Groźby karalne – co grozi za przestępstwo przeciwko wolności
Groźby karalne najczęściej są formułowane słownie albo pisemnie. Sprawca tego typu występku nie musi kierować się rzeczywistą wolą dokonania czynu podlegającego karze. Do wspomnianego przestępstwa dochodzi zawsze, gdy osoba, pod adresem której groźba została wypowiedziana lub wyrażona w inny sposób, lęka się jej spełnienia, a wzbudzone obawy są uzasadnione. Sprawdź, jaką odpowiedzialność karną ponoszą sprawcy gróźb karalnych.
Groźby karalne ścigane wyłącznie na wniosek pokrzywdzonego
Należy pamiętać, że groźba karalna została zaklasyfikowana jako występek podlegający ściganiu karnemu tylko na wyraźne żądanie pokrzywdzonego wyrażone w formie wniosku. Ofiara ma prawo zgłosić fakt zaistnienia przestępstwa ustnie lub pisemnie – w kwestii wniosku nie sprecyzowano wymogów formalnych. W razie wątpliwości, najlepiej wszelkie decyzje skonsultować z prawnikiem.
Jakiej karze podlegają groźby karalne?
Karą za popełnienie wspomnianego wyżej przestępstwa jest grzywna, ograniczenie wolności lub pozbawienie wolności do lat 2. Co istotne, celem grożącego może stać się zastraszenie ofiary bądź podporządkowanie jej sobie. Przestępstwa opisanego w artykule 190. Kodeksu karnego nie popełni zatem osoba grożąca komuś popełnieniem przestępstwa skarbowego, wykroczenia albo czynu stanowiącego naruszenie prawa cywilnego bądź prawa administracyjnego.
Kiedy dochodzi do przestępstwa?
Groźby karalne godzą w wolność człowieka w sferze psychicznej, w tym przypadku w wolność od zastraszenia. Treścią takich czynów jest grożenie innej osobie popełnieniem przestępstwa na jej szkodę albo na szkodę jej najbliższych. Przedmiotem gróźb karalnych stają się najczęściej zapowiedzi aktów przemocy, ujawnienia kompromitujących informacji czy dokonania szkód na mieniu. Sprawca nie zawsze musi mieć faktyczny zamiar i możliwość popełnienia przestępstwa. Do zaistnienia występku wystarczy, by dana groźba wzbudziła w pokrzywdzonym silny, uzasadniony lęk.
Należy wiedzieć, że uzasadniona obawa to taka, która z dużym prawdopodobieństwem miałaby szansę pojawić się u osoby o podobnych do ofiary cechach osobowości, intelektu i psychiki, w zbliżonych okolicznościach. Co ważne, groźby karalnej nie stanowi pouczenie świadka o odpowiedzialności karnej za złożenie fałszywych zeznań.
Groźba karalna jest działaniem umyślnym
Groźbę karalną sprawcy zwykle wyrażają w wypowiedziach słownych, pisemnie, gestem i w każdy inny intencjonalny i zrozumiały dla adresata sposób. Przestępstwo, którego dotyczy art. 190 k.k., można popełnić jedynie umyślnie. Odpowiedzialności karnej podlega wyłącznie osoba świadoma tego, że swoim postępowaniem wywołuje poczucie strachu u ofiary. Groźba nie musi być wyrażona osobiście. Do tego celu sprawca może wykorzystać inną osobę, spełniającą wówczas rolę posłańca czy pośrednika. Jeśli groźba miała na przykład charakter żartu, wina nie zostanie przypisana jej sprawcy.
Groźby karalne a groźby bezprawne
Groźby karalnej nie powinno się mylić z groźbą bezprawną, której poświęcono również artykuły 115 § 12 k.k. Ta druga jest znacznie szerszym pojęciem, dlatego że za groźbę bezprawną uznaje się nie tylko groźbę popełnienia przestępstwa, ale też groźbę spowodowania postępowania karnego albo rozgłoszenia wiadomości uwłaczającej czci zagrożonego lub jego osoby najbliższej.
Jeśli groźba wyrażona gestem, słowem albo w innej czytelnej formie wzbudza w poszkodowanym uzasadnioną obawę, zaistnienie przestępstwa należy zgłosić funkcjonariuszom policji, prawnikowi bądź w prokuraturze. Sprawcy gróźb napawających ich ofiary lękiem nie pozostają bowiem bezkarni – mogą zostać ukarani grzywną, ograniczeniem lub pozbawieniem wolności.
Autor artykułu
Artykuł został przygotowany przez kancelarię adwokacko-radcowską KancelariaEA
Schetyna: Składamy pozew w trybie wyborczym przeciwko kłamstwom Morawieckiego
– Kłamstwa, którymi operuje nie tylko premier Morawiecki, ale wszyscy politycy PiS zaangażowani w tę kampanię, przekraczają nie tylko granice dobrego smaku. Dlatego (…) składamy pozew w trybie wyborczym. Będziemy żądać przeproszenia, sprostowania, tych kłamstw, a także gratyfikacji finansowej na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. – oświadczył w poniedziałek lider PO Grzegorz Schetyna.
📣 Kłamstwa, którymi operuje nie tylko premier #Morawiecki, ale i wszyscy politycy #PiS zaangażowani w tę kampanię przekraczają nie tylko granice dobrego smaku i przyzwoitości, ale w ogóle deformują rzeczywistość i historię 👇 pic.twitter.com/iGBdSHRlDU
— Platforma NEWS 🇵🇱✌️ (@NewsPlatforma) September 17, 2018
W sobotę podczas spotkania z mieszkańcami Świebodzina premier Morawiecki zarzucił koalicji PO-PSL, że wbrew deklaracjom w czasie ich rządów nie budowano dróg i mostów.
Według GDDKiA więcej niż 4 mosty na każde 10, nad którymi zarządzanie przejął rząd #PiS jesienią 2015 roku, powstały za rządów @Platforma_org i PSL. Ale #Morawiecki nie zauważył tych blisko 3 tys. nowych mostów. Jak wreszcie zauważy, to dowiemy się, że sam je zbudował?
— Andrzej Rzońca (@andrzej_rzonca) September 16, 2018
– Pamiętacie, jak nasi poprzednicy mówili, że: budujmy nie politykę, tylko drogi i mosty. Prawda, pamiętacie coś takiego. Nie było ani dróg, ani mostów. – mówił Morawiecki.
– Kłamstwa, którymi operuje nie tylko premier Morawiecki, wszyscy politycy PiS zaangażowani w tę kampanię, przekraczają nie tylko granice dobrego smaku i przyzwoitości, ale deformują rzeczywistość i historię – ocenił w poniedziałek szef PO Grzegorz Schetyna.
