycznym społeczeństwie, gdzie dominował mechanicyzm, nasilone procesy urbanizacyjne, przeprowadzki i migracje ze wsi do miast, patologie miejskie. Pisano więc o człowieku bez właściwości albo o człowieku jednowymiarowym, który staje się w technokratycznych społecznościach zachodnich anonimowym trybikiem w całej maszynerii, w biurokracji, które chłodzą stosunki międzyludzkie, pozbawiając jednostkę indywidualności, skazując ją na wykonywanie monotonnej pracy przez większość życia.
Dopiero niedawno zaczęto z jednej strony podkreślać rolę silnej wiary w Boga podczas leczenia przewlekłych chorób, a z drugiej już nie daje się ukryć fakt, że bardzo wiele osób ulega laicyzacji i sekularyzacji z powodu niemożności sprostania wygórowanym wymaganiom kościołów w obszarze zwłaszcza życia seksualnego.
Nie każdy potrafi sublimować popędy, kierować je na inne działania niż akt płciowy i nie wszyscy nadają się do celibatu, a można dowieść, że większość ludzi nie nadaje się do życia bez podejmowania naturalnych stosunków seksualnych i cierpi przez system nakazów i zakazów. Nakazy to np. seks wyłącznie po ślubie kościelnym, a wśród wielu zakazów głównym problemem wielu osób wierzących w Boga znajduje się kwestia regulacji poczęć (antykoncepcja).
Jak wiadomo, naturalne regulowanie płodności nie działa we wszystkich wypadkach, a poza tym wymaga okresowej wstrzemięźliwości, której nie wszyscy mogą sprostać. Inne zalecenia, bardzo dawniej szczegółowe, dotyczą pożądanego przebiegu aktu małżeńskiego, dozwolonej stymulacji i pozycji i wielu innych spraw z pogranicza seksuologii i teologii, które zwykle się zwalczają.
Seksuolodzy są zdania, że coraz więcej osób odchodzi od wiary instytucjonalnej albo jej praktykowania i wyrażania publicznie tylko z powodu problemów z katechizmem w tym zakresie. Zwracają uwagę na wszechobecny stres, który sprzyja masturbacji (kolejny wielki kłopot kościelny), częstszym kontaktom erotycznym, konieczność rozładowania napięcia, szczególnie po stronie mężczyzny, a także wzrastającą liczbę osób z problemami psychiatrycznymi, które również zwykle mają poważne problemy z opanowaniem naturalnych skądinąd popędów i pragnień.
Jak się wydaje, coś jest na rzeczy, o czym mówią niekiedy nie tylko seksuolodzy, ale także bardziej oczytani spowiednicy, którzy łagodniej traktują dawniej uznawane za bardzo ciężkie “grzechy cielesne” i niekiedy uznają, że winy moralnej nie ma, są tylko problemy psychologiczne. Istnieje jednak nurt powrotu do dawniej surowości wiktoriańskiej na skutek zbytniego liberalizmu rewolucji obyczajowej z lat 60. zeszłego wieku. Nie można zatem negować faktu, że istnieją przypadki rozwinięcia się nerwicy z powodu zawyżonych wymagań moralno-etycznych kościoła, którym jednostka nie potrafi, pomimo podejmowanych bardzo heroicznych starań, sprostać. Może się pojawić poczucie winy, poczucie własnej grzeszności, a niekiedy bardziej głębokie objawy, np. “wszyscy wiedzą, że się masturbuję”, które czasem przeradzają się w urojenia grzeszności, których nie leczą nawet codzienne spowiedzi przed kapłanem.
Wtedy, gdy istnieje ryzyko nerwicy eklezjogennej, bardzo trudno jest jej zapobiec, bowiem wymagałoby to oderwania pacjentów od kościoła, na co ani oni, ani on nie zechcą przystać, traktując to jako “zdradę”.
Ostatnio papież Franciszek stwierdził, że “grzechy cielesne są najlżejsze, bo ciało jest słabe, a duch mocny”. Jest to sprzeciw wobec traktowania tej sfery w kategoriach demonicznych i powrót do pradawnej tradycji celebrowania seksu jako czegoś łączącego człowieka z kosmosem i wpisującego jego życie w długi łańcuch pokoleń.
Oby jak najszybciej problem ten został poddany społecznej i kościelnej debacie, na czym obie strony – wierni i instutytucja – tylko zyskają.
Rafał Sulikowski
Dariusz Stokwiszewski: Wchodzimy w fazę totalitaryzmu, której nie powstydziłby się sam Adolf Hitler!

Dariusz Stokwiszewski
Jeśli naród i wszystkie siły polityczno – społeczne pozwolą wam na to barbarzyństwo, to będę uważać, że żyję w państwie nihilistów i tchórzy, nad którym to jeszcze więksi tchórze sprawują swoje ciemne, średniowieczne rządy
Ministerstwo Sprawiedliwości pana Ziobry planuje nowelizację kodeksu postępowania karnego w takim zakresie, że o zwolnieniu z tajemnicy adwokackiej i dziennikarskiej decydować będzie nie sąd a prokurator podległy samemu Ziobrze. Wszystko to po to, aby „usprawnić” postępowanie karne. Jednakże koniec tajemnicy zawodowej dla tych grup społecznych będzie, przedostatnim „gwoździem do trumny” nie tylko demokracji, ale także wymiaru sprawiedliwości! Pan Ziobro już przecież kiedyś „wbijał gwoździe do trumny” panu Andrzejowi Lepperowi (ale i lekarzowi), które „nomen omen” stały się wróżbą prawdziwą przynajmniej w przypadku pierwszego z wymienionych (sic!).
Panie Ziobro, jak daleko się pan jeszcze jest w stanie posunąć na drodze dewastacji państwa? Demokracja jest jego (i wymiaru sprawiedliwości) niezbywalną podstawą, czego nie raczy pan dostrzegać! Czy „diabeł dotknął pana opętaniem”, że posuwa się pan do działań „godnych” największych tyranów w historii świata tylko po to, aby się mścić, jak pana guru na ludziach i państwie?! Obaj, wraz z Jarosławem Kaczyńskim, stajecie się powoli przekleństwem naszego państwa i narodu. Tylko idiota może nie rozumieć, do czego w swej nienawiści zmierzacie. Osobiście też uważam, że jesteście bardzo groźni dla Polski i właśnie dla jej dobra powinniście natychmiast odejść!
Jeśli naród i wszystkie siły polityczno – społeczne pozwolą wam na to barbarzyństwo, to będę uważać, że żyję w państwie nihilistów i tchórzy, nad którym to jeszcze więksi tchórze sprawują swoje ciemne, średniowieczne rządy. Odejdźcie obaj, najlepiej wraz ze swoimi bezkrytycznymi sługusami i przestańcie niszczyć kraj, który „dzięki wam” stacza się po równi pochyłej! Kraj, który się rozwijał, staje przez takich jak wy obaj, i wam podobni niechcianym „bękartem Europy”!
