„Licznik kłamstw Morawieckiego”. „Już 87 kłamstw w tej kampanii. Nie wstyd ci?”
Polskie Stronnictwo Ludowe uruchomiło licznik kłamstw Mateusza Morawieckiego. Licznik kłamstw premiera uruchomił Władysław Kosiniak-Kamysz podczas konwencji wyborczej PSL w Kielcach i jest odpowiedzią ludowców na wypowiedź szefa rządu, który w ubiegłą sobotę podczas spotkania z mieszkańcami Świebodzina zarzucił koalicji PO-PSL, że wbrew deklaracjom w czasie ich rządów nie budowano dróg i mostów.
– Pamiętacie, jak nasi poprzednicy mówili, że: budujmy nie politykę, tylko drogi i mosty. Prawda, pamiętacie coś takiego. Nie było ani dróg, ani mostów. – mówił Morawiecki – Nasi poprzednicy przez osiem lat wydali 5 mld zł na drogi lokalne. To jest tyle, ile my wydajemy w ciągu jednego do półtora roku, porównajcie sobie – stwierdził Morawiecki, czym oburzył dawnych koalicjantów PO i PSL.
– Kłamstwa, którymi operuje nie tylko premier Morawiecki, wszyscy politycy PiS zaangażowani w tę kampanię, przekraczają nie tylko granice dobrego smaku i przyzwoitości, ale deformują rzeczywistość i historię – zareagował szef PO Grzegorz Schetyna, deklarując złożenie pozwu w trybie wyborczym.
PSL też odpiera zarzuty premiera: „opowiada głupoty, że samorządowcy nie budują dróg. To rząd PiS zmniejszył finansowanie budowy, przebudowy i remontów dróg lokalnych w świętokrzyskim o 25 mln na 2017 i 2018 – mówił Władysław Kosiniak-Kamysz podczas konwencji samorządowej w Kielcach. Zapowiedział, że ludowcy pokażą „sposób na odkłamywanie jego bzdur”. „Słowa mają znaczenie, a pan, panie Morawiecki nie bierze za nie odpowiedzialności” – czytamy na Twitterze.
💬 Premier @MorawieckiM kłamie. Dziś podczas konwencji samorządowej w #Kielce pokażemy nasz sposób na odkłamywanie jego bzdur. Słowa mają znaczenie, a pan, panie @MorawieckiM nie bierze za nie odpowiedzialności – @KosiniakKamysz w #Kielce. #TuJestPolska #MateuszekKłamczuszek pic.twitter.com/5Q8vArAalM
— 🍀 PSL (@nowePSL) September 23, 2018
Już 87 kłamstw w tej kampanii
Licznik kłamstw premiera Morawieckiego był jednym z punktów konwencji wyborczej w Kielcach. „Podliczamy Mateusza Morawieckiego. Już 87 kłamstw w tej kampanii, a licznik cały czas bije. Nie wstyd ci #MateuszekKłamczuszek? Wychodzi na to, że nie kłamiesz tylko wtedy, kiedy milczysz” – napisali ludowcy na Twitterze.
❗️Uwaga❗️Uwaga❗️
Podliczamy @MorawieckiM. Już 87 kłamstw w tej kampanii, a licznik cały czas bije 🤦🏼♀️ Nie wstyd ci #MateuszekKłamczuszek? 🤔 Wychodzi na to, że nie kłamiesz tylko wtedy, kiedy milczysz 🤥 pic.twitter.com/OCaUE0pKCz
— 🍀 PSL (@nowePSL) September 23, 2018
(df) thefad.pl
Rafał Sulikowski: Kiedy rozum śpi. Schizofrenizacja społeczeństwa polskiego

Rafał Sulikowski
W społeczeństwie polskim nasila się schizofrenizacja, czemu sprzyja obniżenie standardów edukacyjnych, propaganda w mediach, tworzących wyimaginowane obrazy i fantazmaty “zdrajców” czy “wrogów”. Nasila się paranoidalność - społeczeństwo wierzy w rozmaite teorie spiskowe z “teorią smoleńską” na czele
Kondycja psychiczna narodu polskiego jest bardzo kiepska i stale się pogarsza.
Kiedy mówimy o „schizofrenii” jako psychiatrzy, mówimy o zaburzeniach jednostki, fizycznej osoby. Kiedy wypowiadamy się o zbiorowej, wspólnej psyche, stosujemy pochodne określenie – “schizofrenizację”.
Cóż to oznacza?
Najpierw zdefiniujemy samo pojęcie podstawowe: “schizofrenia” to najcięższe ze znanych dotąd zaburzeń umysłowych, pojawiające się najczęściej w młodości, którego dalekie rokowania nie są pewne, mimo że wynaleziono już baterię leków i opracowano metody psychoterapii.
Najbardziej widoczne, ale nie jedyne, są objawy takie, jak mniej lub bardziej rozbudowane urojenia i omamy, przeważnie słuchowe.
“Urojenie” to fałszywe przekonanie osoby, która podtrzymuje je nawet wtedy, gdy przedstawi się jej argumenty i dowody na jego nieprawdziwość. Ktoś, kto wierzy, że jest prześladowany, wierzy tak, nawet gdy jest zamknięty w bezpiecznym miejscu, jakim dla chorych jest szpital i nawet pomimo przedstawienia jej wystarczających dowodów na fałszywość tej wiary/przekonania. Krótko mówiąc, osoba zaburzona traci kontakt z rzeczywistością, poznawalną zmysłowo i “odlatuje” w rozmaite swoje spekulacje i teorie całkowicie bądź częściowo sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem.
Może się zdarzyć, że jakiś obszar funkcjonowania pacjentów pozostaje zdrowy, przeważnie jednak ta akurat choroba stopniowo wyłącza pacjentów z życia społecznego, a nawet codziennego. Połowie udaje się pomóc nowoczesnymi
terapiami, nadal jednak spora grupa to nieuleczalni.
Oprócz urojeń czy halucynacji osoba chora może cierpieć na depresję i zespół objawów negatywnych, jednak to, co najpierw uderza to właśnie objawy wytwórcze, nazywane tak, bo chory tworzy swoją, nieadekwatną do otoczenia wersję świata i jej kurczowo się trzyma, tracąc naturalną harmonię i elastyczność w działaniu.
W społeczeństwie polskim nasila się schizofrenizacja, czemu sprzyja obniżenie standardów edukacyjnych, propaganda w mediach, tworzących wyimaginowane obrazy i fantazmaty “zdrajców” czy “wrogów”. Nasila się paranoidalność – społeczeństwo wierzy w rozmaite teorie spiskowe z “teorią smoleńską” na czele oraz w fake-newsy, tworzone dla zasłonięcia bardziej istotnych zagadnień. Psychiatrzy notują coraz więcej przypadków zaburzeń umysłowych. W przestrzeni publicznej króluje kult religijny rozumiany już nie jako wiara w sensie nadziei, ale pewność, która jest charakterystyczna zarówno dla fundamentalizmu, jak i schizofrenii – pacjenci są stuprocentowo pewni, że to oni mają rację, a nie lekarze, rodzina czy znajomi.
Problem z urojeniami polega na tym, że zasadniczo nie są one możliwe do podważenia na drodze logicznej i racjonalnej argumentacji. Dotyczą bowiem światopoglądu, który tworzony jest w okresie przedlogicznym w życiu dziecka.
Schizofrenizacja sprzyja abdykacji rozumu. Ktoś, kto całe życie myślał logicznie, nagle przestaje tak czynić i wpada w niekończące się siatki pozornego, paralogicznego pseudo-myślenia, niczym niepopartych spekulacji.