To jest szokujące i żenujące, #Schetyna prawdopodobnie podejmie odpowiednie kroki prawne. #Wstyd za premiera RP https://t.co/n8rqgGfglu
— Strefa Euro i Polska (@EurowPolsce) September 17, 2018
– Dlatego, analizowaliśmy z prawnikami te słowa i to kłamstwo, którego użył w swojej wypowiedzi premier Morawiecki, mówiąc, że nie było dróg i mostów za czasów poprzedników, więc mówię bardzo wyraźnie: składamy pozew w trybie wyborczym. Jutro to zrobimy. Będziemy żądać przeproszenia, sprostowania, tych kłamstw, a także gratyfikacji finansowej na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. – oświadczył lider PO.
(df) thefad.pl
Ubrali pomnik króla Zygmunta III Wazy w koszulkę z napisem „Konstytucja”
W niedzielę popołudniu działacze Komitetu Obrony Demokracji „ubrali” stojący w Warszawie na placu Zamkowym monument – Zygmunta III Wazy w koszulkę z napisem „Konstytucja”.
MY JESTEŚMY KONSTYTUCJĄ.#WolneSądy #WolniLudzie #WolneWybory #Konstytucja #EuropoNieOdpuszczaj pic.twitter.com/lcPxefga8a
— Obywatele RP (@ObywateleRP) September 16, 2018
Król Zygmunt kochany💛dla #Konstytucja🇵🇱✌️ pic.twitter.com/aGZOP7kGBq
— Michał Szczerba (@MichalSzczerba) September 16, 2018
W niedzielę około godziny 15 na pl. Powstańców Warszawy zabrało się kilkaset protestujących osób. Demonstranci mieli ze sobą flagi Polski, Unii Europejskiej i z logo KOD, wielu z nich trzymało egzemplarze Konstytucji RP. Manifestujący skandowali: „Konstytucja”, „Zygmunt jest nasz”, „Zygmunt z nami”, „Wolność, równość, demokracja”, „Wolne sądy”, „Polska kolorowa, nie narodowa”.
Z placu Powstańców protestujący przeszli na Plac Zamkowy, gdzie za pomocą wysięgnika, na figurę króla Zygmunta III Wazy, która znajduje się na 20-metrowej kolumnie założyli koszulkę z napisem „Konstytucja”.
(df) thefad.pl
Dariusz Stokwiszewski: Szaleństwo ogarnia świat…! Co dalej z nami, jeśli i PiS dokłada do tego własną „cegiełkę”, a nawet „pustak”?!

Dariusz Stokwiszewski
Proszę o przeanalizowanie mojej argumentacji i zastanowienie się nad tym, czy dla „paru groszy warto sprzedawać się” wewnętrznym zaborcom, którzy niszczą Polskę. Zbliżają się wybory, które mogą zadecydować o dalszej przyszłości Polski! Idźmy na nie wszyscy i zagłosujmy tak, jak nam podpowiada serce, a nie partyjna propaganda!
Świat zalewa fala niepokojów, konfliktów i związanej z nimi przemocy. Giną ludzie; dzieci urodzone w Syrii siedem lat temu nie znają stanu i pojęcia „pokój” (sic!). Nigdy w swoim krótkim życiu nie przespały spokojnej nocy! Rosja rozbudowuje swój arsenał, mając „chrapkę na powrót do dawnej świetności mocarstwowej”, Korea Północna, ale też Iran zbroją się na potęgę, Chiny – w miarę nieroszczeniowe do niedawna jeszcze – robią podobnie. Stany Zjednoczone pogrążają się w chaosie z powodu najgorszej w ich historii prezydentury nieprzewidywalnego Trumpa. W Europie rozpędu i siły nabierają ruchy neonazistowskie i nacjonalistyczne – w przypadku kilku państw (w tym Polski) – z „pełnym błogosławieństwem” rządzących. Nie ma w zasadzie regionu Europy i świata, gdzie wszystko byłoby normalne.
Myślę, że każdy, kto nawet odrobinę zna historię oraz mechanizmy rządzące polityką zgodzi się z tym, że w tak dramatycznej sytuacji wystarczy przysłowiowa „iskra na prochy”, aby „obudzić demony wojny”! To nie jest mój wymysł – to myślenie oparte na faktach wywodzących się z historii właśnie! Wysiłek kilkudziesięcioleci włożony w proces integracji europejskiej przez oświeconych Ojców Europy i społeczeństw, które przeżyły koszmar dwóch wojen światowych, jest systematycznie niszczony, m.in. przez rządy Polski i Węgier, które próbują „rozsadzić od środka UE”! Dwóch wyjątkowo drapieżnych, samolubnych, interesownych oraz bezideowych przywódców (ten polski nie ma nawet formalnego mandatu) bierze się za coś, co w oczach Europejczyków myślących kategoriami dobra ogólnego, jest zbrodnią! Jednak, jako zbrodnia musi być kiedyś osądzona – nawet jeśliby miało to się zdarzyć już po ich „odejściu” z tego świata – hańba zawsze zostaje na wieki!
Skoro jesteśmy już przy tym temacie, to przenieśmy się teraz na nasz grunt, starając się zrozumieć możliwe dla Polski i Europy konsekwencje tego, o czym już napisałem powyżej. Dla przykładu zatrzymajmy się na jednym z ostatnich wydarzeń.
- „Historię piszą zwycięzcy, a to my jesteśmy zwycięzcami” powiedział Kaczyński na konwencji PiS w Szczecinie! Czyżby panie Kaczyński? Jeśli sam pan wierzy w to, o czym mówi, to znaczy, że z panem jest coś nie tak …!
- Stwierdził jeszcze coś innego, co także cytuję: „Pamiętajcie, że ci, którzy wierzyli, że historia się skończyła, mylili się” (odniósł się tutaj do wydarzeń XX wieku).
„Mówi się często, że historię piszą zwycięzcy. My jesteśmy zwycięzcami, my musimy napisać historię”.https://t.co/It3Z2zObpK
— tvn24 (@tvn24) September 16, 2018
Wyjaśnienie dotyczące ostatniego stwierdzenia „wodza”, który nie zawsze ma pojęcie o tym, co mówi, z którym jednak wyjątkowo (w tym przypadku) się zgadzam, wydaje się niezbędne! Do czego/kogo zatem odnosi się prezes partii rządzącej mówiąc to, co zacytowałem? Wydaje mi się, że sam Kaczyński nie wie, dlatego też postaram się to jak najprościej zaprezentować!