PS. A czy księży także zwolnicie z tajemnicy spowiedzi panowie Ziobro i Kaczyński?!
To, co tu napisałem, chętnie powiem wam obu w oczy, jeśli będziecie mieć odwagę na to, aby dać mi do tego sposobność. Posłużę się powiedzeniem użytym wcześniej przez kogoś innego, ale znanym mi, jako byłemu żołnierzowi! Według mnie nie macie zdolności honorowych, aby mi „stanąć do oczu” i nie tłumaczcie tego tym, że wy jesteście kimś, a ja szarym człowiekiem! Ze wam nie wypada! Nie macie tyle odwagi cywilnej, ot i cała prawda. Widziałem wasze tchórzliwe zachowania wielokrotnie. Widziałem i słyszałem pana niemal skowyt o to, aby Kaczyński pana przygarnął po pana volcie ponownie! Jedyne, co możecie to poprosić waszego trzeciego „bohatera” (który darł się na miesięcznicach ubliżając innym osobom), o to, by przysłał po mnie waszą milicję! To jednak też mnie nie przestraszy! Za niszczenie Polski odpowiecie kiedyś przed trybunałami i narodem!
Dariusz Stokwiszewski
Morawiecki będzie musiał przeprosić za wypowiedź, że za PO nie było dróg i mostów
Sąd Apelacyjny zdecydował dziś, że Mateusz Morawiecki będzie musiał przeprosić za swoją wypowiedź, która padła podczas spotkania z mieszkańcami Świebodzina, że „w ciągu jednego do półtora roku wydawana jest przez nas większa suma na drogi lokalne, niż za czasów koalicji Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego w ciągu ośmiu lat”
Sędzia Paulina Asłanowicz, sędzia Sądu Apelacyjnego poinformowała, że Mateusz Morawiecki ma opublikować w ciągu 48 godzin przed głównymi wydaniami programów „Wiadomości” i „Fakty” w TVP Info i TVN, po blokach reklamowych oświadczenia poprzez jego odczytanie oraz jednoczesne wyświetlenie planszy z tekstem wypełniającym cały ekran.
Treść tego oświadczenia ma brzmieć:
„nieprawdziwe są informacje podane przeze mnie w dniu 15 września 2018 r. podczas wiecu wyborczego komitetu wyborczego Prawo i Sprawiedliwość w Świebodzinie, że w ciągu jednego do półtora roku wydawana jest przez nas większa suma na drogi lokalne, niż za czasów koalicji PO i PSL w ciągu ośmiu lat. Mateusz Morawiecki, premier rządu Rzeczpospolitej Polskiej”.
Razem z odczytanym oświadczeniem ma być też wyświetlona plansza z jego treścią – informuje TVN24.
Od postanowienia sądu apelacyjnego nie przysługuje skarga kasacyjna i podlega ono natychmiastowego wykonaniu.
Nie było ani dróg, ani mostów
We wtorek 18 września PO złożyła pozew w trybie wyborczym za wypowiedź Morawieckiego, która padła z jego ust podczas spotkania w sobotę 15 września z mieszkańcami Świebodzina, że „w ciągu jednego do półtora roku wydawana jest przez nas większa suma na drogi lokalne, niż za czasów koalicji Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego w ciągu ośmiu lat”
– Pamiętacie, jak nasi poprzednicy mówili, że: budujmy nie politykę, tylko drogi i mosty. Prawda, pamiętacie coś takiego. Nie było ani dróg, ani mostów. – mówił Morawiecki.
– Kłamstwa, którymi operuje nie tylko premier Morawiecki, wszyscy politycy PiS zaangażowani w tę kampanię, przekraczają nie tylko granice dobrego smaku i przyzwoitości, ale deformują rzeczywistość i historię – ocenił w poniedziałek szef PO Grzegorz Schetyna. – Dlatego, analizowaliśmy z prawnikami te słowa i to kłamstwo, którego użył w swojej wypowiedzi premier Morawiecki, mówiąc, że nie było dróg i mostów za czasów poprzedników, więc mówię bardzo wyraźnie: składamy pozew w trybie wyborczym. Jutro to zrobimy. Będziemy żądać przeproszenia, sprostowania, tych kłamstw, a także gratyfikacji finansowej na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. – oświadczył.
W poniedziałek Sąd Okręgowy w Warszawie oddalił wniosek PO przeciwko Mateuszowi Morawieckiemu. W środę Sąd Apelacyjny zaskarżył wyrok Sądu Okręgowego i nakazał, że premier ma opublikować w ciągu 48 godzin informaję, że jego wypowiedź była nieprawdziwa
(df) thefad.pl / Źródło: TVN24
Deportowana z Polski Ludmiła Kozłowska przemawiała w PE: władze PiS zaczęły przyjmować wzorce postsowieckie

Tomasz Bielecki
Szefowa fundacji „Otwarty Dialog”, którą Warszawa wciągnęła na listę osób zakazanych w Schengen, zarzuciła polskim władzom wprowadzanie standardów postsowieckich.
Ludmiła Kozłowska przemawiała w środę (26.09.2018) na posiedzeniu klubu liberałów w europarlamencie. Szefowa fundacji „Otwarty Dialog”, którą Warszawa wciągnęła na listę osób zakazanych w Schengen, zarzuciła polskim władzom wprowadzanie standardów postsowieckich.
Fundacja „Otwarty Dialog” zajmuje się obroną praw człowieka w krajach postsowieckich, ale już w 2017 r. stała się wrogiem mediów prorządowych w Polsce, gdy Bartosz Kramek (przewodniczący rady fundacji, a prywatnie mąż Kozłowskiej) opublikował w mediach społecznościowych tekst wzywający do nieposłuszeństwa obywatelskiego wobec władz Polski.
Kozłowska ma tylko ukraińskie obywatelstwo i gdy w sierpniu przyleciała z Kijowa do Brukseli, została zatrzymana na lotnisku i potem wydalona na Ukrainę. Dowiedziała się, że Polska umieściła w schengeńskiej bazie SIS żądanie, by nie wpuszczać jej do strefy Schengen. Polskie służby zdawkowo wyjaśniły, że chodzi o „poważne wątpliwości dotyczące finansowania „Otwartego Dialogu”.