Paranoidalność widać w Polsce na przykładzie problemu Smoleńska, który rozszedł się po narodzie jak mem, jak wirus zatruwający zdrowy rozsądek. Wielu ludzi z dyplomami i tytułami naukowymi, myślący logicznie w ramach swojej dziedziny, nagle wierzy w brednie smoleńskie. Mimo że nie przedstawiono żadnych dowodów na kłamstwo smoleńskie, społeczeństwo uległo presji polityków, żywo zainteresowanych tym, aby mit smoleński trwał nadal, bo przynosi on spore profity. Podobnie, jak choremu nie da się wyperswadować jego urojeń, tak nie da się przemówić do rozsądku tysięcy osób, zarażonych epidemią smoleńską.
Takie zjawiska można zrozumieć tylko przez pryzmat nowoczesnych teorii informacyjnych jak choćby teoria memów. Mem to jednostka informacji, która rozprzestrzenia się podobnie jak gen w populacji. Cechą genów jest to, że mogą mutować. Podobnie dzieje się z memami – zarażają swych nosicieli i żyją w ich umysłach, czyniąc spustoszenie w logice.
Rokowanie w schizofrenii jest niepewne. Społeczeństwo jako homeostat poradzi sobie ze schizofrenizacją, ale nie z dnia na dzień. Przyspieszyć zdrowienie może tylko podniesienie poziomu edukacji, przynajmniej do poziomu europejskiego, jeśli nie światowego. Im więcej będzie ludzi wykształconych, tym szybciej schizofrenizacja ustąpi.
Niestety, po tej chorobie często pozostają ślady, może pojawić się zbiorowa depresja, tym większa, im większe było wcześniej pobudzenie. Wtedy potrzebny będzie kolejny zbiorowy mit, oby mieszczący się w normie. Póki co rozum śpi, a demony szaleją. I z tym musimy sobie poradzić.
Rafał Sulikowski
Adam Mazguła: Otrzymałem wyrok w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej

Adam Mazguła
My protestujemy, policja nas ściga, a prezes PiS-u przesyła pozdrowienia i książkę z dedykacją dla lidera tej faszystowskiej idei.
Otrzymałem pocztą Wyrok Nakazowy w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 19 września 2018 roku.
Sąd Rejonowy Katowice – Wschód uznał mnie winnym wykroczenia z art. 52 § 2 k.w. i wymierzył karę grzywny.
Kara została wymierzona za zdarzenie z dnia 6 maja 2018 roku, gdzie według uzasadnienia wyroku,
„w Katowicach na ul. Lompy poprzez siedzenie na jezdni przeszkadzałem w przebiegu niezakazanego zgromadzenia”.
Dodam, że wraz z przyjaciółmi z organizacji obywatelskich faktycznie w tym dniu protestowaliśmy przeciwko marszowi środowisk narodowych, rasistowskich i neofaszystowskich. Wyrokiem tym ukaranych zostało również 7 moich przyjaciół.
Dzisiaj PiS-owska władza zezwala na szerzenie nienawiści i budowania faszyzmu w Polsce. To obywatele poprzez pokojowy sprzeciw w istocie zastępują organy państwa. Sprzeciwiają się odradzeniu idei, której wyznawcy wymordowali 6 milionów Polaków. Z cała pewnością pokojowe protesty są organizowane w interesie społecznym wszystkich Polaków.
My protestujemy, policja nas ściga, a prezes PiS-u przesyła pozdrowienia i książkę z dedykacją dla lidera tej faszystowskiej idei.
Zachęcam wszystkich Państwa do zapoznania się z tą publikacją, a ja zajmę się pisaniem sprzeciwu od wyroku.
Adam Mazguła
|
Dystrybutorem książki jest Ateneum.
Na terenie Wielkiej Brytanii książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>> |
Dariusz Stokwiszewski: Myślę, że wiem czego naprawdę ta nienawistna władza chce!

Dariusz Stokwiszewski
Zastanówmy się, co możemy zrobić, by obronić Polskę przed współczesnymi troglodytami! Ojczyzna liczy na naszą aktywność, bo dość ma już różnych okupantów i zawziętych wrogów swojej niezależności i wolności jej obywateli!
Wbrew temu, co głoszą Kaczyński i PiS, ludzie ci naprawdę chcą nas wyprowadzić z UE! Oni są niezwykle groźni dla Ojczyzny i Narodu! Jeżdżą po Polsce, obwożąc się ze swoim kłamstwem, obłudą, nienawiścią, szatańskim wręcz złem bijącym od nich z daleka. Przekonują do tego, co ma niewiele wspólnego z racjonalizmem, a zwłaszcza dobrem Polski! Lżą i obrażają, używając wszelkich kłamstw i oszczerstw do tego, aby zdezawuować osoby w większości przyzwoite. Z ich retoryki bije złość spowodowana własnym nihilizmem, małością oraz niepohamowanym chamstwem! Oni się złoszczą na to, że we wszystkim (poza destrukcją państwa oraz sumień ludzkich), są gorsi od innych – normalnie myślących ludzi!
Najgorszy z nich jest Kaczyński, którego osobiście uważam za żywego demona chorej nienawiści do wszystkich oraz wszystkiego! Nie mniej niebezpieczni, nawet dla siebie samych – o Ojczyźnie nie wspominając, są jego współpracownicy: Ziobro, Błaszczak, Brudziński, Terlecki, Kuchciński, Duda i cała masa reszty szkodników! Jak można tak niszczyć własny kraj i jego naród wiedzą tylko „oni”! To się nie mieści w głowach, bo normalny człowiek nie zrozumie tego, jak nienawiść może napędzać jakieś pozytywne działanie. Wręcz przeciwnie: ona spowalnia, ogłupia i prowadzi wręcz do obłędu oraz zbrodni w efekcie końcowym!
Nienawiść = Choroba = Szkodliwość = Zbrodnia! To nią właśnie kierowali się naziści i staliniści!
Dla dobra oraz przyszłości Polski, najbardziej poważnie, ale bez złej woli i/lub chęci obrażenia kogoś, proponuję przebadanie przez niezależnych specjalistów wszystkich tych najważniejszych polityków mających realny wpływ na władzę, którzy mogą być według mnie, realnym zagrożeniem Polski i współczesnej Europy, a nawet – wraz z nacjonalistami innych krajów – również pokoju światowego! Dziwi mnie „beztroska” elit politycznych naszego kraju, z jaką pozwalają na to, co się dzieje! Oburza mnie chora wiara garstki ludzi (bo to około 18 procent społeczeństwa), że to, co dzieje się w Polsce zmierza w dobrym kierunku. Trzeba nie mieć nie tylko zdrowego rozsądku i umiejętności rozróżniania dobra od zła, ale ziać niepohamowaną nienawiścią do tych, którzy „ośmielają się” myśleć inaczej!
A co, jeśli się nagle okaże, iż (to tylko abstrakcyjna projekcja) w nocy w płomieniach stanie jakiś ważny gmach – np. Pałac Kultury, czy siedziba partii – o co podejrzenie padnie na opozycję i nastanie „noc masowych prześladowań”?! Tak już było kiedyś! Jeśli nie pamiętacie, to przypominam dwa fakty:
- Prześladowania chrześcijan za niby podpalenie Rzymu za czasów Nerona!
- „Podpalenie Reichstagu przez komunistę” (sic!), co też dało początek masowym represjom w Niemczech lat 30. XX wieku!
Czy ktokolwiek naprawdę uwierzył w owe spiskowe teorie? Nie, ale jakie to miało wtedy znaczenie?! Żadnego! Jeśli ktoś z nas myśli, że teraz jest lepiej i historia nie może „zatoczyć koła”, to jest w wielkim błędzie!