Otóż na przełomie lat 80. i 90. XX w., na fali radości z powodu zakończenia „zimnej wojny”, powstał cały szereg publikacji znanych specjalistów z zakresu politologii, w tym zwłaszcza obszaru stosunków międzynarodowych, jak książka „Koniec historii” Francisa Fukuyamy. Tenże badacz (błędnie zresztą) przewidywał, że po upadku komunizmu świat się stanie inny; lepszy i w pełni demokratyczny, a gospodarka będzie wolnorynkowa. Podejście to zwane liberalnym nie znalazło, jak widać na przykładzie Polski (PiS!) zastosowania (piszę to o ostatnich, niechlubnych latach rządów PiSu!). Polityka demagogii połączonej niemalże z komunistyczną „propagandą sukcesu” oraz związanym z chęcią utrzymania za wszelką cenę władzy, rozdawnictwem przyniesie nam w średniej perspektywie katastrofę finansową. Polskiego ZUS-u już nie stać jest na wypłacanie świadczeń, stąd zabieranie „po kryjomu” świadczeń nawet osobom bardzo chorym, ale nie tylko. Pieniędzy szuka się wszędzie po to, by spełnić obietnice, których w całości spełnić się nie da. A jeśli nawet to tylko kosztem spadku przyszłych rent i emerytur! To samo w sobie jest naganne, ale powinno być też karalne, tylko jak do tego doprowadzić, kiedy PiS zawłaszczył wszystkie instytucje państwowe?! Kiedy ma „swoje”: Policję, wojsko, prokuratury, większość trybunałów i sądów … etc.?! Nie mniej jednak jakoś trzeba odebrać ukradzioną Ojczyznę i to jak najszybciej!
I teraz odpowiedź na to, dlaczego F. Fukuyama się mylił, a Jarosław Kaczyński „ma dziś rację”? Dlatego, że: amerykański badacz myślał racjonalnie i przyzwoicie, a pan prezes nie myśląc o strasznych konsekwencjach, na powrót wprowadza w Polsce komunizm pomieszany z innymi totalitaryzmami (z neofaszyzmem), która to hybryda zniszczy Polskę! To ani Fukuyamie, ani niemal nikomu z nas do głowy by wówczas nie przyszło. Ba, jeszcze 4 lata temu śmiałbym się, gdybym usłyszał, że stanie się to: primo – tak szybko i secundo – właśnie u nas w Polsce! A jednak …!
Mądrzy ludzie mówią: demokracja i wolność nie są dane raz na zawsze. Trzeba o nie walczyć każdego dnia!
Przyszłości nie da się do końca przewidzieć! Tak mawiał „ojciec” realistycznego nurtu teorii stosunków międzynarodowych, amerykański badacz Hans J. Morgenthau; mogą to próbować zrobić jedynie szarlatani, ale zwykle bez powodzenia! Natomiast można ograniczyć każdą szkodliwą dla pokoju międzynarodowego działalność w imię racji wyższych! To my sami mamy głównie wpływ na własne decyzje, co w przypadku rządzących jest istotnym narzędziem w kreacji rzeczywistości. Nie wolno nikomu postępować wbrew racji stanu własnego państwa i jednocześnie szkodzić tym samym innym pokojowo i prodemokratycznie nastawionym strukturom międzynarodowym jak zwłaszcza UE. Tak jednak czyni dzisiaj obóz rządzący w celu realizacji własnych, partykularnych interesów i racji PiS, SP, WiN oraz Kukiz 15 (ostatni jedynie udając opozycję)!
Proszę o przeanalizowanie mojej argumentacji i zastanowienie się nad tym, czy dla „paru groszy warto sprzedawać się” wewnętrznym zaborcom, którzy niszczą Polskę i to bardziej, niż niejeden wcześniejszy najeźdźca zewnętrzny! Zbliżają się wybory, które mogą zadecydować o dalszej przyszłości (bądź niebycie) Polski! Idźmy na nie wszyscy i zagłosujmy tak, jak nam podpowiada serce, a nie partyjna propaganda!
Dariusz Stokwiszewski
Rafał Sulikowski: Dawno i prawda. O sporze ideowym w Polsce

Rafał Sulikowski
W dzisiejszym świecie przydałaby się odnowiona lekcja romantyzmu, nie tego patriotycznego, ale tego egzystencjalnego, metafizycznego.
Ktoś z obcych, gdyby przybył teraz na Ziemię, zapewne miałby wrażenie wielkiego ubóstwa i to nie tego zewnętrznego – coraz więcej ludzi się wszak bogaci – lecz biedy i wręcz nędzy duchowej. Ujrzałby pole do gry, na którym gra tylko dwoje graczy. Zamiast różnorodności i wielowymiarowości, zastałby wydrążonych ludzi jednowymiarowych i bez właściwości.
Na tym wielkim polu walki pod jednym sztandarem zobaczyłby obóz “ateistów”, a naprzeciw pod drugą chorągwią obóz “katolików”. Ktoś jeszcze? Właśnie cały szkopuł w tym, że nie – są tylko dwa pola – czarne i białe – a brak kolorów, bo nawet wyznawcy “tęczy” znajdują się pod szyldem “ateistów i agnostyków”, albo po prostu “racjonalistów”, którzy mają nawet swój portal.
Obraz świata, jaki wyłania się w Polsce jest całkowicie czarno-biały, a momentami nijaki, bezbarwny, szary. Całą różnorodność i skomplikowane zagadnienia światopoglądowe i aksjologiczne sprowadzono na jeden poziom – parterowy i uproszczono tak dalece, że bardziej nie można. Niżej są tylko dwuwymiarowe płaszczaki, które nie są świadome, że istnieje trzeci wymiar.
Poziom dyskusji na forach przy okazji tekstów światopoglądowych ujawnia bezbrzeżną niewiedzę, nieznajomość historii i kontekstów każdego problemu współczesnego, a nawet – brak podstawowej logiki i argumentów na potwierdzenie jakiejś tezy.
Kiedy ateista krytykuje wiarę religijną, jego krytyka nie wychodzi w kierunku ontologii, co najwyżej dotyka spraw etycznych albo “podwórkowych” – który kapłan, co i komu zrobił.
Kiedy katolik dyskutuje z ateistą, ponownie – brak podstawowej znajomości własnej nawet dziedziny, brak znajomości choćby świętych tekstów swej wiary, tradycji, 5 słynnych dowodów na istnienie Bóstwa, nieznajomość realiów powstawania pism biblijnych, definiowania pojęć i kontekstów historycznych i obyczajowych.
