Opublikowano treść poufnych rozmów Jelcyna z Clintonem: „Bill, daj mi Europę, a bierz resztę”

Relacje pomiędzy USA a Rosją są dziś tak napięte, jak w czasach zimnej wojny. Aż trudno sobie wyobrazić, że w latach 90. prezydenci obu krajów byli w dobrej komitywie.

Borys Jelcyn i Bill Clinton. FDR Library, Hyde Park, Newy York. Fot. wikipedia

Niemiecki tygodnik omawia w sobotę 8 września dokumenty z lat 90. opublikowane na stronie internetowej biblioteki Billa Clintona William J. Clinton Presidential Library w Arkansas, z czasów gdy prezydentem USA był Bill Clinton.

Clinton i Jelcyn spotykali się w latach 1993 – 1999 osiemnaście razy, regularnie telefonowali do siebie, pisali też listy. Część z nich jest nadal niedostępna – czytamy w „Spieglu”.

Redakcja zwraca uwagę na zapis ze spotkania w kuluarach szczytu OBWE w Stambule. Współpracownik Clintona sporządził z rozmowy następującą notatkę:

Bill, daj mi Europę, a bierz resztę

Prezydent Jelcyn: Mam prośbę. Daj po prostu Europę Rosji. Stany Zjednoczone nie są w Europie. O Europę powinni się troszczyć Europejczycy. A Rosja jest w połowie europejska, a w połowie azjatycka.

Prezydent Clinton: Czy Azję też chciałbyś mieć?

Prezydent Jelcyn: No pewnie. Musimy to wszystko jakoś ustalić.

Prezydent Clinton: Nie sądzę, aby Europejczykom się to spodobało.

Prezydent Jelcyn: Nie wszystkim. Ale ja jestem Europejczykiem. Mieszkam w Moskwie. Moskwa jest w Europie i to lubię. Możesz wziąć wszystkie inne kraje i troszczyć się o ich bezpieczeństwo. A ja wezmę Europę i będę się troszczyć o jej bezpieczeństwo. To znaczy, nie ja osobiście, tylko Rosja. Bill, mówię poważnie, daj Europę Europejczykom. Rosja ma wystarczający potencjał, by chronić Europejczyków, nawet tych z rakietami”.

Na szczęście Clinton nie zgodził się na to – podkreśla „Spiegel”. W rozmowach z Jelcynem prezydent USA starał się obracać propozycje Jelcyna w żart.

Niezwykła komitywa

Autorzy podkreślają, że protokoły rozmów świadczą o „niezwykłej komitywie” między Jelcynem i Clintonem. Amerykanie wspierali Jelcyna w wyborach w Rosji w 1996 roku, przekazując pieniądze i wysyłając do Moskwy doradców.

Z dokumentów wynika, że Jelcyn długo sprzeciwiał się rozszerzeniu NATO na wschód argumentując, że oznaczałoby to „poniżenie rosyjskiego narodu”. Ponieważ Clinton obstawał przy rozszerzeniu paktu, Jelcyn zaproponował, żeby Ameryka obiecała, że byłe republiki sowieckie, a szczególnie Ukraina, nie zostaną przyjęte do Sojuszu. Clinton nie zgodził się jednak na takie „gentlemen’s agreement” – czytamy w „Spieglu”. W końcu Jelcyn zgodził się na rozszerzenie, oświadczając jednak, że jest do tego „zmuszony”.

Wojna w Kosowie cezurą

Z dokumentów wynika, że wojna w Kosowie i amerykańskie naloty na Jugosławię w 1999 roku stanowiły cezurę w relacjach rosyjsko-amerykańskich. „Mój naród będzie od tej pory przeciwko Ameryce i NATO. Przypominam ci, jak trudno było mi przekonać mieszkańców mojego kraju i polityków do Zachodu i do USA. Udało mi się to, a teraz okazuje się, że wszystko było daremne” – oświadczył Jelcyn.

Wkrótce potem Jelcyn ustąpił ze stanowiska, a jego miejsce zajął Władimir Putin.

 

REDAKCJA POLECA

 

 


Dariusz Stokwiszewski: Oby marzenia Kaczyńskiego nigdy się nie spełniły, bo wtedy Polska zginie!

Dariusz Stokwiszewski

Dariusz Stokwiszewski

Ludzie pytają, jak to się dzieje, że tak duży i waleczny kiedyś naród dał się „wziąć pod but osobie takiej jak pan Jarosławie Kaczyński

 

Jesteśmy głęboko przekonani, że wygramy te wybory. Wojna polityczna, którą nam narzucono, niszczy. My jej nie chcemy, chcemy współpracy dla dobra narodu.

Tak stwierdził na konwencji Prawa i Sprawiedliwości we Wrocławiu Jarosław Kaczyński.

***

Panie Kaczyński nie powiem tego, że mija się pan z prawdą, bo byłby to niezasłużony w stosunku do pana eufemizm; panu powinno się odpowiadać pana językiem. Powiem dosadniej: pan najzwyczajniej w świecie kłamie, bo w tym jest pan specjalistą. Jeszcze większym – mistrzem nawet – jest pan w mowie nienawiści. Pana wszystkie działania są nią nasycone do granic obrzydliwości! Nigdy jeszcze w historii Polski, i to nie tylko najnowszej, nie było człowieka równego panu w szerzeniu zła i niszczeniu wszelkich zasad moralnych, w tym ludzi, a co najgorsze i niewybaczalne – Ojczyzny!

W moim pojęciu, w Kodeksie Karnym nie ma dziś dla pana adekwatnej kary za to, co wraz ze swoimi „politycznymi lokajami”: Z. Ziobro, J. Brudzińskim, S. Piotrowiczem, M. Suskim, M. Kuchcińskim, A. Dudą, K. Pawłowicz, M. Błaszczakiem i całą plejadą pomniejszych pisowskich sługusów – destruktorów państwa i demokracji – pan zrobił! Pan śmie jeszcze mówić, że „wam narzucono wojnę polityczną, której nie chcecie”?! Pan ośmiela się kłamać mówiąc, że chcecie współpracy „dla dobra narodu”?! Którego narodu panie Kaczyński, bo wg mnie na pewno nie polskiego, którego wy jesteście najgorszymi wrogami! Nikt nie zrobił Polsce oraz nam, Polakom tyle krzywdy ile pan i kierowana przez pana partia, której ja nie identyfikuję, jako partii propolskiej, a tym bardziej patriotycznej! Pan kiedyś cynicznie „zwali” winę na barki butnego Z. Ziobry, który nie wie lub nie chce wiedzieć, że stanie się kozłem ofiarnym, na ołtarzu pana zdrady wszystkich i wszystkiego! Pan tylko to potrafi! Niszczyć ludzi, którzy nawet z oddaniem panu służą.