Być może jest tak, że niektórzy są chorzy, ale o tym nie wiedzą. Choroba jest rzeczą ludzką i nikt mądry nie będzie się z niej naigrawał! Nie jest moim zamiarem obrażenie kogokolwiek, ale też wydaje mi się, że w kilku, co najmniej przypadkach, mamy do czynienia z osobowościami „nietypowymi”, są też niekiedy widoczne postawy socjo – i psychopatyczne! Nie jest to ad personam; nie zamierzam na własne życzenie „kopać się z koniem”, zwłaszcza w takiej „wyimaginowanej wspólnocie”! Każdy sam może sobie ocenić „who is who”! Naszą wielką winą, a zwłaszcza grzechem zaniechania ze strony formalnej opozycji parlamentarnej będzie to, jeśli wydarzy się w Polsce (i/lub z Polską) coś nieodwracalnego – coś takiego co zniszczy państwo i naród!
Naród nie powinien się na to godzić! To jest już ostatnia chwila na ratunek dla Polski! Zgadzam się w pełni z Panią Różą Thun, która w jednym z artykułów ostrzega przed tym, że wyjście z UE (rozumiane tu, jako całkowita utrata jakiegokolwiek znaczenia i marginalizacja Polski, a niekoniecznie formalne wystąpienie) może się odbyć w ciągu przysłowiowej jednej „nocy”! Polska obecnie nie znaczy nic w demokratycznym świecie! Jeśli coś jeszcze powstrzymuje Zachód przed tym, co ostatecznie nas pogrąży jest być może jakaś troska o Polaków, którzy przecież w 86 procentach są przeciw anty unijnym działaniom tej władzy, jej partyjnym i bezwolnym, ale także bezrozumnym wyznawcom! Poniżej, przedstawiam dwa przykłady na to, jak bardzo tragiczne dla nas mogą być rządy ludzi ciemnych i pazernych na władzę – myślę, że warto przeczytać!
Wioski potiomkinowskie to znany i popularny synonim stwarzania pozorów, oszustwa, mającego na celu wywarcia dobrego wrażenia ukrywając prawdziwą naturę sytuacji. Określenie pochodzi od nazwiska gubernatora Nowej Rosji – Grigorija Potiomkina, który chcąc ożywić kolonizację ziem odebranych Turkom, założył tam miasta Chersoń, Sewastopol i Jekatierinosław (na cześć swojej kochanki – carycy Katarzyny II, obecnie Dniepropietrowsk). W 1787 r. zorganizował dla niej i jej dworu rejs w dół Dniepru, by pokazać, jaki „dobrobyt” panuje w jego zaścianku. Ponieważ prowincja ta była w tak naprawdę słabo zaludniona oraz uboga, postanowił wznieść wzdłuż trasy przejazdu „sztuczne wsie”, a następnie przygnać z sąsiednich wsi chłopów, których przebrano w nową odzież, aby pokazać, „jacy są szczęśliwi”. Potiomkin kazał też pomalować chaty i przystroić je kwiatami. W tych miejscach, gdzie chat nie było, postawiono drewniane prowizorki – atrapy. Towarzyszący Katarzynie cesarz Austrii Józef II był zachwycony nowymi miastami i „dobrobytem ludności”! Czyż nie taki efekt chce osiągnąć „nasza dobra władza”?!
*
George Orwell napisał kiedyś: Folwark zwierzęcy miał być moją satyrą na rewolucję rosyjską. Jednak, przesłanie utworu jest szersze; chciałem wyrazić w nim myśl, że ów szczególny rodzaj rewolucji (jej gwałtowność i oparcie na konspiracji, z motorem napędowym w postaci nieświadomie żądnych władzy osób) może doprowadzić jedynie do zmiany władców.
Myślę, że stare powiedzenie jednego z moich nieżyjących już profesorów jest ciągle ważne i prawdziwe; „umiesz liczyć, to licz na siebie”! My, jako jeden naród ani nie możemy, ani nie powinniśmy już liczyć na nikogo poza sobą. Jeżeli nie przebudzimy się tak, jak latem ubiegłego roku i nie zażądamy rozliczenia tej „władzy” (nie siłowo, a w pokojowych manifestacjach – zgodnie z Konstytucją RP), to wkrótce staniemy się taką europejską odpowiednio: potiomkinowską wsią i/lub „Folwarkiem zwierzęcym” Orwella! Zastanówmy się, co możemy zrobić, by obronić Polskę przed współczesnymi troglodytami! Ojczyzna liczy na naszą aktywność, bo dość ma już różnych okupantów i zawziętych wrogów swojej niezależności i wolności jej obywateli!
Dariusz Stokwiszewski
Populiści rosną w siłę. Orban, Salvini, Kaczyński i Le Pen chcą innej Europy
Prawicowi populiści w rodzaju Orbana czy Kaczyńskiego chcą innej Europy, w której ton nadawałyby państwa narodowe. Siły proeuropejskie muszą pomyśleć o stworzeniu nowej Europy, w mniejszym gronie – pisze niemiecki „Sueddeutsche Zeitung”.
Szczyt Unii Europejskiej w Salzburgu nie przyniósł żadnego postępu – pisze Stefan Ulrich w komentarzu opublikowanym w sobotę w „Sueddeutsche Zeitung”. Zarówno w sprawie Brexitu, jak i w kwestii migracji szefowie państw i rządów drepczą w miejscu. „Tak będzie nadal” – przewiduje autor komentarza.
Beneficjenci kryzysu
Jak podkreśla, niektórzy prezydenci i premierzy w polityce wewnętrznej zyskują na kryzysie, wykorzystując lęki swoich obywateli przed napływem obcych. Komentator wskazuje na Viktora Orbana, który „chętnie korzysta z gospodarczych profitów UE, a równocześnie u siebie w domu szczuje bez zahamowani przeciwko Europie”. Innym przykładem jest Włoch Matteo Salvini, który obchodzi się brutalnie z uchodźcami i dzięki temu stał się ze swoją prawicowo-radykalną Ligą Północną wiodącą siłą we Włoszech.
„Dlaczego Orban i Salvini mieliby rozwiązać europejski kryzys uchodźczy? Przecież tak wspaniale dzięki nimrosną w siłę?” – pyta komentator.
„Sytuacja jest gorsza niż sądzimy. Politykom w rodzaju Orbana, Salviniego, Kaczyńskiego i Le Pen od dawna nie chodzi o obronę przed uchodźcami i migrantami. Chcą innej Europy, takiej w której wszystko zależy od państw narodowych, gdzie UE nie miałaby większego znaczenia. Chcą Europy takiej jaką była przed wojeną” – czytamy w „SZ”.
Populiści rosną w siłę
„Co robić?” – stawia pytanie Ulrich. Zaznacza, że nadzieja na załamanie się autorytarno-nacjonalistycznej fali, związana z wyborczym zwycięstwem Emmanuela Macrona we Francji, nie spełniła się. „Prawicowi populiści rosną w siłę” – stwierdza komentator.
„Siłom proeuropejskim nie pozostaje nic innego, jak tylko zachowanie jak najwięcej z Unii Europejskiej i nadzieja na lepsze czasy. Powinni też oswoić się z myślą, że być może konieczne okaże się przeorganizowanie Europy na nowo, z tymi krajami, które rzeczywiście chcą do niej należeć” – pisze w konkluzji Ulrich.
REDAKCJA POLECA
Rafał Sulikowski: Toksyczne religie. Jak w historii świata zatruwano miriady istnień ludzkich?

Rafał Sulikowski
Religie zatruwają wszystko, obrzydzając piękno wiary wewnętrznej jako doświadczenia piękna, prawdy i dobra moralnego. Religie obrzydzają seks, przyjemności życiowe, nazywają złem rzeczy dobrem, a dobre rzeczy złem.