Zaproszenie od Verhofstadta i Harms
Pomimo polskiego wpisu do bazy SIS Kozłowska już w połowie września br. wystąpiła w Bundestagu na konferencji o prawach człowieka w Polsce i na Węgrzech, Niemcy wówczas – co spotkało się z protestami Warszawy – udzieliły jej dwutygodniowej wizy krajowej uprawniającej do jednokrotnego wjazdu i pobytu na terenie Niemiec. Wczoraj Kozłowska przyleciała do Belgii dzięki belgijskiej wizie krajowej – ważnej do końca listopada i uprawniającej do wielokrotnego przekraczania granicy. Wprawdzie Wielka Brytania nie należy do strefy Schengen, ale Brytyjczycy już potwierdzili, że długoterminowa brytyjska wiza Kozłowskiej pozostaje ważna pomimo polskich zastrzeżeń z bazy SIS.
Kozłowską, wraz z Bartoszem Kramkiem, do Parlamentu Europejskiego zaprosił szef klubu liberałów i były belgijski premier Guy Verhofstadt oraz niemiecka zielona Rebecca Harms, od wielu lat mocno zaangażowana w sprawy Ukrainy.
Ludmiła Kozłowska w Parlamencie Europejskim w Brukseli. pic.twitter.com/KcxUaNpA2P
— Tomasz Bielecki (@TomaszBielecki) September 26, 2018
– Zajmowaliśmy się obroną praw obywatelskich w krajach postsowieckich, dla których Polska mogła być przykładem rozwoju demokracji. Ale przyszedł czas, gdy władze PiS zaczęły przyjmować wzorce postsowieckie – powiedziała Kozłowska na posiedzeniu klubu liberałów, nawiązując m.in. do postępowań wobec Obywateli RP w związku z ich udziałem w demonstracjach.
Czy Kozłowska jest bezpieczna na Ukrainie
– Dzięki europosłom jestem teraz w Brukseli. Ale mam nadzieję, że nastąpi dzień, kiedy będę mogła wrócić do domu, do Polski – powiedziała Kozłowska tuż przed swoim wystąpieniem w europarlamencie.
Rebecca Harms zwróciła uwagę, że decyzja Polski w sprawie wydalenia Kozłowskiej już ośmieliła przeciwników „Otwartego Dialogu” w krajach postsowieckich (w mołdawskim parlamencie zawiązano nawet grupę do badania „szkodliwych działań fundacji”). – Boję się, że pojawią się naciski z Azerbejdżanu, Kazachstanu, Mołdawii na Kijów, by przeprowadzić ekstradycję Kozłowskiej do jednego z tych krajów, gdzie podpadła władzom z powodu obrony praw obywatelskich przez „Otwarty Dialog”. Dlatego wzywam instytucje UE, by jak najpilniej rozwiązały problem żony obywatela UE i jej pobytu w Unii – powiedziała Harms.
Jak pomóc Kozłowskiej
Podczas debaty w klubie liberałów wzywano do reformy systemu Schengen. – System SIS stworzono do zarządzania swobodą przepływu ludzi w ramach Unii, a w tym przypadku stał się narzędziem opresji wobec oponentów politycznych – powiedział Verhofstadt.
Holenderska liberałka Sophie in’t Veld uznała za niedopuszczalny zakaz wjazdu dla żony obywatela UE bez klarownego wyjaśnianie przyczyn i jasnej drogi odwoławczej. – Nasze pierwsze zadanie to pomóc Ludmile Kozłowskiej. Ale zaraz potem musimy przyjrzeć się zasadom systemu SIS – wezwała In’t Veld. Przekonywała, że erozja praworządności, czego ofiarą padła Kozłowska, to nie jest kwestiach podziału na linii dobry zachód-zły wschód. – PiS jest popierany przez cały klub konserwatystów w europarlamencie, gdzie są przecież partie z całej Unii – powiedziała In’t Veld.
Europosłowie nie przedstawili prostego pomysłu, jak odwrócić decyzje Polski co do zakazu wjazdu Kozłowskiej. Belgijski europoseł Gérard Deprez tłumaczył, że niewpuszczenie Kozłowskiej do Belgii w sierpniu łamało unijne i belgijskie prawo, bo zakaz wjazdu dla najbliższej rodziny do UE może być usprawiedliwiony wyłącznie „bezpośrednim zagrożeniem dla bezpieczeństwa”, które reprezentuje dana osoba. Z kolei Rebecca Harms poinformowała dziennikarzy, że wciąż czeka na odpowiedź Komisji Europejskiej na prośbę o radę, jak pomóc Kozłowskiej.
Polski MSZ wezwał dziś belgijską ambasador w Warszawie, by „wyrazić zaniepokojenie” z powodu wjazdu Kozłowskiej do Belgii.
REDAKCJA POLECA
Rafał Sulikowski: Inna od innych. Postać świętej Faustyny Kowalskiej a zdrowie psychiczne

Rafał Sulikowski
Stosując metodę “kija i marchewki”, Kościół będzie dalej promował różne przeważnie fałszywe objawienia i cuda, aż może ktoś to przerwie i powie nam, jaka jest prawda w tym zakresie. Ale to już w innym czasie...
Tekst ten pozostanie niezrozumiany bez kilku słów pro domo mea: postać tej świętej Kościoła katolickiego wtargnęła w moje życie jakieś ćwierć wieku temu, gdy byłem w połowie liceum. Był to okres burzy i naporu, szukania miejsca w świecie, w czym – miałem nadzieję – pomoże mi pisany przez nią słynny już na całym niemal świecie „Dzienniczek”, ni to pamiętnik, ni dziennik intymny.
Kupiłem i zacząłem czytać…i nie mogłem wówczas przestać. Jednak nie było to czytanie linearne, od deski do deski, lecz czytanie co bardziej niezwykłych fragmentów, głównie domniemanych “objawień i cudów”, które święta ta miała w swym przedwcześnie zakończonym życiu czynić. Mamy tam więc i uciszenie modlitwą burzy i objawienia głównie Jezusa i kilku świętych katolickich, mamy wizję obrazu miłosierdzia, mamy wszystko.
Jak powiedział wybitny literaturoznawca Przemek Czapliński, lepiej czytać jedną książkę na wiele sposobów, niż wiele książek na jeden sposób. Odstawiłem więc nudne przeważnie lektury licealne i pogrążyłem się dosłownie w treści owego pamiętnika. Miałem nadzieję, że pomoże mi pokonać silną młodzieńczą depresję, jaką wówczas przeżywałem.
Mijały lata, a ja miotałem się między wizją miłosierdzia boskiego, które ogarnie wszystkich ludzi z całej historii świata a piekielnymi wizjami, których zakonnica ta światu nie oszczędziła.
Do dziś pewny nie jestem, czy spisane wizje, natchnienia i objawienia wraz ze sporą dawką cudów i fantazji, miały rzeczywiście źródło nadprzyrodzone czy wynikały z choroby umysłowej.
Najpierw jednak garść informacji biograficznych: przyszła święta przyszła na świat w 1905, roku niespokojnym z powodu zbliżających się przewrotów i rewolucji.