Zapyta pan może, dlaczego? Dlatego, że pan oraz horda bezwolnych panu poddanych, niemyślących samodzielnie ludzi działa (świadomie bądź nie – co i tak niczego nie usprawiedliwia) tylko na korzyść Federacji Rosyjskiej i Putina, co ostatnio niektórzy z was artykułują, chwaląc tego rosyjskiego despotę zwanego carem. Polskę natomiast niszczycie! Panu również marzy się coś na wzór królewskiego stolca, z czego mam nadzieję pozostanie „stolec” naturalny! Żaden z was – kacyków demontujących system demokratyczny Polski, w tym wymiar sprawiedliwości – nie zasługuje na jakiekolwiek stanowisko w instytucjach państwowych. Wasz premier i prezydent kompromitują się tak często, że nam Polakom pozostaje ze wstydem spuszczać oczy, gdy nasi znajomi z zagranicy o was pytają. Żaden z was nigdy nie był i już nie będzie Mężem Stanu! Za to pogardzać będą wami przyszłe pokolenia – mądrzejsze mam nadzieję od tego!

A ludzie pytają, jak to się dzieje, że tak duży i waleczny kiedyś naród dał się „wziąć pod but osobie takiej jak pan Jarosławie Kaczyński. Komuś tak złemu i prostackiemu, krzyczącemu z trybuny bezkarnie obelgi pod adresem pana adwersarzy politycznych. Tych, którzy powinni odpowiedzieć panu tym samym, ale także się boją. Pan zaś się tak bardzo boi (ja postrzegam to jako zwykłą małość i tchórzostwo), że nawet w sejmie jest pan chroniony przez tylu ochroniarzy ilu nie miał chyba nawet niejaki Mu’ammar Kaddafi! Czemu tak bardzo boi się pan narodu, który podobno pana „kocha”?!

Wstydzimy się i dlatego nie chcemy was, ani waszych łapówek przedwyborczych, nie chcemy utraty suwerenności, którą nam gotujecie poprzez wyprowadzenie Polski z UE i innych instytucji zachodnich. Nawet w NATO jesteśmy pośmiewiskiem, czego tylko oficjalnie się nie mówi. W przeciwieństwie do was, bowiem tam politycy i dyplomaci są normalni i dobrze wychowani, a zatem nie zawsze mówią to, co by mogli i powinni, mając do czynienia z takimi prostakami! Na koniec: żyjecie z tragedii smoleńskiej, z której to katastrofy lotniczej (nie zamachu) uczyniliście sobie religię. Przyciągnęliście do niej ludzi miernych, podobnych sobie, próbując przy tym obciążyć „Bogu Ducha” winnych ludzi, za wykreowaną przez waszych propagandzistów pod pana, szalonym przywództwem, teorię spiskową! Mówił pan podczas miesięcznic, że jesteście coraz bliżej prawdy, że do niej dochodzicie! Doszedł pan już, panie Kaczyński …?!

Przypomnienie i jednocześnie apel do przyzwoitych Polaków: nie wolno oddawać nam swojego głosu na partię ludzi wrogich Polsce, bo po przejęciu przez nich samorządów Polska zginie, jako państwo wraz z narodem. Zaginie po nas także cały nasz dorobek kulturowy i patriotyczny! Nie tego chyba chcemy?!

 

Dariusz Stokwiszewski

 


Bartek Węglarczyk: Rzecznik, który wywołuje kryzys wizerunkowy to wybitnie osiągnięcie

Bartek Węglarczyk

Bartek Węglarczyk

Muszę powiedzieć, że rzecznik, który wywołuje kryzys wizerunkowy zanim zostaje rzecznikiem, to wybitnie osiągnięcie. A człowiek, który przywołuje Edith Piaf by powiedzieć, że nie żałuje podłości, której się dopuścił, powinien pamiętać inny cytat z tej piosenkarki: Za każdą głupią rzecz, jaką zrobisz w życiu, przyjdzie ci kiedyś zapłacić.

Siedem, może osiem lat temu na antenie Radia Maryja Stanisław Michalkiewicz, znany antysemicki publicysta, rzucił sobie w nocnej audycji a propos TVN-u, że jestem wnukiem Józefa Światły, znanego oficera komunistycznej bezpieki, człowieka, który torturował ludzi oskarżonych o walkę w antykomunistycznym podziemiu i który uciekł na Zachód.

Michalkiewicz nie podał żadnego źródła, żadnego dowodu, nic. Nie pierwszy raz, nie ostatni, ten człowiek kłamie nawet wtedy, który podaje godzinę. Szczęka mi do ziemi opadła, bo akurat tej audycji słuchałem (kiedyś dużo jeździłem w nocy autem, a Radio Maryja było po północy jedyną stacją, w której ktoś do mnie gadał), ale po paru dniach wkurzenie mi minęło. Spoko.

Tyle, że pomówienie poszło w świat. Jak to bywa z dobrej jakości fake newsami, ten pasuje do światopoglądu ludzi, którzy nie lubią mediów, w których pracuję, albo nie lubią mnie.

Sześć lat temu ułożony na podstawie takich fake newsów „dowcip” podał dalej na Facebooku pewien młody działacz prawicy Błażej Spychalski. Nie on pierwszy, nie ostatni, durniów nigdzie nie brakuje.

Gdy usłyszałem, że pan Spychalski został rzecznikiem prezydenta i dowiedziałem się, że rozpowszechniał pomówienia pod adresem moim i innych dziennikarzy, pomyślałem sobie: „Zachował się lata temu idiotycznie, na pewno przeprosi, nie ma co tego rozdrapywać, na pewno zmądrzał”.

W piątek pan rzecznik Spychalski Błażej miał pierwszą konferencję prasową. Ponieważ o jego „dowcipie” sprzed lat było bardzo głośno, obejrzałem ją będąc pewnym, że padnie tam słowo „przepraszam”. Co prawda ja na miejscu pana Łapińskiego, ustępującego rzecznika prezydenta, doradzałbym panu Spychalskiemu próbę telefonicznego skontaktowania się z każdą z obrażonych przez niego osób osobiście w celu przeproszenia ich, ale pomyślałem sobie: „Spoko, przeprosiny w naszym kraju to szczyt ludzkich możliwości, więc pan rzecznik na pewno grupowo przeprosi nas na konferencji”.

Pan rzecznik Spychalski Błażej na konferencji zaczął od tego, że biuro prasowe przekaże dziennikarzom numer telefonu do niego (ja nie dostałem jak dotąd, ale to na pewno niedopatrzenie) i on będzie zawsze ten telefon odbierać i zawsze odpowie na pytania dziennikarzy, po czym zakończył konferencję nie odpowiadając na pytania dziennikarzy, w tym na pytanie o publikowane przez siebie kłamstwa.

Wkrótce potem pan rzecznik Spychalski Błażej opublikował na Twitterze dwa tweety na temat kłamstwa sprzed lat. Napisał w nich: 1. cytując Edith Piaf, że niczego nie żałuje; 2. że człowiek się uczy; 3. że tak poważnie, to by dziś tego nie napisał. 4. że szanuje wszystkich dziennikarzy i jest otwarty na współpracę z wszystkimi.