Religie świata w historii ludzkości to prawdziwy matriks, w którym tylko najmądrzejsi są w stanie się rozeznać.
Dla uproszczenia ograniczę się do religii największych, głównie monoteistycznych, czyli judaizmu, chrześcijaństwa i islamu, a wśród tego drugiego tylko do tradycji rzymskiej i reformacyjnej.
Religioznawstwo doszukuje się źródeł powszechnej tendencji do wierzeń religijnych w fetyszyzmie, czyli nadawaniu przedmiotom cech istot ożywionych (bardzo naturalna tendencja u małych dzieci i upośledzonych umysłowo, a także plemion pierwotnych) oraz w kulcie zmarłych przodków. Do dziś, a minęło jakieś sto tysięcy ewolucji ludzkości, w niektórych zacofanych regionach świata takie tendencje i predyspozycje występują, mimo że w cywilizowanym pierwszym świecie dawno zanikły.
Psychologia ewolucyjna wskazuje na pierwotny matriarchat, który roił się od politeistycznych bóstw lokalnych, a zwłaszcza bogiń (słynne figurki “potężnych” kobiet), aż nastała era patriarchatu.
Na tym drugim zbudowane są zręby wszystkich trzech odnóg jednego pnia światowego monoteizmu, który w dodatku stopniowo z przyczyn ekonomicznych wyparł pierwotną poligamię i poliandrię (jedna kobieta ma wielu partnerów).
Panuje zgoda co do tego, że judeochrześcijaństwo nie spadło z nieba nagle, lecz ewoluowało aż do dzisiejszej postaci od prymitywnej wiary w jednego Elohim, którego czciły semickie plemiona koczownicze gdzieś w okolicach dzisiejszej Mezopotamii, kolebce światowej urbanizacji i życia osiadłego.
To nie przypadek, że zdolni Semici (potomkowie legendarnego Seta z Księgi Rodzaju), wpadli na pomysł, że nad wszystkimi bogami i bóstwami panuje jeden, ich potężny sojusznik, Jahwe, którego oni czcili jako wybawcę i przewodnika w wędrówce do „ziemi obiecanej”. Abraham, a potem inni patriarchowie, a później królowie i prorocy wierzyli już tylko w Jehowę, któremu inne bóstwa miały służyć i podlegać.
Nie trzeba tłumaczyć, z czym psychologicznie wiązała się taka świadomość opieki najpotężniejszego z bóstw starożytności – z siłą ducha, za którą podążał oręż i po kolei wygrywane wojny międzyplemienne, takie same, jak dziś jeszcze w zacofanych rejonach Afryki środkowej.
Semici wpadli na genialny pomysł, pewnie zbiorowo, a może jakaś wybitna jednostka, niekoniecznie mityczny Abraham, wpadła na pomysł, żeby odwołać się do Tego najpotężniejszego, który sam nie został stworzony (przynajmniej w ich mniemaniu), ale odwrotnie: stworzył kosmos i całą Ziemię, oddał ją przodkom Semitów i ich jako „naród wybrany” prowadzi do lepszego życia w przyszłym królestwie.
Losy Semitów bywały różne, podobnie jak każdego innego plemienia podówczas – raz lepiej im się wiodło, raz gorzej, a bywało też bardzo źle, podczas różnych niewoli i zniszczeń centrum kultu w Jeruzalem.
Kiedy przyszedł Jezus, od razu poddał całą tradycję w wątpliwość, krytykując brak ducha i serca w wierze swych pobratymców, podając nową wykładnię całego rozbudowanego Prawa i sprowadzając je do miłości bliźniego, a nawet – nieprzyjaciela, czyli wroga. Dziś, gdyby głosił podobne idee, byłby postrzegany jako nieszkodliwy szaleniec i ewentualnie “leczono” by kogoś takiego w zakładzie dla obłąkanych, bo z perspektywy faryzeuszy i uczonych w piśmie były to nie tylko czyste herezje, ale i szaleństwo.
Tak się właśnie dzieje – Abraham podpalił swój świat ideą jedynego boga, religia zaczęła się rozwijać i co najważniejsze – przynosić wymierne owoce polityczne i ekonomiczne oraz militarne, by po wielu wiekach skostnieć, podobnie jak dziś chrześcijaństwo. Jezus w tej optyce był nowym Abrahamem-Mojżeszem, który w stare bukłaki próbował nalać świeżego wina.
Dopóki chrześcijaństwo było w mniejszości, było prześladowane, stanowiło rzeczywiście pewien postęp w stosunku do prymitywnych kultów pogańskich. Jednak od momentu, kiedy stało się religią schyłkowego już cesarstwa zachodniego, rozpoczęło swój marsz aż do punktu, gdzie się dziś znajduje.
Początkowy zapał apostolski i ewangelizacyjny gdzieś po kilku wiekach zaczął słabnąć, więc musiano uciekać się do metod siłowych, ponieważ nie sprawdzały się przepowiednie apokalipsy o rychłym “końcu świata” i powrocie Jezusa na ziemię. Im dłużej nie wracał, tym bardziej militarne ramię Kościoła zaczęło się liczyć, aż do kulminacji owych “świętych wojen”, czyli zakonów rycerskich, krzyżowców i inkwizycji. Metoda przemocy została wzięta z cesarstwa, które zawarło z papiestwem swoisty pakt o nieagresji.
Gdy doszły do głosu późnośredniowieczne ruchy ewangelizacyjne, postulujące powrót do ewangelii, koniec epoki średniowiecznej był bliski i był przesądzony – zanim nadszedł Luter z tezami, Franciszek myślał podobnie, jak wielu w Kościele, tyle że postanowił reformować go od środka, a nie dokonywać kolejnego po wielkiej schizmie 1054 roku rozłamu.
Gdy w 1517 roku na drzwiach katedry w Wittenberdze młody, nieznany szerzej mnich przybijał 95 tez, wszystko było kwestią czasu. Reformacja z jednej strony powróciła faktycznie do źródeł (ad fontes), ale z drugiej strony wyrzuciła z Tradycji co bardziej postępowe, “heretyckie” idee, nadpisane już jakby nad ewangeliami. Do dziś poglądy naukowe protestantów są bardzo zacofane, aż do wyznawców “płaskiej ziemi” i “6 dni stworzenia” i dosłownej egzegezy pism świętych.
Trzeba oddać katolikom, że poglądy na wolność jednostki są o wiele bardziej postępowe niż to, co w tej sprawie postulują protestanci. Widać to choćby na przykładzie amerykańskiej obsesji antyseksualnej, większej niż ta z czasów wiktoriańskich. Nie zmienia to jednak faktu, że…
…religie zatruwają wszystko. Dając niepewną nadzieję na pośmiertną nagrodę, odbierają ludziom wolność samostanowienia, represjonując sferę seksualną, bardzo wrażliwą i newralgiczną.
Koszty utrzymania kultów zewnętrznej religijności idą w setki milionów dolarów. Religie przez tyrańskie rządy dusz zawładnęły duszami swych wiernych, czerpiąc spore doczesne korzyści, opróżniając portfele chorych i starych ludzi (casus „Radia Maryja”), dając im nadzieję na poprawę losu, co jednak rzadko się zdarza, jeśli w ogóle.