Pochodziła z tradycyjnej, biednej, ale wielodzietnej rodziny z centralnej Polski. Ojciec był bardzo surowy, co jest zgodne z ówczesną figurą niedostępnego, surowego ojca i miłosiernej matki. Stało się to w pobożności polskiej niemal archetypem. Ojciec był zabobonnie religijny i rano wyśpiewywał godzinki budząc za wcześnie domowników.
Rodzina była wiejska, rolnicza, w której nie czytało się nie tylko prasy i książek, ale nawet pisma świętego, które było wtedy w każdym domu.
Helenka była bardzo wrażliwa na krzywdę i cierpienie ludzkie. Od 7 roku życia poczuła dzięki rzekomej wizji i “głosowi wewnętrznemu” powołanie, jednak dziesięć lat później rodzice nie pozwolili jej zrealizować powołanie, więc zrobiła to im na przekór. Miała pewnie pozostać na roli i pomagać do końca życia rodzicom, co było wtedy częste. Po wielu trudach wstąpiła jednak do zakonu w wieku 20 lat. Przeżyła w nim trzynaście bogatych w przeżycia wewnętrzne lat i zmarła w 1938 roku na gruźlicę, której prawdopodobnie nabawiła się w chłodnych celach klasztornych.
W 2000 roku papież kanonizował ją w Rzymie i odtąd odbiera kult, a dzieła miłosierdzia rozchodzą się na cały świat.
Centralną wizją jest objawienie z 22 lutego 1931 roku w klasztorze w Płocku, gdzie miał się pokazać jej sam Chrystus i polecić namalowanie obrazu miłosierdzia, który kojarzą ludzie nie tylko z kręgów katolickich. I wszystko byłoby super, gdyby…
…gdyby nie kilka smutnych faktów.
Czytając Dzienniczek mam wrażenie rozdwojenia – z jednej strony przekaz jest bardzo nowoczesny, jasny i pozytywny, dotyczy nieskończonego miłosierdzia boskiego, które pragnie zbawić wszystkich ludzi, z drugiej – opisy ataków szatańskich i wizja piekła oraz czyśćca niejako znosi i unieważnia ów ciepły przekaz, jaki notabene Kościołowi ówczesnemu był bardzo potrzebny.
Kościół przez całe średniowiecze straszył ludzi wizjami kary pośmiertnej, a gdy od czasu Reformacji zaczął tracić wiernych, zmuszony był zmienić nieco prowadzoną narrację i budować bardziej pozytywne narracje, z czym mamy do dziś do czynienia, zwłaszcza za obecnego papieża-miłosierdzia.
Niestety, czytając te wszystkie opisy objawień i cudów, mam wrażenie, że święta nie tyle kłamie (przeczy temu jej idealistyczne rozumiana uczciwość), co się myli.
W czym?
Jeśli owa wizja Jezusa z 1931 roku nie jest prawdziwa, a wiele wskazuje na to, że jednak niestety nie jest, to całe nauczanie o Bogu i zmartwychwstaniu jest błędne.
Dlaczego?
Bo trudno w XXI wieku uwierzyć, że w XX wieku nieznanej zakonnicy, jednej z tysięcy w Polsce, objawia się ktoś, kto żył dwa tysiące wcześniej i o kim się mówi, że żyje i króluje. Cóż, nasuwa się też wątpliwość, że wszystkie te objawienia i cuda to praca bardziej wyobraźni, iście romantycznej, niż kwestia prawdy objawionej.
Początkowo brałem na dobrą monetę wszystko, co spisała. Wątpliwości zaczęły się od analizy profesora Strojnowskiego, lubelskiego psychiatry, który na potrzeby beatyfikacji zrobił psychogram świętej, stawiając diagnozę ciężkiej cyklofrenii i negując autentyczność objawień płockich i kolejnych.
Profesor jako przyczynę tej choroby podaje ciężkie dzieciństwo (Helenka pracowała na roli od 4 roku życia, nie mogąc ukończyć nawet szkoły podstawowej), atmosferę w klasztorze, ogólną linię nauczania Kościoła wówczas, a także powikłania związane z gruźlicą, w której przebiegu można mieć nawet omamy i halucynacje. Gdyby podać zakonnicy leki przeciw halucynacjom (wynalezione dopiero po jej śmierci), znikłyby rzekome objawienia, ale “czy takie leczenie nie miałoby sensu”, bo “kim byłaby wówczas zakonnica, jedna z tysięcy na całym świecie?” – kończy retorycznie psychiatra.
No właśnie. I tu rozpoczynamy naszą drogę do prawdy o życiu świętej Faustyny Kowalskiej.
Dzienniczek Faustyny pisała ona na polecenie nie tylko spowiedników i kierowników duchowych, ale na polecenie – jak twierdzi – samego Boga. Trudno mi jakoś w to uwierzyć, że Bóg nic innego nie robi, tylko mówi, co kto ma w życiu robić. To wiedzie nas w stronę rozważań o wolnej woli: święta dosłownie żyła w konflikcie z wolą rodziców (zakaz wstąpienia do klasztoru), wolą Bożą i diabelską, a wolą własną.
Czytając domniemane rozmowy jej z Jezusem, który miał się ukazywać nawet codziennie po kilka razy, mam wrażenie niepokoju. Oto zakonnica szuka we wszystkim “tylko woli Bożej”. Z psychodynamicznego punktu widzenia ego musi wyrażać jakoś to, czego chce, co pragnie i jakie ma cele. Jej celem była “tylko świętość”, rozumiana jako głównie wyrzeczenie się wszelkich przyjemności życiowych, oczywiście z seksem w roli głównej. Jednak to nie wystarczało – idealizm i perfecjonizm mają to do siebie, że uzależniają, więc zwykła gorliwość przeradzała się w okresową nadgorliwość, stałe poczucie bycia kontrolowaną (“nawet moje łóżko sprawdzali”), ustawiczne przekonywanie siebie, że “nie jestem dość dobrą zakonnicą” i odmawianie sobie wszystkiego. Cóż, nie ona pierwsza i nie ostatnia, Kościół bardzo lubi takich pokornych, skromnych i posłusznych wiernych.
Faustyna żyła w ciągłym napięciu i stresie – wczesne pobudki rano o 6, codziennie msze święte, modlitwy, rekolekcje i czasami spacery, których sobie odmawiała rzekomo na polecenie Jezusa. Widocznie nawet wolny czas był jej surowo zabroniony. Kiedy tańczyła na zabawie, jeszcze przed klasztorem, ukazał się Jezus, czyniąc jej poważne wyrzuty sumienia i pytając “dokąd mnie zwodzić będziesz”? Poczucie winy, ukształtowane w dzieciństwie, nie opuszczało jej nigdy – stale musiała uważać, żeby nawet myślą nie zgrzeszyć i spowiadać się dosłownie ze wszystkiego.