Koniec, kropka. Słowo „przepraszam” mu się nie wystukało na klawiaturze. Z wpisów wynika jasno, że dziś by tego syfu nie przesłał dalej, ale bynajmniej nie dlatego, że nie popiera pomawiania ludzi i rozpowszechniania o nich kłamstw.

Muszę powiedzieć, że rzecznik, który wywołuje kryzys wizerunkowy zanim zostaje rzecznikiem, to wybitnie osiągnięcie. A człowiek, który przywołuje Edith Piaf by powiedzieć, że nie żałuje podłości, której się dopuścił, powinien pamiętać inny cytat z tej piosenkarki: „Za każdą głupią rzecz, jaką zrobisz w życiu, przyjdzie ci kiedyś zapłacić”.

 

Bartek Węglarczyk

 

 


Rafał Sulikowski. Kościół w Polsce: nadzieje i beznadzieje

Rafał Sulikowski

Rafał Sulikowski

Kościół w Polsce skupiony nadal jest na przeszłości. Wbrew zaleceniom samej Ewangelii, żeby wstecz się nie oglądać i pozostawić umarłym grzebanie umarłych czerpie całymi garściami z przeszłej i zaprzeszłej Tradycji, która jest ważniejsza niż Pismo Święte.

 

Tekst ten jest kontynuacją artykułu, w którym stawiam Kościołowi pytania z zakresu tego, w czym on sam jest żywo zainteresowany. Piszę tam o pewnych sprzecznościach logicznych, na jakie nauczanie kościelne, wciąż sponsorowane przez państwo, czyli budżet, naraża tych, których katechizuje i którym głosi codziennie niemal kazania z wszystkich ambon w kraju.

Dziś chciałbym zbliżyć się do sedna problemu „kościoła”, licząc nadal na rzeczową dyskusję.

Nie mam zamiaru walczyć z Kościołem, lecz poddać merytorycznej dyskusji pewne rzeczy, które hierarchia „podaje wiernym do wierzenia”. Już samo to, że coś trzeba podać komuś do wierzenia jest dla mnie przerażające, jednak wiedząc, jaki mamy odsetek wtórnego analfabetyzmu w Polsce, w tym – analfabetyzmu filozoficzno-teologicznego, do swego przerażenia dorzucam garść zadumy, zdziwienia oraz zażenowania takim stanem rzeczy.

Rola Kościoła w historii Polski jest – podobnie jak w innych krajach europejskich – niewątpliwa, co nie znaczy, że wyłącznie pozytywna. Nie ma miejsce tu, żeby choć streścić ponadtysiącletnie dzieje chrześcijaństwa w Polsce, więc ograniczę się do kilku przypomnień.

Rzeczywiście, przyjęcie chrześcijaństwa z pewnością uczyniło dawny świat pogańskich, nieraz okrutnych wierzeń z ofiarami z ludzi począwszy, mniej groźnym. Zamiast ofiar z dzieci – doskonała ofiara Jezusa, po którym żadna licząca się religia światowa już nie uprawia kanibalizmu ani nie składa żywych ofiar.

Oczywiście, że administracja wielkiego państwa feudalnego wymagała umiejętności kancelaryjnych, pisania i czytania, podstaw matematyki dla agronomów (to później) i tak dalej. Chrześcijaństwo jest religią księgi – stąd umiejętności te przydały się na dworze królewskim, a stopniowo i rozlały się na większość państwa. Oczywiście, że strona „zabytkowa”, by tak rzec, chrześcijaństwa w Polsce jest olbrzymia i bogata. Katedry romańskie, kolegiaty gotyckie, świątynie baroku z cudownym wnętrzem, a nawet świątynie modernistyczne na osiedlach dawnych „bloków” świadczą, jak wielką kulturową wartość niesie instytucja Kościoła katolickiego w Polsce. Nie można przejść obojętnie obok katedry oliwskiej, gdy prezentowane są cudne organy czy obok świątyń w Świętej Lipce, czy Kamieniu Pomorskim, które również pochwalić się mogą nie tylko miejscową legendą, ale i równie, co w Oliwie, pięknymi organami. Nie można przejść obok gotyckiej katedry w Pelplinie, gdzie w tamtejszym muzeum katedralnym przechowuje się mnóstwo bezcennych rękopisów partytur muzycznych. Polichromie, freski, ołtarz Wita Stwosza… Robi wrażenie również świątynia w Krzeptówkach i na Krupówkach i bazylika miłosierdzia w Łagiewnikach podkrakowskich. To jest niezaprzeczalne.

Ale nie tylko ze względu na te wartości artystyczno-estetyczne należy odwołać rychły upadek Kościoła w Polsce i innych krajach europejskich. Chrześcijaństwo to także bogata opieka charytatywna dla biednych, chorych, samotnych, cierpiących. To już drugi ważny argument. Trzecim jest pewna wychowawcza rola Kościoła w wychowaniu obywateli na światłych ludzi w sytuacji, kiedy rodziny zajęte pracą na wielu etatach nie dają już sobie rady, a szkoła dawno utraciła monopol na wychowanie „w duchu materializmu dialektycznego”. I myślę, że gdyby na tym kończyły się zadania Kościoła – nie miałbym zasadniczo zastrzeżeń. Lecz wspomniane funkcje – cywilizacyjna, kulturotwórcza czy charytatywna – Kościołowi nie wystarczają. Gdyby Kościół skupił się na swej roli edukacji w szerokim znaczeniu, nie tylko płytkiej katechizacji, skupił na roli „zabytkowo-turystycznej” oraz na wielkich dziełach społecznych (Caritas, działalność dobroczynna o.o. bonifratrów, liczne stowarzyszenia pomocy, etc.) – to już by wystarczyło, aby uznać jego prawa do istnienia w sakralnej przestrzeni kraju.

Niestety, jako wielowiekowa, scentralizowana instytucja ma ona pewne ciągoty absolutystyczne i przede wszystkim totalistyczne (to nie to samo, co „totalitarne”!), co sprawia, że hierarchia świadomie czy półświadomie dąży do władzy i „rządu dusz”, którym wyznacza pewną i bezpieczną rzekomo drogę przez życie.

Gdyby każdy wierzył w coś, ale nie obnosił się z tym – spałbym spokojniej. Ale niestety, dziś Kościół za wszelką cenę chce ściśle podporządkować sobie topniejącą wciąż rzeszę wiernych. Próbując ratować chrześcijaństwo, w osobie papieża Franciszka, pozornie tylko „centro-lewicowego”, stara się przekonać nas, że jego przesłanie jest całkowicie pozytywne. Proponuje miłosierdzie, miłość, współczucie cierpiącym, otworzenie się na większy niż dotąd świat. To są jak sądzę pozory i można je dobrze uzasadnić.