Religie pretendują do wyłączności posiadania “prawdy”, inne wyznania dyskredytują i oczerniają, a nawet – jak w Irlandii – prowadząc do wojny domowej. Religia jako taka stale musi trzymać swych wyznawców na smyczy. W przypadku katolicyzmu jest to fantazja, że kto nie spowiada się kapłanowi ze swoich “grzechów”, nie pójdzie do nieba. W przypadku islamu jest to mahometańskie urojenie, że bez ofiary ze swego życia, terrorysta nie otrzyma obiecanego w Koranie haremu z dziewicami. Każda z tych religii żeruje na ludzkiej niepewności co do spraw światopoglądowych, wypełniając naturalne luki poznawcze, których jeszcze nie zagospodarowała nauka.
Niepewność poznawcza jest właściwa każdej jednostce, a ponieważ jest to stan dyskomfortu, to religia obiecuje go usunąć. W miejsce niepewności poznawczej, naturalnej dla homo sapiens, religia daje gwarancje pod ustalonymi przez siebie warunkami: nie zadawaj zbędnych pytań, nie badaj świata na własną rękę, a tym bardziej – świata religii.
Aby być skuteczne, każda religia musi być niewidzialna i nie podlegać żadnej krytyce. Jej moc jednak kończy się wraz ze zdemaskowaniem uzurpacji, jakie stosuje. Np. wystarczyłoby odnaleźć prawdziwy grób Chrystusa, aby chrześcijaństwo przestało istnieć, albo zbadać szczątki jakiegoś mistyka, albo świętego i sprawdzić, czy byli nosicielami genu schizofrenii, aby obalić ich “wizje” i “objawienia”. Rzecz jasna, nigdy takie badania nie będą prowadzone, bo prawdopodobnie większość katolickich świętych nosiło geny szaleństwa, których fenotyp określał ich rzekomo mistyczne przeżycia. Takie badania nie są i raczej nie będą prowadzone, interes jednostki bowiem w Kościele jest podporządkowany “dobru” ogółu wiernych.
Religie zatruwają wszystko, obrzydzając piękno wiary wewnętrznej jako doświadczenia piękna, prawdy i dobra moralnego. Religie obrzydzają seks, przyjemności życiowe, nazywają złem rzeczy dobrem, a dobre rzeczy złem.
Może za kilkaset lat upadnie ostatnia z religii monoteistycznych, kiedy okaże się, że prorocy islamu nosili geny psychozy. Jednak marna to pociecha dla nas, żyjących na początku trzeciego tysiąclecia.
Rafał Sulikowski
Leki na biegunkę bez recepty − jak działają?
Biegunka może dopaść Cię z różnych powodów. Niestety, bardzo często zdarza się także podczas zaplanowanych wakacji – na przykład w egzotycznych krajach. Żeby zapobiec biegunce i poradzić sobie z zatruciem pokarmowym. możesz wziąć różnego rodzaju leki na biegunkę. Sprawdź, jak działają i jakie leki na biegunkę bez recepty możesz stosować w różnych okolicznościach.
Biegunka − przyczyny
Biegunka najczęściej związana jest zatruciami pokarmowymi lub infekcjami wirusowymi. Kiedy można mówić o biegunce? Kiedy wydalasz wodnisty, rozrzedzony stolec częściej niż 3 razy dziennie. Biegunce towarzyszyć może także ból brzucha.
Biegunkę dzieli się na ostrą i przewlekłą. Biegunka ostra trwa nie dłużej niż 14 dni. Biegunka, która dokucza Ci dłużej niż 14 dni może oznaczać poważniejszą chorobę i mówimy wtedy o biegunce przewlekłej. W takim wypadku koniecznie udaj się do lekarza, aby sprawdzić, co może ją powodować.
Biegunka ostra najczęściej jest spowodowana bakteriami, pasożytami lub wirusami. Biegunka może mieć też podłoże psychiczne – gdy, na przykład, wywołuje ją duży stres. Oprócz tego, biegunka często może być reakcją alergiczną na jedzenie (np. nietolerancja laktozy czy glutenu). Zatrucia pokarmowe, które wywołują biegunkę mogą pojawić się zwłaszcza gdy jesteś w nowym otoczeniu. Wówczas zmienia się naturalna dla Ciebie flora bakteryjna (np. podczas podróży do egzotycznych miejsc). Wtedy mówimy o tzw. biegunce podróżnych.
Leki na biegunkę bez recepty − kiedy je stosować?
Przy biegunce możesz dość szybko się odwodnić. Wydalany stolec jest rozwodniony, dlatego w Twoim organizmie może spaść poziom wody, a wraz nim poziom elektrolitów we krwi. Warto zatem naprawić te skutki uboczne, jakie może przynieść biegunka. Leki, które uzupełnią elektrolity we krwi, dostępne są w aptece stacjonarnej lub w aptece online bez recepty, przykład: https://eapteka.pl/uklad-pokarmowy/biegunka-1
Najczęściej działa się jednak objawowo. Tu bardzo ważne jest zmniejszenie częstotliwości wypróżnień i zagęszczenie stolca. Żeby zmniejszyć częstotliwość wypróżnień możesz zastosować na przykład loperamid. Pamiętaj jednak, żeby przestrzegać przepisanego na ulotce i opakowaniu dawkowania. Lekiem, który ma za zadanie pochłonąć toksynę, jest też węgiel leczniczy.
Lek na biegunkę zawsze powinien być dostosowany do przyczyny biegunki. Zwróć uwagę, że biegunka (najczęściej biegunka ostra spowodowana zatruciem) jest naturalną reakcją organizmu, który chce wydalić toksynę. Dlatego też niektórzy lekarze twierdzą, że biegunka ostra ustąpi, kiedy organizm będzie już bezpieczny, a zatrucie nie będzie postępować.
Domowe sposoby na biegunkę − jak pomóc sobie naturalnymi metodami?
Leki na biegunkę bez recepty to nie wszystko. Z biegunką możesz też spróbować poradzić sobie naturalnymi metodami. Przy biegunce najważniejsze jest odpowiednie nawodnienie organizmu. Pamiętaj więc, aby pić wodę. Rób to powoli i małymi łyczkami, lecz często. Możesz pić wodę z elektrolitami i glukozą, a więc np. wodę z cukrem.
Na biegunkę możesz także spróbować zjeść… banana. Ma on wysoką zawartość potasu, który przyda się w stanach ostrej biegunki. Biegunkę może też pomóc zatrzymać gorzka czekolada. Innym domowym sposobem jest zjedzenie kisielu z mąki ziemniaczanej.
Przy biegunce istotna jest dieta. Staraj się jeść jak najwięcej węglowodanów, kaszy, ziemniaków, makaronu − pomogą one zagęścić treść jelit. Ale zwróć przy tym uwagę, żeby posiłki były jednak lekkostrawne.
Leki na biegunkę, które warto mieć przy sobie
Biegunka może przydarzyć Ci się wszędzie. Dlatego, jeżeli podróżujesz, szczególnie w egzotyczne miejsca, zabierz ze sobą prewencyjne leki na biegunkę bez recepty. Pomogą Ci one powstrzymać rozwolnienie w niespodziewanych i ważnych momentach.
Dariusz Stokwiszewski: PiS jeszcze próbuje zwodzić, ale to początek jego końca!

Dariusz Stokwiszewski
Artykuł ten dedykuję wszystkim niezłomnym ludziom, a zwłaszcza polskim sędziom, takim jak Igor Tuleya, Bartłomiej Przymusiński, Waldemar Żurek i wielu innym, mi nieznanym, a także prokuratorom i adwokatom.