Żenujące są argumenty ad personam i inne błędy logiczne. Nie ma tam zdania, które trzymałoby się całości. Jest z góry przyjmowana teza: w przypadku katolików “Bóg istnieje”, w przypadku ateistów “Bóg nie istnieje”. Argumentacja odgórna zastępuje mozolne gromadzenie danych i faktów, a potem następuje nieumiejętna interpretacja selektywnie zgromadzonych faktów na poparcie którejś z tez.
Wielkim nieszczęściem jest zapomnienie, że oprócz oświeceniowej krytyki kościoła, istniała inna krytyka – romantyczna, która uderzała w wiarę, ale od innej strony niż ta pierwsza.
Oświecenie pragnęło dokonać redukcji całego średniowiecznego imaginarium religii, Romantyzm przeciwnie – oskarżał wiarę urzędową o uproszczenie bogatej tematyki legend, mitów, klechd, podań, baśni i całego folkloru ludowego.
Oświeceniowi marzyli, by albo religię zredukować do kilku dogmatów i usunąć kult religijny, przynajmniej z przestrzeni publicznej, romantycy chcieli wzbogacić dogmaty o sferę, którą dziś nazwalibyśmy parapsychologią, ezoteryką czy magią, wnieść trochę życia i wiary nieurzędowej, proponowali samodzielne studia nad pismami, indywidualny kontakt z bóstwem ukrytym w przyrodzie, naturze, stepach akermańskich i dzikich wrzosowiskach, dokąd żaden “porządny katolik” się nawet nie zapuszcza nocą, która była – podobnie jak jesień – ulubioną porą dobry romantyków.
W dzisiejszym świecie postromantycznym przydałaby się odnowiona lekcja romantyzmu, nie tego patriotycznego, ale tego egzystencjalnego, metafizycznego.
Upadek wielkiej metafizyki zachodniej temu nie sprzyja, ale niektóre nurty postmoderny już tak. Uznają one za pełnoprawną nie tylko racjonalną, ale także każdą inną krytykę wiary “niedzielnej”, którą od pustki niewiary oddzielają jedynie stuletnie sztandary z nieodłącznymi hasłami patriotycznymi. Taka wiara upaść musi. Takiej wierze przyda się zimny prysznic ateistów. Ale im z kolei przydałaby się solidna lekcja romantyzmu oraz przede wszystkim odejście od “budki z piwem” i lektura klasyki choćby marksistowskiej, bo ateizm spod znaku niedzielnego grilla i piwka nikogo nie zmusi do myślenia. A klasycy i romantycy mieli tę przewagę nad nami, że sporo w życiu przeczytali. Czy damy radę im dorównać?
Rafał Sulikowski
Rafał Sulikowski: Nawrót. Dlaczego powróciła prawica?

Rafał Sulikowski
Kiedy świat pogrąża się co jakiś czas w kryzysie, nastroje społeczne kierują masy w kierunku populistycznym, a ludzie tęsknią za lepszą przeszłością, w niej upatrując środków ratunkowych.
Dlaczego zaraz za progiem XXI wieku i jednocześnie trzeciego milenium w dużym państwie środkowo-wschodniej Europy do władzy wróciła prawica?
Nie jest to pytanie łatwe. Możliwych odpowiedzi nie jest oczywiście nieskończenie wiele, ale na pewno nie mniej niż kilka.
Faktem jest, że w 2015 roku, czyli ćwierć wieku po „okrągłym stole” i wyborach do parlamentu w 1989 roku władzę zdobyła partia PiS, wywodząca się z jednego z nurtów postsolidarnościowych, tego bardziej na prawo. Wraz z objęciem władzy przez prawicę głowę podniosło mnóstwo zrzeszeń, stowarzyszeń skrajnie prawicowych, dotąd marginalizowanych.
Podobnie stało się na Węgrzech, a także w niektórych landach niemieckich, gdzie na fali retoryki antyimigranckiej łeb podniosły neonazistowskie ruchy, odpowiadające mniej więcej naszemu ONR czy młodzieży wszechpolskiej.
Przy wszystkich różnicach łączy je jedno – żarliwy antyglobalizm, przesadna retoryka “antylewacka” (choć żadna z nich nie potrafi precyzyjnie zdefiniować, czym jest naprawdę centrolewica czy lewica dziś), wybujałe resentymenty nacjonalistyczne, czasem rasistowskie i szowinistyczne oraz skrajny antyfeminizm.
Prawica funduje nam powrót do feudalnego średniowiecza w obyczajach skrajnie patriarchalnych oraz powrót do PRL w bazie, czyli ekonomii i gospodarce przez silny interwencjonizm państwowy, rozbudowywane przywileje socjalne kosztem całości gospodarki czy promowanie nierentownych przedsiębiorstw, których jedyną zaletą jest to, że są polskie, narodowe, a więc “nasze”.
Rządy prawicy trwają już czwarty rok i jeśli sondaże nie kłamią, a są powody, by przypuszczać, że kłamią, to przed nami nie tylko kolejne dwa lata rządów “prawdziwych Polaków” i “porządnych katolików”, ale być może widmo następnej dekady w rękach ludzi, którzy skłócili Polskę samą z sobą, z Europą zachodnią i UE, a także z Watykanem, gdzie rezyduje centrowy papież Franciszek.
Prawica nawet nie kryje, że nie lubi Franciszka, a ustami topowych publicystów regularnie zwalcza jego wizję świata i misji Kościoła. Kiedy poprzedni papież Benedykt XVI obraził islam, żaden z polskich publicystów nie miał odwagi skrytykować papieża, podobnie jak nie należało krytykować Jana Pawła II za zorganizowanie ekumenicznego spotkania w Asyżu w 1986 roku.
Franciszek jest łatwym celem prawicy, bo rzeczywiście dąży do zmiany w Kościele zakrojonej na wielką skalę. Gdyby prowadził Kościół w stronę integryzmu, prawica nie miałaby problemu z papieżem. Nieszczęśliwie dla prawicy, obecny papież wyciągnął lekcję ze swojej biografii, kiedy jako kardynał Argentyny był bardziej na prawo, choć nie jest prawdą, że wspierał rządy militarnej prawicy.
Prawica ma problem z Franciszkiem, a to znaczy, że ma z nim problem pewnie z 80% polskich katolików. Ale to tylko dygresja – pytamy wszak, jak doszło do tego, że jesteśmy pod rządami prawicy.
Aby jednak postawić diagnozę, musimy przypomnieć podstawowe fakty z lat 1990-2014 z najnowszej historii Polski.