Kierując się na młodzież, z natury bardziej lewicową niż ludzie starsi, papież Franciszek wysuwa póki co same wysokie karty, mając zapewne jakiegoś „asa w rękawie”. Jednak to tylko pozory. Pontyfikaty przeplatają się: po centrowym papieżu Polaku, który próbował soborowe „aggiornamento” przekuć w czyn i praktykę, nastał mocno integrystyczny, trydencki wręcz i prawicowy Benedykt XVI. Kiedy okazało się, że za jego czasów mnóstwo ludzi porzuciło drogi chrześcijaństwa i zaczęło szukać na własną rękę prawdy, został prawdopodobnie zmuszony do ustąpienia, szczególnie w kontekście słynnej i niefortunnej wypowiedzi na temat religii islamu.

Papież Franciszek zdecydowanie różni się nie tylko od Benedykta, ale od Jana Pawła II i całego Kościoła polskiego, co widać było i czuć podczas pielgrzymki na Światowe Dni Młodzieży w 2016 roku. Papież starał się nauczyć niektórych polskich publicystów i ministrów, aby nie byli bardziej papiescy niż papież i bardziej katoliccy niż on sam. Franciszek przyjechał i odjechał, pozostawiając wrażenie niedosytu u tych, którzy widzieli w nim szansę na reformy w Kościele, a jednocześnie umacniając „prawdziwych katolików” w „prawdziwej wierze”, czyli wierze opartej wyłącznie na Tradycji, bez korekty teraźniejszości i rzutowania w przyszłość.

Kościół w Polsce skupiony nadal jest na przeszłości. Wbrew zaleceniom samej Ewangelii, żeby wstecz się nie oglądać i pozostawić umarłym grzebanie umarłych czerpie całymi garściami z przeszłej i zaprzeszłej Tradycji, która jest ważniejsza niż Pismo Święte.

Przeszłość Kościoła bywa demonizowana przez krytyków i idealizowana przez samego zainteresowanego. Wybiórcze traktowanie historii Kościoła prowadzi do dwóch lustrzanych błędów – demonizacji („Kościół był zły”) bądź idealizacji – „Kościół czynił samo dobro”. Właściwie można opierając się na selektywnie traktowanym materiale źródłowym udowodnić zarówno jedną, jak i drugą tezę. Wystarczy skupić uwagę na tym, co Kościół rzeczywiście dobrze czynił i przymknąć wzrok na ewidentne zło i na odwrót. Wtedy mamy wrażenie, że „zrozumieliśmy”, że wiemy, „jak było naprawdę” i posiadamy niemal wszechwiedzę. Tymczasem sprawa przeszłości Kościoła, częściowo podsumowana przez Jana Pawła II, który w imieniu tegoż przeprosił za dawne grzechy i błędy Kościoła, nie jest taka prosta, lecz bardziej skomplikowana.

Skrótem wielkim idąc, można rzec, że chrześcijaństwo powstało jako reakcja na zbytni formalizm judaizmu, zwłaszcza w wydaniu „uczonych w Piśmie” i stronnictwa faryzeuszy. Związki wczesnego chrześcijaństwa z ruchem esseńczyków, praktykujących mistyczny odłam judaizmu są dobrze poznane, ale nie przeszły do narracji kościelnej, a tym bardziej do wiedzy religijnej chrześcijan. Dziś chrześcijaństwo, zwłaszcza w wersji katolickiej ponownie powtarza drogę judaizmu – od wielkich narracji „ludu Abrahama”, ojca chrzestnego monoteizmu, przez wielkiego Mojżesza i proroków, zwłaszcza Izajasza i przepięknych psalmów króla Dawida aż po skostnienie bezpośrednio przed wystąpieniem Jana Chrzciciela i Jezusa z Nazaretu. Dziś ponownie chrześcijaństwo w rycie rzymskokatolickim wymaga odnowy, także w swych strukturach formalnych, ale i w nauczaniu moralnym.

Jung, słynny psychoanalityk z I poł. XX wieku twierdził, że wszystkie problemy psychiczne ludzkości można sprowadzić do węzła seksualno-religijnego. W istocie, dowodził, ludzkość ma tylko dwa problemy – seksualny i religijny. Nie są oddzielone, warunkują się wzajemnie. Później Jung użył freudowskiego „popędu śmierci” i definicji Heideggera o „bycie ku śmierci” i mówił o „zasadzie Tanatosa” i „zasadzie erosa”. Eros i Tanatos, seks i śmierć, po której nikt nie wie, co jest, warunkowały ściśle życie ludzi w dziejach i walczyły ze sobą.

Problemem większości chrześcijan, szczególnie głęboko wierzących i zaangażowanych w życie kościołów jest sfera intymna. Pojęcie grzechu, wywodzące się z Biblii, zostało zredukowane do „grzechów cielesnych”, tak, jak gdyby seks był najważniejszą sferą życia. Tymczasem represjonowanie seksualności – co pokazuje najnowsza historia Kościoła w Australii, USA czy południowej Ameryce – do niczego dobrego nie prowadzi, a kolejne nakazy i zakazy działają przeciwskutecznie oraz prowadzą mnóstwo wierzących w Chrystusa do ciężkich nerwic i neuroz, a czasem jeszcze głębszych zaburzeń psychicznych. Kościół bardzo nie lubi nauki, szczególnie biologii ewolucyjnej, ale także psychologii, psychiatrii, których wyniki wieloletnich różnych badań rzucają światło na kondycję człowieka w świecie w ogólne, a w przyszłości pewnie bardziej szczegółowo.

Jednak nie tylko sfera seksualna jest represjonowana w kościołach chrześcijańskich. Podobny los spotykał w przeszłości niezależnych uczonych, odkrywców czy wynalazców, a także twórców kultury i sztuki.

W 1600 roku spalono na Campo di Fiori Giordana Bruno, który rozpowszechniał teorię heliocentryczną Kopernika, a inny uczony, Galileusz przeżył tylko dlatego, że ze strachu zdążył odwołać i potępić swoje tezy, podobnie jak czynili to za pomocą „samokrytyki” zagrożeni karą dysydenci i opozycjoniści w systemie komunistycznym. Szczególnym miejscem dyskusji obecnie jest teoria ewolucji i opozycyjny wobec niej krecjonizm.

Jak wiemy z historii, teoria ewolucji, podobnie jak teorie dionizyjskie Nietszchego oraz poglądy na naturę ludzką autorstwa twórców psychoanalizy (Freud, Jung, Horney i inn.) – wszystkie razem zostały przez Kościół oficjalnie odrzucone. Dzieje się tak mimo że istnieje mnóstwo danych i poszlak wskazujących, że „ewolucjonizm to coś więcej niż hipoteza”. Słowa te wypowiedział największy autorytet w świecie katolickim, sam Jan Paweł II. Do wiernych oraz urzędników MEN jeszcze te słowa nie dotarły, jednak jak uczy znowu historia, „wyparte powraca”. Dzieje się tak zawsze i wszędzie ze wszystkimi niewygodnymi poglądami, które zrazu zdają się wielką herezją, potem hipotezą, by wreszcie uzyskać status prawdy naukowej. Jednak nawet powszechna akceptacja jakiegoś poglądu wśród uczonych wcale nie gwarantuje popularności pośród hierarchii Kościoła i rzesz szarych wiernych.