W zasadzie od początku rządów „zjednoczonej prawicy” (dziś zdecydowanie wątpię już w to, czy ona naprawdę taka jest) pojawiły się działania mające na celu całkowite podporządkowanie państwa i społeczeństwa jednemu człowiekowi – prezesowi PiS Jarosławowi Kaczyńskiemu. Nie mogę do dziś zrozumieć, wiążących się z faktem tak niesamowitego serwilizmu i bezmyślności, postaw członków tej partii. W głowie nie mieściło mi się do tego czasu, że gdzieś poza Koreą Północną może występować taki „fenomen”, który przeczy przecież wszystkiemu, co normalne; zwłaszcza zdrowemu rozsądkowi i logice! A jednak jest taki „fenomenalny kraj z częścią jego narodu” …, tu nad Wisłą! Na pocieszenie dodam, że to zaczyna się zmieniać; w obozie rządzącym widać już duże rysy, co zwiastuje wielkie pękniecie, a może i rozpad!
Ten wstęp służyć ma uzmysłowieniu Polakom tego, że to, co dla części fanów ustroju przygotowanego nam przez Kaczyńskiego, Ziobrę, Brudzińskiego, Gowina (zwłaszcza ten przypadek jest przykry), Terleckiego, Kuchcińskiego Suskiego etc., powinno być traktowane, jako bezkrwawy zamach stanu! Jako ostatniego, a pierwszego, co do jego wielkiej oraz niewybaczalnej winy pozostawiłem Andrzeja Dudę, który według mojej opinii najbardziej sprzeniewierzył się polskiej racji stanu, i to będąc za nią szczególnie odpowiedzialnym!
Spodziewam się tego, że ktoś w tej chwili mógłby mi powiedzieć: „stop, ci ludzie zostali wybrani w wolnych i demokratycznych wyborach”! Moja odpowiedź byłaby następująca: skoro już tak się stało, to dlaczego niszczą kraj i łamią najwyższe prawo, jakim jest Konstytucja?! Dlaczego zniszczyli wolne sądy i zastraszają przyzwoitych sędziów, którzy nie chcąc „jeść z ręki” tej nieprzyzwoitej władzy postępują godnie, etycznie i propaństwowo?!
Od tych trzech lat Polska jest już niemal na ustach całego świata, przy czym nie są to dla niej opinie pozytywne. Państwa demokratyczne przestały chyba widzieć w naszym rządzie partnera do współpracy i poważnych rozmów. Obłudne zachwyty nad tym, że pan Andrzej Duda osiągnął, w trakcie wizyty w USA, jakiś sukces są po prostu nie na miejscu. Nie tylko nie było żadnego sukcesu, ale po raz kolejny prezydent „w imieniu Polski klęknął” na kolanach przed Donaldem Trumpem, który po prostu zeń zadrwił. Inaczej tej hańby racjonalnie wytłumaczyć sobie nie potrafię! Może to tylko chamstwo i buta prezydenta USA? Nie sądzę, bo w Białym Domu nie pracują chyba „gamonie”. Tak czy inaczej, Andrzej Duda poprzez to wszystko, co dotąd zrobił zdezawuował się sam, jako polityk i tym bardziej, jako prezydent RP, o czym jeszcze wspomnę.
Co zatem dalej z Polską? Ważne to pytanie, jednak ważniejsze jest udzielenie na nie właściwej odpowiedzi. Posłużę się najpierw faktami, które dla rządu (w efekcie także dla nas) są przytłaczające, przy czym pomijam te, o których pisze się każdego dnia, bo są oczywiste. Uważam, że jeśli nie nastąpią natychmiastowe zmiany w polityce rządu, to Polska znajdzie się na prostej drodze do Polexitu, o ile już na niej nie jest! Rząd, co prawda, zaczyna po raz kolejny chocholi taniec mający, według mnie, na celu jedynie wprowadzenie wszystkich (z UE włącznie) w błąd i poprzez to zyskanie na czasie, ale to udać się nie może. Przykładem takich działań może być nieakceptowalna wizyta premiera Mateusza Morawieckiego, w siedzibie Sądu Najwyższego, w gabinecie jego I Prezes – rzecz dotąd niesłychana, tym bardziej że to raczej „gra na czas”!
Tym, co może jeszcze dawać nadzieję, jest według mnie autentyczny strach w obozie rządzącym, w którym najbardziej powinni bać się tacy ludzie jak Zbigniew Ziobro. O prezydencie pisałem już wyżej, mówiąc, że odegrał swoją rolę i nikomu, włącznie z Kaczyńskim nie jest już do niczego potrzebny. Co ciekawe; dla tego człowieka, tak uważam, skończyło się już wszystko; kariera naukowa, polityczna, szacunek ze strony narodu, partnerów z innych państw, a także wszystko to, o czym człowiek z takim wykształceniem i w takim wieku mógłby od życia oczekiwać. Z tego, co wiem, podobno po PAD wszystko to „spływa jak po kaczce”, ale myślę, że nawet i on wie o fatalnym końcu swojej kariery. Jeśli chciał się zapisać na kartach historii, to gorszej już postawy wybrać nie mógł. To najtragiczniejsza, według mnie, postać tej „dobrej zmiany”, która nie posiadając odpowiednich walorów do pełnienia najważniejszej prestiżowo funkcji państwowej i „kręgosłupa” moralnego odczuje swoją (szkoda, że nie Polski) tragedię, niestety post factum! Najgorsze zaś jest to, że chyba bezkarny (nie licząc własnej hańby) pozostanie Jarosław Kaczyński!
Jest więc nadzieja na to, że jeszcze nie wszystko stracone, że uda się, choć częściowo naprawić to, co zniszczyli pisowcy wraz ze swoimi koalicjantami. Jednak, by nadzieja ta miała szanse na realizację, obecnie rządzący muszą odejść i taką pierwszą szansą na to, są zbliżające się wybory samorządowe. Tylko „stanowcze nie” dla kandydatów PiS, SP, WiN, Kukiz’15 i ich zwolenników da szanse na zwycięstwo ludzi, którym losy Polski nie są obojętne! Nie możemy stać się kolejną Białorusią, Koreą Północną czy też Wenezuelą. Mam nadzieję na to, że nie chcemy już ponownie żyć w niewoli po ponad ćwierćwieczu wolności. Wierzę mocno w to, że damy odpór tym, którzy dzień po dniu niszczą nasze państwo, stosując szkodliwą demagogię, a ich zwolennicy także to zrozumieją w interesie Ojczyzny. Chyba tak się zaczęło dziać, bo już z wielu miejsc przedstawiciele pisowskiej „forpoczty uciekają z podkulonymi ogonami”! Ba, są takie miejsca w kraju, gdzie zabrakło kandydatów na „ich” listy wyborcze, co także wydaje się być pewnym zwiastunem „odwilży”.
Znamy chyba wszyscy wierszyk Ignacego Krasickiego „Ptaszki w klatce”?
„Czegóż płaczesz? – staremu mówił czyżyk młody;
Masz teraz lepsze w klatce niż w polu wygody”.
„Tyś w niej zrodzon – rzekł stary – przeto ci wybaczę;
Jam był wolny, dziś w klatce – i dlatego płaczę!”
Tytuł artykułu: PiS jeszcze próbuje zwodzić, ale to początek jego końca! Nie oznacza tego, że nagle z dnia na dzień szkodnicy znikną ze sceny politycznej. Mało tego, mogą zdarzyć się jeszcze nawet rzeczy straszne, bo ludzie ci wiedzą co zrobili, i co ich za to czeka, jednak tendencja jest już wyraźnie zarysowana. Sprowadza się ona do tego, że my Polacy nie damy sobą pomiatać partyjnym kacykom, którzy pod wpływem jakiejś chorej – wyimaginowanej wielkości własnej – marzą o tym, by dumnemu dotąd zawsze narodowi nałożyć kaganiec zniewolenia. Nie ma na to naszej zgody!
Artykuł ten dedykuję wszystkim niezłomnym ludziom, a zwłaszcza polskim sędziom, takim jak Igor Tuleya, Bartłomiej Przymusiński, Waldemar Żurek i wielu innym, mi nieznanym, a także prokuratorom i adwokatom.