Wygrana w 1989 roku, kiedy Tadeusz Mazowiecki sformułował pierwszy niekomunistyczny rząd o charakterze centro-prawicowym, choć z naciskiem na przedrostek “centro”, wielu ludziom nie wystarczyła. Polityka “grubej kreski” i brak roszczeniowości oraz odwetowości pokojowego premiera nie podobała się dawnym członkom KPN, WiP czy NZS oraz Solidarności Walczącej i Solidarności’80. Chcieli radykalnej dekomunizacji, mocnej lustracji i solidnego ukarania byłych komunistów. Pragnęli odwetu i zemsty. Chcieli, aby nawet to, co było osiągnięciem Polski, np. w rolnictwie i przemyśle, raz na zawsze znikło z narracji historycznej. Nie uznawali PRL jako suwerennego państwa polskiego, lecz jako satelitę ZSRR, mimomimo że przecież Gomułka nie poszedł drogą radziecką i nie dokonał całkowitej nacjonalizacji rolnictwa, więc w Polsce były jedynie pgr-y, a nie kołchozy. Sam wychowany na roli rozumiał, że rolnik dobrze pracuje tylko na własnej ziemi.
Potem okazało się, że ludzie Solidarności nie tylko walczą ze sobą (“wojna na górze”), ale na dobitkę nie są technicznie przygotowani do samodzielnego rządzenia.
Przed reformami Balcerowicza gospodarka wpadła w okres dzikiego kapitalizmu, co wystraszyło większość społeczeństwa. Wybuchło zatajane w PRL bezrobocie, szalała hiperinflacja, powstawały firmy na granicy prawa i zapanował chaos. Doprowadził on do wygranej w 1993 centro-lewicy, a po Wałęsie prezydentem został na dwie kadencje były działacz socjalistyczny Kwaśniewski.
Wydawało się, że ludzie wychowani w PRL zatęsknili do wczasów pod gruszą, bezpiecznych etatów w budżetówce i że zreformowana lewica jako socjaldemokracja poprowadzi kraj środkiem do dobrobytu.
Tymczasem nadeszło nowe i wraz z aferami gospodarczymi upadły rządy centro-lewicy, a prezydentem został Lech Kaczyński. W 2005 roku po raz pierwszy od dawna doszła na dwa lata do władzy partia Jarosława Kaczyńskiego, a on sam został premierem.
Po dwóch latach chaotycznego rządzenia, nieustannego wracania do przeszłości, obsesyjnej lustracji i dekomunizacji, projekt IV RP upadł, do czego przyczyniły się wątki kryminalne, służby specjalne oraz ogólne niezadowolenie
społeczne z rządów silnej ręki, będących na granicy autorytaryzmu.
Gdy w atmosferze paranoi politycznej w 2007 roku PiS upadł, powróciła względna normalność – premierem został Donald Tusk, a prezydentem po tragicznie zmarłym Lechu Kaczyńskim został Bronisław Komorowski.
Rządy centrowe przetrwały osiem lat, PO przegrała wybory w 2015 roku, a prezydentem został marionetkowy, ale młody i energiczny Andrzej Duda. Dlaczego?
Kiedy w 2007 roku władzę obejmowała PO, żadnemu ekonomiście na świecie, ani nawet w USA nie śniło się to, co zaczęło się dziać rok później. Upadek Lehmann’s Brothers – wielkiego banku w Ameryce – to początek potężnej lawiny kryzysu ekonomicznego, który niczym w efekcie domina rozlał się niemal na cały świat.
Kryzys ogólnoświatowy siłą nieustępujący Wielkiemu Krachowi w 1929 roku wywołał te same reakcje, co kilka lat przed II wojną działo się w Europie: radykalizację nastrojów społecznych, huśtawkę na giełdach, panikę i popłoch inwestorów. Kryzys, który w Ameryce rozpoczął się dekadę temu, dotarł do Europy z opóźnieniem, a do Polski z jeszcze większym spóźnieniem. U nas największa fala przechodziła w postrzeganym katastroficznie 2012 roku w popkulturze określanym jako “koniec świata”.
Grecja, Włochy i Hiszpania jako pierwsze znalazły się w poważnych kłopotach, które do dziś są widoczne gołym okiem. Polska i jej mit “zielonej wyspy” oraz retoryka “cudu gospodarczego” nieco na zasadzie magicznego myślenia
okazały się pewnym buforem, łagodzącym uderzenie finansowego tsunami, co jednak nie wystarczyło, aby choć częściowo uchronić kraj w zglobalizowanym świecie. Jako że podczas kryzysu zarabiają aferzyści i spekulanci, nie mogło nie dojść do wybuchu różnych afer gospodarczych, które do reszty obnażyły słabości polskiego podwórka.
Na fali społecznego niezadowolenia wygrali populiści, którzy dyskontowali wysiłki koalicji PO-PSL, czynione dla złagodzenia kryzysu w Polsce. Inaczej mówiąc, przejęli oni niewątpliwe osiągnięcia na polu gospodarczym, jakie są
zasługą koalicji. Flagowy program PiS, czyli Rodzina 500+ nie byłby możliwy bez wcześniejszych wysiłków koalicji obywatelskiej, robiącej wszystko, aby możliwie jak najlepiej przetrwać spóźniony u nas kryzys ekonomiczny.
Kiedy świat pogrąża się co jakiś czas w kryzysie, nastroje społeczne kierują masy w kierunku populistycznym, a ludzie tęsknią za “lepszą” przeszłością, w niej upatrując środków ratunkowych.
Gdyby nie kryzys, na świecie partie prawicowe, mocno antyunijne (jak w Brexicie), nie wróciłyby do władzy. Tak to już jest z okresami bessy i hossy, że podczas tej pierwszej wracają tęsknoty prawicowe do rządów “silnej ręki”, w której upatruje się nadziei na cud, a w czasie tej drugiej sytuacja się normalizuje i na powrót wracają takie tematy, jak ochrona mniejszości, narracje przeciwwykluczeniowe, prawa kobiet, programy ekologiczne i większa otwartość na inne kultury i style rządzenia.
Jeśli wierzyć prognozom robionym zaraz po wybuchu kryzysu w 2008 roku, w 2018 roku kryzys ma się przesilić, a od mniej więcej 2020-21 roku całkowicie ustąpić.
Jeśli nawet nie od razu, to na pewno społeczne nastroje się ustabilizują tak, by następne rządy przestały zajmować się ideologią (in vitro, prawa LGBT, etc.), a zajęły się wyłącznie gospodarką i ułatwianiem życia przedsiębiorcom przez ograniczanie rosnącej wciąż biurokracji.