Kościół ze zrozumiałych powodów nie może przyjąć takiej wersji ewolucjonizmu, która była pierwotna. Co prawda sam Darwin był wierzący i z tego powodu wahał się przed publikacją „O pochodzeniu gatunków”, jednak ewolucjonizm przynajmniej w swej twardej naukowej wersji czyni Boga „zbędną hipotezą”. Tłumaczy świat całkowicie materialistycznie, ateistycznie i immanentnie – nie ma twierdzą ewolucjoniści tacy, jak choćby Dawkins (autor „Samolubnego genu” oraz „Boga urojonego”), żadnej potrzeby, aby odwoływać się w teorii pochodzenia wszechświata, ziemi oraz człowieka do „Stwórcy”.

Kreacjoniści co prawda piszą o „inteligentnym projekcie” i zasadzie antropicznej, ale nie mają żadnych dowodów, ani nawet poszlak na potwierdzenie wiary, że jakichś (jakikolwiek) czynnik zewnętrzny jest potrzebny do pełnego wyjaśnienia pochodzenia świata i człowieka.

Niektórzy odwołują się do innych niż tradycyjny „Bóg” czynników sprawczych, jak NOL i ufo, obce cywilizacje, „anioły” i „bogowie” jako kosmici, niezróżnicowaną siłę „new age”, inteligentne energie i mnóstwa innych czynników. Od nauki dzieli ich tedy ich wiara, która wywodzi się jedynie z Księgi Rodzaju, interpretowanej tak, aby uzasadnić „dni stworzenia” jako wielkie, czasowe „eony” (tysiąclecia) czy powstanie biblijnego raju rozumianego dosłownie jako biblijny eden.

Zarówno jedni, jak i drudzy pomijają istotne rzeczy, które nie mieszczą się w ramach ich światopoglądowych przekonań. Jest niemożliwe, aby kreacjonista został ewolucjonistą, choć prędzej to nastąpi niż na odwrót. To kreacjoniści używają mocnych słów, podczas gdy różnorakie poglądy pośród zwolenników ewolucji sugerują, że wśród tych ostatnich panuje większa tolerancja, pluralizm i swoboda badawcza.

Jednak Kościół oficjalnie nie bierze udziału w tej walce. Istnieje przecież chrześcijański ewolucjonizm, który uznaje fakt powszechnego rozwoju od form prostych ku złożonym, jednak głównie w świecie protestanckim.

Katolicyzm póki co zamiata pod dywan teorię ewolucji, co niestety kiedyś zemści się okrutnie. Jak wszystko, co wyparte, tak i powróci w chwale teorii ewolucjonizm i wtedy może narodzi się ktoś, kto odkryje, jak się sprawy naprawdę mają. Ale raczej niestety już nie w tym stuleciu.

 

Rafał Sulikowski

 


Kuchciński skierował do czytania ustawę o zniesieniu obowiązku szczepień. Ks. Lemański: „Przerażająca informacja”

Marszałek Sejmu skierował do pierwszego czytania obywatelski projekt ustawy znoszącej obowiązek szczepień. Zamiast obowiązku, autorzy projektu chcą wprowadzić dobrowolność szczepień przeciwko chorobom zakaźnym.

Fot. pixabay

Obowiązek szczepień tylko w sytuacji ogłoszenia stanu epidemii

Projekt ustawy pozostawia obowiązek szczepień ochronnych jedynie dla sytuacji nałożenia tego obowiązku w drodze decyzji [państwowego inspektora sanitarnego – red.] oraz w sytuacji ogłoszenia stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii” – czytamy w uzasadnieniu projektu zgłoszonego przez antyszczepionkowców.

Poseł Paweł Skutecki z Kukiz’15, który angażuje się w ruch antyszczepionkowy, twierdzi, że w projekcie „nie ma żadnego oszołomstwa”. – Chcemy dać rodzicom pewność, że system zrobił wszystko, aby ich dziecko było bezpieczne. Moim zdaniem to zachęta do szczepienia. Jestem pewien, że koncerny farmaceutyczne bardziej przekonają Polaków do szczepień, niż groźba kary.

Brak szczepie mogłoby grozić epidemiami

– Dobrowolne szczepienia sprawdzają się głównie w krajach obywatelskich. Zniesienie obowiązku mogłyby w Polsce spowodować w krótkim czasie spadek stanu zaszczepienia populacji nawet poniżej 85-90 proc. co mogłoby grozić epidemiami, np. odry – mówi dla oko.press dr Iwona Paradowska-Stankiewicz, krajowa konsultantka w dziedzinie epidemiologii.

Przerażająca informacja

Informacja tyle przerażająca, co oczekiwana. Przecież ten marszałek chyba nie podjął jeszcze żadnej sensownej decyzji. On tu został postawiony, by reprezentować interesy tej ekipy. A ta ekipa gotowa jest przegłosować dosłownie każdą ustawodawczą bzdurę, jeśli tylko nie ma sprzeciwu z Nowogrodzkiej. A sprzeciwu nie ma. – skomentował skierowany do pierwszego czytania obywatelski projekt ustawy znoszącej obowiązek szczepień ks. Wojciech Lemański.

Prezes zbiera się w swoją ostatnią podróż, więc nie interesuje się specjalnie zgliszczami, które po sobie pozostawi. Prezydent tyle już sobie nagrabił, że kolejny gniot przysłany z parlamentu podpisze bez zastanowienia. Premier, który za strasznych czasów rządów PO-PSL odłożył sobie kilka milionów zaskórniaków, może liczyć na opiekę prywatnej służby zdrowia. Minister zdrowia – szkoda gadać. – dodał ks. Lemański.

A co w obliczu ewentualnej fali zachorowań mówią przedstawiciele komisji bioetycznej przy KEP ? „Bóg dał, Bóg zabrał, niech Imię Jego będzie błogosławione” – pyta w komentarzu ks. Wojciech Lemański na swoim profilu na Facebooku.

Brakuje nam w Polsce tylko masowych zgonów

Kuchciński skierował do pierwszego czytania obywatelski projekt znoszący obowiązek szczepień. Słusznie. Do pełnego szczęścia brakuje nam w Polsce tylko masowych zgonów dzieci i dorosłych na odrę, ospę i dur brzuszny. Czy ci ludzie w ogóle pojmują, że chodzi o ludzkie życie? – skomentowała z kolei na Twitterze dziennikarka Eliza Michalik.

 

(df) thefad.pl / Źródło: ks. Wojciech Lemański (facebook)


Kolejne pytanie prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości UE

Sąd Okręgowy w Łodzi zadał pytanie prejudycjalne Trybunałowi Sprawiedliwości UE dotyczące możliwości stosowania postępowania dyscyplinarnego w przypadku wydania wyroku niekorzystnego dla polskiej władzy. Sędziowie oczekują, że TSUE rozwieje ich wątpliwości dotyczące nowych przepisów w ustawach o sądach powszechnych, Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa.

W zeszłym miesiącu tzw. pytania prejudycjalne skierował do TSUE Sąd Najwyższy.

Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu

Czy zmiany w ustawach o sądownictwie są zgodne z prawem UE?

Łódzki sąd pyta unijny trybunał czy wprowadzone ostatnio zmiany w polskim sądownictwie są zgodne artykułem 19. unijnego traktatu zapewniającego obywatelom niezależność orzekających sądów. Chodzi o sprawę między Łowiczem a Skarbem Państwa, w której miasto domaga się zwrotu ponad 2 mln zł, które w latach 2005-2015 wydało na zlecone zadania, za które – zdaniem miasta – powinien zapłacić rząd.

W piśmie wysłanym do TSUE łódzki sąd zwrócił m.in. uwagę, że zmiany w polskim sądownictwie dają politykowi, czyli ministrowi sprawiedliwości i prokuratorowi generalnemu jednocześnie, niemal nieograniczoną władzę w odniesieniu do postępowań dyscyplinarnych wobec sędziów. Wyraża przy tym obawę, że w trosce o swoje stanowisko mogą oni w związku z tym orzekać zgodnie z oczekiwaniami władzy, a to grozi wykorzystywaniem wymiaru sprawiedliwości do celów politycznych.

“Sąd obawia się, że jeżeli zapadnie rozstrzygnięcie sprawy, które będzie niekorzystne dla Skarbu Państwa, to w stosunku do tego składu orzekającego może być wszczęte postępowanie dyscyplinarne. Ma to zapewnić sądowi jasność, że przepisy, które obowiązują, nie są sprzeczne z przepisami unijnymi” – cytują media wyjaśnienia sędzi sądu okręgowego w Łodzi Moniki Pawłowskiej-Radzimierskiej.

Łódzki sąd zawiesił sprawę Łowicz – Skarb Państwa i apeluje do TSUE o szybkie rozstrzygnięcie, bo – jak uzasadnia – chodzi o los niezawisłości sędziowskiej w Polsce.

 

Barbara Bodalska / Artykuł pochodzi ze strony EURACTIV.pl

 


Dariusz Stokwiszewski: Biedroń szkodzi Polsce, ponieważ rozbijając jedność opozycji, pomaga PiS, które niszczy Polskę!

Dariusz Stokwiszewski

Dariusz Stokwiszewski

Dziś nie ma czasu na kreowanie się na „zbawcę” narodu w perspektywie czterech kolejnych lat, bo to marnowanie czasu, a z projektów pana Biedronia i tak niewiele wyjdzie!

Prezydent Słupska Robert Biedroń ogłosił, że buduje nowe ugrupowanie w kontrze do PiS i Platformy (sic!). Dla mnie to ogromny błąd, a akceptacja i popularność Biedronia moim zdaniem wynikają ze źle rozumianej obecnie poprawności politycznej i trendów nadinterpretacyjnych tejże na Zachodzie!

Jego sytuacja jest obecnie jednak trudniejsza niż kilka miesięcy temu, kiedy to jeszcze uważany był za zasadniczą, lewicową alternatywę dla PiS-u. W politycznych kręgach antypisowskich mówi się, że przyszła partia Biedronia – odbierając głosy PO – ułatwi PiS zwycięstwo w przyszłorocznych (2019) wyborach parlamentarnych. Biedroń myśli prawdopodobnie czysto partykularnymi kategoriami, i według mnie uważa błędnie, że jako ktoś „wyjątkowy” – (nie wiedzieć, dlaczego i stąd też coraz bardziej „zadufany w sobie”) – zaczaruje wyborców swoim uśmiechem bez pokrycia w jego „potencjale”!

Uważam, że dla Roberta Biedronia zadaniem pierwszoplanowym nie jest pozbawienie PiS władzy w kolejnej kadencji, a wręcz przeciwnie; z jego punktu widzenia korzystne byłoby pozostanie tych szkodników u władzy! Dlaczego? Wydaje się (i nie jestem w tym poglądzie odosobniony), że jego priorytetem jest budowanie własnej lewicowej, (ale z odchyleniem liberalnym – nie wiem na ile szczerze) alternatywy dla „narodowo katolicko” i pozornie „skrajno prawicowej” partii Jarosława Kaczyńskiego. Dlaczego „pozornie”? Dlatego, że działania PiS bardziej przypominają mi totalitaryzm byłego i słusznie minionego systemu komunistycznego i to z najbardziej mrocznych czasów! Podobnie jest z pisowskim „katolicyzmem”, który nie jest ani szczery, ani prawdziwy w większości przypadków.

Patrząc na to z tego punktu widzenia, nawet „wskazana byłaby dla Biedronia” kolejna kadencja PiS, aż do 2023 r., gdyż prawdopodobieństwo, że po dwóch kolejnych PiS i Kaczyńskiego – jako osoby za nic nieodpowiadającej, ale realnie rządzącej państwem – wyborcy skierują swój wzrok ku lewicowej zmianie, jaką proponuje Biedroń – jest dużo większe. Nie sądzę, aby tak właśnie miało się stać! To będzie tylko zmarnowany dla Polski czas!

Biorąc powyższe pod uwagę, myślę, że Biedroń wcale nie liczy na wygraną w 2019 r., a chce tylko przeczekać w Sejmie do następnych wyborów parlamentarnych za cztery lata. Zwycięstwo Platformy Obywatelskiej w nadchodzących wyborach mogłoby mu pokrzyżować plany, bo to PO stałoby się liderem w rozgrywce z PiS! Według mnie, z tego punktu widzenia Robert Biedroń szkodzi Polsce ze względu na to, że przez owe kolejne cztery lata pisowcy doprowadzą kraj do totalnej ruiny nie tylko gospodarczej, wizerunkowej i dyktatury, ale narażą bezpieczeństwo naszego państwa, co podkreślam nieustannie, gdyż tym właśnie zajmuję się naukowo!

Nie wierzę też absolutnie w to, że tenże „nadambitny” Biedroń zrezygnuje ze swoich planów „zdobycia fotela premiera”, bo pokazał się ostatnimi czasy (z mojego punktu widzenia), jako typowy narcyz! Uważam, że trzeba o tym mówić i przypominać jego potencjalnym wyborcom to, że nie powinni dać się tej demagogii zauroczyć. Czekanie na przysłowiowego Godota – czytaj Roberta Biedronia – nie pomoże, a bardzo Polsce i nam wszystkim zaszkodzi!

Dziś nie ma czasu na kreowanie się na „zbawcę” narodu w perspektywie czterech kolejnych lat, bo to marnowanie czasu, a z projektów pana Biedronia i tak niewiele wyjdzie!

Wrogiem Polski jest dzisiaj Jarosław Kaczyński i redemptorysta Tadeusz Rydzyk, na którego „pasku chodzą” prezes PiS i najbardziej radykalni (w dążeniu do pieniędzy i władzy) pisowcy. Tak to postrzegam i myślę, że jest to pogląd słuszny, gdyż poparty faktami!