Faustyna była często przenoszona z domu zakonnego do innych domów, prawdopodobnie z powodu niepokoju, jaki wnosiła w regularne życie sióstr – stale Jezus kazał jej coś polecić matkom przełożonym, groził, że “odejdzie z tego domu”, żądał absolutnego wyrzeczenia się siebie, co nie tylko nie jest zgodne z wiedzą z psychologii (wyrzeczenie ego to tak jak samobójstwo), ale nawet z nauczaniem jej własnego Kościoła. Czy te objawienia są prawdziwe? Psychologowie badali świętą, ale prawdopodobnie ze strachu przed Kościołem pisali orzeczenia, że “nie jest chora nerwowo”.
Wartość ówczesnych “badań” psychologicznych nie jest wielka – psychologia się dopiero rodziła w bólach (nie mówiąc o psychiatrii) i bardzo nie chciała walczyć z wizją katolicką. Dziś pewnie Faustynę skierowano by na specjalistyczne leczenie, a zastosowane leki usunęłyby większość urojeń i omamów, natomiast terapia grupowa nauczyłaby ją, że stałe skupianie się na sobie, na własnej “duszy” jest szkodliwe, bo nie jest ona pępkiem świata.
Bardzo trudno stawiać diagnozy dawnym świętym, za mało mamy danych. Dlatego, mimo iż czuję, że zakonnica jednak była chora, to powstrzymam się od diagnozy. Pragnę tylko podkreślić, że przed wstąpieniem do klasztoru nie przejawiała jeszcze żadnych objawów, dopiero niezastosowanie się do woli rodziców wywołało olbrzymi konflikt wewnętrzny, którego węzłem była stawka o to, czyją wolę powinna spełniać w życiu.
Wyrzekając się siebie samej i wszystkiego, zniszczyła pod wpływem zakonu swoje życie, i niestety, memy te przekazuje do dziś rozpowszechniany “Dzienniczek”, który jest napisany świetnym stylem, zdradzającym niewątpliwe talenty literackie, zaprzepaszczone w klasztorze.
Taki los spotykał jednak więcej młodych kobiet, które nie mając szans na założenie rodziny i dobrą pracę, uciekały do klasztorów. Jednak cena za wyrzeczenie się siebie i zdradę swojego prawdziwego “ja” jest wysoka, z myślami samobójczymi włącznie (jak wynika z pewnych fragmentów dzienniczka).
To, że Faustyna przypomniała zapomniane dawno w Kościele miłosierdzie, jest pozytywne, mimo że oddała za nie życie i to dosłownie. Jednak tę pozytywność znosi jednoczesna, podtekstowa wizja piekieł i kar, jakie mają spadać i kiedyś ostatecznie spaść na “grzeszników”.
To, co napisała pozytywnego nie ma żadnej mocy, bo przeczy temu owa negatywna strona tego dzieła literatury. Gdyby nie to rozdwojenie jaźni, pewnie nie czulibyśmy tego niepokoju czytając jej pisma, ani tego nieokreślonego strachu, jaki pojawia się zawsze, gdy wstępujemy do kaplicy w Łagiewnikach, gdzie zakonnica zmarła zaledwie w wieku 33 lat.
Prawdę o tym, czy były to objawienia, czy raczej objawy, zabrała ze sobą do grobu. I pewnie tak musi być, aby przetrwała ciągłość tego nabożeństwa, którego zadaniem jest trochę spuścić z tonu, a zarazem nie pozwolić odejść nikomu od wiary religijnej.
Stosując metodę “kija i marchewki”, Kościół będzie dalej promował różne przeważnie fałszywe objawienia i cuda, aż może ktoś to przerwie i powie nam, jaka jest prawda w tym zakresie. Ale to już w innym czasie…
Rafał Sulikowski
Rafał Sulikowski: Pranie umysłów. Upadek edukacji w Polsce a mentalność polska

Rafał Sulikowski
Im słabsze umysły, tym łatwiej je złowić. Całe pranie mózgów opiera się na strachu - i im jest bardziej uogólniony, tym lepiej.
Istnieją sposoby już nie tylko manipulowania opinią publiczną, sterowania nastrojami społecznymi, ale techniki zdalnego i masowego „prania umysłów”. Nie rzucam słów na wiatr. Udowodnię, że żyjemy obecnie w systemie, którego istotą jest „pranie mózgów”.
I nie trzeba żadnych spisków ani hipotetycznej broni HAARP. Wystarczy władza plus multimedia, a także upolitycznienie ośrodków uniwersyteckich, które miały być zgodnie ze swoją naturą ośrodkami wolnej myśli i nieskrępowanego prawa do badań całej dostępnej poznaniu rzeczywistości. Nie trzeba wiele, aby to zrozumieć – upadek nauki, stale niedofinansowanej oraz autorytetów naukowych, obrażanych jako “wykształciuchy” prowadzi do regresu cały naród.
Zacznijmy jednak od początku, czyli od dawnych dziejów.
Zanim powstały wolne, elitarne początkowo uniwersytety, jak np. UJ w 1364 roku (odnowiony w 1400), praktycznie naukę w ścisłym znaczeniu przechowali Arabowie, przynosząc światu europejskiemu wygnanego z filozofii jako “poganina” Arystotelesa i jego metodologię badania naukowego, opozycyjną wobec systemu platońskiego.
Praktycznie przed powołaniem w XIV wieku europejskich akademii, nie istniała edukacja nawet na poziomie podstawowym. A nawet uczelnie, powstające wtedy bardzo szybko (także w środowisku arian w Rakowie, później wygnanych z kraju), praktycznie dedykowane były wyłącznie przedstawicielom klas wyższych, czyli synów arystokratów. Nie muszę dodawać, że kobietom w ogóle nie wolno było się uczyć i taki stan rzeczy trwał aż do…XIX wieku.
Prawdziwa nauka w Europie rozpoczęła się dopiero po eksplozji humanizmu i renesansu, który w miejsce światopoglądu teocentrycznego (Bóg w centrum uwagi) wprowadził zdrowy antropocentryzm – od XVI wieku „człowiek stał się miarą wszechrzeczy”.
Potem na fali sukcesów wczesnej nowożytności w XVII wieku (wynalezienie teleskopu, mikroskopu, odkrycie w medycynie krążenia przez Harveya) pojawiły się pierwsze próby oderwania filozofii od teologii, by w XVIII wieku doszło do ich całkowitej separacji. Nadal jednak nad wszystkim “czuwał” Kościół, który zasłynął skazaniem w 1600 roku kosmologa Giordano Bruno na śmierć (wyrok wykonano), zastraszeniem Galileusza, próbą “utemperowania” autora teorii heliocentrycznej i jego następców, czy wreszcie – walką z rodzącymi się w XIX wieku oddolnymi ruchami socjalistycznymi i rzecz jasna z teorią ewolucji, z którą ma kłopot po dziś dzień.