Niestety, kryzys tożsamości, jaki przez dwa już lata dotyka samych podstaw funkcjonowania państwa – konstytucji – tak łatwo nie ustąpi. Bez dogłębnego przemyślenia ustawy zasadniczej, jej roli w cywilizowanym świecie i bez szerokiej debaty społecznej nad wizją rozwoju Polski w trzeciej dekadzie XXI wieku nie ruszymy do przodu. A jeśli będziemy stać w miejscu, zaczniemy się cofać. To jest właśnie stawka, jaką mamy do rozegrania – iść ku przyszłości z krajami rozwiniętymi czy zanurzać się coraz bardziej w przeszłość? Trzeciej opcji nie ma.
Rafał Sulikowski
Przyczyny poparcia Hitlera. „Kompleks niższości kompensowany przez podbudowane rasizmem poczucie wyższości”
Socjolog z USA Theodore Abel zebrał w 1934 r. relacje nazistów o przyczynach poparcia Hitlera. Ich wypowiedzi ukazały się teraz po raz pierwszy w Niemczech. Wydawca książki widzi podobieństwa z czasami współczesnymi.
Pochodzący z Łodzi amerykański naukowiec Theodore Abel zebrał latem 1934 roku blisko siedemset relacji nazistów, którzy wstąpili do NSDAP przed przejęciem władzy przez Hitlera – w wielu przypadkach w pierwszych latach po powstaniu nazistowskiego ruchu po I wojnie światowej.
Goebbels zgodził się na projekt
Ablowi udało się przekonać do projektu szefa propagandy Josepha Goebbelsa. Argumentował, że realizacja pomysłu pomoże amerykańskiej opinii publicznej lepiej zrozumieć niemiecki narodowy socjalizm.
Hitlerowskie ministerstwo propagandy zezwoliło pracownikowi nowojorskiego Columbia University na zorganizowanie w Niemczech konkursu na najciekawsze wspomnienia „bojowników”. Dodatkową zachętą była nagroda – 700 dolarów dla najlepszej pracy.
W pierwszych latach po przejęciu władzy, Hitlerowi zależało na dobrych relacjach ze Stanami Zjednoczonymi i Wielką Brytanią, dlatego pomimo oporów Abel dostał pozwolenie na projekt. Jego książka ukazała się w USA w 1938 roku i przeszła całkowicie niezauważona przez fachowców i opinię publiczną. Z 683 zebranych wówczas relacji do chwili obecnej zachowało się 581 dokumentów.
Relacje nazistów po raz pierwszy dostępne jako książka
Twórca berlińskiego muzeum Berlin Story Bunker – Wieland Giebel wydał w tym tygodniu tom zawierający 82 relacje w całości oraz analizę całego przechowywanego w USA materiału.
– Od dawna zadawałem sobie pytanie, co skłoniło Niemców do poparcia Hitlera. To czysto polityczne zainteresowanie, bez socjologicznych ambicji – mówił Giebel na spotkaniu z dziennikarzami w Berlinie.
Jego zdaniem wartość relacji polega na ich autentyczności. Autorami są w większości „doświadczeni bojownicy”, którzy przyłączyli się do Hitlera z przyczyn ideowych, nie dla korzyści materialnych czy kariery, gdyż NSDAP nie miała w latach 20. wiele do zaoferowania.
„NSDAP połączyła cele narodowe z reformami socjalnymi, co przesądziło o jej atrakcyjności dla wielu weteranów wojny i idealistów” – napisał w swojej relacji dla Abla piekarz Sens.
Hertha von Reuss z Berlina tłumaczyła, że „od klęski wojennej cierpiała z powodu hańby Niemiec”. Przypadkowo przyszła na wiec z udziałem Hitlera, który „oczarował ją” i „nadał sens jej życiu”.
Magiczna siła Hitlera
„Z Hitlera promieniowała niewidzialna siła, która działała na wszystkich jak magnes” – pisał Hans Thaysen.
Gustav Kohlenberg twierdził, że każde zebranie nazistów było dla niego „wewnętrznym przeżyciem, rodzajem nabożeństwa”.
Książę Friedrich Christian Prinz zu Schaumburg-Lippe argumentował, że „w świecie zwalczających się klas jedynie Hitler, sam robotnik, był w stanie odebrać milionowej armii proletariatu wiarę w Międzynarodówkę, przywracając im wiarę w solidarność własnego narodu”.
Wśród relacji nie brakuje także wypowiedzi awanturników, którzy bez ogródek deklarowali, że motywem przyłączenia się do nazistów była chęć bezkarnego bicia „bolszewików i Żydów”.
Poczucie krzywdy i nieufność wobec elit
Wśród najczęściej powtarzających się motywów poparcia Hitlera Giebel wymienia poczucie krzywdy, nieufność wobec elit i przekonanie, że nie dostali od życia tego, na co zasługują, że „znaleźli się na bocznym torze”. Kompleks niższości kompensowany jest przez podbudowane rasizmem sztuczne poczucie wyższości oraz misję wyniszczenia podludzi: Żydów, komunistów, narodów słowiańskich.
Giebel nawiązał do aktualnej sytuacji w Niemczech i wzrostu nastrojów skrajnie prawicowych i ksenofobicznych powstałych w Chemnitz po śmierci Niemca, zawinionej prawdopodobnie przez migrantów. Zaznaczył, że zarówno w latach 20. ubiegłego stulecia, jak i dziś, ekstremiści stanowią mniejszość społeczeństwa.
– Nie wystarczy wyjść na ulice z hasłem „Nas jest więcej”. To za mało, wtedy i teraz. Konieczne są zdecydowane działania służb – powiedział wydawca. – Naziści wykazywali niepohamowaną wolę władzy. Politycy innych partii kłócili się o przywileje, a gdy naziści zdobyli władzę, było już za późno na opór – tłumaczył.
Historia może się powtórzyć?
Zdaniem Giebela problemy przełomu lat 20. i 30. stają się znów aktualne, gdyż Alternatywa dla Niemiec i antyislamski ruch PEGIDA „łączą się ze skrajnie prawicowymi zabijakami”.
– U nazistów było tak samo. Były dwa nurty. Byli ludzie z SA – chuligani, którzy widzieli w komunistach i policjantach wrogów, i byli z drugiej strony ludzie partii, którzy chcieli robić karierę. Sojusz obu grup – zabijaków i partyjnych ideologów był niebezpieczną mieszanką – mówi wydawca.
Zdaniem Giebela pewne postawy sprzed kilkudziesięciu lat – agresywny nacjonalizm, rasizm i kompleks niższości kompensowany przez sztuczne poczucie wyższości wobec obcych są znów „na fali”.
Zastrzegł, że obecna sytuacja Niemiec jest jednak nieporównywalna z latami 20., gdy w wielu rodzinach panował głód. – Wszystkim nam powodzi się o wiele lepiej, żyjemy w najbogatszym kraju z największą nadwyżką w handlu, każdy obywatel, nawet biedny, ma zagwarantowane godne życie – zaznaczył.