Każda inna, obecnie istniejąca partia (poza koalicjantami PiS), będzie ratunkiem dla Ojczyzny! PiS należy jak najszybciej odsunąć od władzy, zanim „efekty mrożące” zaczną przynosić zatrute owoce. One już zaczęły działać (vide – sms z poleceniem do gdańskich prokuratorów o to, aby ocenili ewentualną spolegliwość poszczególnych sędziów – pytanie, po co jest zbędne)! Pisałem już o tym w poprzednim artykule z 5 września! Nie dajmy się podzielić w ten sposób, bo na Nowogrodzkiej otwierają już szampany, a Kaczyński, Ziobro, Brudziński i reszta sitwy już chichoczą z radości!

 

Dariusz Stokwiszewski

 

 


Ile energii mogą wyprodukować panele fotowoltaiczne?

Panele fotowoltaiczne cieszą się coraz większą popularnością na całym świecie. W jaki sposób działają? Ile energii są w stanie wyprodukować? Czy rzeczywiście się opłacają? Poniżej znajdziecie kilka istotnych informacji na ten temat.

Ile energii mogą wyprodukować panele fotowoltaiczne?

Energia odnawialna pochodzi z naturalnych zasobów takich jak wiatr, słońce czy woda. Dzięki nowoczesnym technologiom możemy uzyskiwać energię elektryczną oraz cieplną w ekologiczny i ekonomiczny sposób. Jednym z najpopularniejszych rozwiązań stają się panele fotowoltaiczne, które pozwalają przetwarzać energię słoneczną w prąd elektryczny. W ten sposób możemy bez ograniczeń korzystać z naturalnych zasobów i zasilać urządzenia za pomocą bezpłatnego źródła energii.

Promienie słoneczne pobierane są przez ogniwa, z których złożone są panele fotowoltaiczne. Specjalne płytki umożliwiają przetwarzanie energii słonecznej w energię elektryczną. W ten sposób zyskujemy dodatkowe źródło prądu, który pozwala zasilać różnego rodzaju urządzenia. Moc produkowanej energii oraz wydajność paneli jest zależna od rodzaju sprzętu, warunków klimatycznych, lokalizacji oraz czynników związanych z instalacją. Panele fotowoltaiczne coraz częściej montowane są w domach jednorodzinnych. To sposób, aby zaoszczędzić i nie przyczyniać się do zanieczyszczenia środowiska naturalnego.

Ilość produkowanej energii

Energia elektryczna uzyskiwana za pomocą paneli fotowoltaicznych w dużej mierze zależy od wielkości instalacji oraz od lokalizacji, w której znajdą się ogniwa. Ważny jest również sposób rozmieszczenia paneli. Uzyskiwana energia może być różna w zależności od rodzaju oraz jakości całej instalacji. Produkcja energii elektrycznej jest większa w okresie letnich miesięcy. Należy jednak wiedzieć, że najlepsza wydajność paneli panuje przy temperaturze nie wyższej niż 25 stopni. Im wyższa temperatura, tym moc instalacji maleje.

Musimy pamiętać, że miejsce, w którym znajdzie się instalacja nie powinno być zacienione. Najlepiej umieścić ogniwa na dachu, gdzie dociera najwięcej promieni słonecznych. Należy jednak pamiętać, że połać dachu musi być do tego odpowiednio przystosowana. Ważny jest również kąt nachylenia instalacji. Panele najwięcej energii wyprodukują jeśli będą skierowane na południe. Zadbajmy również o właściwy montaż wszystkich elementów instalacji. Błędy mogą spowodować znaczne obniżenie mocy uzyskiwanej energii.

Ilość energii elektrycznej, którą możemy uzyskać za pomocą paneli fotowoltaicznych jest zależna od natężenia promieniowania słonecznego. Wylicza się średnią z całego roku, aby uzyskać informacje dotyczące wydajności paneli w danej lokalizacji. Przed podjęciem decyzji o instalacji ogniw fotowoltaicznych należy zapoznać się ze wszystkimi danymi, które pozwolą określić w jaki sposób należy zamontować urządzenie.

Sprawność ogniw fotowoltaicznych cały czas wzrasta. Moc uzyskiwanej energii jest wyższa i pozwala na zasilenie niewielkiego gospodarstwa domowego bez dodatkowych źródeł energii. Jeszcze kilka lat temu panele fotowoltaiczne nie posiadały takiej sprawności i pozwalały na zasilanie niewielkich urządzeń elektrycznych.

 

Więcej informacji
Artykuł został przygotowany we współpracy z firmą 4oze specjalizują się w odnawialnych źródłach energii.

 


Dariusz Stokwiszewski: Dobro Polski i Europy wymaga delegalizacji PiS!

Dariusz Stokwiszewski

Dariusz Stokwiszewski

Moją intencją jest wyartykułowanie tego, że zdrowa, uczciwa oraz przyzwoita część narodu nie zgadza się na rządy barbarzyńców. Naród władzę powierza, więc może ją także odebrać ludziom jej niegodnym!

 

Polacy, zdaję sobie sprawę z tego, że to żądanie może wydawać się niepoważne czy wręcz naiwne i być może takie jest. Stąd nie jest moją intencją doprowadzenie do tego już teraz – dziś, ani nawet jutro! Wiem dobrze, że jest to „wołanie na puszczy”, ale nie przeszkadza mi to w napisaniu tego apelu z nadzieją na to, że przedstawiciele narodu pochylą się nad tym, jak tego dokonać, zgodnie z polskim prawem tym, które łamane jest każdego niemal dnia przez obóz rządzący! My natomiast winniśmy podjąć zgodnie z konstytucyjnym zapisem pokojowe działania, które powstrzymałyby niszczenie RP. Naród władzę powierza, więc może ją także odebrać ludziom jej niegodnym!

Moją intencją jest wyartykułowanie tego, że zdrowa, uczciwa oraz przyzwoita część narodu nie zgadza się na rządy barbarzyńców, które zaczynają bardzo przypominać te z lat 30. XX w., w hitlerowskich Niemczech i/lub ZSSR Stalina. Połączenie tych totalitaryzmów staje się w Polsce faktem! Nie ma, co prawda u nas ani łagrów, ani obozów i być może ich (w podobnej formie do tamtych) nie będzie, jednak nie oznacza to tego, że reżim będzie dla nas bardziej łagodny, co do istoty prześladowań i to być może już wkrótce!

Przykład działań prokuratorów Zbigniewa Ziobry (za www.tvn24.pl):

Gdański Prokurator Okręgowy we wtorek wysłał SMS do prokuratorów rejonowych, nad którymi tenże sprawuje nadzór. Poprosił w nim o informację o sędziach, u których łatwo, i u których trudno jest uzyskać tymczasowe aresztowanie.