Dariusz Stokwiszewski
Stanowcze warunki Małgorzaty Gersdorf. PiS przygotowany do ustępstw w sprawie sądów
– Dzisiaj rano, ukazały się w Onecie dość wnikliwe sprawozdania z tego, co działo się w trakcie rozmów z panem premierem Morawieckim, wobec tego czuję się zwolniona z tego, że nie będę komentowała naszych rozmów. – poinformowała w piątek Małgorzata Gersdorf.
– To spotkanie rzeczywiście się odbyło. Ja przedstawiłam swoje stanowisko co do naszych warunków minimalnych i brzegowych i to stanowisko Sądu Najwyższego i moje nie uległo w żadnym zakresie zmianie. To są takie warunki, że sędziowie wszyscy zwolnieni z uwagi na 65 rok życia będą powracali na swoje stanowiska, ja pozostaję nadal I Prezesem Sądu Najwyższego z mocy konstytucji – bez warunków. Podniosłam również, że należy przywrócić konstytucyjny charakter KRS-u i procedowania w KRS-ie – powiedziała w piątek rano Małgorzata Gersdorf spotkała się z dziennikarzami.
Prof. Małgorzata Gersdorf, była I prezes SN: pozostaje nadal I prezes Sądu Najwyższego #wieszwiecej pic.twitter.com/sVkFjxFIKU
— TVP Info 🇵🇱 (@tvp_info) September 21, 2018
W piątek rano Onet poinformował, że PiS rozważa ustępstwa w sprawie zmian w Sądzie Najwyższym, zgodnie z którymi Małgorzata Gersdorf pozostaje na stanowisku pierwszej prezes, prezydent miałby przekazać Sądowi Najwyższemy kompetencje do przenoszenia sędziów SN w stan spoczynku, a sędziowie którzy już otrzymali decyzje o przeniesieniu w stan spoczynku, mieliby otrzymać propozycje wyższych emerytur w wysokości pełnego uposażenia sędziowskiego, aby zaakceptowali te propozycje.
PiS stawia jednak warunki. Jak zaznacza Onet, Małgorzata Gersdorf musiałaby złożyć wniosek o dalsze orzekanie i poddać się niewiążącej opinii Krajowej Rady Sądownictwa. W ten sposób I Prezes Sądu Najwyższgo miałaby się ukorzyć i uznać legalność działania obecnego składu KRS wybranego przez PiS, którą do tej pory konsekwentnie podważała.
OFICJALNA TREŚĆ OŚWIADCZENIE MAŁGORZATY GERSDORF W TEJ SPRAWIE
(df) thefad.pl / Źródło: Onet.pl
Rafał Sulikowski: Kościół bez Boga – Bóg bez Kościoła. O paradoksach wiary religijnej w Polsce

Rafał Sulikowski
Problem Kościoła w Polsce jest, a ja nie umiem oprzeć się wrażeniu, że znam odpowiedź na pytanie, dlaczego w ogóle kraje katolickie i Polska są krajami jak by nie było biednymi, a kraje, które przyjęły reformację, są o wiele wyżej, także w notowaniach ekonomicznych i jakości życia (poczuciu szczęścia)?
Na wstępie muszę zastrzec kilka ważnych kwestii. Jestem wierzącym chrześcijaninem wyznania rzymskokatolickiego i praktykującym niedzielne i świąteczne Eucharystie. Nie przeszkadza mi to w szukaniu pełnej prawdy o wierze, Kościele i religijności. Za radą apostoła “wszystko badam i co szlachetne zachowuję”.
Nie jest moim celem walka z religią, do której mam intymny stosunek, albowiem – jak to gdzie indziej opisałem – zostałem uzdrowiony z dość ciężkiej choroby oczu.
Kościół jest mi bliski – od ćwierćwiecza badam jego posłannictwo, interesuję się dziejami mistyki i doświadczeniami religijnymi tak, jak to rozumiał James u pocz. XX wieku.
To, że wierzę głęboko oznacza, że nie jest mi obojętne, w którą stronę obecnie zmierza chrześcijaństwo w Polsce i dokąd podąża main-stream kościelny. Uważam, że nie jest dobrze z naszą wiarą. Tyle, że zupełnie nie ze znanych nam powodów – zazwyczaj wymienia się tu laicyzację, sekularyzację, wywodzące się jeszcze z projektu emancypacyjnego epoki oświecenia, pozytywizmu i modernizmu. Ponadto autorzy często twierdzą, że winny jest materializm, ateizm praktyczny i hedonizm. To wszystko prawda – występują te zjawiska, a nawet – istnieje coś takiego, jak “cywilizacja śmierci”, o której się dużo mówi.
Jednak ja nie będę tym razem narzekał na laicyację, spadającą liczbę powołań, dominicantes i comunicantes, ani na wszechobecną pop-kulturę, kulturę masową, tworzoną dla zaspokojenia doraźnych, natychmiastwych potrzeb, przeważnie niskiego rzędu. Chciałbym postawić wręcz tezę odwrotną. Myślę, że bez poniższej analizy obraz życia kościelnego w Polsce nie będzie kompletny.
Aby zrozumieć tytuł artykułu trochę najnowszej historii Kościoła w Polsce.
Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku religia katolicka stała się oficjalnym, uprzywilejowanym na mocy konstytucji marcowej 1921 roku, wręcz urzędowym wyznaniem w Polsce, przekazywanym najczęściej z pokolenia na pokolenie.
Wiara katolicka stanowiła prawie sto procent na mapie religijnej, było też na wschodzie trochę prawosławia i unitów, na zachodzie ewangelików, a także reprezentanci wyznania mojżeszowego i bezwyznaniowi. Ci ostatni stanowili grupę tak nieliczną, że mieszczącą się w granicach błędu statystycznego.
W czasie II RP Kościół odzyskiwał powoli wszystko, co zabrały mu rozbiory, kiedy Polski przez ponad sto lat nie było na mapie politycznej Europy. Postaci takie, jak kardynał Hlond czy przyszła święta Urszula Ledóchowska wyznaczały pewien nieredukowalny poziom religijności i wiary, zanim jeszcze Kościół poznał Jana Pawła II czy Stefana Wyszyńskiego, o świętej Siostrze Faustynie nie wspominając.
I tu właśnie zaczynają się kościelne kłopoty z istnieniem.
Gdy Polska przyjmowała chrzest z Rzymu, a nie Biancjum, Mieszko I zrobił wszystko, aby nasza kultura rozwinęła się wyłącznie w kręgu łacińskim. Pytanie, czy polskim księciem kierowały pobudki religijne czy raczej polityczne jest nierozstrzygalne na obecnym poziomie wiedzy historycznej. Należy przyjąć, że pobudki religijne – zwłaszcza prywatna wiara Mieszka – nie wykluczają innych, w tym przede wszystkim politycznych.
Od X w. n.e. Kościół rozpoczyna wielką ekspansję, kontynuując kurs przyjęty po upadku Cesarstwa Rzymskiego i przejmując jego model sprawowania władzy, w tym – “władzy duchownej” na wiele wieków. Gdyby nie postaci takie, jak święty Franciszek, Martin Luter czy reformatorzy oświeceniowi być może nadal żylibyśmy na kontynencie teokratycznym, a tak – mimo, że religia staje się coraz bardziej nie tylko widoczna, ale roszczeniowa – się nie stało.
Nie ufam tym, którzy ogłaszają “nowe średniowiecze”. Otóż można rzec, że polski szczególnie Kościół nie przerobił ani lekcji ze swojej własnej historii, ani nie przyjął pozytywnego, przynajmniej na pierwszy rzut oka, przekazu, jaki wysłano do świata na Vaticanum II (1962-1969).