REDAKCJA POLECA
Dariusz Stokwiszewski: Polityczna barbaryzacja państwa postępuje. Polska przestaje się liczyć w Europie

Dariusz Stokwiszewski
Obudźmy się po to, aby nasze dzieci i wnuki nie stały się parobkami w rosyjskich „kołchozach i gułagach”, które chętnie nas przyjmą! O ile wizja ta wydać się może dziś komuś szalona, to oby „jutro” nie obudził się w innej już rzeczywistości!
Stwierdzenie tego, że Polska i Polacy stracili dorobek ostatnich kilkudziesięciu lat, jest truizmem; czymś tak oczywistym, jak przypływy czy odpływy mórz i oceanów. Nie to, zatem jest istotą moich rozważań, bo nic nie da płacz nad „rozlanym mlekiem”. Tym, co istotne i czemu należy się przyjrzeć, a zwłaszcza poddać analizie, są możliwe skutki alienacji naszego państwa z grona jego dotychczasowych partnerów; demokratycznych państw cywilizacji zachodniej. Od trzech lat w Polsce permanentnie postępuje proces niszczenia demokracji i jej instytucji. Pisałem już o tym wielokrotnie, zresztą nie tylko ja, zatem nie ma już potrzeby wracać do szczegółów tego – a według mnie – typowo przestępczego procederu.
W pewnym momencie dewastacja struktur państwa stała się czymś tak oczywistym, że nie wzbudza jakichkolwiek emocji u większości obywateli RP. Według mnie wynika to ze „stępienia się” wrażliwości społecznej i oznacza, że większość Polaków zaczyna się do tego, przyzwyczajać. Podobnie jak z ową przysłowiową żabą, która wrzucona do chłodnej wody, a następnie wolno podgrzewana zaczyna się gotować „na dobre” nie odczuwając początkowo większego bólu. Tak z naszym społeczeństwem postępuje też koalicja rządząca, która przez ostatnie trzy lata przyzwyczaiła Polaków do łamania konstytucji i prawa, do brukowego języka nienawiści, a teraz zaczyna nas oswajać z postrzeganiem Zachodu, jako wroga Polski, co też jest kolejną według mnie zbrodnią. Tak, właśnie zbrodnią – karygodnym przestępstwem – zamachem na Polskę i jej rację stanu – popełnianymi przez wewnętrznego wroga, którym okazała się „dobra zmiana”, ale także i głowa państwa, która – nawet po wyborze na ten najbardziej zaszczytny w Polsce urząd – jest z partią i jej wodzem nierozerwalnie związana przyczyniając się w jeszcze większym stopniu jak oni, do upadku państwa polskiego! Już to samo jest, co najmniej nieprzyzwoite!
Prezydent Andrzej Duda – formalnie Strażnik Konstytucji naruszył m.in. art. 2, 10 ust. 1, 126 ust. 2 i 3, 173, 183 ust. 3, 187 ust. 1 pkt. 2 i 3 oraz ust. 3, akceptował łamanie art. 190 ust. 2, ułaskawił kolegów wbrew zasadzie z art. 32 ust. 1 Konstytucji RP.
Czy może, zapobiegając wyrokowi, który grozi jemu i jego kolegom za łamanie prawa sam siebie i ich ułaskawi niejako na zapas?! Nie wiem, ale po prawniku i patriocie „tej miary” można się i tego spodziewać! Nie chcę tu szczegółowo wyliczać deliktów przezeń popełnionych z pełnym rozmysłem – jest ich dużo, żeby nie rzec za dużo!
Zastanawia mnie jedno; czy nie ma mechanizmów do tego, aby władzę w tak bardzo ordynarny i wręcz haniebny sposób łamiącą zasady państwa – na Konstytucję, którego przysięgała – odsunąć?!
Bezsporne jest, że PiS i jego koalicjanci władzę otrzymali w drodze demokratycznych wyborów od społeczeństwa, które w ten sposób okazało im swoje zaufanie. Jednak nie ma najmniejszych wątpliwości, że wygraną zawdzięcza jedynie osiemnastu procentom wyborców. Jednakże bez względu na to, ile głosów uzyskałoby, nic nie daje mu prawa do destrukcji dobrze funkcjonującego demokratycznego państwa prawnego, będącego też członkiem wspólnoty zachodniej, cywilizacji XXI wieku, a nie Średniowiecza w otchłań, którego PiS (czytaj Jarosław Kaczyński) nas wciąga!
Bo jeśli władza nie dotrzymuje umowy społecznej zawartej z narodem, to czy naród ma obowiązek przestrzegać prawa państwa, które powstało z naruszeniem tego dotąd obowiązującego, kompatybilnego z prawem Unii Europejskiej, nas obowiązującego?
„Umowa społeczna” jest to termin filozoficzny, który łączy w sobie wiele teorii. Ich istotą są umowy dorozumiane, przy pomocy których ludzie tworzą narody i utrzymują porządek społeczny. Teoria umowy społecznej stanowi uzasadnienie tego, że legalna władza państwowa musi wywodzić się ze zgody społeczeństwa. Punktem wyjścia dla większości tych teorii jest analiza kondycji ludzkiej, określana mianem „stanu natury”, w którym brak jest porządku społecznego. Stąd, działanie jednostki ogranicza tylko jej sumienie. Wspólnym pojęciem dla tych teorii jest suwerenna wola, którą na mocy tej umowy społecznej wszyscy bez wyjątku członkowie społeczeństwa muszą szanować!
Tak, wszyscy poza wodzowską partią Jarosława Kaczyńskiego, który ma „nieodpartą chęć przejścia do historii” (wszystko wskazuje na to), jako despota, tyran, niszczyciel, burzyciel, wróg państwa polskiego i zwolennik Rosji, która chciałby nas „połknąć” w całości! Tak jest, bowiem dziś, przez większość myślącej części narodu postrzegany. A, że nie rozumie tego, póki, co ta nakarmiona pisowskim „wszystko+” społeczność, to tym gorzej dla niej, bo wkrótce to „byle co+” musi się skończyć tak, jak się kończą środki w budżecie coraz biedniejszej i bardziej zadłużonej Polski. Państwa, które już wkrótce zostanie samo, stając się łatwym łupem dla „cara Putina”. Śmiem nawet twierdzić, że dopóki nie zniknie ten haniebnie słaby, bezideowy, ciągle „głodny kasy i stanowisk” rząd, dopóty nikt na Zachodzie palcem nie tknie, aby nam pomóc, gdyby, co …! Niby, dlaczego skoro w oczach Zachodu sami chcemy go opuścić?! Obawiam się, więc drugiej „Jałty” oraz braku przyszłości dla Polski, pod ciemnym i prostackim kierownictwem tej władzy!