Oto jego pełna treść:

Panie i Panowie Prokuratorzy Rejonowi. Poproszę o przesłanie faksem, jutro do godz. 9.00 (imiennie do mnie) informacji o:

  • Sędziach Sądów Rejonowych właściwych wam miejscowo, orzekających w sposób stosunkowo najłagodniejszy oraz najrzadziej uwzględniających wnioski o tymczasowe aresztowanie;
  • Sędziach z SR orzekających w sposób stosunkowo najsurowszy;
  • Sędziach SO Gdańsk w powyższych kategoriach.
    „Potrzebuję przekazać informację do Prokuratury Regionalnej” (sic!)
    A potem do Ziobry, Święczkowskiego, Jakiego, Warchoła, Wójcika, Piebiaka?! (D.S.)

Pytanie, czemu to ma służyć, wydaje się figurą czysto retoryczną. To praktyczne zastosowanie tzw. efektu mrożącego, polegającego na zastraszeniu sędziów i pełnym podporządkowaniu ich prokuratorowi Ziobrze. A to już działanie noszące znamiona przestępstwa, które lepiej ode mnie – politologa wyjaśnić mogą i powinni prawnicy!

Biorąc pod uwagę to wszystko, co od trzech lat dzieje się w Polsce, a co sprowadza się według mnie do działań przestępczych tej władzy (w większości sfer życia państwa), ponawiam swój apel u podstaw, którego leży rozliczenie ludzi działających na szkodę państwa oraz narodu polskiego, a następnie o delegalizację partii PiS, której nazwa niegodna istoty przesłania, które w sobie niesie – prawa i sprawiedliwości zakłamuje prawdę! Nazwa ta nie ma nic wspólnego z tymi pojęciami w praktycznym rządzeniu! Nie można pozwolić na odrodzenie się w II dekadzie XX wieku krzyżówki – hybrydy wyżej wspomnianych totalitaryzmów na czele, której stać ma jeden zakompleksiony i pełen nienawiści człowiek. Ten, który w sposób apodyktyczny i nieznoszący żadnego sprzeciwu kieruje z siedziby partii na ul. Nowogrodzkiej państwem, o którym nie ma „zielonego pojęcia”! Ten, który na kolejne najważniejsze stanowiska w państwie wyznacza szkodników, którzy dotąd nie sprawdzili się nigdzie chyba, że kryterium ich kompetencji jest jak najdalej posunięty serwilizm – poddaństwo w stosunku do pana Kaczyńskiego, co jest totalnym idiotyzmem i naraża Polskę nawet na utratę pełnej suwerenności w przyszłości i to wcale nie tak odległej!

 

Dariusz Stokwiszewski

 

 


Kto będzie następcą Jarosława Kaczyńskiego? Czyli PiS jak „samolot bez drugiego pilota”

Kto będzie następcą Jarosława Kaczyńskiego? Czy premier Mateusz Morawiecki nadaje się na następcę tronu? Czy dyskusja o sukcesji wpłynie na wynik wyborów samorządowych? – zastanawia się warszawski korespondent „Sueddeutsche Zeitung”.

Kto będzie następcą Jarosława Kaczyńskiego? Czy premier Mateusz Morawiecki nadaje się na następcę tronu?

Fot. Źródło: dw.de

„Premier Mateusz Morawiecki powinien mieć właściwie ważniejsze sprawy na głowie niż podróżowanie po Polsce i robienie reklamy lokalnym kandydatom na prezydentów miast. Jednak kampania, która zakończy się 21 października wyborem nowych burmistrzów i radnych, nie jest bynajmniej wydarzeniem drugorzędnym. Dla rządu kierowanego przez narodowo-populistyczną partię „Prawo i Sprawiedliwość”, wybory odbywające się trzy lata po przejęciu władzy są pierwszym poważnym testem nastrojów” – pisze w środę warszawski korespondent „Sueddeutsche Zeitung” Florian Hassel.

Morawiecki następcą tronu?

„Dla Morawieckiego jest to test, czy nadaje się na następcę tronu i ewentualnego sukcesora prawdziwego szefa rządu Jarosława Kaczyńskiego” – kontynuuje niemiecki dziennikarz.

„Szef PiS jest osłabiony, a pytanie, jak długo jeszcze 69-letni polityk będzie decydował o losach kraju, jest obecnie najważniejszym problemem polskiej polityki” – podkreśla autor.

Hassel przypomina kłopoty ze zdrowiem Kaczyńskiego, jego długi pobyt w szpitalu, a następnie szybki powrót do kliniki.

„Po ponownym wyjściu ze szpitala Kaczyński pokazuje się rzadko” – pisze Hassel dodając, że w miniony weekend szef PiS otworzył kampanię wyborczą swojej partii. Do spotkań z wyborcami w kraju wyznaczeni zostali inni, przede wszystkim Morawiecki.

Hassel zaznacza, że duże polskie miasta – „od Krakowa po Warszawę i od Wrocławia do Gdańska” są w rękach opozycji jako „ostatni polityczny bastion przeciwko działającemu w coraz bardziej autorytarny sposób rządowi”.

Zadaniem Morawieckiego jest powtórzenie sukcesu z 2015 roku, kiedy to partia zyskała szerokie poparcie dzięki obietnicom, m.in. wprowadzenia zasiłków na dzieci. Obecnie obietnice dotyczą zwiększenia środków dla rolników, naprawy chodników, połączeń autobusowych i kolejowych, i szybszego internetu dla szkół – wylicza Hassel.

Autor zwraca uwagę, że Morawiecki – były bankowiec, jest dla wielu Polaków osobą nieznaną, a w PiS jest „osobą z zewnątrz”, bez wpływów zapewniających władzę. „Morawiecki jest następcą tronu, ale nie jedynym” – uważa Hassel.

Kto po Kaczyńskim?

Zdaniem autora, jako szef partii Kaczyński „stawia lojalność ponad wszystko”. Takich dowodów dostarczali mu minister obrony Mariusz Błaszczak i szef MSW Joachim Brudziński. „Ten ostatni uważany jest za doskonałego organizatora i także prywatnie utrzymuje bliskie relacje z Kaczyńskim” – zauważa Hassel. Chociaż brak mu charyzmy, wielu analityków widzi właśnie w nim następcę Kaczyńskiego.

Hassel zastrzega, że Brudziński jest „postacią kontrowersyjną”, a jego autorytet „sięga tylko do granicy wyznaczonej przez Kaczyńskiego”.

Autor zwraca uwagę na panujący w Polsce strach przed podejmowaniem decyzji z obawy przed reakcją Kaczyńskiego. Przypomina, że były szef Orlenu podobno nie miał odwagi podjęcia decyzji, kto ma otrzymać licencję na sprzedaż kiełbasek na stacjach benzynowych i zwrócił się po decyzję do szefa partii.

„PiS jest całkowicie zorientowany na swojego przywódcę” – pisze Hassel. Poważnym problemem polskiej polityki jest jego zdaniem kwestia, czy partii uda się utrzymać dominującą pozycję po odejściu Kaczyńskiego z polityki.

„PiS jest jak samolot bez drugiego pilota. Jeżeli kapitana rozboli łokieć i nie ma nikogo, kto mógłby go zastąpić, maszyna może zacząć spadać” – cytuje Hassel na zakończenie opinię z tygodnika „Polityka”.

 

REDAKCJA POLECA