Prowadzący Kościół w czasach komunizmu nie chcieli ani słyszeć o jakichś reformach, bo jedynym celem i jedyną racją była walka z odwiecznym wrogiem – ustrojem komunistycznym. Tak więc i wspinający się szybko po szczeblach kariery kościelnej Wojtyła, którego skądinąd uważam za wielkiego Polaka i chrześcijanina, niezrozumianego nawet przez polski Kościół, poprowadził Kościół drogą Hlonda, Piusa XII, a nie Jana XXIII, nie drogą dialogu z komunistami, lecz centralnie sterowanym kursem mocno integrystycznym, mimo “ozdób”, wprowadzanych pod dzieci i młodzież (oaza np.) oraz luzując nieco mocno rygorystyczny kurs w zakresie seksualności, choć potem z tej chwilowej odwilży zrezygnował.
Kościół zwyciężył “wroga” – komunizm. W 1989 nadeszło nowe i nie miało ani twarzy socjaldemokracji, ani chrześcijańskiej demokracji, ani kapitalizmu. Na chwilę na fali ulgi, jaką przyniósł upadek znienawidzonej komuny, poluzowano znowu katolikom kaganiec i pasy bezpieczeństwa, by przerażając się widmem “złej wolności”, znowu wrócić do integryzmu. Okazało się, że wróg zniknął, a społeczeństwo, także wspólnoty religijne, bardzo figurę tę potrzebują, aby określić własną tożsamość.
Wychowani na walce z komuną, biskupi polscy dość sprawnie i szybko znaleźli kolejnego kandydata na wroga – wolność obyczajową, wolność słowa, swobodę wyznania i wszystko, co nadeszło z Zachodu. Odtąd nie Moskwa, lecz Bruksela przyjęla rolę wroga, a na dobitkę zdrajcy.
Kościół wiedział doskonale, że większość ludzi wcale wolności nie chce, bo ona wymaga, bo ona polega na przejmowaniu inicjatywy w swoje ręce, a przyzwyczajeni przez komunizm do bierności, ludzie nie byli w stanie poradzić sobie z owym “czasem wolnym”, który niekiedy stawał się martwy. Ludzie zatęsknili do kogoś, kto napisze im cały scenariusz życia, podejmie za nich ważne decyzje życiowe, powie, jak żyć oraz ustanowi raz na zawsze, co wolno, a czego nie wolno. Dokładnie taki jest mechanizm totalitaryzmu – oddajcie nam swoją wolność, bo i tak nic z nią nie zrobicie, a my wam powiemy, jak żyć, aby osiągnąć szczęście.
Wpisując się w tę narrację, Kościół stawał się coraz bardziej otamowany, niedzisiejszy, anachroniczny, by wreszcie za pontyfikatu Benedykta XVI ustalić, że wolność niesie więcej zagrożeń niż zalet, więc należy z nią skończyć. Odstawiono tedy ekumenizm, ponownie rozpoczęło się przykręcanie śruby, bo “ludzie nie wiedzą, jak korzystać z wolności”. Nawet, jeśli jest to częściowo prawdą, to przecież Kościół nie ma moralnego prawa stawać się jedynym traktem ku szczęściu, tym bardziej, że tego obiecywanego z ambon i na katechezach szczęścia jak nie było, tak nie ma. Oczywiście, ma asa w rękawie – nawet, jeśli pomęczysz się kilkadziesiąt lat, to przecież cóż to jest wobec czekającej cię szczęśliwej i spokojnej wieczności! Tak wmawia się nam od niepamiętnych czasów, że najwyższym pragnieniem domniemanego Bóstwa jest sprawiać ludziom na Ziemi ból i cierpienie, co podkreślają zwykle różni nawiedzeni mistycy i przyszli święci, których Kościół już nie kanonizuje, lecz produkuje.
Problem Kościoła w Polsce jest, a ja nie umiem oprzeć się wrażeniu, że znam odpowiedź na pytanie, dlaczego w ogóle kraje katolickie i Polska są krajami jak by nie było biednymi, a kraje, które przyjęły reformację, są o wiele wyżej, także w notowaniach ekonomicznych i jakości życia (poczuciu szczęścia)?
Kiedyś redaktor Żakowski postawił pytanie, “co właściwie przeszkadza katolikom?” Myślę, że znam odpowiedź na to generalne pytanie. Przeszkadza przede wszystkim wtrącanie się episkopatów w intymne, psychiczne i seksualne życie ludzi. Przeszkadza im ogromna ilość świąt w roku, kiedy katolicy nie chcą pracować i mieć wolne. Przeszkadza im bogato rozbudowane życie nieistotne, bo spotykanie się w jakieś święto na grillu u księdza proboszcza raczej PKB nie nakręci. Przeszkadza im nieustanne nazywanie ludzi “słabymi, upadającymi, nędznymi, grzesznikami”, nieustanne samobiczowanie się i samooskarżanie, prowadzące w skrajnych przypadkach do seksuologa, a potem psychiatry. Najbardziej jednak Polakom przeszkadza katechizm, który w iście diabelski sposób nadal stygmatyzuje odmienności, także seksualne, inne religie, inną wiarę w tego samego Boga, wszystko, co indywidualne, różne, niejednorodne. Przeszkadza nam także nieznajomość świętych pism, bo tam właśnie można by znaleźć mnóstwo oznak, że katolicyzm mimo, iż najliczniejszy formalnie, nie przekazuje żadnej istotnej prawdy, może poza tym, że do dziś nie odnaleziono ciała Chrystusa i na tej poszlace buduje swoją nadzieję, która jednak doskonale dotyczy władzy na tym, a nie “tamtym” świecie. Inaczej mówiąc, katolikom przeszkadza się w budowaniu mocnej, nowoczesnej gospodarki przez mnożenie kultu, celebry, odświętności, nabożeństw, co jeszcze nakręcają wydawnictwa religijne, stanowiące skądinąd świetny i przemyślany “sacro-biznes”. Katolikom najbardziej jednak przeszkadza smycz etyki i moralności wiktoriańskiej, mnożenie nakazów i zakazów, podawanie im “do wierzenia” czegoś, zaglądanie pod kołdrę, która i tak nie jest w stanie zasłonić nagości nędzników kościelnych, co pokazują ostatnie i nie tylko skandale seksualne.
Może katolikom przeszkadza okresowy celibat, a księżom – całkowity celibat. I może ten problem powinien być rozwiązany. Inaczej za kilkanaście lat KK będzie już tylko miał status muzeum, a przecież KK mógłby ludziom pomóc w ich zmaganiach z samymi sobą.
Jednak utrzymywanie status quo jest na rękę Kościołowi, bo chodzi o gigantyczne pieniądze. I jest prawdą, że gdy nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Boga dawno Kościół nie głosi, używan tylko jako straszaka. “Bóg” jednak nie istnieje jedynie w kościelnym kontekście. Na szczęście są inne niż proponowana przez Kościół droga. Ale jest to droga bardzo trudna i nie dla każdego. Stąd KK powinien przeprosić za grzechy uczynione przez 20 stuleci, a potem zdjąć swym wiernym, Bogu ducha winnym ludziom, “ciężarów, których sam nie chce dźwigać”.
Mam jednak wrażenie, że tak się nie stanie. I że jedynym wyjściem jest rozwiązanie więzów, którymi opleciona jest każda fasada katolicyzmu, bo nie są to prawdziwe więzi. I na tym dopiero można próbować coś zdziałać pozytywnego w przyszłości.
Rafał Sulikowski