Nawet rewolucja obyczajowa nie zmieniła wiele w nauczaniu kościelnym, które od czasów encykliki “Humanae vitae” Pawła VI i prac Jana Pawła II stało się jeszcze bardziej drobiazgowe, nadmiernie szczegółowe i restrykcyjne.
Upadek wolnej, niezależnej od jakiejkolwiek religii nauki jest w Polsce i wielu krajach na świecie faktem. Oficjalnie Kościół i nauka tolerują się wzajemnie, nie wchodząc sobie w drogę, bo teologowie, próbując ratować ostatnie szańce wiary wymyślili mało przekonującą teorię NOMA – czyli “nienakładających się na siebie magisteriów”.
Nauka ma badać autonomiczny świat, nie wypowiadając się na tematy teologiczne, a teologia rezerwuje sobie tematy moralne czy eksplorację hipotetycznych “zaświatów”. Niestety, nauka również ociera się o tereny teologii, bo nie może uciec od pytania o pochodzenie kosmosu, a jest to ta sama rzeczywistość, którą bada teologia. Inaczej mówiąc albo prawdziwa jest naukowa, albo teologiczna wizja kosmosu. Trzeciej drogi wyjaśnienia nie ma.
To jednak są kłopoty drugorzędne wobec upadku świeckiej i neutralnej światopoglądowo nauki i edukacji, coraz bardziej cenzurowanej.
W Kanadzie walka między wyznawcami kreacjonizmu i teorii ewolucji z drugiej strony przybrała swego czasu komiczne formy z zabranianiem nauczania ewolucjonizmu w szkołach włącznie. Przedstawiciele kreacjonizmu uparli się, że teoria ewolucji “odbiera sens i nadzieję”, co jest taką samą brednią, jak to, że świat powstał 6 tysięcy lat temu, ale nic nie jest w stanie przemówić do rozpalonych prymitywnym kaznodziejstwem kreacjonistów. Tylko ich “wizja” świata ma rzekomo “przynosić pocieszenie” i ratować sens istnienia, co jednak nie przeszkadza im w odbieraniu nadziei ludziom niewierzącym na zbawienie, no bo przecież “ateizm to grzech ciężki”.
Widać dziś wszędzie, jak nauki, zwłaszcza przyrodnicze służą walce ideologicznej, politycznej i kulturowej w Polsce. Na fali teorii spiskowych snuje się kompletne spekulacje i brednie, na czym zarabiają autorzy i kanały je promujące.
Ideologiczny spór o metodę in vitro to w istocie walka światopoglądowa, w której przeciwnicy używają Pisma świętego, jak chcą, wyrywając z kontekstu różne sentencje plemienne, podobnie jak to się dzieje przy okazji orientacji seksualnych.
Jaki byłby najlepszy przepis na wypranie ludziom umysłów?
Trzeba zacząć wcześnie, najwcześniej jak się da. Najlepiej we wczesnym dzieciństwie, im wcześniej, tym lepiej. Trzeba wziąć 5-cio letnie dzieci, zebrać je razem w salce katechetycznej, albo szkolnej i zacząć działać. Dzieci w tym wieku wierzą nie tylko w Mikołaja – one w tym wieku wierzą we wszystko, z elfami włącznie. Pewnie uwierzyłyby też w latającego potwora spaghetti.
Należy zdążyć z wypraniem mózgów dzieci przed wiekiem, w którym zaczynają używać własnego, autonomicznego rozumu, czyli przed 11 rokiem życia.
Najpierw solidnie przygotować – wystraszyć groźnym “ojcem niebiańskim”, którego czujnemu oku w trójkącie nic nie umknie. Ten Wielki Ojciec przede wszystkim podgląda i podsłuchuje wszystkich, bo ma niezwykłe zdolności. Dzieci trzeba więc uczulić, że “jeśli będą niegrzeczne, to przyjdzie diabeł i porwie je wszystkie w worku do piekła, gdzie już czekają inne niegrzeczne dzieci”.
W tym wieku bardzo łatwo o skuteczny efekt – dzieci solidnie wystraszone, zwłaszcza przed I Komunią, są już zaszczepione wirusem religii, obojętne której. Kiedy dzieci już wiedzą, że należy bać się “Bozi”, która będzie zła na nie (solidny szantaż emocjonalny), to reszty dokona już ambona, książki zbójeckie i oficjum kościelne.
Im słabsze umysły, tym łatwiej je złowić. Zawsze pośród grupy dzieciaków znajdzie się szczególnie wrażliwe dziecko, które nigdy od religii się nie uwolni i trafi pod opiekę psychiatrów. Wtedy jednak jest już “po ptokach” – można takiemu trochę pomóc, ale nigdy nie porzuci wiary religijnej, bo wiąże je lęk i zabobonny strach. Całe pranie mózgów opiera się na strachu – i im jest bardziej uogólniony, tym lepiej.
Przewrotność tego procesu polega na rzekomej “trosce” religii i jej ludzi o “wieczne zbawienie” duszy, której istnienia notabene nikt nigdy nie udowodnił. Mało tego – wszak nie ma nawet dowodu na istnienie Boga, ale wiara w ogniste piekło pod to nie podpada. Dlaczego? Bo w okresie prelogicznym działają silne emocje, z którymi jak wiadomo się nie dyskutuje. Im bardziej “uczucia religijne” dominują, tym łatwiej na nich zbudować całą strategię pozyskiwania kolejnych “wiernych”. Wiernych komu? Bo na pewno nie drugiemu człowiekowi.
Upadek nauki i edukacji, coraz bardziej dominowanej przez różne nurty religii, staje się ponurym faktem. Ze strachu na wszelki wypadek nauka pozostawia kawałek tortu rzeczywistości kapłanom. I póki będzie rządził nią strach – póty jej misja uwalniania umysłów na drodze prawdziwej prawdy będzie stać w miejscu.
Rafał Sulikowski
Komisja Europejska zdecydowała o zaskarżeniu Polski do Trybunału Sprawiedliwości UE
Komisja Europejska zdecydowała o zaskarżeniu Polski do Trybunału Sprawiedliwości UE w związku z ustawą o Sądzie Najwyższym. Prosi TSUE o jak najszybsze zamrożenie przepisów o SN określających zasady przechodzenia sędziów tego sądu w stan spoczynku.
Skarga do Trybunału Sprawiedliwości UE (TSUE) dotyczy zapisów o obniżeniu wieku emerytalnego sędziów Sądu Najwyższego z 70 do 65 lat, co skraca mandat 27 sędziów oraz przerywa kadencję I prezes SN Małgorzaty Gersdorf, choć z konstytucji wynika, że powinna trwać do 2020 r.