Obudźmy się po to, aby nasze dzieci i wnuki nie stały się parobkami w rosyjskich „kołchozach i gułagach”, które chętnie nas przyjmą! O ile wizja ta wydać się może dziś komuś szalona, to oby „jutro” nie obudził się w innej już rzeczywistości!
Dariusz Stokwiszewski
Fałszywe konta i dziesiątki tyś. zł pomagały wygrać Dudzie wybory prezydencki. Śledztwo dziennikarskie ujawnia fakty
Tysiąc wątków i 5 tys. automatycznych wpisów miesięcznie. Taką umowę sztab wyborczy Andrzeja Dudy kandydata PiS na prezydenta podpisał ze spółką z Warszawy w 2015 roku. Fałszywe konta fikcyjnych użytkowników, miały na masową skalę generować aktywność na Twitterze czy Facebooku promującą z jednej strony pozytywny wizerunek kandydata PiS i z drugiej ośmieszać Bronisława Komorowskiego. Doniesienia te, to efekt śledztwa dziennikarzy „Wyborczej” i Radia Zet.
Z umowy, do której dotarli dziennikarze „Wyborczej” i Radia Zet wynika, że w okresie kampanii Andrzeja Dudy warszawska firma ELCHUPACABRA miała tworzyć miesięcznie tysiąc „wątków tematycznych”. Każdy wątek wyceniony był na 20 złotych, pod każdym z nich miało się znaleźć 5 tysięcy „wpisów automatycznych”. Za jeden wpis PiS płacił po 2 zł.
Nie wiadomo dokładnie, do czego konkretnie użyte zostały fałszywe konta w internecie – czyli tzw. boty. Eksperci, na których powołują się dziennikarze, wskazują, że w ten sposób każdą „wpadkę” Bronisława Komorowskiego rozdmuchiwano do granic możliwości. Jako przykład dziennikarze Radia ZET i Wyborczej podają słynnego „szoguna”, z którym przyszło się zmierzyć Bronisławowi Komorowskiemu.
Chodziło o sytuację, gdy Bronisław Komorowski zwrócił się żartobliwie do szefa BBN: „mój Szogunie”, po czym internet został zalany falą memów i prześmiewczych wpisów, #szogun przylgnął do Komorowskiego, a Dudzie przybyło w sondażach. W połowie lutego kandydat PiS na prezydenta tracił do Bronisława Komorowskiego 30 punktów procentowych, w kwietniu już tylko 15.
Według dokumentów na które powołują się dziennikarze umowa z warszawską firmą została zerwała po upływie półtora miesiąca. Za realizację zleniea sztab wyborczy Dudy przelał na konto firmy kilkadziesiąt tysięcy złotych.
Kancelaria Prezydenta nie odpowiedziała na pytania Radia ZET, czy prezydent wiedział o tego typu umowach i praktykach.
(df) thefad.pl / Źródło: „Wyborcza„, Radio ZET
Ludmiła Kozłowska deportowana z Polski jako osoba niepożądana w strefie Schengen dostała wizę Niemiec
Mimo zakazu wjazdu do strefy Schengen, jakim objęto szefową Fundacji Otwarty Dialog, grupa posłów Bundestagu nie chciała rezygnować ze spotkania z Ludmiłą Kozłowską. Rano rozmawiali z nią w niemieckim parlamencie.
Jak poinformowali Deutsche Welle organizatorzy spotkania, godzinna rozmowa poświecona praworządności i prawom człowieka w Polsce i na Węgrzech zaplanowana była od wielu miesięcy. – Chcieliśmy dowiedzieć się z pierwszej ręki, jak wygląda sytuacja z przestrzeganiem praw człowieka w tych krajach – powiedział deputowany CDU Andreas Nick.
Niemiecki chadek uznał za „nie do przyjęcia” próbę uniemożliwienia przez stronę polską spotkania z Kozłowską. W jego ocenie zakaz wjazdu szefowej Fundacji Otwarty Dialog był prawdopodobnie „nadużyciem” przez Polskę systemu informacyjnego Schengen. Będziemy tę sprawę dalej badać – zapowiedział Nick.
Poseł interweniuje w niemieckim MSZ
Inny organizator spotkania, poseł SPD Frank Schwabe wyjaśnił w rozmowie z Deutsche Welle, że po jego interwencji w niemieckim MSZ ambasada RFN wystawiła Kozłowskiej specjalną wizę uprawniającą do czasowego przebywania na terenie Niemiec. Polityk SPD podziela ocenę swojego kolegi z CDU, że sytuacja, gdy Polska uniemożliwia niemieckim posłom spotkanie z przedstawicielką organizacji pozarządowej, jest „nie do zaakceptowania”.
W zamkniętym dla mediów spotkaniu w Bundestagu uczestniczyli przedstawiciele organizacji pozarządowych z Polski i Węgier. – Zaprosiliśmy wszystkich posłów do Bundestagu, przyszło kilkunastu deputowanych ze wszystkich klubów parlamentarnych, nawet z Alternatywy dla Niemiec – powiedział Schwabe.
Kozłowska o sytuacji w Polsce
Po spotkaniu Kozłowska powiedziała Deutsche Welle, że „pokazała na własnym przykładzie «systemowy sposób» ataku władz w Polsce na społeczeństwo obywatelskie, niezależne media i praworządność”. – To bardzo niebezpieczna sytuacja – oceniła aktywistka. Jej zdaniem władze polskie zorganizowały „nagonkę” na jej Fundację. W podobnej sytuacji są jej zdaniem także Obywatele RP i KOD.
Kozłowska powiedziała, że ogromne znaczenie dla działaczy praw człowieka ma nagłaśnianie ich działalności na arenie międzynarodowej. – Autorytarne władze najbardziej boją się rozgłosu – dodała.
Ludmiła Kozłowska wyrzucona z Polski
Wpis do SIS nastąpił wskutek negatywnej opinii ABW dotyczącej wniosku Kozłowskiej o zezwolenie na pobyt rezydenta długoterminowego w UE. Strona polska twierdzi, że negatywna opinia ABW związana jest z wątpliwościami dotyczącymi finansowania kierowanej przez Ludmiłę Kozłowską Fundacji Otwarty Dialog.
Schwabe, Nick oraz trzeci współorganizator spotkania w Bundestagu – posłanka FDP Gyde Jensen są członkami niemieckiej delegacji do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. Działają w komisji praw człowieka tego gremium.
REDAKCJA POLECA