Skarga jest połączona z prośbą o rozpatrzenie jej w trybie przyspieszonym oraz – co najważniejsze – z wnioskiem do TSUE o nałożenie na Polskę środka tymczasowego, czyli o jak najszybsze zawieszenie stosowania przepisów określających zasady przechodzenia sędziów Sądu Najwyższego w stan spoczynku. W sprawie wycinki Białowieży TSUE nałożył taki środek już sześć dni od wpłynięcia wniosku od Komisji Europejskiej. – W sprawie Sądu Najwyższego prace nad dokumentami są ukończone. Nie mogę powiedzieć, kiedy to nastąpi, formalny wniosek do TSUE zostanie jednak wysłany bardzo szybko – powiedziała w poniedziałek rzeczniczka Komisji Mina Andreeva.
Przepisy określające zasady przechodzenia sędziów SN w stan spoczynku zawiesił już wcześniej Sąd Najwyższy w ramach procedury zapytania prejudycjalnego do TSUE, jednak polskie władze nie respektują tej decyzji. Dzisiaj potwierdzono, że TSUE rozpatrzy pytania Sądu Najwyższego w trybie przyspieszonym.
Rozmowy Juncker-Morawiecki
Komisarze UE podjęli decyzję w ramach „procedury pisemnej” – po zielonym świetle od szefa Komisji Europejskiej Jeana-Claude’a Junckera oraz jego zastępcy Fransa Timmermansa reszta komisarzy miała określony czas na zgłoszenie ewentualnego sprzeciwu (ale takiego nie było). Timmermans zaproponował tę skargę na posiedzeniu Komisji Europejskiej już w ostatnią środę, decyzja została jednak wstrzymana przez Junckera. – Zrobisz to, kiedy będzie trzeba. Jednak nie dzisiaj – miał zwrócić się Juncker do Timmermansa w obecności reszty komisarzy UE. Wówczas prawdopodobnie chodziło o negocjacje ostatniej szansy Junckera z premierem Mateuszem Morawieckim.
W piątek (21.09.2018) portal Onet napisał, że w środę Morawiecki podczas spotkania z pierwszą prezes SN Małgorzatą Gersdorf (tuż potem dzwonił do Junckera) miał sondować jej gotowość do kompromisu pozwalającego na dokończenie jej kadencji w 2020 r. oraz pozostanie w SN sędziów wypychanych na emeryturę na mocy obecnej PiS-owskiej ustawy o SN.
Decyzja o skardze oznacza, że Komisja Europejska uznała ostatnie kompromisowe sygnały od Morawieckiego za niewiarygodne. – Pytanie, czy to był od początku blef. Czy Morawiecki najpierw powiedział coś Junckerowi, a dopiero potem, bez powodzenia, przekonywał Jarosława Kaczyńskiego do jakichś ustępstw – zastanawia się nasz rozmówca w instytucjach UE.
Sędziowie polscy to sędziowie Unii
Komisja Europejska zarzuca Polsce w swojej skardze naruszenie art. 19 Traktatu o UE, który zobowiązuje kraje Unii do „ustanowienia środków zaskarżenia niezbędnych do zapewnienia skutecznej ochrony sądowej w dziedzinach objętych prawem Unii”. Komisja Europejska odczytuje go w świetle art. 47 Karty praw podstawowych UE, który głosi, że „każdy, kogo prawa i wolności zagwarantowane przez prawo Unii zostały naruszone, ma prawo do skutecznego środka prawnego przed sądem”.
Innymi słowy, skarga na Polskę opiera się na argumentacji, że skoro polscy sędziowie orzekają m.in. na podstawie i w zakresie prawa unijnego, to są jednocześnie sędziami Unii. I z tego wynika, że instytucje UE mają prawo, a nawet obowiązek strzeżenia niezawisłości polskiego wymiaru sprawiedliwości za pomocą swych narzędzi do egzekwowania przepisów UE – od tych dotyczących emisji CO2 po normy sanitarne dla żywności na wspólnym rynku. I to właśnie będzie główny punkt sporu przed TSUE, bo władze Polski przekonują, że sądownictwo to wyłączna kompetencja krajów członkowskich, w unijnych traktatach nie przekazano Unii żadnych uprawnień w tej kwestii, a zatem TSUE w zasadzie nie powinien rozstrzygać o skardze Komisji Europejskiej, uznawszy ją za przekraczająca kompetencje UE.

Komisja Europejska zdecydowała o zaskarżeniu Polski do Trybunału Sprawiedliwości UE . Fot. Źródło: dw.de
Nowatorska wykładnia
Wykładnia o „sędziach krajowych jako sędziach Unii” jest nowatorska. Spory w służbach prawnych Komisji Europejskiej, czy można się na tę wykładnię powołać w działaniach wobec Polski, były jednym z głównych powodów zwłoki z wszczęciem postępowania przeciwnaruszeniowego w sprawie Sądu Najwyższego w lipcu 2018.
Trybunał Sprawiedliwości UE po raz pierwszy posłużył się taką wykładnią zaledwie w lutym tego roku w odpowiedzi na zapytania prawne dotyczące płac sędziów w Portugalii. Jednak dopiero sprawa Polski będzie pełnowymiarowym sprawdzianem tej wykładni przy ocenie podstaw niezależności systemu sądownictwa w jednym z krajów członkowskich.
Komisja Europejska już w grudniu 2017 r. zdecydowała o zaskarżeniu Polski w związku z ustawą o ustroju sądów powszechnych, sprawa ta jednak nadal nie została rozstrzygnięta przez TSUE. Chodzi o zróżnicowanie wieku emerytalnego sędziów kobiet i mężczyzn. Wprawdzie Polska wiosną tego roku przywróciła równy wiek (w ramach pierwszych ustępstw wobec Komisji Europejskiej), ale tej skargi nadal nie wycofano. Polska nie rozwiązała bowiem problemów kobiet sędziów, które już zdążono wysłać na przyspieszone emerytury.
REDAKCJA POLECA
Adam Mazguła: Największą wartością człowieka jest jego własne życie

Adam Mazguła
W rocznicę samospalenia Piotra Szczęsnego, 19 października, podejmujemy inicjatywę upamiętniania tego niezwykle odważnego zwykłego szarego człowieka wszędzie tam, gdzie znajdzie się chociaż jeden człowiek, który zechce zapalić znicz, umieścić klepsydrę, zorganizować wiec, lub apel pamięci, czy też zamówić mszę za duszę zmarłego.
Piotr Szczęsny – zwykły szary człowiek dobrowolnie oddał wszystko, co miał najcenniejszego w męczeński sposób.
Jego publiczne samospalenie i dziesięciodniowe konanie w mękach było aktem protestu wobec PiS-owskiej władzy bezprawia. Jego aktowi poświecenia dla idei wolności Polaków, szacunku do Konstytucji RP i zatrzymania zawłaszczania partyjnego państwa towarzyszyła piosenka „Wolność kocham i rozumiem”, a w pozostawionym liście oprócz wyjaśnienia swojego czynu apeluje: „Wzywam Was – obudźcie się”!
Rok po tym tragicznym zdarzeniu nie obudziliśmy się.
Dalej rządzi w Polsce fanatyczny rząd bezprawia i kłamstwa. Ludzie zastanawiają się, czy warto protestować i prezentować swoją postawę sprzeciwu wobec tej władzy. Obawiają się represji, utraty pracy, zdobywanej latami pozycji społecznej, oraz odgrywania się władzy wobec rodzin.
Piotr Szczęsny się nie wahał. Nie chciał się bać.
Na taki krok może zdobyć się tylko niezwykle odważny człowiek honoru. Przyznam, że nie stać by mnie było na taki czyn, przede wszystkim dlatego, że jestem żołnierzem i jeśli miałbym zapłacić życiem za przywilej dotrzymania treści przysięgi wojskowej, to w walce. Piotr nie był żołnierzem, ale zrobił niezwykle wiele dla świadomości społecznej. Poruszył nasze serca, wskazał cel i go uzasadnił, w końcu zaapelował do nas o sprzeciw wobec rosnącego zła.
Nikt nie osiągnie swoich celów bez potrzebnego zaangażowania, entuzjazmu i głębokiej motywacji.
Piotr Szczęsny zrobił więcej niż mógł, aby pobudzić naszą świadomość i potrzebę wyrażania sprzeciwu wobec ideologii „dobrej zmiany”.
W rocznicę jego samospalenia, 19 października, wspólnie z Gabriela Lazarek, Katarzyna Knapik i Małgorzata Tokarczyk podejmujemy inicjatywę upamiętniania tego niezwykle odważnego „zwykłego szarego człowieka” wszędzie tam, gdzie znajdzie się chociaż jeden człowiek, który zechce zapalić znicz, umieścić klepsydrę, zorganizować wiec, lub apel pamięci, czy też zamówić mszę za duszę zmarłego.
Adam Mazguła
|
Dystrybutorem książki jest Ateneum.
Na terenie Wielkiej Brytanii książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>> |
Porsche rezygnuje z silników Diesla. Stawia na benzyniaki, hybrydy i auta elektryczne
Porsche jest pierwszym niemieckim producentów samochodów, który zdecydował o rezygnacji z silników Diesla. Firma stawia na benzyniaki, hybrydy i auta elektryczne.
Chociaż firma Porsche sama nigdy nie rozwijała ani nie produkowała samochodów z silnikiem Diesla, afera spalinowa Volkswagena mocno zaciążyła na jej reputacji.
– Dieselgate sprawił nam wiele kłopotów – przyznał prezes firmy Oliver Blume w wywiadzie dla „Bild am Sonntag”. Chodzi o proceder montowania w samochodach wytwarzanych przez koncern Volkswagena oprogramowania pozwalającego na manipulowanie wynikami testu czystości spalin. Blume zapowiedział, że z tego powodu Porsche definitywnie wycofuje ze swojej oferty samochody z silnikiem wysokoprężnym. Już od kilku miesięcy klienci Porsche nie mogą zamawiać aut z silnikami Diesla.
Porsche stawia na sportowe emocje
Jak poinformował prezes Blume, Porsche zamierza w przyszłości skoncentrować się na tym, na czym zna się najlepiej. Czyli na „budzących silne emocje” samochodach sportowych wyposażonych w silniki benzynowe dużej mocy, samochodach z napędem hybrydowym, a także samochodach elektrycznych”. Jako kolejny powód decyzji wycofania się ze sprzedaży samochodów z silnikiem Diesla, Oliver Blume podał chęć wzmocnienia sportowego profilu marki Porsche.
– Dla nas ważne jest, żeby silniki pozwalały na ostrą, sportową jazdę – powiedział. Samochody z silnikiem benzynowym to coś zupełnie innego niż „ropniaki”, podkreślił Blume i dodał, że „w przyszłości Porsche będzie w jeszcze większym stopniu synonimem producenta samochodów o czysto sportowym charakterze niż w przeszłości. Samochodów nastawionych przede wszystkim na wysokie osiągi i szybką jazdę”. A więc aut o „zasadniczo odmiennych charakterze i zachowaniu się na drodze niż diesle”, dodał.
Odejście od produkcji diesli nie oznacza jednak, że nabywcy samochodów ze znaczkiem Porsche na masce mają powód do obaw o ich serwis i nabycie części zamiennych. Blume zapewnił, że ich samochody będą w dalszym ciągu korzystały z sieci warsztatów obsługowych firmy i mogą być spokojni o oryginalne części zamienne.
Diesle znajdowały się w ofercie handlowej firmy ze Stuttgartu przez prawie dziesięć lat.
Prokuratura nie odpuszcza; dochodzenie przeciwko Porsche trwa
Prokuratura w Stuttgarcie prowadzi dochodzenie przeciwko Porsche z podejrzenia o oszustwo. Wśród trzech pracowników firmy, oskarżonych o manipulowanie wynikami testu czystości spalin, znalazł się między innymi Michael Steiner, członek zarządu firmy odpowiedzialny za prace badawczo-rozwojowe. Ten były szef działu silnikowego trafił w kwietniu bieżącego roku przejściowo do aresztu śledczego. Zarzuca się mu, że świadomie zezwolił na montowanie w samochodach firmy Porsche silników Diesla wyposażonych w niedozwolone oprogramowanie. Ich producentem była firma Audi, także należąca do koncernu Volkswagena.
W połowie maja Federalny Urząd Komunikacji Samochodowej (KBA) zarządził wielką akcję odwoławczą obejmującą 60 tys. suv-ów Cayenne i Macan, z czego 19 tys. w samych Niemczech. Jak poinformowało federalne ministerstwo transportu, były one wyposażone w silniki z instalacją zaniżającą wyniki pomiarów toksyczności spalin firmy Audi. Model Cayenne został ponadto objęty zakazem rejestracji w Niemczech.
Co zrobić z trującymi dieslami? Narada w Urzędzie Kanclerskim
W niedzielę 23 września, Angela Merkel spotkała się w Urzędzie Kanclerskim w Berlinie z szefami niemieckich koncernów samochodowych na naradzie, poświęconej zakazowi wjazdu do wielu dużych miast w całym kraju samochodów wyposażonych w silniki Diesla. W spotkaniu tym brał udział także udział federalny minister transportu Andreas Scheuer z CSU.
Podczas tej narady mogła zapaść decyzja ws. wyposażenia starszych modeli diesli w urządzenia, które obniżą emisję szkodliwych spalin. Do tej pory ich producenci odmawiali swego uczestnictwa w takiej operacji z uwagi na jej wysokie koszty.












